Mieszko. Wyjście z cienia - Daniel Komorowski

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Czci­bor, syn knia­ziowy, wspie­rał się o po­łu­dniowe ob­wa­ro­wa­nia grodu. Wio­senne niebo ro­biło się co­raz ciem­niej­sze, a sza­rość po­częła za­po­wia­dać ko­niec dnia. Za­sę­piony spo­glą­dał przed sie­bie i my­ślał. Wąt­pli­wo­ści miał bez liku, zwłasz­cza co do zda­rzeń mi­nio­nych kilku dni. Wola jego ojca była naj­istot­niej­sza i syn wi­nien mu być po­słuszny. Miał się że­nić z córką Mści­woja, żu­pana Ka­li­sza, któ­rego wpływy na Pia­sto­wych zie­miach za­iste były znaczne, czego nie mógł zlek­ce­wa­żyć na­wet ród u wła­dzy. Czci­bor do­sko­nale ro­zu­miał, ile do­brego przy­nie­sie po­łą­cze­nie ro­dzin, za­równo jemu, jak i zie­miom, któ­rymi kie­dyś bę­dzie wła­dać. Mię­dzy in­nymi jego siła i po­wa­ża­nie miały wzro­snąć, a dzięki temu ła­twiej bę­dzie na­wią­zać sto­sunki z in­nymi ple­mio­nami oraz po­sze­rzyć gra­nice. Na ra­zie jest je­dy­nie żu­pa­nem Gnie­zna, któ­rym po bez­po­tom­nej śmierci po­przed­nika mia­no­wał go oj­ciec, by wpra­wiał się we wła­da­niu. Kie­dyś zo­sta­nie knia­ziem, a wtedy znacz­nie roz­bu­duje księ­stwo. Po­mimo do­brych stron ożenku Czci­bora mier­ziło, co obie­cał ojcu. Miał on w gro­dzie ko­cha­nicę nad wy­raz mu bli­ską, z którą pla­no­wał się że­nić. Sie­mo­mysł jed­nak nie chciał o tym słu­chać, a co wię­cej na­ka­zał, by syn zo­sta­wił lubą i wierny był przy­szłej żo­nie. Czci­bo­rowi żona by nie wa­dziła. Nic mu nie szko­dzi­łoby za­cho­dzić po ślu­bie do in­nej i swa­wo­lić z nią w łoż­nicy. Oj­ciec jed­nak, jakby w my­ślach mu czy­tał, rzekł:

- Gdy już żonę bę­dziesz mieć, to tylko z nią masz cho­dzić do łoż­nicy. Nie może tak być, że bę­dziesz gził się z inną i pło­dził z nią bę­karty, bo wtedy sam kło­pot. Po­mnij błędy twego dziada, który miał syna z ko­cha­nicą. A ja mu­sia­łem wo­jo­wać z nim, by oj­co­wi­zna mnie przy­pa­dła. Mimo że on był z nie­pra­wego łoża. A do tego po­tra­fił zbun­to­wać lu­dzi i przy­cią­gnąć do sie­bie. Z ko­lei jak­byś i tę drugą po­jął za żonę, to sprawa taka sama. My­ślisz, że twoi sy­no­wie nie żar­liby się o schedę?

Pra­gnie­niem ojca było za­cho­wa­nie spo­koju w księ­stwie, czego Czci­bor miał pełną świa­do­mość, ale wciąż nie w smak mu było zo­sta­wić ko­cha­nicę. Coś go pod­ku­siło, by wy­po­mnieć ro­dzi­cowi, że sam ma na­łoż­nice. Ten go zbył, mó­wiąc jeno, że już za stary jest, by spło­dzić no­wego po­tomka. Na py­ta­nie, czy nie miał na­łoż­nic wcze­śniej, od­po­wia­dał, że miał, do­póki Lud­miła, matka Czci­bora, nie po­ro­dziła mu sy­nów. Wtedy inne od­pra­wił, żeby unik­nąć pro­ble­mów. Ze smęt­nych roz­my­ślań wy­rwał go głos pa­chołka, któ­rego po niego po­słano.

- Pa­nie, żu­pan Ka­li­sza, mo­ści Mści­wój przy­był i kniaź na­ka­zał cię od­na­leźć - rzekł, skło­niw­szy się wcze­śniej.

- Tak mu spieszno do ślubu? - prych­nął Czci­bor. - Może niech sam się żeni?

Knia­ziowy syn nie­chęt­nie ru­szył przed sie­bie. Wol­nym, lecz pew­nym kro­kiem zszedł po drew­nia­nych scho­dach na plac. Po­ko­nał jedną uliczkę z cha­tami po obu stro­nach, po­ko­nał i drugą. W końcu do­szedł do grodu, gdzie pa­cho­łek po­spiesz­nie otwo­rzył przed nim ma­sywne drzwi. Czci­bor ro­zej­rzał się do­okoła i jego oczom uka­zał się kniaź roz­ma­wia­jący przy stole z przy­szłym po­wi­no­wa­tym. Obok nich sie­działo kilku wo­jów, za­równo od Mści­woja, jak i od Sie­mo­my­sła, a także młod­szy brat Czci­bora, Pro­kuj. Przy nich krzą­tali się pa­choł­ko­wie i służba, która do­no­siła strawę i na­pitki.

- Wi­taj, synu. Cze­ka­li­śmy na cie­bie! - za­wo­łał ra­do­śnie kniaź, wzno­sząc ku Czci­bo­rowi kie­lich na­peł­niony ciem­nym moc­nym pi­wem, który był jego ulu­bio­nym trun­kiem. - Na­pijmy się za zdro­wie mego syna, mej chluby i dumy! - ode­zwał się do sie­dzą­cego obok Mści­woja.

Ten ocho­czo wzniósł pełny kie­lich. Na­czy­nia stuk­nęły, a za kra­wę­dzie pry­snęła część piwa.

- Wi­taj, Czci­bo­rze. Rad je­stem, żeś do­łą­czył do nas.

- I ja rad je­stem, że za­wi­ta­łeś do Gnie­zna - od­parł nie do końca szcze­rze jego przy­szły zięć. - Nie ro­zu­miem jeno, co cię spro­wa­dza.

- A co? Bo­isz się, że ślubu nie bę­dzie? - za­śmiał się Mści­woj. - Spo­koj­nie, je­stem tu, by spraw­dzić, jak idą przy­go­to­wa­nia. Córka moja przy­bę­dzie za dwa dni.

- Mści­woju, chyba nie chcesz po­wie­dzieć, że nam nie ufasz?

- To samo i ja po­wie­dzia­łem - pod­kre­ślił ze śmie­chem Sie­mo­mysł.

- A ja rze­kłem, że o moją córkę się roz­cho­dzi i jej za­mąż­pój­ście. Zda mi się, że do­bry to po­wód, by tu za­wi­tać.

- Niech i tak bę­dzie - zgo­dził się po­to­mek knia­zia. - Na­piję się z wami, je­śli co zo­stało.

- Piwa u nas w bród, synu! Pij!

I roz­po­częła się uczta z Czci­bo­rem, który jak i oj­ciec sły­nął z moc­nej głowy. A skoro pi­cie, to i opo­wie­ści, liczne prze­chwałki, z któ­rych to Mści­woj z ko­lei był znany, a głów­nie dla­tego, że za­nadto wy­ol­brzy­miał. Nikt mu jed­nak tego wprost nie za­rzu­cił. Jedni, głów­nie pod­dani - bali się, in­nym zaś było to obo­jętne, bo miło im się go słu­chało.

- U mnie na gro­dzie nowy łow­czy jest - za­czął gość. Ob­tarł usta z piwa i mó­wił da­lej: - Przy­był do nas... Już nie pa­mię­tam skąd. I prze­chwa­lał się, ja­kiego to on zwie­rza nie po­łoży. Pra­wił przy tym też, że pusz­cza przed nim ta­jem­nic żad­nych nie ma. Tylko wej­dzie do niej, od razu coś i znaj­dzie. Ja na to wtedy, że wielu po­traf tro­pić, więc ża­den wy­jąt­kowy człek z niego. Ob­ru­szył się i o za­kład chciał iść. Na­sta­wał na mnie, że­bym dał mu czas, a ta­kiego dzika ubije, że ze stolca spadnę i na ko­la­nach go prze­pra­szać będę, żem umniej­szał jego kunszt my­śliw­ski. Chcia­łem wie­dzieć, o co za­kład. My­śla­łem, że sre­brem bę­dzie chciał być ob­sy­pany albo do­stać tyle kruszcu, ile upo­lo­wany prze­zeń dzik bę­dzie wa­żyć. Nie zgad­nie­cie, co on na to! - Nikt ze zgro­ma­dzo­nych się nie ode­zwał. Kilku wy­raź­nie za­cie­ka­wio­nych słu­cha­czy uśmie­chało się. Je­dy­nie to­wa­rzy­sze Mści­woja nic po so­bie nie zdra­dzali, bo znali już tę hi­sto­rię. - On, że to sprawa ho­noru. I wy­szedł na­gle. Śmia­li­śmy się w gro­dzie z niego, żeby wam nie skła­mać, sie­dem dni i sie­dem nocy. Każdy my­ślał, że łow­czy może i tro­pił dzika, ale nie zna­lazł be­stii, jaką za­po­wia­dał, i od­pu­ścił, bo głu­pio mu było wró­cić. Po­tem uszedł byle da­lej. - Mści­wój wska­zał jed­nej ze słu­żą­cych kie­lich, by do­lała mu piwa. - Ja­kie moje zdzi­wie­nie było, kiedy pa­cho­łek wpadł raz do mej izby i do­niósł, że łow­czy po­wró­cił. Od razu wy­sze­dłem, cie­kaw, z czym przy­bywa, bo pa­cholę oświad­czyło, że dzika ze sobą ów człek przy­wiózł. Wie­rzyć jed­nak nie chcia­łem, że wiel­kiego knura ubił. Wy­sze­dłem pod bramę, a łow­czy ze­ska­ki­wał wtedy z ko­nia. Pa­mię­tam, jakby dzi­siaj to było, że dum­nie sta­nął i wy­prę­żył się przy upo­lo­wa­nym odyńcu. "I co po­wiesz, pa­nie, te­raz?" - ozwał się do mnie, wi­dząc, że ga­pi­łem się ni­czym ciele na ma­lo­wane wrota. "Kła­ma­łem, że upo­luję naj­więk­szego, ja­kie­goś wi­dział?" - Mści­woj za­milkł. Wie­dział, że je­śli opo­wieść ma być do­bra, trzeba miar­ko­wać na­pię­cie.

- I co? - za­py­tał Czci­bor, do­my­śla­jąc się, że tego ocze­kuje jego przy­szły teść.

- Jak to co? Prze­gra­łem za­kład. Więk­szego by­dlaka od jego dzika ni­gdy żem nie wi­dział! - przy­znał, po czym chlu­snął so­bie piwo do gar­dła wśród har­mi­dru, gdy wszy­scy zgro­ma­dzeni so­lid­nym za­nie­śli się śmie­chem.

Za­sko­czony fi­na­łem hi­sto­rii Czci­bor rów­nież nie krył roz­ba­wie­nia i gdy kie­lich jego znowu zo­stał na­peł­niony, stuk­nął się nim z Mści­wo­jem i ra­zem upili nieco trunku.

2.

Po bie­sia­dzie na­stał w końcu ra­nek. Opo­wie­ści Mści­woja ba­wiły wszyst­kich długo w noc, a le­jące się stru­mie­niami piwo spra­wiło, że przy­tomni ostali się tylko naj­moc­niejsi. Czci­bor do nich na­le­żał i zdo­łał dojść do swej izby, chwiej­nym co prawda kro­kiem, lecz i tak syn knia­zia był naj­trzeź­wiej­szy.

Wcze­śnie rano, gdy wszy­scy jesz­cze spali, wy­mknął się ostroż­nie z izby, uwa­ża­jąc, aby ni­kogo przy tym nie zbu­dzić. W sali bie­siad­nej, przy stole, je­den obok dru­giego spali kniaź z Mści­wo­jem. Wo­kół nich na ła­wach le­żeli wo­jo­wie. W po­rów­na­niu z wie­czo­rową i nocną porą róż­nica była je­dy­nie taka, że pa­choł­ków i służby nie było, bo­wiem zni­kli, gdy tylko wszyst­kich moż­nych zmógł sen. Czci­bor w końcu wy­szedł na dzie­dzi­niec, gdzie, jak się oka­zało, pa­no­wał chłód. Syn Sie­mo­my­sła jed­nak tylko wzru­szył nie­dbale ra­mio­nami i ru­szył przed sie­bie. Skrę­cił w uliczkę, którą szedł wczo­raj­szego dnia na bie­siadę, a gdy zna­lazł się mię­dzy cha­tami, skrę­cił po­now­nie, ale w drugą stronę. Od­niósł wra­że­nie, że ktoś za nim idzie. Spe­cjal­nie ru­szył w prze­ciw­nym kie­runku, niż w pla­no­wał. Na­dal sły­szał kroki, lecz nie ob­ra­cał się, by się nie zdra­dzić. Na­gle przy­spie­szył kroku i znik­nął w jed­nej z szop, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Wy­glą­da­jąc przez szpary, doj­rzał, jak człek ja­kiś przy­sta­nął i ro­zej­rzał się. Wy­dał się zna­jomy. Ja­sno­włosy, nie za krótko ostrzy­żony, z po­tar­ganą brodą, wy­glą­dał na woja, ale nie knia­zio­wego. Kiedy obcy ru­szył da­lej pro­sto, Czci­bor nie­wiele my­śląc, wy­sko­czył z szopy i oba­lił go na zie­mię.

- Ktoś ty i czego za mną ła­zisz? I le­piej mów od razu, bom mało cier­pliwy, a za ję­zyk cią­gnąć nie lu­bię - za­gro­ził wo­jowi, do­ci­ska­jąc go do ziemi i przy­kła­da­jąc nóż do gar­dła. - Ga­daj!

- Mój pan, Mści­woj, mnie wy­słał - wy­dy­szał ten. Wie­dział, że opór byłby da­remny, bo Piast w ten czy inny spo­sób i tak wy­cią­gnąłby z niego prawdę.

- A cze­góż Mści­woj ode mnie chce, że ka­zał ci za mną ła­zić?

- Jego, pa­nie, py­taj. Ja tylko ro­bię, co po­le­cił. Nie mnie py­tać go o po­wody - wy­du­kał po­słusz­nie wszystko, co wie­dział. Nie chciał obe­rwać.

Czci­bor chwilę my­ślał, po czym pu­ścił człeka i ru­szył w po­wrotną drogę do sali bie­siad­nej. Więk­szość go­ści cią­gle spała, lecz gdy trza­snął mocno drzwiami, spora ich grupa pod­nio­sła po­wieki, klnąc pod no­sem. Uci­szyli się, zro­zu­miaw­szy, że to syn knia­zia. Piast sta­nął przed Mści­wo­jem, lecz ten spał. Mło­dzik chwy­cił więc kie­lich i ude­rzył nim mocno o blat stołu. Na ten dźwięk Mści­woj ock­nął się na­tych­miast.

- Cóż to... - wy­beł­ko­tał, prze­cie­ra­jąc oczy.

- Cóż to, cóż to - prych­nął Czci­bor. - Czego to ka­żesz swym lu­dziom za mną ła­zić?

- Co to za wrza­ski?! - ozwał się Sie­mo­mysł, któ­rego ha­łas także wy­rwał ze snu. - Dla­czego krzy­czą?

- Mści­woj ka­zał mnie śle­dzić i py­tam się po co? To z tego po­wodu przy­był tu wcze­śniej, niż za­po­wia­dał, czy coś jesz­cze ukrywa? - od­po­wie­dział mu syn.

- Spo­koj­nie, Czci­bo­rze. To nic ze złych rze­czy, na ja­kie może wy­glą­dać. Do­brze chcia­łem - za­czął Mści­woj, nie­za­do­wo­lony z czło­wieka, który nie wy­wią­zał się z za­da­nia, przez co on mu­siał się te­raz tłu­ma­czyć. - Dla córki mej to zro­bi­łem.

- A cóż ona ma z tym wspól­nego?

- Nie bę­dziesz zły, gdy po­wiem szczerą prawdę?

- Tylko prawdę chcę znać.

- Do­brze. Niech więc bę­dzie. Słu­chy mnie do­szły, że przy­szły mąż mej naj­star­szej córy do in­nej wzdy­cha, i chcia­łem spraw­dzić, czy prawda to. Oj­ciec dla córki chce jak naj­le­piej. Sam nie by­łem wierny swej żo­nie, to wiem, co z tego może wy­nik­nąć. Pew­nie nie mam prawa cię po­uczać, synu Sie­mo­my­sła, ale po­wo­do­wany tro­ską chcia­łem wie­dzieć, jak się sprawy mają. Ni­gdy już cię ni­komu nie każę śle­dzić.

- Oby tak było. I za­spo­koję twą cie­ka­wość: nie ma żad­nej in­nej poza twoją córką i tak po­zo­sta­nie. Bę­dzie dla mnie żoną, je­dyną bia­ło­głową. Mo­żesz więc ze spo­ko­jem pa­trzeć w przy­szłość.

- Rad je­stem. - Mści­woj ski­nął głową. - I na­dzieję mam, że za­po­mnimy, co się stało, i nie bę­dziemy do tego wra­cać. Po­gódźmy się - rzekł, wy­cią­ga­jąc dłoń w ge­ście po­jed­na­nia.

3.

Kniaź da­lej spę­dzał czas ze swym go­ściem. Roz­pra­wiali o róż­nych spra­wach, a tych było bez liku. Po­ru­szony zo­stał te­mat knia­zio­wych ziem i tych dóbr, które do­staną Czci­bor z żoną. Do­bry na­strój po­psuła nieco wi­zyta woja o imie­niu Danko.

- Pilne to? Nie może za­cze­kać? - za­py­tał Sie­mo­mysł, który roz­le­ni­wił się w ostat­nich la­tach. - Go­ścia za­ba­wiam, a i ślub syna nie­długo. Nie mam głowy do in­nych spraw, je­śli błahe.

- Nie nie­po­ko­ił­bym cię, pa­nie, gdyby po­wodu nie było.

- Mów więc, je­śli mu­sisz. Miejmy to za sobą.

- Nie wiem, czy pa­mię­tasz mnie, pa­nie. Z ziem nie­da­leko Lu­bu­sza po­cho­dzę. Od­kąd tam przy­by­łem, by ro­dzi­cieli od­wie­dzić, co rusz sły­sza­łem, że Wie­leci na­jeż­dżają wio­ski, palą i gra­bią. Czę­sto i lu­dzi po­ry­wają, od­dzie­lają matki od dzieci, żony od mę­żów... Za­je­cha­łem do sa­mego Mię­dzy­rze­cza, aby do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej. Po­noć książę Lu­bu­szan, Bo­gu­sław, ściga zbó­jów, lecz ko­rzy­ści z tego nie­wiele, tylko straty pan lu­bu­ski po­nosi. Mówi się, że wielu Wie­le­tów przy­było.

- Bo­gu­sław li­czy na moje wspar­cie? - za­in­te­re­so­wał się Sie­mo­mysł.

- Tego nie wiem, pa­nie, z nim nie mó­wi­łem, ale zdaje się, że byłby wdzięczny za po­moc.

Kniaź za­du­mał się, ale za­raz prze­mó­wił:

- Bo­gu­sław to nasz so­jusz­nik i mąż mo­jej sio­stry. Nie ma co gdy­bać, ru­szymy do niego - za­pew­nił bez naj­mniej­szego za­wa­ha­nia. - Poza tym je­żeli nie dał rady ata­kowi, któ­rego siły nie znamy, to jeno cze­kać, aż Wie­leci za­pusz­czą się da­lej. Je­śli ich się nie po­wstrzyma, to wpierw rzucą się na Lu­busz, po­tem Mię­dzy­rze­cze i lada mo­ment pod Po­zna­niem bę­dziemy ich wy­glą­dać - oznaj­mił, wiesz­cząc moż­liwy jego zda­niem ciąg zda­rzeń. - Czas więc na na­radę i czym prę­dzej w drogę. Nie po­zwolę, by te kun­dle pa­no­szyły się po na­szych zie­miach.

***

Ze­brali się w spe­cjal­nie prze­zna­czo­nej na ob­rady izbie. Wszy­scy sie­dzieli za ma­syw­nym sto­łem po środku po­miesz­cze­nia ob­wie­szo­nego róż­nego ro­dzaju orę­żem, mie­czami, to­po­rami czy tar­czami, skórą upo­lo­wa­nej zwie­rzyny oraz kil­koma wy­pcha­nymi gło­wami.

- Od razu na­leży ru­szać. Nie ma co cze­kać, bo Wie­leci w każ­dej chwili mogą za­ata­ko­wać, a nam od­bi­jać jeno przyj­dzie, nie bro­nić, gdy za późno do­trzemy do Lu­bu­sza - stwier­dził Czci­bor, ude­rza­jąc pię­ścią w stół, by pod­kre­ślić wagę swych słów. - Nie wi­dzę in­nego wyj­ścia. Czas jest naj­waż­niej­szy, a zwle­ka­nie bar­dziej za­szko­dzi, niźli po­może.

- Do­brze, synu, pra­wisz - zgo­dził się Sie­mo­mysł bez wa­ha­nia.

Do tej pory na na­ra­dzie ode­zwali się tylko oni dwaj, a za­pro­sili do roz­mów jesz­cze Mści­woja, bo­wiem nie­długo miał się stać ro­dziną, mło­dego Pro­kuja, by uczył się sztuki wo­jen­nej, Danko oraz Do­bro­mira, jed­nego z do­wód­ców i naj­bar­dziej za­ufa­nych wo­jów, który kie­dyś także był pia­stu­nem Czci­bora.

- Jak tak się sprawy mają, to trzeba po­sta­no­wić, czy ślub twój prze­kła­damy na czas po wy­pra­wie czy od­bę­dzie się, nim wy­ru­szysz? - za­py­tał po­tomka, po czym od razu zwró­cił się do Mści­woja: - A ty jak się na to za­pa­tru­jesz? Co ra­dzisz?

Żu­pan za­sta­no­wił się, nim od­po­wie­dział.

- Ar­mia nie bę­dzie od razu go­towa wy­ru­szyć w drogę. Po­trzeba co naj­mniej kilku dni, by się przy­go­to­wać. Nie wi­dzę prze­szkód, by ślub od­był się od razu. Za­raz po nim można ru­szyć na gra­nicę, gdy aku­rat wszystko bę­dzie go­towe. Nie opóź­nimy wy­prawy, a ślub od­bę­dzie się w swoim cza­sie - do­dał, przed­sta­wia­jąc roz­sądne uwagi. - Tak są­dzę, a jak zde­cy­du­je­cie, to wa­sza wola. Mogę też po­słać po za­stęp swo­ich wo­jów, by wsparli wy­prawę, ale mi­nie wiele dni, nim po­sła­niec ob­róci i oni do­trą.

- Dzięki ci za pro­po­zy­cję, ale za długo mu­sie­li­by­śmy cze­kać - za­wy­ro­ko­wał Sie­mo­mysł.

Reszta była po­dob­nego zda­nia, bo po­ki­wali tylko gło­wami ze zro­zu­mie­niem. Kniaź ozwał się znowu:

- To i chyba nie ma nad czym dłu­żej ra­dzić? - rzu­cił zde­cy­do­wa­nie, wo­dząc wzro­kiem po zgro­ma­dzo­nych, jakby de­cy­zja za­pa­dła sama. - Ślub bę­dzie, jak miał być, a i przy­go­to­wa­nia do wy­prawy za­rzą­dzam od razu. Ze­brać nam trzeba ar­mię, po­słań­ców wy­słać do rząd­ców, by wo­jów przy­słali. Za­pasy zgro­ma­dzić i, rzecz ja­sna, jakby kto wąt­pił, ty, synu mój - zwró­cił się bez­po­śred­nio do Czci­bora - bę­dziesz do­wo­dzić. To­bie po­wie­rzam wy­prawę i wiem, że gdy wró­cisz, to z do­brymi wie­ściami i jako zwy­cięzca.

- Tak bę­dzie, oj­cze. Masz moje słowo.

- No i po­sta­no­wione - za­wo­łał do­no­śnie kniaź, wzno­sząc kie­lich. - Na­pijmy się te­raz i bierzmy do ro­boty, bo tej co nie­miara.

Jak po­wie­dziano, tak zro­biono. Czci­bor z Do­bro­mi­rem za­raz po na­ra­dzie wy­dali roz­kazy i nie trzeba było długo cze­kać, by sze­reg po­słań­ców wy­ru­szył konno zbie­rać ar­mię. W gro­dzie za­pa­no­wało ogóle po­ru­sze­nie. Ślub i wojna!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PROŚBA OD AU­TORA

Pro­szę o wy­ro­zu­mia­łość w pew­nych kwe­stiach. Książka opo­wiada o cza­sach, o któ­rych, jak już wspo­mnia­łem, wia­domo bar­dzo mało. Ist­nieje dużo zna­ków za­py­ta­nia i nie­pew­no­ści od­no­śnie do sa­mych Pia­stów, ziem, ja­kie po­sia­dali, jak i tego skąd do­kład­nie się wy­wo­dzą. W po­wie­ściach naj­waż­niej­sze są po­staci. Już tu­taj na­po­tka­łem na pierw­szą so­lidną ba­rierę w kwe­stii trud­nych do okre­śle­nia dat na­ro­dzin, na przy­kład ty­tu­ło­wego bo­ha­tera. Ak­cja mo­jej książki roz­po­czyna się około 962 roku. Rok na­ro­dzin Mieszka I nie jest znany. Źró­dła hi­sto­ryczne wska­zują je­dy­nie ramy cza­sowe, mniej wię­cej 922-945. Zgod­nie z tym we wspo­mnia­nym 962 roku mógł mieć od sie­dem­na­stu do czter­dzie­stu. W tego typu spra­wach, które na­zy­wam spor­nymi, mu­sia­łem po pro­stu po wielu ana­li­zach do­ko­nać wy­boru i mam na­dzieję, że nikt nie bę­dzie miał mi za złe, je­śli moja wi­zja bę­dzie róż­niła się od jego zda­nia na dany te­mat. Jak na­pi­sa­łem we wstę­pie, pro­szę o wy­ro­zu­mia­łość, za­równo w tej kwe­stii, jak i kilku in­nych, które po­zwolę so­bie przed­sta­wić. Do­my­ślam się, że w książce mogą zwró­cić uwagę różne wątki bu­dzące wąt­pli­wo­ści i py­ta­nia, lecz - tak jak przy przy­wo­ła­nym wcze­śniej dy­le­ma­cie do­ty­czą­cym wieku Mieszka - mu­sia­łem wy­brać któ­rąś z moż­li­wo­ści. Ja­kie to są do­kład­nie kwe­stie? Cho­ciażby na­zew­nic­two, czy, co istotne, sto­lica księ­stwa. Od­no­sząc się do niej, po­zwolę so­bie wspo­mnieć, że nie­które źró­dła wska­zują Gnie­zno, inne Po­znań. We­dług ko­lej­nych, now­szych, sta­łej sto­licy w ogóle nie było lub była ona zmienna, co w prak­tyce ozna­czało, że sta­wał się nią gród, w któ­rym prze­by­wał w da­nym mo­men­cie władca. Zde­cy­do­wa­łem się na trze­cią moż­li­wość. Ko­lejny dy­le­mat do­ty­czył imie­nia żony Sie­mo­my­sła i za­ra­zem matki Mieszka. Tu źró­dła hi­sto­ryczne mnie nie roz­piesz­czały. Prze­waż­nie po­ja­wiała się tylko Świę­to­sława, lecz nic nie świad­czyło, że rze­czy­wi­ście to było jej praw­dziwe imię. Po­ja­wiały się je­dy­nie do­my­sły oparte na róż­nego ro­dzaju po­szla­kach, na przy­kład zgod­nie z jedną z teo­rii miała tak na imię, po­nie­waż tak na­zy­wała się jej wnuczka. Po­dobne teo­rie uzna­łem za mocno na­cią­gane i ko­niec koń­ców po­sta­no­wi­łem wy­brać inne imię.

Chcia­łem przy­to­czyć tu­taj jesz­cze kilka kwe­stii spor­nych, z któ­rymi się zma­ga­łem, lecz zde­cy­do­wa­łem się tego nie ro­bić, gdyż nie­które mo­głyby zdra­dzić za dużo z fa­buły. Pod­su­mo­wu­jąc, pro­szę - oczy­wi­ście w miarę moż­li­wo­ści - o zro­zu­mie­nie, gdyby pewne rze­czy wy­dały Wam się z róż­nych po­wo­dów wąt­pliwe, nie­pra­wi­dłowe. Pi­sa­nie tej książki było dla mnie ogromną przy­jem­no­ścią i du­żym wy­zwa­niem, które wią­zało się z licz­nymi trud­no­ściami. Raz jesz­cze ape­luję więc o wy­ro­zu­mia­łość, za­równo w kwe­stiach wspo­mnia­nych, no­wych, jak i tych, które mo­gły mi umknąć. Żadne po­myłki, rzecz ja­sna, nie są za­mie­rzone. Sta­ra­łem się stwo­rzyć książkę, którą każdy bę­dzie czy­tał z przy­jem­no­ścią, z któ­rej do­wie się cie­ka­wych rze­czy oraz bę­dzie miło wspo­mi­nał czas spę­dzony przy lek­tu­rze.

Ciesz­cie się chwilą, jak i ja cie­szy­łem się każdą pod­czas pi­sa­nia.

Da­niel Ko­mo­row­ski