Milcząca córka - Emma Christie

Kup ebooka

49.41 zł
43.48 zł (40,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 3

Mi­key po­dał Chri­sowi kawę i cro­is­santa, po czym prze­szedł na drugą stronę łóżka Ma­rii i usiadł na pla­sti­ko­wym krze­sełku świ­śnię­tym z sali dla go­ści. Spę­dził tam noc, roz­wa­lony na pod­ło­dze. Chris zo­stał z Ma­rią; nie­po­kój wi­bro­wał w każ­dej ko­mórce jego ciała. Pra­gnęło ono snu, ale umysł gwał­tow­nie się sprze­ci­wiał.

- Ruth na­dal się nie ode­zwała?

- Ani sło­wem - po­wie­dział Chris, zer­ka­jąc na ze­ga­rek. - A od wy­padku mamy mi­nęły już dwa­dzie­ścia cztery go­dziny.

Mi­key po­ki­wał głową i obaj spoj­rzeli na pierś Ma­rii, uno­szącą się i opa­da­jącą, raz po raz. Chris sko­ja­rzył od­głos re­spi­ra­tora z nur­ko­wa­niem i po­zwo­lił swoim my­ślom po­szy­bo­wać nad mo­rze, do świata bez ścian. Gdy dzieci były młod­sze, wy­pły­wali ra­zem łódką. Ma­ria stała przy ste­rze, Chris spraw­dzał sprzęt i po­ma­gał Mi­key­owi i Ruth wci­snąć się w małe pianki. Wtedy nie znali stra­chu. Zwy­czaj­nie prze­ska­ki­wali przez burtę i po­zwa­lali mo­rzu, żeby ich uno­siło, żeby zmie­niło ich ze stwo­rzeń cho­dzą­cych w dry­fu­jące. Za­mknął oczy i uj­rzał Ma­rię nad mo­rzem - ale nie­spo­dzie­wa­nie za­częła to­nąć, jej włosy uno­siły się jak wo­do­ro­sty, bez­władne koń­czyny ko­ły­sały się tu i tam tar­gane nie­wi­docz­nymi prą­dami. Wy­obra­ził so­bie jej ciało, roz­pły­wa­jące się po­woli, za­si­la­jące pod­wodny świat, w któ­rym czuła się jak w domu. To było nie­mal piękne. Ale wie­dział, jak to na­prawdę wy­gląda - prze­cież nie­raz stał w por­cie, ro­biąc no­tatki do ar­ty­kułu na pierw­szą stronę, gdy po­li­cjanci bro­dzili po ko­lana w lo­do­wa­tej wo­dzie, wy­ła­wia­jąc z niej wzdęte zwłoki. Wiel­kie gni­jące ba­lony o twa­rzach, które stały się dzie­sięć razy więk­sze niż były, z oczami wy­dzio­ba­nymi przez mewy.

"Prze­stań, Chris. Prze­stań".

Ulżyło mu, gdy usły­szał szczęk wózka pie­lę­gniarki na ko­ry­ta­rzu, a po chwili jedno puk­nię­cie do drzwi i zbyt ra­do­sne w tych oko­licz­no­ściach "Dzień do­bry, pa­no­wie!". Ko­bieta po­pro­siła o pięć mi­nut sam na sam z pa­cjentką. Kiw­nęli gło­wami, szur­nęli krze­słami i wy­szli.

Ma­sze­ro­wali w nie­zręcz­nym mil­cze­niu je­dy­nym w ca­łym szpi­talu ko­ry­ta­rzem z wy­kła­dziną (zna­ko­mity wy­bór ko­loru: siny jak wargi nie­bosz­czyka), łą­czą­cym wy­dział ura­zowy z OIOM-em. Ja­kim cu­dem Ma­ria się tu zna­la­zła? Na ra­zie nie miał kon­kret­nych in­for­ma­cji o jej sta­nie - i żad­nych wia­do­mo­ści od po­li­cji. Bie­gła, upa­dła, roz­biła głowę o ka­mień. I to wszystko?

Po­li­cjanci po­wie­dzieli, że nie mają do­wo­dów na udział osób trze­cich - przy­naj­mniej na ra­zie - ale dzien­ni­kar­ska żyłka nie po­zwo­liła mu w to uwie­rzyć. Jak wy­glą­dała al­ter­na­tywa? Kla­syczne py­ta­nie, ba­nał. Wsty­dził się, że w ogóle o nim po­my­ślał, nie mó­wiąc już o wy­po­wie­dze­niu go na głos.

Upa­dła czy ktoś ją po­pchnął?

Od­su­nął od sie­bie tę myśl, otwo­rzył prze­szklone drzwi na końcu ko­ry­ta­rza. Za nimi znaj­do­wał się smętny ogró­dek, nie­gdyś oku­po­wany przez pa­la­czy, te­raz prze­mia­no­wany na Strefę Czy­stego Po­wie­trza, jak gło­siła ta­blica ku­piona za pie­nią­dze po­dat­ni­ków, chyba tylko po to, by ofi­cjal­nie po­wia­do­mić lu­dzi, że zna­leźli się na dwo­rze.

Kie­dyś Chris zdo­łałby z tego zro­bić przy­zwo­ity ar­ty­kuł - do­wie­działby się, ile kosz­to­wała ta­blica, i po­in­for­mo­wałby opi­nię pu­bliczną o idio­tycz­nym mar­no­wa­niu pie­nię­dzy. Czy­tel­nicy za­wsze chęt­nie się rzucą na nowy po­wód do na­rze­ka­nia, wdzięczni za od­wró­ce­nie uwagi od na­prawdę waż­nych spraw i praw­dzi­wie bo­le­snych hi­sto­rii. Ła­twiej czy­tać o ko­rup­cji i nie­kom­pe­ten­cji po­li­ty­ków, niż przy­swoić je­den aka­pit o ta­kim sa­mym jak ty czło­wieku, który prze­stał ist­nieć.

Czy tak bę­dzie i tym ra­zem? Może. Pierw­sza wia­do­mość o wy­padku Ma­rii zo­stała wci­śnięta w ru­brykę "Wie­ści w skró­cie" w in­ter­ne­to­wym wy­da­niu ga­zety - dwa zda­nia zgrab­nie pod­su­mo­wu­jące nie­szczę­ście jego ro­dziny. "Wczo­raj w cen­trum Edyn­burga zna­le­ziono ko­bietę z po­waż­nymi ob­ra­że­niami głowy. Pięć­dzie­się­cio­ośmio­latka, znana w oko­licy na­uczy­cielka li­ceum Ma­ria Mor­ri­son, zo­stała prze­wie­ziona do Royal In­fir­mary". Sam na­pi­sał setki ta­kich tek­stów, może na­wet ty­siące. Ale tym ra­zem cho­dziło o niego. Tym ra­zem nie ob­ser­wo­wał z bez­piecz­nej od­le­gło­ści, jak wy­ko­leja się czy­jeś ży­cie. Tym ra­zem ślady na as­fal­cie zo­sta­wiły krew i skóra Ma­rii. A je­śli wkrótce nie do­dzwoni się do Ruth, sta­nie się ty­po­wym "za­nie­po­ko­jo­nym krew­nym" wzy­wa­ją­cym córkę do na­wią­za­nia kon­taktu. Roz­pacz­li­wie chciał z nią po­roz­ma­wiać, za­nim wie­ści do­trą do niej w inny spo­sób.

Znowu wy­brał nu­mer Ruth, krą­żąc po ma­leń­kim ogródku. Nic.

- Wciąż nie włą­czyła ko­mórki - po­wie­dział. - Spró­buję za­dzwo­nić z te­le­fonu mamy.

- To na nic - od­parł Mi­key. - Ra­czej nie dziwi, że Ruth się nie od­zywa, prawda? Zwłasz­cza je­śli jest na ja­kiejś wiel­kiej wy­pra­wie. Dziś ina­czej o tym my­ślisz tylko dla­tego, że na­prawdę mu­sisz z nią po­roz­ma­wiać. Gdyby wy­łą­czyła te­le­fon w ja­ki­kol­wiek inny po­nie­dzia­łek, w ogóle by cię to nie zdzi­wiło.

- Może.

- Nie żadne "może". To nor­malne za­cho­wa­nie Ruth.

Mi­key od­chy­lił głowę i spoj­rzał na kwa­drat za­chmu­rzo­nego nieba.

- A wła­ści­wie kiedy z nią ostatni raz roz­ma­wia­łeś? Cho­dzi mi o te­le­fon, a nie o wy­sła­nie wia­do­mo­ści czy ma­ila.

Chris skrzy­wił się z za­kło­po­ta­niem.

- Pew­nie kilka mie­sięcy temu. A ty?

- Od two­jego uro­dzi­no­wego week­endu nie za­dzwo­niła do mnie ani razu. Śle­dzę jej zdję­cia on­line i to wszystko.

- Znowu się po­kłó­ci­li­ście?

- Nie bar­dziej niż zwy­kle.

- Szcze­rze mó­wiąc, nie są­dzę, aby ci wy­ba­czyła, że ob­cią­łeś jej te cho­lerne włosy przed przed­sta­wie­niem. Chry­ste, jak twoja matka się wście­kła.

- Wielka afera Kop­ciuszka - przy­znał Mi­key i przez chwilę obaj uśmie­chali się do wspo­mnień. - "Gwiazda przed­sta­wie­nia oskal­po­wana przez roz­wście­czo­nego brata".

- Bie­dac­two - Chris przy­po­mniał so­bie za­laną łzami Ruth scho­dzącą po scho­dach i ści­ska­jącą w rącz­kach ob­cięty war­ko­czyk, w któ­rym wciąż tkwiła spinka. A wszystko przez to, że bez po­zwo­le­nia grała w gry Mi­keya i nie­chcący ze­psuła kon­solę, za­le­wa­jąc ją pi­ciem. Gdy Mi­key to od­krył, wziął z szu­flady w ga­bi­ne­cie no­życzki Ma­rii i za karę ob­ciął sio­strze włosy. Chris i Ma­ria byli obu­rzeni, Mi­key do­stał szla­ban, a Ruth mu­siała wy­stą­pić w pe­ruce.

- Nie­źle jej po­szło, prawda? Do­bra ak­torka z tej na­szej Ruth. Ale przez cie­bie wszy­scy się z niej śmiali.

- E, Ruth so­bie z tym ra­dziła - od­parł Mi­key i ob­jął się rę­kami, jakby na­gle zro­biło mu się zimno. - No do­brze, zaj­rzę do mamy.

Chris od­pro­wa­dził go wzro­kiem i znowu za­dzwo­nił do Ruth. Od razu usły­szał wia­do­mość, że te­le­fon jest wy­łą­czony, po czym prze­łą­czyło go na pocztę gło­sową - tak samo jak po­przed­nio. Wes­tchnął, ale wie­dział, że musi być cier­pliwy. Ruth włą­czy w końcu te­le­fon. Prawda?

Na nie­które py­ta­nia le­piej nie od­po­wia­dać.

Spraw­dził wia­do­mo­ści, żeby się czymś za­jąć. W ma­ilu nic, w SMS-ach nic, w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych nic. Otwo­rzył no­tes, za­pi­sał go­dzinę próby kon­taktu z Ruth i do­dał "brak po­stę­pów". Nie ustąpi. Po­sta­no­wił ro­bić tak co go­dzinę, do­póki się nie do­dzwoni. Ku­siło go, żeby znowu spró­bo­wać, ale osta­tecz­nie wło­żył obie ko­mórki do kie­szeni i wró­cił do szpi­tala.

Drzwi po­koju Ma­rii były za­mknięte. Gdy usły­szał do­bie­ga­jące zza nich prze­ni­kliwe elek­tro­niczne pi­ski, strach wy­buchł mu w piersi jak po­żar. Ma­szyny pod­trzy­mu­jące ży­cie Ma­rii brzmiały ina­czej, przy­naj­mniej wtedy, gdy jej serce biło. Chry­ste. Krew za­pul­so­wała mu w opusz­kach pal­ców, gdy na­ci­snął klamkę.

Ko­bieta, którą Chris znał - choć tylko z miejsc zbrodni - po­cie­szała Mi­keya. Pod­nio­sła wzrok, przy­wi­tała się ski­nie­niem głowy, ale się nie uśmiech­nęła.

- Pro­szę za mną - po­wie­działa. - Mamy nowe wia­do­mo­ści.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

ROZ­DZIAŁ 2

Chris wal­czył z sen­no­ścią, pół­le­żąc na pla­sti­ko­wym krze­sełku, gdy ktoś grzecz­nie za­pu­kał do drzwi. Puk, puk. Prze­rwa. I znowu puk, puk. To mu­siał być Mi­key. Chris ka­zał mu zo­stać w domu, ale syn od­mó­wił. Za­pu­kał po­now­nie i de­li­kat­nie otwo­rzył drzwi. Był w po­ło­wie Hisz­pa­nem, ale cho­ler­nie bry­tyj­skim. "Moja mama umiera, ale bez obaw, nie za­po­mnę o do­brym wy­cho­wa­niu".

Chris nie otwo­rzył oczu. Uda­wał, że śpi.

Na lśnią­cym li­no­leum skrzyp­nęły po­de­szwy bu­tów. Po­tem Mi­key jęk­nął.

- Mamo?

Pierw­szy zna­jomy głos, jaki Chris usły­szał, od­kąd się to wszystko za­częło. No, z wy­jąt­kiem wła­snego. Aż dziwne, jak na­tu­ral­nie przy­szło mu mó­wie­nie do nie­przy­tom­nej Ma­rii. Ale klął w du­chu, gdy od­ru­chowo koń­czył zda­nie py­ta­niem, prośbą o po­twier­dze­nie. "Prawda? No nie? Pa­mię­tasz?". Ci­sza, która po nich za­pa­dała, nie miała so­bie rów­nych.

Za­wsty­dził się, gdy ja­kiś dok­tor za­sko­czył go pod­czas opo­wia­da­nia o po­go­dzie na pół­nocy i o tym, jak mało bra­ko­wało, żeby roz­bił sa­mo­chód, bo była go­ło­ledź. Ale le­karz miał gdzieś jego ga­da­nie. Zer­k­nął na kartę pa­cjenta na łóżku Ma­rii i pi­sząc coś czer­wo­nym dłu­go­pi­sem, za­pew­nił Chrisa, że ta­kie mo­no­logi są do­bre dla "lu­dzi w sy­tu­acji pań­skiej żony" i że to "zu­peł­nie nor­malne w tych oko­licz­no­ściach".

Chris wy­obra­żał so­bie lu­dzi ta­kich jak on w po­ko­jach po­dob­nych do po­koju Ma­rii. Za­pewne ści­skali dło­nie umie­ra­ją­cych i zmar­łych, mó­wiąc rze­czy, któ­rych ni­gdy nie ośmie­li­liby się po­wie­dzieć, gdyby ist­niała choćby naj­mniej­sza szansa, że uko­chana osoba ich usły­szy. Ża­ło­sne. Cie­kawe, czy oni także wy­obra­żają so­bie od­po­wie­dzi? Bo jemu głos Ma­rii cią­gle brzmiał w uszach.

"Wiesz, jaki masz pro­blem, Chris?".

"No, po­wiedz".

"Fil­tru­jesz swoje uczu­cia".

"Czyli?".

"Czyli czu­jesz coś, ale za­miast to wy­ra­zić, naj­pierw to oce­niasz, za­sta­na­wiasz się, czy tak wy­pada. I mar­twisz się, co lu­dzie po­wie­dzą. Prze­cież to bzdura. Nie prze­stanę cię ko­chać, bo je­steś szczery".

"Tego nie wiesz".

"Prze­ko­naj się".

Dla­tego przez parę ostat­nich go­dzin sta­rał się oczy­ścić swój filtr tak za­le­piony osa­dem nie­wy­po­wie­dzia­nego, że pra­wie ni­czego już nie prze­pusz­czał, a zwłasz­cza stra­chu, który przy­gnia­tał naj­bar­dziej; stra­chu, że nie zdo­łał ochro­nić swo­jej ro­dziny. Znowu. Dla­tego sie­dział te­raz przy ko­lej­nym szpi­tal­nym łóżku, w ob­li­czu ko­lej­nej straty.

I na­gle wró­cił my­ślami do Tam­tego Dnia przed pięt­na­stu laty, wy­ra­zi­stego jak za­wsze. Przy­po­mniał so­bie, jak szybko krew osty­gła i za­schła na jego pal­cach, jak się ką­pał, trąc włosy, żeby usu­nąć ślady po tym... po niej. Krew była już czarna i za­sko­ru­piała, ale go­rąca woda przy­wró­ciła ją do ży­cia, zmie­niła twarde grudki w lśniące kro­pelki rdzy spły­wa­jące i mie­sza­jące się z wodą. Przy­po­mniał so­bie, jak wy­ci­snął z gąbki czer­wień, która za­bar­wiła wi­ru­jącą w od­pły­wie wodę. Krą­żek osadu na bia­łej ce­ra­mice zo­stał jesz­cze długo po tym, jak wszystko spły­nęło.

Te ob­razy ni­gdy go nie opusz­czą.

- Tato, śpisz?

Mi­key de­li­kat­nie do­tknął jego ra­mie­nia. Chris otwo­rzył oczy i za­mru­gał dla lep­szego efektu.

- Dzięki, że przy­sze­dłeś - po­wie­dział.

- I tak nie mo­głem spać - od­parł Mi­key. - Ra­dzisz so­bie?

- Nie bar­dzo - mruk­nął Chris, my­śląc o tym, ile razy sam za­da­wał to py­ta­nie ko­muś, kto ewi­dent­nie roz­pa­dał się na ka­wałki. Uprzej­mość na­ka­zy­wała spy­tać. Tylko że tu­taj, w tej sali, nie było miej­sca na do­bre ma­niery. Lu­dzie czę­sto go py­tali, czy im dłu­żej się pi­sze o cier­pie­niu, tym ła­twiej się je znosi, a po­tem szybko sami so­bie od­po­wia­dali, nie do­pusz­cza­jąc go do głosu. "Pew­nie można przy­wyk­nąć", mó­wili, a on przy­ta­ki­wał, bo nikt nie chciał wie­dzieć, że jemu ni­gdy się to nie udało.

Łóżko się za­ko­ły­sało, gdy Mi­key po­chy­lił się i po­ca­ło­wał matkę w po­li­czek, a po­tem ujął jej rękę. Po­ru­szał się nie­zdar­nie, a jego gest wy­da­wał się wy­mu­szony i jakby nie­sto­sowny. Chris dźwi­gnął się z krze­sła i sta­nął na­prze­ciwko syna po dru­giej stro­nie łóżka. Mi­key był za­ro­śnięty i chyba ska­co­wany.

- Co się stało?

- Po­li­cjanci twier­dzą, że upa­dła - wy­ja­śnił Chris. - Roz­biła głowę na ka­mien­nych scho­dach.

- Gdzie?

- Fle­sh­mar­ket Close.

- Jezu - Mi­key skrzy­wił się bo­le­śnie. - Stromo tam jest.

- No tak. Ale wiesz rów­nie do­brze jak ja, że twoja mama scho­dów ni­gdy się nie bała. Za­wsze twier­dziła, że im wię­cej, tym le­piej. Wła­śnie dla­tego za­daje so­bie tyle trudu i biega po Sta­rym Mie­ście. Mo­głaby to ro­bić bli­żej domu, ale tam jest dla niej za pła­sko.

Chris wy­obra­ził ją so­bie w domu i na wa­ka­cjach, szu­ka­jącą tras ze scho­dami i schod­kami, od czasu do czasu po­krzy­ku­jącą, gdy mu­siała od­sko­czyć w bok, żeby nie wdep­nąć w psią kupę, ka­łużę czy po­rzu­cone pu­dełko po ke­ba­bie. Była praw­dziwą pro­fe­sjo­na­listką, szlag by to tra­fił.

- Bie­gała?

- Na dzie­sięć ki­lo­me­trów, znowu.

- Kto ją zna­lazł?

- Nie wiem.

- I mó­wią, że się po­tknęła?

- Aha - po­wie­dział Chris. - Spraw­dzają na­gra­nia z mo­ni­to­ringu, ale wczo­raj po­li­cjant po­wie­dział, że to for­mal­ność. Uwa­żają, że to był po pro­stu wy­pa­dek. Nie wi­dzą po­wodu, żeby wsz­cząć do­cho­dze­nie.

- Zna­czy... za­raz... uwa­żasz, że po­winni?

- Nie mam pew­no­ści, Mi­key. Ale znam twoją mamę i wiem, że nie upa­dłaby tak po pro­stu.

- No tak - Mi­key wes­tchnął i oparł głowę na rę­kach, wpa­tru­jąc się w pod­łogę. Chris przy­glą­dał się, jak plecy jego syna uno­szą się i opa­dają. Od­dech Mi­keya, szybki, płytki, drżący, w ni­czym nie przy­po­mi­nał per­fek­cyj­nie sy­me­trycz­nych, wy­mu­szo­nych przez ma­szynę wde­chów i wy­de­chów Ma­rii. Można by było za­grać ja­kiś utwór do tego me­cha­nicz­nego akom­pa­nia­mentu i nie wy­paść z tempa. Chris nie mógł tego znieść, szu­kał py­ta­nia, które mógłby za­dać, by za­głu­szyć dźwięk apa­ratu oraz to, co ozna­czała jego obec­ność.

- Po­wie­dzia­łeś Ra­chel?

Mi­key przy­tak­nął i za­czął sku­bać zę­bami pa­zno­kieć ser­decz­nego palca.

- Przy­je­dzie do szpi­tala?

Chris miał na­dzieję, że nie i że tego po nim nie wi­dać. Żona Mi­keya była trudna do znie­sie­nia na­wet w nor­mal­nej sy­tu­acji, a co do­piero te­raz.

- Po­wie­działa, że na ra­zie zo­sta­nie w domu. Po­my­śla­łem, że bę­dzie le­piej, je­śli po­sie­dzimy z mamą sami. Udało ci się skon­tak­to­wać z Ruth?

Chris po­krę­cił głową.

- Nie. Na­gra­łem się, ale...

- Jest w in­nej stre­fie cza­so­wej.

- No tak.

- A poza tym... to Ruth. Wiesz, jaka jest.

"Wiem?", chciał spy­tać Chris, ale zde­cy­do­wał się na mil­cze­nie, któ­rego po­tem nie po­tra­fił już prze­rwać. Mi­key parę razy otwo­rzył usta, żeby coś po­wie­dzieć, ale od razu je za­my­kał. W końcu wy­do­był z sie­bie szept, jakby nie chciał, żeby matka go nie usły­szała.

- Tato...? - ode­zwał się, od­wra­ca­jąc oczy. - Skon­tak­to­wa­łeś się z wuj­kiem Ma­teo?

- Jesz­cze nie - od­parł Chris, ru­mie­niąc się na sam dźwięk tego imie­nia.

- Po­dróż z Bar­ce­lony nie trwa długo.

- Je­śli mu się ze­chce.

Ma­teo był je­dy­nym bra­tem Ma­rii, ale o pięt­na­ście lat od niej młod­szym - i tylko o dzie­sięć lat star­szym od Mi­keya. Ro­dzice na­zy­wali go późną nie­spo­dzianką, ale on sam uwa­żał, że był nie­chciany i przez całe ży­cie usi­ło­wał uciec przed klą­twą, którą sam na sie­bie rzu­cił. Ma­ria okre­ślała go sło­wem "pro­ble­ma­tyczny", Chris - wie­loma in­nymi, przy czym żadne z nich nie było po­chlebne. Ale bez względu na to, ja­kie ety­kietki mu przy­le­piali, Chris miał pew­ność co do jed­nego: nie chce tu te­raz tego czło­wieka.

- Po­wi­nie­neś do niego za­dzwo­nić - po­wie­dział Mi­key.

Chris za­ci­snął zęby. Re­spi­ra­tor szu­miał, pierś Ma­rii uno­siła się i opa­dała. Mi­key wy­glą­dał, jakby chciał po­wie­dzieć coś jesz­cze, ale za­gryzł wargę i spoj­rzał w mil­cze­niu na le­żącą nie­ru­chomo matkę. Ma­ria za­wsze wy­glą­dała eg­zo­tycz­nie. Gdyby umie­ścili jej twarz na re­kla­mie, sprze­da­łaby mi­liony pa­czek pa­pie­ro­sów. Jej skóra miała od­cień la­ski cy­na­monu - dar na­tury, bo więk­szość dni spę­dzała pod bia­łym nie­bem Szko­cji. Mi­key i Ruth odzie­dzi­czyli to po niej - a także ciała stwo­rzone do pły­wa­nia i za­mi­ło­wa­nie do wa­rzyw strącz­ko­wych. Ale oczy mieli po Chri­sie: nie­spo­kojne, wiecz­nie zer­ka­jące za sie­bie, nie­ustan­nie roz­draż­nione pył­kami i po­waż­nymi roz­mo­wami.

Spoj­rzał na żonę. Jej po­wieki znowu były skle­jone twardą żółtą sko­rupą. Gdy zja­wił się tu po raz pierw­szy, usi­ło­wał zdra­pać ją pa­znok­ciem, ale pie­lę­gniarka upo­mniała go, żeby był de­li­katny. Przy­nio­sła wa­ciki i bu­te­leczkę płynu an­ty­bak­te­ryj­nego, a na­stęp­nie po­ka­zała, jak po­wi­nien się nimi po­słu­żyć. Zro­bił do­kład­nie to, co mu ka­zała, i go ze­mdliło. Po­czuł się, jakby bal­sa­mo­wał zwłoki.

Ale i tak było to ła­twiej­sze niż roz­mowa z Ma­teo.

Się­gnął po wa­ciki i płyn, żeby się czymś za­jąć. Uniósł klapkę na­krętki, po­wą­chał za­war­tość, po czym znowu ją za­mknął i ob­ró­cił bu­te­leczkę w dło­niach, uda­jąc za­in­te­re­so­wa­nie li­stą skład­ni­ków spi­saną mi­kro­sko­pijną czcionką na ety­kie­cie. Ale wie­dział, że to gra­nie na zwłokę i że nie może tego ro­bić dłu­żej. Mu­siał za­dzwo­nić.

Ma­ria za­pewne miała nu­mer brata w ko­mórce.

Chris wstał i pod­szedł do szafy. Wy­jął spor­tową kurtkę Ma­rii. Żona wy­brała ją ze względu na prak­tyczne kie­sze­nie, w tym jedną po­dłużną na le­wym rę­ka­wie, ide­al­nie miesz­czącą te­le­fon. Ale te­le­fonu w niej nie było - a to nie pa­so­wało do Ma­rii. "Na wszystko jest miej­sce i wszystko jest na swoim miej­scu", po­wta­rzała. Zdjął kurtkę z wie­szaka i za­czął otwie­rać ko­lejne kie­sze­nie. Czuł się nie­zręcz­nie, grze­biąc wśród chu­s­te­czek i ra­chun­ków za rze­czy, które ku­piła, gdy go przy niej nie było. Ale się opła­ciło. Ko­mórka znaj­do­wała się w we­wnętrz­nej kie­szeni.

Wy­świe­tlacz był czarny; gdy pa­dło na niego świa­tło, po­ja­wiły się ślady pal­ców Ma­rii w miej­scu, które ostat­nio do­ty­kała. Nie mógł tego znieść; żeby tego nie wi­dzieć, wy­bu­dził ko­mórkę, ale otrzy­mał żą­da­nie sze­ścio­cy­fro­wego ha­sła. Wpi­sał datę ich ślubu, lecz tym ra­zem Ma­ria wy­brała coś in­nego. Spró­bo­wał jesz­cze raz, z tym sa­mym skut­kiem.

- Masz po­mysł, ja­kie ha­sło mo­gła wy­brać mama?

Mi­key pod­niósł wzrok i wzru­szył ra­mio­nami.

- Uro­dziny Ruth?

- Warto spró­bo­wać. - Chris wpi­sał datę, ale te­le­fon po­zo­stał za­blo­ko­wany. - Coś jesz­cze?

Mi­key wes­tchnął.

- Daj go, tato.

Prze­chy­lił się, się­ga­jąc po te­le­fon, de­li­kat­nie uniósł rękę matki i przy­ci­snął jej kciuk do czuj­nika. Ekran się roz­ja­rzył.

Chris po­czuł w gar­dle gru­zeł. Prze­łknął ślinę z wy­sił­kiem, sta­ra­jąc się go usu­nąć.

Na ta­pe­cie te­le­fonu Ma­rii było stare zdję­cie ich czwórki - zbli­że­nie, ale ich twa­rze kryły się pod ikon­kami i pęk­nię­ciami roz­cho­dzą­cymi się zyg­za­ko­watą pa­ję­czyną po ekra­nie. Chris, Ma­ria, Mi­key i Ruth, ra­zem, ale roz­trza­skani na ka­wałki.

Nie po­zwoli na to.

Otwo­rzył kon­takty i za­czął szu­kać nu­meru Ma­teo. Nie roz­ma­wiał z nim od lat - od Tam­tego Dnia uni­kał Bar­ce­lony - ale na­dal świet­nie go pa­mię­tał. Ma­teo był po­dobny do Ma­rii, lecz jego skó­rze bra­ko­wało bla­sku i zdro­wia, a uśmie­chowi - ra­do­ści.

Na sa­mym szczy­cie li­sty znaj­do­wało się AaaaaaaaRuth. Ruth, za­wsze nu­mer je­den. Po­czuł zna­jomy trze­pot w piersi, za­po­wia­da­jący roz­wi­nię­cie się wiel­kiej, czer­wo­nej flagi ostrze­gaw­czej.

"Za­uważ mnie - mó­wiła. - Zwróć na mnie uwagę".

Ale prze­cież Chris był mi­strzem od­wra­ca­nia wzroku. Zje­chał na sam dół li­sty, do li­tery Z. Zdzi­wił się, że Ma­ria ma w kon­tak­tach tyle nie­zna­nych mu osób. Może to ko­le­żanki z jogi albo z grupy me­dy­ta­cyj­nej, na którą za­częła cho­dzić w czwartki wie­czo­rem. W każ­dym ra­zie imie­nia Ma­teo wśród nich nie było. Roz­mowa ze szwa­grem mu­siała za­cze­kać.

Wszedł w usta­wie­nia i zmie­nił nu­mer PIN na datę ich ślubu, po czym za­blo­ko­wał ekran. Szkoda, że nie może tak zro­bić ze wspo­mnie­niem Tam­tego Dnia sprzed pięt­na­stu laty. On i Ma­ria wró­cili do miesz­ka­nia Ma­teo póź­niej, niż za­mie­rzali. Za­stali pu­ste po­koje i otwartą bu­telkę brandy. Chris pa­mię­tał strach drżący w gło­sie żony, kiedy uświa­do­mili so­bie, że coś jest nie tak: że Ruth nie ma tam, gdzie po­winna być.

"Ruth - rzu­ciła Ma­ria. - Gdzie jest Ruth?".

Wy­obra­ził so­bie, że gdyby ock­nęła się ze śpiączki i zro­zu­miała, że córki przy niej nie ma, po­wie­dzia­łaby to samo. Mógł uni­kać roz­mowy ze szwa­grem, ale Ruth mu­siała wie­dzieć. Dzie­lił ich Atlan­tyk, a zna­jąc ją, można było mieć pew­ność, że znaj­duje się da­leko od lot­ni­ska. Ale po­winna na­tych­miast ru­szyć w drogę do domu.

Wziął te­le­fon i znowu wy­brał nu­mer, usi­łu­jąc zi­gno­ro­wać słowa od nie­dawna koń­czące każdą jego myśl: "Za­nim bę­dzie za późno".

Ja i Ruth po­zna­li­śmy się w cza­sach, gdy dzie­liła się smar­kami, śliną, ubra­niami i ką­pielą z każ­dym, kto o to po­pro­sił. Bie­gała goła po plaży, parku i domu, nie ma­jąc po­ję­cia, dla­czego ktoś miałby się na nią ga­pić lub ją ko­men­to­wać. By­li­śmy nie­roz­łączni i wtedy ni­komu to nie prze­szka­dzało.

Gdy by­łem obok, Ruth od­py­chała od sie­bie ner­wo­wych, drżą­cych chłop­ców, sto­ją­cych na na­brzeżu z pod­ku­lo­nymi pal­cami stóp i wy­cią­gnię­tymi szy­jami, wpa­trzo­nych sze­roko otwar­tymi oczami w lo­do­wate szare wody dwa me­try po­ni­żej. Ki­wa­łem głową, a wtedy rzu­cała się w mo­rze, wy­prze­dza­jąc wszyst­kich. Gdy jej smu­kłe ciało wy­nu­rzało się z wody, jej tata bił brawo, a ona na­tych­miast na niego spo­glą­dała, jakby ich głowy łą­czyła nie­wi­dzialna nić, któ­rej żadne z nich nie chciało ze­rwać na­wet na mi­nutę. Ona była szczę­śliwa, że mnie po­słu­chała, a ja - że zro­biła, co jej ka­za­łem.

Gdy by­łem obok, Ruth ga­niała ze mną aż do utraty tchu, a po­tem kła­dła się na ple­cach na tra­wie i pa­trzyła w zmie­nia­jące się kształt chmury. Kła­dłem się obok niej i by­li­śmy ja, ona i na­sze bi­jące serca, i białe niebo, za­wsze kry­jące swój błę­kit. Opo­wia­da­łem jej, że to niebo za­wsze bę­dzie ta­kie samo, bez względu na to, gdzie się po­ło­żymy albo jak bar­dzo sfa­ty­go­wane i po­marsz­czone staną się na­sze ciała - ona zga­dzała się ze mną, a ja by­łem szczę­śliwy, że wi­dzi świat mo­imi oczami.

Wtedy nie kwe­stio­no­wała tego, co było mię­dzy nami.

Wtedy nie było krwi na rę­kach - ani jej, ani mo­ich.

Ty­tuł ory­gi­nału: The Si­lent Dau­gh­ter
Co­py­ri­ght ? Emma Chri­stie, 2020
Pu­bli­shed in 2020 by We­lbeck Fic­tion Li­mi­ted, part of We­lbeck Pu­bli­shing Group. Ba­sed in Lon­don and Syd­ney www.we­lbeck­pu­bli­shing.com
Wszyst­kie po­sta­cie i wy­da­rze­nia w tej pu­bli­ka­cji, poza tymi, które znaj­dują się w do­me­nie pu­blicz­nej, są fik­cyjne, a ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do praw­dzi­wych osób, ży­wych lub zmar­łych, jest czy­sto przy­pad­kowe.
Co­py­ri­ght for this edi­tion ? Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o., War­szawa 2025
Wszyst­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana w ja­kiej­kol­wiek for­mie ani po­wie­lana gra­ficz­nie, elek­tro­nicz­nie czy me­cha­nicz­nie, w tym za po­mocą ko­pio­wa­nia, na­gry­wa­nia, ani prze­cho­wy­wana w in­for­ma­tycz­nej ba­zie da­nych bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy. Pro­simy o prze­strze­ga­nie praw twór­ców do ich wła­sno­ści in­te­lek­tu­al­nej i nie­udo­stęp­nia­nie tre­ści książki w sieci.
Tłu­ma­cze­nie: Ma­ciejka Ma­zan
Re­dak­cja: Bar­bara Jam­pol­ska-Wa­siak
Ko­rekta: Mo­nika Mat­czak-Na­lbor­ska
Pro­jekt okładki: Na­ta­lia Krzesz­cza­kow­ska
Skład i ła­ma­nie: Kry­styna Szych
ISBN 978-83-213-5334-0
CIP - Bi­blio­teka Na­ro­dowa
Chri­stie, Emma
Mil­cząca córka / Emma Chri­stie ; [tłu­ma­cze­nie:
Ma­ciejka Ma­zan]. - Wy­da­nie I. - War­szawa : Le­Tra,
2025
Wy­da­nie I, 2025. Sym­bol 5365/R
Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o. ul. Do­bra 28, 00-344 War­szawa tel. 22 444 86 50 e-mail: info@ar­kady.eu, www.ar­kady.eu Fa­ce­book: @Wy­daw­nic­two.Ar­kady, In­sta­gram: @wy­daw­nic­two.ar­kadyFa­ce­book: @Wy­daw­nic­two.Le­tra, In­sta­gram: @wy­daw­nic­two­_le­tra księ­gar­nia wy­sył­kowa: tel. 22 444 86 56 www.ar­kady.info
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

ROZ­DZIAŁ 1

Chris Mor­ri­son przy­tu­lił żonę na tyle, na ile po­zwa­lały rurki i prze­wody.

Naj­gor­szy był brak re­ak­cji. Ani jed­nego drgnie­nia, żad­nego dźwięku. Me­ta­lowa ba­lu­strada łóżka wpiła mu się w nogi, gdy usi­ło­wał po­chy­lić się do żony.

Chciał, żeby nic ich nie dzie­liło, żeby mógł z nią wró­cić do domu.

Jej usta pod pla­sti­kową ma­ską były roz­chy­lone, za­schnięta ślina na po­liczku wy­glą­dała jak pleśń. Za­ru­mie­nił się, za­że­no­wany wy­glą­dem ko­biety, którą obej­mo­wał. Piękno ulot­niło się z ca­łego jej ciała. Na­wet z warg, tak ide­al­nie pa­su­ją­cych do jego ust, te­raz uci­szo­nych przez nie­szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści lub fa­talny mo­ment nie­uwagi - ja­kąś po­tęż­niej­szą od niej siłę.

Słowo "wy­pa­dek" po­cząt­kowo do niego nie do­tarło.

Był na week­en­do­wym wy­jeź­dzie na narty na pół­nocy kraju, gdy ode­brał te­le­fon. Obcy głos ze wschod­nio­eu­ro­pej­skim ak­cen­tem wy­po­wie­dział imię jego żony w za­ska­ku­jący spo­sób. Po­tem na­stą­piły słowa "upa­dek", "głowa" i "śpiączka". Po­le­cono mu jak naj­szyb­ciej po­je­chać do Royal In­fir­mary w Edyn­burgu. Funk­cjo­na­riusz już na niego cze­kał.

Dzie­sięć go­dzin póź­niej obej­mo­wał opa­tu­lony po­ścielą to­bo­łek, który po­li­cjanci i le­ka­rze na­zy­wali jego żoną.

Tak cho­ler­nie bez­oso­bowo. "Ona ma na imię Ma­ria".

Gdyby to on le­żał na szpi­tal­nym łóżku, Ma­ria ka­za­łaby mu się sku­pić na nie­usz­ko­dzo­nych czę­ściach ciała. "Po­wi­nie­neś być wdzięczny, że nie stało się nic gor­szego", po­wie­dzia­łaby.

"Wiem, skar­bie, wiem".

A je­śli nie ma nie­usz­ko­dzo­nych czę­ści ciała? Na czym się wtedy sku­pić? Spoj­rzał na po­si­nia­czoną, spuch­niętą Ma­rię, któ­rej od­dech i krew tkwiły uwię­zione w pla­sti­ko­wych prze­wo­dach. Ma­rię, któ­rej za­krwa­wione, pul­su­jące or­gany pro­wa­dziły walkę prze­kła­da­jącą się na sto­no­wane po­pi­ski­wa­nia i zyg­zaczki na ekra­nie. A to wszystko dla­tego, że wy­szła po­bie­gać.

To nie­po­jęte - mógł stra­cić żonę, bo po­tknęła się na schodku, przy­dep­nęła wła­sną sznu­rówkę albo po­śli­znęła się na opa­ko­wa­niu chip­sów, po­rzu­co­nym przez ja­kie­goś ucznia. Na­prawdę, tylko tyle? Ma­ria po pro­stu upa­dła? Nie mógł w to uwie­rzyć.

Kiedy usi­ło­wał wy­ci­snąć z po­li­cjan­tów coś wię­cej, zby­wali go, ka­żąc cier­pli­wie cze­kać. Le­ka­rze zgod­nie po­wta­rzali for­mułki, któ­rych ty­siące razy uży­wał jako re­por­ter - "w sta­nie kry­tycz­nym", "ob­ra­że­nia za­gra­ża­jące ży­ciu", "nie­wielka szansa na od­zy­ska­nie peł­nej spraw­no­ści". Ale to słowa pie­lę­gniarki za­bo­lały naj­bar­dziej. Ko­bieta wy­gła­dziła po­ściel Ma­rii, po czym ści­snęła Chri­sowi dłoń tak mocno, że ob­rączka zo­sta­wiła ślad na środ­ko­wym palcu.

"Na pań­skim miej­scu za­dzwo­ni­ła­bym do ro­dziny".

Nie mu­siał py­tać dla­czego.

Roz­mowa z Mi­keyem była krótka, choć nie bez­bo­le­sna. Już je­chał do szpi­tala. Ale z Ruth prze­cież tak ła­two pójść nie mo­gło. Dzwo­nił na jej ko­mórkę dzie­siątki razy. Od razu prze­rzu­cało go na pocztę gło­sową, co zna­czyło, że albo wy­łą­czyła te­le­fon, albo była poza za­się­giem. Zo­sta­wił jej wia­do­mo­ści, w któ­rych - miał na­dzieję - nie zdra­dził, co się na­prawdę wy­da­rzyło. Za­mie­rzał jej to wy­ja­śnić w roz­mo­wie. Za­pew­nić ją, że nie po­winna mieć wy­rzu­tów su­mie­nia, że jest tak da­leko. Zresztą od­le­głość, ta mie­rzona w ki­lo­me­trach, nic nie zna­czyła, wy­star­czyło wsiąść w sa­mo­lot.

Ale dy­stans mię­dzy nimi tak ła­two nie znik­nie.

Za­brzę­czała mu­cha. Ogar­nęły go mdło­ści, gdy wy­lą­do­wała mu na pal­cach. Czy zwa­biła ją Ma­ria? Zwil­żoną chu­s­teczką wy­tarł krew z po­licz­ków żony, kro­peczki, które umknęły uwa­dze pie­lę­gnia­rek, lecz nie czło­wieka, który od po­nad trzy­dzie­stu lat bu­dził się, pa­trząc na tę twarz. Po­tem umył z dzie­sięć razy ręce, uważ­nie oglą­da­jąc wszyst­kie fałdki i zmarszczki w ra­żą­cym ła­zien­ko­wym świe­tle. Nie chciał, by pod pa­znok­ciami zo­stała krew żony. Ale Chry­ste, prze­cież Ma­ria za­wsze w nim bę­dzie. Na jego skó­rze, pod skórą.

Za­mknął oczy i wtu­lił nos i wargi w jej po­li­czek, my­śląc o de­li­kat­nych wło­skach na jej karku, które ko­chał, a o któ­rych ona na­wet nie wie­działa. Były tylko jego, ukryte przed świa­tem pod gę­stymi czar­nymi lo­kami, hisz­pań­skim dzie­dzic­twem żony. Gdy ode­tchnął głę­boko, wcią­ga­jąc jej za­pach, w oczach sta­nęły mu łzy. To było je­dyne, co się w Ma­rii nie zmie­niło. Za­cią­gnął się jesz­cze raz zna­jomą wo­nią, po czym na­gle zgiął się wpół i zwy­mio­to­wał obok łóżka.