Mieszko. W blasku chwały - Daniel Komorowski

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2.

Czci­bor le­żał w łożu, zbie­ra­jąc siły, lecz szło to opor­nie. Cią­gle sła­bo­wał, choć w nie­wiel­kim stop­niu czuł się le­piej niźli z po­czątku, kiedy wraz z nie­do­bit­kami swej zmiaż­dżo­nej przez bun­tow­ni­ków Stro­go­mira ar­mii po­wró­cił do Gnie­zna z prze­gra­nej z kre­te­sem bi­twy. Wy­do­brzeć knia­zio­wemu sy­nowi z ob­ra­żeń na ciele nie po­ma­gał za­wżdy stan jego umy­słu - cią­gle i bez końca na­der nie­spo­kojny i nie­po­mier­nie stra­piony. Jeno gdy spał, za­zna­wał nieco uko­je­nia, lecz oneg­daj koń­czyło się ono, gdy na­cho­dziły kosz­marne sny. Wtedy ulga zni­kała szyb­ciej, niż się zja­wiła.

Co nie­prze­rwa­nie gnę­biło Czci­bora, to wąt­pli­wo­ści, nie­za­do­wo­le­nie i nie­skoń­czona nie­pew­ność na te­mat tego, co było, jest i bę­dzie, czyli można rzec, że na te­mat wszyst­kiego bez wy­jątku. Po bi­twie bo­lało go nie tylko po­waż­nie ranne ciało, ale i duma, że po­tęż­nie prze­grał i za­wiódł pod­da­nych. Ich i sie­bie. Mier­ziły go los Pro­kuja i wielka nie­wia­doma, jak prze­biega jego po­dróż. Do­tarł do Mieszka i prze­ka­zał mu wie­ści? A może cią­gle jest w dro­dze, nie daj bo­go­wie, usła­nej nie­po­wo­dze­niami? Któż to może wie­dzieć?

Ko­lej­nym pro­ble­mem była drza­zga bo­le­śnie na­pie­ra­jąca mu na serce, a na imię jej Go­sława. Co z nią się dzieje? Pew­ni­kiem mu­siała sły­szeć o nie­uda­nej wy­pra­wie i o od­nie­sio­nej przez niego ra­nie. Musi się pew­ni­kiem głę­boko mar­twić, a nie­wie­dza i nie­moż­ność zo­ba­cze­nia się z nim do­skwie­rają jej. Ża­ło­wał, że nie po­sta­wił się wcze­śniej ojcu i za­miast Lu­to­sławy wła­śnie Go­sławy nie po­jął za żonę. Sie­mo­mysł jed­nak prze­ko­nał go do córy Mści­woja, mo­ty­wu­jąc de­cy­zję po­sze­rze­niem wpły­wów. Co jed­nak by prze­szka­dzało, żeby miał dwie żony? Wielu człe­ków u wła­dzy po­siada kilka żon, a do tego ko­cha­nice, i nikt się nie skarży. Tak już było, jest i bę­dzie. Czemu ojcu za­wa­dzało, że syn miałby dwie ko­biety? Azali jeno cho­dziło o to, jak mó­wił, że sy­no­wie od dwóch ko­biet to same kło­poty, bo kie­dyś będą się bić mię­dzy sobą o oj­co­wi­znę? A to nie ta­kie samo ry­zyko jak w przy­padku, gdy sy­no­wie są z jed­nego łona? A może to sa­mego Mści­woja się lę­kał, ja­koby ten od­dałby Lu­to­sławę i tym sa­mym wpływy wy­ni­ka­jące z ożenku komu in­nemu? Nie za­pyta o to już ojca i te­raz jeno może gdy­bać. Przed bi­twą ze Stro­go­mi­rem jed­nak Czci­bor wbrew wszyst­kiemu zde­cy­do­wał się oże­nić z Go­sławą. Obie­cał jej to. Lutki nie za­mie­rzał zo­sta­wiać, wszak do­bra z niej młódka i nie chciał po­rzu­ce­niem ska­zy­wać jej na hańbę. Nie za­słu­gi­wała na to. Przeto miała być jedną z dwóch i ko­niec koń­ców każdy miał być za­do­wo­lony. No chyba że Mści­wo­jowi co­sik mia­łoby prze­szka­dzać, lecz prawda jest taka, że teść nie miał już nic do ga­da­nia. Wy­dał córkę i jego rola w tej kwe­stii skoń­czona.

Te­raz jed­nak żal ści­snął Czci­bora, po­nie­waż jakby... prze­stało mu za­le­żeć. Był zre­zy­gno­wany ze wszech miar i druga że­niaczka mu nie w gło­wie. Czy to się zmieni? Nie wie­dział. Ko­chać Go­sławę - ko­chał, tego był pe­wien. Ze wszyst­kim jed­nak na­le­żało po­cze­kać, aż sta­nie cał­ko­wi­cie na nogi. Do tego zaś czasu wiele mo­gło się wy­da­rzyć...

Czci­bora więc uwie­rało wszystko: od dumy i ran po­cząw­szy, przez braci, na spra­wach ser­co­wych koń­cząc, i miał już tego wszyst­kiego dość.

Do izby, w któ­rej wy­po­czy­wał, wszedł wła­śnie nie kto inny jak jego żona. Piękna, ze ślicz­nym li­cem i po­nęt­nym cia­łem, choć za­leży, co kto lubi. Dla jed­nego miła bę­dzie pulchna młódka o po­tęż­nych pier­siach, dla in­nego taka Lutka - szczu­pła, drobna, a z przodu nie za mało i nie za dużo, a w sam raz. Ogrom­nie po­do­bała się Czci­bo­rowi, lecz od­kąd wró­cił, nie oka­zy­wał jej tego, wszystko zrzu­ca­jąc na karb rany i zmę­cze­nia. Nie tknął jej na­wet. Fak­tycz­nie wielce sła­bo­wał, lecz co istotne, nie­mal żad­nego kon­taktu z nim nie było, ani my­ślał choćby mu­snąć dłoń czy uca­ło­wać żonę, by spra­wić jej przy­jem­ność i wy­wo­łać uśmiech na licu. Była mu obo­jętna i wie­dział, że rani ją tym, lecz to było sil­niej­sze od niego. Cią­gle albo my­ślał o Go­sła­wie, by do niej gnać, albo z ko­lei jak przed chwilą, czuł, że nie chce żad­nej. Sam już się w tym wszyst­kim gu­bił i iry­to­wał tym, a złe emo­cje od­bi­jały się na Lutce.

Żona za­py­tała go, jak się czuje, lecz nic jej nie od­po­wie­dział. Za­po­wie­działa, że nie­długo po­wi­nien zja­wić się me­dyk, by zmie­nić opa­tru­nek i obej­rzeć ranę, na co za­wo­łał:

- Oby­dwoje zo­staw­cie mnie w spo­koju!

Ostry ton za­sko­czył Lu­to­sławę. Opie­ko­wała się mę­żem, usłu­gi­wała, naj­le­piej jak po­tra­fiła, a on do niej z agre­sją... Smu­tek chwy­cił ją za serce i bez słowa wy­bie­gła z izby. Za­szlo­chała i... spo­tkało ją ko­lejne zdzi­wie­nie. Otóż ko­ry­ta­rzem zmie­rzała do syna matka i na­tknęły się na sie­bie. Lud­miła za­py­tała, co się stało, i gdy Lutka zdra­dziła jej co i jak, knia­zini obie­cała po­mó­wić o tym z Czci­bo­rem. Lu­to­sława zlę­kła się, że mąż od­bie­rze to, ja­koby po­szła do jego matki na skargę, lecz ta ją uspo­ko­iła i pro­siła, żeby o nic się nie bała.

Wkrótce we­szła do izby i w oczach syna doj­rzała nie­prze­braną udrękę. Głę­boki smu­tek ją po­wziął na ów wi­dok. Po­de­szła bli­żej bez słowa i za­sia­dła na stołku przy łożu.

- Co cię trapi, synu? Tak źle się czu­jesz po ra­nie czy bi­twa o Roz­przę tak cię mar­twi? - za­py­tała z uczu­ciem, na co Czci­bor zmie­rzył ją jeno zna­czą­cym spoj­rze­niem, co samo wy­star­czyło za od­po­wiedź. - My­ślisz, że twój oj­ciec, a mój mąż, ni­gdy nie prze­grał żad­nej bi­twy? Abo to jed­nej za­znał po­rażki? Jego ży­wot był wy­peł­niony suk­ce­sami, ale te były po­prze­pla­tane nie­po­wo­dze­niami. Może rzadko się zda­rzały, ale zda­rzały.

Czci­bor prze­wró­cił oczyma. Nie było mu w smak, że ro­dzi­cielka przy­szła go po­uczać. Nie jest już pod­rost­kiem, a do­ro­słym mę­żem. Co to być miało, że gada z nim, jakby dziecko po­cie­szała? Chciał ją już w zło­ści od­pra­wić, lecz uświa­do­mił so­bie, iż do­piero co spra­wił przy­krość Lutce, a te­raz i matce za­mie­rzał? Z tego też po­wodu za­nie­chał prze­go­nie­nia jej.

- Stra­ci­łem w Roz­przy wielu do­brych lu­dzi, a i męż­nych wo­jów - burk­nął. - Nie praw mi jeno, że­bym się nie przej­mo­wał, bo każde ich jedno ży­cie jest mi dro­gie i czuję się wi­nien. My­ślę cza­sem, że oj­ciec słusz­nie po­stą­pił, na­zna­cza­jąc Mieszka na no­wego knia­zia. Mą­dry był z niego człek, mu­siał wie­dzieć, że mój brat bar­dziej na­daje się na na­stępcę niż ja.

- Z oby­dwu was by­liby do­brzy i wielcy knia­zie. Tylko je­den może nim zo­stać, lecz każdy z was god­nie za­stą­piłby Sie­mo­my­sła. A że stra­ci­łeś wielu wo­jów, nie­stety taki ży­wot, a twój ból i żal to jeno oznaki, że do­bry z cie­bie przy­wódca, bo za­leży ci na pod­da­nych. Niech ci to służy za do­wód, żeś go­dzien knia­zio­wa­nia, bo nie każdy władca wi­dzi w wo­jach lu­dzi, a jeno siły do walk. Twój żal do­brze o to­bie świad­czy, ko­chany synu - pra­wiła Lud­miła z wolna.

Czci­bor słu­chał uważ­nie jej słów. Mimo że z po­czątku iry­to­wał się na mat­czyne rady, tak z cza­sem za­częły mu przy­no­sić de­li­katną ulgę.

- Nie trap się cią­gle, bo może ci to tylko wyjść na złe. Za­miast cią­gle się drę­czyć, myśl o tym, co bę­dzie, synu. To lep­sza droga niż ta, którą te­raz po­dą­żasz. Tego, co się wy­da­rzyło, już nie cof­niesz, li­czy się tylko przy­szłość.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

1.

Sie­mi­rad klę­czał nad swym przy­ja­cie­lem i ko­nun­giem. Nie trzeba było długo cze­kać, aż do­sko­czyli także Ha­rald Si­no­zęby z Pal­na­to­kim, rów­nie zmar­twieni, jak i za­sko­czeni tym, co wy­da­rzyło się przed chwilą. Do­szło do ataku skry­to­bójcy na Da­gome i mimo że ich druh unik­nął śmierci, to ze­mdlał, opa­da­jąc w ra­miona wo­jów. Ci ostroż­nie zło­żyli go na ziemi, a te­raz za­sta­na­wiano się, co po­cząć.

- Me­dyka wo­łać! - za­grzmiał do­no­śnie król Da­nów, po czym rzekł pod no­sem jakby do sie­bie: - On pew­ni­kiem coś po­ra­dzi.

Sie­mi­rad po­de­rwał się z ziemi i ru­szył rap­tow­nie do Pro­kuja, jakby chciał roz­szar­pać go go­łymi rę­koma. Do­padł do niego, po­chwy­cił za koł­nierz i do­ci­snął z ca­łej siły do ściany, jakby chciał ją prze­bić cia­łem Pia­sta.

- Na ży­cie brata się tar­gną­łeś, gnido! - wy­sy­czał Sie­mi­rad. - I to czy­imiś rę­koma się wy­słu­ży­łeś. Nie wstyd ci? Ma­cie wy tam ho­nor w tym wa­szym księ­stwie czy sami u was tchó­rze, co wy­rę­czają się in­nymi?

- Nie stoję za ata­kiem na Mieszka. Nie wie­dzia­łem nic o zbóju i sam nie mogę uwie­rzyć w to, co się stało - wzbra­niał się naj­młod­szy z sy­nów Sie­mo­my­sła z oczyma nie­po­mier­nie wy­ba­łu­szo­nymi, że spra­wiały wręcz wra­że­nie, iż za­raz mu wy­padną. - Mu­sisz mi wie­rzyć. Nie znam ani ni­gdy nie mia­łem do czy­nie­nia z tym człe­kiem - do­dał na­prędce, wska­zu­jąc głową na skry­to­bójcę, który pra­wie za­bił ko­nunga Da­gome.

Na­jem­nik zaś sie­dział pod ścianą zwią­zany i w ob­sta­wie, prze­ska­ku­jąc spoj­rze­niem z jed­nego wo­jow­nika na dru­giego.

- Nic nie mu­szę. Po­tem się po­li­czymy, gdy za­de­cy­duję, co z tobą uczy­nić - wy­sa­pał mu Sie­mi­rad pro­sto w twarz. Nim wy­pu­ścił go ze sta­lo­wego uści­sku, pchnął go sil­nie ku in­nym wo­jom. - Do lo­chu z nim, i jego lu­dzi tak samo - rzekł do nich i za­raz po­now­nie zwró­cił do brata ko­nunga: - A ty módl się do swych bo­gów, żeby Da­gome wy­żył, bo wła­śnie waży się twój los. Wiedz, że jak coś mu bę­dzie, to spra­wię, że po­ża­łu­jesz, żeś w ogóle wy­lazł na ten świat z mat­czy­nej po­chwy. Pa­mię­taj też, że nie mam w zwy­czaju rzu­cać słów na wiatr i wielce się wy­cier­pisz, nim przyj­dzie ci scze­znąć.

Dwóch wo­jów chwy­ciło Pro­kuja pod ra­miona i wzięli się za wy­pro­wa­dze­nie go z hali. Ten jed­nak nie za­mie­rzał ła­two sprze­dać skóry i szar­pał się, chcąc się oswo­bo­dzić. Ja­koś wy­rwał jedną rękę, lecz drugi woj mocno trzy­mał i nie ustę­po­wał. Pierw­szy na­tych­miast po­pra­wił chwyt, po czym wark­nął ku mło­demu Pia­stowi i zmie­rzył go groź­nym spoj­rze­niem, ja­sno da­jąc mu do zro­zu­mie­nia, że na­stęp­nym ra­zem, gdy spró­buje ucie­kać, to ina­czej będą roz­ma­wiać.

- Nic nie zro­bi­łem! - krzyk­nął Pro­kuj, od­da­la­jąc się po­słusz­nie ra­zem z wy­pro­wa­dza­ją­cymi go wo­jami. Wy­ma­chi­wał głową, pró­bu­jąc zła­pać wzro­kiem cho­ciażby Sie­mi­rada. - Nie tar­gnął­bym się na ży­cie brata. Nie po to przy­by­łem do Truso, a po­tem i tu­taj, żeby go za­bić. Tron knia­ziowy po ojcu chcia­łem mu dać, a nie śmierć przy­nieść. Tron! - wy­krzy­ki­wał, lecz mało kto zwra­cał uwagę na jego słowa.

Naj­zna­mie­nitsi w hali czu­wali przy Da­gome, wy­cze­ku­jąc ja­kichś oznak ocu­ce­nia. Mi­jani jeno wo­jo­wie przy sto­łach ża­ło­śnie spo­glą­dali na cią­gnię­tego Pia­sta i jego to­wa­rzy­szy, a nie­je­den i splu­nął ku nim, nie skry­wa­jąc wro­go­ści i nie­chęci. Gdy znik­nęli wszy­scy przy­by­sze, spoj­rze­nia licz­nej gro­mady wo­jow­ni­ków zwró­ciły się na nie­mowę, który za­ata­ko­wał ko­nunga. Każdy my­ślał, co to są za ce­re­giele, że człek nie ma ję­zora, i brali to za zmyślny for­tel zle­ce­nio­dawcy ataku. Jak to te­raz wy­wie­dzieć się od poj­ma­nego, kto go na­słał, je­śli nie ma żad­nej tor­tury bę­dą­cej w sta­nie wy­mu­sić ze­zna­nie z człeka, który nie jest zdolny wy­du­sić z sie­bie na­wet jed­nego słowa, choćby i na­wet chciał...? Za­wgozdka to była tęga i każdy jak je­den był cie­kaw jej roz­wią­za­nia.

***

Mi­nął ja­kiś czas i me­dyk, któ­rego we­zwano, za­czął od­pra­wiać swoje gu­sła, ma­jące zwró­cić ko­nun­gowi przy­tom­ność i ra­to­wać jego zdro­wie. Jesz­cze przed chwilą do­glą­dał wo­jów, któ­rzy po­wró­cili z wy­prawy, a te­raz wy­cią­gał z mie­cha różne zioła. Wło­żył je do drew­nia­nej czarki i za­czął roz­gnia­tać. Wszy­scy wga­piali się w to, co robi, lecz nikt nie wa­żył się mu prze­szka­dzać. Wie­dzieli za­wżdy, że me­dyk ma nie­li­chy ro­zum i wie, co czy­nić.

Olvir, za któ­rym wio­sen było już tyle, że mało kto był w sta­nie wy­li­czyć, a nie­któ­rzy mó­wili, że i z sześć albo i na­wet sie­dem dzie­sią­tek - miał na gło­wie białe jak śnieg włosy. Rzad­kie, bo rzad­kie, lecz świad­czyło to o jego mą­dro­ści, bo jak po­wia­dali w Joms­borgu, przed­niej­szego człeka w sztuce le­cze­nia próżno szu­kać, a o tym, ile żyć Olvi­rowi przy­szło oca­lić sztucz­kami, to skal­do­wie po­winni wzno­sić pie­ści. Wie­dza me­dyka za­iste była wielka, to i nie dzi­wota, że głowa wy­zbyła się więk­szo­ści wło­sów. Nie była zdolna po­mie­ścić wszyst­kiego, to po­zby­wała się tego, co na wierz­chu.

Sztukę le­cze­nia Olvir prze­ka­zy­wał mło­dym, swoim uczniom. On był już stary, w krzyżu go łu­pało, a na to sztu­czek nie znał. Nie spo­sób po­zbyć się oznak sta­ro­ści w zu­ży­tych mię­śniach, te bóle szło je­dy­nie uśmie­rzyć zio­łami i ma­ścią z sa­dła niedź­wie­dziego, któ­rymi co­dzien­nie ktoś go mu­siał na­sma­ro­wać.

Do Da­gome przy­był we wła­snej oso­bie, przeto po­mocy po­trze­bo­wał sam ko­nung i druh duń­skiego króla.

Wy­gnia­tał Olvir zioła, któ­rymi za­mie­rzał cu­cić ran­nego i za­raz po tym opa­trzyć jego ranę na gło­wie. Naj­pierw jed­nak chciał spraw­dzić, jaka głę­boka jest utrata przy­tom­no­ści, bo to po­może okre­ślić po­wagę ob­ra­żeń. Zioła były mocne i gdyby nie przy­nio­sły efektu, to... trzeba się mar­twić wielce o ży­cie Da­gome.

Mia­zga zio­łowa była go­towa, w czym me­dyk upew­nił się, sa­memu ją wą­cha­jąc. Zrazu od­su­nął głowę, kiedy mocna i kwa­śna woń po­draż­niła mu noz­drza. Te­raz przy­su­nął mi­seczkę ku twa­rzy ko­nunga. W pierw­szej chwili nie na­stą­piła żadna re­ak­cja, a zgro­ma­dzeni naj­bli­żej po­czuli nie­przy­jemny za­pach mik­stury. Mi­jała chwila za chwilą. Olvir z obawą prze­łknął ślinę i od­su­nął czarkę. Gdy­bał, co te­raz po­cząć. Przeto uraz zda­wał się po­ważny, choć już po ude­rze­niu Da­gome nor­mal­nie cho­dził i roz­ma­wiał, jak prze­ka­zał mu wo­jow­nik, który po niego po­gnał. Mu­siał Olvir za­cho­wać wszelką ostroż­ność, bo urazy głowy na­leżą do iście skom­pli­ko­wa­nych i na­wet on, wielce do­świad­czony me­dyk, nie mógł być pew­nym, co ro­bić, żeby ule­czyć. Wo­lał opa­try­wać rany od mie­cza czy to­pora, czyli to, co bar­dziej wi­doczne, a nie cał­ko­wi­cie skryte pod po­włoką skóry, mię­śni i ko­ści.

Znowu się­gnął do mie­cha, wcze­śniej odło­żyw­szy na bok czarkę. Wy­cią­gnął z niego sukno i już miał ko­goś za­wo­łać, by przy­niósł cie­płej wody do ob­my­cia rany, aż tu z na­gła ko­nung się po­ru­szył, oczy otwo­rzył i jakby prze­stra­szony we śnie, za­mie­rzał po­de­rwać się z miej­sca.

- Leż, pa­nie, w spo­koju! Nie dla cie­bie zrywy na ra­zie - skar­cił go Olvir, kła­dąc mu na piersi dło­nie na po­wstrzy­ma­nie. - Daj gło­wie od­po­cząć, wzwy­czaić się do po­wrotu w nasz świat, ina­czej mi­giem znowu nam tu po­śniesz.

- Co się stało? Omdla­łem? - spy­tał roz­ko­ja­rzony, mru­żąc oczy.

- Tak było - po­twier­dził zrazu Sie­mi­rad. - We­zwa­li­śmy Olvira, żeby ci po­mógł, i chyba dał radę.

- Po­wiedz, pa­nie, jakże się czu­jesz. Co, gdzie i jakże boli? Jak z głową? - do­py­ty­wał me­dyk, na­chy­la­jąc się za Da­gome, by zo­ba­czyć ranę z bli­ska.

De­li­kat­nie prze­krę­cił mu głowę. Ude­rzone miej­sce krwa­wiło, lecz na szczę­ście ju­cha nie są­czyła się mocno.

- I bez dumy ra­dzę - po­le­cił, nim ko­nung zdą­żył udzie­lić mu od­po­wie­dzi. - Ona pew­ni­kiem nie po­zwala oka­zać sła­bo­ści, ale nie­mą­drze lek­ce­wa­żyć uraz głowy. Szcze­rze więc rzek­nij, pa­nie, jak się czu­jesz.

Piast ro­zej­rzał się do­okoła. Spo­glą­dali na niego Sie­mi­rad, Ha­rald, Pal­na­toki i inni. Nie wsty­dził się przy nich. Żadna ujma mó­wić o bólu. Tu­dzież zrazu szcze­rze wy­znał, co mu do­lega.

- Boli z tyłu. Mu­sia­łem mocno wy­rżnąć o zie­mię, to i nie ma się czemu dzi­wo­wać.

- Spoj­rzy się na mnie, pro­sto w oczy - po­le­cił me­dyk, przy­pa­tru­jąc się ko­nun­gowi już z przodu. - Do­brze mnie wi­dzi? Ja­kieś ma­jaki ma przed oczami, ciem­nica jaka wy­cho­dzi? Albo i boli, gdy długo nie za­mruga?

- Boli jeno, ale nie mocno. Bar­dziej jakby do­piero na ha­łas.

- To na moje strach był więk­szy, niż co się w isto­cie zda­rzyło. Opa­trzę te­raz i za­łożę opa­tru­nek, ale ra­dzę uwa­żać, coby się na wszelki wy­pa­dek na ra­zie nie prze­cią­żać. Te­raz może nie jest źle, ale jak głowę się za­nie­dba, to po­tem może spra­wiać kło­poty.

Kiedy Olvir skoń­czył, ko­nung pod­niósł się, ubez­pie­czany przez in­nych, i za­siadł przy ła­wie. Sie­mi­rad bez zwłoki zdał mu re­la­cję od­no­śnie do wtrą­ce­nia jego brata i to­wa­rzy­szą­cych mu lu­dzi do lo­chu. Da­gome ka­zał przy­pro­wa­dzić Pro­kuja z po­wro­tem.

Młody Piast za­re­ago­wał z prze­stra­chem, gdy zja­wili się po niego wo­jo­wie, a jego pia­stun Zdzie­rad chciał sta­wać w jego w obro­nie. Po­wstrzy­mał go jed­nak i mimo wiel­kiej nie­pew­no­ści, co może się zda­rzyć i po co go wy­cią­gają z lo­chu, po­słusz­nie po­szedł z nimi. Ża­den nie za­mie­rzał mu zdra­dzić, w ja­kim celu go pro­wa­dzą, ani że Mieszko od­zy­skał przy­tom­ność. Do­wie­dział się o tym, do­piero gdy uj­rzał go sie­dzą­cego u stołu w hali po­śród in­nych. Zrazu po­czuł ogromną ulgę, ale i nie­po­kój ści­snął mu serce. Może i bratu nic się nie stało, jest przy­tomny i w zdro­wiu, a jed­nak do­szło do ataku na jego ży­cie. On zaś z ko­lei zo­sta­nie za­pewne obar­czony o to winą. Druh Mieszka wtrą­cił do lo­chu. Co za­de­cy­duje sam Mieszko?

- Przy­się­gam, że nic nie wiem o tym za­ma­chu. Zbój, co cię za­szedł, nie był ze mną, nie znam go. Moje oczy zo­ba­czyły go po raz pierw­szy wtedy, kiedy i twoje. Nie je­stem za­mie­szany w jego atak - ozwał się za­raz Pro­kuj, gdy tylko sta­nął przed bra­ter­skim ob­li­czem, do­bre trzy, może cztery kroki od niego.

Dwaj woje stali przy więź­niu i pil­no­wali go. Da­gome z ko­lei jakby go wcale nie słu­chał, tylko po­pi­ja­jąc miód, wpa­try­wał się przed sie­bie, sku­piony na czymś. Pro­kuj nie wie­dział, co ma my­śleć. Bał się co­raz bar­dziej, a jego nie­pew­ność nie­prze­rwa­nie ro­sła. Z cza­sem, gdy z ust Mieszka nie wy­cho­dziło żadne słowo, sam zde­cy­do­wał jesz­cze co nieco do­dać do swo­jej prze­mowy:

- Nic nie...

- Po­zwo­lił ci kto gębę otwie­rać? - wy­gar­nął mu szorstko ko­nung, wcho­dząc w śro­dek zda­nia.

Młody Piast cały osłu­piał. Czuł, że może być na­wet go­rzej, niż wy­da­wało mu się do tej pory. Jego ro­dzony brat jest wielce ro­ze­źlony, ale czy można mu się dzi­wić? Ktoś tar­gnął się na jego ży­cie i to nie otwar­cie, a wy­rę­czył się skry­to­bójcą. Jak on sam czułby się na miej­scu Mieszka? Jak by za­re­ago­wał? Czy nie po­dej­rze­wałby sie­bie, gdyby ów atak zgrał się na­der pe­chowo w cza­sie z jego po­ja­wie­niem?

Sło­wem się już nie ode­zwał, cze­ka­jąc na to, co na­stąpi, a prze­czu­wał, że nic do­brego w Joms­borgu go nie czeka. Czci­bor wy­słał go z ważką mi­sją, a on, za­miast ją wy­peł­nić, na­ro­bił jeno pro­ble­mów a pro­ble­mów.

Czas pły­nął. Nikt nic nie mó­wił. Mil­czeli wszy­scy co do jed­nego. Każdy wie­dział, oprócz mło­dego Pia­sta, że ko­nung stara się zbu­do­wać na­pię­cie i wy­pro­wa­dzić więź­nia z rów­no­wagi. Pew­ni­kiem już rad byłby go prze­słu­chi­wać, lecz naj­pierw chciał go zła­mać, co miało póź­niej wszystko uła­twić.

W końcu nad­szedł wy­cze­ki­wany mo­ment i Mieszko prze­mó­wił do niego:

- Po co cię Czci­bor do mnie wy­słał? Na­wet nie będę ci ra­dzić, byś mó­wił prawdę. Nie je­steś już otro­kiem, żeby ci mó­wić, co trzeba ro­bić, a czego nie. Masz swój ro­zum i po­wi­nie­neś się do­my­ślić, że jak tylko się do­wiem, żeś pró­bo­wał mnie okła­mać, to po­nie­siesz karę. Znasz mnie czy nie, moje czyny są ci zna­jome czy obce, lecz miej świa­do­mość, że taki ból ci mogę spra­wić, jaki ci się na­wet nie śnił. Cier­pień ci przy­spo­rzę a cier­pień, a i two­ich to­wa­rzy­szy po­trak­tuję nie lżej - oznaj­mił zimno, a rzec by można, że na­wet lo­do­wato.

Pro­kuj słu­chał go w sku­pie­niu. Brat zda­wał się prze­ko­nany co do jego winy. W jego gło­wie taki po­wstał mę­tlik, jakby zni­kąd zja­wiło się w niej stado psz­czół czy os. Wielki har­mi­der my­śli i wszech­obecne za­mie­sza­nie. Nie zro­bił ni­czego złego, ale bro­niąc prawdy, może spro­wa­dzić na sie­bie tor­tury... Co więc miał mó­wić? Czy Mieszko mu uwie­rzy?

Zde­cy­do­wał się za­ry­zy­ko­wać.

- Bra­cie - za­czął, z ca­łych sił wy­si­la­jąc się na spo­kój, co zgoła wcale nie było ła­twe. - Mogę przy­siąc, na co tylko chcesz, że ni­czemu nie je­stem wi­nien, a i Czci­bor ni­czego mi nie ka­zał zro­bić poza do­star­cze­niem wie­ści, żeś zo­stał wy­brany przez ojca na no­wego knia­zia. Zbój, który na­stał na twoje ży­cie, nie jest od nas.

- Co, je­śli Czci­bor nie uprze­dził cię o swych za­mia­rach, a jeno w pu­łapkę wpę­dził, że­byś od­po­wie­dział za to, co miało mnie spo­tkać? - rzu­cił Da­gome.

Pro­kuja aż prze­szedł dreszcz na ciele ca­łym. Z tej strony na­wet nie przy­szłoby mu do głowy spoj­rzeć na sprawę, lecz zrazu od­rzu­cił po­mysł.

- Za nic w to nie uwie­rzę. Nasz brat miał i cią­gle ma do­bre za­miary, tak jak i ja. Chce cię w Gnieź­nie za knia­zia, a nie mor­do­wać w skry­ciu.

- Azali nie mo­żesz wie­dzieć, czy jego za­miary były ta­kie, jak mó­wisz, lecz tylko na wierz­chu, a praw­dziwe skry­wane przed tobą. Ży­cie mnie na­uczyło, że mało jest człe­ków na świe­cie, któ­rym można w pełni ufać, a i nie­rzadko można się zdzi­wić, kiedy na­wet naj­bar­dziej za­ufany wbije w plecy nóż czy inne ostrze - od­rzekł ko­nung, wpa­tru­jąc się w brata.

Wciąż mie­rzył go czuj­nym spoj­rze­niem, ba­daw­czo, chcąc wy­czy­tać z niego, czy jest prawy, jak za­pew­nia, czy jed­nak zgoła prze­ciw­nie.

- Je­śli prze­ży­jesz dzi­siej­szy dzień i ko­lejne, to prę­dzej czy póź­niej po­sma­ku­jesz ta­ko­wej zdrady, sam zo­ba­czysz - do­dał i za­my­ślił się na mo­ment krótki. Po chwili do­dał: - Abo i wła­śnie te­raz tego za­zna­jesz. Po­cze­kać nam tylko trzeba, żeby zdo­być do­wody na pod­stęp Czci­bora. Jak do­brze pój­dzie, a z ko­lei dla cie­bie nie­po­myśl­nie, to zo­stanę ostat­nim ży­ją­cym sy­nem Sie­mo­my­sła. Nie chcia­łem prze­le­wać bra­ter­skiej krwi, lecz po­chopne i bez­myślne dzia­ła­nia mogą przy­nieść zgubę to­bie i Czci­bo­rowi.

- Kiedy mó­wię, że my nic...

- Wy­pro­wa­dzić go i znowu za­mknąć w lo­chu - po­le­cił wo­jom ko­nung, tym sa­mym wcho­dząc bratu w słowo.

- Nie my sto­imy za ata­kiem! - krzyk­nął Pro­kuj w śle­pej na­dziei, że coś wskóra. - Nie my! Mó­wię, że do­brze chcie­li­śmy... - Ostat­niego zda­nia nie do­koń­czył, znik­nął za drzwiami.

- Co my­śli­cie? - ozwał się z ko­lei Da­gome do to­wa­rzy­szy.

Pierw­szy swą opi­nie zdał mu Ha­rald Si­no­zęby, nie po­zwa­la­jąc, by kto inny za­brał przed nim głos. Przeto też nikt kró­lowi nie za­mie­rzał wcho­dzić w pa­radę.

- Na moje obaj zdrajcy. Ża­den przy­pa­dek w tym, że zbój cię na­padł, kiedy twój brat przy­był. Wszystko dzieje się z ja­kie­goś po­wodu, a nie samo z się. Za­bić cię pró­bo­wano aku­rat dzi­siaj i za nic nie dam wiary, że twoi bra­cia, no albo cho­ciaż je­den z nich, za tym nie stoją.

Da­gome słu­chał słów duń­skiego władcy i za­świ­tała mu w gło­wie jedna myśl. Nie po­dzie­lił się nią jed­nak z ni­kim. Na­su­nęło mu się pewne po­dej­rze­nie wo­bec moż­li­wego czynu braci.

Te­raz chciał za­brać głos Sie­mi­rad. Ko­nung spoj­rzał na niego i jak to zwy­kle już mię­dzy nimi było, zro­zu­mieli się bez słów, to i w za­sa­dzie druh nic już nie mu­siał mó­wić. Da­gome do­sko­nale wie­dział, co ten my­śli, a my­śli po­dob­nie jak Ha­rald. Nie­mniej Sie­mi­rad prze­mó­wił:

- Król do­brze prawi. Niby tron chcieli ci dać, ale we­dług mnie to była jeno pu­łapka, nic wię­cej. Zbli­żyć się chcieli do cie­bie i udało im się. Od­wró­cili twoją uwagę i mało bra­kło, a zmie­rzał­byś wła­śnie do Val­halli. A może na­wet już byś sie­dział po­śród bo­gów, je­śli wal­ki­rie po­śpie­szy­łyby po cie­bie prędko na swych ko­niach.

- A je­śli nie wszystko jest ta­kie, jak się może zda­wać na pierw­sze spoj­rze­nie?

- Co masz na my­śli? - wy­rzekł Si­no­zęby.

- A to, że mam licz­nych wro­gów i moi bra­cia, któ­rym może nie być po my­śli moje knia­zio­wa­nie po na­szym ojcu, nie są je­dy­nymi, któ­rzy mogą mi źle ży­czyć.

- Pra­wisz, że wie­rzysz Pro­ku­jowi? - dzi­wo­wał się król.

- Nie od razu, że wie­rzę, jeno mó­wię, że ist­nieje wiele moż­li­wo­ści. Głów­nie braci po­dej­rze­wam, co wcale nie jest dziwne, przeto tak to­bie, jak i mnie wro­gów nie bra­kuje.

Si­no­zęby w od­po­wie­dzi prze­wró­cił oczyma, bo Da­gome miał ra­cję. Dan mógł wy­mie­niać swych wro­gów i wy­mie­niać. Prawdą ży­ciową było, że kto im więk­szy się staje i jego po­tęga ro­śnie, temu z cza­sem i nie­przy­ja­ciół przy­bywa.

Ko­nung bez słowa pod­szedł do nie­mowy, który cią­gle sie­dział w tym sa­mym miej­scu. Skry­to­bójcy różne my­śli kłę­biły się w gło­wie, lecz był po­go­dzony ze swym lo­sem, od­kąd tylko tra­fił do Joms­borga. Miał za­bić ko­nunga Da­gome, zna­nego rów­nież jako Mieszko, a owo za­da­nie już z sa­mego po­czątku było rów­no­znaczne z tym, że nie­za­leż­nie od po­wo­dze­nia, od tego czy po­doła, czy nie, nie wyj­dzie z tego cało. Go­dził się na to i nie ża­ło­wał. Z góry do­stał po­łowę za­płaty za samo przy­ję­cie zle­ce­nia, co i tak było już so­wi­tym wy­na­gro­dze­niem. Tak so­wi­tym, że czy uciek­nie śmierci, czy nie, jego żona i dzieci będą miały za co żyć, i to w do­statku więk­szym, niż do­tych­czas im za­pew­niał.

Te­raz uj­rzał przed sobą człeka, któ­rego nie udało mu się za­bić, i splu­nął w jego kie­runku ze zło­ścią. Mało bra­kło, by po­zba­wił go ży­cia, a wtedy jego ro­dzina otrzy­ma­łaby drugą po­łowę wy­płaty. Nic to jed­nak. Za późno na gdy­ba­nie. Nie po­wio­dło mu się i ko­niec, a jego bli­scy, tak czy ina­czej, długo nie będą na­rze­kać na głód i mar­twić się, co wło­żyć do ust. Mógł więc być z sie­bie za­do­wo­lony. Wszystko to dzięki niemu.

Da­gome wpa­try­wał się w swego nie­do­szłego za­bójcę, a z jego ob­li­cza biły pew­ność oraz... spo­kój. Zdzi­wiło to zwią­za­nego za­bójcę. Czyżby wie­dział, kto go na­słał? Ale niby skąd? Do­my­ślił się? Oby nie. Kto może wie­dzieć, jak za­re­ago­wałby zle­ce­nio­dawca, gdyby wy­dało się jego imię... Czy od­wie­dziłby jego ro­dzinę i uka­rał ją za to? Za niego? Po­czuł strach w sercu na tę myśl, lecz prze­cież nie za­wi­nił, a zle­ce­nio­dawca wie­dział prze­cież, że go nie zdra­dzi, bo niby jak miałby to uczy­nić bez ję­zyka? To z tego po­wodu do­stał to za­da­nie - żeby ni­czego nie po­wie­dzieć w ra­zie po­rażki.

Imie­nia pła­cą­cego zresztą też nie po­znał. Przeto na­jął go jego człek, a i on się nie przed­sta­wił. Krótko opo­wie­dział o za­da­niu, za­pro­po­no­wał wa­runki tak do­bre, że na­wet nie przy­szłoby mu do głowy się tar­go­wać. Ski­nął jeno głową na zgodę, uści­snęli so­bie dło­nie i z mie­chem wy­peł­nio­nym po­łową na­leż­no­ści od­da­lił się za­do­wo­lony, by już w naj­bliż­szych dniach wziąć się do pracy.

Gdy­bał tak so­bie, za­sta­na­wia­jąc się, ja­kie kroki przed­się­weź­mie ko­nung, by cze­goś się do­wie­dzieć. Za­równo on, jak i Da­gome zda­wali so­bie sprawę z nie­moż­no­ści wy­cią­gnię­cia z niego cze­go­kol­wiek - po do­broci czy siłą, bez róż­nicy. Na­wet gdyby coś wie­dział, to nic mu nie jest w sta­nie po­wie­dzieć, a ma­gicz­nej sztuki pi­sa­nia ni­gdy nie przy­szło mu po­znać. Po­dzi­wiał człe­ków, któ­rzy umieli pi­sać i czy­tać. Sam raz przed laty przez chwilę wi­dział ka­wa­łek ma­te­riału zwany per­ga­mi­nem, pra­wie cały za­peł­niony ta­jem­ni­czymi zna­kami o róż­nych kształ­tach i wiel­ko­ściach. Jeno przez kilka ude­rzeń serca wpa­try­wał się w nie­zro­zu­miałą mowę, lecz to wy­star­czyło, żeby tak go zmro­czyło, że przez ja­kiś czas mu­siał prze­cie­rać oczy, by wró­ciły do spraw­no­ści.

Nie­mowa nie­malże miał pew­ność, że choćby nie wie­dzieć jak ko­nung by pró­bo­wał i jak bar­dzo chciał, to nic nie wy­my­śli, żeby do­wie­dzieć się imie­nia człeka, który opła­cił próbę jego mor­der­stwa. Sły­szał, że Da­gome to człek na­der ro­zumny, co po­trafi so­bie po­ra­dzić z róż­nej ma­ści pro­ble­mami, lecz na ten nie znaj­dzie spo­sobu. Nie­mniej jego nie­zmą­cony spo­kój co­raz bar­dziej go dzi­wo­wał.

- Mó­wić nie po­tra­fisz - za­gad­nął go w końcu po dłuż­szej chwili ko­nung. - Na ta­kiego, co pi­sać by po­tra­fił, nie wy­glą­dasz, ale na moje po­ka­zy­wać chyba po­do­łasz - do­dał ta­jem­ni­czo.

Wy­na­jęty za­bójca wy­raź­nie wzmógł czuj­ność. Nie do­my­ślał się, co Da­gome ma na my­śli, lecz ten za­raz oznaj­mił mu swój po­mysł:

- Będę mó­wić imię, a ty masz tylko ru­szać łbem na znak, czy od­ga­dłem tego, co cię opła­cił, czy nie - za­ko­mu­ni­ko­wał.

Zgro­ma­dzeni w hali osłu­pieli. Nie­do­szły mor­derca zaś ani drgnął, jeno wga­piał się i wga­piał.

- Po­mysł do­bry, ale co z niego, je­śli zbój nie ro­zu­mie, co do niego pra­wisz? Uszy może i ma, nie jak z ję­zo­rem, ale może na­leży do niego pra­wić w in­nej mo­wie? - za­su­ge­ro­wał wni­kli­wie Pal­na­toki, jarl Joms­borga.

- Ro­zu­mie, ro­zu­mie - od­rzekł Da­gome pew­nie, ze spoj­rze­niem bez prze­rwy skie­ro­wa­nym w śle­pia poj­ma­nego. - Wi­dzę w jego oczach, że zro­zu­miał każde me słowo. Uda­wać jeno pró­buje, a i stra­chem za­czyna cuch­nąć.

Na te słowa usta za­bójcy wy­krzy­wiły się w zło­wro­gim gry­ma­sie. Był to ja­sny do­wód, że wszystko zro­zu­miał.

- Wy­słał cię Czci­bor z księ­stwa Pia­stów? - pa­dło pierw­sze py­ta­nie Da­gome.

Zwią­zany nie po­ru­szył ni­czym nic a nic. Jego głowa jak trwała w bez­ru­chu, tak nie zmie­niła po­ło­że­nia na­wet na mo­ment.

- Rusz łe­pe­tyną, bo może i tor­tu­rami nie wy­cią­gnę od cie­bie słowa, ale jak mnie zde­ner­wu­jesz, to dla przy­jem­no­ści po­przy­pa­lam cię ogniem, a wtedy tak za­czniesz łbem ma­chać, że ja­kaś pieśń z tego po­wsta­nie. Twój wy­bór.

Kilku wo­jów za­śmiało się na groźbę ko­nunga. Może i nie było w niej ni­czego za­baw­nego, ale zna­leźli się tacy, co użyli wy­obraźni i zo­ba­czyli, jak poj­many trzę­sie głową jak sza­lony, a ta wy­twa­rza zgrabną me­lo­dię. Nie­złą stałby się nie­szczę­śnik kon­ku­ren­cją dla skal­dów.

- Daj ja­kiś znak, bo wrzucę za­raz me­tal w pa­le­ni­sko i zo­sta­nie jeno cze­kać, jak przyj­dzie ci się szar­pać z bo­le­ści. Czci­bor z Pro­ku­jem cię na mnie na­słali?

Znowu brak od­po­wie­dzi. Da­gome nie cze­kał dłu­żej. Do­był swo­jego mie­cza i po­ło­żył go przy pa­le­ni­sku, ostrzem do ognia.

W oczach skry­to­bójcy rósł strach. Go­łym okiem dało się to do­strzec. Py­ta­nie, czy i kiedy ulęk­nie się na tyle, żeby ru­szyć głową na tak lub nie?

Póki miecz się nie na­grzał, ko­nung nie kon­ty­nu­ował prze­słu­cha­nia. Stał jeno i cze­kał, a inni to­wa­rzy­szyli mu z pew­no­ścią, że poj­many, choć nie ma ję­zora, to za­raz za­cznie mó­wić łe­pe­tyną, i to wię­cej niźli ocho­czo, by­leby tylko Da­gome prze­stał go okła­dać pa­rzą­cym ostrzem.

Ko­nung się­gnął po miecz i zbli­żył się do nie­mowy. Ski­nął wo­jom, by ścią­gnęli mu ku­brak. Gdy to uczy­nili, bez żad­nej zwłoki ani ko­lej­nych py­tań przy­tknął czer­wone z go­rąca ostrze do piersi za­bójcy. Ten zrazu wy­krzy­wił twarz w gry­ma­sie strasz­li­wego bólu, a choć był niemy, to pu­ste i głę­bo­kie mru­cze­nie za­częło wy­do­by­wać mu się z ust.

Piast ode­rwał klingę od ciała. Skry­to­bójca sa­pał ni­czym koń po dłu­gim i nie­mal nie­koń­czą­cym się ga­lo­pie. Za­iste mocno był sty­rany, a wsze­lako tor­tura w za­sa­dzie le­d­wie co się roz­po­częła...

- Moi bra­cia cię na­słali? - ozwał się Da­gome, po­wta­rza­jąc py­ta­nie w nieco zmie­nio­nej for­mie.

Na od­po­wiedź cze­kał le­d­wie jedno ude­rze­nie serca, po czym na­tych­miast skie­ro­wał ostrze do brzu­cha poj­ma­nego człeka. Po­krę­cił no­sem, po­nie­waż swąd pa­lo­nej skóry sta­wał się co­raz moc­niej­szy. Roz­cho­dził się po ca­łej hali i draż­nił też zmy­sły in­nych. Sie­mi­ra­dowi zaś prze­szło przez myśl, że woń to wcale nie gor­sza od Olvi­ro­wych ziół, któ­rymi me­dyk cu­cił mu druha.

Nie­do­szły mor­derca szar­pał się z bólu, na czoło wy­stą­piły mu kro­ple potu. Da­gome dał mu od­sap­nąć. Przy­cią­gnął do sie­bie miecz i za­py­tał:

- Za­czniesz współ­pra­co­wać?

Tym ra­zem otrzy­mał od­po­wiedź. Poj­many po­ru­szył ner­wowo głową, lecz nie spo­sób było oce­nić, czy po­twier­dza, a może za­prze­cza. Piast po­now­nie za­dał py­ta­nie o swych braci i nie­mowa za­czął ru­szać głową, a ru­szał nią raz w te, raz we w te i tak w kółko.

Da­gome po­czuł nie­małe znu­że­nie. Nie uszło to uwa­dze skry­to­bójcy i za­stygł w bez­ru­chu. Ko­nung zmru­żył oczy.

- Na­igrywa się z cie­bie - rzu­cił Si­no­zęby.

Da­gome nie był tego taki pe­wien i raz jesz­cze za­gad­nął poj­ma­nego.

- Czci­bor? - spy­tał krótko i ob­ser­wo­wał czuj­nie, sta­ra­jąc się coś doj­rzeć. Od­niósł wra­że­nie, że nie­mowa waha się, jakby nie był pe­wien. - Czci­bor? - po­wtó­rzył i od­po­wiedź nie inna była. Da­gome chciał już wy­po­wie­dzieć inne imię, lecz po­ru­szył sprawę z in­nej strony. Rzekł tak: - Przy­by­łeś z kraju Pia­stów? To tam cię ktoś opła­cił?

Usta skry­to­bójcy wy­gięły się w gry­ma­sie ni­czym pod­kowa skie­ro­wana ra­mio­nami w dół. Miecz Da­gome drgnął i wtedy na­tych­miast poj­many ski­nął głową. Twier­dząco.

A więc ko­nung wy­cią­gnął coś z nie­mowy, a wieść ta słuszne uczy­niła na wszyst­kich wra­że­nie.

Na­stępca Sie­mo­my­sła wy­mie­nił się spoj­rze­niami z Sie­mi­ra­dem, Ha­ral­dem i Pal­na­to­kim. Ktoś z jego ro­dzi­mych ziem chciał jego śmierci. To po­twier­dzone. Na­le­żało te­raz uści­ślić, kto do­kład­nie i czy Czci­bor i Pro­kuj są nie­winni.

- Stoi za tym ktoś inny niż moi bra­cia? - ozwał się po­now­nie do nie­mowy.

Ten zer­k­nął mu pro­sto w oczy i po krót­kim za­sta­no­wie­niu wzru­szył ża­ło­śnie ra­mio­nami. Da­gome wes­tchnął znie­cier­pli­wiony.

- Znasz imię tego, co cię opła­cił, czy nie?

Skry­to­bójca od razu za­prze­czył ru­chem głowy.

- Kła­mie - za­wy­ro­ko­wał Si­no­zęby z prze­ko­na­niem. - Nie wyda ni­kogo. Do­brze mu za­pła­cił, to bę­dzie mu wierny. Bar­dziej trzeba by pod­piec... Jak dzika na roż­nie albo i co in­nego. Za­raz wy­kwi­czy od­po­wiedź.

- Sły­sza­łeś, co mi król ra­dzi - zwró­cił się do poj­ma­nego Da­gome. - Chcesz zo­stać upie­czony? Skąd mam mieć pew­ność, że nie kła­miesz?

- Na moje, je­śli mówi prawdę, to mógł nie wi­dzieć twa­rzy zle­ce­nio­dawcy. Albo i tam­ten ko­goś przy­słał, by nie zdra­dzić swego lica - ode­zwał się prze­myśl­nie jarl Joms­borga.

- I mnie to przy­szło do głowy - przy­znał ko­nung.

Wtedy nie­mowa za­czął żwawo ki­wać głową na po­twier­dze­nie. Za­iste była to prawda, że nie wi­dział twa­rzy zle­ce­nio­dawcy, i po­czuł ulgę, że do tego do­szli. Miał na­dzieje, że Da­gome da temu wiarę i za­koń­czy na tym prze­słu­cha­nie. Te­raz po­zo­sta­łoby mu zgad­nąć, kto z księ­stwa mógłby się tar­gnąć na jego ży­cie, komu wa­dzi i prze­szka­dza? Może to na­prawdę jego bra­cia? Na zie­miach Pia­stów za­pewne nie bra­kuje lu­dzi, któ­rzy nie chcą go na tro­nie. Sły­szał nie­mowa o nie­pew­nej sy­tu­acji, jaka za­pa­no­wała w tam­tych stro­nach po śmierci Sie­mo­my­sła. Ze­wsząd do­cho­dziły głosy, że tych, co go­dzą się z ostat­nią wolą nie­ży­ją­cego knia­zia o Miesz­ko­wym na­stęp­stwie, pra­wie że było pół na pół z prze­ciw­ni­kami ta­ko­wego roz­wią­za­nia. O wro­gów zaś po­śród ta­kich, sko­rych do na­ję­cia skry­to­bójcy, nie było trudno.

***

Nie­mowa ja­kiś czas temu zo­stał wy­pro­wa­dzony z hali i za­mknięty w jed­nym z licz­nych lo­chów Joms­borga. Da­gome nie wy­cią­gnął wię­cej z prze­słu­chi­wa­nego. Przy­pa­lił go aby jesz­cze kilka razy to po piersi, to ra­mio­nach, lecz je­dyną od­po­wie­dzią, jaką wy­rzu­cał z sie­bie szar­pany w spa­zmach cier­pień i bo­le­ści, były wście­kłe ki­wa­nia, z któ­rych ni­czego nie można było wy­wnio­sko­wać. Gdy skry­to­bójca uspo­koił się nieco i był w sta­nie zdo­być się na po­rządne kiw­nię­cie, wy­wnio­sko­wano z niego ni mniej, ni wię­cej, niż to, czego do­wie­dziano się wcze­śniej - że nie zna imie­nia zle­ce­nio­dawcy.

W końcu znie­chę­cony ko­nung od­pu­ścił. Mu­siał od­po­cząć i ze­brać my­śli, nie­mniej skła­niał się nie­znacz­nie ku moż­li­wo­ści, że nie­mowa nie kła­mie i nie wi­dział tego, który zle­cił mu mor­der­stwo. Nie­stety, po­zna­nie imie­nia te­goż ta­jem­ni­czego człeka od­wle­cze się w cza­sie.

- Co za­mie­rzasz zro­bić? - ozwał się do druha Sie­mi­rad, gdy tam­ten aku­rat ob­gry­zał ku­ra­ko­wego gnata. - Ob­my­śli­łeś już ja­kiś plan?

Ko­nung po­pił mię­siwo mio­dem i za­sta­no­wił się z krótka, nim wy­rzekł od­po­wiedź.

- Jak wca­lem nie chciał ru­szać do Gnie­zna po sto­lec, bo knia­zio­wa­nie po ojcu nie moim było za­mia­rem, tak mier­zić mnie za­czyna, żeby udać się tam i temu ścierwu, co tchórz­li­wie zle­cił moje mor­der­stwo, za­miast sa­memu sta­nąć otwar­cie do walki, spoj­rzeć w oczy, splu­nąć w gębę, na­dziać na miecz i pa­trzeć, jak ucho­dzi z niego nędzny ży­wot. Taka myśl ko­tłuje mi się w gło­wie i zda mi się, że tak uczy­nimy.

- We­dług mnie to do­bra de­cy­zja, ale nie poj­muję, czemu wy­raz twa­rzy masz taki, jak­byś najadł się ze­psu­tego mię­siwa czy opił nie­miec­kiego piwa. - Wierny przy­ja­ciel za­śmiał się roz­bra­ja­jąco.

Oby­dwaj nie raz i nie dwa przy­rów­ny­wali wspo­mniany tru­nek do szczyn, więc li­czył na to, że roz­bawi Da­gome. On jed­nak nie miał na­stroju do śmia­nia.

- Ech, no pa­trzeć nie mogę, ja­kiś ty skwa­szony... Zo­sta­niesz knia­ziem, wy­tro­pimy gnidę i za­czniemy nowy ży­wot. Co w tym złego, bo wiem, że wła­śnie to cię mierzi? - za­gad­nął zrazu wni­kli­wie Sie­mi­rad, na­chy­la­jąc się bli­żej przy­ja­ciela. - Rzek­nij czemu, bo nie poj­muję... Co ci aż tak w knia­zio­wa­niu wa­dzi? Przeto je­steś ko­nun­giem już kilka wio­sen, po­zna­łeś wła­da­nie i je­śli było ci z nim źle cho­ciaż przez je­den dzień, to ja pew­ni­kiem ślepy je­stem abo jaki słabo roz­wi­nięty na umy­śle. Wła­da­nie masz we krwi, a je­śli po­wiesz mi za­raz, że strach cię ob­le­ciał, bo księ­stwo twego ojca jest więk­sze niźli Truso i bo­isz się wy­zwa­nia, to krew mnie jaka za­raz za­leje albo ze śmie­chu przyj­dzie mi się udła­wić. Sam nie wiem, co gor­sze... Tyle wio­sen cię znam i mimo że ro­zu­miem cię jak nikt inny, tak cza­sem nie ro­zu­miem wcale... - Sie­mi­rad za­milkł.

Nad­szedł czas, by te­raz ko­nung coś rzekł. Jego druh w ci­szy na­lał so­bie pełno miodu do ku­fla i opróż­nił cały dusz­kiem, nim Da­gome za­brał głos.

- Nie boję się ni­czego i do­brze o tym wiesz - po­wie­dział po krót­kim za­my­śle­niu, wa­żąc w gło­wie wiele, a nim pod­jął, zro­bił chwi­lową prze­rwę, co Sie­mi­rad znu­żony jego po­wol­nym mó­wie­niem, sko­men­to­wał wes­tchnię­ciem. - Duma mi prze­szka­dza, ot co.

- Duma? - dzi­wo­wał się Sie­mi­rad. - Co ona ma tu wspól­nego? - do­py­ty­wał, po­ru­szyw­szy gwał­tow­nie ra­mio­nami, tak że omal nie wy­trą­cił służce z rąk dzba­nów z do­lewką miodu.

Zmie­rzył ją wzro­kiem. Ta, prze­stra­szona, uśmiech­nęła się blado w na­dziei, że unik­nie na­gany i... rze­czy­wi­ście upie­kło się jej, ode­szła w spo­koju. Druh zwró­cił się do ko­nunga:

- Ja­kimże to spo­so­bem duma może po­wstrzy­my­wać cię przed ob­ję­ciem wiel­kiego władz­twa?

- Ta­kim, że oj­ciec mnie wy­gnał - od­parł zrazu za­sę­piony i ze spoj­rze­niem jakby sku­pio­nym w in­nym świe­cie, da­leko stąd, a pew­ni­kiem nie w hali, gdzie sie­dzieli. - Czemu na­gle so­bie o mnie przy­po­mniał, jak z niego ży­cie na łożu śmierci po­częło ucie­kać? Czemu wcze­śniej nie spró­bo­wał mnie spro­wa­dzić z wy­gna­nia? My­ślał że co? Że ci, przez któ­rych mu­siał mnie wy­gnać, będą się bu­rzyć? A mniej będą bu­rzyć się te­raz, gdy­bym po­wró­cił, kiedy już nie żyje? - do­py­ty­wał Da­gome, oma­wia­jąc my­śli kłę­biące mu się w umy­śle i nie­da­jące spo­koju. - Trwogę jaką po­czuł i dla­tego po mnie po­słał? Czci­bor byłby ta­kim mier­nym knia­ziem czy o co się tu­taj roz­cho­dzi? - spy­tał druha, spo­glą­da­jąc na niego wy­cze­ku­jąco.

Ten za­sta­no­wił się nie­długą chwilę.

- Aby to ta­kie ważne? - od­parł, po czym cią­gnął bez żad­nych ogró­dek, jak to miał w zwy­czaju: - We­dług mnie za dużo my­ślisz. Po­wi­nie­neś mach­nąć ręką na to, co kie­ro­wało twoim oj­cem, i tyle. Po co ci się nad tym tak roz­wo­dzić? Pa­mię­taj, żeś do­piero co obił so­bie głowę, więc do­brze by­łoby jej nie nad­we­rę­żać, bo jesz­cze nie raz ci się przyda. No chyba że jak zdo­bę­dziemy Gnie­zno, to mi prze­ka­żesz knia­zio­stwo. Wtedy mo­żesz czy­nić, co ci się po­doba. Ja z ra­do­ścią po­knia­ziuję zie­miom twego ojca - za­ko­mu­ni­ko­wał z po­wagą Sie­mi­rad i za­śmiali się obaj z Da­gome.

Ko­nung po­kle­pał druha po ple­cach i przy­naj­mniej na ra­zie ode­gnał na bok my­śli o Sie­mo­my­śle. Zda­wał so­bie sprawę z tego, że Sie­mi­rad do­brze prawi. Być może zbliża się czas, by ob­jąć to, co przez dłu­gie lata są­dził, że nie bę­dzie jego. To, co uwa­żał, że przy­pad­nie Czci­bo­rowi, zbli­żało się ku niemu wiel­kimi kro­kami.