Migawka - Brandon Sanderson

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Anthony Davis - jeden z dwóch praw­dzi­wych ludzi w mie­ście liczą­cym dwa­dzie­ścia milio­nów miesz­kań­ców - zła­pał bur­rito, które rzu­cił mu jego part­ner.

- Na któ­rym końcu jest musz­tarda?

- Musz­tarda? - powtó­rzył Chaz. - A kto dodaje musz­tardę do bur­rito?

- Ty. Z któ­rej strony?

Chaz uśmiech­nął się, uka­zu­jąc ide­alne białe zęby. Były sztuczne. Po tym, jak przed dwoma laty obe­rwał w twarz stoł­kiem baro­wym, stra­cił jeden, ale kazał den­ty­ście wsta­wić implant, który wyglą­dał zbyt ide­al­nie i nie paso­wał do pozo­sta­łych zębów. Do tej pory zdą­żył wymie­nić już więk­szość.

- Musz­tarda jest na końcu po two­jej lewej. - Chaz wska­zał na bur­rito. - Skąd wie­dzia­łeś?

Davis jedy­nie chrząk­nął i ode­rwał koniec bur­rito. Fasolka, ser, woło­wina. I musz­tarda. Chaz żywił to idio­tyczne prze­ko­na­nie, że pew­nego dnia jego part­ner odgry­zie kawa­łek z musz­tardą i się nawróci. Davis pokrę­cił głową i wyrzu­cił ode­rwany kawa­łek bur­rito do naj­bliż­szego kosza.

Szli ulicą w cywil­nych ubra­niach. Ota­czało ich olbrzy­mie mia­sto New Clip­per­ton, tak auten­tyczne, że nikt by nie powie­dział, iż jest Migawką - odtwo­rze­niem okre­ślo­nego dnia w praw­dzi­wym mie­ście. Całe mia­sto zostało zre­kon­stru­owane z wyko­rzy­sta­niem metod, które pro­sty gli­niarz taki jak Davis led­wie poj­mo­wał.

W rze­czy­wi­sto­ści znaj­do­wali się w olbrzy­mim pod­ziem­nym kom­plek­sie, ale zupeł­nie tego nie zauwa­żał - widział słońce nad głową i czuł smród docho­dzący z bocz­nej uliczki, którą mijali. Wszystko wyda­wało mu się realne. Na swój spo­sób było realne - zbu­do­wane z suro­wej mate­rii, którą można było poczuć, pową­chać, usły­szeć i - o czym świad­czył kęs, który odgryzł Davis - posma­ko­wać.

A niech to. Prze­ga­pił tro­chę musz­tardy.

- Zasta­na­wia­łeś się kie­dyś - Chaz mówił z peł­nymi ustami - ile kosz­tują te bur­rito? To zna­czy tak naprawdę. Ener­gia potrzebna, by je stwo­rzyć i umie­ścić tutaj, żeby­śmy mogli je kupić?

- Kupę kasy. - Davis odgryzł kolejny kęs. - I jed­no­cze­śnie zupeł­nie nic.

- Hmm... To tro­chę tak, jak ty mówisz różne rze­czy, które jed­no­cze­śnie zupeł­nie nic nie zna­czą?

- Pro­jekt Migawka to koszty uto­pione, Chaz. Goście w gar­nia­kach już zapła­cili za to miej­sce i tech­no­lo­gię potrzebną do jego stwo­rze­nia. Wszystko jest na miej­scu, a koszty począt­kowe były ogromne. Ale tak naprawdę nie mie­li­śmy wyboru.

Kiedy nowy ame­ry­kań­ski rząd wyco­fał się z Clip­per­ton, posta­no­wił nie usu­wać insta­la­cji pod mia­stem. Davis był prze­ko­nany, że Ame­ry­ka­nie chcieli, żeby pozo­stała, na wypa­dek gdyby posta­no­wili wró­cić i jesz­cze tro­chę poba­wić się swoim eks­pe­ry­men­tem. Ale nie chcieli też tak po pro­stu jej oddać. I dla­tego New Clip­per­ton - ofi­cjal­nie nie­za­leżne pań­stwo-mia­sto - dostało "szansę" na prze­ję­cie Pro­jektu Migawka. Za bar­dzo wysoką opłatą.

Davis odgryzł kolejny kęs bur­rito.

- Całość mnó­stwo nas kosz­to­wała, ale co się stało, to się nie odsta­nie, więc rów­nie dobrze możemy z tego korzy­stać.

- No tak, ale to bur­rito, stary. Robią dla nas bur­rito. Zawsze się zasta­na­wia­łem, czy goście z księ­go­wo­ści nie pomy­ślą pew­nego dnia "Bur­rito są zbyt błahe. Usuńmy je".

- To tak nie działa. Jeśli zamie­rza się wyko­rzy­stać Migawkę do odtwo­rze­nia dnia, trzeba to zro­bić dosko­nale. Czyli nasze bur­rito, graf­fiti na tam­tej ścia­nie, ta kobieta, na którą się gapisz... wszystko jest w pakie­cie. Dro­gie, a jed­no­cze­śnie za darmo.

- Nie­zła jest, co? - Chaz odwró­cił się i szedł tyłem, wpa­tru­jąc się w kobietę.

- Chaz, miej tro­chę przy­zwo­ito­ści.

- Dla­czego? Ona nie jest praw­dziwa. Nikt z nich nie jest.

Kubki sma­kowe Davisa nie zauwa­żały, że bur­rito, które wła­śnie prze­żuwa, nie jest praw­dziwe. Oczy­wi­ście, co to zna­czyło "praw­dziwy"? Fasolka i ser zostały wymo­de­lo­wane na pod­sta­wie praw­dziwego bur­rito w praw­dziwym mie­ście i wszystko się zga­dzało nawet na pozio­mie czą­stecz­ko­wym. Nie była to też wir­tu­alna symu­la­cja. Gdyby umie­ścić to bur­rito obok takiego z real­nego świata, nawet za pomocą mikro­skopu elek­tro­no­wego nie dałoby się zauwa­żyć róż­nicy.

Chaz chrząk­nął i wgryzł się w swoje bur­rito.

- Zasta­na­wiam się, kto kupił je w praw­dzi­wym mie­ście.

Dobre pyta­nie. Migawka została stwo­rzona w ciągu jed­nej nocy i była dokładną repliką dnia sprzed dzie­się­ciu dni - 1 maja 2018 roku. Cała rekon­struk­cja miała zostać usu­nięta w chwili, gdy Chaz i Davis opusz­czą ją na noc. Naci­sną guzik i wszystko w środku zmieni się z powro­tem w surową mate­rię i ener­gię.

Chaz i Davis byli jed­nak praw­dziwi - przy­byli z "praw­dzi­wego życia", jeśli można tak to okre­ślić. Ich wpro­wa­dze­nie - choć konieczne - było rów­nież kło­po­tliwe. Kiedy wcho­dzili w inte­rak­cje z Migawką, powo­do­wali coś, co nazy­wano Odchy­le­niami - róż­nice mię­dzy Migawką a tym, jak roze­grały się wyda­rze­nia praw­dzi­wego pierw­szego maja.

Nie­które rze­czy, które robili - choć nie dało się prze­wi­dzieć, które - odbi­jały się na całej Migawce, spra­wia­jąc, że wyda­rze­nia w rekon­struk­cji roz­gry­wały się ina­czej niż praw­dzi­wego dnia. Pro­cent Odchy­le­nia - obli­czony przez sta­ty­sty­ków - brano pod uwagę w cza­sie wszyst­kich pro­ce­sów powią­za­nych z dowo­dami odkry­tymi w Migawce.

Chaz i Davis zwy­kle pozo­sta­wiali to gościom w księ­go­wo­ści. Cza­sami przez cały dzień robili rze­czy, które w ich prze­ko­na­niu powinny zni­we­czyć wszel­kie szanse na uzna­nie dowo­dów - ale w końcu wszystko dobrze się koń­czyło i pro­cent Odchy­le­nia oka­zy­wał się nie­wielki. Innym razem Davis zamknął się w hote­lo­wym schro­nie, zde­cy­do­wany nie two­rzyć żad­nych Odchy­leń. Nie­stety, trza­ska­jąc drzwiami, obu­dził kobietę w sąsied­nim pokoju. Jej z kolei udało się dotrzeć na czas na roz­mowę o pracę, a to miało swoje kon­se­kwen­cje w całej Migawce, powo­du­jąc Odchy­le­nie wyno­szące dwa­dzie­ścia pro­cent. I w efek­cie sprawa została umo­rzona.

Nikt nie miał do nich pre­ten­sji. Gli­nia­rze w Migaw­kach wywo­ły­wali Odchy­le­nia, taka była natura tego, co robili. Mimo wszystko to go drę­czyło. Tutaj wszy­scy inni byli fał­szywi, ale on i Chaz... jakimś spo­so­bem byli czymś jesz­cze gor­szym. Usterki w dosko­na­łym sys­te­mie. Intruzi. Wirusy pozo­sta­wia­jące za sobą chaos.

Nie­ważne, powie­dział sobie, koń­cząc bur­rito. Skup się na misji. Psy­chia­tra z wydziału kazała mu się sku­piać na tym, co robił, na bie­żą­cym zada­niu. Obse­sja na punk­cie Odchy­leń unie­moż­li­wiała mu dzia­ła­nie.

Dotarli na róg Trze­ciej i Dwu­dzie­stej Siód­mej, w pobliżu sze­regu skle­pi­ków. Cało­do­bowe spo­żyw­czaki, mono­po­lowy z kra­tami w oknach. Na tyłach szyl­dów naklejki z nazwami przy­pad­ko­wych zespo­łów. To nie była lep­sza dziel­nica mia­sta - tych nie­wiele już pozo­stało.

Davis znów przy­wo­łał na tele­fo­nie para­me­try misji i przyj­rzał im się uważ­nie.

- Sądzę, że powin­ni­śmy sta­nąć w środku. - Davis wska­zał na mono­po­lowy.

- Trudno będzie kogoś gonić.

- Tak, ale on nas nie zoba­czy. Żad­nych Odchy­leń.

- Odchy­leń nie da się powstrzy­mać.

Miał rację. Każ­dego dnia wypy­ty­wano ich o to, co robili, zgry­wano też dane z tele­fo­nów, które śle­dziły ich poło­że­nie. Ich dzia­ła­nia pod­le­gały audy­towi przez księ­go­wych z wydziału spraw wewnętrz­nych, ale zawsze mówiono o "mini­ma­li­zo­wa­niu ryzyka Odchy­le­nia celów". Ni­gdy o eli­mi­no­wa­niu Odchy­leń.

Poza tym danymi z tele­fo­nów dało się mani­pu­lo­wać, o czym Davis dobrze wie­dział, a sygnały z zewnątrz z tru­dem docie­rały do wnę­trza Migawki. I tak naprawdę nikt nie mógł być pewien, co tu robili.

Chaz jed­nak nie sprze­ci­wiał się dłu­żej, kiedy Davis zajął sta­no­wi­sko w skle­pie mono­po­lo­wym, otwar­tym mimo wcze­snej pory. Choć dziel­nica była kiep­ska, w środku pach­niało czy­sto­ścią i pano­wał porzą­dek. Bro­daty Sikh w szy­kow­nym czer­wo­nym tur­ba­nie zamia­tał pod­łogę przy kasie. Przy­glą­dał im się z zacie­ka­wie­niem, kiedy usta­wili się przy oknie od frontu.

Davis znów prze­czy­tał para­me­try misji i spoj­rzał na zega­rek. Pół godziny. Nie­wiele czasu. Nie powinni robić sobie prze­rwy na śnia­da­nie, mimo narze­kań Chaza.

Skle­pi­karz nie prze­ry­wał zamia­ta­nia, ale od czasu do czasu posy­łał im spoj­rze­nie.

- Będziemy mieli z nim pro­blem - zauwa­żył Chaz.

- Jeste­śmy dwoma zwy­kłymi klien­tami.

- Któ­rzy niczego nie kupują. Teraz wyglą­damy przez okno, a jeden z nas co pięt­na­ście sekund patrzy na zega­rek.

- Wcale nie...

Davis prze­rwał, kiedy skle­pi­karz w końcu odsta­wił mio­tłę na bok i pod­szedł do nich.

- Będą musieli pano­wie wyjść - powie­dział. - Muszę zamknąć, żeby, no, pójść na lunch.

Davis uśmiech­nął się, przy­go­to­wu­jąc kłam­stwo, żeby uspo­koić męż­czy­znę.

Chaz mach­nął mu przed nosem odznaką.

W oczach Davisa wyglą­dała nor­mal­nie. Sre­brzy­sta tar­cza ze stan­dar­do­wym, ofi­cjal­nym gra­we­ro­wa­niem. Nie było w niej niczego nie­zwy­kłego. Tyle tylko, że to była odznaka real­no­ści. Dla każ­dego z Migawki - każ­dego, kto był pod­róbką, fał­szy­wym czło­wie­kiem - wcale nie wyglą­dała jak odznaka poli­cyjna. Miast tego zaświad­czała, że noszący ją ludzie są praw­dziwi.

A patrzący na nią wręcz prze­ciw­nie.

Sikh wpa­try­wał się w odznakę sze­roko otwar­tymi oczyma. Davis zawsze się zasta­na­wiał, co takiego widzą. Wszy­scy mieli to samo odle­głe spoj­rze­nie, jakby wpa­try­wali się w coś ogrom­nego. Oszo­ło­mione. Nawet odro­binę prze­stra­szone.

Czy moja pod­róbka kie­dy­kol­wiek widziała jedną z nich? - zasta­na­wiał się. Wie­rzył, że jest praw­dzi­wym mną, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc fakt, że on - i jego cały świat - to jedy­nie Migawka. Aż zoba­czył odznakę...

Skle­pi­karz otrzą­snął się i popa­trzył na nich.

- Hej, nie­zła sztuczka. Jak pan... to zna­czy, jak to się robi...? - Znów spoj­rzał na odznakę.

Pod­róbki zawsze instynk­tow­nie ją roz­po­zna­wały. Coś w ich wnę­trzu wie­działo, co zna­czy odznaka, nawet jeśli o niej nie sły­szeli. Oczy­wi­ście więk­szość sły­szała, przez te całe ostat­nie spory o pry­wat­ność. Poza tym opi­nia publiczna w Odno­wio­nej Unii Ame­ry­kań­skiej fascy­no­wała się pro­jek­tem, sta­wał się popu­larny w kinie. Na ser­wi­sach było z pół tuzina dra­ma­tów poli­cyj­nych o gli­nia­rzach pra­cu­ją­cych wewnątrz Migawki - choć, o ile Davis wie­dział, jedy­nym ofi­cjal­nie dzia­ła­ją­cym obiek­tem był ten w New Clip­per­ton.

Dra­maty poli­cyjne ni­gdy nie poka­zy­wały, jak wyglą­dała odznaka real­no­ści. Wyda­wało się to swego rodzaju nie­pi­saną zasadą. W gło­wie wyglą­dała lepiej.

Skle­pi­karz szep­nął coś w ojczy­stym języku. Póź­niej znów na nich spoj­rzał, tym razem przy­tom­niej. Chaz poki­wał głową.

Skle­pi­karz przy­jął to nie­źle. Po pro­stu... sobie poszedł. W oszo­ło­mie­niu otwo­rzył drzwi sklepu i zosta­wił wszystko za sobą. Po co miał pra­co­wać w han­dlu, skoro wła­śnie odkrył, że nie jest praw­dziwy? Po co miał się czym­kol­wiek przej­mo­wać, skoro cały jego świat miał się skoń­czyć w porze kola­cji?

- Napi­jesz się cze­goś? - spy­tał wesoło Chaz, kiedy już scho­wał odznakę do kie­szeni na piersi. Wska­zał na nie­pil­no­wane półki sklepu.

- Nie musia­łeś tego robić.

- Zostało nam tylko kilka minut. Nie ma czasu na poga­duszki. Tak było naj­le­piej.

- Wpro­wa­dzi Odchy­le­nia.

- Nie da się zatrzy­mać...

- Zamknij się.

Davis oparł się o okno i znów spoj­rzał na zega­rek. Cza­sami cię nie­na­wi­dzę, Chaz, pomy­ślał.

Choć jed­no­cze­śnie zazdro­ścił Cha­zowi. Czułby się lepiej, gdyby po pro­stu zaczął trak­to­wać wszystko tutaj - włącz­nie z ludźmi, któ­rych mijali - jako fał­szywki. Mario­netki stwo­rzone z suro­wej mate­rii i na krótko oży­wione.

Tyle tylko że... byli dosko­na­łymi rekon­struk­cjami, łącz­nie z che­mią mózgu. Jak mógł nie postrze­gać ich jako praw­dzi­wych ludzi? On i Chaz jedli bur­rito i trak­to­wali je jako praw­dziwe, a jed­no­cze­śnie mieli uda­wać, że napo­tkani ludzie to nie­wiele wię­cej niż obrazy? To się nie wyda­wało wła­ściwe.

Chaz ści­snął go za ramię.

- Tak jest lepiej. Będzie mógł przy­jem­nie spę­dzić to, co zostało z jego życia, cza­isz? - Się­gnął do kie­szeni i wyło­żył na para­pet garść monet. - Pro­szę. Ze sto­iska z bur­rito.

Chaz poszedł po butelkę India Pale Ale. Davis przez chwilę się dener­wo­wał, po czym spraw­dził para­me­try misji. Dziś dwie sprawy. Jedna tutaj, na rogu ulicy, póź­niej druga, w pobliżu War­saw Street o dwu­dzie­stej sie­dem­na­ście. Do tej pory pro­cent Odchy­le­nia mógł być dość wysoki, szcze­gól­nie jeśli Chaz był dziś w nastroju, ale wciąż mogli zro­bić coś dobrego. Pomóc roz­wią­zać sprawy dzie­jące się w praw­dzi­wym świe­cie. Prze­ka­zać infor­ma­cje praw­dzi­wym gli­nia­rzom.

I War­saw Street. Godzina dwu­dzie­sta sie­dem­na­ście.

Davis w końcu wziął garść monet i zaczął je prze­glą­dać, uno­sił każdą do poran­nego słońca wpa­da­ją­cego przez okno i spraw­dzał datę. Chaz wró­cił do niego spa­ce­ro­wym kro­kiem i pokrę­cił głową.

- Mogli­by­śmy pójść do banku, cza­isz? Popro­sić ich o całe wia­dro monet.

- To by się nie liczyło.

Davis zmarsz­czył czoło, wpa­tru­jąc się w dwa­dzie­ścia pięć cen­tów, które trzy­mał. Czy miał już rok 2002 z men­nicy w Fila­del­fii? Wycią­gnął tele­fon i prze­wi­nął ekran.

- To by się nie liczyło? - spy­tał Chaz. - Według czy­ich zasad?

- Moich wła­snych.

- To je zmień.

- Nie mogę.

Tak, rok 2002 już zna­lazł. Potrze­bo­wał 2003. W dzi­siej­szych cza­sach trudno było zna­leźć miej­sca, które korzy­stały z monet. Uliczni han­dla­rze, cza­sem małe skle­piki spo­żyw­cze.

- Masz poję­cie, jak bar­dzo utrud­niasz sobie życie, prawda?

- Cza­sami - przy­znał Davis. - Ale nie mogę oszu­ki­wać albo kolek­cja straci wszel­kie zna­cze­nie. Poza tym Hal zna zasady.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki