Milcząca wiosna - Rachel L. Carson

Kup ebooka

69.00 zł
55.20 zł (69,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dane oryginału:

Silent Spring

Copyright ? 1962 by Rachel L. Carson

All rights reserved.

Tłumaczenie Marek Czekański

Projekt okładki, stron tytułowych Anna Kulikowska

Ilustracja na okładce z wykorzystaniem zdjęcia z zasobu Freepik

Źródła grafik iStock: aarrows (rozdz. 1), loflandimages (rozdz. 2), GeorgePeters (rozdz. 4), Md Saidur Rahman (rozdz. 5), d-l-b (rozdz. 6), FORGEM (rozdz. 7), duncan1890 (rozdz. 9), jennythip (rozdz. 10), CSA-Printstock (rozdz. 11), tacojim (rozdz. 12), ilbusca (rozdz. 13 i 14), powerofforever (rozdz. 15), antiqueimgnet (rozdz. 16); Freepik: Rochak Shukla (rozdz. 3), Rimsha Khan (rozdz. 8), vialgames (rozdz. 17)

Wydawca Katarzyna Włodarczyk-Gil

Koordynator ds. redakcji Renata Ziółkowska

Redakcja Janusz Puskarz

Korekta Marta Akuszewska, Janusz Puskarz

Koordynator produkcji Adam Krajewski

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.: Michał Latusek

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl.

Polska Izba Książki

Copyright ? for a Polish edition by Wydawnictwo Naukowe PWN SA

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2026 r. (Wydanie I)

Warszawa 2026

ISBN 978-83-01-24915-1

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

tel. 22 69 54 321, faks 22 69 54 288

infolinia 801 33 33 88

e-mail: pwn@pwn.com.pl; reklama@pwn.pl

www.pwn.pl

Podziękowania

W liście napisanym w styczniu 1958 roku Olga Owens Huckins opowiedziała mi o swoim gorzkim doświadczeniu śmierci pewnego małego świata, intensywnie przywołując na powrót moją uwagę do problemu, który od dawna mnie niepokoił. Wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że muszę napisać tę książkę.

W dalszych latach otrzymywałam pomoc i zachętę od tak wielu osób, że nie sposób ich tutaj wymienić. Te z nich, które bezinteresownie dzieliły się ze mną rezultatami wieloletnich doświadczeń i badań, reprezentują wielką mnogość urzędów państwowych z tego i z innych krajów, liczne uniwersytety i instytucje naukowo--badawcze oraz najróżniejsze zawody. Wszystkim im wyrażam głęboką wdzięczność za tak szczodrze ofiarowany czas i przemyślenia.

Moje szczególne podziękowania należą się osobom, które znalazły czas na lekturę fragmentów moich manuskryptów, oferując komentarze i krytyczne uwagi oparte na ich specjalistycznej wiedzy. Ostateczna odpowiedzialność za dokładność i rzetelność tekstu spoczywa na mnie, nie mogłabym jednak napisać tej książki bez cennej i istotnej pomocy, której udzielili mi następujący specjaliści: L.G. Bartholomew, M.D. z Kliniki Mayo, John J. Biesele z Uniwersytetu Teksańskiego, A.W.A. Brown z Uniwersytetu Zachodniego Ontario, Morton S. Biskind, M.D. z Westport w stanie Connecticut, C.J. Briej?r ze Służby Ochrony Roślin w Holandii, Clarence Cottam z Fundacji Dzikiej Przyrody Roba i Bessie Welderów, George Crile, Jr., M.D. z Cleveland Clinic, Frank Egler z Norfolk w stanie Connecticut, Malcolm M. Hargraves, M.D. z Kliniki Mayo, W.C. Hueper, M.D. z Narodowego Instytutu Onkologicznego, C.J. Kerswill z Kanadyjskiej Rady Naukowej Rybołówstwa, Olaus Murie z Towarzystwa Dzikiej Przyrody, A.D. Pickett z Departamentu Rolnictwa Kanady, Thomas G. Scott z Natural History Survey w stanie Illinois, Charence Tarzwell z Taft Sanitary Engineering Center, oraz George J. Wallace z Uniwersytetu Stanu Michigan.

Każdy autor książki opartej na wielu różnych faktach zawdzięcza sporo umiejętnościom i życzliwości bibliotekarzy. Mam taki dług wdzięczności wobec wielu osób, ze szczególnym uwzględnieniem Idy K. Johnston z Biblioteki Departamentu Spraw Wewnętrznych i Thelmy Robinson z Biblioteki Narodowych Instytutów Zdrowia.

Mój redaktor Paul Brooks przez wiele lat nie szczędził mi słów zachęty i z radością dostosowywał swoje plany do opóźnień i odroczeń w mojej pracy. Jestem mu dozgonnie wdzięczna - za to oraz za jego kompetentne redakcyjne oceny.

Korzystałam z rzetelnej i umiejętnej pomocy asystentek: Dorothy Algire, Jeanne Davis i Bette Haney Duff w zakresie gigantycznych zadań poszukiwań bibliotecznych. I wreszcie, nie zdołałabym pewnie sprostać zadaniu, w bardzo trudnych niekiedy okolicznościach, gdyby nie wierne wsparcie mojej pomocy domowej Idy Sprow.

Na koniec muszę wyrazić nasze ogromne zobowiązanie względem wielu osób, często nieznanych mi osobiście, dzięki którym pisanie tej książki miało dla mnie sens i warte było włożonego weń wysiłku. Są to ci wszyscy, którzy jako pierwsi zaczęli głośno sprzeciwiać się bezmyślnemu i nieodpowiedzialnemu zatruwaniu świata dzielonego przez ludzi z innymi żywymi istotami, i którzy nadal toczą tysiące małych bitew przyczyniających się - mam nadzieję - do zwycięstwa zdrowego rozsądku i poczytalności w naszym przystosowaniu do otaczającego nas świata.

Rachel Carson

WstępLinda Lear

W lipcu 1962 roku nagłówki "New York Timesa" wywołały ogólnonarodowe emocje: "Milcząca wiosna jest teraz hałaśliwym latem". W ciągu kilku miesięcy między początkiem serializacji Milczącej wiosny w czerwcu i publikacją tego materiału w formie książkowej we wrześniu tego samego roku alarm podniesiony przez Rachel Carson sprowokował publiczną dyskusję na temat użycia chemicznych pestycydów, odpowiedzialności nauki oraz granic postępu technologicznego. Osiemnaście miesięcy później, wiosną 1964 roku, po śmierci pani Carson (w wieku 57 lat), okazało się, że jej publikacje uruchomiły ciąg zdarzeń, których efektem był zakaz produkcji DDT w Stanach Zjednoczonych i narodziny ruchu społecznego domagającego się ochrony naturalnego środowiska drogą odpowiednich regulacji prawnych na poziomie stanowym i federalnym. Twórczość Rachel Carson zainicjowała transformację powszechnego pojmowania relacji między gatunkiem ludzkim i przyrodą Ziemi, rozbudzając świadomość ekologiczną opinii publicznej.

Trudno teraz odtworzyć klimat kulturowy, w którym to się działo, oraz zrozumieć furię, z jaką atakowano autorkę piszącą językiem spokojnej determinacji. Wysunięta przez nią teza, że poddajemy się powolnemu zatruwaniu, nadużywając chemicznych środków owadobójczych, zanieczyszczających środowisko naturalne, wydaje się teraz oczywistością, ale w roku 1962 Milcząca wiosna była zapalnikiem społecznej rewolucji. Carson pisała w okresie nowego dobrobytu i intensywnego społecznego konformizmu. Były to czasy kulminacji zimnej wojny z całym jej nastrojem podejrzliwości i nietolerancji. Przemysł chemiczny, należący do głównych beneficjentów powojennego rozwoju technologicznego, był także jednym z autorów narodowej prosperity. DDT skutecznie zwalczało szkodniki owadzie w rolnictwie oraz odwieczne choroby przenoszone przez insekty z taką samą skutecznością, jak bomba atomowa zniszczyła militarnych wrogów Ameryki, dramatycznie zmieniając równowagę energetyczną między ludźmi i ich środowiskiem przyrodniczym. Chemikom, pracującym w wykrochmalonych białych fartuchach w odległych laboratoriach, opinia publiczna przypisywała niemalże boską mądrość. Rezultaty ich trudu nagradzane były domniemaniem wspaniałomyślności. W powojennej Ameryce nauka, niczym bożek, stanowiła symbol męstwa.

Carson była outsiderką nienależącą nigdy do naukowego establishmentu, po pierwsze dlatego, że była kobietą, a po wtóre z powodu dziedziny wybranej jako przedmiot badań. W dobie kultu potęgi nuklearnej biolożka nie mogła cieszyć się powszechnym szacunkiem. Jej kariera rozwijała się mocno nietradycyjnie; nie miała akademickich afiliacji ani głosu instytucjonalnego. Świadomie pisała dla szerokich kręgów czytelniczych, a nie dla wąskiej elity naukowej. Dla kogokolwiek innego taka niezależność byłaby ogromnym prestiżowym uszczerbkiem. Jednak po opublikowaniu Milczącej wiosny status outsiderki stał się dźwignią przewagi. Naukowy establishment niebawem odkrył, że nie można było jej głosu zignorować.

Rachel Carson odkryła przyrodę u boku swojej matki, wielkiej miłośniczki jej studiowania. Wędrowała wzdłuż brzegów rzeki Allegheny w nieskazitelnym środowisku wioski Springdale w Pensylwanii, niedaleko na północ od Pittsburgha, obserwując naturalne życie roślin i zwierząt, a szczególnie interesowały ją zwyczaje ptaków.

Jej dzieciństwo, mimo ubóstwa i kłopotów rodzinnych, nie było samotne. Uwielbiała lektury i przejawiała wyraźny talent pisarski, publikując swoje pierwsze opowiadania w dziecięcym pisemku literackim już w wieku dziesięciu lat. Do chwili rozpoczęcia studiów w Pennsylvania College for Women (obecnie Chatham College) poznała dość gruntownie tradycję angielskiego romantyzmu i miała wyartykułowane poczucie osobistej misji, nazywanej przez nią "wizją wspaniałości". Wpływowa profesorka zoologii rozszerzyła jej horyzonty intelektualne, zachęcając do specjalizowania się w biologii zamiast literatury angielskiej. Idąc za jej radą, Carson odkryła, że nauki przyrodnicze nie tylko rozwijają umysłowo, lecz także dostarczają "tematów do pisania". Zdecydowała się na karierę naukową, wiedząc, że w latach 30. kobiety miały niewielkie możliwości w tym względzie.

Stypendia umożliwiły jej podjęcie studiów w Woods Hole Biological Laboratory, gdzie zakochała się w morzu, a następnie na Uniwersytecie Johna Hopkinsa, gdzie jako jedna z nielicznych kobiet specjalizowała się w biologii morza. Po magisterium z zoologii uzyskanym w roku 1932 nie miała promotorów ani pieniędzy, by móc kontynuować studia. W okresie studenckim pracowała jako asystentka w laboratorium szkoły zdrowia publicznego, gdzie miała wyjątkowe szczęście odbycia praktycznego treningu w genetyce eksperymentalnej. Nie mając zbyt wielu możliwości zatrudnienia, zaczęła pisywać artykuły poświęcone historii naturalnej zatoki Chesapeake dla "Baltimore Sun". Mimo wielu lat finansowych i emocjonalnych zmagań Carson uświadamiała sobie, że nie musi wybierać między nauką i pisarstwem, jest bowiem utalentowana w obu dziedzinach.

Od dzieciństwa interesowała ją długa historia Ziemi, z jej wzorcami i rytmami, dawnymi morzami i ewolucją form życia. Jej prawdziwą misją była ekologia - fascynowały ją różnorodność i powiązania, była jednak zawsze świadoma jedności - na długo przed uzyskaniem oficjalnej akceptacji tej dziedziny przez akademicką naukę. Skamieniała muszla, którą wykopała w dzieciństwie na wzgórzach ponad doliną Allegheny, kazała jej stawiać pytania dotyczące istot żyjących w pokrywającym niegdyś te tereny oceanie. Na Uniwersytecie Johna Hopkinsa doświadczenie z modyfikacją zasolenia wody w zbiorniku z węgorzami zainspirowało ją do studiowania cyklów życiowych tych starożytnych ryb migrujących z rzek przez ocean do Morza Sargassowego. Pragnienie zrozumienia morza z innej perspektywy niż ludzka doprowadziło do napisania pierwszej książki pt. Under the Sea-Wind, której tematem jest piaskowiec - popularny ptak, jego cykle życiowe kierowane wrodzonymi instynktami, związek z pływami morza, poszukiwanie pożywienia oraz mozolne sezonowe przeloty z Patagonii do Arktyki. Od samego początku Carson potwierdzała swoją "więź z innymi formami życia" i w tekstach zawsze starała się przekazywać czytelnikom ten stan ducha.

Z problemem zanieczyszczenia środowiska naturalnego zetknęła się już w młodości. W okresie jej dojrzewania druga fala rewolucji przemysłowej przekształcała Pittsburgh i jego okolice w zachodnią stolicę żelaza i stali. Miasteczko Springdale, wciśnięte między dwie wielkie elektrownie węglowe, zamienione zostało w ponury obszar nieużytków z powietrzem skażonym chemicznymi wyziewami i rzeką przeobrażoną w ściek przemysłowy. Carson nie mogła doczekać się ucieczki. Kompletna dewastacja miejscowości, w której się wychowała, nie obchodziła przedsiębiorców przemysłowych, nieponoszących za nią żadnej odpowiedzialności. Doświadczenie to na całe życie odebrało jej wiarę w obietnice "lepszego życia dzięki chemii" i świetlanej przyszłości kreowanej stopniowo przez rozwój technologii.

W roku 1936 Carson podjęła półetatową pracę w federalnym Biurze Rybołówstwa w Baltimore w charakterze autorki tekstów audycji radiowych poświęconych życiu w oceanach. Jednocześnie po nocach redagowała artykuły dla "Sun" opisujące zanieczyszczenia ławic ostryg w zatoce Chesapeake ściekami przemysłowymi; postulowała zmiany w hodowli ostryg oraz prawne regulacje zrzucania ścieków do zatoki. Podpisywała te artykuły inicjałami "R.L. Carson" w nadziei, że czytelnicy będą traktowali je poważnie, sądząc, iż autorem jest mężczyzna.

Rok później Carson objęła stanowisko młodszego biologa wodnego w Biurze Rybołówstwa. Była tam jedną z dwóch kobiet wykonujących zadania merytoryczne. Od tego momentu rozpoczął się jej powolny, ale systematyczny awans w tej instytucji, którą w roku 1939 przekształcono w Biuro Rybołówstwa i Dzikiej Przyrody Stanów Zjednoczonych. Jej talenty literackie zostały szybko rozpoznane i zaczęto powierzać jej redakcję naukowych sprawozdań terenowych. Zadanie to było dla niej okazją do poszerzania wiedzy naukowej, pogłębiania więzi z przyrodą i obserwowania procesu tworzenia polityki naukowej. W roku 1949 Carson była redaktorką naczelną wszystkich publikacji Biura, autorką własnej serii prac poświęconych nowemu systemowi rezerwatów w Stanach Zjednoczonych oraz uczestniczką międzyurzędowych konferencji poświęconych najnowszym zdobyczom nauki i technologii.

Obowiązki wobec pracodawcy rządowego spowolniły tempo jej pisarstwa. Dokonanie syntezy najnowszej wiedzy oceanograficznej zajęło jej dziesięć lat, lecz wytrwałość się opłaciła. Kiedy w roku 1951 na łamach "The New Yorker" zaczęła się ukazywać seria The Sea Around Us (Morze wokół nas), Carson z dnia na dzień stała się celebrytką. Książka została wielokrotnie nagrodzona, m.in. Narodową Nagrodą Książkową (National Book Award) w dziedzinie literatury non-fiction, a Carson wybrano na członka Amerykańskiej Akademii Sztuki i Literatury. Chwalono ją nie tylko za głęboką wiedzę naukową i syntezę obszernego materiału, lecz także za liryczny, poetycki styl. Sea Around Us i kolejny jej bestseller The Edge of the Sea (Skraj morza) wprowadziły ją do grona najwybitniejszych autorów publikacji naukowych Ameryki. Wiedziała, że istnieje głębokie społeczne zapotrzebowanie na rzetelną prezentację i interpretację świata przyrody. Jej przejrzyste wyjaśnienia złożonych problemów naukowych, opis powstawania mórz i oceanów oraz emanująca z jej tekstów miłość do cudów przyrody przynosi ukojenie czytelnikom na całym świecie. Był to głos godny zaufania w obliczu licznych niepewności.

W wystąpieniach publicznych zawsze zwracała uwagę na złowróżbne i przerażające nowe tendencje. "Odurzona poczuciem własnej mocy - pisała - [ludzkość] wydaje się posuwać coraz dalej w swych eksperymentach niszczących ją samą i jej świat". Artykułowała jasno obawy, że technologia rozwija się szybciej niż ogólnoludzkie poczucie odpowiedzialności. W roku 1945 próbowała zainteresować redakcję "Reader's Digest" alarmującymi dowodami szkód środowiskowych wynikających z powszechnego użycia nowego syntetycznego związku chemicznego o nazwie DDT i innych rolniczych pestycydów utrzymujących się długo w miejscach ich stosowania. W roku 1957 Carson była przekonana, że chemikalia te potencjalnie zagrażają zdrowiu całych biot w długiej perspektywie czasu. Zanieczyszczenie środowiska wynikające z nieograniczonego wykorzystywania toksycznych substancji było skrajnym aktem ludzkiej pychy, następstwem i pochodną ignorancji oraz chciwości, o których czuła się w obowiązku dawać świadectwo. Domagała się, by możliwości działań wynikających z naukowej wiedzy i technologii były przed ich podejmowaniem poddawane ocenie bezpieczeństwa i korzyści dla "całego nurtu życia". "Nie zaznam spokoju - pisała do przyjaciółki - jeśli będę milczała".

* * *

Milcząca wiosna - ekspresja jej etycznego niepokoju - rozmyślnie rzuciła wyzwanie rozsądkowi władz państwowych pozwalających na wprowadzanie toksycznych chemikaliów do środowiska naturalnego bez znajomości długotrwałych konsekwencji ich używania. Posługując się językiem zrozumiałym dla wszystkich i świadomie wykorzystując publiczną znajomość skutków opadów radioaktywnych jako punktu odniesienia, Carson opisywała mechanizmy szkodliwego wpływu węglowodorów chlorowanych i insektycydów zawierających organiczne związki fosforu na procesy komórkowe roślin, zwierząt i, przez domniemanie, również organizmów ludzkich. W formie oskarżenia obu stron zwracała uwagę, że nauka i technologia stały się służącymi przemysłu chemicznego w jego pogoni za zyskiem i kontrolą rynków zbytu. "Zamiast chronić obywateli przed potencjalnym zagrożeniem - pisała - rząd nie tylko aprobuje i zatwierdza nowe produkty, lecz czyni to bez uruchamiania mechanizmów odpowiedzialności". Carson kwestionowała moralne prawo władz państwowych do pozostawiania obywateli bez ochrony przed substancjami, których nie mogą fizycznie unikać ani publicznie kwestionować. Taka bezwzględna arogancja może doprowadzić do zniszczenia życia na naszej planecie. "Czy można sobie wyobrazić, by Ziemia, której powierzchnię obciąża się takimi truciznami, mogła nadal podtrzymywać procesy życiowe?" - pytała. "Środki te nie powinny być nazywane "owadobójczymi", lecz "życiobójczymi"".

W Milczącej wiośnie, a później podczas przesłuchań w komisjach parlamentarnych Kongresu, Carson podkreślała, że jednym z podstawowych praw człowieka jest "prawo obywatela do bezpieczeństwa we własnym domu oraz obrony przed napływem toksyn rozprzestrzenianych przez inne osoby". W następstwie ignorancji, chciwości i lekceważenia rząd pozwala, by "trujące i aktywne biologicznie chemikalia trafiały bez ograniczeń do rąk osób w znacznym stopniu lub całkowicie nieświadomych ich szkodliwego działania". Wobec publicznych protestów rząd "zaaplikował obywatelom uspokajające pigułki półprawd", odmawiając przyjęcia odpowiedzialności za szkody i uznania ich dowodów. Carson oskarżała władze państwowe o moralną obojętność i nieodpowiedzialność. "Obowiązek przetrwania - pisała - daje nam prawo do wiedzy".

Carson twierdziła, że filozoficznym źródłem problemu jest arogancka postawa brutalnej dominacji człowieka wobec przyrody szerząca się w powojennej kulturze naukowej. Podkreślała, że istoty ludzkie nie kontrolują przyrody, lecz są jednym z jej elementów, którego przetrwanie zależy od zdrowia całego ekosystemu Ziemi. Protestowała przeciwko "zatruwaniu całego ludzkiego środowiska" substancjami gromadzącymi się w tkankach roślin, zwierząt i ludzi, posiadającymi potencjalną zdolność modyfikowania genetycznych struktur organizmów.

Przypominała, że ciało ludzkie jest przenikalne i, jako takie, narażone na infiltrację toksycznych substancji ze środowiska. Poziomy ekspozycji na nie nie mogą być kontrolowane, a naukowcy nie potrafią dokładnie przewidzieć ich długoterminowych akumulacji w komórkach, a także ich interakcji i działań wielu toksyn w różnych proporcjach. Kategorycznie odrzucała proponowane przez przemysł pojęcie "progów tolerancji" na takie trucizny oraz koncepcję domniemanych "zdolności przystosowawczych", rzekomo neutralizujących ich szkodliwe działania. W jednej z najbardziej kontrowersyjnych części książki Carson przedstawiła dowody statystycznego powiązania ekspozycji na pestycydy z zachorowalnością na niektóre formy raka u ludzi. Dowody te oraz ich późniejsze rozwinięcia w pracach wielu badaczy są stale przedmiotem jednej z najbardziej radykalnych i zażartych polemik w naukowych środowiskach onkologicznych i ekologicznych.

Carson prezentowała koncepcję ekologii ustroju ludzkiego odbiegającą zasadniczo od potocznego myślenia o relacjach człowieka z jego środowiskiem życia, mającą kolosalne implikacje w sferze rozumienia zdrowia i postaw wobec ryzyka środowiskowego. Milcząca wiosna przedstawia dowody na to, że ekologia człowieka wykracza poza granice jego ciała. Chemiczne skażenie globu ziemskiego wpływa na jednostkę ludzką od poczęcia do śmierci. Pestycydy zatruwają nas tak samo jak całą resztę przyrody; jesteśmy dla nich tak samo przenikalni jak inne organizmy. Wszystkie formy życia więcej łączy, niż dzieli.

Autorka wierzyła, że stan zdrowia ludzkiego jest i będzie odzwierciedleniem chorób i anomalii środowiska. Takie pojmowanie własnej konstytucji nieuchronnie zmienia stosunek człowieka do przyrody, do nauki oraz do technologii generujących i wprowadzających globalne skażenie. Środowiska naukowe odnosiły się z wielką rezerwą do tego aspektu prac Carson i przyjmowały go z oporem, przewidywano jednak, że koncepcja ekologii człowieka może okazać się najtrwalszym jej wkładem w dalszy rozwój wiedzy.

Jednakże w roku 1962 wielomilionowe kompleksy przemysłu chemicznego nie chciały pozwolić, by jakaś była redaktorka z urzędu federalnego, kobieta-naukowiec bez doktoratu i instytucjonalnych afiliacji, znana tylko z lirycznych książek o morzu, podkopywała publiczne zaufanie do ich produktów i kwestionowała ich uczciwość. Dla przemysłowców było jasne, że Rachel Carson to histeryczna kobieta, której alarmujące wizje przyszłości należy ignorować lub, w razie konieczności, zwalczać. Była dla nich "miłośniczką ptaszków i wiewiórek", "kocią mamą" i z tych względów osobą podejrzaną, romantyczną "starą panną", która za dużo naczytała się o genetyce. Krótko mówiąc: była kobietą, która wymknęła się spod kontroli. Przekroczyła granice wyznaczone dla jej płci i wynikające z jej wiedzy naukowej. Gdyby jednak jej tezy znalazły zwolenników, przemysł na wszelki wypadek wyasygnował ćwierć miliona dolarów na dyskredytację tych badań i spotwarzanie jej osobowości. W ostateczności najgorsze, co mogli zrobić, to zarzucić jednostronność jej badań i ich oparcie na nieweryfikowalnych opisach przypadków, czyli anegdotyczny charakter dowodów.

Spór o Milczącą wiosnę ma jeszcze inny, prywatny wymiar. Wrogowie Rachel Carson w urzędach państwowych i przemyśle nie wiedzieli o tym, że walczy ona z przeciwnikiem znacznie potężniejszym od nienawiści szefów korporacji: z szybko mnożącymi się przerzutami raka piersi. To cud, że zdołała dokończyć tę książkę, zmagając się z - jak to określiła - "katalogiem chorób", czyli kolekcją dolegliwości wywoływanych przez kolejne przerzuty. Była absolutnie odporna na wysiłki przemysłu chemicznego usiłującego ją poniżyć; koncentrowała swoje energie na przetrwaniu, by być świadkiem kiełkowania prawdy, którą w świadomości ludzkiej zasiała. Starała się zakłócać i dezorganizować akcje swoich wrogów z determinacją i zachowaniem osobistej godności.

Kiedy Milczącą wiosnę przeczytał prezydent John F. Kennedy, podjęto badania weryfikujące wyniki i tezy Carson na szczeblu federalnym i stanowym. Grupy ludzi poddanych przymusowo owadobójczym opryskom pestycydami zaczęły organizować obywatelski ruch sprzeciwu wobec toksycznego skażenia środowiska. Przygotowano projekty nowych regulacji prawnych na wszystkich poziomach władzy, mających chronić obywateli przed nowym zagrożeniem chemicznym. Naukowcy przypisujący sobie status "świętego Graala" wiedzy musieli się przyznać do głębokiej ignorancji. Carson wiedziała, że jedna książka nie zmieni dynamiki rozwoju kapitalizmu, lecz rzucając temu systemowi moralne wyzwanie, uruchomiła społeczno-obywatelski ruch ochrony środowiska domagający się od nauki i władz państwowych odpowiedzialności za skutki działań[1]. Jej działalność to przykład tego, że jedna zdeterminowana osoba może zmienić kierunek ewolucji społeczeństwa. Była rewolucjonistką słowa walczącą o prawo wszystkich istot do życia. Ośmieliła się mówić głośno o niszczeniu przyrody, ujmując ten temat w ramy debaty o jakości wszelkiego życia.

Rachel Carson wiedziała przed śmiercią, że jej praca nie pójdzie na marne. Uhonorowano ją medalami i nagrodami, a pośmiertnie w roku 1981 Prezydenckim Medalem Wolności. Wiedziała jednak również, że problemy, które poruszyła, nie będą rozwiązane szybko i łatwo oraz że zamożne społeczeństwa nie zechcą poświęcić cząstki swego bogactwa dla dobra ogółu. Dopiero sześć lat po jej śmierci zaniepokojeni Amerykanie obchodzili pierwszy Dzień Ziemi, a Kongres przegłosował Ustawę o Narodowej Polityce Środowiskowej, powołując Agencję Ochrony Środowiska Naturalnego mającą być buforem i antidotum na naszą własną działalność gospodarczą. Produkcja DDT w Stanach Zjednoczonych została zakazana, zakazem nie objęto jednak eksportu, co oznaczało dalsze zatruwanie ziemskiej atmosfery, oceanów, cieków i organizmów żywych na całym świecie. Obecność DDT stwierdzono w wątrobach ptaków i ryb na wszystkich wyspach oceanicznych całej planety, a nawet w mleku kobiecym każdej matki. Mimo dziesiątków lat protestów i wzrostu świadomości ekologicznej społeczeństw, mimo apokaliptycznych wezwań Rachel Carson uświadamiających Amerykanom rangę problemu toksycznych chemikaliów, zbyt wolna redukcja użycia pestycydów jest jedną z największych klęsk w dobie rozwiniętej świadomości środowiskowej. Globalne skażenie wszystkich elementów środowiska jest faktem współczesnego życia.

Milcząca wiosna zmusza kolejne pokolenia do weryfikacji stosunku człowieka do świata przyrody. Jesteśmy narodem wciąż dyskutującym na te tematy, nadal niezdolnym do działania dla wspólnego dobra i osiągnięcia środowiskowej równowagi. Przypominając zależność zdrowia jednostki od zdrowia środowiska, prawdę o nierozerwalnej jedności człowieka z przyrodą, Rachel Carson domagała się ograniczenia roli ekspertów, przez demokratyzację dostępu do wiedzy, oraz publicznej debaty o ryzyku i niebezpieczeństwach nowych technologii. Już wtedy wiedziała to, o czym się boleśnie przekonujemy, że dowody naukowe z samej swojej natury są niekompletne, a naukowcy nieuchronnie będą w niezgodzie w kwestiach bezspornych dowodów szkodliwości. Polityka w interesie publicznym jest trudna w przypadkach, gdy realizację obligacji władz do ochrony obywateli utrudniają same środowiska naukowe.

Rachel Carson pozostawiła nam dziedzictwo obejmujące nie tylko przyszłość życia na Ziemi, w którą tak gorąco wierzyła, lecz także podtrzymujące ducha człowieczeństwa. Pokazała nam chemiczne zanieczyszczenie i zatrucie planety, a jednocześnie wezwała do regulacji naszych apetytów - co było w jej czasach postulatem prawdziwie rewolucyjnym - koniecznej dla własnego przetrwania. "Wydaje się w pełni możliwe - pisała - że im bardziej jednoznacznie potrafimy skupić uwagę na cudach i rzeczywistościach otaczającego nas wszechświata, tym mniej mieć będziemy w sobie zdolności zniszczenia własnego gatunku. Zachwyt i pokora to szlachetne i zdrowe emocje, nieidące w parze z żądzą zniszczenia".

Zachwyt i pokora to cenne dary Milczącej wiosny. Przypominają nam, że wraz ze wszystkimi innymi żywymi istotami jesteśmy częścią wielkich ekosystemów Ziemi, częścią pełnego strumienia życia. To jest książka do studiowania i smakowania: nie tylko ciemnych stron ludzkiej natury, lecz także możliwości kontynuacji życia na Ziemi z naszym udziałem.

ROZDZIAŁ IBajka o przyszłości

Było sobie kiedyś miasto w sercu Ameryki, w którym wszystkie stworzenia żyły w harmonii ze swoim otoczeniem. Okalała je szachownica dobrze prosperujących gospodarstw z polami zbóż i sadami na stokach wzgórz, w których wiosenną porą białe obłoki kwiecia unosiły się nad zielenią pól. Jesienią dęby, klony i brzozy okrywały okolicę mozaiką barw mieniących się na tle wiecznie zielonych sosen. Słychać było wówczas poszczekiwanie lisów na wzgórzach, a w mgliste poranki sarny i jelenie z wolna bezszelestnie przechodziły przez pola.

Przy drogach rosły wawrzyny, kaliny i olsze, a wielkie paprocie i polne kwiaty cieszyły oko przechodnia przez dłuższą część roku. Nawet w zimie pobocza dróg zachwycały pięknem dzięki niezliczonym ptakom przylatującym pożywić się dzikimi jagodami i wyschniętymi, pełnymi nasion główkami roślin wystających ze śniegu. Okolica słynęła z wielości i rozmaitości ptactwa, a gdy wiosną i jesienią przylatywały stada gatunków migrujących, ludzie przybywali tam nawet z daleka, by się im przyglądać. Były i takie, które łowiły ryby w strumieniach toczących czystą zimną wodę z pobliskich wzgórz i tworzących tu i ówdzie cieniste wodne oczka z leżącymi w nich pstrągami. Tak było wiele lat temu, gdy pierwsi osadnicy budowali domy i stodoły, a przy nich kopali studnie.

Później całą tę okolicę nawiedziła dziwna plaga i wszystko zaczęło się zmieniać. Na społeczność mieszkańców padł jakiś zły urok: tajemnicze choroby zabijały stada kur; krowy i owce chorowały i padały. Wszędzie unosił się cień śmierci. Rolnicy rozmawiali o chorobach w rodzinach. W mieście lekarze ze zdumieniem obserwowali u pacjentów nowe, nieznane wcześniej choroby. Zdarzały się nagłe i nieoczekiwane zgony, nie tylko osób dorosłych, lecz także dzieci, które niemoc porażała podczas zabawy, a śmierć porażała po kilku godzinach.

Panował dziwny cichy bezruch. Na przykład: ptaki - gdzie się one podziały? Wielu ludzi wspominało je, obserwując ich nieobecność z wielkim niepokojem. Nie odwiedzały karmników na podwórkach. Znajdowano tylko nieliczne, umierające, trzęsące się gwałtownie i niemogące latać. Przyszła wiosna bez ptasich śpiewów. Kiedyś wczesnym rankiem słychać było rudziki, miauczki, gołębie, sójki, strzyżyki i wiele innych gatunków, a teraz nic - tylko cisza nad polami, lasami i mokradłami.

W gospodarstwach kury znosiły jajka, ale nie wykluwały się z nich kurczęta. Rolnicy skarżyli się, że nie mogą hodować świń - ich mioty były małe i żyły tylko kilka dni. Jabłonie zakwitały, nie było jednak pszczół brzęczących wśród kwiatów i zapylających je, nie spodziewano się więc owoców.

Pobocza dróg, niegdyś atrakcyjne, porastały zbrązowiałe i przywiędłe chwasty wyglądające jak przypalone ogniem. Także i one trwały w ciszy, opuszczone przez inne żywe istoty. Nawet potoki były martwe. Nie odwiedzali ich wędkarze, nie było już bowiem żadnych ryb do złowienia.

W rynnach pod okapami i między gontami na dachach widać wciąż było plamy z białego ziarnistego proszku, który kilka tygodni temu opadł jak śnieg na domy, trawniki, pola i strumienie.

Stłumienie odradzania się życia w tym porażonym świecie nie było dziełem złośliwych wiedźm ani wrogów. Sami ludzie tego dokonali.

To miasto nie istnieje, ale tysiące podobnych może pojawić się w Ameryce i innych częściach świata. Nie znam społeczności, która doświadczyła równocześnie wszystkich opisanych nieszczęść, lecz każde z nich już się gdzieś objawiło, a w wielu miejscowościach wystąpiło na raz wiele z nich. Ponure widmo nawiedza nas prawie niezauważenie, a stworzona w mojej wyobraźni tragedia może stać się realną rzeczywistością, o której wszyscy się dowiemy.

Co ucisza już odgłosy wiosny w niezliczonych miejscowościach Ameryki? Ta książka jest próbą wyjaśnienia tego.

ROZDZIAŁ IIObowiązek przetrwania

Historia życia na Ziemi to dzieje interakcji między organizmami i środowiskami ich bytowania. Fizyczne formy roślin i zwierząt oraz ich zwyczaje podlegały w ogromnej mierze wpływom tych środowisk, podczas gdy zależność odwrotna była, w najdłuższej perspektywie dziejów życia, stosunkowo niewielka. W obecnym stuleciu[2] stało się i dzieje coś wyjątkowego: jeden gatunek - człowiek - uzyskał zdolność radykalnej modyfikacji własnego środowiska naturalnego i przyrody w skali globalnej.

W minionym ćwierćwieczu[3] zdolność ta nie tylko przybrała niepokojące rozmiary, lecz także zmieniła swój charakter. Najbardziej alarmującym wpływem człowieka na środowisko jest postępujące zanieczyszczanie powietrza, gleb, wód podziemnych i powierzchniowych oraz mórz niebezpiecznymi, a nawet śmiercionośnymi substancjami. Większość tych skażeń jest nieodwracalna; szkód wyrządzonych w systemach podtrzymujących życie, a w szczególności w tkankach żywych organizmów, najczęściej nie da się cofnąć. W uniwersalnym obecnie skażeniu środowiska naturalnego chemikalia są złowrogimi i mało znanymi partnerami promieniowania w szkodliwym modyfikowaniu procesów życiowych. Stront 90, uwalniany podczas wybuchów jądrowych w powietrzu, wraca na ziemię z opadami deszczu lub pyłu, przenika do gleb, a następnie do uprawianych na nich między innymi zbóż, w tym pszenicy i kukurydzy, skąd trafia do ludzkich kości, w których pozostaje już do śmierci. Podobnie chemikalia owadobójcze używane w opryskach upraw rolnych, lasów, parków i ogrodów gromadzą się w glebach, z których przenikają do organizmów roślinnych, zwierzęcych i ludzkich w łańcuchu pokarmowym, siejąc choroby i śmierć. Zatrucie gleb to także skażenie wód gruntowych przenoszących trujące chemikalia za pośrednictwem cieków podziemnych do źródeł, z których pod działaniem słońca trafiają do atmosfery, gdzie wchodzą w reakcje, tworząc nowe związki zabijające rośliny, wywołujące choroby bydła i zatruwające czystą dawniej wodę w studniach. Albert Schweitzer powiedział: "Człowiek nie rozpoznaje demonów, które sam stworzył".

Życie istniejące na Ziemi powstawało, ewoluowało, doskonaliło się i różnicowało przez setki milionów lat, osiągając stan równowagi między organizmami i ich środowiskami. Środowiska te, rygorystycznie kształtujące i ukierunkowujące podtrzymywane w nich formy życia, zawierały zarówno elementy wrogie, jak i wspierające. Z niektórych skał emanuje niebezpieczne promieniowanie; nawet Słońce, z którego wszelkie życie czerpie energię, emituje szkodliwe dla życia promieniowanie wysokiej częstotliwości. Z biegiem czasu - liczonego nie w latach, lecz w tysiącach lat - życie się przystosowuje, osiągając nowe stany równowagi. Czas był bowiem zawsze jego zasadniczym komponentem, którym teraz być przestał.

Szybkość zmian i tempo, w jakim tworzone są teraz nowe sytuacje, będące przejawem ludzkiej lekkomyślności i niecierpliwości, nie mają nic wspólnego z dynamiką przyrody. Obecnie promieniowanie to nie tylko radiacje tła niektórych skał, bombardowanie Ziemi przez promienie kosmiczne i promieniowanie ultrafioletowe Słońca, istniejące długo przed powstaniem znanych form życia na Ziemi; mamy teraz nienaturalne promieniowanie będące rezultatem ludzkiego majstrowania w strukturze atomu. Chemikalia, do których życie ma się rzekomo przystosować, to nie są minerały, takie jak wapń, krzem i miedź, wypłukiwane ze skał i transportowane przez rzeki do mórz; to są syntetyczne produkty ludzkiej inwencji tworzone w laboratoriach i niemające odpowiedników w przyrodzie.

Przystosowanie do nich wymagałoby odpowiedniego czasu w skali geologicznej, liczonego nie w latach, a w pokoleniach. Lecz nawet to, gdyby jakimś cudem okazało się możliwe, byłoby daremne, gdyż w laboratoriach powstają niekończące się serie nowych syntetycznych związków chemicznych; w samych tylko Stanach Zjednoczonych rocznie tworzy się ich około pół tysiąca i wprowadza je do użytku. Liczba ta jest zatrważająca, a jej implikacje trudne do wyobrażenia - każdego roku 500 nowych chemikaliów, do których ciała ludzi i zwierząt mają się jakoś przystosować, mimo że są to substancje znajdujące się poza sferą ich biologicznego doświadczenia.

Wiele z nich służy człowiekowi w jego wojnie z przyrodą. Od połowy lat 40. powstało ponad 200 podstawowych związków chemicznych przeznaczonych do niszczenia owadów, chwastów, gryzoni i innych organizmów opisywanych współczesnym językiem jako "szkodniki"; sprzedaje się je pod kilkoma tysiącami różnych nazw handlowych.

Oferowane w formie sprayów, proszków i aerozoli, stosowane są niemal powszechnie w gospodarstwach rolnych, ogrodach, lasach i domach mieszkalnych - nieselektywnie działające chemikalia zabijające wszystkie owady zarówno "złe", jak i "dobre", odbierające pokarm ptakom oraz rybom w strumieniach, pokrywające śmiertelnym nalotem liście drzew i krzewów, gromadzące się i zalegające w glebach - wszystko po to, by pozbyć się paru roślin uznanych za "chwasty" lub "niepożądanych" owadów. Czy ktokolwiek uwierzy, że można obciążać powierzchnię Ziemi taką masą trucizn, nie pozbawiając jej zdolności podtrzymywania życia? Nie powinniśmy ich nazywać "środkami owadobójczymi", lecz "życiobójczymi".

Cały system oprysków wydaje się wciągany w nieskończoną spiralę. Od wprowadzenia na rynek DDT trwa nieprzerwana eskalacja tworzenia coraz bardziej trujących materiałów. Dzieje się tak, ponieważ owady, potwierdzając triumfalnie darwinowską zasadę przetrwania najsilniejszych, uodparniają się na kolejne insektycydy, zmuszając chemików do wytwarzania coraz skuteczniejszych, czyli coraz bardziej trujących i śmiercionośnych. Ponadto z powodów, o których będzie mowa dalej, po opryskach szkodliwe owady wracają w zwiększonych ilościach. Tej chemicznej wojny nigdy nie wygrywamy, a wszystkie żywe organizmy zostają obciążone prowadzoną w niej zawziętą "wymianą ognia".

Obok realnego zagrożenia ludzkości wojenną nuklearną zagładą, centralnym problemem naszych czasów jest zanieczyszczenie całego ludzkiego środowiska życia substancjami o niewiarygodnej szkodliwości gromadzącymi się w tkankach roślin i zwierząt oraz przenikającymi do komórek rozrodczych, gdzie mogą modyfikować materiał genetyczny determinujący przyszły kształt życia.

Niektórzy niedoszli architekci naszej przyszłości przewidują czasy, w których możliwe będzie modyfikowanie ludzkich genów według określonych założeń. Nie można jednak wykluczyć, że już teraz robią to nieświadomie, gdyż wiele związków chemicznych, podobnie jak promieniowanie, wywołuje mutacje genów. Ironią losu byłoby, gdyby człowiek nieumyślnie definiował własną przyszłość czymś tak ewidentnie trywialnym, jak produkcja środków owadobójczych.

Takie ryzyko już się podejmuje - w imię czego? Przyszli historycy mogą być zdumieni naszym wykolejonym poczuciem proporcji. Jak mogły inteligentne istoty próbować kontrolowania niepożądanych gatunków metodą zanieczyszczającą całe środowisko oraz sprowadzającą zagrożenie zdrowia i życia dla własnego gatunku?

Jednak to właśnie uczyniliśmy i nadal czynimy. Co więcej, działania te podejmujemy z uzasadnieniem dezaktualizującym się w chwili jego stwierdzenia. Wmawia się nam, że powszechne stosowanie ogromnych ilości pestycydów jest warunkiem koniecznym utrzymania produkcji rolnej. Lecz czy naszym prawdziwym problemem nie jest nadprodukcja? Gospodarstwa amerykańskie, mimo wysiłków wykluczania wielkich areałów z produkcji rolnej i płacenia rolnikom za to, by nie produkowali, dostarczają tak wielkich nadwyżek zbiorów, że w roku 1962 podatnicy tego kraju płacą ponad milion dolarów[4] rocznie na pokrycie wszystkich kosztów programu przechowywania nadwyżek produkcji rolnej. I czy to coś pomaga, skoro jeden wydział Departamentu Rolnictwa stara się ograniczyć produkcję, a inny, jak to miało miejsce w roku 1958, twierdzi, co następuje: "Ogólnie uważa się, że ograniczanie areału upraw rolnych w ramach programu Soil Bank będzie zwiększało popyt na chemiczne pestycydy, motywowany maksymalizacją produkcji na gruntach pozostawionych do uprawy".

Wszystko to nie oznacza, że nie ma problemu ze szkodnikami owadzimi oraz potrzeby ich zwalczania. Twierdzę tylko, że zwalczanie to musi być dostosowane do realiów, a nie do fikcyjnych założeń oraz że jego metodologia nie może niszczyć nas samych razem z owadami.

Problem, którego próby rozwiązania przynoszą nam ciąg klęsk i zagrożeń, wynika z naszego aktualnego sposobu życia. Długo przed pojawieniem się ludzi owady zamieszkiwały Ziemię jako niezwykle zróżnicowana grupa organizmów o wielkich zdolnościach przystosowawczych. Po dłuższym czasie, gdy na Ziemi pojawił się człowiek, niewielki odsetek spośród ponad 500 000 gatunków owadów popadł z nim w konflikt głównie w dwóch aspektach: jako konkurencja do źródeł pożywienia i jako czynnik przenoszenia ludzkich chorób.

Drugi z tych aspektów nabiera znaczenia, gdy ludzie żyją w dużym zagęszczeniu, zwłaszcza w złych warunkach sanitarnych, np. podczas klęsk żywiołowych, wojen lub w skrajnej nędzy i deprywacji. Wtedy potrzebne jest jakieś przeciwdziałanie. Smutnym faktem jest jednak - o czym się wkrótce przekonamy - że metoda masywnego działania chemicznego przynosi bardzo ograniczone sukcesy, a przy tym pogarsza stan, który miała poprawiać.

We wczesnych etapach rozwoju rolnictwa nie było poważnych problemów z owadami. Pojawiły się one wraz z intensyfikacją gospodarki rolnej, a w szczególności wprowadzaniem upraw monogatunkowych na ogromnych obszarach. Taki system użytkowania gruntów stworzył warunki do eksplozywnego rozwoju specyficznych populacji owadzich. Rolnicze monokultury nie wykorzystują zasad funkcjonowania przyrody; to jest rolnictwo wymyślone przez inżynierów i technokratów. Cechą przyrody jest bioróżnorodność, a człowiek ma skłonność do uproszczeń, dlatego dezorganizuje i eliminuje naturalne mechanizmy regulacji i zachowania równowagi między gatunkami. Jednym z nich jest zasada optymalizacji siedlisk odpowiednich dla poszczególnych gatunków. To oczywiste, że populacja owadów żerujących na pszenicy rozmnoży się do wielkich rozmiarów w monokulturze, a nie w gospodarstwie, w którym pszenica jest jedną z wielu upraw, w tym takich, do których te owady nie są przystosowane.

To samo dzieje się w innych sytuacjach. Kilkadziesiąt lat temu wzdłuż ulic wielu amerykańskich miast sadzono szlachetne gatunki wiązów. Obecnie te piękne drzewa zagrożone są całkowitym wyginięciem z powodu choroby przenoszonej przez chrząszcze, które nie miałyby szansy nadmiernie się rozmnażać, gdyby przy ulicach sadzono drzewa różnych gatunków.

Zrozumienie kolejnego czynnika nasilającego problem owadów wymaga znajomości geologii i historii. Chodzi mianowicie o ekspansję tysięcy różnych rodzajów organizmów i zajmowanie przez nie nowych terytoriów. Migracje gatunków w skali światowej studiował i szczegółowo opisał brytyjski ekolog Charles Elton w wydanej niedawno książce The Ecology of Invasions (Ekologia inwazji). Około 100 mln lat temu, w okresie zwanym kredą, wzrost poziomu morza spowodował przecięcie licznych połączeń lądowych między kontynentami, w związku z czym wiele gatunków znalazło się w obszarach nazwanych przez Eltona "kolosalnymi izolowanymi rezerwatami przyrody", w których w procesach różnicowania powstawały nowe gatunki. Kiedy około 15 mln lat temu masy lądowe znów się połączyły, gatunki te zaczęły się rozprzestrzeniać, zajmując nowe terytoria. Proces ten nadal obserwujemy, obecnie jednak jest on stymulowany i modyfikowany przez działania człowieka.

Główną współczesną jego formą jest import roślin, a wraz nimi zwierząt, takich jak owady, jako że praktyka kwarantanny jest stosunkowo nową i nie w pełni skuteczną innowacją. Biuro Introdukcji Roślin Stanów Zjednoczonych zatwierdziło do tej pory prawie 200 000 gatunków i odmian roślin pochodzących ze wszystkich części świata. Niemal połowa z około 180 głównych owadzich szkodników roślin w tym kraju to przypadkowe, niekontrolowane "imigracje", przywleczone wraz z zagranicznymi roślinami.

Na nowym terytorium, przy braku ograniczeń ze strony naturalnych wrogów redukujących obce populacje w rejonach ich pochodzenia, importowane rośliny i/lub zwierzęta mogą rozmnażać się bez ograniczeń, tworząc ogromne zbiorowości. Nieprzypadkowo więc najbardziej szkodliwe owady należą do grup introdukowanych.

Inwazje zarówno naturalne, jak i zależne od działań ludzkich, będą trwały w nieskończoność. Kwarantanny i masywne kampanie chemiczne to tylko niesłychanie kosztowne sposoby "kupowania czasu". Według dr. Eltona stoimy w obliczu "walki na śmierć i życie nie tyle o nowe technologiczne środki tłumienia rozwoju tych czy innych roślin i zwierząt", co o podstawową wiedzę o populacjach zwierzęcych i ich relacjach z otoczeniem, która "pozwoli nam przywrócić ekologiczną równowagę i zapobiec nowym ekspansjom i inwazjom".

Większość niezbędnej wiedzy już istnieje i jest dostępna, ale my jej nie używamy. Kształcimy ekologów na uniwersytetach, a nawet zatrudniamy ich w instytucjach rządowych, nie korzystamy jednak z ich rad. Pozwalamy, by padał na nas chemiczny deszcz śmierci, jak gdyby nie było alternatywy, gdy w rzeczywistości jest ich wiele, a nasza pomysłowość wkrótce odkryje nowe, jeśli damy jej ku temu sposobność.

Czy popadliśmy w jakiś hipnotyczny stan zmuszający do akceptacji rzeczy szkodliwych i niebezpiecznych jako nieuniknione, i odbierający wolę obrony własnego dobrostanu? Takie myślenie, używając słów ekologa Paula Sheparda,

idealizuje życie w bagnie z głową nad wodą, o parę cali powyżej granicy zniszczenia własnego środowiska. [...] Dlaczego mielibyśmy tolerować wchłanianie powoli działających trucizn, domy w zdegradowanym środowisku, krąg znajomych zaledwie niebędących naszymi wrogami, hałasy pojazdów na granicy psychicznej wytrzymałości? Kto chciałby żyć w świecie balansującym na granicy totalnej katastrofy?

Ale taki świat jest nam narzucany. Krucjata w imię chemicznie sterylnego, wolnego od owadów świata wydaje się rodzić fanatyczną gorliwość wielu specjalistów i większości tak zwanych urzędów kontroli. Na każdym kroku spotykamy dowody, że ludzie zaangażowani w biznes masowych oprysków sprawują nad nami bezlitosną władzę. "Urzędowi entomolodzy [...] zastępują prokuratorów, sędziów, ławy przysięgłych, rachmistrzów i poborców podatkowych i szeryfów w egzekucji własnych zarządzeń" - mówi entomolożka z Connecticut Neely Turner. Urzędy stanowe i federalne tolerują najbardziej rażące i jawne nadużycia.

Nie twierdzę, że należy całkiem zrezygnować z chemicznych środków owadobójczych. Twierdzę natomiast, że lekkomyślnie powierzamy trujące i biologicznie niebezpieczne substancje osobom całkowicie nieświadomym potencjalnego zagrożenia związanego z ich używaniem. Naraziliśmy miliony ludzi na kontakt z tymi truciznami, bez ich wiedzy i zgody. Jeżeli Karta Praw[5] nie daje obywatelom gwarancji bezpieczeństwa przed śmiertelnymi truciznami dystrybuowanymi przez osoby fizyczne i prawne za zgodą urzędników państwowych, to tylko dlatego, że nasi przodkowie, mimo ich wielkiej mądrości i zdolności przewidywania, nie potrafili sobie wyobrazić takiego problemu.

Twierdzę następnie, że pozwoliliśmy na wykorzystywanie tych chemikaliów bez uprzedniego badania ich wpływu na gleby, wody, dziką przyrodę i organizmy ludzkie. Przyszłe pokolenia nie wybaczą nam braku troski o zachowanie integralności naturalnego świata przyrody podtrzymującej wszelkie formy życia.

Świadomość natury zagrożenia jest wciąż bardzo ograniczona. Żyjemy w erze specjalistów, z których każdy widzi własny problem, pozostając w pełnej nieświadomości lub braku akceptacji szerszych ram, w których on występuje. Jest to również era dominacji przemysłu, w której nader rzadko podważa się prawo do maksymalizacji zysku za wszelką cenę. Gdy obywatele protestują w obliczu oczywistych dowodów szkodliwych następstw używania pestycydów, serwuje im się uspokajające pigułki półprawd. Pilnie potrzebujemy zakończenia tych fałszywych zapewnień, którymi lukruje się nieakceptowalne fakty. To ogół społeczeństwa ponosi ryzyko wynikające z zakłamanych kalkulacji pseudokontrolerów. Opinia publiczna musi zadecydować, czy obywatele życzą sobie dalszego podążania obecnym kursem, a to wymaga publicznej znajomości całej prawdy. "Obowiązek przetrwania daje nam prawo do wiedzy" - pisze Jean Rostand.

ROZDZIAŁ IIIEliksiry śmierci

Po raz pierwszy w historii świata każdy jego mieszkaniec jest teraz od poczęcia do śmierci poddany działaniu niebezpiecznych związków chemicznych. W ciągu niespełna dwudziestu lat ich używania syntetyczne pestycydy zostały rozprzestrzenione w ożywionej i nieożywionej materii na powierzchni Ziemi w takim stopniu, że znajdują się dokładnie wszędzie. Znaleziono je w wodach wszystkich największych dorzeczy oraz w ciekach podziemnych płynących na różnych głębokościach. Ślady tych chemikaliów zalegają w glebach, do których zostały wprowadzone ponad dziesięć lat temu. Dotarły do ciał ryb, ptaków, gadów oraz domowych i dzikich ssaków tak powszechnie, że w badaniach zoologicznych znalezienie osobników wolnych od tego skażenia jest prawie niemożliwe. Są obecne w rybach z odległych górskich jezior, w pierścienicach żyjących w glebach różnych kontynentów, w ptasich jajach - i w ciałach ludzkich. Związki te znajdują się obecnie w organizmach większości ludzi, niezależnie od wieku. Występują w pokarmie kobiecym i przypuszczalnie również w tkankach ludzkich płodów.

Wszystko to jest efektem nagłego dynamicznego rozwoju przemysłu wytwarzającego syntetyczne chemikalia o właściwościach owadobójczych, będącego dzieckiem drugiej wojny światowej. W toku prac nad bronią chemiczną odkryto, że niektóre związki tworzone z taką intencją mają silne własności owadobójcze. Nie stało się to przypadkowo: owady były powszechnie używane w laboratoriach do testowania substancji mających zabijać ludzi.

Rezultatem tych działań jest długa lista syntetycznych insektycydów. Związki te - konstruowane metodami inżynierii molekularnej, tj. przez manipulację cząsteczkami, wymianę atomów i modyfikacje ich przestrzennych konfiguracji - różnią się zasadniczo od prostszych insektycydów stosowanych przed wojną, otrzymywanych z minerałów występujących w przyrodzie i naturalnych produktów roślinnych - związków arsenu, miedzi, ołowiu, manganu, cynku i innych pierwiastków, pyretryny z uschniętych chryzantem, siarczanu nikotyny z niektórych roślin spokrewnionych z tytoniem oraz rotenonu z roślin strączkowych z Indii Zachodnich[6].

Insektycydy syntetyczne wyróżniają się ogromną siłą działania biologicznego. Posiadają nie tylko intensywne zdolności zatruwania, lecz także zakłócania najważniejszych procesów życiowych oraz modyfikowania ich w sposób chorobotwórczy, niejednokrotnie ze skutkiem śmiertelnym. Jak zobaczymy dalej, związki te niszczą enzymy chroniące organizm przed szkodliwymi czynnikami, blokują procesy utleniania, z których czerpie on energię, uniemożliwiają normalne funkcjonowanie różnych narządów oraz inicjują w niektórych komórkach powolne i nieodwracalne procesy rakowacenia.

Mimo to każdego roku do listy już istniejących dodaje się nowe śmiercionośne chemikalia zaopatrywane w nowe instrukcje użytkowania, co powoduje ich ogólnoświatowe rozprzestrzenianie. Produkcja syntetycznych pestycydów w Stanach Zjednoczonych wzrosła z 62-129,5 tony w roku 1947 do 318,5-333 ton w roku 1960, czyli ponad pięciokrotnie. Hurtowa wartość tych produktów przekroczyła ćwierć miliarda dolarów, lecz w planach i nadziejach przemysłu ta gigantyczna produkcja to dopiero początek.

Wiedza o pestycydach powinna interesować nas wszystkich. Skoro mamy żyć z nimi w tak intymnym związku - spożywając je w pokarmach i napojach i dopuszczając do własnego szpiku kostnego - to warto wiedzieć cokolwiek o ich naturze i działaniu.

Mimo że druga wojna światowa spowodowała przejście od pestycydów nieorganicznych do świata cząsteczek opartych na węglu, niektóre stare materiały wciąż pozostają w grze. Jednym z nich jest arsen, będący wciąż podstawowym składnikiem wielu herbicydów i pestycydów. Arsen jest pierwiastkiem silnie toksycznym występującym często jako domieszka rud metali, w bardzo niewielkich ilościach w materiałach erupcji wulkanicznych oraz w wodach morskich i źródlanych. Jego działanie na organizm ludzki jest bardzo zróżnicowane i ma długą historię. Większość jego związków nie ma smaku, dlatego używano go do trucia ludzi od starożytności do czasów najnowszych, na długo przed rodem Borgiów. Zawarty jest w sadzy w angielskich kominach i wraz z niektórymi węglowodorami aromatycznymi uważa się go za przyczynę kancerogennego (rakotwórczego) działania sadzy stwierdzonego prawie dwieście lat temu przez pewnego angielskiego lekarza. Opisane są epidemie chronicznych zatruć arsenem obejmujące całe ludzkie populacje, trwające przez długi czas. Środowiska skażone arsenem były również przyczyną chorób i śmierci koni, krów, kóz, świń, dzikich zwierząt kopytnych, ryb i pszczół; mimo pełnej dokumentacji tych faktów aerozole i proszki zawierające arsen w dalszym ciągu są w użyciu. Po zastosowaniu oprysków z arsenem na plantacjach bawełny w południowych Stanach Zjednoczonych na znacznym obszarze wyginęły wszystkie pszczoły. Rolnicy używający arsenowych preparatów proszkowych chorowali na przewlekłe zatrucie arsenem; zawierające arsen herbicydy i pestycydy były przyczyną zatruć zwierząt hodowlanych. Pyły z arsenem przenoszone przez wiatr z plantacji borówki amerykańskiej do sąsiednich gospodarstw zatruwały strumienie, truły pszczoły i bydło oraz powodowały zachorowania u ludzi. "Nigdzie na świecie [...] nie używano chemicznych środków z arsenem w sposób tak lekkomyślnie lekceważący ludzkie zdrowie, jak w naszym kraju w ostatnich latach" - twierdzi dr W.C. Hueper z Narodowego Instytutu Onkologicznego, cieszący się autorytetem w dziedzinie wpływu środowiska na choroby nowotworowe. "Każdego, kto obserwował w terenie praktyczne użycie zawierających arsen insektycydów, musiała przerazić najwyższa lekkomyślność i beztroska w operowaniu tymi trującymi substancjami".

Współczesne insektycydy są jeszcze bardziej śmiercionośne. Większość z nich należy do dwóch grup związków. Jedna, reprezentowana przez DDT, to "węglowodory chlorowane". Drugą, obejmującą organiczne insektycydy fosforowe, reprezentują stosunkowo dobrze znane substancje: malation i paration. Wszystkie mają jedną cechę wspólną. Jak wcześniej wspomniałam, ich cząsteczki zbudowane są na bazie atomów węgla tworzących chemiczny fundament ziemskich form życia w postaci związków nazywanych z tego powodu "organicznymi". Zrozumienie działania insektycydów wymaga znajomości modyfikacji naturalnych związków organicznych przekształcających je w narzędzia śmierci.

Atomy węgla mają prawie nieograniczoną zdolność łączenia się w łańcuchy i pierścienie o najróżniejszych konfiguracjach przestrzennych oraz dołączania do nich atomów innych pierwiastków. Niewiarygodna różnorodność form życia, od bakterii do płetwali błękitnych, wynika głównie z takiej właściwości węgla. Jego atomy są strukturalną podstawą złożonych białek, tłuszczów, węglowodanów, enzymów i witamin. To samo dotyczy chemii nieorganicznej, ponieważ węgiel tworzy również liczne związki nienależące do materii ożywionej.

Niektóre związki organiczne są prostymi połączeniami węgla i wodoru. Najprostszym z nich jest metan, zwany gazem bagiennym, powstający w procesie rozkładu materii organicznej pod wodą z udziałem wyspecjalizowanych bakterii. W połączeniu z powietrzem w określonych proporcjach metan bywa przyczyną pożarów w kopalniach węgla. Budowa cząsteczki metanu jest bardzo prosta: składa się ona z jednego atomu węgla i czterech atomów wodoru.

Chemicy odkryli możliwość zastępowania w niej atomów wodoru atomami innych pierwiastków. Na przykład: przez zastąpienie jednego atomu wodoru atomem chloru powstaje chlorometan, zwany też chlorkiem metylu:

Zastępując trzy atomy wodoru atomami chloru, otrzymujemy chloroform - związek o właściwościach usypiających i znieczulających.

Zastąpienie wszystkich czterech atomów wodoru atomami chloru tworzy czterochlorek węgla czyli tetrachlorometan, popularny środek do czyszczenia.

Opisane wyżej zmiany dotyczą elementarnie prostego węglowodoru, jakim jest metan, nie dają jednak pojęcia o stopniu komplikacji wyższych węglowodorów oraz złożonych manipulacji molekularnych, których rezultatami są wielkie ilości pochodnych związków chemicznych. Podstawienia mogą dotyczyć cząsteczek węglowodorów mających formy węglowych pierścieni i łańcuchów z odgałęzieniami, a ich przedmiotami bywają nie tylko pojedyncze atomy, lecz także rozbudowane struktury podrzędne. Pozornie niewielkie zmiany budowy cząsteczek pozwalają tworzyć substancje o zupełnie innych właściwościach. Na przykład: liczy się nie tylko struktura dołączonych elementów, lecz także miejsce połączenia z łańcuchem podstawowym. Takie wyrafinowane manipulacje pozwoliły uzyskać wielką gamę trucizn o wyjątkowo dużej mocy.

Syntezy DDT (dichlorodifenylotrichloroetanu) dokonał po raz pierwszy w roku 1874 chemik austriacki Othmar Zeidler, lecz jego właściwości owadobójcze odkryto dopiero w roku 1939. Niemal natychmiast uznano tę substancję za panaceum na odowadzie choroby roślin i zwycięstwo rolnictwa w walce ze szkodnikami. Odkrywca tych własności DDT, Szwajcar Paul Müller, otrzymał Nagrodę Nobla.

DDT stosuje się dziś tak powszechnie, że umysłom ludzkim produkt ten wydaje się nieszkodliwy wskutek jego wielkiej popularności. Być może mit jego nieszkodliwości wynika z faktu, że jednym z jego pierwszych zastosowań były prowadzone podczas wojny akcje odwszawiania wielu tysięcy żołnierzy, uchodźców i więźniów, którym posypywano głowy azotoksem. Rozpowszechnione jest przekonanie, że skoro tylu ludzi, po tak bezpośrednim i intensywnym kontakcie z DDT, nie doświadczyło natychmiastowych chorobowych efektów ubocznych, to z pewnością substancja ta musi być niewinna i nieszkodliwa. To zrozumiałe nieporozumienie wynikało z tego, że - w odróżnieniu od innych węglowodorów chlorowanych - DDT w formie proszku nie był wchłaniany przez skórę. Rozpuszczona w oleju, jak w innych formach użytkowych, ta sama substancja jest zdecydowanie toksyczna. Po połknięciu wchłaniana jest powoli w przewodzie pokarmowym; może być również absorbowana drogą wziewną przez płuca. Po wniknięciu do ciała przechowywana jest głównie w narządach bogatych w kwasy tłuszczowe (ponieważ samo DDT jest rozpuszczalne w tłuszczach), takich jak nadnercza, jądra i tarczyca. Stosunkowo duże jego ilości odkładają się w wątrobie, nerkach oraz w tłuszczu ochronnych krezek jelitowych.

Gromadzenie DDT zaczyna się od najmniejszych wykrywalnych wchłoniętych ilości (obecnych w formie pozostałości w większości artykułów spożywczych) i przebiega aż do wysokich poziomów kumulacji. Depozyty w tłuszczach działają jak biologiczne wzmacniacze, w związku z czym pobór 1/10 ppm w pożywieniu skutkuje akumulacją 10-15 ppm, co oznacza stukrotne wzmocnienie. Dane te, znane chemikom i farmakologom, nie docierają do świadomości ogółu obywateli. 1 ppm wydaje się ilością znikomą, i taką jest. Jednakże substancje, o których mówimy, mają tak potężne działanie, że nawet śladowe ich ilości mogą wywoływać znaczne zmiany w organizmie. W doświadczeniach ze zwierzętami ilości rzędu 3 ppm hamowały wydzielanie enzymu o zasadniczym znaczeniu dla mięśnia sercowego; ilość 5 ppm wywoływała obumieranie lub dezintegrację komórek wątroby; 2,5 ppm blisko chemicznie spokrewnionych związków dieldryny i chlordanu miało podobne działanie.

Nie powinno to dziwić. W normalnej chemii ludzkiego ciała występują naturalne dysproporcje między przyczyną i skutkiem. Na przykład: ilości jodu rzędu 0,002 g decydują o zdrowiu i chorobie. Niewielkie ilości pestycydów gromadzą się kumulatywnie i są bardzo wolno wydalane, dlatego powodują realne zagrożenie chronicznym zatruciem oraz degeneracyjnymi zmianami w wątrobie i innych narządach wewnętrznych.

Naukowcy nie są zgodni co do tego, ile DDT może gromadzić się w ludzkim ciele. Dr Arnold Lehman, główny farmakolog Administracji Żywności i Leków (FDA), uważa, że nie ma dolnej ani górnej granicy jego ilości w procesach akumulacji. Z drugiej strony dr Wayland Hayes ze Służby Zdrowia Publicznego Stanów Zjednoczonych twierdzi, że każdy ludzki organizm charakteryzuje pewna ilość graniczna, powyżej której nadmiary DDT są wydalane. Z praktycznego punktu widzenia nie jest ważne, który z tych specjalistów ma rację. Akumulacja DDT w ciałach ludzkich jest dobrze udokumentowana i wiemy, że przeciętna osoba gromadzi w swoim organizmie szkodliwe jego ilości. Wyniki różnych badań pokazują, że osoby o nieznanej ekspozycji (z wyjątkiem nieuniknionej związanej z normalnym pożywieniem) przechowują średnio 5,3-7,4 ppm; dla osób pracujących w rolnictwie wartość ta wynosi 17,1 ppm, a dla pracowników zakładów produkujących DDT - 648 ppm! Zakres udowodnionej akumulacji jest więc dość szeroki, a bardzo istotne jest to, że wartości minimalne przekraczają poziom, powyżej którego zaczyna się niszczenie wątroby oraz innych narządów i tkanek.

Jedną z najbardziej niebezpiecznych cech DDT i chemikaliów pokrewnych jest transmisja z jednego organizmu do innego z udziałem wszystkich ogniw łańcucha pokarmowego. Na przykład: na polach lucerny stosuje się DDT w formie pyłowej; lucerny używa się do produkcji paszy dla kur; w rezultacie kury składają jaja zawierające DDT. Inny przykład: krowy karmione są sianem zawierającym DDT w ilości 7-8 ppm. Związek ten pojawia się w ich mleku w ilości około 3 ppm, lecz w maśle produkowanym z tego mleka jego stężenie wzrasta do 65 ppm. W takich procesach transferu pierwotnie niewielkie ilości DDT trafiają do artykułów spożywczych w bardzo wysokich stężeniach. Rolnicy mają obecnie trudności ze znalezieniem niezanieczyszczonych pasz dla krów mlecznych, mimo że przepisy Administracji Żywności i Leków (FDA) nie dopuszczają mleka z pozostałościami insektycydów do międzystanowego obrotu handlowego.

Trucizna może być również przekazywana potomstwu przez matki. Pozostałości insektycydów znaleziono w próbkach mleka kobiecego badanych przez naukowców FDA. Oznacza to, że naturalnie karmione dziecko otrzymuje regularnie niewielkie ilości toksycznych chemikaliów odkładających się w jego ciele. Nie jest to jednak jego pierwsza ekspozycja na te substancje, wiele wyników badań wskazuje bowiem, że proces ten zaczyna się już w życiu płodowym. W badaniach na zwierzętach stwierdzono, że węglowodory chlorowane z łatwością przekraczają barierę łożyska skutecznie chroniącego płód przed innymi szkodliwymi substancjami pochodzącymi z ciała matki. To, że ilości DDT przenikające do płodów i ciał noworodków mogą być niewielkie, nie ma znaczenia, ponieważ dzieci są bardziej podatne na działanie trucizn niż osoby dorosłe. Sytuacja taka oznacza również, że w chwili obecnej każda rodząca się osoba rozpoczyna życie z coraz większym depozytem szkodliwych chemikaliów, które będzie musiała w sobie nosić.

Wszystkie te fakty - gromadzenie śladowych ilości, późniejsza akumulacja oraz przypadki uszkodzeń wątroby przy dalszych obciążeniach pochodzących z normalnej diety - zmusiło naukowców z FDA już w roku 1950 do oficjalnego stwierdzenia, że "jest wysoce prawdopodobne, iż potencjalne ryzyko stosowania DDT było i jest niedoszacowane". W historii medycyny nie były nigdy podobnej sytuacji. Nikt jeszcze nie wie, jakie będą jej ostateczne konsekwencje.

Chlordan, inny węglowodór chlorowany, ma wszystkie złe cechy DDT plus kilka dodatkowych specyficznych właściwości. Jego pozostałości bardzo długo utrzymują się w glebach, w artykułach spożywczych oraz na powierzchniach, do których jest stosowany. Może być wchłaniany przez skórę, wdychany podczas oprysków lub napylania, i oczywiście absorbowany z przewodu pokarmowego, jeśli dostał się do niego. Podobnie jak inne węglowodory chlorowane, tworzy w ciele depozyty w procesie kumulacyjnym. W ciałach zwierząt eksperymentalnych pożywienie zawierające zaledwie 2,5 ppm chlordanu może doprowadzić do akumulacji wielkości 75 ppm, głównie w tłuszczach ustrojowych.

Tak doświadczony farmakolog, jak dr Lehman, określił chlordan w roku 1950 jako "jeden z najbardziej toksycznych insektycydów", twierdząc wprost, że "każdy, kto się z nim styka, musi się zatruć". Sądząc po beztrosce i rozrzutności, z jaką właściciele podmiejskich rezydencji stosują go na swoich trawnikach, ostrzeżenia tego nie wzięto sobie poważnie do serca. To, że ludzie ci nie zachorowują z dnia na dzień, nie ma większego znaczenia, gdyż toksyny mogą długo zalegać w ich ciałach, by po wielu miesiącach lub latach wywołać tajemnicze zaburzenia niemożliwe do zdiagnozowania i niekojarzone z rzeczywistymi przyczynami. Z drugiej strony, śmierć może nastąpić szybko. U pewnej ofiary chlordanu, która wylała sobie niechcący na skórę 25-procentowy przemysłowy roztwór tej substancji, objawy zatrucia wystąpiły po 40 minutach, a zgon nastąpił, zanim pomoc medyczna dotarła na miejsce zdarzenia. Nie możemy więc ograniczać się tylko do ostrzeżeń, które nie docierają w porę do ludzkiej świadomości.

Heptachlor, jeden z komponentów chlordanu, sprzedawany jest jako odrębny produkt. Odznacza się szczególnie wysoką zdolnością kumulacji w tłuszczach. Jego zawartość w diecie na poziomie 0,1 ppm powoduje trwałą obecność jego mierzalnych ilości w ciele. Ma on też osobliwą zdolność przemiany w inny związek chemiczny zwany epoksydem (in. epitlenkiem) heptachloru. Reakcja ta może zachodzić w glebie oraz w tkankach roślinnych i zwierzęcych. Badania ptaków wskazują, że epoksyd heptachloru jest bardziej toksyczny niż sam heptachlor, którego toksyczność jest z kolei czterokrotnie większa od chlordanu.

Jeszcze w połowie lat 30. stwierdzono, że szczególna grupa węglowodorów, chlorowane naftaleny, wywołuje zapalenia wątroby oraz pewną rzadką i prawie zawsze śmiertelną chorobę tego narządu występującą u ludzi narażonych na kontakt z naftalenami w pracy zawodowej. Powodowała ona m.in. śmierć pracowników w przemyśle elektrotechnicznym. Ostatnio podejrzewa się również, że substancje te mogą być przyczyną niewyjaśnionej i z reguły śmiertelnej choroby bydła. Zważywszy na te precedensy, trudno się dziwić, że trzy insektycydy powiązane z chlorowanymi naftalenami zalicza się obecnie do najsilniej trujących ze wszystkich węglowodorów. Są to: dieldryna, aldryna i endryna.

Dieldryna, której nazwa pochodzi od nazwiska niemieckiego chemika Dielsa, jest około pięciokrotnie bardziej toksyczna od DDT w przypadku połknięcia oraz 40 razy bardziej toksyczna przy absorpcji roztworu przez skórę. Znana jest z szybkości działania oraz agresywnego działania na układ nerwowy, powodującego u człowieka konwulsje. Rekonwalescencja osób zatrutych w ten sposób jest powolna i nigdy nie uwalnia ich od przewlekłych powikłań. Podobnie jak w przypadkach innych węglowodorów chlorowanych, powikłania te obejmują poważne uszkodzenia wątroby. Ze względu na trwałość pozostałości w organizmach i skuteczność działania owadobójczego dieldryna należy obecnie do najczęściej stosowanych insektycydów, mimo jej druzgocącego wpływu na dziką przyrodę. Badania przepiórek i bażantów wykazały, że jej toksyczność jest 40-50 razy większa od DDT.

Istnieją ogromne luki w wiedzy na temat mechanizmów przechowywania i dystrybucji dieldryny w ciele oraz jej metabolizmu i wydalania, ponieważ pomysłowość chemików tworzących insektycydy wyprzedza o wiele długości biologiczne badania działania tych trucizn na żywe organizmy. Wiele wskazuje jednak na długie zaleganie w ciele ludzkim, w którym depozyty mogą pozostawać w uśpieniu jak nieczynne wulkany i wybuchać w okresach fizjologicznego stresu, gdy organizm sięga do rezerw tłuszczowych. Wiele nauczyły nas bolesne doświadczenia z kampaniami walki z malarią prowadzonymi przez Światową Organizację Zdrowia. Gdy dieldrynę wprowadzono jako zamiennik DDT (ponieważ przenoszące malarię komary uodporniły się na DDT), zaczęły pojawiać się przypadki zatruć wśród pracowników aplikujących tę substancję. Skutki były przerażające - od 50% do 100% (zależnie od programów, w których uczestniczyli) zatrutych ludzi wpadało w konwulsje, w wielu przypadkach ze skutkiem śmiertelnym. Niektórzy mieli drgawki przez cztery miesiące po ostatniej ekspozycji na dieldrynę.

Aldryna jest substancją nieco tajemniczą. Jest odrębnym związkiem, zachowuje się jednak jak alter ego dieldryny. W korzeniach marchwi z grządki potraktowanej aldryną znajdujemy pozostałości dieldryny. Zmiany te zachodzą zarówno w żywych tkankach, jak i w glebie. Takie "alchemiczne" transformacje prowadzą do wielu błędnych wniosków w badaniach, jeśli bowiem chemik, wiedząc, że stosowano aldrynę, testuje produkt na jej obecność i nie stwierdza jej pozostałości, to może uznać, że uległy rozproszeniu lub rozkładowi. W rzeczywistości ślady te istnieją w postaci dieldryny wymagającej innych odczynników.

Aldryna, podobnie jak dieldryna, jest silnie trująca. Wywołuje zmiany degeneracyjne w wątrobie i nerkach. Jej dawka wielkości tabletki aspiryny wystarcza do uśmiercenia ponad 400 przepiórek. Znanych jest wiele przypadków zatruć, głównie w warunkach przemysłowych.

Aldryna, jak większość insektycydów z tej grupy, rzuca w przyszłość złowrogi cień bezpłodności. Bażanty obarczone ilościami niegroźnymi dla ich życia składają mniej jaj, a wykluwające się z nich pisklęta szybko padają. Efekt ten nie ogranicza się do ptaków. Szczurzyce doświadczalne, narażone na działanie aldryny miały mniej ciąż, a ich mioty były chore i krótko żyły. Potomstwo matek obciążonych aldryną padało w ciągu trzech dni. Stwierdzono, że potomstwo zatrutych rodziców cierpi i szybko umiera. Nikt nie wie, czy podobnego efektu należałoby spodziewać się u ludzi, póki co jednak aldrynę rozpyla się z samolotów nad przedmieściami i terenami rolniczymi.

Najsilniej toksycznym węglowodorem chlorowanym jest endryna. Chemicznie jest blisko spokrewniona z dieldryną, lecz niewielka zmiana struktury molekularnej zwiększa jej toksyczność pięciokrotnie. Jest prekursorem wszystkich insektycydów tej grupy, przy których DDT wydaje się prawie nieszkodliwe. W porównaniu z DDT endryna jest piętnastokrotnie bardziej toksyczna dla ssaków, trzydziestokrotnie bardziej toksyczna dla ryb i trzystukrotnie dla niektórych ptaków.

W dziesięcioletnim okresie stosowania endryna zabiła ogromne ilości ryb, zatruła śmiertelnie wiele sztuk bydła, które przez pomyłkę weszło do opryskanych sadów, zatruła wiele studni i wywołała poważne alarmy w wydziale zdrowia przynajmniej jednego stanu dotyczące niebezpieczeństwa dla życia ludzkiego w przypadkach nieostrożnego użycia.

W jednym z najtragiczniejszych przypadków zatrucia endryną nie było dowodów lekkomyślności; starano się zachować wszystkie środki ostrożności uznane za niezbędne. Amerykańscy rodzice wyjechali ze swoim rocznym dzieckiem do Wenezueli. W domu, w którym zamieszkali, były karaluchy. Po kilku dniach przeprowadzono dezynsekcję z zastosowaniem endryny. Dziecko i nieduży domowy pies zostały zabrane z domu około godziny dziewiątej rano przed tą procedurą. Po oprysku umyto wszystkie podłogi. Dziecko i pies wróciły do domu we wczesnych godzinach popołudniowych. Godzinę później pies zaczął wymiotować, dostał konwulsji i padł. Dziecko zaczęło wymiotować o godzinie dziesiątej wieczorem, dostało konwulsji i straciło przytomność. Po tym nieszczęsnym kontakcie z endryną normalne, zdrowe dziecko znalazło się w stanie niemal wegetatywnym - nastąpiła utrata wzroku i słuchu, częste drgawki oraz kompletna utrata kontaktu z otoczeniem. Wielomiesięczne leczenie w jednym z nowojorskich szpitali nie zmieniło tego stanu i nie dało nadziei poprawy. "Bardzo wątpliwe - stwierdzili tamtejsi lekarze - by nastąpiła jakaś istotna remisja".

Druga ważna kategoria insektycydów, mianowicie grupa alkilowa, czyli organiczne fosforany, należy do najsilniej trujących znanych obecnie związków chemicznych. Głównym i oczywistym zagrożeniem w ich stosowaniu jest ryzyko ciężkiego zatrucia osób wykonujących opryski lub przypadkowo wchodzących w kontakt fizyczny z aerozolem przemieszczającym się w powietrzu, pokrytymi insektycydem roślinami lub zużytymi i niezabezpieczonymi pojemnikami. Na Florydzie dwoje dzieci znalazło pustą torbę i użyło jej do naprawy huśtawki. W niedługim czasie obydwoje zmarli, a troje innych bawiących się z nimi ciężko zachorowało. Opakowanie, które dzieci znalazły, zawierało kiedyś paration, jeden z fosforanów organicznych; liczne badania potwierdziły śmiertelne zatrucia tym preparatem. Przy innej okazji dwóch małych chłopców w stanie Wisconsin, kuzynów, zmarło tej samej nocy. Jeden bawił się na podwórzu w chwili, gdy wiatr wiał od pobliskiego pola, na którym jego ojciec opryskiwał ziemniaki parationem; drugi w rozbawieniu wbiegł za ojcem do stodoły i położył dłoń na końcówce spryskiwacza.

Z historią tych insektycydów wiąże się pewna smutna, acz pouczająca sekwencja zdarzeń. Organiczne estry kwasu fosforowego były znane od wielu lat, ale ich działanie owadobójcze odkrył dopiero pod koniec lat 30. XX wieku niemiecki chemik Gerhard Schrader. Niemal natychmiast rząd niemiecki docenił znaczenie tych związków jako potencjalnej broni chemicznej mogącej służyć ludziom do skutecznego uśmiercania przedstawicieli tego samego gatunku. Dalsze badania tych substancji zostały utajnione. Niektórych użyto jako gazów paraliżujących układ nerwowy. Inne, o bardzo zbliżonej strukturze molekularnej, stały się pestycydami.

Organiczne insektycydy fosforowe działają na żywy organizm w pewien szczególny sposób. Posiadają zdolność niszczenia enzymów pełniących ważne funkcje ustrojowe. Atakują głównie układ nerwowy - zarówno u owadów, jak i u zwierząt stałocieplnych. W normalnych warunkach impulsy nerwowe przechodzą z neuronu do neuronu z pomocą chemicznych neuroprzekaźników, do których należy acetylocholina - substancja wykonująca ważną funkcję i znikająca. Jej istnienie jest tak efemeryczne, że neurofizjolodzy mają wybitne trudności z jej wyodrębnieniem, nim organizm ją rozłoży. Konieczne są do tego specjalne zaawansowane procedury. Tym niemniej przejściowa natura tego przekaźnika jest warunkiem koniecznym normalnego funkcjonowania organizmu. Jeśli acetylocholina nie rozkłada się natychmiast po przekazaniu impulsu nerwowego, proces neurotransmisji zostaje zaburzony. Objawami takiego stanu są: uogólniona dyskoordynacja psychoruchowa, drgawki, drżenia i tiki mięśniowe, konwulsje i zejście śmiertelne.

Zdrowy organizm dysponuje mechanizmem zapobiegającym tym zaburzeniom. Ochronny enzym zwany cholinesterazą niszczy neuroprzekaźnik, gdy nie jest już potrzebny. W ten sposób zachowywana jest precyzyjna równowaga neurochemiczna i organizm nigdy nie wytwarza nadmiarów acetylocholiny. W obecności organicznych insektycydów fosforowych ów enzym ochronny jest niszczony i w miarę spadku jego ilości dochodzi do gromadzenia się nadmiaru acetylocholiny w tkankach nerwowych. Takie działanie organicznych związków fosforu przypomina mechanizm toksycznego alkaloidu muskaryny zawartego w trujących muchomorach czerwonych (Amanita muscaria).

Wielokrotna lub ciągła ekspozycja na insektycydy fosforowe obniża poziom cholinesterazy do granicy ciężkiego zatrucia; w tym stanie bardzo niewielka dodatkowa dawka może doprowadzić do skutków wcześniej opisanych. Dlatego osoby używające tych chemikaliów i inne regularnie eksponowane na ich działanie, powinny poddawać się okresowym badaniom krwi na ich obecność.

Najczęściej stosowanym organicznym insektycydem fosforowym jest paration. Niestety, jest on również najsilniej działający i najbardziej niebezpieczny w tej grupie. Pod jego wpływem pszczoły stają się "podniecone i agresywne", wykonują gorączkowe czynności samooczyszczające i giną po trzydziestu minutach. Pewien chemik, chcąc w sposób najbardziej bezpośredni ustalić dawkę parationu silnie toksyczną dla człowieka, przyjął doustnie 0,1 g tej substancji. Paraliż nastąpił tak szybko, że nie zdążył zaaplikować sobie przygotowanych pod ręką antidotów i rozstał się z życiem. Są doniesienia, że w Finlandii paration jest środkiem najczęściej stosowanym przez samobójców. Władze Kalifornii informują, że w ostatnich latach zanotowano w tym stanie rocznie ponad 200 przypadków przypadkowych zatruć tym związkiem. W wielu częściach świata śmiertelność w zatruciach parationem jest przerażająca: w roku 1958 zanotowano 100 przypadków śmiertelnych w Indiach, 67 przypadków w Syrii i aż 336 zgonów w Japonii.

Mimo to w Stanach Zjednoczonych każdego roku rozpyla się około 3500 ton parationu na polach i w sadach - za pomocą rozpylaczy ręcznych i motorowych oraz z samolotów. Według jednego ze źródeł medycznych, jego ilość wprowadzona do środowiska w samej tylko Kalifornii "mogłaby zabić liczbę ludzi równą 5-10-krotnej aktualnej ich populacji na Ziemi".

Jedną z kilku okoliczności ratujących nas przed wyginięciem od środków owadobójczych jest fakt, że paration i inne związki tej grupy dość szybko ulegają rozkładowi. Ich pozostałości w płodach rolnych, do których upraw są stosowane, mają stosunkowo krótki żywot w porównaniu z węglowodorami chlorowanymi. Jednakże ich trwałość jest wystarczająca do tworzenia zagrożeń i wywoływania zaburzeń zdrowia od umiarkowanych do kończących się śmiercią. W Riverside w Kalifornii 11 spośród 30 osób zbierających pomarańcze poważnie się rozchorowało i wszystkie prócz jednej musiały być hospitalizowane. Występowały u nich typowe objawy zatrucia parationem. Sad był opryskiwany dwa i pół tygodnia wcześniej; resztki, które spowodowały u zbieraczy wymioty, częściową utratę wzroku i półprzytomność, pozostawały na owocach 16-19 dni. I nie jest to rekord wyjątkowej trwałości tych substancji. Podobne zdarzenia miały miejsce w sadach pomarańczowych pryskanych miesiąc wcześniej, a ilości śladowe parationu znaleziono w skórkach pomarańczy po sześciu miesiącach od rutynowego oprysku.

Zagrożenie wszystkich osób wykonujących opryski organicznymi insektycydami fosforowymi na polach, w sadach i winnicach jest tak wysokie, że w niektórych stanach, w których używa się tych chemikaliów, zorganizowano laboratoria, w których lekarze uzyskują pomoc w diagnozowaniu i leczeniu. Nawet oni sami mogą być w jakimś stopniu narażeni, chyba że w kontaktach z ofiarami zatruć używają gumowych rękawiczek, podobnie jak praczka piorąca ubrania ofiar zawierające niebezpieczne dla niej ilości parationu.

Kolejnym fosforanem organicznym, niemal tak powszechnie znanym jak DDT, jest malation używany przez ogrodników jako środek do zwalczania niepożądanych owadów w domach, do walki z komarami, a także w tak dywanowych atakach na insekty, jak opryski prawie pół miliona hektarów zamieszkanych obszarów Florydy opanowanych przez śródziemnomorską muszkę owocówkę. Malation uchodzi za najmniej toksyczny insektycyd z tej grupy chemicznej, dlatego wiele osób zakłada, że można go używać w nieograniczonym zakresie bez obaw o zatrucie.

Rzekome "bezpieczeństwo" malationu opiera się na wątpliwych i niepewnych przesłankach, choć - jak często bywa - dowiedziano się o tym dopiero po wielu latach używania tego związku. Malation sprawia wrażenie "bezpiecznego", ponieważ wątroba ssaków - narząd o nadzwyczajnych zdolnościach ochronnych - stosunkowo dobrze radzi sobie z jego unieszkodliwianiem. Detoksykację malationu przeprowadza jeden z enzymów wątrobowych. Jeśli jednak coś nam ten enzym uszkadza lub utrudnia jego działanie, to malation ujawnia całą swoją trucicielską siłę.

Niestety dla nas wszystkich, możliwości takich zakłóceń jest mnóstwo. Kilka lat temu zespół naukowców z FDA odkrył, że połączenie malationu z niektórymi innymi fosforanami organicznymi daje efekty masywnego zatrucia - do pięćdziesięciu razy gorszego niż można by przewidywać przy równoczesnym działaniu tych czynników. Inaczej mówiąc, 1/100 śmiertelnej dawki każdego z dwóch związków, przy ich równoczesnym działaniu jest dawką śmiertelną.

Odkrycie to doprowadziło do badania innych połączeń. Wiadomo obecnie, że wiele par organicznych pestycydów fosforanowych jest bardzo niebezpiecznych, a ich toksyczność wzrasta, czyli potęguje się przy łącznym działaniu. Wzmożona toksyczność takich połączeń wydaje się występować, gdy jeden związek niszczy enzym wątrobowy odpowiedzialny za detoksykację drugiego. Efekt ten nie wymaga równoczesnego kontaktu z obydwoma substancjami. Zagrożony jest nie tylko rolnik, który wykonywał opryski dwoma różnymi insektycydami w odstępie tygodnia, lecz także konsument opryskanych w ten sposób produktów.

Jedna miseczka sałatki może zawierać połączenie organicznych insektycydów fosforanowych. Ich pozostałości indywidualnie mieszczące się w granicach dozwolonych normami mogą działać synergicznie.

Pełen zakres niebezpiecznych interakcji chemikaliów tej grupy jest wciąż słabo znany, lecz z laboratoriów naukowych dochodzą regularnie niepokojące informacje. Jedna z nich dotyczy odkrycia, że toksyczność fosforanów organicznych wzmagają różne substancje niebędące insektycydami. Na przykład: jeden z czynników plastyfikujących może w ten sposób działać silniej niż inne insektycydy, zwiększając radykalnie toksyczność malationu. Działanie to polega na hamowaniu wydzielania enzymu, który normalnie "wybija zęby" trującym insektycydom.

A co z innymi chemikaliami we współczesnym ludzkim środowisku? Jakie są interakcje insektycydów z lekami? Badania w tym kierunku dopiero się zaczynają, ale wiadomo już, że niektóre fosforany organiczne (np. paration i malation) zwiększają toksyczność niektórych leków rozluźniających mięśnie, oraz że szereg innych (także z udziałem malationu) znacząco wzmacniają nasenne działanie barbituratów.

W mitologii greckiej czarnoksiężniczka Medea, zazdrosna o uczucia swego męża Jazona do rywalki, ofiarowała nowej jego wybrance szatę posiadającą magiczne właściwości. Każdy, kto ją założył, natychmiast umierał. Ta śmierć per procuram ma dzisiaj swoje odpowiedniki w tzw. insektycydach systemicznych. Są to chemikalia o nadzwyczajnych właściwościach nadające roślinom lub zwierzętom cechy toksyczności, podobnie jak szata Medei. Używa się ich do zabijania owadów kontaktujących się z nimi fizycznie, a w szczególności wysysających ich soki lub krew.

Świat insektycydów systemicznych jest bardzo osobliwy, przekracza bowiem wyobraźnię braci Grimmów, zbliżając się do świata kreskówek Charlesa Adamsa. To świat, w którym baśniowy zaczarowany las staje się lasem trującym, a żyjący w nim owad spijający nektar z kwiatów natychmiast ginie od niego. To świat, w którym pchła po ugryzieniu psa ginie, ponieważ jego krew jest dla niej trująca, w którym owady giną od zapachu kwiatów, choć nigdy ich nie dotykały, w którym pszczoły przynoszą do ula zatrute nektary używane w produkcji trującego miodu.

Sen entomologów o wbudowanych insektycydach narodził się, gdy zatrudnieni w pracach terenowych uświadomili sobie możliwość naśladowania przyrody: odkryli, że pszenica rosnąca na glebie zawierającej selenian sodu jest odporna na ataki mszyc i przędziorków. Tak oto selen, występujący w śladowych ilościach w skałach i glebach wielu części świata, stał się pierwszym insektycydem systemicznym.

Insektycyd staje się systemiczny, gdy zyskuje zdolność przenikania tkanek roślinnych lub zwierzęcych i nadawania im cech toksyczności. Właściwość tę posiadają niektóre węglowodory chlorowane i syntetyczne fosforany organiczne, a także niektóre substancje naturalne występujące w przyrodzie. W praktyce większość insektycydów systemicznych wywodzi się z grupy fosforanów organicznych, ponieważ problem niepożądanych pozostałości jest w tym przypadku mniej ostry.

Insektycydy systemiczne działają też innymi pokrętnymi sposobami. Stosowane do nasion przez namoczenie lub powlekanie w obecności węgla, przenoszą swoje cechy na kolejne pokolenia roślin, produkując sadzonki trujące dla mszyc i innych owadów spijających soki. Warzywa, takie jak groch, fasola i burak cukrowy, są czasami chronione w taki właśnie sposób. W Kalifornii przez pewien czas insektycydem systemicznym pokrywano nasiona bawełny, po czym w roku 1959 w dolinie San Joaquin 25 pracowników rolnych sadzących bawełnę nagle zachorowało po kontakcie z workami z preparowanym w ten sposób materiałem.

W Anglii ktoś chciał wiedzieć, co się dzieje, gdy pszczoły używają nektaru z roślin spreparowanych insektycydem systemicznym. Badania przeprowadzono na obszarze, gdzie stosowany był środek o nazwie schradan. Mimo że rośliny opryskiwano przed rozwojem kwiatów, powstały później nektar zawierał truciznę. W rezultacie, jak można się było spodziewać, schradan wykryto w miodzie produkowanym przez pszczoły z tego rejonu.

Użycie insektycydów systemicznych skoncentrowało się głównie na zwalczaniu gza bydlęcego, pasożyta niszczącego inwentarz. Przy stosowaniu tej metody należy zachowywać najwyższą ostrożność, by uzyskać efekt owadobójczy we krwi i tkankach zwierząt bez ryzyka śmiertelnego zatrucia. Stan tej równowagi jest bardzo subtelny, a rządowi weterynarze stwierdzili, że powtarzanie niewielkich dawek może stopniowo ograniczać wydzielanie ochronnego enzymu cholinesterazy, w związku z czym niewielka dawka dodatkowa może doprowadzić do zatrucia.

Wiele wskazuje, że otwierane są strefy bliższe naszemu życiu codziennemu. Słyszymy, że można teraz dać psu pigułkę, po której pozbędzie się pcheł, gdyż jego krew będzie dla nich trująca. Ryzyka stwierdzone w postępowaniu z bydłem mogą się przypuszczalnie odnosić także do psów. Jak dotąd nikt nie proponował insektycydów systemicznych dla ludzi, np. zabijających komary. Być może będzie to następny krok.

W tym rozdziale omawialiśmy do tej pory śmiercionośne chemikalia używane w naszej walce z owadami. A co z prowadzoną równolegle walką z chwastami?

Chęć znalezienia szybkiej i łatwej metody pozbywania się niechcianych roślin zaowocowała ogromną gamą chemikaliów zwanych herbicydami lub inaczej środkami chwastobójczymi. Sposobom ich używania i przejawom nadużywania poświęcony będzie rozdział VI; w tym miejscu interesują nas pytania, czy herbicydy są trujące i czy ich stosowanie jest formą chemicznego zanieczyszczania środowiska naturalnego.

Szeroko rozpowszechniana legenda, jakoby herbicydy były toksyczne tylko dla roślin i nie zagrażały organizmom zwierzęcym, jest niestety całkowicie niezgodna z prawdą. Środki chwastobójcze obejmują wielką grupę związków chemicznych działających zarówno na tkanki zwierzęce, jak i roślinne. Ich wpływ na nasze organizmy jest bardzo zróżnicowany. Niektóre są uogólnionymi truciznami, inne potężnymi stymulatorami metabolizmu powodującymi śmiertelny wzrost temperatury ciała, jeszcze inne wywołują złośliwe nowotwory, samodzielnie lub w powiązaniu z innymi substancjami; są też i takie, które uszkadzają materiał genetyczny określonego taksonu, powodując mutacje genów. A zatem, do grupy herbicydów, podobnie jak insektycydów, należą substancje bardzo niebezpieczne, których używanie z przekonaniem o ich "bezpieczeństwie" może mieć katastrofalne skutki.

Mimo konkurencji nowych chemikaliów płynących ciągłym strumieniem z laboratoriów, związki arsenu są wciąż tolerancyjnie używane zarówno jako insektycydy (o czym była mowa wcześniej), jak i środki chwastobójcze mające zwykle chemiczną formę arseninu sodu. Historia ich zastosowań nie napawa optymizmem. Opryski poboczy dróg zabiły już niejedną krowę, nie mówiąc o niezliczonych gatunkach dziko żyjących zwierząt. W wyniku użycia herbicydów do eliminacji "niepożądanych" roślin w jeziorach, stawach i zbiornikach retencyjnych wody wielu publicznych akwenów przestały nadawać się do picia, a nawet do pływania. Opryski upraw ziemniaków w celu niszczenia pnącza ziemniaczanego (Solanum laxum) kosztowały już niejedno życie ludzkie i wielu gatunków zwierząt.

W Anglii praktykę tę zaczęto stosować około roku 1951 z powodu niedoborów kwasu siarkowego używanego wcześniej do zwalczania tego wieczniezielonego pnącza zwanego też "ziemniaczaną winoroślą". Ministerstwo Rolnictwa uznało za konieczne wydanie ostrzeżenia przed wchodzeniem na pola spryskiwane wcześniej herbicydami arsenowymi, nie docierało one jednak do świadomości bydła (jak również, należy przypuszczać, dziko żyjących ptaków, ssaków i innych zwierząt), w związku z czym doniesienia o zatruciach krów tymi środkami zaczęły napływać z monotonną regularnością. Kiedy zmarła również żona rolnika po wypiciu wody zatrutej arsenem, jedna z największych angielskich firm chemicznych (w roku 1959) wstrzymała produkcję herbicydów arsenowych i wycofała cały ich asortyment z rynku, po czym Ministerstwo Rolnictwa ogłosiło, że użycie tych środków będzie podlegało ścisłym restrykcjom z powodu zagrożenia dla zdrowia i życia ludzi oraz zwierząt hodowlanych. W roku 1961 rząd Australii wprowadził podobne ograniczenia. Niestety, w Stanach Zjednoczonych regulacji prawnych dotyczących używania tych trucizn nadal brak.

W charakterze herbicydów używa się także niektórych związków z grupy "dinitro". Należą one do najbardziej niebezpiecznych tego typu materiałów stosowanych w Stanach Zjednoczonych. Dinitrofenol jest silnym stymulantem metabolizmu. Z tego powodu był dawniej używany jako lek odchudzający, lecz margines bezpieczeństwa między dawką wyszczuplającą i śmiertelną był tak niewielki, że wielu pacjentów zmarło, a wielu innych doznało trwałych uszkodzeń zdrowia, zanim lek ostatecznie wycofano z użycia.

Podobnym związkiem jest pentachlorofenol, znany jako "penta", używany jako herbicyd i insektycyd, często rozpylany wzdłuż torów kolejowych i w obszarach nieużytków. Penta jest substancją wybitnie toksyczną dla szerokiego spektrum organizmów, od bakterii do ludzi. Podobnie jak związki dinitro, zakłóca - często ze skutkiem śmiertelnym - gospodarkę energetyczną żywego ustroju, skutkiem czego zatruty organizm dosłownie sam siebie spala. Ilustracją jego przerażającej mocy był śmiertelny przypadek opisany niedawno przez Kalifornijski Departament Zdrowia. Pewien kierowca ciężarówki przygotowywał defoliant bawełny, mieszając olej napędowy z pentachlorofenolem. Podczas pobierania skoncentrowanej substancji z beczki czop zaworu przypadkowo odpadł od niego. Mężczyzna, chcąc go odzyskać i założyć, chwycił go gołymi dłońmi. Mimo natychmiastowego umycia rąk, gwałtownie zachorował i następnego dnia zmarł.

Trujące własności herbicydów z arseninem sodu i fenolami są aż nadto oczywiste, wiele innych herbicydów działa jednak wolniej i bardziej podstępnie. Na przykład: aminotriazol lub krócej: amitrol, herbicyd popularny obecnie w uprawach malin, uchodzi za stosunkowo niskotoksyczny. Jednakże stosowany w dłuższym czasie powoduje złośliwe nowotwory tarczycy u dzikich zwierząt, co może sugerować podobne działanie u ludzi.

Wśród herbicydów istnieją związki klasyfikowane jako "mutageny", czyli czynniki zdolne do modyfikacji struktury genów, nośników informacji dziedzicznej. Jesteśmy słusznie przerażeni genetycznymi efektami promieniowania; czyż więc możemy być obojętni na analogiczne działania chemikaliów rozprzestrzenianych na wielką skalę w naszym środowisku życia?