1.
Czcibor, syn kniaziowy, wspierał się o południowe obwarowania grodu. Wiosenne niebo robiło się coraz ciemniejsze, a szarość poczęła zapowiadać koniec dnia. Zasępiony spoglądał przed siebie i myślał. Wątpliwości miał bez liku, zwłaszcza co do zdarzeń minionych kilku dni. Wola jego ojca była najistotniejsza i syn winien mu być posłuszny. Miał się żenić z córką Mściwoja, żupana Kalisza, którego wpływy na Piastowych ziemiach zaiste były znaczne, czego nie mógł zlekceważyć nawet ród u władzy. Czcibor doskonale rozumiał, ile dobrego przyniesie połączenie rodzin, zarówno jemu, jak i ziemiom, którymi kiedyś będzie władać. Między innymi jego siła i poważanie miały wzrosnąć, a dzięki temu łatwiej będzie nawiązać stosunki z innymi plemionami oraz poszerzyć granice. Na razie jest jedynie żupanem Gniezna, którym po bezpotomnej śmierci poprzednika mianował go ojciec, by wprawiał się we władaniu. Kiedyś zostanie kniaziem, a wtedy znacznie rozbuduje księstwo. Pomimo dobrych stron ożenku Czcibora mierziło, co obiecał ojcu. Miał on w grodzie kochanicę nad wyraz mu bliską, z którą planował się żenić. Siemomysł jednak nie chciał o tym słuchać, a co więcej nakazał, by syn zostawił lubą i wierny był przyszłej żonie. Czciborowi żona by nie wadziła. Nic mu nie szkodziłoby zachodzić po ślubie do innej i swawolić z nią w łożnicy. Ojciec jednak, jakby w myślach mu czytał, rzekł:
- Gdy już żonę będziesz mieć, to tylko z nią masz chodzić do łożnicy. Nie może tak być, że będziesz gził się z inną i płodził z nią bękarty, bo wtedy sam kłopot. Pomnij błędy twego dziada, który miał syna z kochanicą. A ja musiałem wojować z nim, by ojcowizna mnie przypadła. Mimo że on był z nieprawego łoża. A do tego potrafił zbuntować ludzi i przyciągnąć do siebie. Z kolei jakbyś i tę drugą pojął za żonę, to sprawa taka sama. Myślisz, że twoi synowie nie żarliby się o schedę?
Pragnieniem ojca było zachowanie spokoju w księstwie, czego Czcibor miał pełną świadomość, ale wciąż nie w smak mu było zostawić kochanicę. Coś go podkusiło, by wypomnieć rodzicowi, że sam ma nałożnice. Ten go zbył, mówiąc jeno, że już za stary jest, by spłodzić nowego potomka. Na pytanie, czy nie miał nałożnic wcześniej, odpowiadał, że miał, dopóki Ludmiła, matka Czcibora, nie porodziła mu synów. Wtedy inne odprawił, żeby uniknąć problemów. Ze smętnych rozmyślań wyrwał go głos pachołka, którego po niego posłano.
- Panie, żupan Kalisza, mości Mściwój przybył i kniaź nakazał cię odnaleźć - rzekł, skłoniwszy się wcześniej.
- Tak mu spieszno do ślubu? - prychnął Czcibor. - Może niech sam się żeni?
Kniaziowy syn niechętnie ruszył przed siebie. Wolnym, lecz pewnym krokiem zszedł po drewnianych schodach na plac. Pokonał jedną uliczkę z chatami po obu stronach, pokonał i drugą. W końcu doszedł do grodu, gdzie pachołek pospiesznie otworzył przed nim masywne drzwi. Czcibor rozejrzał się dookoła i jego oczom ukazał się kniaź rozmawiający przy stole z przyszłym powinowatym. Obok nich siedziało kilku wojów, zarówno od Mściwoja, jak i od Siemomysła, a także młodszy brat Czcibora, Prokuj. Przy nich krzątali się pachołkowie i służba, która donosiła strawę i napitki.
- Witaj, synu. Czekaliśmy na ciebie! - zawołał radośnie kniaź, wznosząc ku Czciborowi kielich napełniony ciemnym mocnym piwem, który był jego ulubionym trunkiem. - Napijmy się za zdrowie mego syna, mej chluby i dumy! - odezwał się do siedzącego obok Mściwoja.
Ten ochoczo wzniósł pełny kielich. Naczynia stuknęły, a za krawędzie prysnęła część piwa.
- Witaj, Czciborze. Rad jestem, żeś dołączył do nas.
- I ja rad jestem, że zawitałeś do Gniezna - odparł nie do końca szczerze jego przyszły zięć. - Nie rozumiem jeno, co cię sprowadza.
- A co? Boisz się, że ślubu nie będzie? - zaśmiał się Mściwoj. - Spokojnie, jestem tu, by sprawdzić, jak idą przygotowania. Córka moja przybędzie za dwa dni.
- Mściwoju, chyba nie chcesz powiedzieć, że nam nie ufasz?
- To samo i ja powiedziałem - podkreślił ze śmiechem Siemomysł.
- A ja rzekłem, że o moją córkę się rozchodzi i jej zamążpójście. Zda mi się, że dobry to powód, by tu zawitać.
- Niech i tak będzie - zgodził się potomek kniazia. - Napiję się z wami, jeśli co zostało.
- Piwa u nas w bród, synu! Pij!
I rozpoczęła się uczta z Czciborem, który jak i ojciec słynął z mocnej głowy. A skoro picie, to i opowieści, liczne przechwałki, z których to Mściwoj z kolei był znany, a głównie dlatego, że zanadto wyolbrzymiał. Nikt mu jednak tego wprost nie zarzucił. Jedni, głównie poddani - bali się, innym zaś było to obojętne, bo miło im się go słuchało.
- U mnie na grodzie nowy łowczy jest - zaczął gość. Obtarł usta z piwa i mówił dalej: - Przybył do nas... Już nie pamiętam skąd. I przechwalał się, jakiego to on zwierza nie położy. Prawił przy tym też, że puszcza przed nim tajemnic żadnych nie ma. Tylko wejdzie do niej, od razu coś i znajdzie. Ja na to wtedy, że wielu potraf tropić, więc żaden wyjątkowy człek z niego. Obruszył się i o zakład chciał iść. Nastawał na mnie, żebym dał mu czas, a takiego dzika ubije, że ze stolca spadnę i na kolanach go przepraszać będę, żem umniejszał jego kunszt myśliwski. Chciałem wiedzieć, o co zakład. Myślałem, że srebrem będzie chciał być obsypany albo dostać tyle kruszcu, ile upolowany przezeń dzik będzie ważyć. Nie zgadniecie, co on na to! - Nikt ze zgromadzonych się nie odezwał. Kilku wyraźnie zaciekawionych słuchaczy uśmiechało się. Jedynie towarzysze Mściwoja nic po sobie nie zdradzali, bo znali już tę historię. - On, że to sprawa honoru. I wyszedł nagle. Śmialiśmy się w grodzie z niego, żeby wam nie skłamać, siedem dni i siedem nocy. Każdy myślał, że łowczy może i tropił dzika, ale nie znalazł bestii, jaką zapowiadał, i odpuścił, bo głupio mu było wrócić. Potem uszedł byle dalej. - Mściwój wskazał jednej ze służących kielich, by dolała mu piwa. - Jakie moje zdziwienie było, kiedy pachołek wpadł raz do mej izby i doniósł, że łowczy powrócił. Od razu wyszedłem, ciekaw, z czym przybywa, bo pacholę oświadczyło, że dzika ze sobą ów człek przywiózł. Wierzyć jednak nie chciałem, że wielkiego knura ubił. Wyszedłem pod bramę, a łowczy zeskakiwał wtedy z konia. Pamiętam, jakby dzisiaj to było, że dumnie stanął i wyprężył się przy upolowanym odyńcu. "I co powiesz, panie, teraz?" - ozwał się do mnie, widząc, że gapiłem się niczym ciele na malowane wrota. "Kłamałem, że upoluję największego, jakiegoś widział?" - Mściwoj zamilkł. Wiedział, że jeśli opowieść ma być dobra, trzeba miarkować napięcie.
- I co? - zapytał Czcibor, domyślając się, że tego oczekuje jego przyszły teść.
- Jak to co? Przegrałem zakład. Większego bydlaka od jego dzika nigdy żem nie widział! - przyznał, po czym chlusnął sobie piwo do gardła wśród harmidru, gdy wszyscy zgromadzeni solidnym zanieśli się śmiechem.
Zaskoczony finałem historii Czcibor również nie krył rozbawienia i gdy kielich jego znowu został napełniony, stuknął się nim z Mściwojem i razem upili nieco trunku.