Prolog. Kiedy ciało atakuje mózg
Prolog
Kiedy ciało atakuje mózg
Moje zainteresowanie tajemniczym powiązaniem między chorobą fizyczną,
układem odpornościowym i zaburzeniami mózgu rozpoczęło się ponad 20 lat
temu, kiedy ujawniła się u mnie rzadka choroba autoimmunologiczna -
zespół Guillaina-Barrégo - która odebrała mi zdolność chodzenia. W ciągu
pięciu lat, od roku 2001 do 2006, spędziłam łącznie dwanaście miesięcy w łóżku lub na wózku inwalidzkim1. Zajmował się mną
neurobiolog ze Szpitala Johnsa Hopkinsa w Baltimore. Byłam nietypowym
przypadkiem, ponieważ choroba powaliła mnie i sparaliżowała nie raz, ale
dwa razy, co zdarza się rzadko, lecz nie jest niespotykane.
Wielokrotnie rozmawiałam z lekarzem - który wiedział, że jestem
dziennikarką naukową - o tym, co się dzieje z moim ciałem i co on
zamierza zrobić, żeby paraliż ustąpił. Wyjaśnił mi, że w moim przypadku,
podobnie jak w przypadku wszystkich chorób autoimmunologicznych, białe
krwinki układu odpornościowego zachowują się nieodpowiedzialnie, niczym
zbuntowana armia. Zamiast rozsądnie chronić organizm przed inwazją
drobnoustrojów, przez pomyłkę atakują i niszczą osłonki mielinowe nerwów
w całym ciele, niszcząc połączenia nerwowo-mięśniowe, dzięki którym
stoimy i chodzimy, a nawet po prostu kręcimy stopą.
Zaczęłam postrzegać te nadaktywne komórki odpornościowe jak Pac-Manów -
postacie z gier wideo z lat 80. XX wieku - które szaleńczo pożerają
komórki nerwowe, a tym samym niszczą najważniejsze połączenia nerwowe,
pozwalające mi być panią swego ciała: silną, zdolną i niezawodną.
Zajmujący się mną neurolog miał nadzieję, że regularne wlewy dożylne
zresetują mój układ odpornościowy; w ten sposób białe krwinki stracą
nadmierną aktywność i zaczną zachowywać się normalnie. Gdyby to
założenie się sprawdziło i gdyby udało się skłonić moje zbyt czujne
komórki odpornościowe do rezygnacji z ataku, nastąpiłaby samoistna
regeneracja nerwów. Przez "wyłączone" nerwy znów popłynęłyby impulsy,
odtwarzając wystarczającą liczbę połączeń nerwowo-mięśniowych, abym
mogła ponownie chodzić.
Wiele miesięcy później okazało się, że neurolog miał rację. Ostatecznie
nadmiernie pobudzone komórki w moim układzie odpornościowym dały za
wygraną i poczułam się znacznie lepiej. Nie doszło wprawdzie do
regeneracji wszystkich nerwów, ale znów mogłam chodzić, a poprawa
zapewniła mi całkiem niezłe życie. Czyż ludzkie ciało nie jest cudowne?
W tym czasie zadawałam zespołowi medycznemu tylko jedno pytanie, ale
nikt nie znał na nie odpowiedzi. Kiedy utraciłam zdolność chodzenia, do
mojego cierpienia fizycznego dołączyły wyraźne i niepokojące zmiany
poznawcze. Nagle, choć zawsze byłam dość zrównoważona, stwierdziłam u siebie depresję. Czasami ogarniało mnie tak przytłaczające uczucie
smutku, że czytając dzieciom Harry'ego Pottera, miałam wrażenie ataku
dementorów - tych ciemnych, sunących po niebie upiorów, które
sprowadzają chmurę desperacji, kradną ludziom szczęśliwe myśli i zastępują je nieprzyjemnymi. Jak powiedziałam swemu lekarzowi
rodzinnemu, wydawało się niemal, że "ktoś zamieszkał w moim mózgu".
Zawsze miałam też świetną pamięć i potrafiłam odtworzyć rozmowy sprzed
wielu tygodni, miesięcy, a nawet lat, i to słowo w słowo. A teraz
musiałam zapisywać proste informacje, jak choćby godzina przyjścia
fizjoterapeuty. To nic takiego, mówiłam sobie. Dla mnie to nowość, ale
zna to wiele osób.
Wystąpiły także inne, groźniejsze symptomy. Na przykład zatrważająco
dużo czasu zajmowało mi przypomnienie sobie imion ludzi, z którymi
mieszkam i których kocham całe życie. Podczas obiadu w Święto
Dziękczynienia 2005 roku, kiedy już wstałam z łóżka i zaczęłam się
kręcić po domu, choć jeszcze w ograniczonym zakresie, z chodzikiem lub
laską, moja liczna rodzina z dobrodusznym rozbawieniem obserwowała, jak
zmagam się z imionami. Wszyscy z cierpliwym uśmiechem czekali, aż przez
cały długi stół wykrzyknę kolejno ciąg imion i w końcu trafię na
właściwe: "Sam! Christian! Zen! Don! Jay! Cody! - imię psa - Chip!
Podasz mi sól?".
Wmawiałam sobie, że to nawet zabawne. Przynajmniej mój umysł rozróżnia
imiona męskie i żeńskie. Ale to wcale nie było śmieszne. Kiedy moja
sześcioletnia córka prosiła o pomoc w prostych zadaniach matematycznych
na poziomie pierwszej klasy, mój mózg zacinał się, dodając siedem do
ośmiu. A gdy schylałam się, aby zawiązać jej buty, co robiłam od lat,
łapałam się na tym, że w osłupieniu przyglądam się sznurówkom, nie
pamiętając, jak się to robi. Któregoś dnia pokroiłam arbuza na plastry,
włożyłam je do miski i zaczęłam się w nie wpatrywać, zastanawiając się,
co to jest. Znałam słowo, ale nie mogłam go sobie przypomnieć. Aby ukryć
swoje zaćmienie umysłowe, przeniosłam miskę na stół i poczekałam, aż
moje dzieci krzykną: "Super! Arbuz!". Wtedy stwierdziłam: "Tak, arbuz,
no jasne".
Mój częsty lęk mniej zaskakiwał, bo niemal z dnia na dzień powalił mnie
prawie całkowity paraliż fizyczny i parę razy spędziłam w szpitalu po
kilka tygodni. W tym okresie z powodu demielinizacji nerwów cierpiałam
na potworne skurcze mięśni. Wielokrotnie przechodziłam nakłucia
lędźwiowe i testy przewodnictwa elektrycznego, podczas których technicy
porażali nerwy moich rąk i nóg, aby sprawdzić ich reakcję. Na pewien
czas odmówiły mi posłuszeństwa mięśnie niezbędne do połykania stałych
pokarmów. W szpitalu straciłam przytomność wskutek reakcji alergicznej
na terapię dożylną, a kiedy odzyskałam świadomość, ujrzałam nad sobą
zespół lekarzy o popielatych twarzach, defibrylator oraz pielęgniarkę
szepczącą pod nosem modlitwy. Później przyszły niekończące się tygodnie
spędzone w ośrodkach rehabilitacyjnych, gdzie uczyłam się utrzymywać
równowagę i na zdrętwiałych nogach, przeszywanych jednak bólem, dreptać
z chodzikiem po pokoju.
Ten wszechobecny lęk wydawał się odrębną chorobą. Zmieniła się moja
pamięć, zatraciłam jasność umysłu i zdolność przypominania sobie słów;
miałam wrażenie, że mój mózg nie należy do mnie. Czasami prowadziłam
pełne współczucia rozmowy z przyjaciółką Lilą, która cierpiała na
chorobę Leśniowskiego-Crohna i miała podobne problemy poznawcze.
Opowiedziała mi, że kiedyś zawiozła starszego syna do przedszkola i przez pomyłkę zostawiła w sali także drugie dziecko, dwulatka (wysunął
jej się z rąk, gdy rozmawiała z nauczycielką, bo chciał się pobawić przy
stoliku z piaskiem). Kiedy już wychodziła, wybiegła za nią
przedszkolanka, trzymając w ramionach wyjącego malucha.
- Zapomniałam o własnym synu! - szlochała Lila.
Lekarz wysłał ją do psychiatry, a ten zapisał jej środki antydepresyjne
na zaburzenia lękowe i obsesyjno-kompulsyjne oraz ritalin na poprawę
koncentracji uwagi. Jednakże, jak wyznała Lila przez łzy:
- Zanim zachorowałam na chorobę Leśniowskiego-Crohna, nie potrzebowałam
zoloftu ani ritalinu.
Współczułam Lili. Jej problemy odzwierciedlały moje własne. Podczas
kolejnej wizyty u lekarza rodzinnego wyznałam:
- Zupełnie jakby wraz z nogami i stopami odmówiła mi posłuszeństwa także
część mózgu.
Przywodziło to na myśl znane mi osoby, które przeszły mikroudar
(miniudar).
- O co tu chodzi? - pytałam z nadzieją, że dowiem się więcej na temat
własnej sytuacji.
Internistka zapewniła mnie jednak, że nie doznałam miniudaru.
Przypomniała, że moje życie uległo znacznej zmianie i że mam za sobą
traumatyczne doznania. Nic więc dziwnego, że wpłynęło to na mój stan
psychiczny. W tym trudnym dla mnie okresie wielką pomoc okazał mi
neurolog. Wspierał mnie w procesie zdrowienia i pocieszał, że z czasem
osiągnę dalsze postępy.
I tak się stało. Nie ustąpiły jednak wszystkie zaburzenia poznawcze. Nie
mogłam się pozbyć wrażenia, że wraz ze zmianą ciała nastąpiła jakaś
fizyczna zmiana w moim mózgu.
Zaczęłam się zastanawiać, czy immunolodzy badający wpływ układu
odpornościowego na wszystkie inne układy i narządy ciała biorą pod uwagę
możliwość występowania biologicznych połączeń między fizyczną dysfunkcją
układu odpornościowego a chorobą mózgu lub psychiczną. Postanowiłam
zgłębić to zagadnienie.
W tym czasie, w latach 2007-2010, byłam niezwykle zajęta pisaniem
książek, wygłaszaniem wykładów, radzeniem sobie z własną chorobą i wychowywaniem małych dzieci. Mimo to nieustannie prowadziłam dochodzenie
na ten temat. Okazało się, że garstka naukowców w laboratoriach na całym
świecie przystępuje właśnie do szukania takich powiązań. Zbierałam
informacje o każdym badaniu, z którego wynikało, że u pacjentów o nadaktywnych układach odpornościowych, wywołujących stany zapalne i chorobę organizmu, stwierdzono także znaczne problemy poznawcze i związane z nastrojem.
W roku 2008 badania wykazały, że osoby ze stwardnieniem rozsianym
doświadczają także zmian zdolności do zapamiętywania i że
prawdopodobieństwo wystąpienia u nich depresji i choroby afektywnej
dwubiegunowej jest kilka razy większe niż u osób bez
stwardnienia2.
W roku 2010 analiza siedemnastu różnych badań ujawniła, że występowanie
tocznia, który często objawia się układowym stanem zapalnym narządów
wewnętrznych, wiąże się ze znacznie większym prawdopodobieństwem
depresji, a nawet psychozy. Zatrważający jest fakt, że aż 56 procent
osób cierpiących na toczeń zgłosiło problemy poznawcze lub psychiczne, w tym zaburzenia koncentracji, nastroju, depresję, uogólniony lęk i kłopoty z nauką3. Toczeń wiąże się także z demencją o wczesnym
początku4.
W tym samym roku badacze, po przeprowadzeniu analizy danych z trzydziestu lat, dotyczących zdrowia trzech milionów ludzi, stwierdzili,
że u osób niedawno hospitalizowanych z powodu infekcji bakteryjnych
ryzyko rozwoju depresji, choroby dwubiegunowej i problemów z pamięcią
wynosi aż 62 procent5.
Kilka studiów przypadku opisanych w literaturze przedmiotu wykazało
związek między zaburzeniami w funkcjonowaniu szpiku kostnego, gdzie
"rodzi się" większość komórek układu odpornościowego, a schizofrenią. U jednego pacjenta, któremu przeszczepiono szpik od chorego na
schizofrenię brata, w ciągu kilku tygodniu po przeszczepie również
doszło do rozwoju schizofrenii6. Natomiast gdy młody
mężczyzna cierpiący na schizofrenię i ostrą białaczkę szpikową otrzymał
szpik kostny od zdrowego dawcy, pozwoliło to wyleczyć nie tylko
nowotwór, ale i schizofrenię7.
Choć wiele z tych badań było frapujących w chwili, gdy ujrzało światło
dzienne, to z punktu widzenia nauki nadal brakowało logicznego
wyjaśnienia, dlaczego choroba organizmu miałaby się wiązać z chorobą
fizyczną w mózgu, a tym bardziej ją wywoływać.
Zatrzymajmy się na chwilę i przypomnijmy sobie podstawowe informacje z biologii o funkcjonowaniu układu odpornościowego na poziomie szkoły
średniej. Nasze białe krwinki, czyli leukocyty, stanowiące armię tego
układu, nieustannie krążą w ciele, skanując je pod kątem najeźdźców:
zarazków, patogenów i toksyn środowiskowych, których nie możemy zobaczyć
ani wyczuć. W czasie, którego potrzebujesz na przeczytanie tego zdania,
twój układ odpornościowy zareaguje na tysiące niewidocznych zagrożeń dla
twojego dobrostanu: chmurę zarazków od siedzącego obok ciebie pasażera
autobusu, który właśnie kichnął; maleńkie bakterie w brudzie
oblepiającym ekologiczne składniki sałatki zjedzonej na lunch; grzyby
rozmnażające się w instalacji grzewczej, wentylacji i klimatyzacji
biurowca; substancje chemiczne pochodzące z nowych plastikowych
pojemników na tegoroczne paragony fiskalne (jeśli jeszcze takich
używasz). Białe krwinki muszą nieustannie wykrywać nieskończony ciąg
najeźdźców.
Jeżeli zatniesz się w kciuk, krojąc cebulę, leukocyty twojego układu
odpornościowego pędzą niczym brygada antyterrorystyczna, by pokonać
wszelkie wnikające do ciała bakterie, a zarazem naprawić uszkodzoną
tkankę. Kciuk puchnie i wykazuje oznaki zakażenia: jest czerwony,
gorący, obrzęknięty i bolesny, a białe krwinki łączą się, żeby
przeprowadzić niezbędne prace naprawcze. Choć problemem może się wydawać
ten właśnie czerwony, gorący, opuchnięty i bolesny palec, to w istocie
problem ma układ odpornościowy odpowiedzialny za jego regenerację.
Jednakże zapalenie może się objawić także w niebezpieczny sposób. Jeśli
dojdzie do przeciążenia organizmu zbyt wieloma środowiskowymi czynnikami
spustowymi, może nastąpić przytłoczenie białych krwinek, prowadzące do
ich nadmiernej aktywności i ataku na własne tkanki ciała, stawy, narządy
i nerwy. Grozi to wystąpieniem chorób autoimmunologicznych, takich jak
reumatoidalne zapalenie stawów, toczeń, stwardnienie rozsiane czy
cukrzyca typu 1.
Stan zapalny i choroba autoimmunologiczna mogą dotknąć każdego narządu i układu ciała. A białe krwinki muszą zachować równowagę. Jeżeli nie będą
walczyć z wystarczającą siłą, zakażenie i drobnoustroje chorobotwórcze
rozprzestrzenią się, powodując wyłączenie narządów i zgon z powodu
sepsy. Jeżeli natomiast leukocyty nadmiernie się postarają, mogą
ochronić organizm przed zewnętrznymi napastnikami, a zarazem przez
pomyłkę go zaatakować, wywołując nową, nieistniejącą wcześniej chorobę.
(W moim przypadku wywołał ją wirus żołądkowy. Białe krwinki pokonały
infekcję, ale poszły zbyt daleko i zniszczyły również osłonki mielinowe
nerwów, co spowodowało zespół Guillaina-Barrégo).
W ciele człowieka jest tylko jeden narząd, na który - zgodnie z kategoryczną opinią naukowców głoszoną od ponad wieku - nie wpływa układ
odpornościowy organizmu. Tym narządem jest mózg.
A zatem jeśli układ odpornościowy nie dociera do mózgu i nim nie rządzi,
stan zapalny nie może go objąć ani się w nim rozwinąć. Czyżby?
Podczas omawiania z internistą zaobserwowanych u mnie zmian poznawczych
w czasie nawrotów choroby fizycznej zakładaliśmy, że objawy te musiały
mieć charakter czysto emocjonalny. Wszak od dziesiątków lat uważano, że
choroba atakująca ludzkie ciało nie dotyka mózgu. W neurobiologii
dominowała teza, od dawna przekazywana studentom szkół medycznych, że
mózg jest "uprzywilejowany pod względem
immunologicznym"8. Naukowcy jednomyślnie wierzyli, że
układ odpornościowy - na dobre i na złe - ma dostęp do każdego narządu
ciała z wyjątkiem mózgu. Zgodnie z tym poglądem stan zapalny w mózgu
może wystąpić jedynie wskutek zdarzenia zewnętrznego, takiego jak uraz
głowy albo infekcja, o której wiadomo, że bezpośrednio dotyka tkanki
mózgu (na przykład zapalenie opon mózgowych). W przeciwnym razie, jak
sądzono, mózg po prostu nie jest w stanie wygenerować odczynu zapalnego.
Ta teoria była logiczna z punktu widzenia anatomii. Wszak objęty stanem
zapalnym palec puchnie, podwajając swoją objętość, bo skóra się
rozszerza (choć boli) i mieści obrzęk wewnętrzny. Rozszerzający się mózg
nie ma jednak miejsca, jest uwięziony w czaszce. W razie nadmiernego
ciśienia mózg, a zatem i pacjent, nie zdoła przeżyć. W skrajnych
przypadkach, gdy dojdzie do poważnego urazu głowy, na przykład w wypadku
samochodowym, tkanka mózgu puchnie, a ciśnienie trzeba zmniejszać
chirurgicznie, nawiercając czaszkę. Tym samym dawniejsi anatomowie mieli
doskonały powód, by zakładać, że mózg nie jest narządem układu
odpornościowego9.
Jednakże przed rokiem 2011 coraz większa liczba badaczy zaczęła wątpić w ten dogmat. Neurobiolodzy i immunolodzy zastanawiali się: czy mózg może
zostać dotknięty procesami zapalnymi, a jeśli tak, to w jaki sposób?
Na te pytania nie było jednak odpowiedzi.
Czasami wspominałam swej agentce literackiej o projekcie, który nazwałam
"Pożarem mózgu". Wchodziła wtedy w rolę adwokata diabła i dociekała:
- Ale jeśli nie wiemy, jak i dlaczego fizyczny układ odpornościowy ciała
wpływa na mózg, jak możesz twierdzić, że nadaktywny układ odpornościowy
powoduje chorobę, która ma podłoże w mózgu?
Szczerze mówiąc, w owym czasie - w latach 2011-2012, zanim doszło do
przełomowych odkryć, które omówię szerzej na kolejnych stronach - nie
byłam w stanie udowodnić, że zaburzenia ciała dotykają mózgu. Nikt nie
rozumiał, jak dokładnie dysfunkcja odpornościowa ciała może prowadzić do
związanych z mózgiem zaburzeń psychicznych lub neurodegeneracyjnych czy
też pogorszenia zdolności poznawczych. Mózg był uprzywilejowany pod
względem odpornościowym i basta.
A mimo to już w czasie moich rozmów z agentką społeczność naukowa była
bliska znalezienia zaskakujących odpowiedzi na pytania, z którymi
zmagałam się od ponad pięciu lat. Gwałtownie zaczęto dostrzegać
powiązania między fizycznym zdrowiem układu odpornościowego a zdrowiem
mózgu w nowym ujęciu.
Wszystkie te odkrycia obracały się wokół jednego rodzaju maleńkiej
komórki, której wpływ na zdrowie człowieka w gruncie rzeczy pomijano od
ponad wieku. Nigdy nie sądzono, że te myląco miniaturowe komórki, zwane
mikroglejem, w istotny sposób oddziałują na zdrowie psychiczne i funkcje
poznawcze. Dopiero w roku 2012 przełomowe badania wykazały, że wbrew
dogmatom naukowym komórki te mają ogromną moc ochronną i naprawczą.
Potrafią przywracać miliardy neuronów i biliony synaps10, ale
także kaleczyć je i niszczyć, pozostawiając za sobą wypaloną pustynię.
Odgrywają rolę białych krwinek mózgu, regulując jego zdrowie, czego
naukowcy długo nie byli świadomi.
Dla neurobiologii i immunologii przełomowym okresem okazały się lata
2012-2017, kiedy to odkrycie prawdziwego wkładu mikrogleju w zdrowie
mózgu przyniosło połączenie tych dwóch dziedzin.
W tym samym czasie naukowcy odkryli także, że komórki mikrogleju w mózgu
bezpośrednio i pośrednio komunikują się z komórkami odpornościowymi
ciała. Jeżeli występuje stan zapalny w ciele, niemal nie sposób uniknąć
zmian immunologicznych w obrębie mózgu. Co więcej, zmiany te mogą
objawiać się w postaci zaburzeń poznawczych lub neuropsychiatrycznych.
Mogą one wpływać na synapsy i połączenia nerwowe w mózgu, nawet gdy nie
ma oznak fizycznej choroby w samym ciele. A to stworzyło podstawę do
zrozumienia wewnętrznego zdrowia mózgu, co było niewyobrażalne zaledwie
kilka lat wcześniej. Odkrycie zdolności mikrogleju do budowania i niszczenia mózgu dało naukowcom zupełnie nową zasadę porządkującą
problemy zdrowia i chorób mózgu.
Chociaż jednak odkrycie to wstrząsnęło światem nauki, pacjenci nie znali
aktualnego stanu wiedzy i nie wiedzieli, jakie znaczenie może ono mieć
dla ich dobrostanu.
Jestem dziennikarką naukową i wiem, jak długo trwa docieranie z informacją do chorych, którzy najbardziej potrzebują odpowiedzi. Nieraz
wymaga to wielu lat. Postawiłam więc sobie za cel opisać odkrycia,
których znajomość może zmniejszyć cierpienie. Informacje, które tu
przedstawię, mogą wypełnić lukę między wiedzą naukową a praktyczną
wiedzą niezbędną ludziom do prowadzenia możliwie najlepszego i najzdrowszego życia.
Tak więc rozpoczęłam dochodzenie naukowe. Zaczęłam zgłębiać, analizować
i łączyć w całość zadziwiające doniesienia o najnowszych badaniach
poświęconych mikroglejowi i jego roli w wywoływaniu, ale także
odwracaniu chorób o podłożu mózgowym11.
Ta książka przedstawia jedną z najbardziej ekscytujących opowieści w historii medycyny - opowieść o wpływie maleńkich komórek mikrogleju na
zdrowie mózgu. Dzięki niej przekonasz się, że komórki te mają potencjał
przemiany zdrowia człowieka, pomagając nam naprawić mózg w sposób, o jakim wcześniej mogliśmy jedynie pomarzyć. Zabiorę cię zatem w podróż po
odkryciach, szczegółowo prezentując najbardziej optymistyczną obietnicę
zdrowienia w całej mojej trzydziestokilkuletniej karierze dziennikarki
naukowej.
Wierzę, że podobnie jak ja zrozumiesz, dlaczego to przełomowe odkrycie
dotyczące mikrogleju na zawsze obaliło mnóstwo wieloletnich twierdzeń na
temat połączenia umysł-ciało-mózg, i przekonasz się, że mózg jest w istocie narządem układu odpornościowego, na który oddziałują te potężne,
enigmatyczne komórki. Pomogą ci w tym opisy kilku przypadków -
pacjentów, których życie zmieniło się na korzyść dzięki zrozumieniu, że
mikroglej ma na umysł zarówno dobroczynny, jak i zły wpływ.
Nowatorskie podejście pozwala resetować i przekierowywać aktywność
niedocenianych dotąd maleńkich komórek odpornościowych tak, aby
przerwały zabójczy atak, umożliwiając odradzanie się neuronów i synaps w mózgu. A to wydaje się najważniejsze.
Zajrzyjmy zatem do głównych amerykańskich laboratoriów badawczych i sprawdźmy, jak prace niewielkiej grupy nieustraszonych i oddanych
pacjentom neurobiologów, którzy odkryli wyjątkową moc mikrogleju, na
zawsze zmieniły przyszłość ludzkiego zdrowia.
Być może także twojego.
Rozdział pierwszy. Neurobiolog z przypadku
Rozdział pierwszy
Neurobiolog z przypadku
Beth Stevens pełni funkcję adiunkta w Boston Children's Hospital i na
Uniwersytecie Harvarda. W jej laboratorium w Bostonie, w stanie
Massachusetts, wita gości ogromna biała tablica ze starannym odręcznym
rysunkiem komórki mikrogleju wykonanym jaskrawozielonym fluorescencyjnym
markerem. Z bezkształtnego środka komórki wystają podobne do macek,
sondujące, delikatne ramiona, z których każde jest skierowane ku innej,
odręcznie napisanej liście podstawowych projektów badawczych
realizowanych obecnie w laboratorium, wraz z ważnymi terminami. To
sprytne.
Jest prawie siedemnasta. Dziesięcioletnia córka Beth, Riley, kończy
odrabiać lekcje przy własnym dziecięcym biurku w pobliżu mamy. Jej
jasnoblond włosy, w takim samym kolorze jak włosy matki, zwisają w schludnych kucykach. Riley poprawia okulary na nosie, podchodzi do
wielkiej tablicy, bierze marker i gąbkę. W jej błękitnych oczach -
również odziedziczonych po mamie - błyszczą figlarne iskierki.
- Riley, nie ścieraj tego! - woła Beth. W jej głosie słychać udawaną
matczyną srogość. - Ty wiesz, co by się stało, gdybyś to zrobiła?!
Wchodzi mąż Beth, Rob, żeby odebrać Riley po szkole. Ciepło mnie
pozdrawia, a potem żartobliwym gestem wskazuje na srebrną filiżankę do
espresso na biurku żony. Filiżanka nadal paruje.
- Tak, właśnie wypiłam kolejne espresso - mówi do niego Beth z uśmiechem. Na jej biurku stoi także ogromny kubek z napisem
"Najmocniejsza kawa na świecie". Beth zwraca się do mnie i lekko wzrusza
ramionami. - Te kubki to prezent od pracowników mojego laboratorium.
Chyba coś ci mówią, prawda?
Całuje córkę i męża na pożegnanie, a potem oprowadza mnie po
laboratorium. W oliwkowozielonej letniej sukience wygląda stylowo i energicznie. Jej falujące blond włosy są schludnie spięte srebrną
spinką. Wskazuje pod biurko, gdzie piętrzą się wysokie na nieco ponad 30
cm stosy prac naukowych, i wyjaśnia ze śmiechem:
- Moje lektury!
Na tablicy nad biurkiem wiszą zdjęcia jej córek, Riley i Zoe,
przemieszane z ulubionymi pracami plastycznymi dziewczynek z czasów
przedszkolnych. Jest też zdjęcie domku plażowego na Cape Cod, gdzie
rodzina co roku spędza wakacje. Beth z czułością pokazuje mi fotografię,
na której obejmuje młodą kobietę w birecie i todze absolwentki. Obie
uśmiechają się szeroko.
- To moja pierwsza magistrantka - wyjaśnia. Na tablicy znajduje się
także kilka kolaży przedstawiających twarze dziesiątków studentów i kolegów, z którymi pracowała w ciągu ubiegłych dwudziestu lat. - Kiedy
odczuwam stres, patrzę na tych wszystkich ludzi i ogarnia mnie szczęście
- zapewnia mnie Beth.
Poza jej gabinetem znajduje się ekspres do kawy, który Beth podarowała
swemu laboratorium. Z dumą podkreśla, że maszyna "ma dwie głowice, więc
mogą z niej korzystać dwie osoby jednocześnie". (Pewien zaprzyjaźniony
neurobiolog trafnie opisał kiedyś Beth Stevens jako "poczwórne
espresso")12.
Na dzieci, które - podobnie jak Riley - wpadają do laboratorium na kilka
godzin po szkole, żeby odrobić lekcje, zanim przyjdzie mama, czeka
talerz ciastek. (Tak, znaczna część zespołu Stevens to kobiety).
Wśród mikroskopów i komputerów stoi jedno urządzenie, którego nigdy
wcześniej nie widziałam w laboratorium biologicznym: miniaturowy browar.
- Moi doktorzy i studenci warzą własne piwo - wyjaśia Beth ze śmiechem.
- Nazywamy je mikroglejem.
Laboratorium tętni życiem. Wiele się tu dzieje, atmosferę ożywia kofeina
i ludzie dobrze się bawią. Nad różnymi projektami pracuje właśnie
piętnastu doktorów i studentów. Beth Stevens prowadzi mniejszą grupę
badawczą w Broad Institute - centrum badań biomedycznych i genomowych.
Jest chętnie zapraszana na konferencje neurobiologiczne w całym świecie.
Dzieli się na nich swymi przełomowymi odkryciami dotyczącymi maleńkich
komórek, o których nauka prawie zapomniała, czyli mikrogleju.
Początki jednak wyglądały całkiem inaczej.
Beth Stevens pod wieloma względami jest neurobiologiem z przypadku.
Badaczka natury
Beth dorastała w niedużym przemysłowym mieście Brockton w stanie
Massachusetts, słynącym z produkcji obuwia. Jej ojciec był dyrektorem
szkoły podstawowej w centrum miasta, matka zaś uczyła w innej szkole
podstawowej, bliżej domu. Dzieci zachęcano do czytania książek i rozwiązywania zadań arytmetycznych przy kuchennym stole. Beth, podobnie
jak cała rodzina, dużo czytała, ale miała także bardziej praktyczną
ciekawość.
Wiele godzin spędzała poza domem, przyglądając się kamieniom, wspinając
się po drzewach, zaglądając pod liście, rozcierając soki w dłoniach i obserwując owady. Usiłowała odkryć niedostrzegalne przejawy działania
świata przyrody.
Później, w gimnazjum, kiedy nadszedł czas na sekcje żab, których bała
się większość uczniów, ona absolutnie nie podzielała ich wstrętu.
- Nie umiałam sobie wyobrazić nic bardziej intrygującego niż oglądanie
wnętrza żaby - twierdzi, gdy siedzimy przy jej biurku, po czym upija łyk
espresso. - Od tej pory wiem, że może się to wydawać obrzydliwe, ale
kiedy widziałam martwą wiewiórkę lub oposa na poboczu - tak, przejechane
przez samochód, to straszne! - delikatnie szturchałam zwierzę patykiem,
żeby zajrzeć do środka. Po prostu chciałam zrozumieć, jak działało jego
ciało i dlaczego umarło.
Młodej Beth obserwowanie przyrody wydawało się najważniejszym i najciekawszym zajęciem na świecie.
Ale w jej rodzinie nie było naukowców. Kiedy czytała, że biolog odkrył
coś ekscytującego, zawsze był to mężczyzna. Dorastając w swym mieście,
miała poczucie, że jest nieco dziwna, nie taka jak inni. Jak jednak
wspomina:
- Z całą pewnością nie przyszło mi wtedy do głowy, że moje
zainteresowania mogłyby prowadzić do kariery zawodowej.
Zaczęło się to zmieniać, gdy w szkole średniej wybrała kurs biologii
Advanced Placement. Nauczyciel, widząc jej zainteresowanie, opowiadał o byłych uczennicach, które zostały badaczkami. Pracował dodatkowo w laboratorium medycznym i czasami przeprowadzał na zajęciach szkolnych
ciekawe doświadczenia.
- Wlewaliśmy różne pożywki na szalki Petriego i włączaliśmy palniki
Bunsena, a ja myślałam: Ale frajda! Naprawdę można to robić zawodowo? -
opowiada Beth.
Po skończeniu w roku 1988 szkoły średniej Stevens zaczęła studiować
biologię i analitykę medyczną na Northeastern University w Bostonie.
Była pewna, że pójdzie do szkoły medycznej. Podczas jednego z semestrów
miała praktykę w laboratorium szpitalnym, gdzie pomagała badaczom w ustaleniu przyczyny zatruć pokarmowych: okazało się, że w sklepowych
kiełbaskach były bakterie Listeria monocytogenes.
Po skończeniu studiów Stevens postanowiła znaleźć pracę, która
pozwoliłaby jej wzbogacić życiorys, zostawiając czas na przygotowania do
testów medycznych MCAT [Medical College Admission Test]. Jej obecny
mąż, a ówczesny chłopak Rob Graham, zaczął pracować na Capitol Hill w Waszyngtonie. Beth pragnęła zdobyć doświadczenie w laboratorium, a jedno
z najlepszych i największych laboratoriów na świecie znajdowało się na
obrzeżach dystryktu, w Narodowych Instytutach Zdrowia [National
Institutes of Health - NIH].
Był rok 1993.
- Przenieśliśmy się do Waszyngtonu, a ja stwierdziłam, że zanim coś
znajdę, przez kilka miesięcy będę obsługiwać stoliki w restauracji
Chili's w pobliżu NIH - wspomina Beth. - W przerwach ściągałam fartuszek
i biegłam do NIH, żeby studiować tablicę z ogłoszeniami o poszukiwaniu
pracowników i składać CV.
W wolnym czasie lubiła czytać czasopisma naukowe, a gdy przeczytała o "bardzo dziwnym i fascynującym przypadku kobiety, której oko zajęły
pasożyty", uznała, że chciałaby "zajmować się chorobami zakaźnymi".
Dlatego jedno z dziesiątków podań o pracę skierowała do sekretariatu
laureata Nagrody Nobla badającego choroby zakaźne i HIV.
Dziesięć miesięcy później otrzymała telefon z laboratorium HIV z ofertą
objęcia stanowiska technika laboratoryjnego. Miała wtedy dwadzieścia dwa
lata i, jak sądziła, znalazła wymarzoną pracę.
- Ale mniej więcej w tym samym czasie dostałam kolejny telefon, od
naukowca, do którego laboratorium nie złożyłam podania - mówi z pewnym
rozbawieniem.
Doug Fields był wówczas młodym neurobiologiem, który organizował swoje
pierwsze laboratorium w NIH. Niespodziewanie odezwał się do Beth i "powiedział, że przejrzał stertę odrzuconych życiorysów w biurze kadr
NIH, w tym także mój". Wyjaśnił, że bada wzorce wyładowań nerwowych i ich wpływ na rozwój mózgu13.
- W tym czasie nie rozważałam możliwości zajmowania się neurobiologią -
przyznaje Stevens. Co więcej, osobie zafascynowanej wirusami i chorobami
zakaźnymi wydawało się to mniej interesujące od badań HIV. Dlatego
odrzuciła ofertę Douga Fieldsa.
A później życie zatoczyło koło.
- Przyszłam po raz pierwszy do pracy w laboratorium laureata Nagrody
Nobla, gdzie badano HIV, i usłyszałam od kierownika, że wstrzymano
rekrutację. Zapomnieli mi powiedzieć, że nie mam pracy - ciągnie Beth. -
Wróciłam do domu bardziej przygnębiona niż kiedykolwiek wcześniej. A następnego dnia znów włożyłam fartuszek kelnerki i wróciłam do podawania
burrito w Chili's. Po niemal roku poszukiwań miałam zaledwie dwie oferty
pracy. - Śmieje się. - I jedną z nich odrzuciłam!
Beth Stevens nie zwykła się jednak poddawać, wpadła więc na zwariowany
pomysł.
- Duma nie pozwalała mi zadzwonić do Douga i zapytać, czy jego oferta
jest jeszcze aktualna. Wiedziałam, że jeśli kogoś znalazł, będzie mi
przykro. - Dlatego poprosiła o pomoc Roba.
Usiedli razem przy kuchennym stole w wynajętym mieszkanku i zadzwonili
do laboratorium Douga. Rob udawał świeżo upieczonego absolwenta wydziału
biologii, który szuka pierwszej pracy. Doug zadał mu kilka technicznych
pytań na temat (wymyślonego) doświadczenia w pracy laboratoryjnej. Rob
robił notatki i podsuwał je Beth, a ona bazgrała odpowiedzi. Na koniec
odłożył słuchawkę i oznajmił narzeczonej z triumfem:
- Nadal szuka technika laboratoryjnego!
Beth śmieje się na wspomnienie tego drobnego podstępu i kontynuuje:
- Odczekałam całe dwa tygodnie, żeby nie było to takie oczywiste, a potem zadzwoniłam do Douga z pytaniem, czy nadal kogoś szuka. - I dodaje: - Cudem zaproponował mi tę pracę po raz drugi. Przyjęcie jej
było jedną z moich najlepszych decyzji.
Gorączka laboratoryjna
Beth Stevens dobrze zrobiła, że zaczęła pracować w laboratorium Douga.
Fields polecił jej zająć się odbudową mieliny, czyli białej, tłustej
substancji, która otacza i chroni neurony.
- Przez wiele tygodni czytałam prace naukowe i dzwoniłam po radę do
naukowców, którzy zajmowali się hodowlą mieliny - wspomina teraz Beth. -
A gdy ostatecznie udało się wyhodować mielinę na szalce Petriego: - Było
to tak wspaniałe, że nie mogłam oderwać oczu. W tamtej chwili
przepadłam. Złapałam bakcyla nauki.
Tymczasem Fields zajął się badaniem funkcji komórek Schwanna, które
uczestniczą w rozwoju mózgu. Komórki te należą do grupy mało wtedy
znanych komórek nieneuronalnych w mózgu, zwanych komórkami glejowymi. W owym czasie wszyscy naukowcy byli zgodni, że komórki glejowe odgrywają w mózgu raczej nieciekawą rolę, zapewniając po prostu wsparcie neuronom i synapsom.
Fieldsa zainteresowały komórki Schwanna, ponieważ u rozwijającego się
płodu stymulowały wzrost mieliny, wspomagając neurony14. W roku
1993 neurony już od ponad dziesięciu lat były bezapelacyjnie
błyskotliwymi ulubieńcami świata nauki. To one bowiem odpowiadają za
tworzenie bilionów połączeń synaptycznych, dzięki którym ludzie myślą,
czują, pamiętają, uczą się i kochają; to im zawdzięczamy wszystkie nasze
przeczucia i spostrzeżenia.
Neurony uznano za najważniejsze czynniki naszego nastroju, zdrowia
psychicznego i pamięci. Komórki glejowe zaś to ich drużyna pomocnicza:
spełniają potrzeby neuronów tak, jak świta spełnia zachcianki gwiazdy
filmowej. Każdy embrion jest na początku kulką komórek macierzystych. W miarę rozwoju płodu w macicy komórki macierzyste zaczynają się
różnicować na wiele typów i rodzajów. Na przykład komórki keratynowe
tworzą włosy i paznokcie, inne rozwijają się w tkankę serca i wątroby,
jeszcze inne stają się komórkami nerwowymi w ciele lub neuronami w mózgu. Niewielka rodzina nieneuronalnych komórek mózgowych, zwanych
komórkami glejowymi, obejmuje cztery rodzaje komórek, w tym komórki
Schwanna. Mają one różne pochodzenie i odgrywają rozmaite role w mózgu,
w końcu lat dziewięćdziesiątych nie w pełni jeszcze zbadane. Wiadomo
było, że rodzaj komórek glejowych, oligodendrocyty, podobnie jak komórki
Schwanna, powstają w rozwijającym się płodzie ludzkim z tej samej
rodziny komórek macierzystych co komórki nerwowe. One też tworzą osłonki
mielinowe w ośrodkowym układzie nerwowym. Inny typ komórek glejowych,
astrocyty, także pochodzi z tej samej rodziny komórek macierzystych co
neurony i wpływa na rozwój komórek nerwowych oraz na przekazywanie
sygnałów przez synapsy.
Ale istnieje jeszcze jeden rodzaj komórek glejowych, któremu naukowcy
długo nie poświęcali uwagi, badając funkcje mózgu: mikroglej.
- Po prostu wówczas uważano, że komórki mikrogleju nie są szczególnie
ważne dla zdrowego, rozwijającego się mózgu - wyjaśnia Beth Stevens.
A dla niej samej początkowo były powodem frustracji, bo w czasie badań
nad hodowlą mieliny oraz podczas innych eksperymentów prowadzonych w laboratorium często zanieczyszczały szalki Petriego.
- Mikroglej rujnował moje eksperymenty! - ubolewa, uśmiechając się z pobłażliwą ironią. - Te komórki wchodziły do moich hodowli lub na
szkiełko, gdy usiłowałam obserwować inne komórki. A ja jęczałam w duchu:
O nie, nie, nie, znowu ten okropny mikroglej!
Beth Stevens nie była osamotniona w pogardzie dla tych maleńkich
komórek. W czasie gdy w NIH zwiększano środki na badania nad komórkami
mózgu, mikroglej w ogóle nie wchodził w obszar zainteresowań
neurobiologów. A jeśli już o nim wspominali, to zwykle złorzecząc i przeklinając, podobnie jak Beth.
Wiedza naukowców na temat tych komórek sprowadzała się w tamtym czasie
do tego, że są maleńkie (stąd przedrostek mikro w ich nazwie) i nudne15. Wydawało się, że mikroglej pełni jedną tylko funkcję:
usuwa martwe neurony i komórki obumierające w miarę starzenia się
organizmu. Uważano go więc za sprzątacza mózgu przeznaczonego do
utrzymywania porządku. Tyle.
A jednak Stevens zastanawiał fakt, że te denerwujące minikomórki
porządkowe stanowią dużą część mózgu - ponad jedną dziesiątą jego
komórek. Dlaczego pomimo to tak niewielu badaczy poświęciło im swój
czas? Dlaczego nikt nie zbadał dokładnie, czym naprawdę się one
zajmują?. Jak dziś mówi:
- To była tajemnicza część neurobiologii.
Wtedy jednak zanotowała sobie tylko to spostrzeżenie w pamięci, po czym
zawiesiła ciekawość na kołku.
W tym czasie nadal planowała studia medyczne. Któregoś dnia, gdy Fields
zobaczył, jak uczy się do testów MCAT, oznajmił, że kiedy dostanie się
do szkoły medycznej, będzie musiał znaleźć kogoś na jej miejsce.
- W tamtej chwili uświadomiłam sobie, że nie chcę, aby ktoś przejął moją
pracę - opowiada Beth. - Bardziej ekscytowała mnie myśl o badaniu życia
pod laboratoryjnym mikroskopem niż badanie pacjentów w przychodni.
Co więcej, już wówczas Beth była przekonana, że jej praca może kiedyś
doprowadzić do "nowego rozumienia ścieżek choroby", pomóc "zapobiegać
pewnym schorzeniom oraz je leczyć". Wycofała więc dokumenty ze szkół
medycznych i została kierowniczką laboratorium Fieldsa. Przy jego
wsparciu w roku 1994 zaczęła przygotowywać się do doktoratu z neurobiologii na pobliskim Uniwersytecie Marylandu.
Bywało, że miała tak wiele zajęć związanych z prowadzeniem
eksperymentów, zarządzaniem laboratorium, pisaniem pracy doktorskiej, i tak bardzo chciała pilnować swoich projektów, że wieczorami robiła sobie
"posłanie z dodatkowych ubrań i fartuchów" i spała na podłodze pod
stołem konferencyjnym. Jak dziś mówi:
- Dzięki temu mogłam sprawdzać postępy swoich badań.
Niemal dziesięć lat po rozpoczęciu pracy w laboratorium Fieldsa, w roku
2003, Beth Stevens uzyskała stopień doktora neurobiologii.
Służby porządkowe w przebraniu
W roku 2004 Beth Stevens zaproszono do udziału w badaniach
habilitacyjnych w laboratorium innego biologa zajmującego się glejem,
doktora Bena Barresa, na Uniwersytecie Stanforda. Barres był wówczas
prawdopodobnie głównym badaczem komórek glejowych na świecie.
Interesowały go zwłaszcza astrocyty i ich wpływ na neurony. Ale w pewnym
momencie jego także zaintrygowało pytanie, jaka jest naprawdę rola
mikrogleju w mózgu. Jego zainteresowania odpowiadały zainteresowaniom
Beth. Postanowiła więc zrobić krok do przodu. Robienie habilitacji w miejscu pracy uważano, jak to określił pewien naukowiec, za "zawodowe
samobójstwo", a zatem Beth i Rob, już jako małżeństwo, spakowali się i przejechali przez cały kraj do Palo Alto w stanie Kalifornia.
Mniej więcej w tym czasie badacze opracowali nową, skuteczną metodę
zaglądania do mózgu i wykonywania ruchomych obrazów o wysokiej
rozdzielczości, czyli powiększania obrazów nawet najmniejszych komórek
do gigantycznych odwzorowań. Któregoś dnia pracownik naukowy
przebywający na stypendium badawczym16 wygłosił w laboratorium
Barresa wykład ilustrowany pięknymi obrazami komórek mózgowych. Beth
Stevens była zachwycona.
- Te obrazy po raz pierwszy pokazywały mikroglej w akcji - wspomina. -
Nagle mogliśmy zobaczyć te komórki w mózgu. Mieliśmy nowe narzędzie,
pozwalające na ich obserwację.
Stevens wstaje zza biurka, przy którym rozmawiamy, i przysuwa krzesło do
stanowiska komputerowego, aby pokazać mi bardzo wczesny materiał filmowy
o mikrogleju. Pochyla się w stronę ekranu komputera i wskazuje gumką na
końcu ołówka wirujące komórki w mózgu. Obraz przypomina zdjęcia Drogi
Mlecznej. Jak gdyby gwiazdy miały zieloną poświatę i wirowały w dużych,
celowych grupach po czarnym niebie17.
- Kiedy zobaczyłam to po raz pierwszy, byłam oszołomiona - opowiada
Beth. - Widziałam jaskrawozielone komórki mikrogleju, które poruszały
się w strukturach mózgu. Były bardzo aktywne. A kiedy wystąpiło jakieś
uszkodzenie mózgu, na przykład uraz, wypuszczały w to miejsce swoje
długie wyrostki niczym ramiona. Nieustannie się zastanawiałam: co
właściwie robią te małe komórki? Są tak dynamiczne! Są wszędzie! Nie
umie tego zrobić żadna inna komórka w mózgu. Jak mogliśmy je tak długo
ignorować?
Wspólne pochodzenie
Również inni naukowcy zainteresowali się mikroglejem. Badacze z Mount
Sinai School of Medicine w Nowym Jorku postanowili sprawdzić, kiedy
komórki te pojawiają się w życiu płodowym człowieka, i okazało się, że
bardzo wcześnie. Powstają z tej samej rodziny komórek macierzystych,
która rozwija się w armię białych krwinek i limfocytów układu
odpornościowego. Zamiast jednak pozostać w ciele, jak leukocyty,
dziewiątego dnia ciąży przenoszą się wraz z krwią do mózgu, tam się
umiejscawiają i pozostają przez całe życie danej osoby18.
Innymi słowy: mikroglej i białe krwinki mają takie samo pochodzenie. Są
bliskimi kuzynami w służbach policyjnych układu odpornościowego, choć
mikroglej znajduje się w narządzie, który przez wiele lat uznawano za
niedostępny dla tego układu. To prawda, że białe krwinki nie mają
dostępu do mózgu, ale nie muszą go mieć, ponieważ obszar ten patrolują
ich kuzynki - komórki mikrogleju.
Dopiero teraz naukowcy zrozumieli, że mikroglej pełni w mózgu funkcję
białych ciałek krwi.
Rozmawiając ze mną, Beth Stevens zaczęła uważnie przyglądać się maleńkim
komórkom, których widok wprost zapierał dech. Pod mikroskopem o wysokiej
rozdzielczości przypominały one eleganckie, smukłe gałęzie drzew.
Krążyły po mózgu, badając i szukając najmniejszych oznak zagrożeń.
Wysuwały i cofały swe maleńkie, przypominające ramiona wypustki i stukały poszczególne neurony, jakby pytając: dobrze się czujesz?
wszystko w porządku? a może nie? - podobnie jak lekarz, który bada
brzuch pacjenta lub sprawdza odruchy, uderzając w kolana i łokcie.
Komórki mikrogleju robią to bardzo szybko.
- Nigdy nie widziałam, żeby inne komórki poruszały się tak zdecydowanie
- objaśnia Beth. - A te nie tylko stanowią dziesięć procent komórek
naszego mózgu, ale nieustannie badają każdą jego część. Jeżeli
czytelników zaintryguje to, co właśnie czytają, one zaczną się poruszać
jeszcze szybciej! Ich codzienna praca polega na kontroli naszego mózgu.
Wyobraź sobie, że te maleńkie komórki sprawdzają każdy zakamarek mózgu.
Jak się czuje ten neuron? A ta synapsa? Co słychać w tym obwodzie? Do
diabła, tu się coś dzieje! Chodźmy tam, trzeba to sprawdzić!
Ci maleńcy tancerze oczarowali Beth.
- Żadna inna komórka w ludzkim mózgu nie potrafi poruszać się, wykrywać
najdrobniejszych zmian i reagować na nie. Zafascynował mnie już sam ten
fakt. Co więcej, okazało się, że komórki mikrogleju powstały właśnie w tym celu!
W laboratorium Bena Barresa Stevens zajmowała się nowym projektem:
badała, jak w toku prawidłowego rozwoju przebiega przycinanie i rzeźbienie synaps, aby mózg był zdrowy. A konkretniej - wraz z Barresem
próbowała określić, jaką rolę w rozwijającym się mózgu odgrywa w aspekcie przycinania synaps cząsteczka odpornościowa zwana dopełniaczem.
W tamtym czasie naukowcy wiedzieli, że dopełniacz pełni w organizmie
niewiarygodnie ważną funkcję. Kiedy umiera komórka w jednym z narządów
lub pojawi się czynnik chorobotwórczy, substancja obca albo
drobnoustrój, którego nie powinno tam być, cząsteczki dopełniacza
oznaczają takie zjawisko do usunięcia. Później komórki odpornościowe, a konkretniej rodzaj białych krwinek zwanych makrofagami (grecka nazwa
oznacza "wielkich zjadaczy"), dostrzegają oznaczenie i otaczają, a następnie usuwają komórkę lub czynnik chorobotwórczy.
Makrofagi odgrywają także ważną rolę w procesach zapalnych oraz
chorobach fizycznych w organizmie, zwłaszcza autoimmunologicznych. Po
aktywacji są w stanie usunąć ogromną ilość chemicznych substancji
zapalnych, które powodują znaczne szkody. Czasami jednak posuwają się
zbyt daleko w niszczeniu patogenów i zaczynają uszkadzać tkankę. Na
przykład w reumatoidalnym zapaleniu stawów niszczą
chrząstkę19.
Naukowcy nie sądzili, że dopełniacz ma jakiekolwiek znaczenie dla
zdrowia i prawidłowego rozwoju mózgu. W medycynie przeważał pogląd, że
mózg nie jest organem odpornościowym, a tym samym nie mogą w nim działać
komórki immunologiczne spokrewnione z makrofagami. Stevens i Barres nie
byli pewni, co powoduje zanikanie synaps, wysunęli jednak hipotezę, że
być może w jakiś niezrozumiały dla nich sposób to dopełniacz określa,
dlaczego niektóre synapsy w mózgu zostały usunięte w toku prawidłowego
rozwoju, a inne nie.
Rozwijający się mózg płodu wytwarza znacznie więcej synaps, niż trzeba.
Te nadliczbowe muszą zostać usunięte dla uzyskania precyzyjnej łączności
synaptycznej, umożliwiającej złożoną pracę ludzkiego umysłu. Podczas
przycinania następuje eliminacja niektórych podzbiorów synaps z jednoczesnym zachowaniem, a nawet wzmocnieniem innych. Podobnie jak w ogrodnictwie, takie przycinanie jest ważne. Bez niego niemożliwy jest
prawidłowy rozwój mózgu.
Wyobraź sobie drzewo, które nieustannie wypuszcza coraz to nowe gałęzie,
aż następuje przeciążenie: drzewo się przewraca i obumiera. Tak samo
jest z nadmiarem synaps powstających w toku rozwoju dziecka w macicy.
Beth Stevens i Ben Barres zastanawiali się: A co jeśli cząsteczki
dopełniacza oznaczają i wysyłają sygnały "zjedz mnie" z tych
nadprogramowych synaps w mózgu, a te oznaczone synapsy są niszczone,
podobnie jaki makrofagi w układzie odpornościowym ciała niszczą
cząsteczki i tkankę oznaczone przez dopełniacz? A co jeśli tak właśnie
wygląda modelowanie zdrowego, prawidłowego mózgu w trakcie rozwoju?
Podjęli próbę wykazania, że tak w istocie przebiega ten proces. Okazało
się, że kiedy dopełniacz oznacza synapsy, faktycznie wysyłają one sygnał
"zjedz mnie" i z mózgu znikają te właśnie oznaczone synapsy20.
Podobnie jest, gdy oznaczasz wiadomości e-mailowe, które chcesz usunąć
ze skrzynki odbiorczej. Oprogramowanie serwera poczty rozpoznaje te
oznaczenia i kiedy klikniesz ikonę kosza, oznaczone wiadomości znikną.
Beth Stevens i Ben Barres ogłosili swój brzemienny w skutki referat w roku 2007. Wywołał burzę w świecie nauki. Ale ich odkrycie przyniosło
odpowiedź tylko na jedno z pytań. Beth nadal się zastanawiała, jakie
mechanizmy przyczynowo-skutkowe wchodzą tu w rachubę. Co zjada oznaczone
synapsy i powoduje ich znikanie? Czy możliwe, że w procesie tym
uczestniczą komórki mikrogleju, od których przez całe życie tak bardzo
zależy funkcja mózgu? Czy to one są w mózgu odpowiednikami makrofagów,
reagują na sygnały "zjedz mnie" i przycinają obwody mózgu w okresie
płodowym?
Stevens zastanawiała się też nad równie ważnym pytaniem, a mianowicie,
czy to przycinanie może się nie udać. Ba, posunęła się dalej. Zaczęła
myśleć: a jeśli ten proces nie zachodzi jedynie w okresie rozwoju? Jeśli
przez pomyłkę dochodzi do jego ponownej aktywacji na późniejszych
etapach życia, co prowadzi do eliminacji i niszczenia pożądanych i niezbędnych obwodów oraz synaps w mózgu, co wywołuje choroby wiele lat
później, nawet w życiu dorosłym? Czy to możliwe, że te rzekomo
irytujące, bezczynne, maleńkie komórki mikrogleju tak naprawdę usuwają
ważne synapsy w mózgu dorosłej osoby? Czyżby te komórki odpornościowe,
które medycyna dotąd lekceważyła, decydowały, który obwód w mózgu należy
zachować, a który usunąć, planując i nieustannie regulując zdrowie
naszego mózgu?
Przez te wszystkie lata, gdy Beth Stevens poszukiwała odpowiedzi na
przytoczone wyżej pytania, na progu odkryć prowadzących do zmiany
programów nauczania, pacjenci i lekarze, w tym także psychiatrzy, byli
całkowicie nieświadomi tych zadziwiających postępów nauki w zakresie
rozumienia naszego mózgu.