Prolog: Cena sojuszu
Vyšehrad, Praga, Czechy - jesień 964 roku. Kamienne mury Vyšehradu zachowały jeszcze ostatnie ciepło dnia, lecz komnata już zdążyła ostygnąć. Książę Bolesław I czeski stał przy wąskiej strzelnicy okiennej, ręce splecione za plecami, i patrzył, jak Wełtawa płynie ciemna i spokojna u podnóża urwiska. Nie odwrócił się, gdy straże oznajmiły przybycie posła polan[1].
- Wprowadźcie go - rzekł Bolesław.
Czcibor wszedł bez wahania. Nie nosił żadnych chrześcijańskich znaków, żadnego krzyża, żadnej próby przebrania. Jego płaszcz pachniał dymem i końskim potem, a brązowa klamra na ramieniu nosiła stary słowiański wzór - starszy niż jakikolwiek kościół w Pradze. Za nim szedł drugi mężczyzna - szczupły, bystrooki - który poruszał się jak ktoś przyzwyczajony raczej do słuchania niż mówienia.
Bolesław w końcu się odwrócił. Jego twarz wyrażała jawną wrogość.
- Mieszko przysyła poganina, by negocjował z chrześcijanami? - powiedział. - To już samo w sobie mówi mi, jak skończy się to spotkanie.
Czcibor lekko skłonił głowę.
- Mój książę przysyła człowieka, który najwierniej oddaje jego myśli. Jeśli to cię obraża, książę, możemy wrócić na północ jeszcze przed nocą.
Szczęka Bolesława zacisnęła się. Obok niego Ksiądz Přemysław - jego pomocnik we wszystkich sprawach duchowych i politycznych - przestąpił z nogi na nogę, palce mocniej zaciskając na skraju wełnianego płaszcza.
- Przybywacie, bo nas potrzebujecie - rzekł Bolesław. - Sasowie napierają na was od zachodu. A Otto napiera na nich, na mnie i na was.
Czcibor wytrzymał jego spojrzenie bez mrugnięcia.
- A wy zgadzacie się na to spotkanie, bo wy potrzebujecie nas. Wasza północna granica jest długa, a wasze pospolite ruszenie ograniczone. Wrogi kraj polan służyłby cesarzowi Ottonowi bardzo dobrze.
Słowa zawisły między nimi jak dobyta stal.
Bolesław wydał z siebie krótki, bezradosny śmiech.
- No dobrze. Przynajmniej szczerze.
- Nie marnuję tchu na ceremonie - odparł Czcibor. - To zostawiam kapłanom.
Ksiądz Přemysław zesztywniał, lecz Bolesław uniósł dłoń.
- Dość. Mówisz w imieniu Mieszka. Czego on chce?
Czcibor złożył dłonie w rękawach.
- Małżeństwa. Twojej córki. Dobrawy.
Kapłan gwałtownie wciągnął powietrze. Oczy Bolesława zwęziły się.
- Żądacie, by chrześcijańska kobieta trafiła na pogański dwór? Do kraju, w którym wciąż stoją bałwochwalcze posągi, a szamani przelewają krew koni na kamieniach?
Głos Czcibora pozostał spokojny.
- Proszę o sojusz przypieczętowany krwią i dziedzicami. Nic więcej.
- To kłamstwo - warknął Bolesław. - Małżeństwo nigdy nie jest "nic więcej".
Przez długą chwilę nikt się nie odzywał. Drugi poseł polan przestąpił z nogi na nogę, dłoń odruchowo powędrowała ku nożowi u pasa, nim się opanował.
Bolesław odwrócił się i zaczął krążyć po komnacie.
- Jeśli oddam ją Mieszkowi takim, jakim jest teraz, umacniam pogaństwo. Legitymizuję je. Otton uzna to za wyzwanie.
- A jeśli odmówisz - powiedział Czcibor - zostawisz Mieszka z mniejszą liczbą możliwości. Może zwrócić się ku Sasom. Albo najechać południe - na wasze ziemie - by zdobyć to, czego nie zdoła uzyskać traktatem.
Bolesław zatrzymał się. Powoli odwrócił się ku niemu ponownie.
- Mówisz tak, jakby nawrócenie było niemożliwe.
- Mówię tak, jakby wiara mojego księcia nie była tym, co go najbardziej zajmuje - odparł Czcibor. - Zajmuje go przetrwanie.
Ksiądz Přemysław spojrzał ostro na Czcibora.
- A gdyby nawrócenie było... wymagane?
Cisza.
Oczy Czcibora pociemniały.
- Wymagane przez kogo?
- Przez nas - rzekł Bolesław. - Przez Kościół. Dobrawa nie poślubi poganina. Nie takiego, który nie jest naprawdę nawrócony.
Wrogość w komnacie zaostrzyła się - a potem zmieniła kierunek. Czcibor rozważył to naprawdę, a Bolesław dostrzegł, jak w miejsce odruchu pojawia się kalkulacja.
- Nawrócenie z czyjej ręki? - zapytał Czcibor.
Ksiądz Přemysław odpowiedział cicho:
- Z pewnością nie Ottona.
To wreszcie przełamało impas.
Czcibor skinął raz głową.
- Zatem jest droga.
Bolesław westchnął, napięcie opadło z jego ramion.
- Trudna droga.
- Wszystkie drogi warte przebycia takie są - rzekł Czcibor. - Zaniosę ten warunek na północ.
Bolesław przyjrzał mu się.
- I będziesz radził mu, by go przyjął?
Usta Czcibora wykrzywiły się - nie całkiem w uśmiech.
- Będę radził mu, jak ocalić Polskę.
Na zewnątrz dzwony Pragi biły na nieszpory. W kamiennej komnacie Vyšehradu dwaj wrogowie doszli do porozumienia - i wprawili w ruch nawrócenie, które miało na nowo ukształtować królestwo.