Nim dalszy proceder szkolnej
edukacyi mojej opiszę, niech mi się godzi zastanowić nad niektóremi
okolicznościami, a osobliwie wewnętrzną naówczas umysłu mojego
sytuacyą. Przez siedm lat nie tak wychowania, jak pieszczot
domowych, byłem wolen, nie tylko od nauki, ale od najmniejszego
chęciom moim sprzeciwienia się; stąd ten pierwszy krok poniewolnego
wyjazdu zdawał mi się nieznośny. Pierwszy raz dopiero poznawałem
ciężar podległości, oddalałem się pierwszy raz od obecności
rodziców, od pieszczot matki, od pochlebstw domowników. Najbardziej
jednak, jak zapamiętam, przerażał mnie cel dla którego wysłany
byłem, nauka. Nie mogłem ją mianować dobrem, bo mi nią grożono, i
obiecywano za karę: wnosiłem więc sobie, iż nie może być, tylko
przykra i dolegliwa.
Nie widziawszy przedtem nikogo w domu naszym, któryby, oprócz
kościoła na xiążce czytał; mniemałem, iż na tem szczęśliwość
starszych zasadzona, iż się nie uczą. Przymnażało umartwienia pełne
narzekania pożegnanie domowych, żałujących panięcia, iż się będzie
musiał uczyć: i lubo mi rodzice powiadali, iż mi to wyjdzie na
dobre, jam to brał za sposób słodzenia nieszczęścia mego;
wewnętrznie przekonany, iż jeżeli nauka jest karą, jam na nią
zasłużył, i dla tego mnie do szkół wiozą.
Długo pożądany dyrektor był człowiek młody, bez żadnego
doświadczenia, sam się jeszcze uczący, synowiec rodzony J. X.
Prefekta tych szkół, do których jechałem. Chłopiec do posługi w
domu i szkole syn naszego pana podstarościego, dobrze mi z dawna
znajomy, prawie rówiennik, i wszystkiej domowej rozpusty wierny i
nierozdzielny towarzysz. Reszta wyprawy składała się ze starego
szafarza i gospodyni, wyuczonej w sekretach domowej apteczki, a to
dla poratowania, broń Boże choroby, zdrowia mojego.
W wigilią wyjazdu zawołany do ojca z panem dyrektorem, byłem
świadkiem instrukcyi iemu danej; i wtenczas poznałem, jak dobre
dusze sposobne są do przyjęcia łatwego przeciwnych skłonnościom
swoim impressyj. Naprzód albowiem zlawszy na niego władzę swoję
rodzicielską, zaklinał na wszystkie obowiązki, aby nie folgował:
wchodził w wielkie pochwały plag, zdobył się podobno natenczas
pierwszy raz na cytacyą, powtarzając owe wiersze z elementarza: "
Rószczką Duch święty dziateczki bić radzi, i t. d. " te przedziwne
maxymy kończyły wielokrotnie dość zwięzłe peryody jego oracyi:
nakoniec, na znak podobno juryzdykcyi, dał mu w ręce kańczuk,
prawda, że mały i cieńki, ale jakem sam potem sprobował, bardzo
bolesny.
Gdyśmy już z izby wychodzili, właśnie jak gdyby
najpotrzebniejszej rzeczy zapomniał, uchyliwszy drzwi, zawołał na
pana dyrektora: " bijże, bo ja ci za to płacę. " Co się ze mną
działo, jakem truchlał, drżał, płakał, dorozumieć się każdy może:
pobiegłem natychmiast do matki, i wszystko, co się działo, nie bez
rzewnego płaczu, opowiedziałem. Kazała więc zawołać dyrektora, i w
krótkości słów dała mu do wyrozumienia, iż leżeli się tknie
dziecięcia, i służbę straci i skórą odpowie. Pocieszyło mnie to
trochę, i zaraz nazajutrz puściliśmy się w drogę, którąm ja prawie
całą przejęczał; pan dyrektor przemyślał podobno nad tem, kogo miał
słuchać, czy pana, czy pani.
Przyjechaliśmy bez żadnego przypadku, przyjęci z wielką
radością. Pierwiastki szkolne szły trybem zwyczajnym. Pojętność
miałem wielką, ale wstręt od nauk jeszcze większy. Pan dyrektor
pamiętniejszy na groźby pani, niż rozkaz pana, obchodził się zrazu
zemną dyskretnie; ale wziąwszy sam w swojej szkole plagi od
professora, pełen zapalczywości, lubom był nie winien, oddał mi
tyle dwoje. Od tego czasu czynił kolejno zadosyć obowiązkom
włożonym od rodziców moich; pieścił, gdzie nie było potrzeba, bił,
kiedy nie należało. Wziąwszy nakoniec w dzień swoich imienin parę
sukień od matki w podarunku, napisał przez pierwszą pocztę
rodzicom, iż Jmć Pan Mikołaj czasu swego w nauce samego nawet
Herkulesa przejdzie.
Sposób dalszy sprawowania się mojego w szkołach, podobien
był pierwiastkom: przyjaźń współuczniów, a bardziej wspólne swawoli
uczestnictwo, było przyczyną mniej uważanych, lecz niemniej
szkodliwych konsekwencyj.
Jużem dochodził lat szesnastu, gdym odebrał wiadomość o
śmierci ojca, i zaraz rozkaz powracania do domu. Czułem, prawda,
żal wrodzony; ale gdy się ten uśmierzył, stanęła w oczach pochlebna
perspektywa swobody. Gość w domu pożądany, we dwójnasób powiększone
zacząłem odbierać domowych adoracye; sam pan dyrektor
przyświadczał, iż mi już szkoły nie były potrzebne. Dołożyli się do
tak rozsądnego zdania sąsiedzi, perswadując matce, iż już właśnie
byłem w tej porze, aby sobie zasługiwać na afekt braterski, i
wspierać zadziedziczałą popularnością sławę domu Doświadczyńskich.
Na tym więc fundamencie, dobrze się wprzód opatrzywszy w
ammunicyą piwną, miodową, winną i gorzałczaną, zacząłem być rad w
domu moim. Zrazu ten sposób życia nie bardzo się był matce mojej
podobał, osobliwie gdym podczas kuligu wywrócony z sanek, trochę
był sobie żebra nadwerężył: ale przekupieni obietnicami i datkiem
domowi, umieli niektóre z moich awantur taić; drugie, jeżeli nie
usprawiedliwiać, przynajmniej dawać im pozór obojętny. W tak
słodkiem życiu szły dni raptownie, gdyby był osnowy szczęścia
mojego wuj nie przerwał, testamentem ojcowskim wyznaczony opiekun.
Przyjechawszy do nas, żadnego wstrętu nie pokazał, i już
zaczynałem tryumfować; wtem drżący i od strachu zbledniały,
przypada do mnie mój, nowej kreacyi z chłopca, pokojowy,
oznajmując, iż moje psy gończe, legawe, charty, kundysy, co do
jednego już w stawie potopione; konie, jedne przeprowadzone do
inszej wsi, drugie, wyprawione na jarmark: dworzanom podziękowano;
a co najgorsza, kozaczek bandurzysta, wziąwszy na drogę boleśny
wiatyk, sromotnie wypędzony z domu.
Zawołany do wuja, zastałem z nim matkę; i na pół żywy ze
wstydu, złości, żalu, i upokorzenia, musiałem rad słuchać
napomnienia, i reguł nanowo mi przepisanych. Trzeba było zrobić z
potrzeby cnotę: obiecałem odmienić sposób życia, z mocnem wewnątrz
przedsięwzięciem, iż tego, com obiecał, nie wykonam. Czyli się
ogłosiła w okolicy ta awantura, czyli obwieszczono umyślnie
niektórych Ichmościów, żadnegom z dawnych kompanów przez całą, a
dość przewlekłą bytność wuja mego nie obaczył. Ale natychmiast
ustawicznie się zemną bawili ludzie roztropni, uczeni i trzeźwi,
których natenczas dopierom poznał; i jak uważałem, rozrywki z
niemi, choć nie tak ochocze i wrzaskliwe, jak moje przeszłe,
przecież szły ciąglej, i coraz nieznacznie dawały okazyą i wstęp do
nowych zabaw.
Że zaś po odpędzeniu dawnego nauczyciela, nie trafiał się
naprędce drugi, a wuj tymczasem w daleką podróż odjechał,
wyperswadowała matce mojej niedawno z Warszawy przybyła sąsiadka,
iż w moim wieku kawalerowi, nie łacińskiego, jak dla żaków,
inspektora, ale guwernera mieć potrzeba takiego, któryby języka
francuzkiego, a co największa, maniery dobrej i prezencyi mógł
nauczyć.
Nastręczyła zaraz na ten urząd w domu u siebie bawiącego
kawalera rodem z Francyi; który lubo był do niej za kamerdynera
przystał, przecież, jak powiadał, uczynił to był umyślnie, chcąc
ukryć wielkość imienia swojego: inaczej, poznany, byłby w
odpowiedzi za zabicie w pojedynku pod samym bokiem królewskim w
Wersalu pierwszego prezydenta parlamentu francuzkiego. Żałowała
niezmiernie tak nieszczęśliwego przypadku matka moja, i zaraz
posłano po Jmci pana Damona.