Milczenie chłopców - Casey Watson

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Jeśli chciałbyś założyć rodzinę zastępczą, powinieneś uświadomić sobie jedno: zawsze spodziewaj się niespodziewanego. Oczywiście doskonale o tym wiedziałam, bo od lat prowadzę rodzinę zastępczą, a moje wcześniejsze zajęcie było równie wymagające, kiedy kierowałam placówką do spraw trudnej młodzieży w dużej państwowej szkole średniej. Właśnie to starałam się uświadomić mojej córce Riley, kiedy ona i jej partner David postanowili zaryzykować i zgłosili się jako tymczasowa rodzina zastępcza. Riley była bardzo podekscytowana, kiedy dostała pocztą pakiet dokumentów. Natychmiast przyszła do nas i nie przestawała o tym opowiadać.

Dziwnym zbiegiem okoliczności, jeszcze tego samego popołudnia miała okazję poznać na własnej skórze działanie tej zasady. Do dzisiaj uśmiecham się, kiedy o tym myślę.

Było piękne popołudnie w połowie czerwca; zwyczajny czwartek, tak ciepły, że nie tylko spędziliśmy go w ogrodzie, ale nawet zamierzaliśmy wypić na zewnątrz herbatę. Dla Riley była to też jedna z nielicznych chwil wytchnienia, ponieważ David wziął wolne popołudnie w pracy, żeby moje małe wnuki mogły odwiedzić jego mamę. Mój mąż Mike także wrócił przed chwilą z pracy i brał prysznic na piętrze, więc my dwie zajęłyśmy się przygotowywaniem pieczonego kurczaka i sałatki, żeby wyjść na obiad do ogrodu.

- Myślę, że widziałam dosyć, kiedy ty i tata opiekowaliście się dzieciakami, więc wiem, czego się spodziewać - roześmiała się Riley na moje przestrogi. - Może nawet więcej niż dosyć. Założę się, że więcej niż ktokolwiek inny.

Miała rację. Dopiero co pożegnaliśmy się ze wspaniałą małą dziewczynką, Abby, z którą naprawdę niełatwo było nam sobie poradzić. Na szczęście jednak opuściła nas w najlepszej z możliwych okoliczności: mogła wrócić do swojej mamy. Tak szczęśliwe zakończenia zdarzały się jednak rzadko w naszej pracy, ponieważ mój mąż Mike i ja nie zajmowaliśmy się zwyczajnymi przypadkami. Przyjmowaliśmy dzieci ze szczególnie trudną historią - i w konsekwencji z niełatwym zachowaniem. By nauczyć się radzić sobie z tym, przeszliśmy specjalny program szkoleniowy, z nadzieją, że takie zachowania - smutny efekt wieloletnich urazów psychicznych - można zminimalizować na tyle, by dzieci te mogły prowadzić spokojniejsze i bardziej satysfakcjonujące życie. Jeżeli nawet nie uwolnią się zupełnie od swoich demonów, to przynajmniej znajdą sposób, by nad nimi zapanować.

Jednak powrót do szczęśliwej rodziny dla większości tych dzieci był niestety tylko marzeniem. Nasz dom był w ich przypadku ostatnią próbą, w nadziei, że w najlepszym razie uda im się znaleźć stałą rodzinę zastępczą.

- Wiem - powiedziałam. - Ale oglądać to jedno, a żyć z tym to zupełnie inna sprawa. Musisz do tego podejść w pełni świadomie. I dlatego uważam, że byłoby dobrze, gdybyście najpierw zostali pogotowiem rodzinnym.

Riley bardzo chciała rzucić się od razu na głęboką wodę i aplikować o zostanie pełnowymiarową rodziną zastępczą, ale ja wciąż nie byłam przekonana, czy powinna to robić już teraz. Ale to, że miała pewne doświadczenie (chociaż nie bezpośrednie), było istotne - właśnie dlatego radziłam, żeby najpierw pogłębiła je, zajmując się tymczasową opieką. Czasami taka praca wywiera wpływ również na twoje emocje, a Levi i Jackson byli jeszcze bardzo mali, nie wspominając już o tym, że David pracował do późna, starając się rozwinąć swoją firmę, więc nie chciałam, żeby załamała się pod presją.

Uśmiechnęła się.

- Mówiłaś mi to już osiem milionów razy, mamo, jeśli nie pamiętasz. Nie martw się - zatrzepotała rzęsami. - Widzisz? Jestem w pełni świadoma. Poza tym, będę miała ciebie w pobliżu, a ty będziesz mogła mi pomóc, prawda? - roześmiała się. - Wpiszę twój numer do szybkiego wybierania. Zastępcza babcia na telefon!

- Bezczelna koza! - odparłam, chociaż i ja nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

Dobrze znałam swoją córkę. A co ważniejsze, ona znała mnie. Niezależnie od tego, że miałam pełne ręce roboty z dziećmi, którymi się opiekowałam, moimi własnymi wnukami i dwójką dorosłych dzieci, doskonale wiedziałam, że Riley ma rację. Gdyby zaszła potrzeba, natychmiast byłabym na miejscu. Po prostu nie potrafiłabym się powstrzymać. Podobno wiedzieć, w czym jesteś dobry, to sekret szczęśliwego życia - a ja wiedziałam. Wiedziałam od pierwszego dnia, w którym podpisałam umowę z agencją opiekuńczą. Kochałam dzieci, uwielbiałam się nimi zajmować, opiekować, uczyć je i patrzeć, jak dorastają. A kiedy moja własna dwójka dorosła, przeżywałam prawdziwy syndrom pustego gniazda. Chociaż mój syn Kieron jeszcze niewiele ponad rok temu mieszkał razem z nami, kiedy stał się dorosły, ogarnęło mnie to przejmujące uczucie: "Czy to jest właśnie to?". Jak to możliwe, że czas minął tak szybko? O tak - w moim życiu ziała wielka dziura o kształcie dziecka, a mając... hm... czterdzieści kilka lat byłam jeszcze stanowczo zbyt młoda, by poświęcić się robieniu na drutach i grze w kręgle. Zastępcza babcia na telefon? Ależ oczywiście.

Riley i David byliby świetnymi zastępczymi rodzicami. Nie miałam co do tego wątpliwości. Choć byli jeszcze bardzo młodzi - oboje mieli po dwadzieścia kilka lat - dostrzegli miejsce dla siebie na rynku. Było wprawdzie kilka młodszych rodzin zastępczych, lecz niewiele, ponieważ - jak zauważyła Riley - większość ludzi woli zaczynać karierę jako rodzice zastępczy na późniejszym etapie życia, kiedy ich własne dzieci dorastają lub wylatują z gniazda. I właśnie dlatego ona i David chcieli się tym zająć. Uważali, że warto zachęcać do wybrania takiego zawodu młodych ludzi, których w tym wieku wręcz rozpiera energia.

Ja osobiście nie miałam najmniejszych wątpliwości co do tego, że sobie poradzą. To jednak nie znaczy, że oni nie powinni mieć wątpliwości; to była poważna decyzja i zawód, którego nikt nie powinien traktować lekko.

- No więc o co chodzi? - spytała Riley, kiedy kończyłyśmy robić sałatkę i zaczynałyśmy układać wszystko na tacach, żeby wyjść do ogrodu. - Oj, tato, nie ruszaj niczego, dopóki ci nie pozwolę - skarciła Mike'a, który właśnie zszedł na dół, wygłodniały jak zwykle.

Był potężnym mężczyzną - ponad metr dziewięćdziesiąt - miał męczące fizycznie zajęcie i nigdy nie dbał o to, by porządnie zjeść w pracy. Dlatego nie było łatwo powstrzymać go przed podjadaniem, zanim jeszcze zaczęłam nakładać na półmiski. Właśnie teraz próbował dopaść kurze udko.

- W sprawie dzieci? - spytałam, stawiając talerze na stole.

- Tak. John się odzywał?

John Fulshaw był naszym koordynatorem w agencji opiekuńczej. Pracował z nami od pierwszego dnia i teraz uważaliśmy go właściwie za przyjaciela. Niemniej jednak był profesjonalistą i zawsze dbał o dobro dzieci. Zwykle nalegał, żebyśmy po każdym zadaniu robili sobie przerwę na naładowanie fizycznych i emocjonalnych baterii.

- Jeszcze nic - odparłam. - Ale minęło dopiero kilka tygodni, odkąd Abby odeszła...

- Wiem - powiedziała Riley. - Ale zawsze odnosiłam wrażenie, że on ma z góry przygotowane dzieciaki dla was. Że tak to działa.

- I prawdopodobnie tak działa. Dlaczego nie? To smutne, ale zapotrzebowanie jest cały czas. I tak, zapewne ma już kogoś dla nas - przyznałam.

- W każdym razie prawdopodobnie się stara - roześmiał się Mike, siadając. - Myślę, że obawia się, że jeśli zostawiłby mnie i mamę zbyt długo samych, moglibyśmy przywyknąć do ciszy i spokoju i dojść do wniosku, że nie chcemy się już nikim opiekować.

- Akurat! - parsknęła Riley.

- Właśnie - powiedział Mike.

- Prawdę mówiąc - powiedziałam, również siadając - chyba zadzwonię do niego w przyszłym tygodniu, jeśli sam wcześniej się nie odezwie. - Spojrzałam na Riley. - Tata ma tydzień urlopu, który musi wykorzystać. Prawda, kochanie? Może to nie byłby zły pomysł, żeby coś zaplanować? Zwłaszcza, że wygląda na to, jakby ładna pogoda miała się utrzymać...

I wtedy - właśnie wtedy - rozległ się dzwonek u drzwi.

W pierwszej chwili pomyślałam, że to Kieron. Nasz najmłodszy syn często wpadał na herbatę bez zapowiedzi. Czasami zastanawiałam się, czy może jest obdarzony nadludzkim węchem i potrafi wyczuć pieczonego kurczaka z odległości kilku mil. Miał już dwadzieścia trzy lata i mieszkał ze swoją dziewczyną, Lauren, w domu jej rodziców. Mieli tam mieszkanie z osobnym wejściem, co dawało im rozsądną dozę niezależności, lecz nie na tyle, bym musiała się o niego cały czas martwić. Kieron ma syndrom Aspergera, łagodną formę autyzmu, co znaczy, że jest nieco inny niż większość ludzi. Myśli w sposób wyjątkowo konkretny i bardzo nie lubi niespodzianek. I jest bardzo ufny - w nikim nie potrafi dostrzec zła.

Kieron również postanowił zajmować się czymś, co będzie miało związek z dziećmi. Studiował produkcję dźwięku w college'u i regularnie pracował jako DJ, lecz w zeszłym roku zaczął pracować z młodzieżą wymagającą pomocy, dla ośrodka, z którym niegdyś sam był związany. Założył dla nich nawet młodzieżową drużynę piłkarską, żeby dzieciaki z trudną przeszłością mogły odnaleźć poczucie przynależności i zdobyć jakieś umiejętności. Uczyły się też pracy w zespole i miały okazję do ćwiczeń fizycznych, co jest jednym z najlepszych sposobów na odreagowanie frustracji.

Lecz to nie Kieron stał za drzwiami. Zorientowałam się, kiedy tylko weszłam do holu. Sylwetka - a właściwie sylwetki - widoczne przez matową szybę w drzwiach stanowiły dowód, że się myliłam.

Więc może któryś z sąsiadów, pomyślałam, podchodząc do drzwi. Albo Świadkowie Jehowy... Ale nie listonosz. Nie o tej porze.

Jednak i tu nie miałam racji. Otworzywszy drzwi, zobaczyłam stojącego na progu Johna Fulshawa i pomyślałam, że pewnie miał czkawkę.

- Cześć, Casey - powiedział z lekkim zażenowaniem, kiedy nasze spojrzenia się spotkały. Muszę przyznać, że nie przyglądałam mu się uważnie, ponieważ mój wzrok powędrował niemal natychmiast w stronę małego chłopca, który stał obok niego i niechętnie trzymał za rękę trzecią osobę - wysoką, rudowłosą kobietę z jaskrawozieloną torbą. Mogłabym się założyć o sporą sumę, że kobieta jest pracownikiem społecznym. Po latach współpracy z opieką społeczną nabiera się nosa do tych rzeczy, a przypuszczam, że wielu ludzi powiedziałoby, że ja wyglądam w każdym calu jak matka zastępcza. Chłopiec miał niemal czarne włosy, dość długie i opadające; wyglądał na osiem lub dziewięć lat, a na jego twarzy malował się wyraz, który widziałam już wielokrotnie. Sprawiał wrażenie najbardziej niechętnego członka tej małej grupki. Przyjrzałam mu się uważniej. Szare szkolne spodnie z dziurami na kolanach, kremowoszara - niegdyś biała - koszulka i przewiązany w pasie burgundowy szkolny sweter, którego wystrzępione rękawy zwisały smętnie.

- John - powiedziałam. - Nie spodziewałam się ciebie! Powinnam? Zwykle najpierw dzwoniłeś...

- Wiem. Teraz nie zadzwoniłem i przepraszam.

- Wejdźcie - powiedziałam. Co mogłam powiedzieć innego? - Ale musicie mi wybaczyć bałagan. Gdybym wiedziała, że przyjdziecie...

Urwałam, zachowując dalszą część zdania dla siebie. Mówi się, że w domu jest zawsze najczyściej na dziesięć minut przed przyjściem gości, ale to nie sprawdza się w moim przypadku. Mam lekką obsesję na punkcie czystości, podobnie jak niegdyś moja mama, więc to nie byłaby kwestia dziesięciu minut przed przyjściem gości - spędziłabym całe godziny, żeby wszystko było jak należy. Dlatego nieco rozpaczliwie rozglądałam się, próbując zobaczyć jakiekolwiek oznaki bałaganu.

Przepraszający wyraz twarzy Johna natychmiast zamienił się w szeroki uśmiech. Dobrze znał mnie i moje obsesje. Wszedł do holu - kobieta i chłopiec tuż za nim - i powiedział:

- Uwierz mi, słowo "bałagan" nie ma zastosowania w tym domu. Marie... Przepraszam, Casey, to Marie. Marie, to Casey. Właśnie wchodzisz do najczystszego domu na świecie.

Jeżeli próbował mnie zmiękczyć w obliczu tej niezapowiedzianej wizyty, to udało mu się. Nie sposób długo złościć się na Johna. Ale wciąż byłam zdezorientowana. Prawdę mówiąc, miałam zamęt w głowie. Spojrzałam na małego chłopca (prawdę mówiąc, nie aż tak małego: ja mam zaledwie metr pięćdziesiąt wzrostu) i zauważyłam, że sprawia wrażenie nie mniej zdezorientowanego i zagubionego niż ja. Uśmiechnęłam się do niego.

- A ty jesteś...?

Wcisnął wolną rękę do kieszeni spodni i zerknął na Marie. Skinieniem głowy zachęciła go, żeby odpowiedział.

- Jenson - rzekł w końcu, przyglądając mi się nieufnie.

- Witaj, Jenson - powiedziałam. - Jestem Casey. Wejdźcie dalej.

Machnęłam ręką, zapraszając ich do kuchni, skąd przez okno w głębi widzieliśmy Riley i Mike'a siedzących nad talerzami w promieniach słońca. Zapewne przypuszczali, że wrócę lada chwila, kiedy sprawdzę, kto dzwonił do drzwi. A tej trójki na pewno się nie spodziewali, uśmiechnęłam się w duchu.

- Jak widzicie - zwróciłam się do Johna - właśnie siadaliśmy do jedzenia. To może poczekać - dodałam pospiesznie widząc jego zażenowanie. - To tylko sałatka.

I rzeczywiście, jedzenie mogło poczekać. Pieczony kurczak na zimno też jest dobry. Jak zwykle w takich sytuacjach, czułam dreszcz podniecenia. To było naprawdę dziwne, że John nie zadzwonił wcześniej, a wiedziałam, że nie postąpiłby tak bez powodu.

- Czy chcesz, żebym zawołała Mike'a? - spytałam.

John skinął głową.

- Tak. Tak myślę - spojrzał na Marie. - A może zabrałabyś Jensona do ogrodu? Ta dziewczyna to Riley, córka Casey. Na pewno chciałaby cię poznać, Jenson. Nie masz nic przeciwko temu?

- Oczywiście - powiedziałam. - Jenson, może chciałbyś poskakać na naszej trampolinie?

Oczy chłopca rozbłysły, a promienny uśmiech całkowicie odmienił jego ubrudzoną twarz. Czy istnieje dziecko, które nie lubiłoby skakać na trampolinie?

Tymczasem Mike i Riley zauważyli nasze małe zgromadzenie i kiedy Marie z Jensonem wyszli do ogrodu, ja przywołałam Mike'a. Napotkałam spojrzenie Riley i uśmiechnęłam się do niej.

Widzisz? - pomyślałam. Spodziewaj się niespodziewanego...

Rozdział 2

Przepraszam was oboje - powiedział John, kiedy Jenson z Marie wyszli do ogrodu i zostaliśmy we troje w kuchni. - Powinienem był zadzwonić... zrobiłbym to... i czuję się okropnie, przeszkadzając wam w rodzinnym obiedzie, ale, prawdę mówiąc, to wszystko działo się tak szybko...

- Nie musisz przepraszać, John - odparłam.

Widziałam, że Mike - podobnie jak ja - nie może się doczekać, kiedy usłyszy coś więcej.

- Napijesz się kawy albo czegoś innego? - spytałam.

John pokręcił głową.

- Nie, dziękuję - odparł. - Wypiłem już kawę. A w każdym razie pół; reszta została na moim biurku - uśmiechnął się cierpko. - Nie spodziewałem się, że będę musiał wychodzić w takim pośpiechu.

- To nie brzmi dobrze - stwierdził Mike. - Co się stało? To była kradzież albo coś w tym rodzaju?

- Przepraszam - powiedział John. - Zabrzmiało chyba bardziej dramatycznie, niż było w rzeczywistości. Nie zadzwoniłem z drogi, bo nie chciałem niepokoić Jensena bardziej, niż to było konieczne. Niedawno zabraliśmy go ze szkoły; zajęli się nim tam, dopóki ja nie dotarłem i nie spotkałem się z Marie. I, szczerze mówiąc, na pomysł przywiezienia go tutaj wpadłem w ostatniej chwili. Inaczej oczywiście zadzwoniłbym do was.

Wszystko, co mówił, również niewiele wyjaśniało.

- A więc co się stało? - spytałam. - Dlaczego trzeba się było nim zająć?

- Sam w domu - wyjaśnił. - Przypuszczam, że znacie ten film?

Oboje przytaknęliśmy.

- A więc mamy tu Macaulaya Culkina? - zauważył Mike.

- Mniej więcej - odparł John. - Chociaż nie był całkiem sam. Jest jeszcze starsza siostra, imieniem Carley. Ma trzynaście lat. Ci dwoje byli sami w domu już prawie od tygodnia. Ich mama podobno pojechała na wakacje ze swoim chłopakiem, gdzieś do Hiszpanii.

- Niewiarygodne! - wyjąkałam, unosząc brwi. Moje zdumienie jednak nie trwało długo, ponieważ, kiedy się nad tym zastanowiłam, jakkolwiek zachowanie ich matki było szokujące, to nie aż tak niewiarygodne. Przez lata widziałam dość, by dobrze o tym wiedzieć. Mike, który stał z rękoma skrzyżowanymi na piersi, wyglądał, jakby myślał podobnie. Pokręcił tylko nieznacznie głową i przewrócił oczami.

- Wiem - powiedział John. - Poinformowała nas ich sąsiadka, podobno po jakiejś nocnej imprezce. Jak twierdzi, wiedziała, że zostali sami, ale nie uważała, że powinna z tym cokolwiek robić. A może nie chciała, mniejsza z tym. Marie mówi, że chodziło jej o to, żeby nie wpakować ich matki w jakieś kłopoty. Ale po imprezie, całonocnej i zakrapianej alkoholem, zmieniła zdanie. Zaczęła się martwić, że jeśli stałoby się cokolwiek złego, to wina mogłaby spaść na nią, bo nie interweniowała i nic nie zrobiła.

- A więc gdzie jest córka... gdzie jest Carley? Znalazłeś dla niej jakieś miejsce?

John pokręcił głową.

- Nie ja. Wywieziono ją z tej okolicy. Służby społeczne uznały, że tak będzie najlepiej. Obawiali się, że gdyby zostawili ją tutaj, mogłaby po prostu zniknąć pewnego dnia i zaszyć się u kogoś znajomego. A wtedy oczywiście straciliby ją z oczu. I jej matka także.

- A co z jej matką?

- Marie nie udało się z nią skontaktować. Dzieciom zresztą także.

Następnie John wyjaśnił, że zdaniem córki nie ma o co robić hałasu. Mieli jedzenie, mieli pieniądze i oboje obiecali chodzić do szkoły. Jej zdaniem nie było żadnego powodu, by interesowała się nimi opieka społeczna. Może gdyby mieli jakichś krewnych, do których mogliby pójść, nie byłoby problemu, gdyby nie jeden istotny drobiazg. Ich matka najwyraźniej wyłączyła telefon, więc dzieci, podobnie jak służby społeczne, nie miały się jak z nią skontaktować. A tego, według wszelkich możliwych standardów, nie można nazwać odpowiedzialnym rodzicielstwem. Prawdę mówiąc, to po prostu zaniedbywanie dzieci. I kiedy służby społeczne dowiedziały się o tym, po prostu musiały wkroczyć i działać.

- To wprost niewiarygodne - powiedział Mike i pokręcił głową.

- Rzeczywiście - przyznał John. - W każdym razie, tak właśnie wygląda sytuacja. I dlatego trafiłem z małym Jensonem do was. A nie zadzwoniłem wcześniej, bo początkowo planowałem sprawdzić, czy nie uda mi się go umieścić u jednej z naszych tymczasowych opiekunek; w końcu to powinno potrwać tylko kilka dni. Ale właśnie wtedy, kiedy po niego jechałem, ona oddzwoniła i odmówiła. Rozmyśliła się, ponieważ za tydzień wyjeżdża na zarezerwowane wakacje za granicą, a gdyby to się przeciągnęło...

Mike i ja wymieniliśmy spojrzenia.

- Hm... przecież nie chcielibyśmy przerzucać Jensona z miejsca na miejsce, prawda? Wtedy pomyślałem o was...

My oczywiście byliśmy wolni. Przynajmniej teoretycznie.

- Nie masz żadnego dziecka czekającego na program? - spytałam.

W normalnej sytuacji dostalibyśmy konkretne dziecko i to na dłuższy czas, ponieważ cały program trwa około dziewięciu miesięcy.

- I tak, i nie - odparł John. - Kilka przypadków będzie omawianych w przyszłym tygodniu, wśród nich dzieci, które prawdopodobnie mogłyby trafić do was, ale ponieważ to się zapewne przeciągnie o kolejny tydzień... biorąc pod uwagę, że najpierw musi być podjęta decyzja, potem wstępna wizyta i tak dalej... No cóż, właśnie dlatego olśniło mnie i tak wylądowaliśmy tutaj. Bo to na pewno nie potrwa długo.

Roześmiałam się.

- Och, John, jesteś niesamowity! Ile razy już to słyszeliśmy?

John przestąpił z nogi na nogę, jak niegrzeczny chłopiec, który został zaprowadzony do dyrektora szkoły. Prawdę mówiąc, to, czy chodzi o kilka dni, czy o dłuższy czas, nie miało dla nas większego znaczenia. Dziecko potrzebujące domu to dziecko potrzebujące domu. Jeśli zaś okaże się, że jest jakieś dziecko, dla którego nasz specjalistyczny program byłby korzystny, ale w takiej sytuacji nie może trafić do nas - trudno. Są przecież inni wyspecjalizowani opiekunowie. To sprawa agencji, nie nasza.

- Trafna uwaga - powiedział John. - Ale, jak już mówiłem, tym razem myślałem, że to będzie... Posłuchajcie, wiem, że takie przypadki bywają bardzo trudne... wszystko zależy od sędziego... ale biorąc pod uwagę to, co mówiła sąsiadka, nie widzę żadnego powodu, żeby nie mogli wrócić od razu do matki. Wystarczy ją przywołać do porządku, wyznaczyć kuratora i tak dalej. Sprawa zamknięta. Ale nawet w najgorszym scenariuszu, o jakim teraz w ogóle nie myślimy... no cóż, prawdopodobnie trafiliby do normalnej rodziny zastępczej, na dłuższy czas. A w przypadku takich dzieciaków to nie powinno być problemem. Jeśli wierzyć sąsiadce, dzieciaki są w porządku, oboje. Chociaż muszę przyznać - dodał po chwili namysłu - że szkoła jest nieco mniej zachwycona tym chłopakiem - spojrzał za okno, gdzie Jenson skakał na trampolinie. Mówią, że ma skłonność do wagarowania i jest trochę niesforny. To właściwie wszystko, co mogę wam powiedzieć. Byliśmy tam tylko parę minut.

Zerkał to na mnie, to na Mike'a.

- A więc? Co wy na to? Oczywiście możecie odmówić, bo nie mam prawa zrzucać tego na was tak bez ostrzeżenia. No i możecie mieć już jakieś plany na wakacje...

Oczywiście najłatwiej byłoby tak powiedzieć; i byłoby to do pewnego stopnia prawdą. Ale nie widziałam żadnego powodu, by się nie zająć tym chłopcem, i wiedziałam, że Mike jest tego samego zdania. Tym się właśnie zajmowaliśmy - braliśmy do siebie dzieci, które potrzebują życzliwego domu na jakiś czas. A my niewątpliwie mogliśmy im taki dom zapewnić. Co więcej - dom, w którym obowiązują zasady i gdzie mają nadzór. To prawda, niewiele można osiągnąć w kilka tygodni, ale zawsze to coś.

- Cóż - zaczęłam, spoglądając na Mike'a. - Ja się zgadzam, jeśli ty nie masz nic przeciwko.

Ledwie to powiedziałam, z ogrodu dobiegł nas głośny wybuch śmiechu Riley. Wszyscy wyjrzeliśmy przez okno.

Marie stała na patio, Riley siedziała przy stole, a obie zwijały się ze śmiechu. Patrzyły na Jensona, który najwyraźniej znudził się skakaniem na trampolinie i zaprezentował doskonałą w każdym szczególe parodię moonwalku Michaela Jacksona, łącznie z przechylaniem nieistniejącego kapelusza. Uśmiechał się promiennie, a ja poczułam znajomy dreszcz na karku.

- Jeszcze jedno - dodał John. - Zanim wrócą. Postanowiliśmy na razie nie mówić nic dzieciakom... wiecie, o tym, jak to się może rozwinąć. Jeśli idzie o Jensona, po prostu zostaje u was, dopóki jego mama nie wróci z wakacji. Nie ma potrzeby dodatkowo go stresować.

- Oczywiście - powiedziałam i pomachałam do całej trójki, zapraszając ich do środka. Biedne dziecko. Biedne dzieci. Jak matka mogła zrobić coś takiego? - Trzymajmy kciuki, żeby wszystko dobrze się skończyło - dodałam.

Wtedy w drzwiach stanęła rozbawiona Riley, a z nią Marie i Jenson.

- Może być - mówił do Marie, kiedy wchodzili. - Mogę trochę zostać. A będzie coś do herbaty? - zwrócił się do mnie. - Jestem Hank Marvin.

Uśmiechnął się szeroko (najwyraźniej nieśmiałość nie była jego problemem).

- To znaczy "umieram z głodu" - wytłumaczył życzliwie.

Odpowiedziałam na jego uśmiech.

- Myślę, że coś uda się nam znaleźć, skoro umierasz z głodu. - Byłam poruszona jego wyraźnie udawaną nonszalancją. Nie wątpiłam, że w głębi duszy, mimo pozorów beztroski i pewności siebie, przynajmniej jakaś jego część jest wystraszona i zaniepokojona.

- No dobrze, to trochę zostanę - potwierdził.

I tyle. Żadnej biurokracji, pakowania, długich wstępów. Tylko chłopiec z zieloną torbą i zapewnienie Marie, że będzie nas na bieżąco informować o rozwoju sytuacji. Tak więc, podczas gdy jego mama wygrzewała się w jakimś Costa-del-Wstydźsię ze swoim chłopakiem, nasz błękitny pokój dostał nowego mieszkańca.

Koniec wersji demonstracyjnej.