ROZDZIAŁ 3
Posesja Dobrzyńskich składała się z dużego placu, zabudowań gospodarczych oraz dwóch domów. Pierwszy, usytuowany bliżej bramy i zamieszkany przez właścicieli, liczył sobie blisko sto lat, drugi zaś, oddalony o kilkadziesiąt metrów i przeznaczony dla gości, wzniesiono pół dekady temu z zachowaniem jednolitości stylu, o czym można było przeczytać na stronie internetowej pensjonatu.
Gdy matka i córka wysiadły z auta, ktoś otworzył drzwi sieni i stanął na werandzie. Światło zapalone przed wejściem wydobyło z mroku mężczyznę ubranego w rozpiętą kurtkę, który po chwili ruszył gościom na spotkanie w towarzystwie dwóch średniej wielkości mieszańców. Psy, obwąchawszy przybyłe, zamachały przyjaźnie ogonami, a na twarzy Neli wreszcie pojawił się uśmiech.
- Cudne! - zawołała, tarmosząc sierść zwierzaków, i podniosła wzrok na właściciela. - Jak się nazywają?
- Portos i Lola. - Gospodarz rzucił Monice pytające spojrzenie. - Pani komisarz Gniewosz?
- Tak, to ja, dobry wieczór. - Policjantka wyciągnęła rękę.
- Michał Dobrzyński. - Uścisnął jej dłoń i spojrzał w oczy.
- Moja córka Kornelia. - Przeniosła wzrok na nastolatkę bawiącą się ze zwierzętami. - Mam nadzieję, że...
- Tak, komendant uprzedził, że panie przyjadą wieczorem. Mieszkanie jest przygotowane. Pomogę przenieść bagaże, a potem zapraszam do siebie. Na pewno marzycie o herbacie.
W tym momencie Gniewosz uświadomiła sobie, że nie zrobiła zakupów. Jedyne, co miała, to pozostałe po podróży kanapki i butelkę wody.
- Chętnie skorzystam z pomocy, ale później muszę wrócić i kupić parę rzeczy. Po tym zajściu w pizzerii zupełnie wyleciało mi z głowy, że trzeba napełnić lodówkę.
- Zajściu? - Dobrzyński uniósł brwi.
Zanim Monika odpowiedziała, psy przestały podskakiwać i puściły się w stronę domu. Po chwili rozległ się dziewczęcy głos i oczom kobiety ukazała się nastolatka.
- Dobry wieczór - przywitała się i spojrzała na gospodarza. - Tato, może pomogę?
- To moja Eliza. - Michał dokonał prezentacji. - A to pani komisarz z córką.
- Już o pani wszyscy piszą na Messie - oświadczyła dziewczyna.
- Wszyscy? - Gniewosz otworzyła bagażnik. - To znaczy kto?
- No... Wszyscy ze szkoły - odparła tamta. - Podobno dała pani po nosie Kacprowi, bo się czepiał Szymona, tak? - spytała i nie czekając na odpowiedź, ciągnęła dalej: - Bogusz na pewno by sobie poradził, ale najpierw przewróciliby parę stołów, więc...
- Bogusz? - Monika wyjęła pierwszą torbę.
- No ten chłopak, którego pani obroniła. To pizzeria jego rodziców. Jest fota na grupie klasowej.
- Moja? - Gniewosz znieruchomiała.
Ładnie się zaczyna - przemknęło jej przez myśl. Jutro będzie musiała spowodować, żeby jej zdjęcie zniknęło z sieci.
- Pani jest odwrócona plecami, spoko, mieliśmy zajęcia z policją na temat ochrony wizerunku i inne takie. Ktoś pstryknął "upadek" Kacpra. - Eliza ze śmiechem nakreśliła w powietrzu cudzysłów. - Niezłe wejście - rzuciła pochwałę pod adresem policjantki. - Jest fejm.
- Może porozmawiamy pod dachem? - przerwał dziewczynie ojciec, biorąc największą walizkę. - Z drugiej strony domu są schody na pierwsze piętro i wejście do waszego mieszkania.
Przywołane przez Elizę zdarzenie w pizzerii zadziałało jak katalizator i zanim wszystkie rzeczy zostały zaniesione do wynajętego lokum, nastolatki rozmawiały ze sobą, jakby znały się od lat. Kornelia odzyskała humor, a gdy córka gospodarza powiedziała kilka następnych pochlebnych słów pod adresem Moniki, Nela, zadowolona, uśmiechnęła się do matki, dając nie pierwszy raz dowód tego, że aprobata rówieśników ma dla niej pierwszorzędne znaczenie. Dziewczyny kontynuowały rozmowę również później, gdy Gniewosz i Dobrzyński usiedli w salonie starego domu, by napić się herbaty. Pochylone ku sobie, wpatrzone w wyświetlacze komórek, szeptały, co jakiś czas parskając śmiechem.
Monika poczuła, że się odpręża.
- Piękny przedmiot - zachwyciła się filiżanką wypełnioną aromatycznym naparem. - Musi mieć swoje lata.
- Ta akurat jest stylizowana - odpowiedział mężczyzna.
- Naprawdę? - Gniewosz przyjrzała się naczyniu z malowidłem przedstawiającym miniaturowy pejzaż. - Byłam pewna, że... Ale cóż, nie jestem specjalistką.
- Lokalny wyrób, mamy tutaj artystkę, która robi prawdziwe cuda z porcelany.
- Uwielbiam. - Policjantka przesunęła palcem po złoconym brzegu. - Zostało mi kilka drobiazgów po babci, pilnuję, żeby trwały w jednym kawałku jak najdłużej.
- To tak jak ja.
Przez kilka minut gawędziła z Dobrzyńskim na temat świeżo odkrytej wspólnej pasji do staroci, próbując pokonać ogarniające ją znużenie.
- Serio spacyfikowała pani Kacpra Ekielskiego? - Michał zmienił temat, a w jego oczach błysnęła ciekawość.
- Zanim poznałam jego personalia, przekazałam sprawę policjantce z patrolu, ale skoro wieść już się niesie, zapewne chodzi o niego - odparła Gniewosz, upijając kolejny łyk gorącego płynu i czując ciepło rozchodzące się po całym ciele. - To jakaś szczególna osoba, że tyle jest zamieszania wokół zwykłej interwencji?
- Syn miejscowego przedsiębiorcy i wspomnianej wcześniej artystki. Słyszała pani o firmie budowlano-remontowej Ekielskich? Wiodą prym w województwie, no i tworzą miejsca pracy, co powoduje, że wiele osób nie chce z nimi zadzierać - wyjaśnił i dodał po chwili wahania: - Nawet policja.
- Im też daje zajęcie? - Monika zmrużyła oko.
- Dokładnie nie wiem, ale coś jest na rzeczy, skoro szczeniak sobie pozwala i wszystkich straszy tatusiem.
- Rozumiem. - Gniewosz walczyła z sennością. - Czy jutro jest otwarty jakiś sklep spożywczy?
- Tak. Większość punktów handlowych to prywatna działalność, u nas nie znajdzie pani żabek i biedronek. Burmistrz zapowiedział, że dopóki będzie stał u steru, nie pozwoli, żeby sieci doprowadziły do ruiny lokalnych sprzedawców, bez względu na rodzaj branży. Już chyba niewiele takich miejsc w Polsce. - Zamyślił się na chwilę, po czym zaproponował: - Może panie wpadną do nas na śniadanie, przyjemniej będzie zacząć dzień z pełnym żołądkiem. Zjecie, a potem zrobi pani zakupy.
- Dziękuję, chętnie przyjmę zaproszenie, jeśli tylko pana żona nie będzie miała nic przeciwko gościom w niedzielny poranek. - Skorzystała z pretekstu, by dowiedzieć się czegoś więcej o gospodarzach.
Dobrzyński poszarzał na twarzy i skurczył się, jakby uszło z niego powietrze.
- Gabriela... - zaczął i zerknął w stronę nastolatek, które natychmiast wbiły wzrok w jego twarz, dając sygnał, że przeglądanie zawartości telefonów nie przeszkadza im w śledzeniu rozmowy dorosłych. - Moja żona... Ona zaginęła.
- Zaginęła? - Monika zmarszczyła brwi. Wyczuła napięcie w powietrzu, które nagle stało się jak naelektryzowane.
- Mama umarła, a jeśli żyje, spotkało ją coś złego - wtrąciła Eliza. - Niestety, nikt nie chce nam uwierzyć. - Oczy dziewczyny, przed chwilą błyszczące radością, wypełniły się łzami.
- Skąd wiesz? - Gniewosz przełączyła się na tryb "policjantka".
- Lizka, proszę... - padło z ust ojca.
- Ponieważ mama nigdy by nas nie zostawiła. - Jego córka wypowiedziała sakramentalne zdanie powtarzane przez członków rodziny zaginionych osób, przekonanych o swojej racji, wierzących w siłę więzi, powołujących się na przeczucia.
- Kto powiedział, że zaginęła?
- Policja. - Michał podjął wątek. - Trafili na jej ubranie i buty nad jeziorem. Myśleli, że utonęła albo popełniła samobójstwo, ale przeszukanie dna nic nie dało. Wymyślili więc, że upozorowała własną śmierć, odeszła i dobrze zatarła ślady. Szukaliśmy Gabrysi na różne sposoby, przez telewizję i organizacje charytatywne, ale bez rezultatu. - Popatrzył w stronę leżących przed kominkiem psów. Gniewosz podążyła za jego wzrokiem. Lola i Portos, przytulone do siebie grzbietami, spały w najlepsze w towarzystwie zwiniętego w kłębek białego kota.
- Kiedy to było? - spytała.
- W sierpniu, ponad dwa lata temu. - Wrócił do niej spojrzeniem.
Monika otworzyła usta, chcąc zadać mężczyźnie jeszcze kilka pytań, ale ugryzła się w język na widok płonących ciekawością twarzy piętnastolatek. Postanowiła odłożyć rozmowę na dogodniejszy moment. Spojrzała na zegarek i stwierdziła, że straciła poczucie czasu.
- Przepraszam, zasiedziałyśmy się okropnie, nie miałam pojęcia, że już tak późno. - Wstała, dając znak Kornelii.
- Nie ma problemu. - Dobrzyński z widoczną ulgą powitał odejście od tematu. - Śniadanie o ósmej to nie za wcześnie?
- Idealnie. Jeszcze raz dziękuję za gościnę. - Podeszła do drzwi i położyła rękę na klamce. - Mam nadzieję, że jutro pogoda będzie lepsza.
- Na pewno nie w najbliższych dniach. Proszę nie kierować się ogólnymi prognozami. Ze względu na położenie mamy w Pełni mikroklimat i u nas zawsze jest trochę inaczej niż w okolicy.
- Dobrze wiedzieć takie rzeczy - stwierdziła Monika.
Na zewnątrz wciąż padało, więc matka i córka, nie zwlekając, przebiegły na drugą stronę budynku, wspięły się po schodach i po chwili znalazły się w swoim nowym mieszkaniu. Lokum składało się z dwóch niewielkich sypialni, łazienki oraz kuchni połączonej z pokojem dziennym. Całość była urządzona w stylu dworkowo-wiejskim. Oryginalne, stare meble, narzuty, poduszki i lampy tworzyły niepowtarzalny klimat dawnych lat.
- Czuję się jak w sklepie z antykami. - Nela ziewnęła.
- To prawie stuletni dom, przypuszczam, że część wyposażenia została po wcześniejszych właścicielach - uznała Monika. - Jeśli pokoje w pensjonacie mają podobny charakter, wyobrażam sobie, jakie są piękne.
- Mam nadzieję, że jest tutaj internet, bo w abonamencie mam za mało, żeby...
- Jest.
- Uff, co za ulga. Mogę pierwsza się umyć? - Córka wyjęła z nierozpakowanej torby piżamę.
- Możesz - odparła matka i również postanowiła odłożyć na drugi dzień układanie rzeczy na półkach. Zmęczona, usiadła w fotelu i przez kilkanaście minut odtwarzała w myślach rozmowę z Dobrzyńskim, do czasu gdy Kornelia zwolniła łazienkę. Wtedy wzięła szybki prysznic i wsunęła się pod kołdrę. Ponieważ sen nie nadchodził, Gniewosz leżała na boku wpatrzona w ciemność. Nie mogąc przebić jej wzrokiem, wsłuchiwała się w odgłosy padającego deszczu oraz towarzyszące im skrzypienie, szuranie i stukot. W mieście zawsze można było liczyć na światła z cudzych okien lub blask latarni, które wydobywały z mroku kontury sprzętów. Tutaj, w gospodarstwie oddalonym półtora kilometra od rynku i otoczonym lasem, jedynym źródłem światła na zewnątrz był księżyc, jeśli wchodził w fazę pełni i nie zasłaniały go chmury, jak w tym momencie.
- Mamo... - Z drugiego pokoju dobiegł głos Neli. - Śpisz?
- Nie.
- Mogę do ciebie przyjść?
- Możesz. - Monika podparła się na łokciu, żeby zapalić lampę. Przesuwając palce po przewodzie, trafiła na włącznik, ale naciskanie go nic nie dało. - Żarówka się przepaliła - stwierdziła po chwili.
- Raczej w ogóle nie ma światła, bo u mnie nie działa kinkiet. - Córka, korzystając z latarki w telefonie, dotarła do łóżka matki.
- Jeszcze kilka minut temu wszystko było w porządku. - Gniewosz opadła na poduszkę. - To pewnie przez ulewę.
- Trochę mi tu dziwnie... Jakby ktoś chodził nad nami. - Kornelia podciągnęła kołdrę pod brodę.
- Tak żyją wiekowe domy. Lepsze to niż ryczący telewizor u sąsiadów. Przyzwyczaisz się i za kilkanaście dni już nie będziesz tego słyszeć.
- Mamo...
- Mhm?
- Czy mogłabym jednak nie chodzić do liceum, tylko do technikum gastronomicznego?
- Co? - Policjantka zwróciła oczy w stronę Neli, próbując dostrzec jej twarz w poświacie płynącej z wyświetlacza smartfona. - Przecież... - zaczęła i urwała. To nie była dobra pora na dyskusję i dociekanie, co takiego się stało, że córka nagle postanowiła zmienić profil szkoły. - Po pierwsze, wyłącz komórkę. Po drugie, pogadamy jutro po śniadaniu, dobrze? Przygotuj dobre argumenty, żeby mnie przekonać.
- Okej. Dobranoc - szepnęła dziewczyna i, otulona przez matkę, momentalnie usnęła.
Monika przekręciła się na drugi bok, zamknęła oczy i poczuła, że odpływa w niebyt.
* * *
We śnie znów była w warszawskim mieszkaniu. Po niespodziewanym uderzeniu, które sprawiło, że zatoczyła się na ścianę, chwyciła brzeg komody, żeby utrzymać równowagę, i zrzuciła na podłogę mosiężny świecznik. W pierwszej chwili chciała go podnieść, lecz gdy jej wzrok padł na nogi Wojtka, zrezygnowała. Za wszelką cenę musiała utrzymać pozycję stojącą. Poczuła w ustach smak krwi, policzek pulsował bólem. Dotknęła gorącej skóry, zdezorientowana, próbując zrozumieć, dlaczego nie wyczuła zagrożenia. Wtedy mąż wyciągnął ze szlufek spodni skórzany pas i wziął zamach. Monika zrobiła krok do tyłu, odruchowo unosząc przedramiona na wysokość twarzy. Smagnięcie dosięgło jej boku, a po chwili także ud i ramion. Krzyknęła, wtedy Wojtek szarpnął ją za włosy i pociągnął ku podłodze. Złapała go za ręce, kalecząc mu paznokciami skórę nadgarstka, na co zareagował przekleństwem i wbiciem pięści w jej brzuch. Gdy upadła, zaczęły na nią spadać uderzenia pasa. Przylgnęła plecami do ściany i przyciągnęła kolana do piersi. Jej błagania o litość oraz sapanie Wojtka zagłuszył przeraźliwy krzyk. Kornelia podbiegła do ojca i szarpnęła go za ramię. Mężczyzna, w pierwszej chwili zaskoczony, odwrócił się i wymierzył córce policzek. Dziewczyna, jak niedawno matka, zatoczyła się i upadła na fotel. Z jej nosa zaczęła lecieć krew.
- Nela! Uciekaj! - Monika podparła się na łokciu i chciała wstać.
Wtedy mąż ją kopnął. Poczuła kłujący ból w żebrach, zabrakło jej tchu. Gdy opadła z powrotem na posadzkę, Wojtek uklęknął i zaczął okładać ją pięściami. Przestała się bronić. Z trudem oddychała, dryfowała na granicy świadomości, było jej wszystko jedno. Gdy zamknęła oczy, on nagle przestał wymierzać razy. Odszedł gdzieś, lecz po chwili wrócił.
- Zabiję cię, dziwko - wysyczał, przyciskając do jej skroni lufę glocka. - Patrz na mnie, rozumiesz? Zabiję cię, ty głupia szmato.
Z trudem podniosła powieki. Wtedy on odłożył broń, chwycił dłońmi szyję żony, zagłębił kciuki w miękkiej tkance. Monika poczuła, że się dławi. Próbowała odepchnąć jego ręce, ale bez powodzenia. Gdy jej przedramiona opadły na parkiet, lewa dłoń musnęła pozostawiony pistolet. W ostatnim przebłysku świadomości objęła palcami chłodny metal i dotknęła spustu. Z wysiłkiem podniosła glocka i przyłożyła lufę do ciała męża.
* * *
Gniewosz obudziła się przerażona i dopiero po długiej chwili uświadomiła sobie, gdzie się znajduje i że nic jej nie grozi. Dotyk ściskających ją za gardło dłoni był tak realistyczny, że teraz konwulsyjnie łapała powietrze, a odgłos strzału wciąż brzmiał w jej uszach. Monika znów spróbowała zapalić lampę, po czym włączyła ekran telefonu i zerknęła na leżącą na wznak Nelę. Jej głowa była przekręcona na bok, a część twarzy zasłonięta falującym pasmem włosów. Identycznych jak matki. Policjantka wstała i poszła do kuchni napić się wody, przy okazji kodując w myślach, żeby nazajutrz przynieść z samochodu latarkę. Kilka minut później, już znacznie spokojniejsza, wróciła do łóżka.