Milczenie i słowa - Krzysztof Filip Rudolf

Kup ebooka

39.00 zł
29.70 zł (29,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dialog samotnych

Człowiek dzisiejszy, żyjący w piekle, czyli pośród nadmiaru możliwości, cóż ma czynić? Oblany owidnokrężniającym życiem, ranliwy do swych najgłębszych pokładów, może po prostu milczeć. Ale milcząc, a tym samym zrywając mosty, staje się figurą Anty-Kapłana, zamiast Kapłana, który przecież - jako Pontifex - te mosty powinien budować.

Milczenie to zerwanie więzi, odmowa udziału, a zatem wyniosła odmowa dialogu, postawienie na samotność, heroiczne odrzucenie uczestnictwa w kościele międzyludzkim, dobrowolne wyrzucenie się poza nawias wspólnoty. Bohaterskość jest niema, pisze Rosenzweig. A wtedy milczenie - wewnętrzny monolog, ten dialog samotnych - zbliża się do poezji, która zawsze była przede wszystkim ewokacją, przedstawieniem, śpiewem, a więc była monologiem1. Milczenie, pieczęć samotności (skąd te słowa - wymyślone czy zapamiętane?) i dogłębny smutek przenikający wszystko:

Je suis un grand jardin de novembre, un jardin éploré

O? grelottent les abandonnés du vieux faubourg;

O? la couleur misérable des brumes dit: Toujours!

Oú le battement des fontaines est le mot: Jamais...2

Przekład polski, chyba jedyny, jaki mamy, wygląda tak:

Jestem parkiem, jesienną porwanym rozpaczą,

Gdzie dygoczą nędzarze ze starych przedmieści,

Gdzie "Zawsze!" do nich suche listowie szeleści,

Gdzie "Nigdy, nigdy już" fontanny płaczą...

O.V. de L. Milosz, Brumes, przekład Jadwigi Dackiewicz3

Za dużo zostaje dopowiedziane, za dużo nadpowiedziane, za dużo naddramatyzowane: w oryginale nie ma, dopisanej tutaj expressis verbis, "rozpaczy" - domyślić się jej można jedynie z całego obrazu, z listopadowego ogrodu, który może nie od deszczu mokry, lecz od łez, z bezradnego dygotu rozpustników ze starego przedmieścia, którzy drżą nie tylko z zimna i wilgoci, ale również (przede wszystkim?) z samotności. W oryginale nie ma "szelestu suchego listowia", mocno młodopolskiego (choć gdzieś w oddali pobrzmiewa, szeleści Verlaine'owski feuille morte), tak samo jak nie ma "płaczu fontann". Mamy za to le battement des fontaines, czyli bębnienie spadających kropel, choć słowo battement może się również odnosić do bicia serca, czyli tętna, pulsu. Rytm spadających kropel zwiastujących kres, niby szum ziarenek piasku w klepsydrze, puls krwi, jedyny dźwięk rozsadzający milczenie samotności.

Pozostaje wyłącznie głos mgły, ulotnej jak wszystko, czego doświadczamy, a właściwie nawet nie mgły - u Oskara Miłosza to właśnie jej smutna barwa wypowiada słowo "zawsze", a słowo "nigdy" jest dźwiękiem spadających kropel fontanny. Gdy ucichną słowa, bezradne wobec pustki i bezsensu, samotności i opuszczenia, pozostaje głos przestrzeni, najwyraźniej nauczonej, że bez słów rzeczywistość staje się uboższa. Albowiem wszystko, co jest, dąży do artykulacji.

×

Rzeczywistość mówi, układa się w słowa, słowa rezygnacji i utraty, a jej elokwencja tym drastyczniej odcina się od ludzkiego milczenia. Gdy człowiek zamilknie, nawet mgły wołać będą.

Milczenie, niczym gnoza, stanowi mroczny przywilej wtajemniczonych, tych, którzy wiedzą, że rezygnacja więcej może ważyć niż jakiekolwiek starania. Jak zauważa Karen Armstrong w króciutkiej, lecz jakże mięsistej książeczce A Short History of Myth, słowa mysticism [mistyka] i mystery [tajemnica] wywodzą się od greckiego zamykać oczy albo usta [i] odnoszą się [...] do doświadczeń niejasnych i niewyrażalnych, gdyż przeżywa się je poza zasięgiem mowy, i mają raczej związek ze światem wewnętrznym niż zewnętrznym4. Tymczasem właśnie mistyka, która powinna zamilknąć w obliczu niewypowiedzianego, rozpaczliwie nurza się w odmętach wielosłowia, wierząc, że język giętki wysłowi to, co zatargało duszą.

Żeby wyrazić to, czego wyrazić się nie da, piszący (mówiący) próbują brnąć w paradoksy. Świętość, mistyczne przeżycia to tekst that hasn't been written but a text we know exists [...]. It exists only in drafts; unwritten and yet written; unquotable but forever recited [...] a text of blank pages5 [którego nie napisano, lecz o którym wiemy, że istnieje (...). Istnieje jedynie jako szkic; nienapisany, a jednak napisany; nie dający się zacytować, lecz wciąż odczytywany (...) tekst składający się z czystych kartek].

Jaką jednak wartość mają takie sformułowania? Jakie nagromadzenie paradoksów (i czy w ogóle) jest w stanie wyrazić to, co umyka zwyczajnemu opisowi? Tekst, którego nie ma, a jednak jest? Zapisany, ale nie zapisany? Tekst złożony z pustych kartek? Naprawdę można dziś - wciąż jeszcze - entuzjazmować się czymś takim? Dawno temu, bo przecież już w 1792 roku, napisał Karpiński, że ogień krzepnie, że blask ciemnieje i że ma granice Nieskończony, dlatego trudno obecnie uważać takie werbalne zabawy za coś odkrywczego. Cum tacent, clamant też dawno obrosło grubym mchem.

Niektórym zdaje się, że gdy zderzymy ze sobą sprzeczności, oto przed oczami naszymi rozbłyśnie rzeczywistość, która w pozostałych przypadkach po prostu nam umyka. Tymczasem uderzając jedną sprzecznością o drugą, nie wykrzeszemy żadnej iskry, nie posuniemy się nawet o krok w (z)rozumieniu. Igraszki nieprzystających do siebie wyrazów, zbitki słów, które dziwią się słowom, tworzące pozorną zagadkę-odkrycie, zapewniają nam li tylko cerebralną rozkosz oraz nie do końca bezpieczną dumę z własnej kreatywności. Nie tylko nie posunęliśmy się ani o krok do przodu, ale przysypaliśmy wszystko warstwą słów, które zagadują kryjącą się pod nimi tajemnicę. Nie można mówić o tym, o czym mówić niepodobna: Pułapka samo-odniesienia tkwi w sposób nieunikniony w każdej próbie mówienia o niewymownym. Zdefiniować coś jako niedefiniowalne to zaprzeczyć jego niedefiniowalności. Zalecać "absolutne milczenie" to łamać właśnie to przykazanie6.

×

Ale czy naprawdę tak jest? Czy rzeczywistość istotnie mówi? Czy to przypadkiem nie tak, że my, jako niewolnicy naszych przyzwyczajeń (również myślowych), przywykliśmy sądzić, że ona - i to jeszcze d o n a s - mówi? Kim jesteśmy my, żeby ona do nas mówiła? Aż taką wagę sobie przypisujemy?

Kompulsywność mówienia, wypowiadania, wysławiania, formułowania, kształtowania - jesteśmy uzależnieni od konkretu, co logicznie łączy się z alergią na nieokreśloność. Zagadywanie ciszy, lęk przed nie-działaniem (bo czymże innym jest powstrzymywanie się od mówienia?) - to mamy opanowane do perfekcji.

A przecież - jak powszechnie wiadomo (lub: jak wielu wciąż zakłada) - żeby stworzyć świat, nawet Bóg musiał wypowiedzieć słowa. U podstaw ludzkiego myślenia o wszystkim leży przekonanie, że bez słów nie ma bytu, że słowa są bytu warunkiem. Choć przełożenie greckiego ????? jako "słowo" jest nie do końca fortunne, to jednak przyjmujemy (bądź też w większości do niedawna przyjmowaliśmy), że Bóg wyrzekł słowa mające moc sprawczą. Stąd pokutujące przekonanie (przynajmniej w tradycji judeochrześcijańskiej), że słowa przede wszystkim tworzą rzeczywistość, a dopiero potem ją opisują.

Na naszym myśleniu o świecie ciąży znaczenie, jakie przypisujemy mówieniu i słowom: "jego zachowanie mówi dużo o..., obrazy mówią o samotności artysty" - mówienie staje się metaforą wszystkiego, przez co dochodzi do nas jakikolwiek przekaz. Coś ma jakąś wymowę, coś opisuje realia tamtych czasów, muzyka opisuje koloryt i swobodę puszty; muzyka mówi o sprawach życia i śmierci. Ciągłe odwołania do języka: w "wymowie" mamy "mowę", w "opisywaniu" - "pisanie".

Pustka po braku

Kein ding sei wo das wort gebricht. Temu zdaniu Stefana Georgego sporo uwagi poświęca Heidegger w eseju Istota języka. Przekład Leopolda Lewina brzmi: Nie ma tam rzeczy, gdzie paść musi słowo, jednak tłumacz eseju, Janusz Mizera, widocznie niezbyt zadowolony z tej "oficjalnej" wersji (całkiem zresztą słusznie), formułuje to nieco inaczej: Nie będzie rzeczy, gdzie brakuje słowa. Ponieważ na samym początku czytamy: Wers ten [...] specjalnie daje głos językowi, daje mu sam język i mówi coś o stosunku między słowem a rzeczą1, warto spojrzeć na sam język. Co się dzieje ze słowem? Czy słowo musi "paść", czy też słowa "brakuje"? A jeśli "paść", to w jakim sensie? "Wybrzmieć" czy "upaść", "polec"? Takie bowiem pytania budzi spojrzenie na dwa zaproponowane przekłady, gdyż każde z odczytań prowadzi zupełnie inną ścieżką.

Gdy przyjmiemy polski przekład wiersza Georgego w wersji Nie będzie rzeczy, gdzie brakuje słowa, otwiera się pole do ciekawych interpretacji. "Brakuje" słowa, czyli "nie ma" słowa? Powiedziałoby się, że to logiczne: jeżeli brakuje, to nie ma. Ale przecież "brakuje" to chyba nie całkiem to samo, co "nie ma" (choć w polskim przekładzie widzimy zdanie Heideggera Brakuje: znaczy nie ma). W obu wypadkach coś n i e j e s t, choć i tutaj rodzi się problem, jeśli bowiem mówimy "coś", to owo "coś" musi b y ć - nie może być czegoś, czego nie ma. Z kolei gdy czegoś nie ma, to po prostu nie ma i niekoniecznie musi tego brakować. Niebycie nie implikuje braku (choć brak implikuje niebycie). Niebycie to niebycie i koniec. Natomiast mówiąc o "brakowaniu", stwierdzamy, że czegoś, co powinno być, nie ma.

Czy zresztą możemy w ogóle powiedzieć, że czegoś n i e m a, jeśli tego czegoś uprzednio nie było, jeśli nie wyobrażamy sobie jego istnienia albo nie zakładamy, że mogłoby istnieć? Albo chociaż zaistnieć dla nas?

Tam, gdzie czegoś brakuje, pojawia się przerwa, uszczerbek2. Brak - czyli uszczerbek na rzeczywistości. Dlaczego jednak brak słowa, warunkującego przecież (podobno?) istnienie rzeczy, ma być uszczerbkiem? Żeby był (powstał?) brak, coś musi najpierw zaistnieć, a potem przestać istnieć, gdyż raczej trudno odczuwać brak czegoś, co nigdy nie zaistniało. Nie można powiedzieć, że brakuje słowa, ponieważ nie ma rzeczy, do której to słowo miałoby się odnosić, które miałoby konstytuować jej bytność. Nie ma braku, bo nie było niczego. Brak może istnieć tylko wtedy, jeśli uprzednio istniał stan nie-braku lub gdy wyobrażamy sobie, że coś, czego nie ma, powinno istnieć. Nie istnieje negotium, gdy nie ma otium. Albo na odwrót.

Czyli uszczerbek to brak spostrzeżony, zauważony - jakiś element czegoś gdzieś był, a teraz go nie ma. Żeby uszczerbek stał się brakiem, konieczny jest czujący podmiot, który odczuje osobiście n i e - b y c i e tego, co uprzednio było. Jeśli czegoś nie było, nie można nawet pomyśleć braku.

Ale naszą krzepnącą pewność siebie zaczynają podmywać kolejne wątpliwości: czy można umieścić w ciągu synonimicznym słowa "brak" i "uszczerbek"? "Brak" to niebycie w całości, podczas gdy "uszczerbek" to - wedle Doroszewskiego - "szkoda, strata, ubytek", a czasownik "uszczerbić" oznacza "nadszarpywać, nadwątlać, naruszać". Brak to puste miejsce po czymś, co kiedyś tam było, po jakiejś całości. Albo po czymś, co być powinno. Brak nie ma wokół siebie niczego, to pustka, podczas gdy uszczerbek to wyrwa obrośnięta bytem.

Z drugiej strony rzecz przez słowo stwarzana i powoływana do bytności odwzajemnia się słowu i karmi je swoim światłem, wyposażając je w pozasłowną substancję. Słowo istnieje tylko dlatego, że jest właśnie ta rzecz, zaistniało wyłącznie w rezultacie bytności tej rzeczy. To jest zemsta rzeczy za swoją podrzędność, trochę taka sytuacja, kiedy złapał Kozak Tatarzyna. I trzyma. Awers stworzył sobie rewers - powiemy tak pod warunkiem, że potrafimy wyobrazić sobie awers bez rewersu lub vice versa. A czy będzie słowo, gdzie brakuje rzeczy? I gdzie jej brakuje (nie ma)? W rzeczywistości zewnętrznej czy w świecie naszych myśli?

Da się też jednak podążyć nieco inną drogą: otóż użyty w oryginale czasownik gebrechen to wyraz literacki, książkowy, który można przetłumaczyć słowem "niedomagać"3. Zatem nie będzie / nie ma rzeczy tam, gdzie słowo niedomaga, słabuje. Czyli co? Nie jest w stanie spełniać swojej funkcji, jaką jest powoływanie do bytności? Gdzie słowo się nie sprawdza, zawodzi, okazuje niewystarczające, zbyt słabe, by udźwignąć swoje przeznaczenie? Ale czego nie daje rady zrobić - udźwignąć rzeczywistości już istniejącej czy też rzeczywistości tej dopiero stworzyć? Czy w ogóle słowa mają swoje przeznaczenie, czy też my je w nie wyposażamy? (Gdzieś też, nawiasem mówiąc, pobrzmiewa tam słowo brechen, czyli "łamać się" lub "pękać"). Tutaj więc słowa nie brakuje, nie zieje po nim żadna wyrwa - po prostu jest, słabe i bezradne.

Zatem wraca problem przekładu. Po analizie znaczeń oryginału trudno wyobrazić sobie, skąd wzięła się wersja Leopolda Lewina: Nie ma tam rzeczy, gdzie paść musi słowo. Gdzie paść musi słowo - czyli tam, gdzie ktoś musi je wypowiedzieć - nie ma rzeczy. W jakim sensie nie będzie? Nie zaistnieje? Czy więc pojawienie się słowa wyklucza istnienie rzeczy? No chyba że założymy, iż słowo "paść" jest formą od "padać" lub "upadać", czyli "ponieść klęskę", co da się częściowo wywieść ze znaczenia "niedomagać" (gebrechen). Tylko wówczas pytanie: dlaczego paść musi? Więc raczej wersja: Nie ma rzeczy tam, gdzie słowo niedomaga.

Trzeba zawrócić. Przyjrzeć się oryginałowi, oświetlić, rozjaśnić. A przynajmniej spróbować. Dopiero wówczas popatrzeć, co podziało się w tłumaczeniach, jaką ścieżką poszły. Kolejność klasyczna - oryginał niemiecki, oficjalny przekład polski i oficjalny przekład angielski, potem przełożony filologicznie:

Wo etwas gebricht, ist ein Bruch, ein Abbruch eingetreten. Einer Sache Abbruch tun heißt: ihr etwas entziehen, es an etwas fehlen lassen. Es gebricht heißt: es fehlt. Kein Ding ist, wo das Wort fehlt, nämlich das Wort, das jeweils das Ding nennt.

Tam, gdzie czegoś brakuje, pojawia się szczerba, uszczerbek. Doprowadzić jakąś rzecz do uszczerbku znaczy: pozbawić ją czegoś, czegoś jej odmówić. Brakuje znaczy: nie ma. Nie ma rzeczy, gdzie brakuje słowa, mianowicie słowa, które zawsze nazywa rzecz4.

Where something breaks off, a breach, a diminution has occurred. To diminish means to take away, to cause a lack. "Breaks off" means "is lacking". No thing is where the word is lacking, that word which names the given thing5.

Tam, gdzie coś się odłamuje, pojawiło się pęknięcie, umniejszenie. Umniejszyć znaczy zabrać, spowodować brak. Jeśli coś się "odłamało", tego czegoś "brakuje". Nie ma niczego tam, gdzie brakuje słowa, tego słowa, które nazywa daną rzecz.

Pierwsze dwa zdania oryginału w tłumaczeniu roboczym: Gdy czegoś brakuje / gdy coś pęka / niedomaga / gdy pojawia się szczelina, [wówczas] powstaje rysa/pęknięcie. Pozbawienie jakiejś rzeczy czegoś wiąże się z tym, że tego czegoś brakuje. Polski przekład - z językowej konieczności - idzie jedną ścieżką: braku i uszczerbku. Nie ma pęknięcia, tego jak najbardziej fizycznego, materialnego zdarzenia, zjawiska, które tak dobrze wszyscy znamy: coś, co miało być trwałe, zawiodło, nie dało rady, nie przetrwało. Nie ma też zawodu wynikającego z chorobowej niemocy, niedomagania. Natomiast pojawiający się tam "uszczerbek" już dość dawno w języku polskim utracił łączność z rzeczownikiem "szczerba", definiowanym przez Doroszewskiego jako "miejsce pozostawione po odpadnięciu, wyłamaniu, odtłuczeniu cząstki czego, miejsce wyszczerbione; wyłom, wyrwa, luka". Dziś "uszczerbek" trochę nam się jednak odsomatycznił, podobnie jak rzecz się ma z czasownikiem "wyłonić się", gdzie nie odczuwamy już tego wyjścia z "łona".

Angielski przekład idzie w fizyczne "odłamanie" - coś się wykrusza, odpada. Jednak w rezultacie nie powstaje uszczerbek, lecz umniejszenie. Uszczerbiona całość wciąż pozostaje całością mimo okaleczenia, natomiast w angielskiej wersji dochodzi do całościowego umniejszenia. Problem w tym, że pole semantyczne angielskiego rzeczownika diminution rozciąga się poza sferę wyłącznie opisową, wpływając na obszar ewaluatywny: będzie to również rodzaj degradacji, deprecjacji, dewaluacji. Dalej: owo odłamanie skutkuje brakiem. Można dać znak równości: odłamanie = brak.

Czy jednak zawsze odłamanie powoduje brak, umniejszenie substancji? W świecie materialnym jest to niewątpliwie prawdą - wszelkie defekty, braki powodują natychmiastowy spadek wartości. W świecie myśli, ducha, takie zdarzenia są konieczne, ponieważ pokazują słabość jakiegoś elementu, konieczność jego wymiany. Może dany element wręcz zatruwał całość i jego wypadnięcie było czymś nieuniknionym?

Żeby pojawiła się szczelina, musi najpierw istnieć coś. Szczelina jest zawsze w czymś. Pęknięcie również wymaga uprzedniości istnienia czegoś. Złamanie zakłada istnienie bytu w jego integralności. Brak zakłada uświadomione istnienie (teraz już nieistnienie) czegoś, czego nagła niebytność powoduje emocjonalną reakcję w podmiocie postrzegającym. Jednak szczelina, rysa lub pęknięcie to jeszcze nie brak. Coś wciąż jest, ale nie wytrzymało napięcia. Nie udźwignęło ciężaru. Nie pozostało w nienaruszeniu. Tekst Heideggera nie określa tego, co się dzieje, w sposób kategoryczny i absolutnie precyzyjny.

Es gebricht heißt: es fehlt - pisze dalej Heidegger [Brakuje znaczy: nie ma / "Breaks off" means "is lacking"]. Nie wiem, czy słowa poruszają się drogami myśli, czy te myśli drogami słów, niemniej jednak drogi te są niezwykle ciekawe: w którą stronę kieruje nas czasownik fehlen? Niebycia czy braku? Otóż okazuje się, że znaczy on: nicht (mehr) da sein, wo es sein sollte oder war, czyli nie być tam, gdzie się powinno być lub gdzie się było. Brakuje tego, co kiedyś gdzieś było, funkcjonowało lub co powinno (było) być. Odczuwanie braku tego, czego nie było, choć być powinno, jest - by przywołać słowa Pessoi z Księgi niepokoju - niczym wspominanie romansów, które [...] się nie zdarzyły. Można jednak odczuwać tęsknotę za nieprzeżytym. Tęsknota za tym, co być powinno (lub co być mogło), bywa równie silna, jeśli nie silniejsza, od tęsknoty za tym, co było.

×

Kein ding sei wo das wort gebricht. Cóż za pycha! Słowo jako gwarant istnienia rzeczy. Zatem tam, gdzie nie wybrzmi słowo, nie zaistnieje rzecz? Boska rzeczywistość odwraca rzeczywistość ludzką - my widzimy rzeczy, a potem nadajemy im nazwę, tymczasem Bóg nazwą powołuje rzecz do istnienia.

Dalej pisze Heidegger: [...] coś jest tylko tam, gdzie odpowiednie, a także właściwe słowo nazywa coś bytującym i w ten sposób funduje każdochwilowy byt jako taki [...] bycie wszystkiego, co jest, mieszka w słowie6. Słowo fundujące byt. Jednak nie stały, lecz k a ż d o c h w i l o w y. Kilka znaków zapisanych w określonym ciągu, uruchomionych brzmieniowo przez aparat mowy - coś takiego funduje bytność. Bytność sensowną. Albo bytność, którą dopiero w tę sensowność musimy wyposażyć, żeby choć trochę zmniejszyć nasz lęk przed pustką. Na początku naszej ontogenetycznej przygody zazwyczaj otrzymujemy zlepki słowo-rzecz i spora część rzeczywistości fizycznej zaczyna dla nas funkcjonować wyłącznie w takich zlepkach.

Bycie wszystkiego, co jest, mieszka w słowie. Oto konkluzja człowieka XX (a także XXI) wieku, którego środowiskiem naturalnym stało się uniwersum słów.

Bezradność słów

Słowa bywają obciążane, czasami ponad miarę. Obciążane naszymi oczekiwaniami, zaufaniem w nich pokładanym, choć najbardziej chyba właśnie oczekiwaniami. Na podobieństwo wbitych w ziemię palików określają zasięg naszego świata, terytorium, po którym możemy się bezpiecznie poruszać. W słowach, bardziej niż w czymkolwiek innym, zamknięte są całe ludzkie dzieje, w ich wnętrze wtłoczone są całe kręte jelita naszej wrażliwości. O tym bólu słów pisze Eliot:

Words strain,

Crack and sometimes break, under the burden,

Under the tension, slip, slide, perish,

Decay with imprecision, will not stay in place,

Will not stay still.

To bardzo ważny tekst, z poematu Burnt Norton. Angielski oryginał daje wielorakie możliwości interpretacji, które trudno wyczerpać w jednym zbiorze decyzji tworzących przekład. Spójrzmy choćby na pierwszy fragment: Words strain. Czasownik strain może znaczyć: napinać, naprężać, wytężać, natężać, wysilać, nadszarpywać, przemęczać, odkształcać się, deformować, wymuszać. Który wybrać? Który sens był najistotniejszy dla poety? Chyba żaden jedyny, z wyłączeniem innych, raczej to, co wynika z łączących je współzależności i ich współsemantyczności. Co dzieje się ze słowami dalej? Pod ciężarem, pod brzemieniem, pod wpływem obciążenia (cóż nim jest, jeśli nie nasze wymagania i oczekiwania?) pojawiają się w nich rysy, szczeliny i po prostu pękają, rozpadają się. W wyniku napięcia, jakie się w nich tworzy, słowa obsuwają się, ześlizgują i giną, przepadają, umierają. Decay oznacza rozpad, rozkład w znaczeniu procesów rozpadu ciała po śmierci. Do czego jednak odnosi się tajemnicze wyrażenie: decay with imprecision? Rozpadają się w sposób niedokładny, nieprecyzyjny czy może z powodu braku precyzji? Czego? Ponieważ brak im precyzji, ponieważ nieodpowiednio określają bądź też opisują rzeczywistość? Można zaryzykować taki przekład filologiczny:

Słowa naprężają się do granic możliwości,

Przytłoczone ciężarem pękają i czasem się rozpadają,

[lub: Pod ciężarem pojawiają się w nich szczeliny i czasem się rozpadają]

Przytłoczone napięciem wyślizgują się, spadają, giną,

Rozkładają się chaotycznie, nie chcą zostać w miejscu / trwać nieruchomo,

Nie ustoją spokojnie.

Najświeższy przekład, autorstwa Adama Pomorskiego, przedstawia się następująco:

Słowa się zniekształcają,

Rozszczepiają, a czasem kurczą pod ciężarem,

Pod ciśnieniem, ślizgają, umykają, nikną,

Giną z braku precyzji, nie chcą ustać w miejscu,

Nie chcą znieruchomieć.

Mamy tu oczywistą selekcję sensów, choć owo kurczenie się pod ciężarem niewątpliwie ujmuje obrazowi dramatyzmu. Słowa giną przecież już pod wpływem ciężaru, jakim są ludzkie oczekiwania, nie tylko pod wpływem braku precyzji. W powyższym przekładzie słowa są bierne, dzieją się z nimi różne rzeczy pod wpływem sił zewnętrznych, podczas gdy u Eliota słowa działają, naprężają się. Tak dzieje się w przekładzie Jerzego Niemojowskiego:

Słowa się silą,

Rysują się, czasem pękają pod brzemieniem,

W napięciu mylą się, grunt tracą, giną,

Niszczeją z braku precyzji, wychylą się z szyku,

Wyłamią się z kontekstów.

Jednak dalej, po tym początku, robi się gorzej - słowa zachowują się niczym stremowany aktor, mylą się, tracą grunt, a na koniec wyłamują się z kontekstów. Eliotowy oryginał jest namacalnie, mięsiście konkretny i fizyczny - mamy ciąg krótkich, lakonicznie okrutnych czasowników: strain - crack - break - slip - slide - perish - decay. A tu abstrakcje, metafory, rozrosty.

W przekładzie tego wiersza wyczuciem wykazał się Poeta:

Słowa są napięte,

Pękają, rozpryskują się nam pod ciężarem,

Pod ciśnieniem, ślizgają się, toną i giną,

Gasną od nie-precyzji, w miejscu nie ustoją,

Znieruchomieć nie mogą.

Czesław Miłosz

Same słowa, słowa pojedyncze, są słabe, bezbronne i bezradne. Aby żyć, potrzebują gwaru innych słów, dopiero ich współwystępowanie nadaje sens ich istnieniu, daje im siłę. Może dlatego właśnie czujemy do nich taką sympatię, ponieważ jesteśmy dokładnie tacy sami jak one - słabi? Tłoczymy się na podobieństwo słów, wchodzimy w sieci współzależności, egzystujemy w ramach złożonej syntaksy międzyludzkich relacji, determinuje nas specyficzna gramatyka. Może właśnie analizowanie słów stanowi nieuświadomione preludium do analizy nas samych, a może jest to czynność zastępcza, salwowanie się ucieczką przed koszmarem introspekcji, szukanie bezpiecznego portu w kojącym świecie pozornej harmonii? Uwierzymy zatem, że słowa, tak jak rzeczywistość u Micińskiego, pozwalają nadać jedność chaotycznemu światu wrażeń?

×

We know, in fact, so little about the personalities before us at the opening of a play that their every move and word, even their dress and walk, are distinct items for our perception. Because we are not involved with them as with real people, we can view each smallest act in its context, as a symptom of character and condition. We do not have to find what is significant; the selection has been made - whatever is there is significant, and it is not too much to be surveyed in toto1.

[Na samym początku sztuki tak mało wiemy o postaciach, które stają przed nami na scenie, że każdy ich ruch, każde słowo, nawet każdy szczegół ich ubioru i sposób, w jaki się poruszają - odbieramy jako odrębne zjawisko. Ponieważ nasz stosunek do nich jest inny niż do prawdziwych ludzi, nawet najdrobniejszy gest możemy obserwować w konkretnym kontekście i traktować jako przejaw charakteru lub stanu. Nie musimy doszukiwać się tego, co jest ważne; wybór został już dokonany - wszystko, co widzimy, jest ważne i nie ma tego tak wiele, by nie dało się tego objąć in toto].

Tekst, będąc wyborem, jest wyborem znaczącym. Nie mamy tu do czynienia z prawdziwym światem, nie oszałamia nas chaotyczny zalew rzeczywistości, nie ogłusza mnogość kontekstów. Słowa w tekście, na podobieństwo bohaterów sztuki teatralnej, zostały wybrane w taki, a nie inny sposób, zatem każde z nich ma znaczenie. Owszem, konteksty też tutaj istnieją, stanowią jednak część uporządkowanego kosmosu, element misternej struktury. Skoro, jak pisał Heller w eseju o Spenglerze, wybór faktów jest sam w sobie interpretacją, to samo można powiedzieć o doborze (wyborze) słów. Słowo jest decyzją. Odrzuceniem zatem, a nie tylko wskazaniem. Zgodnie z etymologią, wedle której łacińskie decisio znaczy tyle, co "odciąć": de + caedere. Słowo najpierw odrzuca całą resztę, żeby wskazać to jedno, w y - o d r ę b n i ć to coś z całości. Odcięcie zostawia po sobie linię, obrys, pokazując to, co zostało, lecz przede wszystkim rzucając światło na to, co zostało odrzucone.

×

Bez słów, bez języka, bez mowy - nie istniejemy. Nie ma nas. Nie ma "dziś" i nie ma "wczoraj". Słowami mówimy o bytach i o braku. W języku odbywa się wszystko. Właśnie tak.

It is in language [...] that we construct the past. [...] We like to think of the past as somewhere back there, so to speak, but in fact, it is here and now, in the language in which historians create it for us. The past [...] is principally verbal, and in its various forms it is utterly necessary for us2.

[To właśnie w języku (...) tworzymy przeszłość. Uważamy za słuszne traktować przeszłość jako coś, co - by tak rzec - jest g d z i e ś t a m, podczas gdy ona jest tu i teraz, w języku, w którym historycy stworzyli ją dla nas. Przeszłość (...) stanowi byt zasadniczo werbalny i w swych rozlicznych formach jest dla nas absolutnie niezbędna].

Poznajemy świat dzięki słowom i przy akompaniamencie słów, a rozliczne narracje towarzyszą naszemu doznawaniu świata niczym głos lektora zagłuszający i częściowo zastępujący prawdziwą mowę rzeczy. Nie tylko rzeczywistość teraźniejsza, doznawana, lecz również pamięć jest zjawiskiem głęboko werbalnym, jako że jest nam przekazywana za pomocą słów. W opowieści c o nieodłączne jest od j a k. A nawet jeszcze drastyczniej: nieistotne c o; ważne j a k. Słowa potrafią czarować, zaklinać i choć XX wiek rozłożył język na czynniki pierwsze, odczarował go (we własnym mniemaniu), wciąż - na szczęście - liczy się dla nas j a k. Mniej lub bardziej dyskretna językowa patyna potrafi na nas oddziaływać z niezwykłą mocą, mimo iż zdajemy sobie sprawę, że dzisiejsze i dawne odczuwanie świata nie mają ze sobą wiele wspólnego.

The past is a foreign country; they do things differently there, co można oddać w tłumaczeniu jako: Przeszłość to obca kraina; tam wszystko odbywa / dzieje się inaczej. Tym słynnym (w literaturze angielskiej) zdaniem L.P. Hartley zaczyna powieść Posłaniec (The Go-Between). Być może nieprzypadkowe jest tutaj użycie czasu teraźniejszego - they do things differently there (bardzo dosłownie: tam wszystko robią inaczej). Przeszłość j e s t i różne rzeczy się tam (wciąż) dzieją. Przeszłość jest zdana na łaskę i niełaskę słów - dzięki nim wciąż jest. Jednak nie tylko przeszłość jest obcą krainą - jest nią w równej mierze teraźniejszość. Przeszłość jako byt równoległy z teraźniejszością, jednoczesny, gdyż werbalny. Ona jest tak długo, jak długo trwają opisujące ją słowa.

Naprawdę jednak przeszłość nie jest krainą: to kolejny nasz zabieg, próba określenia i nadania granic, które każda kraina posiada, postrzeganie czasu w kategoriach przestrzeni. Werbalna próba zagarnięcia już nawet nie rzeczywistości (jakąż bowiem posiada ona realność?), lecz czegoś, co pieczołowicie (re)konstruujemy, czas pojmowany jako przestrzeń, zreifikowany. Przeszłość jest krainą, konstruktem, a słowa cegiełkami tworzącymi tę budowlę. Jest jedną wielką metaforą, bytem kojącym w swej niezmienności, jedną wielką narracją.

×

Nie będzie rzeczy, gdzie brakuje słowa (jeżeli przyjmiemy tę interpretację wersu Georgego). Cóż jednak powiem, gdy przebywając w dalekim kraju, zostanę zdzielony w głowę jakimś dziwnym przedmiotem, niepodobnym do niczego innego? Czy fakt, że nie potrafię go nazwać (choć tambylcy niewątpliwie znają jego nazwę), że nie potrafię odnaleźć dlań słowa, świadczy o jego niematerialności i nieistnieniu, a nawet bardziej: wyklucza jego istnienie? I czy w związku z tym nie poczuję bólu i uniknę guza (albo wstrząsu mózgu)?

Pokrewny problem porusza pewien angielski limeryk:

There was a Faith Healer of Deal,

Who said, "Although pain isn't real,

If I sit on a pin,

And it punctures my skin,

I dislike what I fancy I feel".

[W mieście Deal żył pewien uzdrowiciel / Który mówił: "Chociaż ból nie istnieje naprawdę, / To gdy usiądę na pinezce, / A ona przebija mi skórę, / To nie lubię tego, co wydaje mi się, że odczuwam"].

Filologiczny przekład gubi, rzecz jasna, całą finezję i lekkość oryginału, ale przynajmniej nie traci żadnego elementu z jego treści, co jest tutaj tak istotne. Czy zatem rzeczywistość bólu jest większa, ponieważ potrafię go nazwać słowem "ból"? Czy gdybym nie znał słowa "ból", tobym go nie odczuwał jako czegoś bardzo rzeczywistego? Czy gdyby ów uzdrowiciel nie wiedział, że przebicie skóry ostrym przedmiotem powoduje ból, toby ten ból odczuwał?

Wierzymy (chcemy wierzyć), iż rzeczy jednak istnieją niezależnie od słów, tak jak zjawiska - niezależnie od istnienia opisujących je terminów. I tylko z dużą dozą przewrotności można stwierdzić, jak uczynił to La Rochefoucauld: Są ludzie, którzy nigdy nie byliby zakochani, gdyby nigdy nie słyszeli o miłości3.

×

Czy jednak każde słowo posiada taką wagę? Z samej tylko swojej natury? Czy mamy wierzyć w dyktaturę słów, uznawać istnienie werbalnej ochlokracji? Mogąż one wyprawiać, co im się żywnie podoba, tylko dlatego, że są słowami? Byłyżby one nadrzędne - nie tylko wobec nas, lecz całej rzeczywistości? Artystokraci ducha, podobnie jak arystokraci słowa, nigdy na coś takiego nie przystaną.

Gdy Jerzy Stempowski robił sobie inwentarz rzeczy pamiętanych, najpierw słyszał wyłącznie fragmenty muzyki: Potem dopiero w tej płynnej materii zaczęły się ukazywać słowa. Zrazu były to same fragmenty wierszy lub napisów lapidarnych. O porządku ich ukazywania się z niepamięci decydował nie bliższy lub dalszy język, ale oszlifowanie słów, ich kadencja lub przeznaczenie do wiecznego trwania na kamiennych płytach4.

Słowo trwałe to słowo w kształcie koniecznym, jedynym. Tylko takie słowo jest zdolne stwarzać rzeczywistość.

O tym zapewne myślał Herbert, gdy pisał:

Niewiele zostanie Ryszardzie naprawdę niewiele

z poezji tego szalonego wieku na pewno Rilke Eliot

kilku innych dostojnych szamanów którzy znali sekret

zaklinania słów formy odpornej na działanie czasu bez czego

nie ma frazy godnej pamiętania a mowa jest jak piasek...5

Jednak kształt konieczny zapewnia wyłącznie obecność innych słów w określonym układzie, a zatem konieczne jest słowo w dialogu lub interakcji z innymi słowami. Słowo źle zderzone, nieporadnie zestawione wiele nie zdziała.

×

Słowo jest przekładem, odbiciem rzeczywistości obcej w rzeczywistości swojskiej. Albo ukształtowaniem rzeczywistości wnętrznej w fizycznej materii. Słowo tak się ma do rzeczy, jak przekład do oryginału. Kiedyś było inaczej: rzeczywistością swojską był świat rzeczy, świat zewnętrzny, natomiast nazywanie było magiczne, obce, czyli nieswojskie. Słowa miały swoją niepojętą moc. Dziś, gdy wszechświat słów przerósł wszechświat rzeczy, wszystko przewróciło się do góry nogami.

Odsyłacze

Czasem (często?) zło konieczne. Rezygnuję z ibidów i opcitów, podając za każdym razem pełne źródło, żeby oszczędzić Czytelnikom trudu każdorazowego przeczesywania całości. Dodam też, że nie wszystkie cytaty znajdujące się w tekście można zlokalizować w odsyłaczach - nierzadko wykorzystywałem fragmenty z przeróżnych wypisków, w których niestety nie zapisałem źródła. Mea culpa.

Dialog samotnych

1 Alfred Gawroński, Dlaczego Platon wykluczył poetów z Państwa?, Biblioteka WIĘZI, Warszawa 1984, s. 8.

2 Oscar V. de L. Milosz, Wybór poezji, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983, s. 8.

3 Oscar V. de L. Milosz, Wybór poezji, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983, s. 9.

4 Karen Armstrong, Krótka historia mitu, przeł. Ireneusz Kania, Znak, Kraków 2005, s. 103-104.

5 Smaro Kamboureli, St. Theresa's Jouissance: Toward a Rhetoric of Reading the Sacred, w: Silence, the Word and the Sacred, ed. E.D. Blodgett, H.G. Coward, Wilfrid Laurier University Press, Waterloo 1989, s. 63.

6 Leszek Kołakowski, Horror metaphysicus, Res Publica, Warszawa 1990, s. 60.

Pokorny ogrodnik

1 Chantal Delson, Nienawiść do świata. Totalitaryzmy i ponowoczesność, przeł. Marek Chojnacki, IW PAX, Warszawa 2017, s. 5.

Pustka po braku

1 Martin Heidegger, W drodze do języka, przeł. Janusz Mizera, Aletheia, Warszawa 2007, s. 145.

2 Martin Heidegger, W drodze do języka, przeł. Janusz Mizera, Aletheia, Warszawa 2007, s. 145.

3 Za tę podpowiedź i ten trop chciałbym wyrazić moją ogromną wdzięczność prof. Sławomirowi Leśniakowi, który te kilka linijek Heideggera cierpliwie i wnikliwie mi eksplikował.

4 Martin Heidegger, W drodze do języka, przeł. Janusz Mizera, Aletheia, Warszawa 2007, s. 145.

5 Martin Heidegger, On the Way to Language, translated by Peter D. Hertz, Harper & Row, New York 1971, s. 60-61.

6 Martin Heidegger, W drodze do języka, przeł. Janusz Mizera, Aletheia, Warszawa 2007, s. 147.

Bezradność słów

1 Susanne K. Langer, Feeling and Form, Charles Scribner's Sons, New York 1953, s. 310.

2 Hazard Adams, The Academic Tribes, University of Illinois Press, Urbana-Chicago 1988, s. 52.

3 François de La Rochefoucauld, Maksymy, przeł. Magdalena Sawiczewska-Lorkowska, Tomasz Swoboda, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2017, s. 56.

4 Jerzy Stempowski, Po powodzi. Eseje i dzienniki podróży, Instytut Literacki Kultura - Instytut Książki, Paryż-Kraków 2015, s. 247.

5 Zbigniew Herbert, Wiersze zebrane, Wydawnictwo a5, Kraków 2008, s. 464.