Całe życie pasjonowałem się owadami. Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień pochodzi z okresu, kiedy miałem pięć albo sześć lat: trafiłem na kilka pasiastych, żółto-czarnych gąsienic, żerujących na zielsku, które wyrosło ze szczelin w asfalcie na skraju szkolnego boiska. Pozbierałem je, włożyłem między okruchy do pustego pudełka po śniadaniu i zabrałem do domu. Z pomocą rodziców wyszukałem więcej odpowiednich liści, którymi mogły się żywić, i w końcu doczekałem chwili, kiedy gąsienice przeobraziły się w piękne karminowo-czarne ćmy (europejscy czytelnicy i czytelniczki pewnie się zorientują, że chodzi o proporzyce marzymłódki). Odniosłem wtedy wrażenie, że mam do czynienia z magią - i tak już zostało. Złapałem bakcyla.
Od tamtej pory udawało mi się jakoś utrzymać z mojego dziecięcego hobby. Jako nastolatek spędzałem każdy weekend i każde wakacje, uganiając się z siatką za motylami, wabiąc ćmy na "cukier", czyli sztuczny nektar, i zastawiając pułapki na chrząszcze. Kupowałem od wyspecjalizowanych dostawców wysyłkowych jaja egzotycznych ciem i obserwowałem, jak wylęgają się z nich dziwaczne, bajecznie kolorowe gąsienice, z których w końcu powstaną wielkie, wspaniałe motyle nocne: zielone indyjskie ćmy księżycowe z silnie wydłużonymi końcówkami tylnych skrzydeł, madagaskarskie pawice z pobłyskującymi na skrzydłach fałszywymi oczami i olbrzymie czekoladowobrązowe pawice atlas z Azji Południowo-Wschodniej, największe z nich wszystkich. Kiedy dostałem się na Uniwersytet Oksfordzki, siłą rzeczy wybrałem studia biologiczne, potem zaś zrobiłem doktorat z ekologii motyli na Oxford Brookes University, nieco mniej ekskluzywnej uczelni przycupniętej na wzgórzu na wschód od Oksfordu. Później zajmowałem rozmaite stanowiska badawcze: wpierw ponownie na Uniwersytecie Oksfordzkim, gdzie obserwowałem niezwykłe zwyczaje godowe tykotków, następnie w laboratorium rządowym w Oksfordzie, gdzie prowadziłem badania nad zwalczaniem szkodliwych ciem przez oprysk upraw wirusami. Ponieważ nie znoszę zabijać owadów, nienawidziłem tej pracy i poczułem ogromną ulgę, kiedy zaproponowano mi stałą posadę wykładowcy na wydziale biologii University of Southampton.
Tam właśnie zacząłem specjalizować się w trzmielach, moim zdaniem najbardziej uroczych przedstawicielach owadów (choć mają sporą konkurencję). Fascynowało mnie, na jakiej podstawie trzmiele wybierają sobie kwiaty, więc spędziłem pięć lat na badaniu, jak unikają kwiatów pustych, węsząc w poszukiwaniu najlżejszego śladu zapachu wonnych odnóży swoich pobratymców. Przekonałem się, że pod ich niezdarnym, misiowatym wyglądem kryje się niezwykły spryt, że trzmiele są prawdziwymi inteligentami w świecie owadów, potrafiącymi nawigować po okolicy, zapamiętywać punkty orientacyjne i lokalizację skupisk kwitnących roślin, sprawnie sięgać po nagrody ukryte w wielopłatkowych kwiatach i żyć w skomplikowanych koloniach społecznych, w których knuje się spiski, a królobójstwo jest na porządku dziennym. W porównaniu z trzmielami motyle, za którymi uganiałem się w dzieciństwie, sprawiały teraz wrażenie stworzeń pięknych, ale trochę przygłupich.
W pogoni za owadami miałem szczęście objechać cały świat, od pustyń Patagonii aż po oblodzone szczyty Fiordlandu w Nowej Zelandii i wilgotne, zalesione góry Bhutanu. Obserwowałem chmary motyli paziowatych pobierających substancje mineralne z błotnistych brzegów rzek na wyspie Borneo i tysiące nocnych świetlików synchronicznie pobłyskujących odwłokami na bagnach Tajlandii. W moim ogrodzie w Sussex spędziłem niezliczone godziny, leżąc na brzuchu i obserwując, jak koniki polne szukają partnerów i odpędzają rywali, jak skorki opiekują się młodymi, jak mrówki doją spadź z mszyc, a pszczoły miesierki tną żuwaczkami liście, którymi potem wyściełają swoje gniazda.
Bawiłem się świetnie. Dręczyła mnie jednak świadomość, że te stworzenia przeżywają swój schyłek. Minęło pięćdziesiąt lat, odkąd po raz pierwszy zbierałem gąsienice na szkolnym boisku, i rok w rok od tamtej pory robiło się coraz mniej motyli, coraz mniej trzmieli - prawie wszystkiego spośród miriadów tych zwierzątek, dzięki którym kręci się świat. Te piękne, fascynujące stworzenia znikają, mrówka za mrówką, pszczoła za pszczołą, dzień po dniu. Szacunki są rozmaite i niezbyt precyzyjne, całkiem jednak prawdopodobne, że od czasu, kiedy skończyłem pięć lat, liczebność owadów zmniejszyła się co najmniej o 75 procent. Dowodów naukowych przybywa co roku, w miarę publikowania kolejnych badań dokumentujących spadek populacji danaidów wędrownych w Ameryce Północnej, zagładę owadów leśnych i łąkowych w Niemczech i nieubłaganie postępujące ograniczenie zasięgu występowania trzmieli i bzygów w Wielkiej Brytanii.
W 1963 roku, dwa lata przed moimi narodzinami, Rachel Carson ostrzegała w książce Silent Spring [Milcząca wiosna], że wyrządzamy straszną krzywdę naszej planecie. Wybuchłaby płaczem, gdyby miała okazję się przekonać, że sprawy potoczyły się o wiele gorzej, niż prognozowała. Obfitujące w owady siedliska dzikiej przyrody, między innymi łąki kośne, bagna, wrzosowiska i tropikalne lasy deszczowe, zostały zniszczone, wypalone lub zaorane, padły ofiarą degradacji na niespotykaną skalę. Zasygnalizowane przez autorkę problemy z pestycydami i nawozami stały się jeszcze dotkliwsze: według najnowszych szacunków w skali globalnej rok w rok do środowiska trafiają trzy miliony ton środków ochrony roślin. Niektóre z pestycydów nowej generacji są kilka tysięcy razy bardziej toksyczne dla owadów niż te, które stosowano w czasach Carson. Gleby uległy degradacji, rzeki zapchały się mułem i zostały zatrute chemikaliami. Zmiany klimatyczne, zjawisko nieznane w jej czasach, niosą ryzyko dalszego spustoszenia naszej udręczonej planety. Wszystkie te zmiany dokonały się za naszego życia, na naszych oczach, i wciąż nabierają tempa.
Zagłada owadów jest niewyobrażalnie smutna dla tych, którzy kochają te małe stworzenia i cenią je dla nich samych, przede wszystkim jednak stwarza zagrożenie dla ludzkiego dobrostanu, owady są bowiem potrzebne do zapylania roślin uprawnych, przetwarzania nawozu, rozkładu opadłych liści i martwych organizmów, utrzymania żyzności gleby, zwalczania szkodników i wielu innych procesów. Stanowią podstawę diety mnóstwa większych zwierząt, na przykład ptaków, ryb oraz żab. Zapylają też dzikie rośliny. Jeśli populacja owadów będzie się dalej zmniejszać, świat się w końcu zatrzyma, bo nie może bez nich funkcjonować. Jak napisała Rachel Carson: "Człowiek jest częścią natury, więc jego wojna z naturą oznacza nieuniknioną wojnę przeciwko sobie".
Dziś spędzam mnóstwo czasu na przekonywaniu ludzi, żeby kochali owady i troszczyli się o nie, a przynajmniej szanowali je za to, co robią. Rzecz jasna dlatego napisałem tę książkę.
Chcę, żebyście postrzegali owady jak ja: jako stworzenia piękne, zaskakujące, czasem nieopisanie dziwaczne, czasem złowrogie i budzące strach, zawsze jednak wspaniałe i zasługujące na nasz szacunek. Myślę, że niejednego zadziwią co osobliwsze z ich zwyczajów, cyklów życiowych i zachowań, przy których fantazje pisarzy science fiction wydają się całkiem banalne. Odkrywając przed czytelnikiem świat owadów, przebieg ich ewolucji, ich znaczenie i piętrzące się przed nimi zagrożenia, będę wplatał między rozdziały krótkie przerywniki - zwięzłe historie z życia moich ulubionych gatunków.
Czas naprawdę ucieka, ale wciąż nie jest za późno, by zapobiec katastrofie. Owady potrzebują naszej pomocy. Większość jeszcze nie wyginęła: wystarczy dać im odrobinę wytchnienia, żeby odbudowały swoją populację, potrafią bowiem szybko się rozmnażać. Owady żyją wśród nas: w ogrodach, parkach, na polach uprawnych, w ziemi pod naszymi stopami, a nawet w szczelinach miejskich chodników, możemy więc wspólnie zaangażować się w ich ochronę i sprawić, by te niezastąpione stworzenia nie znikły z powierzchni globu. Każdy, nawet jeśli czuje się bezradny wobec innych majaczących na horyzoncie kwestii środowiskowych, może podjąć proste kroki, by wesprzeć owady.
Uważam, że sytuacja wymaga głębokich zmian. Powinniśmy ściągnąć więcej owadów do naszych ogrodów i parków, przekształcając obszary miejskie - pobocza dróg, wykopy kolejowe oraz ronda - w sieć ukwieconych, wolnych od pestycydów siedlisk. Musimy radykalnie uzdrowić niewydolny system zaopatrzenia w żywność, na tyle ograniczając marnotrawstwo produktów spożywczych i konsumpcję mięsa, by móc zwrócić przyrodzie rozległy areał mniej żyznych ziem. Trzeba wypracować naprawdę zrównoważone metody uprawy, stawiając na produkcję wartościowej żywności w zgodzie z naturą zamiast na rolnictwo towarowe, oparte na ogromnych, wyjałowionych, przesiąkniętych pestycydami i nawozami monokulturach. Każdy z nas może pomóc we wdrożeniu tych zmian, i to na wiele różnych sposobów: kupując i jedząc lokalne, sezonowe owoce i warzywa z upraw ekologicznych; uprawiając własną żywność; głosując na polityków, którzy poważnie podchodzą do kwestii środowiska; uświadamiając dzieciom pilną potrzebę okazania większej troski o naszą planetę.
Wyobraźmy sobie przyszłość z zielonymi miastami i miasteczkami, z każdą wolną przestrzenią wypełnioną polnymi kwiatami oraz kwitnącymi i owocującymi drzewami, z pokrytymi zielenią dachami i ścianami budynków; gdzie dzieci mogą dorastać za pan brat z cykaniem koników polnych, śpiewem ptaków, brzęczeniem trzmieli, wśród kolorowych rozbłysków motylich skrzydeł. Wyobraźmy sobie miasta otoczone małymi bioróżnorodnymi gospodarstwami, w których uprawia się zdrowe owoce i warzywa z roślin zapylanych przez najrozmaitsze dzikie owady i chronionych przed szkodnikami przez armię naturalnych wrogów, gdzie mnóstwo żyjących w ziemi organizmów ulepsza glebę i reguluje zawarte w niej zasoby węgla. Wyobraźmy sobie, że wdrażane z dala od miast przedsięwzięcia odnowy środowiska dadzą nam możliwość spędzania wolnego czasu wśród rojących się od ważek i bzygów, poprzecinanych bobrowymi tamami mokradeł, ukwieconych łąk i różnorodnych, tętniących życiem połaci lasów. Może zabrzmi to jak fantazja, ale ludzkość naprawdę ma dość miejsca, by każdy z nas mógł prowadzić satysfakcjonujące życie, odżywiać się dobrze i zdrowo, cieszyć się rojną, zieloną, pełną wigoru planetą. Trzeba się tylko nauczyć, jak żyć w obrębie natury, nie zaś poza nią. A w pierwszej kolejności trzeba zatroszczyć się o owady, maleńkie stworzenia, które sprawiają, że nasz wspólny świat toczy się naprzód.