Milcząca godność - Danielle Steel

Reflow text when sidebars are open.
Nie! - powiedziała stanowczo Hidemi. O tę sprawę spierali się od bardzo dawna, a ona w tej jednej, jedynej sytuacji nie mogła podporządkować się mężowi. - Przecież Hiroko jest dziewczyną. Musi być tutaj, z nami. Co jej przyjdzie z wyjazdu do Kalifornii? - Hidemi z uporem odmawiała zgody na wysłanie córki do amerykańskiego college'u.
- Ma prawie osiemnaście lat. - Masao tłumaczył cierpliwie już chyba po raz tysięczny. - Zna angielski bardzo dobrze, ale roczny czy dłuższy pobyt w Stanach bardzo jej się przyda. - Masao pragnął, by Hiroko odbyła w Ameryce pełne, czteroletnie studia, ale wiedział, że na razie lepiej żonie o tym nie mówić. - Uzyska lepsze wykształcenie, poszerzy horyzonty. A mój kuzyn i jego rodzina zaopiekują się nią. - Takeo mieszkał obecnie w Palo Alto, był żonaty i miał troje dzieci niewiele młodszych od Hiroko. Hidemi wiedziała o tym wszystkim, ale mimo to uparcie sprzeciwiała się wyjazdowi córki.
- Niech Yuji pojedzie w przyszłym roku - starała się podsunąć mężowi inne tematy do przemyślenia.
Masao zaczynał już wątpić, czy uda mu się wygrać ten spór. Od pierwszej chwili, gdy zobaczył Hiroko po urodzeniu, marzył dla niej o studiach w Ameryce. Żonie nie zdołał zaszczepić swoich rewolucyjnych poglądów. Przez blisko dwadzieścia lat małżeńskiego pożycia Hidemi pozostała staroświecka i nieśmiała, jak typowa japońska żona. Dlatego tym bardziej pragnął, by Hiroko wyjechała na jakiś czas z Japonii, poznała inną kulturę i nowoczesne obyczaje. Tylko że ona wcale za tym nie tęskniła. Najlepiej czuła się, żyjąc zgodnie ze starodawną tradycją japońską. To Yuji pragnął jechać, wprost umierał z chęci rozpostarcia skrzydeł, bo był bardzo podobny do ojca.
- Yuji też wyruszy w drogę, gdy nadejdzie czas. Ale dla Hiroko stanie się to niezapomnianym doświadczeniem. Przecież u Takeo nic się jej nie może stać, a pomyśl, czego się nauczy.
- Mnóstwa dzikich amerykańskich zwyczajów - powiedziała Hidemi z odrazą.
Masao tylko westchnął. Hidemi była cudowną żoną, ale miała bardzo staroświeckie poglądy na temat dzieci, a zwłaszcza córek. Matka Hidemi aż do śmierci wprowadzała Hiroko we wszystkie starodawne japońskie zwyczaje, a potem sama Hidemi bardzo ściśle kontynuowała te nauki. Oczywiście, znajomość tradycji była bardzo ważna. Jednak Masao chciał, by Hiroko zapoznała się również z innymi wartościami, które uważał za jeszcze ważniejsze, szczególnie dla kobiety. Pragnął, by jego córka miała takie same szanse jak Yuji, tylko że w Japonii niełatwo to osiągnąć.
- Angielskiego może uczyć się również tutaj - argumentowała Hidemi. - Ja się nauczyłam.
- Poddaję się - oświadczył Masao z uśmiechem, chociaż było mu przykro. Zrób z niej buddyjską mniszkę. Albo wezwij swata i znajdź jej męża. Nie pozwolisz jej żyć własnym życiem, prawda?
- Oczywiście, że pozwolę. Niech idzie na uniwersytet tutaj. Nie musi jechać do Kalifornii.
- Hidemi, pomyśl, czego chcesz ją pozbawić. Zastanów się nad tym, bo to bardzo poważna sprawa. Jak będziesz mogła dalej żyć ze świadomością, że wyrządziłaś jej taką krzywdę? Pomyśl o wszystkim, co by tam poznała. No dobrze, nie mówmy już o czterech latach college'u. Niech jedzie na rok. Nawet w ciągu roku zgromadzi skarb, który posłuży jej przez resztę życia. Zdobędzie przyjaciół, pozna nowe idee, a potem wróci i tutaj pójdzie na studia.
- Dlaczego obciążasz mnie odpowiedzialnością za odbieranie jej szansy? Dlaczego uważasz, że to moja wina? - spytała nadąsana Hidemi.
- Dlatego, że chcesz ją zatrzymać. Chcesz, żeby tu została, wygodnie ukryta za twoimi plecami, bezpieczna w naszym małym światku, nieśmiała, staroświecka i związana bezużytecznymi tradycjami, które wpoiła jej twoja matka. Jeżeli puścimy ją wolno jak ptaka, wróci do nas... Hidemi, nie łam jej skrzydeł tylko dlatego, że jest dziewczyną. To nieuczciwe. I bez tego świat jest okrutny dla kobiet.
Masao od dawna prowadził tę walkę i była to jedyna sprawa, w której żona się z nim nie zgadzała. Hidemi czuła się w pełni zadowolona ze swojego losu, ale przecież przy Masao miała bardzo wiele swobody. Jednak zdawała sobie sprawę z tego, że jej sytuacja jest wyjątkowa, i nie była zupełnie głucha na argumenty męża ani na głos własnego sumienia.
Jeszcze przez miesiąc trwały bolesne spory, aż w końcu Hidemi uległa. Zgodziła się, by Hiroko wyjechała do San Francisco na rok albo nawet dłużej, jeżeli jej się tam naprawdę spodoba. Masao zapisał córkę do żeńskiego college'u St. Andrew w Berkeley i przysięgał żonie, że Hiroko będzie tam bezpieczna. Hidemi w końcu przyznała, aczkolwiek niechętnie, że to podniecająca przygoda, chociaż nie potrafiła zrozumieć, dlaczego kobieta ma studiować na uniwersytecie, i to jeszcze tak daleko od domu. Ona sama nigdy nie studiowała, a przecież miała cudowne życie przy mężu i dzieciach.
Nawet Yuji uznał to za wspaniały pomysł, cieszył się szczęściem siostry i z niecierpliwością czekał na swoją kolej. Zamierzał się starać o przyjęcie na Uniwersytet Stanforda. Jedyną osobą poza Hidemi, która nie okazywała żadnego entuzjazmu, była sama Hiroko.
- Nie cieszysz się, że mama wyraziła zgodę? - spytał ją Masao wprost nieprzytomny z radości, gdy Hidemi w końcu, po długiej batalii, skapitulowała i pozwoliła Hiroko jechać do San Francisco.
Ale Hiroko powiedziała tylko, że jest bardzo wdzięczna. Ze swoimi delikatnymi rysami twarzy i pełną czaru, drobną postacią, wyglądała jak laleczka. Była nawet bardziej urocza niż Hidemi, ale również o wiele bardziej nieśmiała niż matka w młodości i staroświecka. Nie podzielała nowoczesnych ideałów ojca. Czuła się najlepiej, zachowując dawne zwyczaje. W odróżnieniu od matki, która jednak miała przynajmniej zrozumienie dla poglądów Masao, była Japonką przywiązaną do tradycji. Wcale nie marzyła o studiach w Kalifornii. Wyjeżdżała tylko dlatego, by spełnić wolę ojca. I wydawało jej się to ogromną ceną, jaką musi zapłacić za okazanie mu szacunku, ale nigdy nie potrafiłaby mu się sprzeciwić.
- Nie jesteś podniecona? - spytał Masao, a ona tylko skinęła głową, bez powodzenia próbując okazać radość. I gdy Masao teraz na nią patrzył, serce skurczyło mu się z bólu. Znał dobrze swoją córkę i gorąco ją kochał. Raczej wolałby umrzeć, niż ją unieszczęśliwić. - Hiroko, nie chcesz jechać? - spytał ze smutkiem. - Możesz powiedzieć mi prawdę. Przecież to nie ma być kara. Po prostu pragniemy zrobić coś ważnego dla twojej przyszłości. Przy niewielkiej profesorskiej pensji Masao wysłanie Hiroko do Stanów stanowiło ogromne obciążenie finansowe, ale oboje z żoną uważali, że dzieci są warte takiego poświęcenia.
- Ja... - Hiroko walczyła z obawą, że okaże się nieposłuszna. Spuściła wzrok i siłą woli przezwyciężyła emocje. Tak bardzo kochała rodziców i brata, a nienawidziła myśli o rozstaniu. - Nie chcę od was odjeżdżać - powiedziała ze łzami w oczach. - Ameryka jest tak daleko. Czy nie mogłabym pojechać do Tokio? - Ośmieliła się spojrzeć na ojca, a Masao niemal się rozpłakał, widząc malujący się na jej twarzy ból.
- W Tokio nie nauczysz się niczego więcej niż tutaj, w Kioto. Nawet lepiej byłoby ci tu niż w wielkim mieście. Ale Ameryka... - Masao się rozmarzył. Nigdy tam nie pojechał, chociaż pragnął tego przez całe życie. Od dwudziestu lat czytał listy od swojego kuzyna Takeo i tak szalenie chciał go chociaż odwiedzić. Ale skoro jemu się nie udało, zrobi to dla swoich dzieci. Był to największy dar, jaki mógł im ofiarować. - Hiroko, zostaniesz tam tylko rok. Tylko jeden rok szkolny. To wcale nie jest tak długo. Jeżeli ci się nie spodoba, wrócisz. A za rok pojedzie Yuji i, jeżeli zostaniesz, będziecie tam razem.
- Ale bez ciebie... i bez mamy... Co ja bez was zrobię? - spytała. W oczach kręciły jej się łzy, a usta drżały. Spuściła z szacunkiem wzrok, ale Masao podszedł, objął ją, jak zawsze zdumiony jej szczupłością. Była tak drobna, że niemal mógł objąć jej talię jedną ręką.
- My też nie przestaniemy za tobą tęsknić, ale przecież istnieje poczta, a poza tym będziesz tam miała wujka Takeo i ciocię Reiko.
- Tylko że ja ich nie znam.
- Są naprawdę bardzo mili. - Takeo przyjechał z wizytą do Japonii dziewięć lat temu, jednak Hiroko prawie go nie pamiętała. Ciocia Reiko nie mogła wówczas mu towarzyszyć, gdyż spodziewała dziecka, najmłodszej córki Tamiko. Pokochasz ich, a oni będą cię traktowali jak własną córkę. Proszę, Hiroko, proszę, chociaż spróbuj. Nie chcę, żebyś traciła taką szansę. - Od wielu lat oszczędzał pieniądze na ten cel i przekonywał żonę do swojego pomysłu, teraz zaś czuł się tak, jakby karał Hiroko, a przecież chciał tylko jej dobra.
- Pojadę, tatusiu. Dla ciebie - powiedziała Hiroko, nisko się kłaniając. Masao miał ochotę nią potrząsnąć. Dlaczego nie potrafi odciąć się od starych obyczajów? Przecież jest taka młoda, nie powinna aż tak kochać tradycji.
- Wolałbym, żebyś to zrobiła dla siebie - odparł. - Chcę, żebyś była tam szczęśliwa.
- Spróbuję, tatusiu - szepnęła i po policzkach popłynęły jej łzy. Masao bez słowa mocno ją przytulił. Widząc rozpacz córki, czuł się jak potwór, zmuszając ją do wyjazdu, mimo to aż do chwili pożegnania był pewny, że gdy już znajdzie się w Kalifornii, polubi nowe życie.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Trzęsienie ziemi, które zrównało z ziemią Tokio i Jokohamę w pierwszym tygodniu września 1923 roku, dotknęło również Kioto, ale nie aż tak straszliwie. W Tokio nie ostał się kamień na kamieniu, wszędzie wybuchały pożary, a ludzie snuli się wśród gruzów w poszukiwaniu żywności i wody. Był to najgorszy kataklizm w całej historii Japonii.
Kioto ucierpiało, ale dom Masao ocalał. Hiroko miała wówczas siedem tygodni. Gdy ziemia się zatrzęsła, przerażona Hidemi kurczowo chwyciła ją w ramiona, a Masao popędził do domu. I chociaż im samym nic się nie stało, Masao jeszcze wiele tygodni potem mówił, że powinni wyjechać do Kalifornii jak kuzyn Takeo.
- W Kalifornii też zdarzają się trzęsienia ziemi - przypominała mu spokojnie Hidemi. Mimo niebezpieczeństwa nie chciała wyjeżdżać z Japonii, a poza tym Masao właśnie dostał awans na uniwersytecie. Ale rodzina była dla niego o wiele ważniejsza niż wszelkie zaszczyty w pracy.
- Nie tak często jak tutaj - żachnął się, zdenerwowany ostatnimi wydarzeniami. Biegnąc do domu z uniwersytetu, nie wiedział, czy jeszcze zastanie żonę i córkę przy życiu. A potem całymi tygodniami przerażony słuchał o nieszczęściach, jakie przydarzyły się jego krewnym w Tokio i Jokohamie. Reiko, żona kuzyna Takeo, straciła oboje rodziców w Tokio, innym znajomym także zginęli krewni. Wydawało się, że wszyscy Japończycy są w żałobie.
Gdy wszystko się trochę uspokoiło, Masao znów zaczął się interesować polityką i zapomniał o planach wyjazdu do Kalifornii. W Chinach nadal trwała wojna. W październiku i listopadzie nastąpiły zamieszki w Niemczech - to go również fascynowało. W listopadzie młody przywódca Partii Narodowo-Socjalistycznej, Adolf Hitler, przeprowadził nieudany zamach stanu i został aresztowany. Masao był zaintrygowany tym człowiekiem, sądził, że niebawem Hitler zmieni losy Niemiec, poświęcił mu więc kilka wykładów na najstarszych latach studiów.
W styczniu 1924 roku umarł Lenin, co wznieciło ożywione dyskusje wśród profesorów nauk politycznych. W lutym zaś Masao odkrył, że jego żona spodziewa się drugiego dziecka, które miało przyjść na świat w czerwcu. Hidemi znów codziennie chodziła do świątyni modlić się o syna, a Masao zapewniał ją, że druga córka także go uszczęśliwi. Hiroko miała siedem miesięcy i Hidemi, podobnie jak jej matka, zaczęła haftować tradycyjny jedwabny ślubny płaszcz. W chwilach gdy Hiroko nie siedziała w nosidełkach na plecach matki, czołgała się po podłodze, radośnie się śmiała i gaworzyła, wzbudzając zachwyt ojca. Często mówił do niej po angielsku. Chociaż nie posługiwał się tym językiem całkowicie bezbłędnie, jednak znał go na tyle biegle, że zdołał trochę nauczyć Hidemi. Masao był dumny z tak dobrej żony, cudownej przyjaciółki i kochającej matki. Spełniła wszystkie jego marzenia i w listach do kuzyna w Ameryce zawsze o niej opowiadał i ją chwalił. Posyłał mu również zdjęcia córeczki. Była śliczną dziewczynką, malutką jak na swój wiek i jeszcze delikatniejszą niż matka. Ale ta krucha istotka kipiała energią. Zaczęła chodzić, gdy miała dziewięć miesięcy.
Hidemi była wówczas w siódmym miesiącu ciąży, tym razem utyła znacznie bardziej niż przy pierwszym dziecku. Masao znów namawiał ją, by poszła do szpitala, zamiast rodzić w domu.
- Masao-san, poprzednim razem obyło się bez kłopotów - powiedziała Hidemi stanowczo. - Moja siostra również spodziewa się dziecka, więc nie przyjedzie mi pomóc, ale matka na pewno się zjawi.
- Teraz już się tak nie postępuje, Hidemi-san - nalegał Masao. - To rok 1924, a nie epoka ciemnoty. W szpitalu oboje będziecie bezpieczniejsi, i ty, i dziecko.
Masao uwielbiał czytać nie tylko artykuły potrzebne mu do wykładów, ale również amerykańskie czasopisma medyczne. Przerażały go omówione tam komplikacje, jakie mogą nastąpić podczas porodu. Ale Hidemi nie była tak nowoczesna jak on, a na dodatek straszliwie się upierała.
Jej matka przyjechała na początku czerwca, trzy tygodnie przed datą porodu. Pomagała zająć się Hiroko, dzięki czemu Hidemi mogła spędzać więcej czasu z mężem. Udało im się nawet pojechać na jeden dzień do Tokio, co stanowiło bardzo przyjemną odmianę w ich dość monotonnym życiu. Zafascynowało ich tempo odbudowy miasta po trzęsieniu ziemi.
Późną nocą w pięć dni po powrocie do domu, gdy leżeli już w swoim pokoju na futonach, Masao zdał sobie sprawę, że Hidemi nieustannie zmienia pozycję na posłaniu. Wreszcie wstała i wyszła do ogrodu. Masao wybiegł za nią i zapytał:
- Czy dziecko już się rodzi?
Hidemi zawahała się, ale w końcu skinęła głową. Przedtem nie powiedziałaby mu tego, ale po dwóch latach małżeństwa zdołała trochę opanować nieśmiałość.
Masao dawno już przegrał walkę o szpital, więc tylko spytał:
- Czy mam iść po twoją matkę?
Hidemi wzięła go za rękę i wydawało mu się, że chce coś powiedzieć.
- Hidemi, czy coś się stało? Powiedz, proszę. - Zawsze się martwił, że przez nieśmiałość nie powie mu o swojej chorobie albo że przytrafiło się coś złego jej czy dziecku. - Musisz być posłuszna - dodał, choć nie podobały mu się takie słowa. Wiedział jednak, że stanowią klucz, który otworzy jej usta. Czy coś się stało?
Potrząsnęła głową, spojrzała na niego, a potem odwróciła się, była czymś poruszona.
- Hidemi-san, o co chodzi?
Znów popatrzyła na niego tymi wielkimi czarnymi oczami, które tak kochał.
- Boję się, Masao-san.
- Porodu?
Serce przepełniła mu litość i żal, że z jego powodu musi znowu przez to wszystko przechodzić. Miał nadzieję, że teraz pójdzie łatwiej.
Ale Hidemi tylko potrząsnęła głową i popatrzyła na niego ze smutkiem. Miała dwadzieścia jeden lat; czasami wyglądała jak mała dziewczynka, ale najczęściej zachowywała się jak dorosła kobieta. Masao, starszy o siedem lat od żony, żywił wobec niej opiekuńcze uczucia, niekiedy wydawało mu się, że mógłby być jej ojcem.
- Boję się, że nie urodzi się syn... A jeśli znów przyjdzie na świat dziewczynka? - Patrzyła na niego z rozpaczą, więc łagodnie wziął ją w ramiona.
- To będziemy mieli wiele córek. Hidemi-san, nie tego się obawiam. Chcę tylko, żebyś nie chorowała i nie cierpiała. Będę szczęśliwy, niezależnie od tego, czy urodzisz córkę, czy syna. Nie musisz znów mieć zaraz dziecka, jeżeli nie chcesz.
Czasami wydawało mu się, że Hidemi pospieszyła się z następną ciążą tylko po to, by uszczęśliwić go synem, uważała bowiem, że jest to największy dar, jaki może mu ofiarować.
Gdy matka przyszła po nią, Hidemi ociągała się, nie chciała odejść i rodzić sama. Lubiła przebywać z mężem. Wiedziała, że są inni niż większość japońskich małżeństw. Masao lubił z nią być, pomagać jej i razem spędzać wolne chwile. Nawet teraz, gdy już zaczęły się porodowe bóle, chciała, aby z nią został. Jednak Hidemi nigdy by tego nie powiedziała na głos. Nikt nie zrozumiałby jej uczuć ani ich wzajemnych stosunków. Masao był zawsze taki uprzejmy i odnosił się do niej z szacunkiem.
Leżąc długie godziny w pokoju matki, myślała o mężu. Bóle były coraz silniejsze i miała nadzieję, że dziecko urodzi się przed świtem. Pierwsze skurcze poczuła już po południu, ale nie mówiła o tym nikomu. Wolała pozostać z Masao i Hiroko, jak długo mogła. Ale teraz miała przed sobą ciężką pracę, więc leżała w milczeniu. Matka podała jej kijek do zagryzania, żeby nie krzyczała, ona zaś znosiła wszystko, by nie upokorzyć męża.
Godziny mijały i nic się nie zmieniało. Matka w końcu zajrzała pod kołdrę. Nie zobaczyła ani włosków, ani główki, ani żadnego ruchu. Hidemi trawił niekończący się ból, aż wreszcie rano straciła przytomność.
Masao, jakby przeczuwał, że dzieje się coś niedobrego, wielokrotnie podchodził do shoji i pytał o żonę. Teściowa za każdym razem uprzejmie się kłaniała i zapewniała go, że wszystko jest w porządku, ale tym razem, gdy wymęczony i zdenerwowany znów zapukał do drzwi pokoju, w niepewnym świetle świtu zauważył, że jest przestraszona.
Całą noc martwił się o żonę, chociaż nie bardzo wiedział, co go tak niepokoi. Wydawało mu się, że ten poród przebiega inaczej niż poprzedni. Za pierwszym razem obie kobiety krzątały się spokojnie przy Hidemi. Teraz była tu tylko jej matka i Masao widział, jak ogarnia ją coraz większy lęk.
- Jak ona się czuje? - spytał. - Czy dziecko nie może się urodzić? - A gdy teściowa zawahała się i tylko potrząsnęła głową, dodał: - Czy mogę ją zobaczyć?
Matka Hidemi chciała mu tego zabronić, ale był tak zdecydowany, że się nie ośmieliła. Jeszcze chwilę stała w drzwiach, a potem się odsunęła. Masao wbiegł do pokoju i przeraził się. Hidemi była nieprzytomna. Cicho jęczała, twarz miała zupełnie szarą, a kijek, który dała jej matka, zaciskała zębami tak mocno, że aż go przegryzła. Delikatnie wyjął go z ust żony, położył rękę na jej brzuchu i poczuł kolejny skurcz. Zasypał Hidemi pytaniami, ale go nie słyszała. Przyjrzał jej się uważniej i zobaczył, że prawie nie oddycha, a usta i paznokcie ma sine. Masao nie miał wykształcenia medycznego i nigdy przedtem nie asystował przy porodzie, był jednak pewien, że Hidemi umiera.
- Dlaczego mnie wcześniej nie zawołałaś? - zwrócił się ostro do teściowej, przerażony stanem Hidemi. Nie wiedział też, czy dziecko jeszcze żyje.
- Jest młoda, poradzi sobie - wyjaśniła teściowa, ale nie brzmiało to zbyt stanowczo.
Masao wybiegł z domu i popędził do sąsiadów, do telefonu. Hidemi nie chciała mieć w swoim domu telefonu, twierdząc, że nie jest jej do niczego potrzebny, a w razie nagłej konieczności zawsze można pójść do sąsiadów. Teraz Masao pobiegł do nich i zadzwonił do szpitala. Zamierzał ją tam zawieźć, nie zważając na dotychczasowe protesty. Ambulans miał przyjechać tak szybko, jak tylko możliwe. Masao, wracając do domu, zaczął sobie wyrzucać, że od razu nie zmusił Hidemi do porodu w szpitalu.
Czekając na karetkę, usiadł na podłodze przy posłaniu Hidemi, wziął ją w ramiona i kołysał jak dziecko. Czuł, jak z żony uchodzi życie. A mimo to straszne skurcze następowały jeden po drugim. Nawet teściowa wydawała się bezradna, bo żadne stare sposoby wiejskich akuszerek nie mogły już w niczym pomóc.
Gdy wreszcie przyjechała karetka, Hidemi leżała z zamkniętymi oczami, szara na twarzy, a jej oddech był ledwo słyszalny. Lekarz zdziwił się, że jeszcze żyje.
Szybko wnieśli ją na noszach do karetki. Masao poprosił teściową, by została z Hiroko, a potem, nie tracąc nawet czasu na ukłon, wskoczył do ambulansu. Lekarz cały czas badał Hidemi podczas jazdy, po czym podniósł wzrok na Masao i potrząsnął głową.
- Pana żona jest w wyjątkowo ciężkim stanie - oznajmił, potwierdzając najgorsze obawy Masao. - Nie wiem, czy zdołamy ją uratować. Straciła bardzo wiele krwi i jest w szoku. Sądzę, że dziecko ma nieprawidłową pozycję, a żona rodzi już od wielu godzin. Jest bardzo osłabiona.
Mimo że słowa lekarza nie były niespodzianką, zabrzmiały dla Masao jak wyrok śmierci.
- Musicie ją uratować - powiedział stanowczo. W tej chwili wyglądał jak samuraj i w niczym nie przypominał łagodnego mężczyzny, jakim zawsze był.
- Zrobimy wszystko, co w naszej mocy - obiecał lekarz, bo Masao, z potarganymi włosami i dzikim wzrokiem, wyglądał jak szaleniec.
- A co z dzieckiem? - Masao chciał dowiedzieć się wszystkiego. Jak strasznie głupio postąpili, zostając w domu. Zachował się jak ostatni ignorant. Pozwolił przekonać się do staroświeckich sposobów i teraz ma za swoje. W tej chwili zdał sobie sprawę, jak szkodliwe, a nawet śmiertelnie niebezpieczne, może być uleganie przesądom.
- Jego serce bije - odparł lekarz - ale bardzo słabo. Ma pan inne dzieci?
- Córkę - wyjaśnił z roztargnieniem Masao, nie odrywając wzroku od Hidemi.
- Przykro mi.
- Czy nie może pan zrobić czegoś już teraz? - spytał widząc, że oddech Hidemi zanika. Powoli odchodziła, a on nie potrafił jej zatrzymać. Ogarniała go wściekłość i rozpacz.
- Dopiero w szpitalu będziemy mogli się nią zająć - odpowiedział lekarz, dodając w myśli: "Jeżeli dożyje". A nawet jeżeli dojedzie żywa do szpitala, wątpił, by przetrzymała operację niezbędną dla uratowania jej i dziecka.
Mimo że ambulans pędził po ulicach z zawrotną prędkością, Masao czas dojazdu do szpitala wydawał się wiecznością. Natychmiast zabrano Hidemi, nadal nieprzytomną. Masao nie wiedział, czy jeszcze zobaczy ją żywą. Czekał w samotności niekończące się godziny i myślał o tych dwóch krótkich latach małżeństwa. Hidemi była dla niego taka dobra i potrafiła okazywać swą miłość na wiele sposobów. Nie mógł uwierzyć, że to już może być koniec, i sam siebie nienawidził, że to wszystko przez niego.
Minęły dwie długie godziny, zanim przyszła do niego pielęgniarka. Nisko się ukłoniła, a Masao miał ochotę ją udusić. Nie potrzebował uprzejmości, lecz informacji o stanie żony.
- Ma pan syna, Takashimaya-san - oznajmiła grzecznie. - Jest duży i zdrowy. Urodził się trochę siny, ale szybko doszedł do siebie.
- A żona? - spytał Masao, wstrzymując oddech i modląc się w duszy.
- Jej stan jest ciężki i nadal znajduje się na sali operacyjnej. Jednak lekarz chciał, by dowiedział się pan o synu.
- Czy żona przeżyje?
Pielęgniarka zawahała się, nie chcąc mu mówić, że to mało prawdopodobne.
- Lekarz niedługo przyjdzie porozmawiać z panem, Takashimayasan - odparła w końcu. Znów się ukłoniła i poszła, a Masao został sam. Stanął przy oknie i patrzył na dwór niewidzącym wzrokiem. Miał synka, ale całą radość niweczył lęk o żonę.
Czekanie na lekarza także wydawało mu się wiecznością. Było już południe, chociaż Masao nie zdawał sobie z tego sprawy. Dziecko urodziło się o dziewiątej, a ratowanie matki zajęło następne trzy godziny.
- Pańska żona straciła ogromną ilość krwi - wyjaśnił lekarz i z żalem dodał: - nie będzie mogła mieć więcej dzieci. Niewiele brakowało, by umarła.
Rekonwalescencja potrwa bardzo długo, ale z całą pewnością dzięki temu, że jest młoda, wyzdrowieje i będzie użyteczna.
- Dziękuję - powiedział gorąco Masao i nisko się ukłonił. W oczach wezbrały mu łzy, a gardło miał ściśnięte. - Bardzo dziękuję - szepnął do doktora, i do wszystkich bogów, do których się modlił. Bez Hidemi byłby zgubiony.
Zadzwonił do sąsiadów z prośbą o przekazanie wiadomości teściowej, a potem poszedł obejrzeć syna. Uradował się, widząc śliczne, tłuściutkie niemowlę. Hidemi już od dawna mówiła, że chce dać mu na imię Yuji. W ogóle nie wybierała imienia dla dziewczynki z obawy, że gdyby tak uczyniła, los mógłby jej zesłać następną córkę.
Wreszcie, pod wieczór, pozwolono mu zobaczyć się z Hidemi. Jeszcze nigdy nie widział kogoś tak bladego. Mimo że oszołomiona środkami przeciwbólowymi, poznała Masao i uśmiechnęła się do niego, gdy pochylał się, by ją pocałować. Niemal chciał, by się zarumieniła z zakłopotania, bo wtedy przekonałby się, że zostało w niej jeszcze trochę krwi, ale przynajmniej żyła, i żyło również ich dziecko.
- Masz syna - powiedziała triumfalnie.
- Wiem - uśmiechnął się. - Mam również żonę. - I to było dla niego o wiele ważniejsze. - Bardzo mnie wystraszyłaś, malutka. Koniec z przesądami. To zbyt niebezpieczne. - Z całą mocą zdał sobie sprawę, jak bardzo ją kocha.
- Następne urodzi się tutaj - zgodziła się potulnie, a on nie zaprzeczył. Było jeszcze za wcześnie na opowiadanie jej o wszystkim, co się zdarzyło. Nie traktował jako tragedii tego, że skończy się na dwojgu dzieciach. Mieli syna i córkę, Hidemi spełniła wobec niego swój obowiązek i mogła dalej żyć z godnością.
- Jestem szczęśliwy, mając ciebie, Hiroko i Yujiego. To mi wystarczy. - Z radością wymawiał imię synka.
- Do kogo jest podobny? - spytała cicho, trzymając mocno Masao za rękę, nieświadoma, jak była bliska śmierci. Ale on dobrze wiedział i nigdy nie zapomni tej straszliwej nocy i poranka.
- Wygląda jak malutki samuraj i jest podobny do mojego ojca - odparł Masao, wdzięczny losowi, że oszczędził jego żonę i syna.
- Będzie tak samo mądry i przystojny jak ty, Masao-san - wyszeptała Hidemi. Zapadała co chwila w sen, ale ciągle trzymała męża za rękę.
- A także słodki i uprzejmy jak jego matka - dodał Masao, uśmiechając się. Wiedział, że będzie kochał Hidemi aż do ostatniej chwili życia.
- Musisz nauczyć go angielskiego - powiedziała miękko. - I zabierzemy go do Kalifornii, żeby poznał swoją tamtejszą rodzinę - mimo że była oszołomiona lekarstwami, nie przestawała planować przyszłości syna.
- A może nawet pójdzie do college'u. - Masao włączył się w to planowanie. - Albo Hiroko będzie studiować... Wyślemy ją do Takeo na Uniwersytet Stanforda.
Ale tym razem Hidemi otworzyła oczy, by się sprzeciwić.
- To tylko dziewczynka, a teraz masz syna.
- Będzie nowoczesną kobietą - szepnął Masao i pochylił się nad żoną. Będzie mogła robić to samo co Yuji - dodał, marząc o przyszłości.
Hidemi roześmiała się. Jej mąż miał takiego bzika na punkcie nowoczesności, ale przecież bardzo go kochała.
- Dziękuję ci, Masao-san - powiedziała łamanym angielskim i zasnęła, cały czas trzymając męża za rękę.
- Nie ma za co, malutka, nie ma za co - odpowiedział po angielsku i zasiadł do czuwania nad nią.
Kiedy Masao Takashimaya skończył dwadzieścia jeden lat, rodzina zaczęła szukać dla niego żony. A ponieważ Masao pragnął kobiety wyjątkowej, marzył o żonie, która nie tylko by mu służyła i okazywała szacunek - w końcu wszystkie młode kobiety przedstawiane przez pośrednika były wychowane do roli posłusznej i znającej swoje miejsce małżonki - chciał także rozmawiać z nią, znaleźć towarzyszkę życia podzielającą jego ideały, toteż poszukiwania trwały pięć lat. Odrzucał wszystkie kandydatki już po pierwszym spotkaniu, żadna bowiem nie spełniała jego wymagań. W końcu przedstawiono mu Hidemi. Miała zaledwie dziewiętnaście lat i pochodziła z buraku, małej wioski w pobliżu Ayabe. Była śliczną, delikatną dziewczyną i odznaczała się wyjątkowo miłym usposobieniem. Jej twarz sprawiała wrażenie wyrzeźbionej w kości słoniowej najprzedniejszej jakości, a czarne oczy lśniły jak onyks. Przy pierwszym spotkaniu, prawie nie ośmieliła się otworzyć ust.
Z początku Masao sądził, że jest zbyt nieśmiała, zbyt wylękniona i że okaże się taka sama, jak inne dziewczyny, które mu przedstawiano. Skarżył się, że wszystkie są zbyt staroświeckie, a nie chciał żony, która szłaby za nim posłusznie jak pies i patrzyła na niego z przerażeniem. Jednak nieliczne, które spotykał na uniwersytecie, też go nie pociągały. W roku 1920, gdy zaczął tam wykładać, poznawał tylko żony czy córki innych profesorów albo cudzoziemki. I żadna nie wydawała mu się tak niewinna i słodka jak Hidemi. Masao pragnął znaleźć w żonie wszystko: zarówno szacunek dla dawnych tradycji, jak i ciekawość przyszłości. Nie spodziewał się po wybrance wykształcenia, ale chciał, by miała taki sam głód wiedzy jak on. I wreszcie, gdy skończył już dwadzieścia sześć lat, a od dwóch wykładał na uniwersytecie w Kioto, znalazł idealną kobietę. Była doskonała. Delikatna i nieśmiała, a jednak zafascynowana każdym jego słowem. Kilka razy, przez pośrednika, stawiała mu ciekawe pytania o pracę, rodzinę, a nawet o Kioto. Rzadko podnosiła na niego wzrok. Ale kiedyś przyłapał ją na tym, jak patrzy na niego nieśmiało, i wydała mu się nieopisanie urocza.
Teraz, pół roku po pierwszym spotkaniu, stała koło niego ze spuszczonymi oczami, ubrana w ciężkie białe kimono i obi ze złotego brokatu, które nosiła jeszcze jej babcia. Przy obi wisiał maleńki nóż, którym mogłaby sobie odebrać życie, gdyby Masao uznał, że jej nie chce. Na kunsztownie ułożonych włosach miała tsunokakushi okrywające głowę. Twarz pozostała odkryta i wydawała się jeszcze drobniejsza. Z tsunokakushi zwisały kanzashi, delikatne ozdoby należące dawniej do jej matki. Matka dała Hidemi również piękny, prawdziwie królewski jedwabny płaszcz, ozdobiony ciężkim haftem. Zaczęła pracować nad nim zaraz po narodzinach córki i co roku dodawała nowe motywy, modląc się, by ta wyrosła na piękną, dobrą i mądrą dziewczynę. Płaszcz był najcenniejszym darem, jaki matka mogła jej ofiarować, a jednocześnie stanowił symbol jej miłości, modlitw i nadziei na przyszłość.
Masao, ubrany w tradycyjne czarne kimono i płaszcz z rodzinnym herbem, dumnie stał obok narzeczonej. Oboje z nabożeństwem wypili po trzy łyki sake. Wcześniej tego dnia byli już tu, w świątyni Shinto, na prywatnej ceremonii, a teraz uczestniczyli w formalnej, publicznej uroczystości zaślubin, w obecności rodziny i przyjaciół, wśród których znaleźli się również koledzy Masao, profesorowie uniwersytetu w Kioto. Słuchali mistrza ceremonii, który opowiadał o rodzinach nowożeńców, ich historii i znaczeniu. Masao bardzo żałował, że w tak uroczystej chwili nie towarzyszy im Takeo, kuzyn i najbliższy, choć o pięć lat starszy, przyjaciel. Takeo rok temu wyjechał do Kalifornii i teraz wykładał na Uniwersytecie Stanforda. Czuł się tam doskonale, a Masao bardzo pragnął jechać za przyjacielem.
Ceremonia ślubna, prowadzona zgodnie z czcigodną tradycją Shinto, była bardzo uroczysta i długa, ale Hidemi ani razu nie spojrzała na narzeczonego. Dopiero gdy wszystko się skończyło, z wahaniem na niego popatrzyła i uśmiechnęła się, nisko kłaniając się mężowi. Masao również się skłonił, po czym matka i siostry wyprowadziły Hidemi, by zmieniła białe kimono na czerwone, odpowiednie na czas przyjęcia. W bogatych miejskich rodzinach panna młoda przebierała się w trakcie uroczystości ślubnych sześć albo nawet siedem razy, ale pochodzącej z buraku Hidemi dwa kimona wydawały się całkiem wystarczające.
Dzień okazał się wprost wymarzony na ślub. Była pełnia lata, pola Ayabe zieleniły się jak szmaragdy. Młoda para spędziła całe popołudnie, przyjmując życzenia oraz podarki od przyjaciół i rodziny; na uroczystość zjechali nawet najdalsi krewni. Kuzyn Hidemi z Fukuoka grał na koto, a para tancerzy wykonała powolny, elegancki taniec bugaku. Było też mnóstwo jedzenia. Podawano tradycyjne tempura, kulki ryżowe, kuri shioyaki, kurczęta, sashimi, czerwony ryż z nasu, nishoga i narazuki. Te przysmaki od wielu dni przygotowywały ciocie i matka Hidemi. Jej babcia, obaachan, doglądała wszystkiego, ciesząc się, że wnuczka tak dobrze wychodzi za mąż. Hidemi została wspaniale przygotowana do nowych obowiązków. Byłaby dobrą żoną dla każdego mężczyzny, ale rodzina radowała się związkiem z Masao, mimo jego reputacji człowieka zafascynowanego nowoczesnymi ideami. Ojca Hidemi bardzo bawiło, że Masao lubił rozmawiać o światowej polityce. Jednak zięć przestrzegał również dawnych tradycji. Pochodził z czcigodnej rodziny i był uczciwym młodym człowiekiem, więc wszyscy mieli pewność, że okaże się dobrym mężem.
Masao i Hidemi spędzili noc poślubną u jej rodziny, a następnego dnia wyjechali do Kioto. Hidemi ubrana była w piękne różowoczerwone kimono, które dostała od matki. Wyglądała uroczo, siedząc w nowiutkim fordzie T coupé z 1922 roku, pożyczonym przez Masao na tę okazję od amerykańskiego profesora uniwersytetu w Kioto.
Zamieszkali w małym domku Masao. Hidemi udowodniła, że wszystko, co w niej dostrzegł podczas pierwszego spotkania, jest prawdą. Utrzymywała dom w idealnej czystości i zachowywała stare rodzinne tradycje. Regularnie chodziła do pobliskiej świątyni, była uprzejma i gościnna dla kolegów męża, gdy zapraszał ich do domu na kolację, a do niego samego odnosiła się z głębokim szacunkiem. Czasami, gdy ogarniała ją wyjątkowa śmiałość, cichutko chichotała, zwłaszcza kiedy upierał się, że będzie do niej mówił po angielsku. Masao chciał, by nauczyła się obcego języka. Rozmawiał też z nią o wielu problemach politycznych: o Brytyjczykach w Palestynie, o Gandhim i Indiach, a nawet o Mussolinim. Na świecie działy się sprawy, o których, jego zdaniem, powinna wiedzieć, ale nalegania męża ją bawiły. Masao był bardzo dobry, zachowywał się uprzejmie i delikatnie, troszczył się o swoją żonę i często mówił, że spodziewa się, iż będą mieli gromadkę dzieci. Gdy rozprawiał o takich sprawach, czuła się bardzo zakłopotana, ale czasami ośmielała się na tyle, by mu szeptać, że chce mu dać wielu synów, bo to ogromny honor dla mężczyzny.
- Córki też są godne szacunku, Hidemi-san - odpowiadał Masao serdecznie, a ona patrzyła na niego w zdumieniu. Byłaby głęboko zawstydzona, gdyby dała mu tylko córki. Wiedziała, jak ważne jest dla mężczyzny posiadanie synów, szczególnie w społeczności rolnej, takiej jak Ayabe.
Była słodką kobietą i w ciągu kilku miesięcy nauczyli się wzajemnej miłości, a także stali się przyjaciółmi. Masao zawsze wzruszały niezliczone dowody troski ze strony Hidemi. Szykowała dla niego smakowite posiłki, witała go, gdy wracał do domu, prześlicznie układała kwiaty, zwłaszcza w tokonama, alkowie, gdzie przechowywali malowany zwój i swoje najcenniejsze ozdoby.
Wiedziała już, co Masao lubi, i dbała o to, by oszczędzać mu nawet najmniejszej przykrości. Stała się idealną żoną, w miarę upływu miesięcy był nią coraz bardziej oczarowany. Zachowywała się zawsze tak samo nieśmiało, ale widział, że czuje się z nim coraz lepiej, a także przyzwyczaja się do otoczenia, w którym żyli. By mu zrobić przyjemność, nauczyła się nawet kilku zdań po angielsku. Przy kolacji nadal odzywał się do niej tylko w tym języku, często mówił o swoim kuzynie Takeo, mieszkającym w Kalifornii. Takeo był zadowolony z pracy na uniwersytecie, a niedawno ożenił się z kibei, dziewczyną urodzoną w Stanach z rodziców Japończyków i wysłaną do Japonii dla uzupełnienia wykształcenia. Takeo napisał, że jego żona jest pielęgniarką, ma na imię Reiko, a jej rodzina pochodzi z Tokio. Masao chciał pojechać z Hidemi do Kalifornii i zobaczyć się z kuzynem, ale na razie mógł tylko o tym marzyć. Miał obowiązki na uniwersytecie, a poza tym, mimo całkiem przyzwoicie rozwijającej się kariery, zarabiał bardzo niewiele.
Hidemi spodziewała się dziecka, ale zgodnie z tradycją nie powiedziała o tym mężowi, natomiast gdy ciąża stała się widoczna, zaczęła mocno owijać brzuch. Masao zorientował się dopiero na wiosnę. Odkrył stan żony pewnej nocy, gdy się kochali, jak zwykle bardzo dyskretnie. Hidemi ciągle jeszcze była bardzo nieśmiała. Gdy spytał ją o to, nie mogła się zdobyć na odpowiedź. W ciemności zasłoniła rękami twarz i tylko skinęła głową.
- Naprawdę, malutka? - Łagodnie odwrócił ją do siebie i uśmiechnął się. Dlaczego mi nie powiedziałaś?
Ale Hidemi potrafiła tylko patrzeć na męża i modlić się, by go nie zhańbić, rodząc córkę.
- Ja... codziennie się modlę, Masao-san, żeby to był syn - szepnęła wreszcie, wzruszona jego delikatnością.
- Jeżeli urodzi się córka, też będę szczęśliwy - powiedział szczerze i położył się obok żony, marząc o przyszłości. Cieszył się na myśl o dzieciach, a zwłaszcza dzieciach z Hidemi. Była taka piękna i słodka, że nie mógł sobie wyobrazić nic cudowniejszego niż malutką dziewczynkę podobną do niej. Ale Hidemi jego słowa wydawały się obrazoburcze.
- Nie wolno ci tak mówić, Masao-san. Przerażała ją sama myśl o urodzeniu córki. - Musisz mieć syna.
Była tak niewzruszona w swoim przekonaniu, że aż go to rozbawiło. Wśród Japończyków stanowił wyjątek, nie miało bowiem dla niego żadnego znaczenia, czy urodzi mu się syn, czy córka. Obsesję na temat synów uważał za głupotę. Chciał mieć córkę, którą mógłby wykształcić zgodnie z nowymi ideami, wolną od ciężaru i okowów starych tradycji. Kochał słodką, staroświecką Hidemi, ale również podobało mu się, że wydawała się zainteresowana jego pasją dla nowoczesnych poglądów i wynalazków. Była to jedna z rzeczy, która go w żonie pociągała. Radośnie tolerowała wszystkie jego nowe fascynacje. Sama nie interesowała się zbytnio wynalazkami ani polityką, ale zawsze uważnie słuchała tego, co do niej mówił. Myśl, by uczyć tego wszystkiego dziecko, i to od najwcześniejszych lat, wprost go zachwycała.
- Hidemi-san, nasze dziecko będzie naprawdę nowoczesne.
Uśmiechnął się widząc, że żona czerwieni się jak piwonia i spuszcza wzrok. Czasami, gdy mówił do niej zbyt bezpośrednio, czuła się znów bardzo onieśmielona, lecz kochała go głębiej, niż potrafiłaby to wyrazić słowami. Fascynował ją, był o wiele bardziej inteligentny i mądry niż ktokolwiek, kogo znała. Nawet lubiła, gdy mówił do niej po angielsku, chociaż właściwie nic nie rozumiała. Była nim po prostu oczarowana.
- Kiedy dziecko się urodzi? - spytał, zdając sobie sprawę, że nie ma o tym najmniejszego pojęcia. Nowy Rok zaczął się niezwykle interesująco, szczególnie w Europie. Francja zajęła bowiem Zagłębie Ruhry w odwecie za niespłacone przez Niemcy reparacje wojenne. Jednak wieści ze świata wydawały się teraz mniej ważne niż wiadomość o spodziewanym przyjściu na świat ich pierwszego dziecka.
- Na początku lata - odpowiedziała cichutko. - Chyba w lipcu.
Dziecko urodzi się więc dokładnie rok po ślubie, a lato jest świetne dla niemowlęcia.
- Chcę, żebyś poszła do szpitala - stwierdził i od razu zobaczył wyraz uporu w jej oczach. W ciągu ośmiu miesięcy małżeństwa zdążył ją już dobrze poznać i wiedział, że chociaż jego nowoczesne poglądy wydają się jej zabawne i ciekawe, w pewnych kwestiach nie zamierza ustąpić, a w sprawach dotyczących rodziny z żelazną wolą będzie się upierała przy tradycji.
- Nie potrzebuję szpitala. Przyjedzie matka i siostra, by mi pomóc. Dziecko urodzi się w domu. W razie potrzeby możemy również wezwać kapłana.
- Maleńka, nie będziesz potrzebowała kapłana, lecz lekarza.
Hidemi nic nie odpowiedziała. Nie chciała urazić męża. Ale gdy nadszedł jej czas i Masao usilnie namawiał ją, aby poszła do szpitala, gorzko płakała. Jak zostało ustalone, matka i najstarsza siostra przyjechały pod koniec czerwca. Masao nie przeszkadzało to, że zamieszkały w jego domu, ale nadal chciał, by Hidemi zbadał lekarz, a poród odbył się w szpitalu w Kioto, mimo iż widział, jak żona boi się badań i szpitala. Na próżno usiłował przemówić Hidemi do rozsądku, a także przekonać jej matkę, że bezpieczniej będzie rodzić pod fachową opieką. Obie tylko się uśmiechały i traktowały go jak dziwaka. Matka Hidemi urodziła sześcioro dzieci, z których żyło czworo. Jedno przyszło na świat martwe, a inne zmarło w niemowlęctwie na dyfteryt. Wiedziała więc wszystko o porodach, tak samo jak siostra Hidemi, która już miała dwoje dzieci i wielokrotnie asystowała przy narodzinach.
W końcu Masao zrozumiał, że nie przekona żadnej z nich. Przyglądał się ze zdumieniem, jak Hidemi staje się coraz grubsza i męczy ją letni upał. Teściowa robiła wszystko zgodnie z tradycją, aby poród był lekki. Chodziły do świątyni, modliły się, przygotowywały odpowiednie potrawy, a popołudniami Hidemi długo spacerowała z siostrą. Jednak wieczorem, gdy Masao wracał do domu, żona miała dla niego jakieś smakołyki i zawsze asystowała mu, dogadzała i słuchała tego, co miał do powiedzenia na temat wydarzeń w świecie. Ale teraz Masao interesował się tylko tym, co dzieje się z jego żoną. Była taka młoda i delikatna, a on rozpaczliwie się o nią niepokoił.
Tak bardzo chciał mieć z nią dzieci, ale gdy ta chwila zbliżała się, ogarnął go lęk, że dziecko może zabić Hidemi. W końcu poszedł po radę do swojej matki, która stwierdziła, że kobiety są stworzone do rodzenia i Hidemi z całą pewnością nic się nie stanie, nawet jeżeli nie skorzystają z dobrodziejstw nowoczesnej medycyny. Dodała jeszcze, że na całym świecie większość kobiet rodzi w domu.
Mimo tych wszystkich zapewnień Masao był coraz bardziej niespokojny, aż wreszcie któregoś dnia pod koniec lipca, gdy wrócił po południu do domu, odniósł wrażenie, że nikogo nie zastał. Hidemi nie czekała na niego koło furtki, nie znalazł jej też przy ceglanym piecu w kuchni. Wszędzie panowała cisza. Masao pobiegł zapukać do pokoju, który zajmowała teściowa i szwagierka. Tam wreszcie znalazł żonę. Hidemi rodziła już od wielu godzin. Leżała na posłaniu i wiła się z bólu, ale nie wydawała najmniejszego nawet jęku, bo w zębach trzymała kijek. W pokoju było gorąco, w powietrzu rozchodził się zapach kadzidła. Gdy Masao zajrzał i zaraz się cofnął, bojąc się wejść dalej, siostra akurat ocierała jej czoło z potu.
Nisko się skłonił i odwrócił, nie chcąc żadnej z nich obrazić.
- Jak się czuje moja żona? - zapytał.
- Wszystko idzie dobrze - odparła teściowa i szybko podeszła do shoji, po czym zasunęła je. Od Hidemi Masao nie usłyszał ani słowa, najsłabszego nawet dźwięku. Jednak to, co zdążył zobaczyć, przeraziło go, bo wyglądała strasznie. Odszedł targany tysiącem obaw. Jak Hidemi przetrzyma ten ból? A jeżeli umrze? Może dziecko jest zbyt duże? Może ją zabije? A może Hidemi przeżyje, ale nigdy mu nie wybaczy? Może nie zechce się już nigdy do niego odezwać? Albo znienawidzi go za to, co jej zrobił? Sama myśl o tym napełniła go przerażeniem. Tak bardzo ją kochał, tak bardzo chciał znów zobaczyć jej słodką, cudownie wyrzeźbioną twarzyczkę, że niemal pragnął wejść z powrotem do pokoju i pomóc jej. Wiedział jednak, że wszystkie trzy wpadłyby w histerię na samą myśl o czymś tak niestosownym. Pokój narodzin nie jest miejscem dla mężczyzny. Na całym świecie rodzące kobiety nie chcą, aby oglądali je ich mężowie.
Powoli poszedł do ogrodu, usiadł na ławce i czekał na wiadomości. Zapomniał o jedzeniu, myślał tylko o żonie. Było już ciemno, gdy cicho podeszła do niego szwagierka i ukłoniła się, mówiąc:
- Przygotowałam sashimi i trochę ryżu.
Masao nie rozumiał, jak mogła zostawić Hidemi i zajmować się nim, podczas gdy dla niego nawet sama myśl o jedzeniu była odpychająca. Ukłonił się szwagierce.
- Dziękuję za uprzejmość - rzekł, a potem szybko spytał o Hidemi.
- Wszystko w porządku, Masao-san. Zanim nastanie świt, będziesz miał pięknego syna.
Do rana pozostawało jeszcze bardzo wiele godzin i Masao zamartwiał się na myśl, że Hidemi tak długo będzie musiała cierpieć.
- Ale jak ona się czuje? - nalegał.
- Bardzo dobrze. Cieszy się, że będzie mogła ci dać syna, którego pragniesz, Masao-san. To dla niej pora radości.
Jednak Masao wiedział, że to nie może być prawda. Wyobrażał sobie Hidemi znoszącą niewyobrażalny ból i czuł, jak ogarnia go szaleństwo.
- Lepiej idź się nią zająć i powiedz jej, proszę, że to, co teraz przeżywa, jest wielkim zaszczytem dla mnie.
Siostra Hidemi tylko się uśmiechnęła i odeszła, a Masao zaczął się nerwowo przechadzać po ogrodzie. Zapomniał zupełnie o kolacji, którą mu przyniosła. Nie potrafił teraz myśleć o jedzeniu. Chciał przekazać przez szwagierkę słowa miłości, ale oczywiście nie mógł tego zrobić.
Przesiedział samotnie w ogrodzie całą noc, myśląc o Hidemi, o roku, który razem przeżyli, o tym, ile dla niego znaczy i jak bardzo ją kocha. Wypił sporo sake, palił papierosy, ale w przeciwieństwie do innych mężczyzn w tym samym położeniu nie poszedł ani spotkać się z przyjaciółmi, ani nie położył się spać, zapominając o żonie, by spokojnie wysłuchać nowin dopiero rano. Siedział w ogrodzie, czasami przechadzał się, raz odważył się podejść pod drzwi pokoju, w którym cierpiała Hidemi, i wydawało mu się, że słyszy jej płacz. Nie mógł już tego znieść i gdy szwagierka jakiś czas potem wyszła na korytarz, spytał ją, czy nie należy wezwać lekarza.
- Oczywiście, że nie - warknęła, a potem ukłoniła się i znów zniknęła za shoji. Wydawała się zaniepokojona i bardzo zajęta.
Teściowa przyszła do niego dopiero nad ranem. Do tej pory zdążył już wypić całkiem sporo, wyglądał nieświeżo i był potargany. Paląc kolejnego papierosa, patrzył, jak słońce powoli wznosi się nad horyzontem. Wyraz twarzy teściowej przeraził go. Malowały się na niej żal i rozczarowanie. Masao poczuł się tak, jakby serce stanęło mu w piersi, a świat zastygł. Chciał spytać o żonę, ale widząc minę teściowej nie ośmielił się, po prostu czekał.
- Mam złe wiadomości, Masao-san.
Masao zamknął oczy, zbierając siły, żeby znieść ten koszmar. Stracił żonę i dziecko.
- Hidemi czuje się dobrze.
Otworzył oczy i przyglądał się teściowej w oszołomieniu, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście. Gardło mu się zacisnęło, po policzkach popłynęły łzy, które zawstydziłyby wielu mężczyzn.
- A dziecko? - Musiał o to zapytać. Hidemi żyje, więc nie wszystko jest stracone. Tak bardzo ją kochał.
- To dziewczynka. - Teściowa spuściła wzrok z żalu, że córka tak go zawiodła.
- Dziewczynka! - wykrzyknął w podnieceniu. - Zdrowa? Żyje?
- Oczywiście. Ale tak bardzo mi przykro... - Matka Hidemi zaczęła przepraszać, a Masao w najwyższym podnieceniu składał jej ukłony.
- A mnie wcale nie jest przykro. Jestem szczęśliwy. Proszę, powiedz Hidemi... - nie dokończył zdania i pobiegł do domu. Niebo zmieniało kolor z brzoskwiniowego na ognisty, jakby cały ogród stanął w płomieniach.
- Masao-san, gdzie idziesz? Nie możesz...
Ale nie miała prawa mu niczego zabronić. To jego dom, jego żona i jego dziecko. To on tu stanowi prawo. Masao w ogóle nie zastanawiał się, że wtargnięcie teraz do pokoju żony będzie czymś niewłaściwym. Wpadł do domu, zastukał delikatnie w shoji. Szwagierka natychmiast otworzyła, spojrzała na niego pytająco, ale Masao tylko się do niej uśmiechnął.
- Chciałbym zobaczyć żonę.
- Ona nie może... Ona jest... Ja... Oczywiście, Masao-san - powiedziała, nisko mu się kłaniając. Było to absolutnie niezgodne ze zwyczajami, jednak znała swoje miejsce i taktownie się usunęła. Poszła do kuchni przygotować mu herbatę.
- Hidemi? - spytał cicho, wchodząc do pokoju i wtedy ją zobaczył. Leżała spokojnie pod kocem i leciutko drżała. Była blada, włosy miała odgarnięte z twarzy i wyglądała nieprawdopodobnie pięknie. A w ramionach trzymała najdoskonalsze dziecko, jakie kiedykolwiek widział. Zawinięto je w kocyk, ale odsłonięta twarzyczka przypominała cudowną miniaturkę wyrzeźbioną z najpiękniejszej kości słoniowej. Córeczka była podobna do matki, a jeżeli to w ogóle możliwe, pomyślał, jeszcze piękniejsza. Przyglądał jej się w olśnieniu.
- Och... Jest taka piękna, Hidemi-san... doskonała... - A potem popatrzył na żonę i zobaczył, jak bardzo jest zmęczona. - Dobrze się czujesz? - Ciągle jeszcze się o nią martwił.
- Dobrze - zapewniła go. Nagle wydała mu się o wiele dojrzalsza. Tej nocy przekroczyła granicę, jaka dzieli dziewczynę od kobiety, a ta podróż była o wiele trudniejsza, niż się spodziewała.
- Powinnaś pozwolić, bym cię zawiózł do szpitala - powiedział niespokojnie, ale ona tylko się uśmiechnęła. Tu, w domu, czuła się szczęśliwa z matką i siostrą, i z mężem czekającym w ogrodzie.
- Przykro mi, że to tylko dziewczynka, Masao-san - wyszeptała zawstydzona, a jej oczy wypełniły się łzami. Matka miała rację. Zawiodła męża.
- A mnie wcale nie jest przykro. Mówiłem ci, że chcę mieć córkę.
- Jesteś niemądry - odparła, po raz pierwszy zdobywając się na brak szacunku.
- Ty także, jeżeli nie rozumiesz, że córka jest bardzo cenna... może nawet cenniejsza niż syn. Będziemy z niej dumni. Zobaczysz, Hidemisan. Dokona wielkich rzeczy, nauczy się mówić w wielu językach, pozna obce kraje. Sama wybierze, kim zostanie, pozna wszystko, co zechce.
Hidemi roześmiała się cicho. Masao czasami wydawał jej się taki niemądry, a poród okazał się o wiele trudniejszy, niż się spodziewała, ale tak bardzo go kochała. Wziął żonę za rękę, pochylił się i pocałował ją w czoło. A potem usiadł i przez długą chwilę przyglądał się z dumą córce. Wszystko, co powiedział Hidemi, było prawdą.
- Jest tak samo piękna jak ty... Jak jej damy na imię?
- Hiroko. - Hidemi uśmiechnęła się. To imię zawsze jej się podobało, a poza tym tak nazywała się jej zmarła siostra.
- Hiroko-san - powtórzył szczęśliwy. Patrzył to na żonę, to na córkę i obie obejmował swoją miłością. - Będzie prawdziwie nowoczesną kobietą.
Hidemi znów się roześmiała. Zaczynała już zapominać o bólu.
- Niedługo będzie miała brata - obiecała. Chciała popróbować jeszcze raz i tym razem zrobić to jak należy. Nieważne, co mówi Masao ani jak dziwne są jego myśli, ona wiedziała, że musi dać mu coś lepszego niż córka. Celem życia kobiety jest rodzenie mężowi synów. I któregoś dnia tak się stanie.
- Prześpij się teraz, malutka - powiedział miękko Masao, gdy szwagierka weszła z herbatą. Hidemi ciągle jeszcze miała dreszcze po tym, co przed chwilą przeszła.
Siostra Hidemi nalała im herbaty i znów zostawiła samych. Ale Masao kilka minut później też wyszedł z pokoju. Hidemi była bardzo zmęczona, a szwagierka musiała zająć się dzieckiem.
Poszedł do ogrodu, uśmiechając się do siebie, dumniejszy niż kiedykolwiek przedtem. Miał córkę, piękną dziewczyneczkę; gdy dorośnie, zostanie wyjątkowym człowiekiem. Będzie doskonale mówiła po angielsku, a może nawet po francusku i niemiecku. Będzie się dobrze orientowała w polityce światowej. Nauczy się wielu rzeczy. Spełni jego marzenia, stanie się w pełni nowoczesną kobietą. Patrząc, jak słońce wędruje po niebie, uśmiechnięty rozmyślał, jakim jest szczęśliwcem. Miał wszystko, czego chciał. Piękną żonę, cudowną córeczkę. Może któregoś dnia będzie miał również syna, ale na razie nie pragnął niczego więcej. I gdy wreszcie poszedł do siebie położyć się spać, leżał na futonie i uśmiechał się myśląc o tym wszystkim, o nich... o Hidemi... i o ich malutkiej córeczce Hiroko...