Czy śpiącego można przebudzić grzecznie?... Podobno, że
nie; gdyby albowiem budziło się go upadkiem na twarz najlżejszego
listka róży, jeszcze byłoby to tylko bardzo wykwintnie albo
poetycko pomyślanem, lecz nie byłoby grzecznie, bo końcem końców
trzeba śpiącemu przerwać snowania myśli jego - i to przerwać
doraźnie, nie powoli, lecz nagle, przenosząc go jednym ruchem w
rzeczywistość i w oczywistość inną. Nie można przeto z oczywistości
jednej przerzucać nikogo w drugą sposobem grzecznym i pewne
brutalstwo nieodłącznem zdawa się być od roboty takowej. Stąd to
głównie i pierwszorzędnie pochodzi ta odpychliwość, jaką na samym
wstępie spotyka u ogółu każdy nowy pomysł lub wynalazek, o ile jest
początkującym lub posiłkującym nowe koło rzeczywistości i
oczywistości; - budzić albowiem grzecznie w żaden sposób nie daje
się. Owszem, większość ogromna spółczesnych, ażeby stanowczo
uprzedzić wydarzenia i spoczynek utrwalić, starała się i bardzo
pilnie stara uzasadnić i rozpowszechnić przekonanie, iż nic nowego
pomyślanem i okazanem nie może być i że wszelka umysłowa w tym
kierunku podejmowana praca przez to samo jest płonnym zachodem.
A co (należy ostrzec) może się napozór udowadniać z tej
przyczyny, że, skoro wszystkość rzeczy i spraw świata tego w jedną
harmonię jest obejmowana, łatwo jest odwrotnie w tejże harmonijnej
jedności dopatrzeć wszystkiego zaczątków, jakoby przeto już nic
nowego być nie mogło! Jest w tem jednak błąd ogromny, to jest: że
absurdum bierze się za nowe - tylko albowiem absurdum leży poza
ogólnym prądem harmonji bytu, wszystko ogarniającej. I wielokrotnie
i dosyta nasłuchany w tym względzie cudzych zwątpień, byłem raz
użytym w delegacji do jednego istotnie zasłużonego człowieka,
któremu koledzy ofiarowali byli dobrze zasłużony medal. Rzecz tę
cenną oddawałem w ręce uradowanemu i nie spodziewałem się był
bynajmniej żadnych patetycznych utrudnień w tem poselstwie, osoba
albowiem i prawdziwie zasłużoną była i szczerej prostoty pełną.
Atoli, skoro uznawany i oceniony, przyjąwszy swój medal, począł
starannie go obzierać, dostrzegłem nagle na jego licach przebłysk
podobny do uśmiechu, pomieszanego z wielce głębokiem wrażeniem, -
to zaś było tak dziwnie wyraziste, iż długo jeszcze potem nasuwała
mi sama wyobraźnia ten psychologiczny obraz. Aż we wiele czasu po
delegacji, znalazłszy się raz bardzo poufnie z mężem, o którym tu
się mówi, podniosłem umyślnie okoliczność i zapytałem o przyczynę
szczególnego wrażenia... - Rzecz jest niezmiernie prosta! - odpowiedział. - Po
pierwszy raz w życiu zobaczyłem czoło, usta i nos własny w
profilu... I, gdyby nie wasz medal, może, jak bardzo wielka liczba
ludzi, położyłbym się w grób, nigdy pierwej własnego nosa mniej
jednostronnie nie widziawszy. Ja, który przecież ze wszech stron
piramidy oglądałem!... Otóż myśl mi przyszła była, że zaiste muszą
być jeszcze rzeczy nowe do okazania ludzkości, jeżeli, mówię,
własny jej nos można zwiastować! - Szkoda wielka - rzekłem - że tego właśnie nie raczyłeś
nam był powiedzieć. - Kiedy... jakoś... sam przyznaj, iż takich rzeczy się nie
mówi...
***
Sąż zatem głębiny i stopnie szczerości ducha i
oczywistości, które się jakoby spółmilczeniem ogółu uznawa, ale
którym jawność spółczesna odmawia wygłosu, co okres, co wiek
takowych to zmilknień nieuchronnie dla rozwoju swojej pełności
potrzebując? Za całego okresu heroicznego greckiej filozofji, to
jest, aż do Arystotelesa (lecz nie policzając tego mędrca), nikt
nie pojmowałby takowej jawności względnej, zakreślone zgóry szranki
mającej, ani ona komu wystarczyłaby! Nieledwie że na ulicy zapytać
było przecie można, co jest dusza, jak i ile nieśmiertelna, co
życie, żywot, naco i dlaczego filozofja... Zapytywany z niemniejszą
odpowiedział prostotą: "Tyle a tyle wiem, lub nie wiem; co do
filozofji, ta za cel ma uczynić człowieka moralnie szczęśliwym!".
Starożytni nie znali wcale pewnego rodzaju uśmiechu, który
dopiero myśmy wynaleźli, a który też wynalazek nam przynosi niemały
zaszczyt. To jest, oni nie znali uśmiechu zatęchłego umysłu i
zupełnie zwątpiałego serca, z jakim odpowiadają dziś mędrkowie na
zapytania ludzi naiwnych, świeżych i coraz rzadszych. - Zacny
Diogenes przeczuwał zbliżanie się tej epoki wtórej, skoro, w
księgozbiorze akademji widząc zapracowanych starców, pytał, ktoby
to byli. - "Ci, co prawdy szukają" - odrzeczono. - "Ach! A kiedyż
oni będą mieli czas ją praktykować!?..." Te wielkie słowa jego i
inne, brzmiące żywo, jakby wczora rzeczonemi były, nie spotkały
były narazie naszego spółczesnego uśmiechu i ostrzeżenia, iż
"takich rzeczy się nie mówi..."; że do takich głębin wielkiego
zadania bytowego nie wstępuje się; że wiedza (mianowicie od
arystotelejskiego podziału na umiejętności specjalne) ma zadanie
inne... a jakie zadanie - tego się także nie mówi!
***
Słowem - że mądrość oczekiwać spokojnie winna na
uzupełnienie wiedzy przez pojedyncze rozwinięcia umiejętności
wszystkich, i że wtedy czas przyjdzie praktykowania prawdy! To jest
bardzo piękne, tylko z jednej strony nie zaspokaja wcale, i owszem,
prawie potwierdza Diogenesa zarzut, z drugiej jesteśmy w stanie
zrobić tę małą uwagę, że podział na specjalne umiejętności
zaskoczonym bywa i może być przez pojawienie się całych nowych
umiejętności, których prąd i kierunek od naszego umyślnego
systematorstwa nie zależy. Rzecz szczególna: ze wszystkich mędrców starożytnych
jedynego Diogenesa powiedzenia wybrzmiewają nam do dziś jako utwory
spółczesne. Moglibyśmy go nazwać Hamletem filozofji, gdyby na myśl
tę samą nie wpadł był Plato, nazywając go "obłąkanym Sokratesem!"
Wszelako omyliłby się bardzo, ktoby Diogenesa poczytywał jedynie za
improwizatora dorywczego i za bezkierunkowy jaki humor. On nie jest
dotąd jeszcze obejrzanym w całości umysłu swojego. Zwłaszcza, iż
sam powiada: "Ja, przesadzając we wszystkiem i pełniąc nazbyt,
czynię to ku temu, ażeby ci, co przyjdą po mnie, nie potrzebowali
pełnić nazbyt, lecz w samą miarę..." Filozof, który to i z taką
wyraża trzeźwością, nie jest samym tylko genjalnym humorystą. Lecz
planetarna wartość wielkiej Diogenesowej gwiazdy mniej była i mniej
jeszcze bywa ocenianą od jej błyskotliwych tęcz dowcipu. Na mędrcu
tym zamyka się ta filozofja, którą ja heroiczną nazywam. Wedle
tegoż uważania mojego filozofja ta nie zaczyna się wcale od Talesa,
lecz od Ajschylosa dramatycznych przedstawień, gdzie wykładało się
posady mądrości tradycyjnej i wypowiadało idee postaciami, zaś
zamyka się i kończy niemniej dramatycznie, jak ją Ajschyłos
początkował, to jest, zamyka się dialogami platońskiemi, tak, iż
to, co sztuka nieledwie techniczna w Sofoklesie podziwia i ceni,
nie należy bynajmniej do filozoficznego pochodu i rozwoju myśli
greckiej, lecz dla dziejów sztuki zostawa. Gdy tymczasem platoński
dialog ludzi zwykłych, ludzi, na ulicach Aten spotykanych, a
poszukujących nieznanego Boga, prawdy i cnoty śród doczesnych i
arcypotocznych bytu warunków, jest w prostej linji ostateczną
jakoby rzeczywistością onych dialogów olimpijskich, ajschylowskich,
gdzie sprawy i myśli ludzkiej jeszcze niema, gdzie święte i mądre
fata człowiekiem dla idei pogardziły. Pogląd ten, osobistym moim
będąc, może nie znaleźć usłusznienia, ale usuwa on na swoje miejsce
pojęcia szkół, które sprawiedliwemi być nie mogą względem czasów, w
których jeszcze szkół nie było i w których to, co później jedną ze
szkół zowie się, było raczej powszechną ogólnością. Szkoły świadczą
więcej o miejscu niż o ciągu rzeczy, a niekiedy są tylko nominalne.
Także i dostąpiona z pochodem czasów doskonałość specjalna (np.
tragedja sofoklejska) nie godzi się ażeby przeto wstecznie
upodrzędniać miała objaw, który, lubo zaczątkowy, miał także swoją
doskonałość, będąc wyznaniem publicznem wiary i wiedzy swego czasu. Czy przez przybliżenie (a peu pr?s), jak pierwotni
czynili, czy (jak poarystotelejscy) przez system, otrzymuje się i
udziela słuszniej światło i dobro?... Oto już pytanie, etycznie
kardynalne i wprost podejmujące zacny ów Diogenesa utysk względem
akademickich pracowników, skoro widząc ich, prawdy szukających
("quaerere verum"), słusznie wołał: "Kiedyż oni czas będą mieli,
ażeby znalezioną praktykować!?" Zaiste, jakniebądź i czujnie i
spółpracowicie oczekuje człowiek na owe, których dostąpić mamy,
doskonałości, zaręczone nam postępem, ulepszeniami potwierdzone i
jaśniejące coraz nowym, coraz pełniejszym (lubo zawsze
niewystarczającym) systematem, jednakowoż tenże sam człowiek i
współcześnie zajmuje przecież także żywe miejsce w codziennej
dramie doczesności, a na jej powołania odpowiadać i dopisywać onym
jest obowiązany. Miałżeby on przeto jedną wiedzę podrzędną i
zdawkową na codzienne takie wypadki, drugą zaś w zapoczątkowanych
pracach ludzkości i jej spodziewaniu domniemaną? Jedną tymczasowo
posługującą, drugą obiecaną... Stąd obiedwie niezupełnie trwale mu
właściwe, obiedwie warunkowe. Śród takich to wiedz i tak się
znajdując postawionem, uważa człowieczeństwo za dobre używać
częstotliwie, zamiast odpowiedzi, niewypowiedzianych odwłok zdania,
przemilczeń i niedogłębień wątpliwych. Atoli takowe właśnie że
umyślnie czy przemyślnie niedopowiedziane odwłoki zdania,
przemilczenia i niedogłębienia, są przecież utajoną myślą, więc są
tylko koniecznie niedopowiedzianym ciągiem rzeczy!... Czy system posiłkuje w czemśkolwiek prawdę, czy sprawdza
ją albo jej świadczy - on, który zarówno rzeczom fałszywym jak
niefałszywym może służyć?... Gdzie i poco wciąż nowe i zastępujące
dawne systemata prowadzą, przewalając uprzedzicieli swoich?... Czy
nareszcie system, sam w sobie uważany, kształci się także i
postępuje?... Myślę, że nie, albowiem, skoro system się buduje na
pojęciu zupełności, całości i harmonji, takowym brakować nic nie
może; mógłby tylko na szerz postępować, coraz większą obejmując
wszystkość następstw, pojawisk i szczegółów. I byłoby nareszcie do
wnioskowania, że ostatecznem dostąpieniem doskonałości systematu
musiałoby być jego porównanie z systematem świata naszego. W tem
wszystkiem wszelako nic nam prostotliwie nie powiedziano dotąd i
dlatego z wątpliwością wyrażam się. Wiem, że, czemuniebądź system
służy, zawsze on nie większą, ani mniejszą cząstkę prawdy obejmuje,
to jest, że, budując się na pojęciu całości, zupełności i harmonji,
jużci że wyrażać musi ideę symetrji, miary i promienności... Oto
wszystko!... Zaś co do działania przez przybliżenie (approximative), to
wydawa mi się być najwłaściwiej doniosłym atrybutem ducha
ludzkiego. Nie wiem zaprawdę, czyli jest jaka forma działalności
umysłowej odpowiedniejsza położeniu naszemu, jak przybliżenie!
Jesteśmy w każdym zmyśle i rozmyśle naszym otoczeni kryształem
przezroczystym, ale uobłędniającym poglądy nasze. Podobno, że,
cokolwiek czynimy, zagaja się albo uzupełnia przez przybliżenie.
Jesteśmy sami poniekąd nieinaczej istniejącymi na planecie,
wirującym szybciej od uderzeń pulsu... A przeto możnaby nawet rzec,
iż działanie przez przybliżenie nie jest dla nas przypadkiem, lecz
podbitym sobie warunkiem. Stąd to, obejmując i jednocząc dwa
wielkie klejnoty umysłowe, czyli: rozwagę umiejętności i nierozwagę
instynktu przyrodzonego, jest ono zupełnie człowieczem. To też my,
tak rzecz pojmujący, nie odpowiadamy przemilczeniami na pytania
żywotne - bynajmniej...
***
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.