Mikun - Piotr Kościelny

-
Proszę czekać

1.

Wrocław, 8 marca 2018 r.

 

Mikun czuł, jak serce wali mu w piersi niczym młot, niemal rozsadzając żebra. W uszach szumiała mu krew. Świat wokół skurczył się do tego jednego łóżka, do szpitalnego zapachu chloru i potu, do czającej się w pobliżu śmierci. Jaskulska nie walczyła. Jej ciało, wyniszczone, podpięte do aparatury, która od tygodni pompowała w nią pozory życia, ledwo drgało. Delikatny, nieomal niezauważalny skurcz mięśni dłoni, którą wciąż trzymał, a potem nagły, urwany świst w piersiach. Tylko tyle.

Dociskał poduszkę, patrząc na białą poszewkę. Przed oczami miał twarze syna i żony. Wspomnienie tego, co zrobił Kupisz, sprawiło, że się zawahał. Cofnął rękę z poduszką. Zwyczajnie zabrakło mu odwagi. Ponownie popatrzył na twarz przyjaciółki. Wiedział, że nie może pozwolić, by maszyny bezdusznie podtrzymywały wegetację trupa, karmiąc go złudzeniami i przedłużając agonię. Musiał zrobić to, po co tu przyjechał. To nie było morderstwo. To była spłata długu. Ostatni akt pieprzonego miłosierdzia, na jaki było go stać. Lepszego prezentu na Dzień Kobiet nie mógłby jej dać.

Ponownie przyłożył poduszkę do twarzy prokurator Jaskulskiej i zamknął oczy. Minęła minuta, może dwie... Dla Mikulskiego czas przestał istnieć. Kiedy w końcu zabrał poduszkę, oblicze kobiety było spokojne jak blada maska. Odszedł człowiek, została cielesna powłoka.

Cofnął się o krok, czując, jak drżą mu kolana. Spojrzał na wiszący nad łóżkiem monitor. Linia życia była płaska, jednostajna. Urządzenie milczało, bo wcześniej wyłączył dźwięk.

- Śpij, mała - szepnął. - Nic już cię nie boli. Byłaś prawdziwą przyjaciółką. Chcę, żebyś wiedziała, że dorwałem tego skurwysyna.

Pochylił się i pocałował ją w czoło. Nie czekał na powrót zakonnicy, która go tu wpuściła. Szybkim krokiem ruszył w stronę wyjścia ewakuacyjnego na końcu korytarza. Minął salę, z której dobiegały podniesione głosy lekarzy ratujących życie innego pacjenta. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Nikt nie zapytał go, kim jest. W tym piekle każdy miał swoje własne zmartwienia.

Wyszedł na zewnątrz. Zimne marcowe powietrze wydało mu się ciężkie i lepkie od smogu. Wsiadł do stojącego za rogiem starego Passata i przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik Diesla zaklekotał głośno, rura wydechowa wypluła chmurę czarnego dymu. Wrzucił jedynkę i ruszył w stronę centrum. Czuł, że klamka zapadła. Przekroczył granicę, zza której nie ma już powrotu do normalnego świata. Zabił Zwierza, zabił Kuśnierza, a teraz skrócił cierpienie jedynej osoby, która jeszcze w niego wierzyła. Stał się potworem, by walczyć z potworami. W tym momencie liczył się już tylko Kacper Lipiński. Zło w czystej postaci. Mikun wiedział, że tacy jak on nie są w stanie przestać. Prędzej czy później chłopak popełni błąd. Zostawi ślad, poczuje głód krwi i zaatakuje ponownie. A wtedy on tam będzie.

***

Zgorzelec, 8 marca 2018 r.

 

Podkomisarz spojrzał na leżącą na blacie biurka wizytówkę. Podniósł ją dwoma palcami, jakby była skażona wąglikiem.

- Centralny Wydział Pościgowy - wymruczał pod nosem. - Czego wy, kurwa, szukacie w naszej dziurze?

Malinowski nie wyglądał na typowego urzędasa z Warszawy. Miał w oczach coś, co Zawadka widywał u starych, doświadczonych psów spędzających w kryminalnych za dużo czasu. To była bezwzględność wymieszana ze zmęczeniem materiału. Tacy ludzie nie przyjeżdżali na prowincję po to, żeby robić statystyki. Przyjeżdżali, gdy sprawa śmierdziała na kilometr, a kolejne trupy zaczynały układać się w makabryczną układankę.

- Komisarzu - Malinowski przerwał jego rozmyślania, bębniąc palcami o blat - akta. Czas ucieka, a Lipiński nie siedzi w miejscu i nie czeka, aż łaskawie go namierzycie. Ten chłopak to chodząca bomba zegarowa.

- Skąd to parcie Warszawy na pospolitego psychola? - Zawadka zmrużył oczy, wciąż nie ufając przybyszowi. - Zabił dziewczynę na stacji, potem tego fryzjera geja. Smutne, brutalne, ale u nas to chleb powszedni. Czym sobie zasłużył na asystę z samej komendy głównej?

Malinowski pochylił się nad biurkiem. Z jego twarzy zniknął cwaniacki, pewny siebie uśmiech. Zostały tylko zimne, szare oczy.

- Bo to nie są jego jedyne ofiary. A jeśli szybko go nie zatrzymamy, będą kolejne. On nie zabija dla pieniędzy czy z zazdrości. On zabija, bo sprawia mu to przyjemność. Rozumiesz? To czysty popęd. A z tego, co wiemy, w okolicy kręci się jeszcze ktoś, kto ma na niego cholerną ochotę. Ktoś, kto nie zamierza przejmować się kodeksem postępowania karnego.

Zawadka poczuł, jak po plecach przechodzą mu ciarki.

- O kim mowa?

Malinowski wstał, zapiął guzik marynarki i wyciągnął rękę po teczkę, którą podkomisarz położył na skraju biurka.

- Oficjalnie nic nie wiecie, Zawadka. A nieoficjalnie... módlcie się, żebyśmy to my pierwsi namierzyli Lipińskiego. Bo jeśli ten, o kim myślę, dopadnie go przed nami, Zgorzelec spłynie krwią w masakrze, jakiej to miasto jeszcze nie widziało.

***

Wrocław, 8 marca 2018 r.

 

Mrok o tej porze roku przypominał rzuconą na miasto brudną szmatę, nasączoną spalinami i dymem z tysięcy starych pieców kaflowych. Nadodrze śmierdziało palonym węglem, wilgocią z piwnic i zakorzenionym w murach strachem.

Mikun siedział w Passacie. Nie włączył ogrzewania. Szyby powoli zachodziły parą, odcinając go od świata zewnętrznego, ale on co chwilę przecierał lewy róg rękawem kurtki. Patrzył na podwórko. Trzy zniszczone kamienice sąsiadowały ze sobą pod kątem prostym, tworząc klasyczną studnię, w której każdy dźwięk odbijał się echem od ścian. Z nielicznych oświetlonych okien dobiegały odgłosy kłótni, płacz dziecka i monotonny bełkot telewizora. Świat kręcił się w swoim nędznym rytmie, zupełnie nieświadomy, że kilka kilometrów stąd w sterylnym pokoju hospicjum całkiem niedawno zatrzymał się czyjś czas.

Spojrzał na swoje dłonie. Wciąż czuł na nich fakturę szpitalnej poduszki. Przez chwilę wydawało mu się, że jego skóra pachnie śmiercią. Nie czuł jednak wyrzutów. Sumienie zostawił na przedmieściach Sarajewa, gdzie jako młody chłopak z misji pokojowej musiał patrzeć na to, co ludzie potrafią zrobić innym ludziom z czystej nienawiści. Tam dowiedział się, że humanitaryzm to luksus dla tych, którzy siedzą w ciepłych fotelach. Tam spotkał czyste zło. Szatana, który był odpowiedzialny za śmierć całej wioski. Tutaj, we Wrocławiu, po latach zło znowu dało o sobie znać. A on kolejny raz miał mu wyjść naprzeciw. Żeby wygrać, musiał mieć czysty umysł i dobrze przygotować się do walki. Nie mógł mieć niczego, co Szatan mógłby wykorzystać przeciw niemu. Syna i żony już nie miał. Zabrał mu je Kupisz. Jedynie Jaskulska była mu bliska. Skrócenie jej cierpienia było aktem odwagi, litości i miłości. To jednak była przeszłość. Teraz sam stał się potworem po to, by złapać większego potwora. Nie było już miejsca na litość.

Wyciągnął zza paska pistolet. Odsunął zamek o kilka milimetrów, żeby upewnić się, że mosiężna łuska siedzi w komorze. Kliknięcie było ciche, ale w jego uszach brzmiało jak wyrok. Schował broń z powrotem. Musiał myśleć jak Kacper Lipiński. Chłopak był młody, ale charakteryzował go ten specyficzny rodzaj sprytu, który pozwala drapieżnikom przetrwać w miejskiej dżungli. Nie miał pieniędzy na drogie hotele. Po ucieczce potrzebował miejsca, gdzie nikt nie pyta o dowód, gdzie za parę setek można dostać kąt do spania, a sąsiedzi mają za dużo własnych grzechów na sumieniu, by dzwonić na policję. Nadodrze, Trójkąt Bermudzki, to były naturalne rezerwaty dla takich jak on.

Mikun otworzył drzwi samochodu. Zimne powietrze uderzyło go w twarz, przynosząc chwilowe otrzeźwienie. Przerzucił pasek torby przez ramię i ruszył w stronę wyjścia z bramy. Stawiał kroki lekko, bezszelestnie. Przez lata służby oduczył się szurać butami. Kiedy przechodził obok lokalnego sklepu monopolowego, z którego wnętrza biło żółte, brudne światło, zauważył trzech dresiarzy stojących przy zardzewiałym śmietniku. Pili tanie piwo, rozmawiając półszeptem. Nie patrzył im w oczy. W takich miejscach wzrok utkwiony w twarzy drugiego faceta był zaproszeniem do tańca, na który Mikun nie miał teraz czasu. Idąc w cieniu kamienicy, skierował się w stronę ulicy Pomorskiej. Miał tam starego znajomego z czasów, gdy jeszcze wierzył w sprawiedliwość.

***

Marzec we Wrocławiu nie miał nic wspólnego z wiosną. Przez okno komendy przy ulicy Podwale sączyło się ołowiane, brudne światło, a o parapet bębnił zacinający deszcz ze śniegiem. W gabinecie wydziału zabójstw unosił się gęsty, gryzący dym papierosowy wymieszany z kwaśnym zapachem taniej kawy. Iwona Szulc stała oparta o ścianę, bezmyślnie wpatrując się w rozłożone na biurku zdjęcia z sekcji zwłok. Szeremeta siedział okrakiem na krześle, nerwowo stukając palcami w oparcie. Bojarski i Bielecki stali naprzeciwko siebie niczym dwa koguty na ringu; napięcie między nimi było fizycznie wyczuwalne.

- Ta sprawa jest szyta grubymi nićmi i doskonale o tym wiesz. Biały, poważnie uważasz, że Mikun byłby do tego zdolny? - spytał Bojarski, rzucając na stół teczkę z takim impetem, że spomiędzy kartek wysunęły się fotografie martwej Jaskulskiej. - Zrozum, że prokuratura chce mieć sukces na już. Media wywierają presję. Komendant trzęsie portkami przed główną. Ale my jesteśmy od szukania morderców, a nie kozłów ofiarnych!

Bielecki podszedł o krok bliżej.

- Kozłów ofiarnych? O czym ty mówisz? Mikun był na miejscu zdarzenia. Jego odciski są na klamce, jego DNA zabezpieczyli na oparciu łóżka. Zakonnice go widziały. Jest nagranie z kamery, jak kładzie poduszkę na jej twarzy. Czego jeszcze chcesz? Podpisanego oświadczenia ze stemplem notarialnym? Musimy przyznać, że Mikun się zmienił. Zabił Kupisza, a teraz Jaskulską.

- Chcę logiki! - wrzasnął Bojarski, a żyła na jego szyi nabrzmiała niebezpiecznie. - Mikun to jeden z nas. Ile razy z nim piłeś? Ile razy zarwałeś z nim noc, by wyjaśnić okoliczności czyjejś śmierci? To nasz człowiek, kurwa! Nie jakiś psychol.

Szeremeta uniósł głowę, zapalając kolejnego papierosa od niedopałka poprzedniego.

- Bojar ma rację - wtrącił cicho, a jego głos natychmiast uciszył obu adwersarzy. - Mikuna ktoś wrabia. Zobacz, trafił do psychiatryka na obserwację. Według kwitów nadal tam jest. Mając to na uwadze, powiedz, jak mógłby zabić Jaskulską?

Iwona Szulc, dotychczas milcząca, odwróciła się gwałtownie. Jej twarz była blada, a w oczach wściekłość mieszała się ze zmęczeniem. Od dwóch dni nie była w domu. Praktycznie nie spała. Ledwo zakończyła jedno śledztwo, a już szykowało się kolejne. Godzinę temu dowiedzieli się o śmierci skatowanej przez Zwierza prokurator. Wszystko przemawiało za tym, że zbrodni dokonał ich były kolega. Nie mogła w to uwierzyć, ale dowody były jednoznaczne.

- Słuchajcie, ja jestem tu najkrócej - odezwała się. - Wiem, że nie mam doświadczenia i czasem daję dupy... - Spojrzała na Szeremetę. - Oczywiście w przenośni. Mikun jest dla mnie jak ojciec. Uczył mnie wszystkiego, co wiem o tej robocie. Nie wierzę, że mógłby zabić Jaskulską. Przyjaźnili się.

- To jak wytłumaczysz nagranie? Jak wytłumaczysz jego paluchy? Jak wytłumaczysz zeznania zakonnic? - Biały bombardował ją pytaniami.

- Nie wiem. - Iwona pokręciła głową. - Kurwa, nie mam pojęcia. Wiem tylko jedno: cholernie to wszystko śmierdzi.

W pokoju zapadła głucha cisza. Słychać było jedynie szum starego komputera i bębnienie deszczu o szybę.

Bielecki rozparł się wygodniej i spojrzał na Iwonę.

- Masz rację. To nie tak, że uważam Mikuna za złego. Po prostu zdaję sobie sprawę, że tragiczna śmierć żony i dzieciaka może człowieka zmienić. Każdy inny by się załamał. Tymczasem on z zimną krwią zabił sprawcę. To nie jest normalne zachowanie.

- Mikun przypasował komuś na zabójcę Jaskulskiej. Ktoś go wrabia - stwierdził Bojar. - Jak go złapiemy, dostanie dożywocie albo dwadzieścia pięć lat, media odtrąbią sukces wrocławskiej policji, a prawdziwy skurwiel będzie dalej chodził po ulicach i szukał kolejnej ofiary.

Szeremeta podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz.

- Mamy do czynienia z kimś, kto doskonale wie, jak działamy - powiedział, nie odwracając się. - Ktoś celowo wrabia Mikuna. To jest ustawka. Rasowa ubecka szkoła.

- Ubecka szkoła? - Bielecki zaczął nerwowo chodzić po pokoju. - Szeremeta, nie dorabiaj teorii spiskowych do zwykłego zabójstwa. Nie ma znaczenia, czy Mikuna ktoś wrabia, czy nie. Na nagraniach jest on albo człowiek wyglądający identycznie jak on. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek wspominał o bracie bliźniaku, więc trzeba przyjąć założenie, że w jakiś magiczny sposób wydostał się ze szpitala na Kraszewskiego. Wyszedł i załatwił Jaskulską...

- Gówno prawda - przerwała mu Szulc. - Z całym szacunkiem, ale pieprzysz jak pobity. Zobaczysz, że wkrótce prawda wyjdzie na jaw.

Bojarski podszedł do Bieleckiego i położył mu ciężką dłoń na ramieniu. Bielecki chciał się odsunąć, ale uścisk kolegi był zbyt mocny.

- Posłuchaj mnie uważnie - zaczął Bojar. - Jeżeli teraz odpuścimy, jeśli klepniemy ten raport dla prokuratora, popełnimy ogromny błąd. Mikun jest jednym z nas i nic tego nie zmieni.

- Musimy szukać sprawcy morderstwa. Lubię Mikuna, ale jest robota do wykonania. Jeśli my nie będziemy go szukać, ktoś inny się tym zajmie. O ile prawdziwa jest teoria spiskowa mówiąca o tym, że ktoś wrabia Mikulskiego, grozi mu spore niebezpieczeństwo. Ktoś może chcieć go zlikwidować. Jesteśmy jego ostatnią szansą.

Bojarski patrzył na kumpla z wydziału zabójstw. Bielecki miał rację. Skakali sobie do gardeł, zamiast pomóc Mikunowi.

- Jeśli prokurator się zorientuje, że kopiemy pod jego oficjalną wersją, wyjebie nas stąd na zbity pysk - stwierdził Szeremeta. - Przeniosą nas do prewencji na Psim Polu albo wyślą na emeryturę. Oczywiście pod warunkiem, że nam jej nie odbiorą.

- To niech nas, kurwa, zwalniają - wtrąciła Iwona. - Będę broniła Mikuna jak niepodległości. Facet zasłużył na to, by stać za nim murem.

W pokoju zapanowała duszna, lepka cisza. Wszyscy wiedzieli, co to oznacza. Praca poza protokołem, ryzyko dyscyplinarki, a w najgorszym wypadku - zarzuty prokuratorskie za utrudnianie śledztwa. Wrocławski wydział zabójstw nie stawał wcześniej przed takimi wyborami, ale czasy się zmieniły.

Bojarski wciąż patrzył na Bieleckiego. Młody policjant oddychał ciężko ze wzrokiem wbitym w podłogę. Widać było, że toczy wewnętrzną walkę, w której perspektywa kariery ściera się z resztkami policyjnej uczciwości.

- No i co? - zapytał cicho Bojar. - Idziesz z nami czy piszesz notatkę dla komendanta, że starsi koledzy z wydziału zwariowali i sabotują śledztwo roku?

Bielecki milczał jeszcze przez dobrą minutę. W końcu podszedł do okna i uderzył pięścią w ramę, aż stara szyba zatrzeszczała. W zapadającej na zewnątrz szarówce bezlitośnie zacinał deszcz. Marzec we Wrocławiu potrafił zabić resztki nadziei.

- Jak muszkieterowie - powiedział w końcu. - Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. - Gdy się odwrócił, jego twarz była pozbawiona wcześniejszego strachu. - Musimy się pospieszyć. Mamy dzień, dwa, góra trzy. Jeśli do tego czasu nie znajdziemy twardego dowodu, że Mikun fizycznie nie mógł tego zrobić, albo nie wskażemy innego podejrzanego... będziemy musieli się poddać.

- To uczciwy układ. - Szeremeta skinął głową, gasząc papierosa w przepełnionej popielniczce. - Bojar, ty i Iwona jedziecie pogadać z zakonnicami. Musimy się dowiedzieć, kto zamontował ukrytą kamerę w pokoju Jaskulskiej. Trzeba też podjechać do psychiatryka i zapytać, jak to możliwe, że pacjent, przebywając na obserwacji, znalazł się na wolności.

- Jutro to załatwimy - powiedział Bojar.

- Czemu jutro?

- Bo w hospicjum na pewno jest teraz spore zamieszanie. Jak znam życie, siedzą tam prokuratorzy i wewnętrzni. A skoro mamy działać po cichu, lepiej nie rzucać im się w oczy.

- W sumie fakt. No to nie ma co kminić. Dzisiaj wszyscy do domu, a jutro zaczynamy łapać skurwieli, którzy chcą wpakować Mikuna w jakieś bagno.

Bojarski podszedł do szafy, ściągnął z wieszaka ciężką skórzaną kurtkę i narzucił ją na ramiona.

- Zima nie odpuszcza - mruknął, patrząc za okno. - A w mieście zaczyna cuchnąć trupami.

Po chwili drzwi gabinetu trzasnęły, jakby chciały zaakcentować, że właśnie przekroczyli granicę, zza której nie ma już powrotu.

***

Autostrada A4 w kierunku Wrocławia, 8 marca 2018 r.

 

Czarna Skoda Superb Malinowskiego pędziła lewym pasem, pożerając kolejne kilometry szarego asfaltu. Reflektory ksenonowe rozcinały mgłę, która zaczynała podnosić się z okolicznych pól. Komisarz Masztalerz siedział na fotelu pasażera, kurczowo trzymając się uchwytu nad drzwiami, gdy podinspektor wyprzedzał kolejną ciężarówkę z prędkością grubo przekraczającą zdrowy rozsądek.

- Zwolnij trochę - rzucił. - Jak się rozbijemy na tych dolnośląskich wybojach, to nie złapiemy ani Mikuna, ani tego gówniarza Lipińskiego.

Malinowski patrzył na drogę. Jego twarz, oświetlona błękitną poświatą deski rozdzielczej, wyglądała jak wykuta z kamienia.

- Nie mamy czasu na respektowanie przepisów ruchu drogowego - odpowiedział chłodno, nie zdejmując nogi z gazu. - Wiesz, kim tak naprawdę jest Mikulski? Znam go doskonale, nie musiałem przeglądać jego teczki personalnej z wojska ani z okresu pracy w zabójcach. To nie jest zwykły glina, który załamie się po śmierci żony i syna. To pierdolona maszyna. Facet ma za sobą szkolenia z dywersji i psychologii pola walki, a do tego instynkt, którego nie nauczą kursy w Szczytnie. Jeśli założył, że Kacper Lipiński ma zginąć, to chłopak jest już trupem. Pytanie tylko, czy zdążymy zabezpieczyć ciało, zanim Mikun zniknie z radarów.

- Wciąż nie ogarniam jednego. - Komisarz potarł zmęczone oczy. - Dlaczego tak nam zależy na Lipińskim? Rozumiem: potencjał na seryjnego, a w dodatku psychol. Ale żeby uruchamiać Centralny Wydział Pościgowy? Przecież wy się nie zajmujecie byle gnojkiem, który zadźgał fryzjera i zabił jakąś dziewczynę. Tutaj chodzi o coś więcej, prawda?

Malinowski milczał przez dłuższą chwilę. Wycieraczki z cichym piskiem zgarniały z przedniej szyby drobny marcowy deszcz.

- Lipiński to przynęta - odezwał się w końcu, a jego głos stał się cichszy, niemal grobowy. - Dzięki niemu namierzymy Mikuna.

- A czemu Mikun jest taki ważny? Przecież pomógł nam w załatwieniu Gurdaków.

- Mikun stał się niebezpieczny. Zabił Kupisza, zabił Gurdaka... Ma na koncie wiele osób. Sam wpisuje się w szablon seryjniaka.

- Poważnie? Będziemy teraz szukać psycholi w naszych szeregach? - Masztalerz zerknął na rozmówcę ze zdziwieniem.

- Uwierz mi, wolałbym go nie ścigać.

- Zawsze można pozwolić mu spieprzyć.

- I wziąć odpowiedzialność za to, co zrobi?

Masztalerz milczał przez dłuższy moment. W końcu rzucił:

- Jak już będziesz miał Mikuna na muszce, nie zawahaj się. Taka dobra rada.

***

Wrocław, 8 marca 2018 r.

 

Klub bilardowy Hustler mieścił się w piwnicy odrapanej przedwojennej kamienicy. Nad wejściem mrugał uszkodzony neon, z którego ocalały tylko litery "H", "E" i "R". Z wnętrza dobiegał jakiś hip-hopowy kawałek, ciężki bas mieszał się ze stukotem kul bilardowych. Mikun zszedł po stromych betonowych schodach i pchnął ciężkie, obite blachą drzwi. W środku było siwo od dymu tytoniowego, który mieszał się ze smrodem starej, przypalonej frytury. Przy stołach bilardowych stało kilku młodych chłopaków w sportowych bluzach, a za barem tkwił potężny łysy facet z blizną przechodzącą przez lewy policzek. "Siwy", żołnierz gangu Subtelnego, po ostatniej odsiadce postanowił stanąć za barem w klubie szefa. Został ojcem i nie chciał, żeby kiedyś dzieciak się go wstydził. Mikun to szanował. Sam przez całe lata chronił swojego synka przed wiedzą o tym, kim był i co robił w przeszłości. Na myśl o Wojtusiu poczuł, jak w gardle rośnie mu gula.

Podszedł do baru i wyjął z kieszeni papierosy. Siwy najpierw spojrzał na niego z rutynową wrogością, która jednak momentalnie ustąpiła miejsca zaskoczeniu, a potem wyraźnemu niepokojowi.

- Mikun? - wychrypiał, odruchowo sięgając pod ladę, gdzie prawdopodobnie trzymał broń albo bejsbola. - Co ty tu, kurwa, robisz? Przecież powinieneś siedzieć. Albo nie żyć. Słyszałem, że zajebałeś tego Zwierza. Ludzie mówią, że kompletnie ci odpierdoliło.

- Ludzie dużo mówią - odpowiedział spokojnie Mikun, opierając się o klejący blat. - A ty, Siwy, słuchasz niewłaściwych osób. Kiedy będzie Subtelny?

Barman rozejrzał się po sali. Kilku chłopaków przy stołach zawiesiło wzrok na przybyszu. Machnął ręką, dając im znak, żeby zajęli się grą.

- Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego, stary - szepnął, nachylając się nad barem. - Jesteś spalony. Gliniarze pewnie szukają cię w całym kraju, a ja nie mam zamiaru znowu trafić do pudła.

Mikun błyskawicznym ruchem złapał Siwego za materiał koszuli i przyciągnął do siebie. Twarz byłego gliniarza znalazła się zaledwie kilka centymetrów od gęby gangstera.

- Posłuchaj mnie uważnie, Siwy - syknął. - Nie mam czasu na pierdolenie. Pytałem o coś.

- Subtelny mi się nie tłumaczy. A ja nie chcę problemów. Mam syna i zamierzam się nim zająć. Puść...

Mikun zwolnił uścisk. Barman poprawił ubranie, łapczywie łapiąc powietrze. Spojrzał na Mikulskiego z wściekłością, ale nie bez strachu. Wiedział, że stojący przed nim człowiek nie ma już nic do stracenia. A ktoś, kto nie ma nic do stracenia, jest najbardziej niebezpieczną istotą na ziemi.

- Z tego, co wiem, nieźle namieszałeś w Lesznie - powiedział cicho Siwy, masując szyję. - Subtelnemu odbije się to czkawką.

Mikun pokiwał głową. Miał świadomość tego, że sprawa Gurdaków będzie miała ciąg dalszy. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia.

- Mikun!

Zatrzymał się na schodach, nie odwracając głowy.

- Byłem przy Subtelnym cały czas - powiedział barman. - Byłem wobec niego lojalny. Mogę go nawet nazwać swoim przyjacielem. Jeśli coś mu się przez ciebie stanie, wielu ludzi się wkurwi. Tolerowali cię, bo miałeś ochronę Subtelnego. Jeśli on zginie, twoje życie nie będzie już nic warte.

- Wiem - rzucił krótko i wyszedł na zimny deszcz.

Chwilę później zobaczył, jak w jego stronę idzie Subtelny. Uśmiechał się. W tym samym momencie na końcu ulicy dostrzegł powoli jadące BMW. Wiedział, co się zaraz wydarzy.

***

Skoda Malinowskiego z piskiem opon zatrzymała się przed szarym gmaszyskiem przy ulicy Podwale. Malinowski wysiadł i spojrzał na Masztalerza.

- Pamiętaj, co mówiłem - rzucił, zanim ruszył w stronę budynku.

Na korytarzu panował chaos. Policjanci biegali, telefony dzwoniły, a zapach taniej kawy mieszał się z wonią papierosów. Wiadomość o śmierci Jaskulskiej sprawiła, że w komendzie zawrzało. Dla wrocławskich gliniarzy zabójstwo pacjentki w stanie wegetatywnym przez byłego funkcjonariusza było wizerunkową katastrofą.

Podeszli do okienka dyżurnego i okazali legitymacje służbowe.

- Powiadomcie naczelnika wydziału zabójstw o moim przybyciu - polecił Malinowski.

Podkomisarz sięgnął po słuchawkę, a on odsunął się od okienka i spojrzał na stojącą przy ścianie kilka metrów dalej policjantkę. Miała źle dopasowany mundur. Za duża bluza wisiała na niej jak worek. Malinowski nie lubił takiego niedbalstwa. Już zamierzał do niej podejść i zwrócić jej uwagę, gdy zobaczył, że w ich stronę idzie dwóch mężczyzn. Pożegnali się i ten w starym, niemodnym od dekady garniturze podszedł do Malinowskiego.

- Panowie do mnie? - rzucił. - Nadkomisarz Marian Świderski.

- Tak. Podinspektor Malinowski, Komenda Główna Policji. Możemy porozmawiać na osobności?

- Jasne. Zapraszam do mnie.

W gabinecie naczelnika wydziału zabójstw Malinowskiemu rzuciła się w oczy duża tablica korkowa, do której przyczepiono dwa zdjęcia. Jedno przedstawiało Kacpra Lipińskiego, a drugie Mikuna.

- Musicie odwołać poszukiwania Mikuna - rzucił.

- Z całym szacunkiem, ale kto dał panu prawo do wydawania mi rozkazów? - zaoponował Świderski. - Od komendanta wojewódzkiego dostałem polecenie, by zatrzymać Mikulskiego.

- Minister spraw wewnętrznych i premier - odparł Malinowski. - Może pan zadzwonić do komendanta wojewódzkiego i poprosić, żeby skontaktował się z komendantem głównym. Sprawa znalezienia Mikulskiego ma priorytet. Jest numerem jeden na liście poszukiwanych - powiedział do Świderskiego.

Wiedział, że naczelnik tego nie zrobi. W gruncie rzeczy dawny przełożony Mikuna był zwykłym tchórzem, podobnie jak jemu podobni w większości komend w tym kraju. Malinowskiego nie przestawało dziwić, że władze, zamiast specjalistami, obsadzają takie stanowiska w myśl zasady BMW: bierny, mierny, ale wierny. Kiedyś liczył, że to się zmieni. A potem się przyzwyczaił. Przypomniała mu się policjantka z jednej z komend powiatowych. Kobieta nie miała żadnego doświadczenia, a mimo to ktoś zdecydował się powierzyć jej funkcję naczelnika wydziału kryminalnego. Chodziło o parytety. Malinowski nie miał nic do kobiet, uważał, że w policji też mają swoje miejsce. Jednak dla niego liczyły się przede wszystkim kompetencje, a nie to, co człowiek ma między nogami.

- Tak zrobię - powiedział naczelnik wydziału zabójstw ku jego zaskoczeniu.

***

Zimne krople deszczu spływały po twarzy Mikuna, zmywając resztki dymu tytoniowego, którym nasiąkł w piwnicy. Światła latarni odbijały się w kałużach, tworząc nieregularne lśniące plamy. Subtelny szedł pewnym krokiem z postawionym kołnierzem ciemnego płaszcza, jak zwykle elegancki i zdystansowany wobec otaczającego go brudu dzielnicy. Gdy zauważył Mikuna, uniósł lekko dłoń na powitanie.

W tym samym momencie czarne BMW na końcu ulicy gwałtownie przyspieszyło. Ryk podrasowanego silnika przeciął szum deszczu, a opony zapiszczały na mokrym asfalcie.

Mikun zamarł. Instynkt gliny, wyostrzony przez lata pracy na ulicy, zadziałał ułamek sekundy przed pojawieniem się racjonalnej myśli. To nie był przypadkowy samochód.

Okna od strony pasażera zaczęły się obniżać...

- Subtelny! Gleba! - wrzasnął, rzucając się do przodu i wyjmując broń.

Kolejne wydarzenia rozegrały się jak w zwolnionym tempie. Z wnętrza BMW wychyliła się czarna lufa pistoletu maszynowego. Ciszę nocy rozerwała długa sucha seria. Rozbłyski ognia na moment rozświetliły twarze zamachowców ukrytych za przyciemnianymi szybami. Subtelny nie zdążył właściwie zareagować. Odwrócił się tylko w stronę nadjeżdżającego auta, gdy pierwsze pociski uderzyły w ścianę tuż za nim. Kolejny trafił go w ramię. Siła uderzenia szarpnęła nim, ale utrzymał się na nogach. Sięgnął po broń. Z jego wozu, stojącego kawałek dalej, wyskoczyli dwaj ludzie i zaczęli strzelać do auta napastników. Mikun także opróżnił swój magazynek. Chwilę później ponownie załadował. Subtelny ukrył się za stojącym w zatoczce starym Mercedesem. Mikulski dopadł do niego sekundę później, gdy BMW minęło ich i z piskiem opon skręciło w najbliższą przecznicę. Sprawcy nawet nie wysiedli, żeby upewnić się, że robota została wykonana.

- W porządku? - spytał Mikun.

Oczy Subtelnego, zazwyczaj zimne i kalkulujące, teraz były przepełnione panicznym strachem.

- Kurwa mać... Próbowali mnie odjebać - powiedział, wstając z trudem.

Spojrzał na swoich ludzi biegnących już w jego kierunku.

- A wam za co płacę? - warknął.

Mikun też patrzył na dwóch mięśniaków. Obaj byli przestraszeni nie mniej niż ich szef.

- Domyślasz się, kto mógł za tym stać? - spytał Subtelnego.

- Boban, a kto?

- Nie wiem. Ostatnio chyba był między wami spokój.

- Ale zaczął robić kwasy. Rości sobie prawa do nowego terenu. Jak dzieliliśmy miasto, były tam pola. Teraz są bloki i chuj myśli, że to przejmie.

- Sądzisz, że to był powód?

- A co? - Subtelny spojrzał na swoich gangusów i polecił: - Rozejrzyjcie się, czy nikt więcej się nie czai w pobliżu. - Gdy odeszli, ponownie zwrócił się do Mikulskiego: - Myślisz, że to ma jakiś związek z Lesznem? Przecież pały wszystkich zawinęły. Zginął Andre. Z tego, co słyszałem, Góral śpiewa jak ta lala i dzięki temu chce dostać mniejszy wyrok. W światku jest już spalony.

- No właśnie. Nie daje ci to do myślenia?

- Co chcesz powiedzieć?

- Ktoś chce wykorzystać sytuację, żeby zająć twoje miejsce.

Obaj wiedzieli, co się działo. Ktoś z grupy Subtelnego zamierzał przejąć władzę.

- Szczerba... - powiedział po chwili boss mafii, jakby dopiero teraz to do niego dotarło. - Zapierdolę go...

- Spokojnie - przerwał mu Mikun. - Uważam, że powinieneś zniknąć. Na kilka dni. Przynajmniej.

Subtelny pokręcił głową.

- Ktoś chce mnie odpalić, a ja mam jechać na Barbados? Nie mogę.

- Rozumiem. Weź jednak pod uwagę, że nie masz pojęcia, kto z nim działa. Może dogadał się z Bobanem, że wyczyści teren pod późniejsze wspólne interesy. Może ma za sobą większość twoich ludzi. Nie wiesz, na kim możesz polegać.

Mikun wyjął z kieszeni papierosy i skierował paczkę w stronę gangstera. Obaj przez chwilę palili w milczeniu.

- Pomogę ci ogarnąć temat - powiedział w końcu były policjant.

- Ty, glina z zasadami, będziesz pomagał gangusowi? - zdziwił się Subtelny.

- Przyjacielowi. Tak jak ty pomogłeś mi dostać się do grupy Górala, żeby dorwać psychola, tak ja pomogę ci... przeżyć.

***

Malinowski szedł za Świderskim do gabinetu komendanta wojewódzkiego. Podinspektor był zaskoczony odwagą naczelnika wydziału zabójstw. Dotychczas mało kto zdecydował się na taki krok.

- Komendant na nas czeka - rzucił Świderski do sekretarki, gdy stanęli przed gabinetem Gębary.

- Momencik - powiedziała kobieta i sięgnęła po słuchawkę.

Malinowski rozejrzał się po pomieszczeniu. Ściany zdobiły reprodukcje starych obrazów. Podobał mu się ten wystrój. W komendzie głównej nie eksponowano dzieł sztuki - wisiały tam stare fotografie przedstawiające radiowozy z różnych okresów pracy policji.

- Pan inspektor zaprasza - powiedziała sekretarka, wskazując na drzwi.

W gabinecie za dużym drewnianym biurkiem siedział komendant wojewódzki.

- Komisarz Świderski powiedział, że przyjechali panowie ze stolicy i domagają się od niego czegoś, czego nie może zrobić - powiedział bez zbędnych wstępów.

- Tak. Przejmujemy sprawę komisarza Mikulskiego.

- Na jakiej podstawie?

- Komisarz zabił kolejną osobę. Istnieją wszelkie przesłanki, by jego poszukiwaniem zajął się Centralny Wydział Pościgowy.

- To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

- Może pan, inspektorze, skontaktować się z komendą główną i wyjaśnić tę sprawę. Ja działam na podstawie poleceń wydanych mi przez mojego przełożonego. Mam za sobą ministra spraw wewnętrznych.

- Nie interesuje mnie, kogo gdzie pan ma. Dla mnie najważniejsze jest wyjaśnienie okoliczności śmierci prokurator Jaskulskiej.

- Z tego, co mi wiadomo, za jej śmiercią też stoi Mikulski. Czy może się mylę? - spytał prowokacyjnie Malinowski.

Gębara uśmiechnął się pod nosem.

- A z tego, co mi wiadomo, oficjalnie Mikulski przebywa w szpitalu przy Kraszewskiego na obserwacji psychiatrycznej. Może mi pan wytłumaczyć, jak to się stało, że znalazł się na wolności i udusił poduszką panią prokurator?

- Nie mam pojęcia. To pański teren, inspektorze - powiedział spokojnie Malinowski.

Gębara poczerwieniał.

- Wyjaśnimy wszystkie okoliczności. Z góry muszę panów jednak poinformować, że nie przekażemy żadnych materiałów dotyczących śledztwa, dopóki nie otrzymam wyraźnego polecenia. Tyle mam panom do powiedzenia na ten moment.

Malinowski wyciągnął z kieszeni komórkę. Wybrał jakiś numer i włączył tryb głośnomówiący.

- Po co te gierki? - mruknął Gębara.

- Słucham? - W słuchawce rozległ się głos komendanta głównego policji nadinspektora Zaborowskiego.

- Dzień dobry, panie komendancie. Malinowski z tej strony.

- Co tam, Malinowski?

- Jestem właśnie w gabinecie komendanta Gębary. Wyjaśniam szczegóły przejęcia śledztwa w sprawie komisarza Mikulskiego.

- I w czym problem?

- Inspektor Gębara ma wątpliwości dotyczące podstawy prawnej przejęcia przez nas materiałów. Tłumaczyłem, że komisarz Marek Mikulski, zabijając kolejną osobę, stał się niebezpiecznym przestępcą i w związku z tym jego odnalezieniem i doprowadzeniem przed oblicze wymiaru sprawiedliwości będzie się odtąd zajmował wydział pościgowy.

- Dobrze. Róbcie, co trzeba, Malinowski. A ja sobie wyjaśnię temat z komendantem Gębarą. Bez odbioru.

Malinowski się rozłączył i spojrzał na Gębarę.

- Dzwonić do wiceministra Skrzypka czy może od razu do ministra Milewskiego?

- Nie ma takiej potrzeby. - Inspektor sięgnął do szuflady i wyjął z niej paczkę papierosów. Zapalił jednego, wydmuchnął dym pod sufit i dodał: - Jestem przekonany, że pańska buta zaprowadzi pana na samo dno, podinspektorze. Robi pan sobie wrogów.

- Niech się pan o to nie martwi - odparł Malinowski.

- Ja się o pana nie martwię. Mam świadomość, że służba jest pełna ludzi, którzy chcą do celu dojść po trupach. Czy to dobra droga, tego nie oceniam. Wiem jednak, że z takimi jak pan nie chcę mieć do czynienia.

Malinowski wstał z miejsca i spojrzał na Świderskiego.

- Czekam na materiały, komisarzu - rzucił i skierował się w stronę drzwi.

Wiedział, że właśnie zyskał kolejnego wroga.

***

- Dobra, to jaki jest plan? - spytał Subtelny, krzywiąc się z bólu. Jego głos był matowy, pozbawiony zwyczajowej pewności siebie.

Mikulski popatrzył na niego chłodno. W swojej karierze widział niejednego twardziela, który pękał, gdy grunt zaczynał mu się palić pod nogami. Podobnie było teraz.

- Musisz zniknąć. Masz jakąś metę? - rzucił krótko. Wiedział, że nie ma czasu na dyplomację.

- We Wrocku czy poza nim?

- Najlepiej poza. Tutaj każdy cieć sprzeda cię za działkę fety albo parę stów.

Gangster się zawahał, jakby ważył, ile może wyjawić byłemu gliniarzowi. W jego świecie zaufanie było towarem luksusowym, na który mało kogo było stać. W końcu machnął zdrową ręką.

- Mam burdel w Karpaczu.

Mikun zamarł z papierosem w połowie drogi do ust. W końcu się zaciągnął, wypuścił gęstą chmurę dymu i zmierzył wzrokiem faceta, którego mimo wszystko uważał za przyjaciela. Chociaż w realiach, w jakich przyszło im żyć, słowo "przyjaciel" brzmiało jak ponury żart.

- Stręczeniem też się trudnisz? - mruknął.

- Robota jak każda inna. Żaden hajs nie śmierdzi, Mikun.

- Może i tak. Tylko że to nie ty wypinasz dupsko.

Subtelny wyszczerzył zęby. Przez chwilę wyglądał jak dawny boss wrocławskiego półświatka, a nie zwierzyna łowna. Radość trwała jednak krótko. Nagle syknął z bólu, łapiąc się za przestrzelone ramię. Krew zabarwiła drogą skórzaną kurtkę na ciemny, niemal czarny kolor.

Mikun skierował wzrok na wejście do klubu. Kilkanaście metrów dalej, w cieniu betonowego zadaszenia, stało dwóch goryli Subtelnego. Pakerzy w dresach, z karkami szerszymi od głów, rozglądali się nerwowo. Obok nich tkwił Siwy. Rozmawiał z kimś przez komórkę, machając wolną ręką i co chwilę popatrując w ich stronę. Mikulski poczuł, jak w żołądku skręca mu się lodowaty supeł. Wieloletnia praca w Wydziale Zabójstw Komendy Wojewódzkiej Policji wyrobiła w nim szósty zmysł. Intuicję, która do tej pory trzymała go przy życiu.

Jesteśmy w czarnej dupie, pomyślał.

Wiedział to z absolutną, przerażającą pewnością. Nie mogli ufać już nikomu. Skoro w hermetycznej strukturze grupy Subtelnego doszło do rozłamu, to znaczyło, że lojalność straciła rację bytu. Kupić można było każdego. Kwestią do dyskusji była tylko cena lub wielkość przystawionego do skroni pistoletu. Siwy mógł właśnie nadawać ich pozycję ludziom, którzy kilka minut temu próbowali ich zabić. W tym bagnie każdy, kogo Subtelny uważał za swojego człowieka, mógł okazać się katem, który tylko czekał na odpowiedni moment, by zarobić na ich śmierci.

***

Agnieszka Kołtuń westchnęła ciężko. Marzec w tym roku był wyjątkowo parszywy. Za oknem jej mieszkania świat wyglądał jak stary, czarno-biały film. Błoto pośniegowe mieszało się ze smogiem, a z ołowianego nieba niemal bez przerwy sączyła się lodowata mżawka, która wnikała za kołnierze przechodniów. Wiatr dudnił w nieszczelne ramy okienne, wdzierając się do pokoju nieprzyjemnym chłodem.

Siedziała przy stole nad stygnącą herbatą i obracała w palcach niewielki kartonik. Pocztówka przyszła pięć dni temu. Z Drezna. Krótkie pozdrowienia i obietnica, że wkrótce się zobaczą. Podpisano: Kacper.

Przejechała kciukiem po gładkim papierze. Od czasu, gdy Marek okazał się zwykłym skurwysynem i zdradził ją z jej najlepszą przyjaciółką, Agnieszka zamknęła się na świat. Faceci przestali dla niej istnieć, a zaufanie stało się luksusem, na który nie mogła sobie pozwolić. Mimo to tamta noc zmieniła wszystko. Młody chłopak, który postanowił ją pocieszyć, zostawił w jej umyśle ślad, którego nie potrafiła zatrzeć. Zakochać się w kimś, kogo widziało się raz w życiu? Gdyby usłyszała taką historię od koleżanki przy winie, parsknęłaby śmiechem. W prawdziwym świecie nie ma miejsca na takie bajki.

A jednak łapała się na tym, że w kółko przywołuje w pamięci jego uśmiech. Jego magiczne oczy... Kiedy zniknął i zerwał kontakt na długie miesiące, czuła wściekłość. Pierwsza myśl była prosta, podszyta zranioną dumą: zabawił się, zaliczył ją i zostawił. Dopiero z czasem, gdy emocje opadły, w jej głowie pojawiła się inna wersja. Może po prostu chciał dać jej czas? Czas na poukładanie całego tego syfu, na uprzątnięcie emocjonalnego gruzowiska, które zostawił po sobie Marek. Przez wszystkie te miesiące każdy dźwięk powiadomienia sprawiał, że jej serce przyspieszało. Łudziła się jak nastolatka, sprawdzając telefon przy każdym rozbłyśnięciu ekranu. Martwiła się, tęskniła, a jednocześnie nienawidziła siebie za tę słabość. W końcu nadzieja umarła. Agnieszka przywykła do bolesnej myśli, że to była tylko jednorazowa przygoda, nic poważnego. A teraz patrzyła na Drezno na widokówce i wszystko odżyło. Szok mieszał się z dziwnym, dawno zapomnianym rodzajem radości.

Odłożyła kartkę i oparła podbródek na dłoniach, patrząc na zamglone okno. W głowie miała gonitwę myśli. Dlaczego Niemcy? Praca? Czy wyjechał na stałe? Pytania mnożyły się bez końca, ale gdzieś pod warstwą życiowego cynizmu zaczęło kiełkować coś nowego. Odliczała dni. W myślach już widziała tę scenę. On stanie przed nią, uśmiechnie się, tak jak tylko on potrafi, i powie po prostu: "Cześć". A ona za ten jeden uśmiech wybaczy mu każdy dzień milczenia.

***

Neon Hustlera zamigał wściekle, po czym zgasł, pogrążając ulicę w półmroku, rozświetlanym jedynie przez odległą latarnię przy skrzyżowaniu. Mikun nie zamierzał czekać, aż Siwy skończy swoją tajemniczą rozmowę. Złapał Subtelnego za zdrowe ramię i pociągnął w stronę zaparkowanego kawałek dalej starego, poobijanego Passata. Samochód pożyczony od dilera wyglądał jak złom, ale miał jedną niezaprzeczalną zaletę - nie rzucał się w oczy.

- Wsiadaj i nie jęcz - mruknął, otwierając drzwi od strony pasażera.

Gangster zwalił się na fotel z ciężkim stęknięciem. Wysłużona skórzana tapicerka zatrzeszczała pod jego ciężarem. Z rany na ramieniu wciąż sączyła się krew, zostawiając ciemne plamy na materiale kurtki.

Mikun obszedł wóz, usiadł za kółkiem i przekręcił kluczyk w stacyjce; silnik zakaszlał, jęknął, aż w końcu zaskoczył. Wrzucił bieg i ruszył powoli. W lusterku wstecznym widział, jak Siwy chowa telefon do kieszeni i patrzy w ich stronę. Mikulski wiedział, że wkrótce w mieście rozpęta się piekło, a on i Subtelny staną się celem nasłanych na nich cyngli.

Wrocław nocą przypominał potwora, który pożera własne dzieci. Ulice były puste, jeśli nie liczyć pojedynczych zataczających się cieni, taksówek i radiowozów patrolujących obrzeża śródmieścia. Mikun jechał bocznymi drogami, omijając główne arterie i kamery miejskiego monitoringu. Nie kierowali się do Karpacza. W tym stanie Subtelny ciężko zniósłby dwugodzinną trasę. Poza tym podróżowanie z krwawiącym gangsterem, podczas gdy samemu jest się poszukiwanym, było biletem w jedną stronę - do celi albo do piachu.

- Dokąd jedziemy? - wycharczał gangus. Twarz miał szarą, a na czole perliły mu się krople potu.

- Tam, gdzie można się ukryć. Mam takie dyskretne miejsce na Hubach. Mały hotelik, którego właściciel nie pyta o dowody osobiste, jeśli dostanie w łapę odpowiednią ilość gotówki.

- O to się nie martw. Kasę mam.

- Nie martwię się.

- Mikun...

- No?

- Dzięki. Ocaliłeś mi dupsko. Po raz kolejny.

- Przestań. Ile się znamy? Trzydzieści lat? Więcej?

- No jakoś tak, może więcej.

- I pomimo że jesteśmy po dwóch stronach barykady, nigdy nie wchodziliśmy sobie w drogę. Każdy z nas znał zasady. Ja nie skurwiłem się dla ciebie, a ty nigdy nie zaproponowałeś mi, żebym się skundlił. To ważne. Jeśli wiedziałbym, że kogoś zabiłeś, dorwałbym cię. Zasady.

- A komu one potrzebne?

- Mnie. Nam. Ludziom, którzy mają jeszcze jakiś honor.

- Dla jednych ważny jest honor, dla drugich honorarium.

- Bywa i tak.

W końcu zatrzymali się na tyłach odrapanej kamienicy, w której mieściły się pokoje gościnne. Mikun pomógł Subtelnemu wysiąść, zarzucając sobie jego zdrowe ramię na kark. Weszli przez tylne skrzypiące drzwi. Recepcjonista, facet o twarzy pooranej bruzdami i oczach mętnych od wódki, spojrzał na nich tylko raz. Mikulski popatrzył na Subtelnego i sugestywnie potarł palce. Gangster wyciągnął z kieszeni spodni garść zmiętych banknotów i rzucił je na blat. Mikun wziął dwieście złotych i przesunął w stronę recepcjonisty.

- Klucz do trójki. I nikogo tu nie było. Jasne?

Cieć schował pieniądze do kieszeni szybciej, niż kobra atakuje swoją ofiarę. Bez słowa podał ciężki, mosiężny klucz.

- Podziękował - rzucił Subtelny i uśmiechnął się nieznacznie.

Pokój śmierdział stęchlizną, wilgocią i tanim odświeżaczem powietrza o zapachu lasu. Podłoga z linoleum lepiła się do butów. Mikun ostrożnie pchnął Subtelnego na trzeszczące łóżko z wytartą tapicerką, a sam wrócił na parking. Z Passata zabrał apteczkę samochodową i skierował się z powrotem do ich lokum.

- Zdejmuj tę kurtkę. Tylko ostrożnie - polecił, siadając na taborecie naprzeciwko gangstera.

Subtelny syknął, gdy materiał oderwał się od zaschniętej krwi. Rozdarł koszulę, odsłaniając ranę. Kula trafiła w mięsień naramienny. Na szczęście przeszła na wylot, rozrywając tkankę, ale omijając kość i główne arterie. Mimo to rana wyglądała paskudnie. Postrzępione brzegi skóry były sine, a dookoła wykwitał już ogromny fioletowy krwiak.

Marek wyciągnął z apteczki gazę, bandaż i wodę utlenioną. Przez chwilę patrzył na ranę. W końcu sięgnął po leżące na stole banknoty, które Subtelny rzucił tam po wejściu do pokoju.

- Czekaj tu - polecił.

- Nie planuję się nigdzie ruszać.

Mikun zszedł do recepcji. Położył banknot na blacie i powiedział:

- Potrzebuję butelki nafty.

Recepcjonista popatrzył na pieniądze i uśmiechnął się. Sięgnął po banknot, a chwilę później wyciągnął spod blatu butelkę taniej wódki. Mikulski zgarnął ją i wrócił na górę.

- Będzie boleć - ostrzegł, odkręcając nakrętkę.

- Dawaj, kurwa. Widziałem gorsze rzeczy... - Subtelny zacisnął zęby.

Mikun bez ostrzeżenia wylał alkohol prosto na otwartą ranę. Gangster naprężył się jak struna, z jego gardła wydobył się stłumiony ryk, a palce zdrowej dłoni wbiły się w obicie łóżka tak mocno, że to aż zatrzeszczało. Jego ciałem wstrząsnęły dreszcze, ale nie zemdlał. Mikulski sprawnie przyłożył do rany grubą warstwę gazy i zaczął ciasno owijać ramię bandażem. Robił to z mechaniczną precyzją. Naoglądał się w życiu zbyt wielu postrzałów, żeby robiło to na nim jakiekolwiek wrażenie.

- Dobra, będziesz żył - stwierdził, siadając głębiej na taborecie i zapalając papierosa.

Rzucił paczkę Subtelnemu. Ten wyciągnął jednego zdrową ręką, a Mikun podał mu ogień.

- A teraz gadaj. Pewnie całą drogę kminiłeś, kto z twoich ludzi mógł za tym stać? Ja obstawiam Szczerbę.

Subtelny zaciągnął się głęboko i wypuścił dym nosem. Jego oczy powoli odzyskiwały dawny drapieżny blask, teraz dodatkowo podsycany wściekłością.

- Szczerba raczej nie. To głupi mięśniak, ale jest lojalny. Młody. To musi być Młody - wycharczał. - Ten gnojek od dłuższego czasu obrastał w piórka. Myślał, że jak ogarnął nam przemyt fety z Czech, to zjadł wszystkie rozumy.

- Nie znam Młodego.

- Nie każdego znasz. Wcześniej w grupie był jego wujek. Brat matki. Kojarzysz Schaba?

- No. Z tego, co wiem, siedzi we Wronkach.

- Stare info. Zmarł z nadmiaru żelaza. Dostał kosę na spacerniaku.

- Cóż, bywa.

Przez chwilę palili w milczeniu. W końcu Mikun zgasił papierosa w starej wyszczerbionej popielniczce i spojrzał na gangstera.

- A Siwy? - spytał.

- Siwy to chorągiewka. Niby chciał się ustatkować, bo dzieciak mu się urodził, ale teraz to mi nie pasuje. Kurwa, za długo go znam. Siwy pójdzie za tym, kto ma większy portfel albo większą spluwę. Jeśli Młody chce przejąć władzę, to Siwy już gra w jego drużynie. Dlatego tak namiętnie nawijał przez telefon przed klubem. Niewykluczone, że wystawił nas jak kaczki.

Mikun wstał, podszedł do okna i delikatnie odsunął brudną firankę. Ulica na dole o tak późnej porze oczywiście była pusta, ale w jego dawnym fachu paranoja była najlepszym przyjacielem człowieka.

- Jeśli Młody ma za sobą większość twoich żołnierzy, to jesteś bankrutem, Subtelny - stwierdził, nie odwracając się. - Na mieście nikt palcem nie kiwnie, żeby ci pomóc. Dla nich jesteś trupem. A jak do gry wejdzie Boban, zacznie się regularna wojna.

- Jeszcze nie zdechłem - warknął gangster. W jego głosie zadźwięczała czysta, nieskrępowana nienawiść. - Mam ukryte rezerwy. Kasę, o której Młody nie ma pojęcia. W Karpaczu, wiesz, w tym burdelu, w piwnicy jest sejf. A w nim dość gotówki i żelastwa, żeby zrobić we Wrocławiu drugie Sarajewo.

Mikulski wzdrygnął się, słysząc tę nazwę. Zacisnął zęby.

- Chcesz wojny? Na ulicach? - Odwrócił się gwałtownie. - Ty chyba upadłeś na łeb. Jeśli zaczniecie strzelać do siebie w centrum miasta, antyterroryści wjadą w was jak w masło. A ja nie mam zamiaru siedzieć z tobą w jednej celi za współudział w masakrze.

Subtelny spojrzał na niego wzrokiem, który mógłby zabijać.

- A jakie masz wyjście, Mikun? Zapomniałeś już, kto ci pomógł? Zapomniałeś, że jesteś ścigany?

- Nie muszę zabijać gangusów. Chcę dorwać Kacperka. To wszystko.

- Okej. Nie będę cię do niczego zmuszał. Pomóż mi tylko jeszcze przez jakiś czas pozostać przy życiu. Przez wzgląd na to, co razem przeszliśmy.

Mikun wiedział, że Subtelny ma rację. W tym chorym układzie, który budowali przez lata, granica między prawem a bezprawiem dawno już się zatarła. Byli uwiązani na jednej smyczy. Nie chciał regularnej wojny w mieście, ale był świadomy, że nie ma nic do gadania. Czy będzie stał z boku, czy weźmie aktywny udział w tej walce, miasto i tak spłynie krwią. Mógł przynajmniej mieć jakiś wpływ na to, kto wygra. Subtelny, mimo że wybrał drogę przestępczą, nigdy nie był brutalny i nie zabijał. A co zrobi Młody, gdy zacznie rządzić?

- Dobra - powiedział cicho, starając się ukryć drżenie głosu. - Jaki masz plan na tych buntowników?

- Jedziemy do Karpacza. Tam zbiorę paru ludzi, którzy wciąż są mi winni przysługę. Ludzi z zewnątrz, spoza Wrocławia, nieznających Młodego. A potem wrócimy tutaj i wyrżnę ich wszystkich w pień. Młodego osobiście wypatroszę i zostawię w rowie przy trasie na Warszawę.

- Żadnego wyrzynania w mieście - uciął Mikun. - Zrobimy to inaczej.

- Jak?

- Teraz przemawia przez ciebie złość. Zawsze byłeś kumaty i nie robiłeś nic pochopnie. Wyrzynanie to proszenie się o problemy.

- To co zrobimy? Konkret.

- Sprzątniemy tych, których trzeba sprzątnąć. Wystarczy załatwić Młodego, a twoi ludzie powinni zrozumieć, że źle wybrali. Nie będzie prowodyra, to będzie łatwiej. Bez niego posprzątasz swoje podwórko. Bez strzelanin, bez trupów na ulicach. Tylko to, co trzeba, żeby osiągnąć założony cel.

- Dobra. - Gangster pokiwał głową. - Ufam ci i liczę, że to się uda.

- Nie martw się. Będzie dobrze.

- Marek...

Mikun uniósł brwi w wyrazie zaskoczenia. Nie pamiętał, kiedy gangster ostatni raz zwrócił się do niego po imieniu.

- No?

- Dzięki za pomoc.

- Dobra, czas spać. Dochodzi północ. Musimy być w Karpaczu, zanim miasto się obudzi, a twoi ludzie zaczną nas szukać na poważnie.

- Myślałem, że zostaniemy tu dłużej.

Mikun pokręcił głową.

- Nie. Wrocław nie jest teraz bezpieczny.

***

Szczerba stał przy oknie, zaciskając palce na parapecie tak mocno, że aż zbielały mu knykcie. Jego twarz, zwykle blada i pozbawiona wyrazu, teraz pulsowała purpurą. Żyła na czole, gruba niczym dżdżownica, drgała w rytm wściekłego bicia serca.

- Jak to, kurwa, żyje? - wycharczał, nie odwracając się do dwóch mężczyzn, którzy kulili się pod ścianą. - Miał być trupem. Subtelny miał być, kurwa, odjebany!

W odpowiedzi usłyszał jedynie ciężki oddech Siwego. Drugi z nich, nazywany Młodym, patrzył na zachowanie mięśniaka. Szczerba odwrócił się gwałtownie. Jego oczy, dotąd zimne jak lód, teraz płonęły czystym, nieskrępowanym szaleństwem. Nagle rzucił się w stronę masywnego dębowego biurka. Zgarnął z niego ciężką kryształową popielniczkę pełną niedopałków i cisnął nią z całej siły w pozostałych. Kryształ świsnął centymetry od ucha Siwego i roztrzaskał się o ceglaną ścianę, zasypując pokój petami i popiołem.

- Zdajecie sobie, do chuja, sprawę, co teraz będzie? Przecież Subtelny zaraz się dowie, że go zdradziliśmy! - wrzasnął Szczerba, rozbryzgując drobinki śliny. - On miał być trupem! Miał być martwym ścierwem! Kurwa!!!

- Słuchaj... - zaczął Siwy, próbując opanować drżenie głosu. - To nie tak. Wszystko było nagrane. Nasi jechali za nim i jego chłopakami. Mieli go załatwić przed Hustlerem. Wpakować w niego serię, jak tylko wysiądzie z fury. Ale... ale wtedy pojawił się Mikun.

- Mikun? Kurwa mać! Przecież ten pies siedzi! - ryknął wściekle Szczerba, dopadając do stojącej w kącie szafki z alkoholem.

Chwycił butelkę whisky, jednak zamiast nalać sobie do szklanki, cisnął nią o podłogę. Ciemny płyn rozlał się rozległą plamą, a ostry zapach trunku uderzył w nozdrza. Gangster jednak wciąż dawał upust furii. Kopał krzesła, zrzucał z półek przedmioty, a każdemu jego ruchowi towarzyszyła lawina bluzgów. Wściekłość dosłownie go rozsadzała. Subtelny żył, a to oznaczało, że ich akcja się nie powiodła. Teraz zaczynała się wojna. I to Szczerba był na celowniku.

- Po chuj to rozpierdalasz? - spytał Młody.

Szczerba popatrzył na niego z wściekłością.

- Ty się, Młody, nie sadź, bo ci w ryja strzelę!

- A ty się, Szczerba, zastanów, do kogo ta gadka.

Szczerba zamarł. Jego wzrok spoczął na chłopaku. W pokoju zapadła głęboka, złowroga cisza, przerywana jedynie tykaniem starego zegara ściennego. Gangster podszedł powoli do Młodego, z każdym krokiem miażdżąc butami odłamki szkła. Zatrzymał się tuż przed nim.

- No właśnie się zastanawiam. Ktoś doniósł Subtelnemu o naszym planie. Ciekawe, kto? - zapytał szeptem, który był o wiele bardziej przerażający niż wcześniejszy wrzask.

- Co, kurwa? - żachnął się Młody. - Mnie o to oskarżasz? Chyba cię pojebało!

Szczerba przez chwilę patrzył mu prosto w oczy. Zdecydowali się na wspólny bunt wobec starego szefa. Każdy z osobna nie miał z nim żadnych szans. Tylko razem mogli wygrać tę wojnę.

- Subtelny wyszedł z tego z draśniętym ramieniem. Rozumiesz to? Draśniętym! Gość jutro zacznie polowanie. Na mnie. Na was. Na każdego, kto choćby stał obok!

Szczerba odwrócił się i podszedł do Siwego. Przez kilka sekund tylko na niego patrzył, a potem uderzył. Szybko, nagle, bez ostrzeżenia. Ciężka dłoń gangstera trafiła mężczyznę prosto w twarz. Ciało uderzyło o ścianę, w ciszy rozległo się chrupnięcie łamanego nosa. Siwy z jękiem osunął się na podłogę, łapiąc się za zakrwawioną twarz.

- Masz dwadzieścia cztery godziny - wycedził Szczerba, wycierając rękę w chusteczkę, którą wyjął z kieszeni. - Weźmiesz paru ostrych chłopaków i znajdziecie Subtelnego, choćbyście mieli przekopać całe miasto, od bocznic kolejowych na Brochowie po piwnice na Trójkącie. Jeśli Subtelny nie będzie martwy do jutra wieczora, osobiście dopilnuję, żebyście skończyli w betoniarce na pierwszej lepszej budowie.

Gangster odwrócił się, dając do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca, i podszedł do okna. Przez kilka sekund patrzył na ciemniejące niebo nad Wrocławiem. Wiedział, że ta noc będzie długa, podobnie jak kolejny dzień. I że wkrótce krew poleje się strumieniami.

***

Na dworze padał deszcz ze śniegiem, ale w Pasażu Niepolda nikomu to nie przeszkadzało. Wilgotne, lepkie powietrze wypełniał smród alkoholu, potu i wymiocin. Neon klubu Kaskada pulsował wściekłą czerwienią, rzucając krwawe refleksy na mokry bruk.

Dla normalnego człowieka to miejsce było siedliskiem rozpusty. Dla Kacpra Lipińskiego było idealnym miejscem na polowanie. Stał w cieniu bramy, tuż obok kontenerów na śmieci. Cuchnęło zgnilizną, ale nie zwracał na to uwagi. Był niewidzialny. Ludzie go mijali, znieczuleni alkoholem i otumanieni basem dudniącym z pobliskich lokali, zbyt zajęci własnym prymitywnym życiem, by zauważyć drapieżnika.

Wrócił do Wrocławia zaledwie dwie godziny temu. Drogę ze Zgorzelca pokonał pociągiem. Początkowo chciał jechać stopem, ale bał się patroli na drodze. Policja na pewno ruszyła już za nim w pościg. Coś mu podpowiadało, że kolej jest bezpieczniejszym środkiem transportu. Przez całą drogę musiał wprawdzie słuchać chrapania jakiegoś grubasa i pisków bachorów, ale jakoś to zniósł. Miał cel. Wrocław. Miasto, które znał jak własną kieszeń. Miasto, które karmiło jego najmroczniejsze żądze. Miasto, w którym czekała na niego Agnieszka...

Nie potrafił już dłużej czekać. Zbyt długo wstrzymywał się od zabijania. Głos w jego głowie, ten sam, który uciszał się tylko wtedy, gdy czyjeś życie ulatywało mu przez palce, od kilku dni ryczał jak opętany. Głód powrócił ze zdwojoną siłą. Musiał kolejny raz zasmakować krwi. Poczuć jej metaliczny zapach, usłyszeć ten charakterystyczny, cichy świst uciekającego z płuc powietrza. To był jego narkotyk. Dawał mu władzę absolutną.

Czas zacząć polowanie.

Przez pasaż przetaczały się grupki studentów, głośnych chłopaków szukających zaczepki i dziewczyn, które za wszelką cenę chciały wyglądać doroślej, niż wskazywała ich metryka. Lipiński filtrował tłum z chłodną, niemal chirurgiczną precyzją. Odrzucał te zbyt krzykliwe. Odrzucał też te, które szły w zwartych grupach, otoczone kordonem pijanych kolegów. Szukał słabości. Szukał tej jednej, która popełni błąd.

Jego wzrok spoczął na wysokiej blondynce w zbyt krótkiej spódniczce. Dziewczyna ledwo trzymała się na nogach, opierając się o ścianę naprzeciwko wejścia do klubu. Śmiała się histerycznie, gestykulując przed twarzą jakiegoś karka.

Nie. Zbyt widoczna. Za dużo rabanu. Ktoś zauważy, ktoś zapamięta.

Przesunął spojrzenie dalej. Dwie dziewczyny stały przy lokalu z kebabem, kłócąc się o coś z obsługą. Jedna z nich, brunetka z mocnym makijażem, wymachiwała plastikowym widelcem. Lipiński zmrużył oczy, analizując jej sylwetkę. Miała w sobie coś prowokującego, coś, co napełniało go obrzydzeniem. Ale była zbyt blisko jasnego światła latarni. Za dużo świadków.

I wtedy ją zobaczył. Wyłoniła się z cienia bocznej alejki prowadzącej od strony ulicy Ruskiej. Była młoda, mogła mieć dwadzieścia, góra dwadzieścia dwa lata. Szła chwiejnym krokiem, ale starała się zachować pozory trzeźwości. Miała na sobie ciemną kurtkę i jasne dżinsy. Włosy, ciemne i wilgotne od mżawki, opadały jej na twarz. Co chwilę zerkała na ekran telefonu, ale jej palce ewidentnie nie chciały współpracować. Wyglądała na zagubioną. Samotną. Lipiński poczuł, jak serce uderza mu mocniej w piersi. Adrenalina rozlała się po jego żyłach niczym wrzątek. To ta. Ofiara idealna. Odizolowana od grupy, zdezorientowana, pijana, a przez to bezbronna.

Dziewczyna schowała komórkę do kieszeni i rozejrzała się nieprzytomnym wzrokiem. Najwyraźniej straciła z oczu znajomych, z którymi przyszła do pasażu. Zrobiła kilka kroków w stronę tętniącego życiem centrum dziedzińca, ale hałas i tłum wyraźnie ją przytłoczyły. Wycofała się w ciemniejszy zaułek, szukając chwili spokoju. Błąd. Kardynalny, śmiertelny błąd.

Lipiński postawił kołnierz kurtki. Ruchy miał płynne, kocie, pozbawione pośpiechu. Znał psychologię tłumu. Jeśli idziesz zdecydowanie, nikt nie zwraca na ciebie uwagi. Stajesz się częścią tła. Ruszył w jej kierunku, zachowując bezpieczny dystans kilku metrów. Dziewczyna szła teraz wzdłuż ściany starej kamienicy, kierując się do wyjścia z pasażu na ulicę Świętego Antoniego. Tam ruch zamierał, a bramy starych budynków kusiły mrokiem.

Głos w jego głowie zaczął śpiewać dobrze mu znaną, demoniczną pieśń. Kacper wizualizował sobie to, co stanie się za chwilę. Wyobrażał sobie chłód jej skóry pod swoimi palcami, strach, który rozszerzy jej źrenice, gdy dziewczyna zorientuje się, że nie ma ucieczki. Znał ten schemat na pamięć. Najpierw pojawi się niedowierzanie, potem cicha prośba, a na koniec przyjdzie ten najwspanialszy moment. Absolutna cisza, kiedy ofiara uświadomi sobie, że patrzy na swojego Boga. Boga, który decyduje o jej ostatnim oddechu.

Dziewczyna potknęła się na nierównej kostce brukowej. Złapała równowagę w ostatnim momencie, opierając się dłonią o brudny tynk. Jęknęła cicho z frustracji. Lipiński natychmiast skrócił dystans. Był teraz zaledwie trzy metry za nią. Słyszał jej przyspieszony, zmęczony oddech. Czuł zapach jej perfum. Taniej, słodkiej truskawki zmieszanej z wódką i wilgotną wonią deszczu. Ta mieszanka drażniła jego nozdrza, ale wiedział, że wkrótce zastąpi ją o wiele przyjemniejsza woń. Metaliczna nuta świeżej, gorącej krwi.

Światła Pasażu Niepolda zostały za ich plecami, dudnienie basu było już tylko odległym monotonnym pomrukiem. Przed nimi rozciągał się słabo oświetlony fragment ulicy. Idealne warunki, by uderzyć.

Lipiński wsunął dłoń do kieszeni kurtki i zacisnął palce na chłodnej rękojeści noża. Stal była gotowa do działania. On również. Wrocław znów należał do niego, a ta noc miała zapisać się w jego kronice nowym krwawym rozdziałem.

Zrobił kolejny krok. Jego cień niemal dotknął jej cienia na mokrym asfalcie. Polowanie dobiegało końca. Zaczynała się egzekucja.