Rozdział 1
Kiedy Masao Takashimaya skończył dwadzieścia jeden lat, rodzina zaczęła szukać dla niego żony. A ponieważ Masao pragnął kobiety wyjątkowej, marzył o żonie, która nie tylko by mu służyła i okazywała szacunek - w końcu wszystkie młode kobiety przedstawiane przez pośrednika były wychowane do roli posłusznej i znającej swoje miejsce małżonki - chciał także rozmawiać z nią, znaleźć towarzyszkę życia podzielającą jego ideały, toteż poszukiwania trwały pięć lat. Odrzucał wszystkie kandydatki już po pierwszym spotkaniu, żadna bowiem nie spełniała jego wymagań. W końcu przedstawiono mu Hidemi. Miała zaledwie dziewiętnaście lat i pochodziła z buraku, małej wioski w pobliżu Ayabe. Była śliczną, delikatną dziewczyną i odznaczała się wyjątkowo miłym usposobieniem. Jej twarz sprawiała wrażenie wyrzeźbionej w kości słoniowej najprzedniejszej jakości, a czarne oczy lśniły jak onyks. Przy pierwszym spotkaniu, prawie nie ośmieliła się otworzyć ust.
Z początku Masao sądził, że jest zbyt nieśmiała, zbyt wylękniona i że okaże się taka sama, jak inne dziewczyny, które mu przedstawiano. Skarżył się, że wszystkie są zbyt staroświeckie, a nie chciał żony, która szłaby za nim posłusznie jak pies i patrzyła na niego z przerażeniem. Jednak nieliczne, które spotykał na uniwersytecie, też go nie pociągały. W roku 1920, gdy zaczął tam wykładać, poznawał tylko żony czy córki innych profesorów albo cudzoziemki. I żadna nie wydawała mu się tak niewinna i słodka jak Hidemi. Masao pragnął znaleźć w żonie wszystko: zarówno szacunek dla dawnych tradycji, jak i ciekawość przyszłości. Nie spodziewał się po wybrance wykształcenia, ale chciał, by miała taki sam głód wiedzy jak on. I wreszcie, gdy skończył już dwadzieścia sześć lat, a od dwóch wykładał na uniwersytecie w Kioto, znalazł idealną kobietę. Była doskonała. Delikatna i nieśmiała, a jednak zafascynowana każdym jego słowem. Kilka razy, przez pośrednika, stawiała mu ciekawe pytania o pracę, rodzinę, a nawet o Kioto. Rzadko podnosiła na niego wzrok. Ale kiedyś przyłapał ją na tym, jak patrzy na niego nieśmiało, i wydała mu się nieopisanie urocza.
Teraz, pół roku po pierwszym spotkaniu, stała koło niego ze spuszczonymi oczami, ubrana w ciężkie białe kimono i obi ze złotego brokatu, które nosiła jeszcze jej babcia. Przy obi wisiał maleńki nóż, którym mogłaby sobie odebrać życie, gdyby Masao uznał, że jej nie chce. Na kunsztownie ułożonych włosach miała tsunokakushi okrywające głowę. Twarz pozostała odkryta i wydawała się jeszcze drobniejsza. Z tsunokakushi zwisały kanzashi, delikatne ozdoby należące dawniej do jej matki. Matka dała Hidemi również piękny, prawdziwie królewski jedwabny płaszcz, ozdobiony ciężkim haftem. Zaczęła pracować nad nim zaraz po narodzinach córki i co roku dodawała nowe motywy, modląc się, by ta wyrosła na piękną, dobrą i mądrą dziewczynę. Płaszcz był najcenniejszym darem, jaki matka mogła jej ofiarować, a jednocześnie stanowił symbol jej miłości, modlitw i nadziei na przyszłość.
Masao, ubrany w tradycyjne czarne kimono i płaszcz z rodzinnym herbem, dumnie stał obok narzeczonej. Oboje z nabożeństwem wypili po trzy łyki sake. Wcześniej tego dnia byli już tu, w świątyni Shinto, na prywatnej ceremonii, a teraz uczestniczyli w formalnej, publicznej uroczystości zaślubin, w obecności rodziny i przyjaciół, wśród których znaleźli się również koledzy Masao, profesorowie uniwersytetu w Kioto. Słuchali mistrza ceremonii, który opowiadał o rodzinach nowożeńców, ich historii i znaczeniu. Masao bardzo żałował, że w tak uroczystej chwili nie towarzyszy im Takeo, kuzyn i najbliższy, choć o pięć lat starszy, przyjaciel. Takeo rok temu wyjechał do Kalifornii i teraz wykładał na Uniwersytecie Stanforda. Czuł się tam doskonale, a Masao bardzo pragnął jechać za przyjacielem.
Ceremonia ślubna, prowadzona zgodnie z czcigodną tradycją Shinto, była bardzo uroczysta i długa, ale Hidemi ani razu nie spojrzała na narzeczonego. Dopiero gdy wszystko się skończyło, z wahaniem na niego popatrzyła i uśmiechnęła się, nisko kłaniając się mężowi. Masao również się skłonił, po czym matka i siostry wyprowadziły Hidemi, by zmieniła białe kimono na czerwone, odpowiednie na czas przyjęcia. W bogatych miejskich rodzinach panna młoda przebierała się w trakcie uroczystości ślubnych sześć albo nawet siedem razy, ale pochodzącej z buraku Hidemi dwa kimona wydawały się całkiem wystarczające.
Dzień okazał się wprost wymarzony na ślub. Była pełnia lata, pola Ayabe zieleniły się jak szmaragdy. Młoda para spędziła całe popołudnie, przyjmując życzenia oraz podarki od przyjaciół i rodziny; na uroczystość zjechali nawet najdalsi krewni. Kuzyn Hidemi z Fukuoka grał na koto, a para tancerzy wykonała powolny, elegancki taniec bugaku. Było też mnóstwo jedzenia. Podawano tradycyjne tempura, kulki ryżowe, kuri shioyaki, kurczęta, sashimi, czerwony ryż z nasu, nishoga i narazuki. Te przysmaki od wielu dni przygotowywały ciocie i matka Hidemi. Jej babcia, obaachan, doglądała wszystkiego, ciesząc się, że wnuczka tak dobrze wychodzi za mąż. Hidemi została wspaniale przygotowana do nowych obowiązków. Byłaby dobrą żoną dla każdego mężczyzny, ale rodzina radowała się związkiem z Masao, mimo jego reputacji człowieka zafascynowanego nowoczesnymi ideami. Ojca Hidemi bardzo bawiło, że Masao lubił rozmawiać o światowej polityce. Jednak zięć przestrzegał również dawnych tradycji. Pochodził z czcigodnej rodziny i był uczciwym młodym człowiekiem, więc wszyscy mieli pewność, że okaże się dobrym mężem.
Masao i Hidemi spędzili noc poślubną u jej rodziny, a następnego dnia wyjechali do Kioto. Hidemi ubrana była w piękne różowoczerwone kimono, które dostała od matki. Wyglądała uroczo, siedząc w nowiutkim fordzie T coupé z 1922 roku, pożyczonym przez Masao na tę okazję od amerykańskiego profesora uniwersytetu w Kioto.
Zamieszkali w małym domku Masao. Hidemi udowodniła, że wszystko, co w niej dostrzegł podczas pierwszego spotkania, jest prawdą. Utrzymywała dom w idealnej czystości i zachowywała stare rodzinne tradycje. Regularnie chodziła do pobliskiej świątyni, była uprzejma i gościnna dla kolegów męża, gdy zapraszał ich do domu na kolację, a do niego samego odnosiła się z głębokim szacunkiem. Czasami, gdy ogarniała ją wyjątkowa śmiałość, cichutko chichotała, zwłaszcza kiedy upierał się, że będzie do niej mówił po angielsku. Masao chciał, by nauczyła się obcego języka. Rozmawiał też z nią o wielu problemach politycznych: o Brytyjczykach w Palestynie, o Gandhim i Indiach, a nawet o Mussolinim. Na świecie działy się sprawy, o których, jego zdaniem, powinna wiedzieć, ale nalegania męża ją bawiły. Masao był bardzo dobry, zachowywał się uprzejmie i delikatnie, troszczył się o swoją żonę i często mówił, że spodziewa się, iż będą mieli gromadkę dzieci. Gdy rozprawiał o takich sprawach, czuła się bardzo zakłopotana, ale czasami ośmielała się na tyle, by mu szeptać, że chce mu dać wielu synów, bo to ogromny honor dla mężczyzny.
- Córki też są godne szacunku, Hidemi-san - odpowiadał Masao serdecznie, a ona patrzyła na niego w zdumieniu. Byłaby głęboko zawstydzona, gdyby dała mu tylko córki. Wiedziała, jak ważne jest dla mężczyzny posiadanie synów, szczególnie w społeczności rolnej, takiej jak Ayabe.
Była słodką kobietą i w ciągu kilku miesięcy nauczyli się wzajemnej miłości, a także stali się przyjaciółmi. Masao zawsze wzruszały niezliczone dowody troski ze strony Hidemi. Szykowała dla niego smakowite posiłki, witała go, gdy wracał do domu, prześlicznie układała kwiaty, zwłaszcza w tokonama, alkowie, gdzie przechowywali malowany zwój i swoje najcenniejsze ozdoby.
Wiedziała już, co Masao lubi, i dbała o to, by oszczędzać mu nawet najmniejszej przykrości. Stała się idealną żoną, w miarę upływu miesięcy był nią coraz bardziej oczarowany. Zachowywała się zawsze tak samo nieśmiało, ale widział, że czuje się z nim coraz lepiej, a także przyzwyczaja się do otoczenia, w którym żyli. By mu zrobić przyjemność, nauczyła się nawet kilku zdań po angielsku. Przy kolacji nadal odzywał się do niej tylko w tym języku, często mówił o swoim kuzynie Takeo, mieszkającym w Kalifornii. Takeo był zadowolony z pracy na uniwersytecie, a niedawno ożenił się z kibei, dziewczyną urodzoną w Stanach z rodziców Japończyków i wysłaną do Japonii dla uzupełnienia wykształcenia. Takeo napisał, że jego żona jest pielęgniarką, ma na imię Reiko, a jej rodzina pochodzi z Tokio. Masao chciał pojechać z Hidemi do Kalifornii i zobaczyć się z kuzynem, ale na razie mógł tylko o tym marzyć. Miał obowiązki na uniwersytecie, a poza tym, mimo całkiem przyzwoicie rozwijającej się kariery, zarabiał bardzo niewiele.
Hidemi spodziewała się dziecka, ale zgodnie z tradycją nie powiedziała o tym mężowi, natomiast gdy ciąża stała się widoczna, zaczęła mocno owijać brzuch. Masao zorientował się dopiero na wiosnę. Odkrył stan żony pewnej nocy, gdy się kochali, jak zwykle bardzo dyskretnie. Hidemi ciągle jeszcze była bardzo nieśmiała. Gdy spytał ją o to, nie mogła się zdobyć na odpowiedź. W ciemności zasłoniła rękami twarz i tylko skinęła głową.
- Naprawdę, malutka? - Łagodnie odwrócił ją do siebie i uśmiechnął się. Dlaczego mi nie powiedziałaś?
Ale Hidemi potrafiła tylko patrzeć na męża i modlić się, by go nie zhańbić, rodząc córkę.
- Ja... codziennie się modlę, Masao-san, żeby to był syn - szepnęła wreszcie, wzruszona jego delikatnością.
- Jeżeli urodzi się córka, też będę szczęśliwy - powiedział szczerze i położył się obok żony, marząc o przyszłości. Cieszył się na myśl o dzieciach, a zwłaszcza dzieciach z Hidemi. Była taka piękna i słodka, że nie mógł sobie wyobrazić nic cudowniejszego niż malutką dziewczynkę podobną do niej. Ale Hidemi jego słowa wydawały się obrazoburcze.
- Nie wolno ci tak mówić, Masao-san. Przerażała ją sama myśl o urodzeniu córki. - Musisz mieć syna.
Była tak niewzruszona w swoim przekonaniu, że aż go to rozbawiło. Wśród Japończyków stanowił wyjątek, nie miało bowiem dla niego żadnego znaczenia, czy urodzi mu się syn, czy córka. Obsesję na temat synów uważał za głupotę. Chciał mieć córkę, którą mógłby wykształcić zgodnie z nowymi ideami, wolną od ciężaru i okowów starych tradycji. Kochał słodką, staroświecką Hidemi, ale również podobało mu się, że wydawała się zainteresowana jego pasją dla nowoczesnych poglądów i wynalazków. Była to jedna z rzeczy, która go w żonie pociągała. Radośnie tolerowała wszystkie jego nowe fascynacje. Sama nie interesowała się zbytnio wynalazkami ani polityką, ale zawsze uważnie słuchała tego, co do niej mówił. Myśl, by uczyć tego wszystkiego dziecko, i to od najwcześniejszych lat, wprost go zachwycała.
- Hidemi-san, nasze dziecko będzie naprawdę nowoczesne.
Uśmiechnął się widząc, że żona czerwieni się jak piwonia i spuszcza wzrok. Czasami, gdy mówił do niej zbyt bezpośrednio, czuła się znów bardzo onieśmielona, lecz kochała go głębiej, niż potrafiłaby to wyrazić słowami. Fascynował ją, był o wiele bardziej inteligentny i mądry niż ktokolwiek, kogo znała. Nawet lubiła, gdy mówił do niej po angielsku, chociaż właściwie nic nie rozumiała. Była nim po prostu oczarowana.
- Kiedy dziecko się urodzi? - spytał, zdając sobie sprawę, że nie ma o tym najmniejszego pojęcia. Nowy Rok zaczął się niezwykle interesująco, szczególnie w Europie. Francja zajęła bowiem Zagłębie Ruhry w odwecie za niespłacone przez Niemcy reparacje wojenne. Jednak wieści ze świata wydawały się teraz mniej ważne niż wiadomość o spodziewanym przyjściu na świat ich pierwszego dziecka.
- Na początku lata - odpowiedziała cichutko. - Chyba w lipcu.
Dziecko urodzi się więc dokładnie rok po ślubie, a lato jest świetne dla niemowlęcia.
- Chcę, żebyś poszła do szpitala - stwierdził i od razu zobaczył wyraz uporu w jej oczach. W ciągu ośmiu miesięcy małżeństwa zdążył ją już dobrze poznać i wiedział, że chociaż jego nowoczesne poglądy wydają się jej zabawne i ciekawe, w pewnych kwestiach nie zamierza ustąpić, a w sprawach dotyczących rodziny z żelazną wolą będzie się upierała przy tradycji.
- Nie potrzebuję szpitala. Przyjedzie matka i siostra, by mi pomóc. Dziecko urodzi się w domu. W razie potrzeby możemy również wezwać kapłana.
- Maleńka, nie będziesz potrzebowała kapłana, lecz lekarza.
Hidemi nic nie odpowiedziała. Nie chciała urazić męża. Ale gdy nadszedł jej czas i Masao usilnie namawiał ją, aby poszła do szpitala, gorzko płakała. Jak zostało ustalone, matka i najstarsza siostra przyjechały pod koniec czerwca. Masao nie przeszkadzało to, że zamieszkały w jego domu, ale nadal chciał, by Hidemi zbadał lekarz, a poród odbył się w szpitalu w Kioto, mimo iż widział, jak żona boi się badań i szpitala. Na próżno usiłował przemówić Hidemi do rozsądku, a także przekonać jej matkę, że bezpieczniej będzie rodzić pod fachową opieką. Obie tylko się uśmiechały i traktowały go jak dziwaka. Matka Hidemi urodziła sześcioro dzieci, z których żyło czworo. Jedno przyszło na świat martwe, a inne zmarło w niemowlęctwie na dyfteryt. Wiedziała więc wszystko o porodach, tak samo jak siostra Hidemi, która już miała dwoje dzieci i wielokrotnie asystowała przy narodzinach.
W końcu Masao zrozumiał, że nie przekona żadnej z nich. Przyglądał się ze zdumieniem, jak Hidemi staje się coraz grubsza i męczy ją letni upał. Teściowa robiła wszystko zgodnie z tradycją, aby poród był lekki. Chodziły do świątyni, modliły się, przygotowywały odpowiednie potrawy, a popołudniami Hidemi długo spacerowała z siostrą. Jednak wieczorem, gdy Masao wracał do domu, żona miała dla niego jakieś smakołyki i zawsze asystowała mu, dogadzała i słuchała tego, co miał do powiedzenia na temat wydarzeń w świecie. Ale teraz Masao interesował się tylko tym, co dzieje się z jego żoną. Była taka młoda i delikatna, a on rozpaczliwie się o nią niepokoił.
Tak bardzo chciał mieć z nią dzieci, ale gdy ta chwila zbliżała się, ogarnął go lęk, że dziecko może zabić Hidemi. W końcu poszedł po radę do swojej matki, która stwierdziła, że kobiety są stworzone do rodzenia i Hidemi z całą pewnością nic się nie stanie, nawet jeżeli nie skorzystają z dobrodziejstw nowoczesnej medycyny. Dodała jeszcze, że na całym świecie większość kobiet rodzi w domu.
Mimo tych wszystkich zapewnień Masao był coraz bardziej niespokojny, aż wreszcie któregoś dnia pod koniec lipca, gdy wrócił po południu do domu, odniósł wrażenie, że nikogo nie zastał. Hidemi nie czekała na niego koło furtki, nie znalazł jej też przy ceglanym piecu w kuchni. Wszędzie panowała cisza. Masao pobiegł zapukać do pokoju, który zajmowała teściowa i szwagierka. Tam wreszcie znalazł żonę. Hidemi rodziła już od wielu godzin. Leżała na posłaniu i wiła się z bólu, ale nie wydawała najmniejszego nawet jęku, bo w zębach trzymała kijek. W pokoju było gorąco, w powietrzu rozchodził się zapach kadzidła. Gdy Masao zajrzał i zaraz się cofnął, bojąc się wejść dalej, siostra akurat ocierała jej czoło z potu.
Nisko się skłonił i odwrócił, nie chcąc żadnej z nich obrazić.
- Jak się czuje moja żona? - zapytał.
- Wszystko idzie dobrze - odparła teściowa i szybko podeszła do shoji, po czym zasunęła je. Od Hidemi Masao nie usłyszał ani słowa, najsłabszego nawet dźwięku. Jednak to, co zdążył zobaczyć, przeraziło go, bo wyglądała strasznie. Odszedł targany tysiącem obaw. Jak Hidemi przetrzyma ten ból? A jeżeli umrze? Może dziecko jest zbyt duże? Może ją zabije? A może Hidemi przeżyje, ale nigdy mu nie wybaczy? Może nie zechce się już nigdy do niego odezwać? Albo znienawidzi go za to, co jej zrobił? Sama myśl o tym napełniła go przerażeniem. Tak bardzo ją kochał, tak bardzo chciał znów zobaczyć jej słodką, cudownie wyrzeźbioną twarzyczkę, że niemal pragnął wejść z powrotem do pokoju i pomóc jej. Wiedział jednak, że wszystkie trzy wpadłyby w histerię na samą myśl o czymś tak niestosownym. Pokój narodzin nie jest miejscem dla mężczyzny. Na całym świecie rodzące kobiety nie chcą, aby oglądali je ich mężowie.
Powoli poszedł do ogrodu, usiadł na ławce i czekał na wiadomości. Zapomniał o jedzeniu, myślał tylko o żonie. Było już ciemno, gdy cicho podeszła do niego szwagierka i ukłoniła się, mówiąc:
- Przygotowałam sashimi i trochę ryżu.
Masao nie rozumiał, jak mogła zostawić Hidemi i zajmować się nim, podczas gdy dla niego nawet sama myśl o jedzeniu była odpychająca. Ukłonił się szwagierce.
- Dziękuję za uprzejmość - rzekł, a potem szybko spytał o Hidemi.
- Wszystko w porządku, Masao-san. Zanim nastanie świt, będziesz miał pięknego syna.
Do rana pozostawało jeszcze bardzo wiele godzin i Masao zamartwiał się na myśl, że Hidemi tak długo będzie musiała cierpieć.
- Ale jak ona się czuje? - nalegał.
- Bardzo dobrze. Cieszy się, że będzie mogła ci dać syna, którego pragniesz, Masao-san. To dla niej pora radości.
Jednak Masao wiedział, że to nie może być prawda. Wyobrażał sobie Hidemi znoszącą niewyobrażalny ból i czuł, jak ogarnia go szaleństwo.
- Lepiej idź się nią zająć i powiedz jej, proszę, że to, co teraz przeżywa, jest wielkim zaszczytem dla mnie.
Siostra Hidemi tylko się uśmiechnęła i odeszła, a Masao zaczął się nerwowo przechadzać po ogrodzie. Zapomniał zupełnie o kolacji, którą mu przyniosła. Nie potrafił teraz myśleć o jedzeniu. Chciał przekazać przez szwagierkę słowa miłości, ale oczywiście nie mógł tego zrobić.
Przesiedział samotnie w ogrodzie całą noc, myśląc o Hidemi, o roku, który razem przeżyli, o tym, ile dla niego znaczy i jak bardzo ją kocha. Wypił sporo sake, palił papierosy, ale w przeciwieństwie do innych mężczyzn w tym samym położeniu nie poszedł ani spotkać się z przyjaciółmi, ani nie położył się spać, zapominając o żonie, by spokojnie wysłuchać nowin dopiero rano. Siedział w ogrodzie, czasami przechadzał się, raz odważył się podejść pod drzwi pokoju, w którym cierpiała Hidemi, i wydawało mu się, że słyszy jej płacz. Nie mógł już tego znieść i gdy szwagierka jakiś czas potem wyszła na korytarz, spytał ją, czy nie należy wezwać lekarza.
- Oczywiście, że nie - warknęła, a potem ukłoniła się i znów zniknęła za shoji. Wydawała się zaniepokojona i bardzo zajęta.
Teściowa przyszła do niego dopiero nad ranem. Do tej pory zdążył już wypić całkiem sporo, wyglądał nieświeżo i był potargany. Paląc kolejnego papierosa, patrzył, jak słońce powoli wznosi się nad horyzontem. Wyraz twarzy teściowej przeraził go. Malowały się na niej żal i rozczarowanie. Masao poczuł się tak, jakby serce stanęło mu w piersi, a świat zastygł. Chciał spytać o żonę, ale widząc minę teściowej nie ośmielił się, po prostu czekał.
- Mam złe wiadomości, Masao-san.
Masao zamknął oczy, zbierając siły, żeby znieść ten koszmar. Stracił żonę i dziecko.
- Hidemi czuje się dobrze.
Otworzył oczy i przyglądał się teściowej w oszołomieniu, nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście. Gardło mu się zacisnęło, po policzkach popłynęły łzy, które zawstydziłyby wielu mężczyzn.
- A dziecko? - Musiał o to zapytać. Hidemi żyje, więc nie wszystko jest stracone. Tak bardzo ją kochał.
- To dziewczynka. - Teściowa spuściła wzrok z żalu, że córka tak go zawiodła.
- Dziewczynka! - wykrzyknął w podnieceniu. - Zdrowa? Żyje?
- Oczywiście. Ale tak bardzo mi przykro... - Matka Hidemi zaczęła przepraszać, a Masao w najwyższym podnieceniu składał jej ukłony.
- A mnie wcale nie jest przykro. Jestem szczęśliwy. Proszę, powiedz Hidemi... - nie dokończył zdania i pobiegł do domu. Niebo zmieniało kolor z brzoskwiniowego na ognisty, jakby cały ogród stanął w płomieniach.
- Masao-san, gdzie idziesz? Nie możesz...
Ale nie miała prawa mu niczego zabronić. To jego dom, jego żona i jego dziecko. To on tu stanowi prawo. Masao w ogóle nie zastanawiał się, że wtargnięcie teraz do pokoju żony będzie czymś niewłaściwym. Wpadł do domu, zastukał delikatnie w shoji. Szwagierka natychmiast otworzyła, spojrzała na niego pytająco, ale Masao tylko się do niej uśmiechnął.
- Chciałbym zobaczyć żonę.
- Ona nie może... Ona jest... Ja... Oczywiście, Masao-san - powiedziała, nisko mu się kłaniając. Było to absolutnie niezgodne ze zwyczajami, jednak znała swoje miejsce i taktownie się usunęła. Poszła do kuchni przygotować mu herbatę.
- Hidemi? - spytał cicho, wchodząc do pokoju i wtedy ją zobaczył. Leżała spokojnie pod kocem i leciutko drżała. Była blada, włosy miała odgarnięte z twarzy i wyglądała nieprawdopodobnie pięknie. A w ramionach trzymała najdoskonalsze dziecko, jakie kiedykolwiek widział. Zawinięto je w kocyk, ale odsłonięta twarzyczka przypominała cudowną miniaturkę wyrzeźbioną z najpiękniejszej kości słoniowej. Córeczka była podobna do matki, a jeżeli to w ogóle możliwe, pomyślał, jeszcze piękniejsza. Przyglądał jej się w olśnieniu.
- Och... Jest taka piękna, Hidemi-san... doskonała... - A potem popatrzył na żonę i zobaczył, jak bardzo jest zmęczona. - Dobrze się czujesz? - Ciągle jeszcze się o nią martwił.
- Dobrze - zapewniła go. Nagle wydała mu się o wiele dojrzalsza. Tej nocy przekroczyła granicę, jaka dzieli dziewczynę od kobiety, a ta podróż była o wiele trudniejsza, niż się spodziewała.
- Powinnaś pozwolić, bym cię zawiózł do szpitala - powiedział niespokojnie, ale ona tylko się uśmiechnęła. Tu, w domu, czuła się szczęśliwa z matką i siostrą, i z mężem czekającym w ogrodzie.
- Przykro mi, że to tylko dziewczynka, Masao-san - wyszeptała zawstydzona, a jej oczy wypełniły się łzami. Matka miała rację. Zawiodła męża.
- A mnie wcale nie jest przykro. Mówiłem ci, że chcę mieć córkę.
- Jesteś niemądry - odparła, po raz pierwszy zdobywając się na brak szacunku.
- Ty także, jeżeli nie rozumiesz, że córka jest bardzo cenna... może nawet cenniejsza niż syn. Będziemy z niej dumni. Zobaczysz, Hidemisan. Dokona wielkich rzeczy, nauczy się mówić w wielu językach, pozna obce kraje. Sama wybierze, kim zostanie, pozna wszystko, co zechce.
Hidemi roześmiała się cicho. Masao czasami wydawał jej się taki niemądry, a poród okazał się o wiele trudniejszy, niż się spodziewała, ale tak bardzo go kochała. Wziął żonę za rękę, pochylił się i pocałował ją w czoło. A potem usiadł i przez długą chwilę przyglądał się z dumą córce. Wszystko, co powiedział Hidemi, było prawdą.
- Jest tak samo piękna jak ty... Jak jej damy na imię?
- Hiroko. - Hidemi uśmiechnęła się. To imię zawsze jej się podobało, a poza tym tak nazywała się jej zmarła siostra.
- Hiroko-san - powtórzył szczęśliwy. Patrzył to na żonę, to na córkę i obie obejmował swoją miłością. - Będzie prawdziwie nowoczesną kobietą.
Hidemi znów się roześmiała. Zaczynała już zapominać o bólu.
- Niedługo będzie miała brata - obiecała. Chciała popróbować jeszcze raz i tym razem zrobić to jak należy. Nieważne, co mówi Masao ani jak dziwne są jego myśli, ona wiedziała, że musi dać mu coś lepszego niż córka. Celem życia kobiety jest rodzenie mężowi synów. I któregoś dnia tak się stanie.
- Prześpij się teraz, malutka - powiedział miękko Masao, gdy szwagierka weszła z herbatą. Hidemi ciągle jeszcze miała dreszcze po tym, co przed chwilą przeszła.
Siostra Hidemi nalała im herbaty i znów zostawiła samych. Ale Masao kilka minut później też wyszedł z pokoju. Hidemi była bardzo zmęczona, a szwagierka musiała zająć się dzieckiem.
Poszedł do ogrodu, uśmiechając się do siebie, dumniejszy niż kiedykolwiek przedtem. Miał córkę, piękną dziewczyneczkę; gdy dorośnie, zostanie wyjątkowym człowiekiem. Będzie doskonale mówiła po angielsku, a może nawet po francusku i niemiecku. Będzie się dobrze orientowała w polityce światowej. Nauczy się wielu rzeczy. Spełni jego marzenia, stanie się w pełni nowoczesną kobietą. Patrząc, jak słońce wędruje po niebie, uśmiechnięty rozmyślał, jakim jest szczęśliwcem. Miał wszystko, czego chciał. Piękną żonę, cudowną córeczkę. Może któregoś dnia będzie miał również syna, ale na razie nie pragnął niczego więcej. I gdy wreszcie poszedł do siebie położyć się spać, leżał na futonie i uśmiechał się myśląc o tym wszystkim, o nich... o Hidemi... i o ich malutkiej córeczce Hiroko...