ROZDZIAŁ 2
Chris walczył z sennością, półleżąc na plastikowym krzesełku, gdy ktoś grzecznie zapukał do drzwi. Puk, puk. Przerwa. I znowu puk, puk. To musiał być Mikey. Chris kazał mu zostać w domu, ale syn odmówił. Zapukał ponownie i delikatnie otworzył drzwi. Był w połowie Hiszpanem, ale cholernie brytyjskim. "Moja mama umiera, ale bez obaw, nie zapomnę o dobrym wychowaniu".
Chris nie otworzył oczu. Udawał, że śpi.
Na lśniącym linoleum skrzypnęły podeszwy butów. Potem Mikey jęknął.
- Mamo?
Pierwszy znajomy głos, jaki Chris usłyszał, odkąd się to wszystko zaczęło. No, z wyjątkiem własnego. Aż dziwne, jak naturalnie przyszło mu mówienie do nieprzytomnej Marii. Ale klął w duchu, gdy odruchowo kończył zdanie pytaniem, prośbą o potwierdzenie. "Prawda? No nie? Pamiętasz?". Cisza, która po nich zapadała, nie miała sobie równych.
Zawstydził się, gdy jakiś doktor zaskoczył go podczas opowiadania o pogodzie na północy i o tym, jak mało brakowało, żeby rozbił samochód, bo była gołoledź. Ale lekarz miał gdzieś jego gadanie. Zerknął na kartę pacjenta na łóżku Marii i pisząc coś czerwonym długopisem, zapewnił Chrisa, że takie monologi są dobre dla "ludzi w sytuacji pańskiej żony" i że to "zupełnie normalne w tych okolicznościach".
Chris wyobrażał sobie ludzi takich jak on w pokojach podobnych do pokoju Marii. Zapewne ściskali dłonie umierających i zmarłych, mówiąc rzeczy, których nigdy nie ośmieliliby się powiedzieć, gdyby istniała choćby najmniejsza szansa, że ukochana osoba ich usłyszy. Żałosne. Ciekawe, czy oni także wyobrażają sobie odpowiedzi? Bo jemu głos Marii ciągle brzmiał w uszach.
"Wiesz, jaki masz problem, Chris?".
"No, powiedz".
"Filtrujesz swoje uczucia".
"Czyli?".
"Czyli czujesz coś, ale zamiast to wyrazić, najpierw to oceniasz, zastanawiasz się, czy tak wypada. I martwisz się, co ludzie powiedzą. Przecież to bzdura. Nie przestanę cię kochać, bo jesteś szczery".
"Tego nie wiesz".
"Przekonaj się".
Dlatego przez parę ostatnich godzin starał się oczyścić swój filtr tak zalepiony osadem niewypowiedzianego, że prawie niczego już nie przepuszczał, a zwłaszcza strachu, który przygniatał najbardziej; strachu, że nie zdołał ochronić swojej rodziny. Znowu. Dlatego siedział teraz przy kolejnym szpitalnym łóżku, w obliczu kolejnej straty.
I nagle wrócił myślami do Tamtego Dnia przed piętnastu laty, wyrazistego jak zawsze. Przypomniał sobie, jak szybko krew ostygła i zaschła na jego palcach, jak się kąpał, trąc włosy, żeby usunąć ślady po tym... po niej. Krew była już czarna i zaskorupiała, ale gorąca woda przywróciła ją do życia, zmieniła twarde grudki w lśniące kropelki rdzy spływające i mieszające się z wodą. Przypomniał sobie, jak wycisnął z gąbki czerwień, która zabarwiła wirującą w odpływie wodę. Krążek osadu na białej ceramice został jeszcze długo po tym, jak wszystko spłynęło.
Te obrazy nigdy go nie opuszczą.
- Tato, śpisz?
Mikey delikatnie dotknął jego ramienia. Chris otworzył oczy i zamrugał dla lepszego efektu.
- Dzięki, że przyszedłeś - powiedział.
- I tak nie mogłem spać - odparł Mikey. - Radzisz sobie?
- Nie bardzo - mruknął Chris, myśląc o tym, ile razy sam zadawał to pytanie komuś, kto ewidentnie rozpadał się na kawałki. Uprzejmość nakazywała spytać. Tylko że tutaj, w tej sali, nie było miejsca na dobre maniery. Ludzie często go pytali, czy im dłużej się pisze o cierpieniu, tym łatwiej się je znosi, a potem szybko sami sobie odpowiadali, nie dopuszczając go do głosu. "Pewnie można przywyknąć", mówili, a on przytakiwał, bo nikt nie chciał wiedzieć, że jemu nigdy się to nie udało.
Łóżko się zakołysało, gdy Mikey pochylił się i pocałował matkę w policzek, a potem ujął jej rękę. Poruszał się niezdarnie, a jego gest wydawał się wymuszony i jakby niestosowny. Chris dźwignął się z krzesła i stanął naprzeciwko syna po drugiej stronie łóżka. Mikey był zarośnięty i chyba skacowany.
- Co się stało?
- Policjanci twierdzą, że upadła - wyjaśnił Chris. - Rozbiła głowę na kamiennych schodach.
- Gdzie?
- Fleshmarket Close.
- Jezu - Mikey skrzywił się boleśnie. - Stromo tam jest.
- No tak. Ale wiesz równie dobrze jak ja, że twoja mama schodów nigdy się nie bała. Zawsze twierdziła, że im więcej, tym lepiej. Właśnie dlatego zadaje sobie tyle trudu i biega po Starym Mieście. Mogłaby to robić bliżej domu, ale tam jest dla niej za płasko.
Chris wyobraził ją sobie w domu i na wakacjach, szukającą tras ze schodami i schodkami, od czasu do czasu pokrzykującą, gdy musiała odskoczyć w bok, żeby nie wdepnąć w psią kupę, kałużę czy porzucone pudełko po kebabie. Była prawdziwą profesjonalistką, szlag by to trafił.
- Biegała?
- Na dziesięć kilometrów, znowu.
- Kto ją znalazł?
- Nie wiem.
- I mówią, że się potknęła?
- Aha - powiedział Chris. - Sprawdzają nagrania z monitoringu, ale wczoraj policjant powiedział, że to formalność. Uważają, że to był po prostu wypadek. Nie widzą powodu, żeby wszcząć dochodzenie.
- Znaczy... zaraz... uważasz, że powinni?
- Nie mam pewności, Mikey. Ale znam twoją mamę i wiem, że nie upadłaby tak po prostu.
- No tak - Mikey westchnął i oparł głowę na rękach, wpatrując się w podłogę. Chris przyglądał się, jak plecy jego syna unoszą się i opadają. Oddech Mikeya, szybki, płytki, drżący, w niczym nie przypominał perfekcyjnie symetrycznych, wymuszonych przez maszynę wdechów i wydechów Marii. Można by było zagrać jakiś utwór do tego mechanicznego akompaniamentu i nie wypaść z tempa. Chris nie mógł tego znieść, szukał pytania, które mógłby zadać, by zagłuszyć dźwięk aparatu oraz to, co oznaczała jego obecność.
- Powiedziałeś Rachel?
Mikey przytaknął i zaczął skubać zębami paznokieć serdecznego palca.
- Przyjedzie do szpitala?
Chris miał nadzieję, że nie i że tego po nim nie widać. Żona Mikeya była trudna do zniesienia nawet w normalnej sytuacji, a co dopiero teraz.
- Powiedziała, że na razie zostanie w domu. Pomyślałem, że będzie lepiej, jeśli posiedzimy z mamą sami. Udało ci się skontaktować z Ruth?
Chris pokręcił głową.
- Nie. Nagrałem się, ale...
- Jest w innej strefie czasowej.
- No tak.
- A poza tym... to Ruth. Wiesz, jaka jest.
"Wiem?", chciał spytać Chris, ale zdecydował się na milczenie, którego potem nie potrafił już przerwać. Mikey parę razy otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale od razu je zamykał. W końcu wydobył z siebie szept, jakby nie chciał, żeby matka go nie usłyszała.
- Tato...? - odezwał się, odwracając oczy. - Skontaktowałeś się z wujkiem Mateo?
- Jeszcze nie - odparł Chris, rumieniąc się na sam dźwięk tego imienia.
- Podróż z Barcelony nie trwa długo.
- Jeśli mu się zechce.
Mateo był jedynym bratem Marii, ale o piętnaście lat od niej młodszym - i tylko o dziesięć lat starszym od Mikeya. Rodzice nazywali go późną niespodzianką, ale on sam uważał, że był niechciany i przez całe życie usiłował uciec przed klątwą, którą sam na siebie rzucił. Maria określała go słowem "problematyczny", Chris - wieloma innymi, przy czym żadne z nich nie było pochlebne. Ale bez względu na to, jakie etykietki mu przylepiali, Chris miał pewność co do jednego: nie chce tu teraz tego człowieka.
- Powinieneś do niego zadzwonić - powiedział Mikey.
Chris zacisnął zęby. Respirator szumiał, pierś Marii unosiła się i opadała. Mikey wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zagryzł wargę i spojrzał w milczeniu na leżącą nieruchomo matkę. Maria zawsze wyglądała egzotycznie. Gdyby umieścili jej twarz na reklamie, sprzedałaby miliony paczek papierosów. Jej skóra miała odcień laski cynamonu - dar natury, bo większość dni spędzała pod białym niebem Szkocji. Mikey i Ruth odziedziczyli to po niej - a także ciała stworzone do pływania i zamiłowanie do warzyw strączkowych. Ale oczy mieli po Chrisie: niespokojne, wiecznie zerkające za siebie, nieustannie rozdrażnione pyłkami i poważnymi rozmowami.
Spojrzał na żonę. Jej powieki znowu były sklejone twardą żółtą skorupą. Gdy zjawił się tu po raz pierwszy, usiłował zdrapać ją paznokciem, ale pielęgniarka upomniała go, żeby był delikatny. Przyniosła waciki i buteleczkę płynu antybakteryjnego, a następnie pokazała, jak powinien się nimi posłużyć. Zrobił dokładnie to, co mu kazała, i go zemdliło. Poczuł się, jakby balsamował zwłoki.
Ale i tak było to łatwiejsze niż rozmowa z Mateo.
Sięgnął po waciki i płyn, żeby się czymś zająć. Uniósł klapkę nakrętki, powąchał zawartość, po czym znowu ją zamknął i obrócił buteleczkę w dłoniach, udając zainteresowanie listą składników spisaną mikroskopijną czcionką na etykiecie. Ale wiedział, że to granie na zwłokę i że nie może tego robić dłużej. Musiał zadzwonić.
Maria zapewne miała numer brata w komórce.
Chris wstał i podszedł do szafy. Wyjął sportową kurtkę Marii. Żona wybrała ją ze względu na praktyczne kieszenie, w tym jedną podłużną na lewym rękawie, idealnie mieszczącą telefon. Ale telefonu w niej nie było - a to nie pasowało do Marii. "Na wszystko jest miejsce i wszystko jest na swoim miejscu", powtarzała. Zdjął kurtkę z wieszaka i zaczął otwierać kolejne kieszenie. Czuł się niezręcznie, grzebiąc wśród chusteczek i rachunków za rzeczy, które kupiła, gdy go przy niej nie było. Ale się opłaciło. Komórka znajdowała się w wewnętrznej kieszeni.
Wyświetlacz był czarny; gdy padło na niego światło, pojawiły się ślady palców Marii w miejscu, które ostatnio dotykała. Nie mógł tego znieść; żeby tego nie widzieć, wybudził komórkę, ale otrzymał żądanie sześciocyfrowego hasła. Wpisał datę ich ślubu, lecz tym razem Maria wybrała coś innego. Spróbował jeszcze raz, z tym samym skutkiem.
- Masz pomysł, jakie hasło mogła wybrać mama?
Mikey podniósł wzrok i wzruszył ramionami.
- Urodziny Ruth?
- Warto spróbować. - Chris wpisał datę, ale telefon pozostał zablokowany. - Coś jeszcze?
Mikey westchnął.
- Daj go, tato.
Przechylił się, sięgając po telefon, delikatnie uniósł rękę matki i przycisnął jej kciuk do czujnika. Ekran się rozjarzył.
Chris poczuł w gardle gruzeł. Przełknął ślinę z wysiłkiem, starając się go usunąć.
Na tapecie telefonu Marii było stare zdjęcie ich czwórki - zbliżenie, ale ich twarze kryły się pod ikonkami i pęknięciami rozchodzącymi się zygzakowatą pajęczyną po ekranie. Chris, Maria, Mikey i Ruth, razem, ale roztrzaskani na kawałki.
Nie pozwoli na to.
Otworzył kontakty i zaczął szukać numeru Mateo. Nie rozmawiał z nim od lat - od Tamtego Dnia unikał Barcelony - ale nadal świetnie go pamiętał. Mateo był podobny do Marii, lecz jego skórze brakowało blasku i zdrowia, a uśmiechowi - radości.
Na samym szczycie listy znajdowało się AaaaaaaaRuth. Ruth, zawsze numer jeden. Poczuł znajomy trzepot w piersi, zapowiadający rozwinięcie się wielkiej, czerwonej flagi ostrzegawczej.
"Zauważ mnie - mówiła. - Zwróć na mnie uwagę".
Ale przecież Chris był mistrzem odwracania wzroku. Zjechał na sam dół listy, do litery Z. Zdziwił się, że Maria ma w kontaktach tyle nieznanych mu osób. Może to koleżanki z jogi albo z grupy medytacyjnej, na którą zaczęła chodzić w czwartki wieczorem. W każdym razie imienia Mateo wśród nich nie było. Rozmowa ze szwagrem musiała zaczekać.
Wszedł w ustawienia i zmienił numer PIN na datę ich ślubu, po czym zablokował ekran. Szkoda, że nie może tak zrobić ze wspomnieniem Tamtego Dnia sprzed piętnastu laty. On i Maria wrócili do mieszkania Mateo później, niż zamierzali. Zastali puste pokoje i otwartą butelkę brandy. Chris pamiętał strach drżący w głosie żony, kiedy uświadomili sobie, że coś jest nie tak: że Ruth nie ma tam, gdzie powinna być.
"Ruth - rzuciła Maria. - Gdzie jest Ruth?".
Wyobraził sobie, że gdyby ocknęła się ze śpiączki i zrozumiała, że córki przy niej nie ma, powiedziałaby to samo. Mógł unikać rozmowy ze szwagrem, ale Ruth musiała wiedzieć. Dzielił ich Atlantyk, a znając ją, można było mieć pewność, że znajduje się daleko od lotniska. Ale powinna natychmiast ruszyć w drogę do domu.
Wziął telefon i znowu wybrał numer, usiłując zignorować słowa od niedawna kończące każdą jego myśl: "Zanim będzie za późno".
Ja i Ruth poznaliśmy się w czasach, gdy dzieliła się smarkami, śliną, ubraniami i kąpielą z każdym, kto o to poprosił. Biegała goła po plaży, parku i domu, nie mając pojęcia, dlaczego ktoś miałby się na nią gapić lub ją komentować. Byliśmy nierozłączni i wtedy nikomu to nie przeszkadzało.
Gdy byłem obok, Ruth odpychała od siebie nerwowych, drżących chłopców, stojących na nabrzeżu z podkulonymi palcami stóp i wyciągniętymi szyjami, wpatrzonych szeroko otwartymi oczami w lodowate szare wody dwa metry poniżej. Kiwałem głową, a wtedy rzucała się w morze, wyprzedzając wszystkich. Gdy jej smukłe ciało wynurzało się z wody, jej tata bił brawo, a ona natychmiast na niego spoglądała, jakby ich głowy łączyła niewidzialna nić, której żadne z nich nie chciało zerwać nawet na minutę. Ona była szczęśliwa, że mnie posłuchała, a ja - że zrobiła, co jej kazałem.
Gdy byłem obok, Ruth ganiała ze mną aż do utraty tchu, a potem kładła się na plecach na trawie i patrzyła w zmieniające się kształt chmury. Kładłem się obok niej i byliśmy ja, ona i nasze bijące serca, i białe niebo, zawsze kryjące swój błękit. Opowiadałem jej, że to niebo zawsze będzie takie samo, bez względu na to, gdzie się położymy albo jak bardzo sfatygowane i pomarszczone staną się nasze ciała - ona zgadzała się ze mną, a ja byłem szczęśliwy, że widzi świat moimi oczami.
Wtedy nie kwestionowała tego, co było między nami.
Wtedy nie było krwi na rękach - ani jej, ani moich.