II
O ile sama Włodawa z parą wież z dawnego kościoła Paulinów, bulwiastą kopułą cerkwi i białą bryłą żydowskiej bożnicy sprawiała wrażenie nienajgorszego miasteczka, podobnego może do Tarnopola albo Dołhobyczowa, o tyle przedmieścia nie sposób było odróżnić od wsi. Gliniasta droga, na której, mógłbym przysiąc, po większej ulewie grzęzną wozy i ludzie, kilkadziesiąt chat krytych strzechą, wreszcie skarpa porośnięta pokrzywą i czarnym bzem, spadająca stromo w dół, aż do rzeki. Wszędzie przy brzegu tkwiły niewielkie, wydłubane z pni łódki, mieszczące nie więcej jak dwie osoby. Leżały na sypkim piachu jak wygrzewające się w słońcu płazy, a wszystko to odbijało się w Bugu z najmniejszymi detalami. Trochę tak jakby na dnie istniało drugie, bliźniaczo podobne miasteczko, w którym toczy się drugie, bliźniacze życie.
W połowie mostu dostrzegłem furmankę załadowaną worami mąki. Deski zatrzeszczały ostrzegawczo, gdy wjechała na most od strony niewielkiego cypla. Dwójka młodych ludzi siedzących na koźle zdawała się nie przejmować, że przez moment znaleźli się może w niebezpieczeństwie. Oboje mieli koszule tak jasne, że musiałem zmrużyć oczy, by na nich patrzeć, wyszywane przy szyi w misterne, czerwone wzory. Kontrastowały z ciemnymi warkoczami dziewczyny, grubymi jak liny okrętowe. Jeden przerzuciła sobie przez ramię, drugi chłostał jej plecy na każdym wgłębieniu i wyboju. To, że nie spadła, zawdzięczała chyba tylko chłopakowi, który lewą rękę trzymał na jej dłoni, bo z prawej nie wypuszczał lejców. Żadne z nich mnie nie zauważyło, wątpię zresztą, by dostrzegali coś poza nimi samymi. Dziewczyna przymknęła oczy, odchyliła twarz ku słońcu i nad rzeką popłynął jej dźwięczny głos:
Jadą goście, jadą
Koło mego sadu.
Do mnie nie przyjadą,
Bo nie mam posagu[1].
Choć nie mam posagu
Ani swego domu,
Jeszcze mnie matula
Nie dała nikomu.
Powiadają ludzie,
że ja malowana.
A ja u swej mamy
dobrze wychowana.
Rozpoznałem znaną, mazowiecką melodię, widać dotarła i tutaj, na wschód. Dziewczyna szturchnęła lekko swojego towarzysza i śpiewała dalej, teraz nie spuszczając z niego wielkich, ciemnych oczu. Ładna, pomyślałem, choć jej uroda odbiegała od tej, którą znałem z warszawskich ulic: szykowne sukienki, parasole od słońca, wachlarze. Tymczasem skóra nieznajomej była spalona na kolor karmelu, a ona sama najpewniej nie słyszała o parasolkach od słońca. Mimo to nie odmówiłbym jej uroku. Śnieżnobiała koszula z czerwonymi haftami i kolorowa spódnica w zielone i granatowe pasy sprawiały, że ściągała na siebie uwagę. Gdybym rozglądał się za pannami, chodziłyby za mną te oczy, a śpiew nie cichłby w mojej pamięci.
Żeby nie dziewczyna,
nie ożeniłby się.
Modre oczka miała,
spodobała mu się!
Nie planowałem się zatrzymywać, ale jej głos miał w sobie coś hipnotyzującego w to upalne popołudnie, pośrodku prawie pustego mostu, gdy wszystkie inne dźwięki zamilkły.
Modre oczka mamy,
na się spoglądamy.
Co komu do tego,
że my się kochamy?
- Śpiewaj ze mną! - prosiła woźnicę. - No Witek, zrób to dla mnie! - Szybkim ruchem ściągnęła czapkę z daszkiem z kędzierzawych włosów chłopaka i wsunęła sobie na głowę. Kiedy ten próbował odebrać swoją własność, zaczęła się bronić, powtarzając ze śmiechem: - Oddam, jak zaśpiewasz!
Woźnica jednak uparcie milczał, moment ciszy przedłużał się i sądziłem już, że nie spełni jej prośby, skupiony na lejcach i powożeniu, gdy nagle dołączył. Głos miał donośny i lekko zachrypnięty, gdy zanucił, a jego baryton doskonale uzupełniał się z altem dziewczyny:
W najładniejszym żytku
Kąkol się urodzi.
Panieńskiej urodzie
Nic to nie zaszkodzi.
Panieńska uroda
jak ta bystra woda.
Przepłynie, przeminie,
czy ci lat nie szkoda?
Mocniej ścisnął lejce, gdy dziewczyna wsparła się na jego ramieniu i zaśpiewała mu prosto w twarz. Nawet z daleka widziałem, jak pod daszkiem przydużej czapki lśnią jej ciemne oczy.
Tobie świeci miesiąc,
A mnie świecą gwiazdy,
Ciebie kocha jedna,
A mnie kocha każdy.
W zielonym gaiku
Kaczka zjadła węża.
Zjadajcie mnie, chłopcy,
Póki nie mam męża!
Ledwie się powstrzymałem, by nie parsknąć śmiechem przy ostatniej zwrotce. Z kolei oni bez skrępowania zanieśli się śmiechem, lecz na mój widok zamilkli. Chłopak odgarnął z czoła ciemne, zwichrzone włosy, które zakrywały brązowe oczy, i choć po jego wargach wciąż przemykał uśmiech, to spojrzenie, jakim mnie obrzucił, było nie tylko ciekawskie, ale i nieco wrogie. Z kolei dziewczyna zasalutowała do skradzionej mu czapki i posłała mi uśmiech, jakbyśmy byli dobrymi znajomymi. Choć prawie dorośli, mieli w sobie tyle dziecięcej beztroski, że patrzenie na nich bolało. Już chciałem odwrócić wzrok, gdy koń szarpnął nagle, ciągnąc wóz w stronę barierki, dziewczyna krzyknęła i tylko błyskawiczne ściągnięcie lejców przez chłopaka uratowało ich od upadku.
Młody woźnica otarł pot z czoła, wyraźnie przerażony: chyba nawiedziła go ta sama wizja, co mnie, że niewiele brakowało, a i oni, i ładunek zniknęliby pod wodą. Widać dziewczyna nie miała podobnych myśli, bo wybuchła śmiechem:
- Patrz, jak powozisz! Jakbyś nas nie potopił, sam ojciec by to zrobił za takie marnotrawstwo!
Ale beztroski śmiech zdradzał, że niezbyt boi się gniewu ojca.
- Pan komisarz?
Nastolatek, który czekał jeszcze na moście, wyciągnął ręce po moją walizkę, ale pokręciłem głową. Miał piegowatą twarz i bystre, rozbiegane oczy. Spod czarnej mycki spadały mu na skronie jasnorude pejsy sterczące na boki jak małe sprężynki. Nie nosił butów, a dłonie, które daremnie wyciągnął po moją walizkę, oparł teraz na biodrach, obrzucając mnie ciekawskim spojrzeniem.
- Poradzę sobie - zaprotestowałem. Wolałem, by nie wiedział, że cały mój upchnięty tam majątek waży tyle, co nic, bo składa się głównie z papierosów Egipskich, startej talii kart, kilku zdjęć, wody kolońskiej i paru koszul na przebranie. No i oczywiście munduru, bo płaszcz niosłem przewieszony przez ramię.
Chłopak opacznie zrozumiał jednak mój protest, bo zaczął trajkotać:
- Dzień dobry, wielmożnemu panu komisarzowi! - A kiedy patrzyłem zaskoczony, wyjaśnił: - U nas to się mówi Szalom alejchem, to znaczy pokój z tobą. A odpowiada się Aleichem szalom. Chaim jestem - przedstawił się. - Przysłali mnie po pana! - Zerknął na walizkę w mojej dłoni. - Pan się nie boi. We Włodawie jest trochę złodziei, ale ja nie kradnę.
- Ciebie? - nie dowierzałem. - A cóż to za pilne sprawy zatrzymały ich na posterunku, że nie mogli pofatygować się sami? Mają tam wizytę Piłsudskiego czy co? - zakpiłem już otwarcie, na co chłopak odparł:
- Policja u nas zajęta, całą okolicę patroluje na koniach, to i dziś pojechali. Nie mają czasu latać po Tomaszówkach. Ale ja wszędzie przylecę. Jestem najszybszy i najbystrzejszy w tym miasteczku. Nikt tu nie wie o Żydach i nie-Żydach tyle co ja. Kto wie, może i panu się do czegoś przydam? Pan da tę walizkę!
- Naprawdę nie trzeba - zapewniłem, dalej mocno ściskając uchwyt. - Nie jest ciężka.
Żydek wzruszył ramionami, wsunął ręce w kieszenie wystrzępionych spodni i smyrgnął przed siebie jak spłoszony ptak. Chciałem za nim krzyknąć, żeby zwolnił i że się nie pali, a nawet jeśli, to sprawa dla straży ogniowej, a nie policji, ale oddalił się na tyle, że wolałem nie wrzeszczeć i nie robić widowiska. Jego stopy dudniły głucho na drewnianych deskach, nim dostrzegł, że zostaję w tyle, i dopiero wtedy zwolnił.
Pierwszym, co dało się zauważyć po zejściu z mostu już po stronie Włodawy, była woda. Wymykała się z koryta rzeki i podchodziła pod gospodarstwa. Kilka płotów wystawało z niej jak resztki zmurszałego pomostu. Tatarak porastał brzegi i coraz bezczelniej wdzierał się na najniżej położone podwórka, jakby na tym terenie trwała nieustająca walka o dominację między żywiołem a człowiekiem. I nawet mała przystań dla kajaków po lewej stronie mostu nie przekonywała, że to ludzie wygrywają tę walkę.
- Wszędzie bagna - mruknąłem zdziwiony.
Co prawda staruszka od czereśni wspominała coś o bełku, który nigdy nie wysycha, ale na to nie byłem przygotowany. Wszechobecna woda wyglądała tak, jakby rzeka wystąpiła z brzegów i zamierzała pochłonąć miasto - po cichu, jak złodziej, wykradając połacie ziemi stopniowo, metr za metrem.
- To nie bagna - wyjaśnił mój przewodnik, któremu nadal z trudem dotrzymywałem kroku. - To rozlewiska jeszcze po zimie. Jak wszystko zamarza, dzieciaki ślizgają się aż na drugi brzeg, do Włodawki. To niedaleko stacji, gdzieś pan przyjechał.
- Wiadomo, czemu tak woda dokucza?
- A diabli wiedzą! - Podrapał się w głowę. - Bywa, że parę lat jest sucho, ale tej wiosny mamy podtopy, jakich najstarsi ludzie nie pamiętają. Na polach w stronę rzeki nic się nie zasadzi, bo ziemia tam to jedno błoto. A po łąkach to ryby chodzą, nic tylko więcierz stawiać na szczupaki. I handlować.
Bijący od wody zapach mułu i wodorostów był tak intensywny, że musiałem zasłonić usta i nos rękawem marynarki, ale odór zdawał się przenikać przez włókna. Chłopak zauważył mój gest i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Przywyknie pan. Na pocieszenie powiem, że mamy tu gorsze utrapienia.
No raczej mnie tym nie pocieszył, co chyba wywnioskował z mojej miny, bo zaraz dodał:
- Ale i dobre rzeczy są. Zabawić się można we Włodawie jak nigdzie. W Czworoboku dają dobre piwo. Jeszcze lepsze jest w austerii, żydowskiej karczmie w Tomaszówce, skąd pan przyszedł. Żydzi dobre ważą, ale na kreskę dawać nie chcą. Jest jeszcze wdowa Chaja, co przy rynku mieszka, to ona da i na kreskę, o każdej porze dnia i nocy, jak człowieka nagła potrzeba złapie, pan rozumie?
Rozumiałem aż za dobrze.
- Znaczy melinę prowadzi? - podsumowałem, na co Chaim zakrztusił się suchą bułką, którą właśnie żuł, a twarz pod rudą grzywką stała się jeszcze czerwieńsza niż włosy.
- Chaja to poważna handlarka! - oburzył się. - Poczciwa kobita, mówię panu, zawsze poratuje!
Poratuje czy raczej pogrąży? - pomyślałem nie bez drwiny.
Tymczasem minęło nas dwóch brodatych mężczyzn w czarnych chałatach. Im bliżej rynku byliśmy, tym więcej ich spotykaliśmy, podobnie jak chłopców z pejsami dźwigających pod pachą elementarze. Pędzili jak szaleni po kocich łbach, prawie gubiąc mycki z ciemnych włosów albo drewniaki z nóg.
- Z chederu do domu lecą - wyjaśnił mój towarzysz, choć nie pytałem. - Wkuwają tam na pamięć Torę po całych dniach.
- A ty umiesz czytać?
- A na co mnie to? - obruszył się chłopak. - Nie każdy Żyd musi być rabinem, ja też nie. Niedaleko synagogi na Solnej jest szkoła, to można się tam uczyć za darmo, nawet jak się nie ma grosza przy duszy. Pan Lemberger za to płaci, ale kto by się w naukę bawił, jak można w tym czasie zarobić?
- Hojny musi być ten Lemberger - przyznałem.
- A jakże. To wielki pan. Pół młyna należy do niego, bo to wspólnik Makowskiego. Nikt nie ma tyle pieniędzy co on, ale nikomu nie odmawia pomocy. To on wpadł na pomysł, by dzieci biedaków uczyły się pisać. Zresztą dużo tu niepiśmiennych, nie tylko Żydów. Krzyżykami się podpisują, a jak już parę liter znają, to zwykle z książeczki do nabożeństwa. Albo po rusku.
To chyba im zostało po zaborach - pomyślałem i zapytałem odruchowo:
- Wciąż pamiętają?
- A jakże. Dziadek mi opowiadał, że źle za Romanowów nie było, tylko bieda aż piszczała. Niektóre to do tej pory nie wierzą, że car nie żyje, i myślą, że ruskie wrócą. Albo Niemce... No, jesteśmy na miejscu! - Spojrzał triumfalnie na żelazną tabliczkę, na której trochę krzywo wypisano ulica Wyrykowska. - To jedyna ulica dla gojów w tym rejonie. Do synagogi blisko, to i wokół mieszkają sami Żydzi.
Spodziewałem się, że przeprowadzi mnie przez labirynt wąskich uliczek i drewnianych domów z szerokimi gankami - i zostawi na kocich łbach jednej z nich, tymczasem odbiliśmy nie tylko od rynku, ale i cywilizacji. Miejsce niewiele się różniło od kurnych chat przycupniętych obok dworca w Tomaszówce. Nad Wyrykowską, położoną na zachód od rynku, górował podobny do czapy dach Wielkiej Synagogi z ulicy Solnej, a także młyn parowy i elektrownia zapewniająca Włodawie prąd, ale sama uliczka niezbyt przypominała miejską. Oddzielone drewnianymi płotami, na których piętrzyły się gliniane naczynia i powiewało pranie, graniczyły tu ze sobą niskie chaty, za nimi zaś cisnęły się budynki gospodarskie. Ryk krów, gęganie gęsi i ujadanie psów na moment kazały mi zapomnieć, że jestem w mieście. Jakby tego było mało, od południa miałem przed sobą niewielką uliczkę Błotną, która, jak mnie poinformował Chaimek, po każdej większej ulewie zgodnie z nazwą zamieniała się w błotnisty potok. Jakby we Włodawie mało było wody!
Jeszcze w Warszawie, kiedy w Komendzie Głównej na Nowym Świecie[2] dostawałem przydział, usłyszałem, że będzie na mnie czekać służbowa kawalerka, i choć, słowo daję, nie oczekiwałem licho wie jakich luksusów, to liczyłem chociaż na skromne mieszkanie. Tymczasem miałem przed sobą niską drewnianą chałupę krytą strzechą. Drzwi otaczał miniaturowy ganek wsparty na dwóch kolumnach, tak mały, że zaledwie jedna osoba mogła wypalić na nim papierosa. Lichy metrowy płotek raczej nie chronił jej przed złodziejami, podobnie jak niezbyt solidne drzwi. Zamek zazgrzytał niemiłosiernie, kiedy chłopak wsunął w niego klucz. Jedna z okiennic zwisała smętnie jak złamane skrzydło, a malwy zawładnęły ogrodem do tego stopnia, że praktycznie zasłaniały widok z okien, w których ktoś ustawił święte obrazki.
W środku pachniało starym drewnem i świeżym wapnem - i na pewno nie był to zapach domu. Omiotłem wzrokiem prawie puste pomieszczenie. Prócz stołu, kaflowego pieca, szafki z książkami i łóżka w rogu nie było tu zbyt wiele. Najsolidniejsze wrażenie sprawiało masywne biurko z szufladami wciśnięte w róg naprzeciw drzwi. Dobrze, że chociaż nad żelaznym łóżkiem ktoś zawiesił makatkę, a na ziemię rzucił niewielki, pasiasty chodnik, inaczej dałbym sobie głowę uciąć, że stoję w klasztornej celi, zimnej i surowej. Kilka drobiazgów, które grzechotały na dnie walizki, raczej nie zmieni tego miejsca.
- To od piorunów - pospieszył z wyjaśnieniami Chaim, wskazując obrazki na parapecie, między którymi zdążyła już powstać pokaźna pajęcza sieć. - Wiadomo, że w dom, gdzie w oknie obraz stoi, piorun nie uderzy. Tak przynajmniej goje wierzą. Nie-Żydzi - dodał zaraz. - To wszystko do ochrony przed złem. I te suche badyle, co wiszą dokoła, też.
Kiedy jeszcze mówił, moją uwagę przykuło natrętne brzęczenie. Zanim zdołałem ustalić, skąd pochodzi, skóra na szyi zapiekła mnie jak trafiona kamieniem z procy. W tym samym czasie chłopak także klepnął się w kark i zaklął.
- Komary, niech to szlag! Lęgną się w błocie i żyć nie dają, plugastwo jedne!
- Kto tu mieszkał przede mną? - zapytałem. Ciekaw byłem, czy innym policjantom, których wabią tu mrzonkami o spokojnej służbie, także fundują tak spartańskie warunki. I nie myliłem się.
- Tutaj? Pana poprzednik.
- I co się z nim stało? - dopytywałem, bo wiedziałem jedynie, że jego miejsce zwolniło się nagle i bez większych wyjaśnień.
- Już go nie ma.
- Przenieśli go? Dokąd?
W odpowiedzi chłopak pokręcił głową i przyłożył do skroni wskazujący palec, kręcąc młynka.
Cokolwiek się stało z moim poprzednikiem, musiał stąd zniknąć całkiem niedawno, a zanim to zrobił, zostawił mi niezły bajzel do ogarnięcia. Dotknąłem palcem suchych bukietów zwisających kwiatami w dół z obu stron okna, ale na myśl, jakie insekty prócz komarów i pająków mogą się tam gnieździć, cofnąłem dłoń. Chciałem zapytać mojego przewodnika, czy na owady też ma jakiś niezwodny sposób jak na pioruny, ale wolałem wreszcie uwolnić się od tego gaduły. Odkąd spotkał mnie przy moście, usta mu się nie zamykały nawet na chwilę, sięgnąłem więc do kieszeni płaszcza i położyłem mu na dłoni kilka monet.
- Za fatygę. To do jutra - powiedziałem, biorąc się za rozwieszenie w szafie munduru i koszul, licząc, że chłopak w tym czasie odejdzie.
Ten jednak nie ruszył się z miejsca.
- Do jutra? - Przeliczył monety równie uważnie jak staruszka na stacji. Może i nie umiał czytać, ale na rachunkach znał się pewnie jak nikt. - To nie pójdzie pan dziś do magistratu?
- Nie. Raczej nie.
Wiedziałem, że moim obowiązkiem jest jak najszybciej stawić się u władz, ale obezwładniły mnie długa podróż, upał, zaduch tataraku i ta chałupa, w której najwyraźniej przyjdzie mi spędzić najbliższe miesiące. Jasne włosy, gdy przeczesałem je dłonią, lepiły mi się od potu. Nie miałem na nic sił, a jeszcze tego brakowało, bym miał płaszczyć się przed włodarzami tego miasteczka.
- A jakie pan ma plany na dzisiaj? Do szynku też mogę zaprowadzić.
Chłopak był bezczelny, ale i piekielnie domyślny. To był mój pierwszy wieczór tutaj - czy na pewno chciałem go spędzić sam, w czterech ścianach jak w celi, w ciszy, która aż dźwięczała w uszach? Tym bardziej że nie pamiętałem już, kiedy ostatni raz byłem w karczmie czy w szynku. Kiedy w ogóle wychodziłem do ludzi.
- A tak właściwie - zagaiłem mojego przewodnika całkiem niezobowiązująco - to gdzie ten szynk?
[2] Komenda Główna Policji Państwowej w Warszawie znajdowała się przy Nowym Świecie 67, w Pałacu Zamoyskich.