Milczące - Patrycja Pelica

Kup ebooka

38.90 zł
31.12 zł (38,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

I

 

 

Włodawa, maj 1928

 

Nie powinienem tu być.

To przeświadczenie nie było nowe. Przeciwnie, towarzyszyło mi właściwie przez całą drogę koleją na trasie z Warszawy do Brześcia Litewskiego i z Brześcia do Chełma, a nawet wcześniej, zanim w ogóle wsiadłem do wagonu i zająłem miejsce przy oknie. A może jeszcze wcześniej, nim spakowałem rzeczy do przetartej, skórzanej torby i wyruszyłem do Włodawy. Pojawiło się w chwili, gdy przeczytałem tę nazwę po raz pierwszy, niemal równocześnie z decyzją, że zgłoszę się tam do służby. Gdzieś daleko nad Bugiem, w miejscu, gdzie kiedyś przebiegała granica z Litwą, a dziś, na skutek powojennych roszad, pozostało jedynie wschodnie miasteczko. W miejscu, którego nikt inny nie chciał objąć i w którym w moim dawnym życiu z pewnością nie chciałbym się znaleźć. Nie powinienem się zgłaszać do dowódcy ze słowami ja pojadę, ba! - nie powinienem nawet o tym myśleć, porzucać dawnego życia i zgadzać się na dobrowolne wygnanie z dala od wielkiego miasta i wszystkiego, co znam. Nie powinienem - a jednak zrobiłem to, na przekór zdrowemu rozsądkowi, plotkom i zawiedzionym spojrzeniom bliskich. A może właśnie dlatego? Może potrzebowałem tej ucieczki jako remedium? Może potrzebowałem wyjechać, wszystkich zawieść i wszystko rzucić w diabły?

I tak u progu lata, które zapowiadało się na wyjątkowo upalne, wyruszałem samotnie na wschód, z walizką w dłoni i blizną na czole. Jechałem tam, gdzie - jak drwili niektórzy koledzy - wrony zawracają, a diabeł mówi dobranoc. Polesie, nic, tylko laski, piaski i karaski, klepali mnie po plecach z żałosnymi minami, udając, że mi współczują. Fałszywe bestie! Już ja ich znam! Pewnie w myślach dziękowali Niebiosom, że to ja, zamiast nich, wyruszam na ten wygwizdów.

Zdjąłem płaszcz, rozłożyłem na kolanach gazetę i raz jeszcze sprawdziłem, czy w portfelu nie mniej przetartym niż walizka mam bilet. Przebiegłem po nim wzrokiem, choć znałem treść tak dobrze, że obudzony w środku nocy mógłbym ją wyrecytować z pamięci. Tomaszówka. Stamtąd od Włodawy będzie mnie ponoć dzieliło tylko kilka kroków.

Kilka kroków, po których wszystko się zmieni.

W miarę jak oddalaliśmy się od stolicy, a zbliżali do Polesia, obojętnie przewracałem strony gazety, nie zatrzymując się dłużej na żadnej. Aż trudno uwierzyć, jak mało mnie teraz obchodziło to, co w niej opisywano, a co kiedyś niemal od razu pochłonąłbym bez reszty. Teraz, z każdym kilometrem torów i każdą mijaną stacją, stolica i jej sprawy coraz bardziej się oddalały, aż wreszcie stały się właściwie nieistotne, zniknęły.

- Dzień dobry szanownemu państwu! - Wąsaty kolejarz wetknął głowę przez drzwi przedziału. - Poproszę bileciki do kontroli!

- Ja wysiadam zaraz! - oświadczył sąsiad, który próbował czytać mi przez ramię gazetę, na której ja sam nie potrafiłem się skupić, podał jednak kolejarzowi mały świstek.

Zrobiłem to samo.

- No proszę, Tomaszówka - odczytał głośno konduktor. - Jedzie pan do Włodawy?

- Tak - potwierdziłem, odbierając dokument. - Co to w ogóle za nazwa? - zapytałem. - Dziwna.

Kolejarz podrapał się w czoło, podważając daszek służbowej czapki.

- Nie dziwna, tylko stara - wyjaśnił. - Pan nietutejszy, to pan nie wie. Wołyń woły dawa. Albo po prostu woły dawaj! - wyjaśnił. - Tak się tu krzyczało na targach. A to porządne targi są, nie byle jakie! Ściągają tu całe bydło z Podola i z Wołynia i handlują, a ludzi jest co niemiara, jak na żadnym odpuście. Woły dawaj - powtórzył. - Stąd nazwa.

Próbowałem znowu czytać gazetę, ale w końcu odstąpiłem "Kurier Warszawski" sąsiadowi, a sam zacząłem kartkować mały przewodnik po wschodniej części Rzeczpospolitej. Nie było tam o Włodawie za wiele w porównaniu z takim Lublinem czy Chełmem, ale zawsze coś. Rzeczywiście, znalazłem wzmiankę o jarmarkach i jeszcze o rycerzu Włodzimierzu, od którego, według innych relacji, miała się wywodzić ta dziwnie brzmiąca nazwa. Miasteczko, do którego zmierzałem, było kiedyś jednym z grodów czerwieńskich, z drewnianą warownią na wzgórzu. Niestety, powstanie Chmielnickiego, a później przemarsz wojsk szwedzkich w czasie potopu zmiotły zamek z powierzchni ziemi.

Czytanie wciągnęło mnie do tego stopnia, że ani się spostrzegłem, jak zmieniło mi się towarzystwo. O tym, że sąsiad zniknął, a jego miejsce zajęła młoda blondynka z mniej więcej siedmioletnim chłopcem, przekonałem się dopiero, gdy ten kopnął mnie w łydkę tak mocno, że z zaskoczenia upuściłem książkę.

Kobieta poczerwieniała, jej twarz była niemal tak pąsowa jak starannie umalowane usta. Odłożyła Chłopów, po których, odkąd Reymont dostał Nobla, sięgali niemal wszyscy, i zerknęła najpierw na mnie - ze skruchą, a później na syna - z gniewem.

- Najmocniej przepraszam. My do Włodawy, do sanatorium kolejowego, ale syn już się nudzi. Mareczku, przeproś pana.

W odpowiedzi Mareczek pokazał mi język.

- Mareczku!

Matka skarciła go najpierw wzrokiem, później słowami, a kiedy to nie pomogło, wpiła mu palce w przedramiona, aż pisnął. Trudno określić, dlaczego: z zaskoczenia czy z bólu.

- Powiedziałam, żebyś się uspokoił. - Słodki głos blondynki brzmiał teraz surowo jak u urzędniczki, która strofuje kogoś za źle wypełnione dokumenty. - Jeśli nie przestaniesz, przyjdzie po ciebie mamuna. Zabierze cię i nigdy już cię nie zobaczę. Podrzuci mi własne dziecko, małego potworka, szkaradnego i kapryśnego. Będzie wrzeszczał wniebogłosy dzień i noc, nosił twoje ubrania i spał w twoim łóżku, aż zupełnie zapomnę o moim małym synku. Zapomnę, że cię kiedykolwiek miałam...

W miarę jak mówiła, oczy dziecka wypełniały się łzami i teraz, kiedy skończyła, stało przed nią skamieniałe z przerażenia, a łzy płynęły mu po policzkach. W ciszy było słychać miarowy stukot wagonów, który może niósłby ukojenie, gdyby nie koszmarna historia. Blondynka sięgnęła do torebki po szminkę i przesunęła nią po górnej wardze. Kto by pomyślał, że z tak ładnych ust mogą wypełzać tak paskudne opowieści.

- Ja nie chcę... - Chłopiec zachłysnął się własnymi łzami. - Nie chcę, żeby mamuna mnie zabrała.

- Bądź więc grzeczny. - Na umalowane usta powrócił uśmiech, głos znów był słodki i przesadnie miły. - Grzecznych dzieci mamuny nie porywają. Grzecznych dzieci w ogóle nie spotykają złe rzeczy.

Napotkałem wzrok malca: policzki miał nadal mokre, a oczy w kolorze rozwodnionej, niebieskiej farby wytrzeszczone z przerażenia. Widocznie uwierzył w każde słowo makabrycznej opowieści. Swoją drogą, ciekawe tu mają metody wychowawcze, pomyślałem. Dobrze, że mnie straszono jedynie złotą kaczką albo bazyliszkiem, ale tamte miejskie legendy nijak się miały do wiejskich opowieści o mamunach. Bladły przy nich i znikały, niewyraźne jak szkic przy gotowym obrazie.

- Hej, nie bój się. - Wyciągnąłem do niego dłoń, ale cofnął się, jakbym był potworem z opowieści jego matki albo trzymał podobnego w przetartej walizce. - To tylko bajki.

- To nie bajki. - Uśmiech nie schodził z ust blondynki, ale w jej oczach, tak samo błękitnych jak u syna, czaiło się coś mrocznego. Była chodzącym kontrastem: słodycz i gorycz, śliczna twarz i przerażające powieści, piękny uśmiech i lodowaty wzrok.

- Nie bój się - powtórzyłem do chłopca.

Jej lodowate spojrzenie przeszyło mnie na wskroś.

- A pan się nie boi?

 

Kiedy zeskakiwałem na deski peronu w Tomaszówce, zegar wskazywał czwartą po południu. Na wszelki wypadek sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni marynarki i moje palce prześlizgnęły się po czymś zimnym jak kawałek lodu i równie śliskim jak on. Nawinąłem na nie łańcuszek i pociągnąłem do góry, by wydobyć otwierany zegarek. Dum vivimus, vivamus krzyczała pisana pochyłym, pełnym zawijasów pismem sentencja na kopercie, nie przywiązywałem jednak do niej wagi, gdy patrzyłem na tarczę. Właśnie minęła czwarta - a więc zegar na stacji się nie mylił, choć dałbym głowę, że moja podróż trwała o wiele, wiele dłużej. Tak jakbym opuścił Warszawę miesiąc temu, a nie zaledwie wczesnym rankiem. A może czas tutaj płynął inaczej? Wszystko tu zresztą było inne, o czym się przekonałem, gdy pociąg zaczął zwalniać i jeszcze z okien, gdy opadł ciężki, szarawy kurz, zobaczyłem kobiety dźwigające chrust, mężczyzn wyciągających łódki z wody i bose, umorusane dzieci. Obraz tak inny od tego, co znałem i pamiętałem z Warszawy.

Zacisnąłem palce na uchwycie walizki i rozejrzałem się wokół. Biała, podłużna bryła stacji z napisem Tomaszówka wydawała się tkwić pośrodku niczego. Kilka chałup z drewnianymi płotami, które przylegały do niej z obu stron, nie pasowały do dworca zupełnie jak puzzle z innej układanki. Dwie staruszki sprzedawały na peronie kwiaty i krwiście czerwone czereśnie. Wszystko to leżało wprost na deskach, przyprószone kurzem, ale od porannej kawy wypitej w stolicy nie miałem nic w ustach, skusiłem się więc na zakup, a płacąc, zapytałem:

- Daleko stąd do Włodawy?

Słyszałem, że linia kolejowa z Brześcia do Chełma nie przebiega przez samo miasteczko, liczyłem jednak, że chociaż z daleka dostrzegę wieżę kościoła, ratusza albo inną, typowo miejską zabudowę. Tymczasem znajdowałem się pośrodku niczego z przetartą walizką w dłoni i słodkimi owocami w ustach.

Staruszka przeliczyła monety, nim dobrze je ukryła pod kraciastą chustą.

- A to jeszcze kawał drogi, bo tu jest Tomaszówka. Przejdzie przez drewniany most, to dojdzie do miasta, musi ciągle na zachód iść. No i trzeba jeszcze bełk minąć.

- Bełk? - zdziwiłem się, bo nie słyszałem dotąd takiego słowa. - A co to jest?

- Rozlewiska przed młynem Lembergera. Bagna nie bagna, diabli wiedzą co, bo to nigdy nie schnie i na nic się nie przyda, ani stamtąd siano wozić, ani bydło pasać, złe miejsca, a tfu! - Splunęła pod nogi. - Jedyne, co dobre, to jak młyn pracuje, to ryby się tam zbierają. Makowski wyławia je stamtąd tonami. Ten to ma łeb do interesów.

- Kto to jest ten Makowski?

- Współwłaściciel młyna. Nasz młynarz zaradny i pracowity, czego się dotknie, zaraz ma z tego zyski. Drugiego takiego ze świecą szukać. A i sierotę przygarnął, no daj mu Boże zdrowie za jego dobre serce. No niech idzie. - Przegoniła mnie. - Tylko nad wodą niech uważa.

- Na co? - W samą porę ugryzłem się w język, by nie zapytać, czy wszystkich gości witają tu podobnie, strasząc ich na dzień dobry... no właśnie, czym?

Spodziewałem się, że staruszka raczej ostrzeże mnie przed chybotliwym drewnianym mostem rysującym się na linii horyzontu, tymczasem ona zmrużyła oczy w dwie szparki i zapatrzyła się w dal. Dałbym sobie rękę uciąć, że wypatrywała czegoś po drugiej stronie rzeki, gdy rzuciła:

- Z wodą nic nie wiadomo. Jest jak serce człowieka. Kto by się domyślił, co kryje na dnie, tam, gdzie nie da się zajrzeć.

- A wasza woda coś kryje?

- Sam się przekona. - Zatrzymała wzrok na mojej sfatygowanej walizce, której brązowa skóra zaczynała już pękać, i to w kilku miejscach. - Jak zostanie tu na dłużej. Bo zostanie?

- Raczej tak - przyznałem, bo sam nie miałem pojęcia, ile czasu przyjdzie mi tu spędzić.

Pociąg po krótkim postoju ruszył na południe, w stronę Chełma, i nie było już powrotu. Nawet gdybym chciał. Pożegnałem się więc i wrzucając do ust owoc za owocem, ruszyłem w kierunku, który wskazała kobieta.

Droga ze stacji prowadziła najpierw wśród niskich, drewnianych chałup, ukrytych za sczerniałymi płotami. Potem zabudowania zaczęły się przerzedzać i nie minęło pół godziny, a wyszedłem na otwartą przestrzeń już bez ludzkich siedzib. Uderzył mnie zapach koniczyny i ściętej trawy, suszącej się w snopkach ustawionych w równe rzędy aż po horyzont. A przynajmniej do miejsca, gdzie urwisty brzeg spadał stromo w dół, przechodząc w piaszczystą skarpę. Od Włodawy dzielił mnie jedynie most: skrzypiąca, drewniana konstrukcja na wysokich, solidnych przęsłach.

Za drewnianą balustradą połyskiwała rzeka Bug. Było niemal bezwietrznie, tafla pozostała więc nieruchoma jak ogromne, granatowe oko ocienione tatarakiem jak rzęsami. Stanąłem, by mu się przyjrzeć, ale uległem wrażeniu, że to rzeka wpatruje się we mnie stalowymi oczami - ona albo coś, co się w niej kryło. Spojrzałem na swoje dłonie, w których miałem czereśnie: musiałem zgnieść owoce, bo teraz wypełniała je gęsta, ciemnoczerwona maź, którą strzepnąłem ze wstrętem. Zgniotłem je, a miałem się delektować słodyczą w drodze do miasta. Czereśnie, które tak lubiła Wiki.

Oderwałem wzrok od resztek owoców i ruszyłem tam, gdzie jak najwyższe drzewa majaczyły już przede mną dwie białe, kościelne wieże. Drewniany most skrzypiał pod każdym krokiem przybliżającym mnie nieuchronnie do Włodawy i nowego życia, które miałem tam zacząć.

 

 

 

II

 

 

O ile sama Włodawa z parą wież z dawnego kościoła Paulinów, bulwiastą kopułą cerkwi i białą bryłą żydowskiej bożnicy sprawiała wrażenie nienajgorszego miasteczka, podobnego może do Tarnopola albo Dołhobyczowa, o tyle przedmieścia nie sposób było odróżnić od wsi. Gliniasta droga, na której, mógłbym przysiąc, po większej ulewie grzęzną wozy i ludzie, kilkadziesiąt chat krytych strzechą, wreszcie skarpa porośnięta pokrzywą i czarnym bzem, spadająca stromo w dół, aż do rzeki. Wszędzie przy brzegu tkwiły niewielkie, wydłubane z pni łódki, mieszczące nie więcej jak dwie osoby. Leżały na sypkim piachu jak wygrzewające się w słońcu płazy, a wszystko to odbijało się w Bugu z najmniejszymi detalami. Trochę tak jakby na dnie istniało drugie, bliźniaczo podobne miasteczko, w którym toczy się drugie, bliźniacze życie.

W połowie mostu dostrzegłem furmankę załadowaną worami mąki. Deski zatrzeszczały ostrzegawczo, gdy wjechała na most od strony niewielkiego cypla. Dwójka młodych ludzi siedzących na koźle zdawała się nie przejmować, że przez moment znaleźli się może w niebezpieczeństwie. Oboje mieli koszule tak jasne, że musiałem zmrużyć oczy, by na nich patrzeć, wyszywane przy szyi w misterne, czerwone wzory. Kontrastowały z ciemnymi warkoczami dziewczyny, grubymi jak liny okrętowe. Jeden przerzuciła sobie przez ramię, drugi chłostał jej plecy na każdym wgłębieniu i wyboju. To, że nie spadła, zawdzięczała chyba tylko chłopakowi, który lewą rękę trzymał na jej dłoni, bo z prawej nie wypuszczał lejców. Żadne z nich mnie nie zauważyło, wątpię zresztą, by dostrzegali coś poza nimi samymi. Dziewczyna przymknęła oczy, odchyliła twarz ku słońcu i nad rzeką popłynął jej dźwięczny głos:

 

Jadą goście, jadą

Koło mego sadu.

Do mnie nie przyjadą,

Bo nie mam posagu[1].

 

Choć nie mam posagu

Ani swego domu,

Jeszcze mnie matula

Nie dała nikomu.

 

Powiadają ludzie,

że ja malowana.

A ja u swej mamy

dobrze wychowana.

 

Rozpoznałem znaną, mazowiecką melodię, widać dotarła i tutaj, na wschód. Dziewczyna szturchnęła lekko swojego towarzysza i śpiewała dalej, teraz nie spuszczając z niego wielkich, ciemnych oczu. Ładna, pomyślałem, choć jej uroda odbiegała od tej, którą znałem z warszawskich ulic: szykowne sukienki, parasole od słońca, wachlarze. Tymczasem skóra nieznajomej była spalona na kolor karmelu, a ona sama najpewniej nie słyszała o parasolkach od słońca. Mimo to nie odmówiłbym jej uroku. Śnieżnobiała koszula z czerwonymi haftami i kolorowa spódnica w zielone i granatowe pasy sprawiały, że ściągała na siebie uwagę. Gdybym rozglądał się za pannami, chodziłyby za mną te oczy, a śpiew nie cichłby w mojej pamięci.

 

Żeby nie dziewczyna,

nie ożeniłby się.

Modre oczka miała,

spodobała mu się!

 

Nie planowałem się zatrzymywać, ale jej głos miał w sobie coś hipnotyzującego w to upalne popołudnie, pośrodku prawie pustego mostu, gdy wszystkie inne dźwięki zamilkły.

 

Modre oczka mamy,

na się spoglądamy.

Co komu do tego,

że my się kochamy?

 

- Śpiewaj ze mną! - prosiła woźnicę. - No Witek, zrób to dla mnie! - Szybkim ruchem ściągnęła czapkę z daszkiem z kędzierzawych włosów chłopaka i wsunęła sobie na głowę. Kiedy ten próbował odebrać swoją własność, zaczęła się bronić, powtarzając ze śmiechem: - Oddam, jak zaśpiewasz!

Woźnica jednak uparcie milczał, moment ciszy przedłużał się i sądziłem już, że nie spełni jej prośby, skupiony na lejcach i powożeniu, gdy nagle dołączył. Głos miał donośny i lekko zachrypnięty, gdy zanucił, a jego baryton doskonale uzupełniał się z altem dziewczyny:

 

W najładniejszym żytku

Kąkol się urodzi.

 

Panieńskiej urodzie

Nic to nie zaszkodzi.

 

Panieńska uroda

jak ta bystra woda.

Przepłynie, przeminie,

czy ci lat nie szkoda?

 

Mocniej ścisnął lejce, gdy dziewczyna wsparła się na jego ramieniu i zaśpiewała mu prosto w twarz. Nawet z daleka widziałem, jak pod daszkiem przydużej czapki lśnią jej ciemne oczy.

 

Tobie świeci miesiąc,

A mnie świecą gwiazdy,

Ciebie kocha jedna,

A mnie kocha każdy.

 

W zielonym gaiku

Kaczka zjadła węża.

Zjadajcie mnie, chłopcy,

Póki nie mam męża!

 

Ledwie się powstrzymałem, by nie parsknąć śmiechem przy ostatniej zwrotce. Z kolei oni bez skrępowania zanieśli się śmiechem, lecz na mój widok zamilkli. Chłopak odgarnął z czoła ciemne, zwichrzone włosy, które zakrywały brązowe oczy, i choć po jego wargach wciąż przemykał uśmiech, to spojrzenie, jakim mnie obrzucił, było nie tylko ciekawskie, ale i nieco wrogie. Z kolei dziewczyna zasalutowała do skradzionej mu czapki i posłała mi uśmiech, jakbyśmy byli dobrymi znajomymi. Choć prawie dorośli, mieli w sobie tyle dziecięcej beztroski, że patrzenie na nich bolało. Już chciałem odwrócić wzrok, gdy koń szarpnął nagle, ciągnąc wóz w stronę barierki, dziewczyna krzyknęła i tylko błyskawiczne ściągnięcie lejców przez chłopaka uratowało ich od upadku.

Młody woźnica otarł pot z czoła, wyraźnie przerażony: chyba nawiedziła go ta sama wizja, co mnie, że niewiele brakowało, a i oni, i ładunek zniknęliby pod wodą. Widać dziewczyna nie miała podobnych myśli, bo wybuchła śmiechem:

- Patrz, jak powozisz! Jakbyś nas nie potopił, sam ojciec by to zrobił za takie marnotrawstwo!

Ale beztroski śmiech zdradzał, że niezbyt boi się gniewu ojca.

- Pan komisarz?

Nastolatek, który czekał jeszcze na moście, wyciągnął ręce po moją walizkę, ale pokręciłem głową. Miał piegowatą twarz i bystre, rozbiegane oczy. Spod czarnej mycki spadały mu na skronie jasnorude pejsy sterczące na boki jak małe sprężynki. Nie nosił butów, a dłonie, które daremnie wyciągnął po moją walizkę, oparł teraz na biodrach, obrzucając mnie ciekawskim spojrzeniem.

- Poradzę sobie - zaprotestowałem. Wolałem, by nie wiedział, że cały mój upchnięty tam majątek waży tyle, co nic, bo składa się głównie z papierosów Egipskich, startej talii kart, kilku zdjęć, wody kolońskiej i paru koszul na przebranie. No i oczywiście munduru, bo płaszcz niosłem przewieszony przez ramię.

Chłopak opacznie zrozumiał jednak mój protest, bo zaczął trajkotać:

- Dzień dobry, wielmożnemu panu komisarzowi! - A kiedy patrzyłem zaskoczony, wyjaśnił: - U nas to się mówi Szalom alejchem, to znaczy pokój z tobą. A odpowiada się Aleichem szalom. Chaim jestem - przedstawił się. - Przysłali mnie po pana! - Zerknął na walizkę w mojej dłoni. - Pan się nie boi. We Włodawie jest trochę złodziei, ale ja nie kradnę.

- Ciebie? - nie dowierzałem. - A cóż to za pilne sprawy zatrzymały ich na posterunku, że nie mogli pofatygować się sami? Mają tam wizytę Piłsudskiego czy co? - zakpiłem już otwarcie, na co chłopak odparł:

- Policja u nas zajęta, całą okolicę patroluje na koniach, to i dziś pojechali. Nie mają czasu latać po Tomaszówkach. Ale ja wszędzie przylecę. Jestem najszybszy i najbystrzejszy w tym miasteczku. Nikt tu nie wie o Żydach i nie-Żydach tyle co ja. Kto wie, może i panu się do czegoś przydam? Pan da tę walizkę!

- Naprawdę nie trzeba - zapewniłem, dalej mocno ściskając uchwyt. - Nie jest ciężka.

Żydek wzruszył ramionami, wsunął ręce w kieszenie wystrzępionych spodni i smyrgnął przed siebie jak spłoszony ptak. Chciałem za nim krzyknąć, żeby zwolnił i że się nie pali, a nawet jeśli, to sprawa dla straży ogniowej, a nie policji, ale oddalił się na tyle, że wolałem nie wrzeszczeć i nie robić widowiska. Jego stopy dudniły głucho na drewnianych deskach, nim dostrzegł, że zostaję w tyle, i dopiero wtedy zwolnił.

Pierwszym, co dało się zauważyć po zejściu z mostu już po stronie Włodawy, była woda. Wymykała się z koryta rzeki i podchodziła pod gospodarstwa. Kilka płotów wystawało z niej jak resztki zmurszałego pomostu. Tatarak porastał brzegi i coraz bezczelniej wdzierał się na najniżej położone podwórka, jakby na tym terenie trwała nieustająca walka o dominację między żywiołem a człowiekiem. I nawet mała przystań dla kajaków po lewej stronie mostu nie przekonywała, że to ludzie wygrywają tę walkę.

- Wszędzie bagna - mruknąłem zdziwiony.

Co prawda staruszka od czereśni wspominała coś o bełku, który nigdy nie wysycha, ale na to nie byłem przygotowany. Wszechobecna woda wyglądała tak, jakby rzeka wystąpiła z brzegów i zamierzała pochłonąć miasto - po cichu, jak złodziej, wykradając połacie ziemi stopniowo, metr za metrem.

- To nie bagna - wyjaśnił mój przewodnik, któremu nadal z trudem dotrzymywałem kroku. - To rozlewiska jeszcze po zimie. Jak wszystko zamarza, dzieciaki ślizgają się aż na drugi brzeg, do Włodawki. To niedaleko stacji, gdzieś pan przyjechał.

- Wiadomo, czemu tak woda dokucza?

- A diabli wiedzą! - Podrapał się w głowę. - Bywa, że parę lat jest sucho, ale tej wiosny mamy podtopy, jakich najstarsi ludzie nie pamiętają. Na polach w stronę rzeki nic się nie zasadzi, bo ziemia tam to jedno błoto. A po łąkach to ryby chodzą, nic tylko więcierz stawiać na szczupaki. I handlować.

Bijący od wody zapach mułu i wodorostów był tak intensywny, że musiałem zasłonić usta i nos rękawem marynarki, ale odór zdawał się przenikać przez włókna. Chłopak zauważył mój gest i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Przywyknie pan. Na pocieszenie powiem, że mamy tu gorsze utrapienia.

No raczej mnie tym nie pocieszył, co chyba wywnioskował z mojej miny, bo zaraz dodał:

- Ale i dobre rzeczy są. Zabawić się można we Włodawie jak nigdzie. W Czworoboku dają dobre piwo. Jeszcze lepsze jest w austerii, żydowskiej karczmie w Tomaszówce, skąd pan przyszedł. Żydzi dobre ważą, ale na kreskę dawać nie chcą. Jest jeszcze wdowa Chaja, co przy rynku mieszka, to ona da i na kreskę, o każdej porze dnia i nocy, jak człowieka nagła potrzeba złapie, pan rozumie?

Rozumiałem aż za dobrze.

- Znaczy melinę prowadzi? - podsumowałem, na co Chaim zakrztusił się suchą bułką, którą właśnie żuł, a twarz pod rudą grzywką stała się jeszcze czerwieńsza niż włosy.

- Chaja to poważna handlarka! - oburzył się. - Poczciwa kobita, mówię panu, zawsze poratuje!

Poratuje czy raczej pogrąży? - pomyślałem nie bez drwiny.

Tymczasem minęło nas dwóch brodatych mężczyzn w czarnych chałatach. Im bliżej rynku byliśmy, tym więcej ich spotykaliśmy, podobnie jak chłopców z pejsami dźwigających pod pachą elementarze. Pędzili jak szaleni po kocich łbach, prawie gubiąc mycki z ciemnych włosów albo drewniaki z nóg.

- Z chederu do domu lecą - wyjaśnił mój towarzysz, choć nie pytałem. - Wkuwają tam na pamięć Torę po całych dniach.

- A ty umiesz czytać?

- A na co mnie to? - obruszył się chłopak. - Nie każdy Żyd musi być rabinem, ja też nie. Niedaleko synagogi na Solnej jest szkoła, to można się tam uczyć za darmo, nawet jak się nie ma grosza przy duszy. Pan Lemberger za to płaci, ale kto by się w naukę bawił, jak można w tym czasie zarobić?

- Hojny musi być ten Lemberger - przyznałem.

- A jakże. To wielki pan. Pół młyna należy do niego, bo to wspólnik Makowskiego. Nikt nie ma tyle pieniędzy co on, ale nikomu nie odmawia pomocy. To on wpadł na pomysł, by dzieci biedaków uczyły się pisać. Zresztą dużo tu niepiśmiennych, nie tylko Żydów. Krzyżykami się podpisują, a jak już parę liter znają, to zwykle z książeczki do nabożeństwa. Albo po rusku.

To chyba im zostało po zaborach - pomyślałem i zapytałem odruchowo:

- Wciąż pamiętają?

- A jakże. Dziadek mi opowiadał, że źle za Romanowów nie było, tylko bieda aż piszczała. Niektóre to do tej pory nie wierzą, że car nie żyje, i myślą, że ruskie wrócą. Albo Niemce... No, jesteśmy na miejscu! - Spojrzał triumfalnie na żelazną tabliczkę, na której trochę krzywo wypisano ulica Wyrykowska. - To jedyna ulica dla gojów w tym rejonie. Do synagogi blisko, to i wokół mieszkają sami Żydzi.

Spodziewałem się, że przeprowadzi mnie przez labirynt wąskich uliczek i drewnianych domów z szerokimi gankami - i zostawi na kocich łbach jednej z nich, tymczasem odbiliśmy nie tylko od rynku, ale i cywilizacji. Miejsce niewiele się różniło od kurnych chat przycupniętych obok dworca w Tomaszówce. Nad Wyrykowską, położoną na zachód od rynku, górował podobny do czapy dach Wielkiej Synagogi z ulicy Solnej, a także młyn parowy i elektrownia zapewniająca Włodawie prąd, ale sama uliczka niezbyt przypominała miejską. Oddzielone drewnianymi płotami, na których piętrzyły się gliniane naczynia i powiewało pranie, graniczyły tu ze sobą niskie chaty, za nimi zaś cisnęły się budynki gospodarskie. Ryk krów, gęganie gęsi i ujadanie psów na moment kazały mi zapomnieć, że jestem w mieście. Jakby tego było mało, od południa miałem przed sobą niewielką uliczkę Błotną, która, jak mnie poinformował Chaimek, po każdej większej ulewie zgodnie z nazwą zamieniała się w błotnisty potok. Jakby we Włodawie mało było wody!

Jeszcze w Warszawie, kiedy w Komendzie Głównej na Nowym Świecie[2] dostawałem przydział, usłyszałem, że będzie na mnie czekać służbowa kawalerka, i choć, słowo daję, nie oczekiwałem licho wie jakich luksusów, to liczyłem chociaż na skromne mieszkanie. Tymczasem miałem przed sobą niską drewnianą chałupę krytą strzechą. Drzwi otaczał miniaturowy ganek wsparty na dwóch kolumnach, tak mały, że zaledwie jedna osoba mogła wypalić na nim papierosa. Lichy metrowy płotek raczej nie chronił jej przed złodziejami, podobnie jak niezbyt solidne drzwi. Zamek zazgrzytał niemiłosiernie, kiedy chłopak wsunął w niego klucz. Jedna z okiennic zwisała smętnie jak złamane skrzydło, a malwy zawładnęły ogrodem do tego stopnia, że praktycznie zasłaniały widok z okien, w których ktoś ustawił święte obrazki.

W środku pachniało starym drewnem i świeżym wapnem - i na pewno nie był to zapach domu. Omiotłem wzrokiem prawie puste pomieszczenie. Prócz stołu, kaflowego pieca, szafki z książkami i łóżka w rogu nie było tu zbyt wiele. Najsolidniejsze wrażenie sprawiało masywne biurko z szufladami wciśnięte w róg naprzeciw drzwi. Dobrze, że chociaż nad żelaznym łóżkiem ktoś zawiesił makatkę, a na ziemię rzucił niewielki, pasiasty chodnik, inaczej dałbym sobie głowę uciąć, że stoję w klasztornej celi, zimnej i surowej. Kilka drobiazgów, które grzechotały na dnie walizki, raczej nie zmieni tego miejsca.

- To od piorunów - pospieszył z wyjaśnieniami Chaim, wskazując obrazki na parapecie, między którymi zdążyła już powstać pokaźna pajęcza sieć. - Wiadomo, że w dom, gdzie w oknie obraz stoi, piorun nie uderzy. Tak przynajmniej goje wierzą. Nie-Żydzi - dodał zaraz. - To wszystko do ochrony przed złem. I te suche badyle, co wiszą dokoła, też.

Kiedy jeszcze mówił, moją uwagę przykuło natrętne brzęczenie. Zanim zdołałem ustalić, skąd pochodzi, skóra na szyi zapiekła mnie jak trafiona kamieniem z procy. W tym samym czasie chłopak także klepnął się w kark i zaklął.

- Komary, niech to szlag! Lęgną się w błocie i żyć nie dają, plugastwo jedne!

- Kto tu mieszkał przede mną? - zapytałem. Ciekaw byłem, czy innym policjantom, których wabią tu mrzonkami o spokojnej służbie, także fundują tak spartańskie warunki. I nie myliłem się.

- Tutaj? Pana poprzednik.

- I co się z nim stało? - dopytywałem, bo wiedziałem jedynie, że jego miejsce zwolniło się nagle i bez większych wyjaśnień.

- Już go nie ma.

- Przenieśli go? Dokąd?

W odpowiedzi chłopak pokręcił głową i przyłożył do skroni wskazujący palec, kręcąc młynka.

Cokolwiek się stało z moim poprzednikiem, musiał stąd zniknąć całkiem niedawno, a zanim to zrobił, zostawił mi niezły bajzel do ogarnięcia. Dotknąłem palcem suchych bukietów zwisających kwiatami w dół z obu stron okna, ale na myśl, jakie insekty prócz komarów i pająków mogą się tam gnieździć, cofnąłem dłoń. Chciałem zapytać mojego przewodnika, czy na owady też ma jakiś niezwodny sposób jak na pioruny, ale wolałem wreszcie uwolnić się od tego gaduły. Odkąd spotkał mnie przy moście, usta mu się nie zamykały nawet na chwilę, sięgnąłem więc do kieszeni płaszcza i położyłem mu na dłoni kilka monet.

- Za fatygę. To do jutra - powiedziałem, biorąc się za rozwieszenie w szafie munduru i koszul, licząc, że chłopak w tym czasie odejdzie.

Ten jednak nie ruszył się z miejsca.

- Do jutra? - Przeliczył monety równie uważnie jak staruszka na stacji. Może i nie umiał czytać, ale na rachunkach znał się pewnie jak nikt. - To nie pójdzie pan dziś do magistratu?

- Nie. Raczej nie.

Wiedziałem, że moim obowiązkiem jest jak najszybciej stawić się u władz, ale obezwładniły mnie długa podróż, upał, zaduch tataraku i ta chałupa, w której najwyraźniej przyjdzie mi spędzić najbliższe miesiące. Jasne włosy, gdy przeczesałem je dłonią, lepiły mi się od potu. Nie miałem na nic sił, a jeszcze tego brakowało, bym miał płaszczyć się przed włodarzami tego miasteczka.

- A jakie pan ma plany na dzisiaj? Do szynku też mogę zaprowadzić.

Chłopak był bezczelny, ale i piekielnie domyślny. To był mój pierwszy wieczór tutaj - czy na pewno chciałem go spędzić sam, w czterech ścianach jak w celi, w ciszy, która aż dźwięczała w uszach? Tym bardziej że nie pamiętałem już, kiedy ostatni raz byłem w karczmie czy w szynku. Kiedy w ogóle wychodziłem do ludzi.

- A tak właściwie - zagaiłem mojego przewodnika całkiem niezobowiązująco - to gdzie ten szynk?

 

 

 

 

 

[1] Piosenka To i hola.

[2] Komenda Główna Policji Państwowej w Warszawie znajdowała się przy Nowym Świecie 67, w Pałacu Zamoyskich.