6 stycznia, piątek, hotel Raquel, Stara Hawana, #106
6 stycznia, piątek, hotel Raquel,
\Stara Hawana, #106
Nie chce się skończyć ta noc rozpoczęta jakby przed wiekiem w ulewie na
Ludnej. Miota nami dziesięć godzin nad Atlantykiem. Powtarzam w myśli
słowa Stinga: I secretly enjoy rough plane rides. Pamiętam kiedyś nad
Afryką w burzy absurd spotkania z filmem Apollo 13. Czyj to w ogóle
był pomysł, by obrazy o katastrofie w przestworzach proponować
zalęknionym pasażerom? I tym razem więc nie serwuję sobie dodatkowych
wstrząsów. Wracam do filmu Prosto w serce. Hugh Grant, jako
has-been, przebrzmiały gwiazdor lat osiemdziesiątych, występuje z półplaybacku na rocznicach dawnych matur, w wesołych miasteczkach, na
rolniczych świętach. Żałosne to i godne jeno współczucia, czy pełne
uroku, bez pretensji? Gdy Mahler narzucił operze wiedeńskiej reżim
savoir-vivre'u, wbił publiczność we fraki, zakazał rozmów, przekąsek i figli, cesarz Franz Josef spytał:
"To muzyka jest tak poważną sprawą? Sądziłem, że ma po prostu dawać
ludziom radość".
Myślę o powadze muzyki. Dla wielu z nas potrafi być życiem całym.
Decyzja o każdej kolejnej nucie waży, jak ta o małżeństwie. A jednocześnie czyste szczęście obcowania z dźwiękiem. Próbuję te obrazy
dopasować do siebie, pogodzić obie wizje. Myślę o mamie, jej ostatnich
koncertach. O jej wdzięczności, że wciąż budzi dawno zgasłe uśmiechy na
twarzy rówieśników. Wzrusza aż po łzy. Przywołuje wspomnienia.
Ale myślę dziś przed świtem głównie o tacie. To jego urodziny. Mam pod
powiekami obraz, w pamięci brzmienie głosu, jasność, czułość. Wszystko w bursztynowym świetle. Kadry z jego ostatnich lat, miesięcy, tygodni, z ostatniej godziny wyparłem. Nie wędrują ze mną. Tylko czasami wraca
pamięć dotyku wyschniętej skóry. Chłód czoła, gdy gładzę je po raz
ostatni. Mówię wtedy do niego długo. Jesteśmy sami. Pogodny wrześniowy
poranek. Cisza szpitalnej kaplicy. Trzymam rękę na czole taty po raz
pierwszy od dzieciństwa i po raz ostatni w życiu. Jakbym był niewidomy.
Chcę, by dłoń zapamiętała kształt twarzy, układ zmarszczek, muśnięcie
rzęs, miękkość włosów na skroni. Czemu nie umiałem rozmawiać z nim
wcześniej? Lata powierzchowności naszej relacji, kiedy żyliśmy obok
siebie. Życzliwie, ale bez czułości, która przecież była we mnie zawsze.
I była wdzięczność za każdą chwilę dzieciństwa. Czemu stałem się niemy?
A potem bezradny wobec jego choroby. Niezdolny do głębokiej empatii.
Jego lekcja odchodzenia bez ani jednej skargi. Zapamiętana, ale czy
wyuczona?
Tata patrzy na mnie każdego dnia z paru fotografii na ścianach. Ale jak
patrzy? Z lękiem o moją przyszłość? Czy tam dostępne mu poznanie naszych
losów i wie już wszystko? Z troską? Z goryczą? Czy spełniłem jego
oczekiwania? Nigdy o nich nie mówił. Nie ujawniał swoich wobec mnie
ambicji. Uważał prawdopodobnie, że żyjąc w domu, który w miłości
stworzyli z mamą, niejako prawem osmozy nauczę się dobrego życia i to
wystarczy. Czy się nauczyłem? Może patrzy z tych fotografii z westchnieniem, że z nielicznych jego słabości powtarzam sumiennie
wszystkie.
Gabinet taty. Drzwi ze szkła. Do dziś, gdy odwiedzam mamę, w kryształowych figurach tych drzwi dostrzegam kształty ludzkich postaci.
Muzyka mojego dzieciństwa. Za tymi drzwiami słuchaliśmy z tatą płyt.
Mozart, Ravel. Do tej chwili bliscy. Do przeszłości należy dźwięk
maszyny do pisania. Tak zawsze mówiliśmy na ten przedmiot, bezdusznie.
Maszyna. Marki Erika. Tata miał dwie. Jedną z nich ofiarował mi, nim
skończyłem lat dwadzieścia. Żartowaliśmy wtedy z przyjacielem, że nasze
teksty, artykuły, pierwsze piosenki, zyskują przepisane na maszynie.
- Zależy od klasy maszyny! - powiedział któryś z nas.
Ale dźwięk najważniejszy. Dzień po dniu, zza kryształowych drzwi. Dziś
nie do przywołania. Może jedynie w muzyce filmu Joego Wrighta Pokuta.
Uderzenia klawiszy skomplikowanej konstrukcji, której mogliśmy używać
przy świecy, bez prądu. A to zdarzało się częściej, niż chcielibyśmy
pamiętać. Nie potrafię ułożyć porównania z żadnym innym dźwiękiem, bo na
myśl przychodzą ciosy w twarz, strzały z broni palnej. Tymczasem ta
maszyna - jakże piękny przedmiot, jeśli z czymkolwiek bliźniaczy, to
chyba jedynie z pierwszą lokomotywą - służyła tylko wymianie myśli.
Tata, prócz słów życzliwych, nie zostawiał innych na papierze.
Taśmy z tuszem. Zapach atramentu. Kalki. Ruch dłoni na - nie umiem
znaleźć słowa, wraz ze znikaniem przedmiotów i one giną - ruch dłoni na
koronce, by sięgnąć po gasnącą już terminologię ze świata starych
zegarków. Koronka obraca papier na wałku. Mięśnie mego przegubu,
nadgarstka, wciąż ten ruch pamiętają.
Erika śpi pod kołdrą kurzu w pawlaczu. Ruch nadgarstka, lżejszy,
bardziej subtelny, ale podobny, powtarzam, nakręcając każdego dnia
zegarki. Longines taty, ten z lat sześćdziesiątych, w mojej niewielkiej
kolekcji najcenniejszy. Noszę go rzadko, przechowuję niczym relikwię. W nim zapisane ciepło ojcowskiej skóry, rytm krwi, drżenie ciała, barwa
głosu. Wspólne historie człowieka i zimnego przedmiotu spisane z dziesięcioleci.
Tej nocy, nie wiem o której i jakiego czasu, gdy włączam się do
rachitycznej sieci hotelu, wiadomość od Marka Z., że zmarł jego tata.
Ostatni czas był trudny, ale i tak Marek, rok starszy ode mnie, był
blisko swego ojca siedemnaście lat dłużej niż ja. A będąc tym samym
znacznie dojrzalszy, mógł pielęgnować tę bliskość, mógł sięgnąć w głąb
ich relacji. Czy zrobił to, czy potrafił? Czy ja umiem rozmawiać z mamą
o tym, co naprawdę ważne? Także o lęku przed powolnym znikaniem, o sensie kończącego się życia, o spełnieniu i rozczarowaniu, o niewybranych ścieżkach nas obojga?
Jest siódma rano (w Polsce pora lunchu). Smuży się chmurna szarość zza
okiennic wysokich jak w gotyckim kościele. Gasną miodowe latarnie. Ktoś
ciągnie kosz na śmieci po bruku pustej ulicy. Głos kukułki. Szczęście.
"Błogosławić chwilę, jeżeli nie ma w niej bólu".
Po południu tego samego dnia
Po południu tego samego dnia
Paweł Hertz mówi, że każdy z nas nosi w sobie mapę podróży. Chce
zobaczyć to, czego wcześniej się nauczył. W wędrówce pragniemy porównać
obraz rzeczywisty z obrazami, które przekazuje tradycja naszej kultury.
Jakie wyobrażenia Kuby tkwią we mnie od lat, zaszczepione przez kino,
literaturę, muzykę? Jakie obrazy? Słowa? Dźwięki?
Andy García w finałowej scenie filmu Hawana, miasto utracone, na
pustej scenie nocnego klubu. I nagle z daleka dźwięk trąbki, puls
bongosów i skądś ten głos: Cuba linda, de mi vida, siempre te
recordaré. Piękna Kubo, życie moje, zawsze będę o tobie pamiętał... Scena
zapełnia się muzykami, tancerzami, zatraca w piosence Virgilia Martí.
Nie wiadomo: naprawdę? W wyobraźni? Wspomnieniu? Tęsknocie?
Obraz z książki Hinza. Świt w ogrodzie zoologicznym w Matanzas. Wpół
obłąkany z głodu podwładny Fidela szablą szlachtuje strusia. Biesiaduje
potem nad potrawką z ptaka wraz z liczną rodziną, nim przepadnie w więzieniu na lata.
Ry Cooder z synem Joachimem jadą motocyklem przez Malecón. Fale
wierzgają jak tabun białych koni. Łuszczy się pastelowy tynk starych
willi. Chmury wiszą nisko. Ulice opustoszałe jak po kataklizmie. Rudery,
ruiny, a w nich muzyka o zdumiewającym świetle. Film Wendersa Buena
Vista Social Club.
Zoé Valdés pisze o Hawanie: "jest zraniona jak pęknięte ziarno, albo
otarte kolano i nawet teraz, w całym swym cierpieniu, spieniona od ropy,
Hawana jest piękna jak dziewczyna spoliczkowana przez ojczyma. Jest
uwodzicielska jak przecięta skóra, którą zdobi krew, przemieniając ją w głęboką ranę otwartych warg sromowych". Jak nie łaknąć tego miasta po
takich słowach, jak do niego nie tęsknić?
Redford zakochany w Lenie Olin. Niczym Humphrey swą Ingrid w Casablance, Robert zostawia Lenę na Kubie z jej szlachetnym mężem
rewolucjonistą. Stoi samotny na plaży Florydy w ostatniej scenie filmu
Hawana: "Patrzę na południe, czekam, kogo stamtąd wiatr przywieje, w końcu to kraj huraganów".
Pieśń Guantanamera. Mieszkam od pół wieku przy stadionie Legii
Warszawa. Słyszałem pod oknami tę melodię (nawiasem mówiąc, nie rdzennie
kubańską, to stary romans Gerineldo z Estremadury) z każdym możliwym
do wyobrażenia plugawym tekstem.
Olśniewające świństwo prozy Gutiérreza. Jak zapomnieć otwierające zdanie
z Mistrzów i tchórzy: "Lubię się masturbować, wąchając sobie pachy".
Odwaga takiej inwokacji w książce poniekąd autobiograficznej.
Opowieści o dziewczynach Hawany. O tym, jak miłość i żądza posiadania
mieszają się w tropikach. Temat do namiętnych boleros, powód wielu
zbrodni w afekcie. To także Gutiérrez. U niego frazy najmocniejsze. Ale
i Mroziewicz bez reszty uwiedziony. Nawet Suchanow przez chwilę
tkliwieje na widok brunatnej dziewczęcej skóry. I Hinz się do hawańskiej
narzeczonej przyznaje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Parę słów o tej książce
Parę słów o tej książce
Moment. Iskra. Olśnienie. Światło błyskawicy. Próba uchwycenia w obrazie
i słowie chwili archetypicznego "pierwszego wejrzenia", które prowadzi
do miłości.
W epoce, gdy jeszcze słuchano płyt, były albumy, nad którymi należało
pracować lata. Tak tworzyliśmy z Anną Marią ID. Jednocześnie zdarzały
się projekty takie jak Haiku, nagrane w parę godzin. Tytuł oczywiście
zwiastuje obecność muzyków z Japonii, ale przede wszystkim mówi, że
niczym w tradycyjnej poezji haiku, doświadczymy mgnienia rzeczywistości.
To świat, który błysnął i minął, nim ktokolwiek zdążył dostrzec jego
bogactwo. Cud istnienia, objawiony na tę jedną chwilę, która zdarzyła
się raz tylko, od początku aż do końca czasu.
Podobnie z książkami. Nad Bielą pracowałem ćwierć wieku. Dal zajęła
cztery żmudne lata. Muzyka moich ulic to kronika dwóch sezonów w Lizbonie. O Wschodzie powstawała w długą pandemiczną zimę, wspomina
lata wędrówek i lektur.
Język polski zna wyśmienite tomy o Królowej Karaibów. Klementyna
Suchanow, Krzysztof Mroziewicz czy Krzysztof Jacek Hinz zostawili nam
wnikliwą analizę sytuacji polityczno-społecznej, opowiedzieli historię
Kuby, pochylili się nad złożonym losem jej ludu. Wystarczy sięgnąć na
półkę po ich znakomite prace. Ścigać się z nimi? Raz jeszcze mówić, co
już powiedziane? Wybrałem inną drogę.
Mógłbym nad książką kubańską trudzić się dekadę. Więcej: miałem taki
plan. Jeszcze nie wyjechałem z Kuby, a już tęskniłem. Planuję powroty,
póki sił mi starczy. Wielki Ernesto Bazan spędził na wyspie piętnaście
lat, fotografując każdego dnia, w zachwyceniu. Wciąż nie powiedział
wszystkiego, co zamierzał. Bo Kuba, niczym Paryż Hemingwaya, "nigdy nie
ma końca".
Stąd pomysł, by zatrzymać we wdzięcznej pamięci siłę pierwszego
zderzenia z urodą wyspy, jej mieszkańców, kultury, pejzażu. Dwadzieścia
parę dni, które nie powtórzą się nigdy. Tak patrzyłem wtedy na Kubę
zakochanym wzrokiem, tak myślałem o niej, o sobie, o świecie. Te, nie
inne, chłonąłem książki. Cierpliwy czytelnik będzie na chwilę moimi
oczami, zamieszka w mojej głowie. Być może nawet na moment wpół
świadomie stanie się mną. Z tego doznania na szczęście otrząśnie się z ulgą, niczym po gwałtownej ulewie.
To jest, jak i poprzednie tomy, opowieść obrazem. Decyduję się jednak po
raz pierwszy na publikację towarzyszących zdjęciom obszernych fragmentów
dziennika, który prowadzę z przerwami od 1979 roku. Cabrera Infante
mówił, że wszyscy fotografowie kłamią. Jaki przeto dziennik fotografa
sam chciałbym przeczytać? Szczery, przede wszystkim. Oto on zatem.
Dzielę się z Państwem historią intymną. Są w niej oczarowanie i zwątpienie, tkliwość i żar; współczucie, zazdrość, wstyd, złość i namiętność. A także parę innych uczuć, które łączy to, że wszystkie
ściśle człowiecze.
Z serca dziękuję mojemu przyjacielowi Kamilowi Rubikowi. Bez jego pomocy
ta podróż nie byłaby możliwa.
Marcin Kydryński,
Casa Café Mindelo #202, 24 lutego 2023
3 stycznia, wtorek, Wiejska
3 stycznia, wtorek, Wiejska
Jak zawsze przed wyjazdem myślę o fotografii. Sięgam po albumy z monochromatycznymi zdjęciami. Ważę w dłoniach leicę monochrom. Ale jak
uświęcone dziełem Webba Karaiby, ich kolory nierzeczywistej
intensywności, opowiedzieć w odcieniach czerni i bieli?
Długo oglądam Inferno Nachtweya. Myślę o obojętności świata. Naszej
obojętności. Ilu z nas sięga choć raz w roku po takie memento? Po tym
albumie, kronice ostatniej dekady XX wieku, mógłby nastąpić przełom.
Oczyszczenie. Opamiętanie. Niewykluczone, że sztuka nie powinna już być
możliwa. Jak po Zagładzie. Oto po raz kolejny dotknęliśmy krawędzi
człowieczeństwa. Tym razem w obecności Wielkiego Kronikarza Obrazem. To
opowieść o ostatecznym ludzkim upodleniu. Dowód, że Auschwitz niczego
nas nie nauczył. Może właśnie przez znikomą ilość obrazów? Może relacje
ocalonych nie wystarczą, bo ich potworność jest nieomal karykaturalna?
Niepotwierdzone obrazem, ich historie wydają się wyolbrzymione,
niemożliwe do zaistnienia.
Film Smarzowskiego o Jedwabnem ze stylizowanymi na dokument kadrami. A zatem tak to wyglądało! W upalny lipcowy poranek pielili łyżkami bruk na
rynku. Gdy czytam relacje z tamtego dnia, mam przed oczami płótna
Boscha. Nie. To odbyło się zupełnie zwyczajnie. W scenografii znanej
każdemu z nas. Wśród rekwizytów dnia codziennego. I twarze widzów w niczym od dzisiejszych nieodmienne. Pomysł reżysera, by narrację
poprowadzić w dwóch czasach równolegle - wtedy i dziś - a w obu sięgnąć
po te same oblicza.
Kiedy w osiemdziesiątą rocznicę szedłem z jedwabieńskiego rynku na
miejsce spalenia, czy ostatnią drogą ofiar w Radziłowie, wokół spokój
pól niezżętych jeszcze. Głosy ptaków. Pies zaszczeka. Kobiecina pranie
wywiesi. Chłop znad puszki piwa w przestrzeń się zagapi. Dzieciak na
rowerze grzecznie "dzień dobry" powie. Zwykli ludzie i wokół jedynie
zwyczajność. A więc tak to się odbyło. W zwyczajności właśnie. Nie w dekoracjach z Dantego i Boscha.
Stosunkowo niewiele fotografii z Zagłady objawia to, co nie do
wyobrażenia. Najwyraźniej nie wystarczyły jako przestroga. A czy
monumentalne dzieło Nachtweya czyni nas lepszymi? Może powinno być
szkolną lekturą?
Po fotografiach Amerykanina coś winno było się skończyć, odmienić.
Tymczasem przeciwnie. Jakby tamta dekada potworności była ledwie
szkicem, preludium, próbą generalną. A dopiero w wieku XXI, na
Manhattanie i w Iraku, w Afganistanie i na meksykańskim pograniczu, w Ukrainie i Sahelu, w udręczonych terroryzmem miastach Europy, w fawelach
latynoamerykańskich molochów i na wyspie Utoya ktoś krzyknął: "Kamera!
Akcja!".
5 stycznia, czwartek, lotnisko CDG, Paryż, bramka M29
5 stycznia, czwartek, lotnisko CDG, Paryż,
bramka M29
Ledwie parę godzin temu, w ulewie, uberem na Ludną 10 na ostry dyżur
dentystyczny. Wcześniej rozpacz, w łóżku miotanie się do północy,
węgliste scenariusze nadchodzących dni. W bólu, który wrzątkiem rozsadza
czaszkę, próbuję zmienić bilet powrotny na pojutrze. Każda godzina
cierpienia wydaje się nie do udźwignięcia. Truchleję.
- To się nie dzieje, to się nie dzieje - powtarzam tę mantrę, rozkopując
pościel. Za oknem północ. Zacina poziomy deszcz, zwiastuje cyklon o imieniu Axel. Ten moment, kiedy podrywam się z łóżka, ubieram w pośpiechu, przywołuję taksówkę, zmoczony wpadam do opustoszałej
lecznicy, prawie bełkocę, że ból, że lot.
- Podjął pan dobrą decyzję, ząb sam się nie wyleczy - mówi spokojnie
doktor Adam Bolc. Odrywam go od przeglądania wiadomości w popularnych
portalach. Igła z cementem w dziąsło. Parę ruchów pilnikiem w samym
rdzeniu kości. Usunięcie nerwu. Raptem dziesięć, piętnaście minut. Nad
głową zegar wskazuje pierwszą nad ranem. Za trzy godziny mam być na
lotnisku. A potem na końcu świata.
Spokój. Ulga. Myśl: w ostatniej chwili, ale zrobiłeś jedyny właściwy
ruch. Mam teraz w Paryżu siedem godzin. Próbuję pracować. Autoryzuję
wywiad dla "National Geographic". Jeszcze o Azji. Jak teraz mi to temat
daleki, niemal obcy. Piszę do całej drużyny koncertu Zupełnie Bossa.
Daję wskazówki, ale też proszę, by każdy znalazł dla siebie wygodne
miejsce w tym przedsięwzięciu.
Raptem pierwsze dni stycznia, dziecku można dać życie i powitać je na
świecie, nim zdarzy się ta muzyka na scenie gdańskiej filharmonii.
Czytam blog Yoani Sánchez. Odważna, uparta dziewczyna. Mieszka w Hawanie. Jest ostrym kamykiem w bucie rządowej propagandy. Dostrzega,
nazywa, piętnuje. 18 grudnia, u progu nowego roku, kreśli dla siebie
listę postanowień.
Nie zamierza wyjechać. Aż do dnia, w którym jej prochy rozsypią na Kubie
pod drzewem guawy. Policja polityczna nie przeszkodzi jej w doświadczaniu urody wschodów słońca, zapachu stokrotek romerillo i olśnieniu potęgą fal w Caleta de San Lázaro. To jej świat, jej obrazy,
jej miłość. Zamierza być szczęśliwa. Na Kubie, nigdzie indziej. Jej
szczęście bowiem nie zależy od klimatu politycznego. Prędzej od klimatu
tropiku, woni i piękna wyspy. Chce codziennie patrzeć w oczy swoich
kotów i psów. Znajdować w nich mądrość. Chce sadzić nowe rośliny.
Podlewać swe pomidory, dynie. Jeść sałatę hodowaną na balkonie,
dokładnie naprzeciwko ministerstwa rolnictwa, które na wyspie nie jest w stanie wyhodować niczego. I am happy because I breathe. Każdy oddech
jest cudem - pisze, zbliżając się do pięćdziesiątki. Un milagro.
Zrozumielibyśmy się.
29 grudnia, a więc przed tygodniem, Yoani podsumowuje miniony rok. Mrok
raczej - uważa. Jak to się stało, że Kuba, jej zdaniem, wali się w ruiny, choć nie prowadzi wojny ani nie doświadczyła kataklizmu? Winny
jest niepojęty, błędny upór, z jakim podtrzymuje się w jej kraju model,
który przez sześć dekad dowiódł swego oderwania od rzeczywistości. To
był rok ogromniejących kolejek po żywność. Rok pożegnań z ćwiercią
miliona migrantów. Rok, w którym zgasły nadzieje obudzone protestami 11
lipca 2021 roku, największymi, jakich doświadczyła porewolucyjna Kuba.
Zostały strach i milczenie. Tymczasem wielka demokratyczna przemiana
potrzebuje czegoś więcej niż cicha frustracja i kolejne porażki
protestujących. Trzeba siły młodych rebeliantów. Niech otworzą okna,
przewietrzą, pozwolą Kubie wyjrzeć na świat - pisze dziewczyna, którą
"Time" uznał za jedną ze stu najbardziej wpływowych postaci na Ziemi.
Kolejna rewolucja zdaje się zatem nieuchronna. Na jaki świat Kuba ma
otworzyć swe okna? Gdzie szukać mentora? W czyje pójść ślady? Nie widzę
idealnego kandydata.
Przeglądam swoje notatki z siedmiogodzinnego dokumentu Netflixa o dziejach wyspy w kształcie zielonego kajmana. Ostatnie sto dwadzieścia
lat to zamknięty krąg kolejnych dyktatur, przewrotów, klęsk, powstań,
przemocy. Prawidłowość, którą znam z Afryki, choć jest przecież
archetypiczna, szekspirowska. Każdy rewolucjonista nieuchronnie zmienia
się w tyrana. To kwestia czasu. Opinia Cabrery Infante, że ta wyspa
powinna nazywać się Infortunata.
Edu Miranda znajduje mnie mailem i pisze, że chętnie pograłby w Polsce
ze swoim trio chorinhos. Mistrz, obok de Holandy zapewne największy. Jak
mu znajdę publiczność dla jego mandolinowej wirtuozerii? Odpisuję, żeby
szukał zdolnej i pięknej dziewczyny, która coś zaśpiewa. Ten nadchodzący
rok. Chmury nad nim burzowe. Nie tylko na Kubie, w kraju huraganów.
Straszą epokowym kryzysem. Inni apokalipsą w wyniku eskalacji
ukraińskiego konfliktu. A ja tu o mandolinie. Ale jak żyć inaczej? Wobec
ogromu grozy i lęku dla mnie znaczenie ma kruchość, znikomość, wdzięk
tego instrumentu.