Milczące forty. nr 140 - Kazimierz Szarski

-
Proszę czekać

W twierdzy Hochwald-Ouest

Kapi­tan Pois­son zgniótł ner­wowo nie­do­pa­łek papie­rosa i rzu­cił go na zie­mię. Roz­mowa, jaką pro­wa­dził z pod­po­rucz­ni­kiem Bresse, już dawno prze­stała być dla niego inte­re­su­jąca. Miał ochotę odejść, ale trzy­mała go tutaj prze­śliczna pogoda u pod­nóża tego nie­wiel­kiego wznie­sie­nia pokry­tego wysoką trawą, taką, jaka jest tylko w maju.

Nie spie­szył się do wnę­trza twier­dzy ukry­tej we wzgó­rzu. Pano­wała tam wszech­wład­nie wil­goć, wszę­dzie odczu­walna, w kory­ta­rzach i kasy­nie oraz na sta­no­wi­sku dowo­dze­nia.

Ale nie była to jedyna plaga obrzy­dza­jąca życie pod zie­mią. Dokucz­liwy chłód, pół­mrok, zaduch, prze­ciągi spra­wiły, że każda oka­zja wyj­ścia na zewnątrz sta­no­wiła upra­gnioną zmianę.

Kom­pa­nia kapi­tana Pois­sona ćwi­czyła poza twier­dzą. Docho­dziła godzina dzie­siąta, było jesz­cze dosyć wcze­śnie. Miał zamiar tam pójść. Poże­gnał się z Bres­sem i poszedł wzdłuż polnej drogi pro­wa­dzą­cej do twier­dzy przez zasieki z drutu kol­cza­stego, pola minowe i prze­szkody prze­ciw­czoł­gowe. Po przej­ściu około trzy­stu metrów zatrzy­mał się i ponow­nie zapa­lił papie­rosa. Spoj­rzał w kie­runku fortu.

Twier­dza z zewnątrz robiła wra­że­nie fan­ta­styczne. U stóp wzgó­rza, niczym dwie sze­roko roz­warte gęby jakie­goś gigan­tycz­nego potwora, widoczne były otwory strzel­ni­cze komór ognio­wych dla armat prze­ciw­pan­cer­nych kali­bru 47 mm i podwój­nie sprzę­żo­nych kara­bi­nów maszy­no­wych. Wjazd do fortu zakry­wany sta­lo­wymi żalu­zjami znaj­do­wał się pomię­dzy nimi, był jed­nak znacz­nie węż­szy od nich.

Wjazd, jako jeden ze słab­szych ele­men­tów twier­dzy, chro­niony był przez komory ogniowe. Z wnę­trza fortu wyjeż­dżał wła­śnie samo­chód cię­ża­rowy.

Kapi­tan lubił ten widok. Zda­wał sobie sprawę, że patrzy na wej­ście do jed­nego z naj­sil­niej­szych for­tów linii Magi­nota.

Wtem ciszę tego sło­necz­nego, pogod­nego przed­po­łu­dnia prze­szyło wycie syren, za chwilę w niebo wzbiły się trzy czer­wone rakiety. Pois­son rzu­cił papie­rosa i bie­giem ruszył w kie­runku twier­dzy.

Tak, nie było wąt­pli­wo­ści, to jeden z kolej­nych alar­mów. Nasi­le­nie ich przy­pa­dło na wio­snę. Zaję­cie Pragi przez Niem­ców, oku­pa­cja Kłaj­pedy czy też agre­sja Wło­chów na Alba­nię -?wyda­rze­nia te wpły­wały na zwięk­sze­nie liczby alar­mów i zaostrze­nia urlo­powe, które były nawet bar­dziej dokucz­liwe niż same alarmy.

Gdy kapi­tan Pois­son wbiegł na obszerny dzie­dzi­niec twier­dzy, zoba­czył samo­chody cię­ża­rowe, które za pomocą dźwi­gów pospiesz­nie roz­ła­do­wy­wano. Ładu­nek zrzu­cano na wago­niki wąsko­to­ro­wej kolejki pod­ziem­nej.

Wsko­czył wraz z innymi do windy oso­bo­wej, która zawio­zła ich do tunelu głów­nego. Tutaj wsiadł do prze­jeż­dża­ją­cej kolejki. Gdy prze­je­chał około trzy­stu metrów, opu­ścił ją i krę­tymi, wiją­cymi się spi­ral­nie scho­dami, wokół żel­be­to­wej "studni", gdzie także kur­so­wała winda, wbiegł na wyż­sze pię­tro. Jesz­cze kil­ka­dzie­siąt kro­ków i był u sie­bie.

Tutaj pod­ofi­cer dyżurny zamel­do­wał, że komen­dant twier­dzy pole­cił mu sta­wić się natych­miast po przy­by­ciu.

Znowu jazda kolejką wąsko­to­rową, ale w kie­runku prze­ciw­nym do poprzed­niego. Sta­no­wi­sko dowo­dze­nia komen­danta twier­dzy znaj­do­wało się pomię­dzy dwoma odcin­kami blo­ków żel­be­to­wych sta­no­wią­cych o sile ognio­wej twier­dzy.

Nagle od przodu usły­szeli nara­sta­jący hałas. Kolejka zatrzy­mała się. Całą sze­ro­ko­ścią tunelu masze­ro­wali żoł­nie­rze, poprze­dzani przez jadą­cych na rowe­rach ofi­ce­rów i podofi­ce­rów. Były to oddziały, które w cza­sie gdy ogło­szono alarm, znaj­do­wały się poza twier­dzą.

Masze­ro­wała rów­nież kom­pa­nia kapi­tana Pois­sona, który na czas swo­jej nie­obec­no­ści pole­cił objąć dowódz­two swemu zastępcy, porucz­ni­kowi Roqu­esowi.

Gdy prze­je­chali ostatni pod­ofi­ce­ro­wie, kolejka ruszyła dalej.

W parę minut póź­niej Pois­son cze­kał już w adiu­tan­tu­rze majora Gril­lona. Twier­dza Hochwald-Ouest wespół z twier­dzą Hochwald-Est two­rzyły węzeł obronny (ensem­ble) "Hochwald", sta­no­wiący zachodni filar sek­tora umoc­nio­nego "Hagu­enau", będą­cego z kolei czę­ścią rejonu umoc­nio­nego "Lau­ter". Był to gigant for­ty­fi­ka­cyjny. Wystar­czy powie­dzieć, że na linii Magi­nota były tylko dwa takie węzły obrony. Drugi znaj­do­wał się w rejo­nie umoc­nio­nym "Metz".

Poza tym na sta­no­wi­sku dowo­dze­nia był pokój ope­ra­cyjny z tabli­cami roz­dziel­czymi i tele­fo­nami oraz pomiesz­cze­nie, w któ­rym przyj­mo­wano mel­dunki od pod­wład­nych, zwłasz­cza od dowód­ców arty­le­rii i pie­choty będą­cych w twier­dzy. Stąd szły roz­kazy dla pie­choty i arty­le­rii oraz dla obser­wa­to­rów. Dyżu­ro­wał tu per­so­nel skła­da­jący się z pisa­rzy, tele­fo­ni­stów, rach­mi­strzów.

Ponadto w bez­po­śred­nim sąsiedz­twie sta­no­wi­ska roz­lo­ko­wano pomiesz­cze­nia dla ofi­ce­rów i sze­re­gow­ców, punkt pierw­szej pomocy medycz­nej, toa­lety oraz urzą­dze­nia wen­ty­la­cyjne.

Pomiesz­cze­nia kosza­rowe, szpi­tale, kuch­nie, trans­for­ma­tory dla prądu z sieci wyso­kiego napię­cia i siłow­nie z agre­ga­tami prą­do­twór­czymi znaj­do­wały się niżej; pro­wa­dziły do nich przej­ścia pod­ziemne. Inne przej­ścia pod zie­mię wypro­wa­dzały do wyj­ścia z fortu.

Wresz­cie kapi­tan Pois­son zna­lazł się w pokoju komen­danta. Ściany tego wnę­trza pokryte były tabli­cami i dużymi, pano­ra­micz­nymi foto­gra­fiami ewen­tu­al­nego pola walki, czyli przed­pola twier­dzy.

-?Kapi­ta­nie Pois­son! Mam dla pana zada­nie na cały dzi­siej­szy dzień. Poje­dzie pan z porucz­ni­kiem Fr?re w kie­runku gra­nicy nie­miec­kiej celem spraw­dze­nia, czy pod­od­działy osło­nowe pra­wi­dłowo i we wła­ści­wej kolej­no­ści wyko­nują zada­nia wyni­ka­jące z instruk­cji alar­mo­wej. Kon­tro­luje pan wszyst­kie punkty oporu i prze­szkody na przed­polu naszego węzła obrony, poczy­na­jąc od lasu Lem­bach aż po zachodni skraj Wis­sem­bo­urg. Porucz­nik Fr?re, któ­rego panu przy­dzie­lam, zaj­mie się spra­wami saper­skimi. Będzie on panu bar­dzo pomocny, bo zna teren, a pan będzie miał oka­zję zapo­znać się z naszym przed­po­lem. Przyda się to na pewno. Reszta należy do pana. Instruk­cje alar­mowe są przy­go­to­wane. Samo­chód będzie cze­kał przed wjaz­dem do twier­dzy o godzi­nie jede­na­stej. Czy są może jakieś pyta­nia?

-?Nie, nie mam. Mogę jechać natych­miast.

Porucz­nik Fr?re cze­kał już przy samo­cho­dzie, roz­ma­wia­jąc z kie­rowcą. Po upły­wie dzie­się­ciu minut ruszyli.

Jechali w kie­runku pół­noc­nym do lasu Lem­bach. Po prze­je­cha­niu nie­ca­łych sze­ściu kilo­me­trów drogą prze­waż­nie grun­tową dotarli do zabu­do­wań, które nawet z bli­ska robiły wra­że­nie dobrze utrzy­ma­nej leśni­czówki.

Istot­nie, kie­dyś była to leśni­czówka. Ale obec­nie nie­winna szopa miała pod drew­nia­nym pokry­ciem, łatwym do usu­nię­cia, dosyć grube, żel­be­towe ściany ze strzel­ni­czymi otwo­rami.

Był to naj­da­lej na tym kie­runku wysu­nięty umoc­niony punkt ogniowy wcho­dzący w skład przed­pola linii Magi­nota. Takich umoc­nionych domów było wiele, obsa­dzano je sta­łymi zało­gami, cza­sem nawet w sile plu­tonu, i dobrze wypo­sa­żano w ciężką broń maszy­nową. Wszyst­kie świet­nie masko­wano i przy­sto­so­wy­wano do oko­licy. Nawet z bli­ska z łatwo­ścią mogły być brane za staj­nie, szopy czy budynki miesz­kalne. Załogi tych "domów" posia­dały środki loko­mo­cji, co dawało w razie potrzeby moż­ność szyb­kiego manewru.

Zada­niem tych obiek­tów i ich załóg było alar­mo­wa­nie zaple­cza w wypadku nie­spo­dzie­wa­nej napa­ści, zatrzy­ma­nie posu­wa­ją­cego się prze­ciw­nika ogniem przez wysa­dza­nie dróg i mostów, a także blo­ko­wa­nie skrzy­żo­wań dróg za pomocą uprzed­nio przy­go­to­wa­nych środ­ków. Jed­nym ze spo­so­bów blo­ko­wa­nia dróg było ich mino­wa­nie.

Dopiero po wyko­na­niu wszyst­kich zadań załogi mogły stop­niowo wyco­fać się pod osłoną wła­snej arty­le­rii.

Pois­son z zacie­ka­wie­niem wysłu­chał infor­ma­cji dowódcy "leśni­czówki". Dowódca oraz załoga znali na pamięć odle­głość nie­mal do każ­dego krzaczka znaj­du­ją­cego się w polu ostrzału. Na podwó­rzu, a nawet we wnę­trzu przy­go­to­wano kilka spryt­nie pomy­śla­nych min-puła­pek, co szcze­gól­nie inte­re­so­wało porucz­nika Fr?re.

Po kon­troli jechali przez pewien czas drogą, którą przy­byli, po czym skrę­cili w kie­runku szosy Lem­bach-Wis­sem­bo­urg. Po trzech kilo­me­trach zatrzy­mali się w odle­gło­ści około trzy­stu metrów od małego pagórka, na zbo­czu któ­rego znaj­do­wał się schron bojowy z ciem­niej­szym otwo­rem strzel­ni­czym.

Tuż za drogą zaczy­nało się pole prze­szkód prze­ciw­czoł­go­wych skła­da­jące się z sze­ściu rzę­dów szyn dłu­go­ści około trzech metrów, umo­co­wa­nych na pod­sta­wie beto­no­wej. Szyny wko­pane były w zie­mię na różne głę­bo­ko­ści, przy czym róż­nica wyso­ko­ści wysta­ją­cej nad zie­mią wyno­siła od 60 cm do 1,5 metra. Mię­dzy szy­nami i w opar­ciu o nie prze­cią­gnięte były zasieki z drutu kol­cza­stego.

Prze­szkody prze­ciw­czoł­gowe nie two­rzyły ani tutaj, ani gdzie indziej jed­no­li­tego pasa. Usta­wiono je jako pola cztero-, pię­cio- czy też sze­ścio­rzę­dowe na tych odcin­kach, gdzie sam teren nie sta­no­wił sku­tecz­nej prze­szkody. Zapory prze­ciw­czoł­gowe z szyn wzmac­niano zawsze zasie­kami z drutu kol­cza­stego.

Rolę prze­wod­nika wziął na sie­bie Fr?re, który znał tutaj całe przed­pole twier­dzy. Po chwili wyszedł im naprze­ciw plu­to­nowy zna­jący porucz­nika i zamel­do­wał się jako dowódca załogi.

W środku, podob­nie jak w twier­dzy, był chłód oraz wil­goć. Zgod­nie z instruk­cją alar­mową załoga czu­wała.

Na sta­no­wi­skach ognio­wych leżała amu­ni­cja do dział prze­ciw­pan­cer­nych i cięż­kich kara­bi­nów maszy­no­wych. Zarówno pola prze­szkód prze­ciw­czoł­go­wych, jak i pola minowe oraz zasieki z drutu kol­cza­stego sta­no­wiące prze­szkody prze­ciw­pie­chotne znaj­do­wały się w zasięgu ognia dział lub kara­bi­nów maszy­no­wych.

Zada­niem załogi tego schronu bojo­wego było zami­no­wa­nie skrzy­żo­wa­nia dróg oraz wysa­dze­nie w powie­trze małego mostka. Sku­tecz­ność wyko­na­nia przy­go­to­wań do tych prac spraw­dzał porucz­nik Fr?re.

Obiekt, który kon­tro­lo­wał kapi­tan Pois­son, sta­no­wił jedno z ogniw łań­cu­cha wysu­nię­tych poste­run­ków bojo­wych. Linia tych luź­nych beto­no­wych schro­nów bojo­wych prze­bie­gała w odle­gło­ści 2-3 km z tyłu za umoc­nio­nymi "domami". Były wypo­sa­żone w działa prze­ciw­pan­cerne kali­bru 47 mm lub 65 mm.

Zada­niem tych wysu­nię­tych umoc­nień było sta­wia­nie sil­nego, dłu­giego oporu, który miał wystar­czyć na pełne obsa­dze­nie ludźmi urzą­dzeń obron­nych leżą­cych w tyle i sta­no­wią­cych zasad­ni­czy trzon linii Magi­nota. Było to szcze­gól­nie ważne wów­czas, gdyby agre­sja nie­miecka roz­po­częła się nagle, bez wypo­wie­dze­nia wojny, kiedy Fran­cja nie roz­po­częła jesz­cze mobi­li­za­cji.

Działa tych schro­nów bojo­wych pokry­wały swym ogniem wszyst­kie podej­ścia do głów­nych for­tów. Tak było rów­nież w rejo­nie węzła obron­nego "Hochwald", któ­rego poste­runki wysu­nięte miały pod ogniem swych dział i kara­bi­nów maszy­no­wych wszyst­kie drogi i podej­ścia do twier­dzy Hochwald-Ouest i Hochwald-Est. Ponadto drogi pro­wa­dzące w pobliże for­tów naszpi­ko­wane były prze­szko­dami prze­ciw­czoł­go­wymi i minami.

Prze­szkody prze­ciw­czoł­gowe i prze­ciw­pie­chotne znaj­du­jące się w polu ostrzału schro­nów bojo­wych były usy­tu­owane w głąb na tyle, że pod­cho­dziły do takich samych prze­szkód urzą­dzo­nych bez­po­śred­nio w pobliżu for­tów głów­nych. Two­rzyły więc z nimi jeden sys­tem.

Dobrze wypo­sa­żone w broń maszy­nową wysu­nięte poste­runki bojowe, wspie­rane ogniem dział for­tów głów­nych, mogły długo odpie­rać ataki pie­choty i czoł­gów nie­miec­kich.

Po inspek­cji tego obiektu Pois­son i Fr?re poje­chali dalej do kolej­nego "domu" umoc­nio­nego, następ­nie spraw­dzili jesz­cze jeden schron bojowy w pobliżu drogi Lem­bach-Wis­sem­bo­urg. Tutaj jego dowódca poka­zał im przez lor­netkę nie­miecki poste­ru­nek obser­wa­cyjny i schron bojowy po dru­giej stro­nie gra­nicy w odle­gło­ści 2 km od niej. Umoc­nie­nia prze­ciw­nika znaj­do­wały się po dru­giej stro­nie rzeki Lau­ter.

Po oby­dwu stro­nach gra­nicy pano­wał spo­kój. Tu i ówdzie widać było pra­cu­ją­cych rol­ni­ków. Wyda­wało się, że wszystko idzie nor­mal­nym, poko­jo­wym try­bem, nawet pogoda nastra­jała opty­mi­stycz­nie. Po upal­nym nie­mal dniu robił się przy­jemny, cie­pły majowy wie­czór.

Pois­son i Fr?re zatrzy­mali się na krótko, chcieli zapa­lić i zamie­nić kilka słów przed uda­niem się w drogę powrotną. Wtem usły­szeli war­kot sil­nika, po chwili wyło­nił się samo­chód oso­bowy, nad­jeż­dżał drogą z Lem­bach. Po chwili wyszedł z niego komen­dant sek­tora umoc­nio­nego "Hagu­enau", pod­puł­kow­nik Schwartz, w towa­rzy­stwie majora Gril­lona, komen­danta węzła obrony "Hochwald".

Po wysłu­cha­niu krót­kiego raportu, jaki zło­żył kapi­tan Pois­son, pod­puł­kow­nik Schwartz zaczął zada­wać pyta­nia. Inte­re­so­wało go to, czy żoł­nie­rze zdają sobie sprawę z powagi sytu­acji.

-?Nie sądzę -?pod­jął się odpo­wie­dzi Pois­son. -?Kiedy przy­by­łem na linię Magi­nota w marcu, gdy Niemcy weszli do Pragi, wyczu­wało się to wtedy bar­dziej. Ogło­szony wów­czas alarm, jak pano­wie pamię­tają, połą­czony był z ponow­nym powo­ła­niem do służby ludzi zwol­nio­nych do rezerwy po Mona­chium. Ludzi tych zwol­niono na początku maja, teraz część z nich zbiera siano, które wszę­dzie tutaj widać. Dla tych, co pozo­stali, nasze alarmy, robione teraz, robią wra­że­nie zabawy w woj­sko. Mało kto z nich wie­rzy w moż­li­wość wybu­chu wojny. Na ogół żoł­nie­rze są zda­nia, że zdoła się namó­wić Pola­ków do przy­ję­cia podyk­to­wa­nych warun­ków, tak jak było z Cze­chami.

-?A jeżeli Polacy ich nie przyjmą?

-?Nie pró­bo­wa­łem im tego tłu­ma­czyć. Zresztą nie po to tutaj jestem.

-?Nie­stety, nie mogę się z panem zgo­dzić, kapi­ta­nie! Wszy­scy jeste­śmy tutaj po to, aby te umoc­nie­nia speł­niły swoją rolę. A mogą ją speł­nić tylko wtedy, gdy żoł­nierz będzie wie­dział, że jest tutaj potrzebny - głos Schwartza był sta­now­czy.

-?Panie puł­kow­niku, zga­dzam się z tym. Z dru­giej jed­nak strony na­dal nie wie­rzę w sku­tecz­ność naszych wyja­śnień, dopóki prasa i radio będą powąt­pie­wać w potrzebę udzie­le­nia pomocy Pol­sce, a całą sprawę ujmo­wać się będzie w formę dyle­matu: "czy warto umie­rać za Gdańsk?". Przy takim podej­ściu każdy odpo­wie sobie sam, że nie warto. Ci ludzie żyli dotych­czas nie­wiele wie­dząc o Gdań­sku, a teraz mają za to mia­sto umie­rać? W twier­dzy tego nie widać, ale tutaj, to zna­czy w "domach" umoc­nio­nych i schro­nach bojo­wych, zaczyna sze­rzyć się pijań­stwo; dowody tego są nie­mal wszę­dzie. Napi­szę o tym sze­rzej w rapor­cie.

-?Dzię­kuję, kapi­ta­nie. Ma pan dużo racji -?prze­rwał wywody Pois­sona pod­puł­kow­nik Schwartz.

W tym cza­sie komen­dant twier­dzy Hochwald-Ouest i porucz­nik Fr?re przy­słu­chi­wali się tej roz­mo­wie; nie było spo­sob­no­ści włą­cze­nia się do niej choćby sło­wem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki