Mieszko I. Chrzest Polski - Gerald Schmidt

Kup ebooka

5.05 zł
4.19 zł (5,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog: Cena sojuszu

Vyšehrad, Praga, Czechy - jesień 964 roku. Kamienne mury Vyšehradu zachowały jeszcze ostatnie ciepło dnia, lecz komnata już zdążyła ostygnąć. Książę Bolesław I czeski stał przy wąskiej strzelnicy okiennej, ręce splecione za plecami, i patrzył, jak Wełtawa płynie ciemna i spokojna u podnóża urwiska. Nie odwrócił się, gdy straże oznajmiły przybycie posła polan[1].

- Wprowadźcie go - rzekł Bolesław.

Czcibor wszedł bez wahania. Nie nosił żadnych chrześcijańskich znaków, żadnego krzyża, żadnej próby przebrania. Jego płaszcz pachniał dymem i końskim potem, a brązowa klamra na ramieniu nosiła stary słowiański wzór - starszy niż jakikolwiek kościół w Pradze. Za nim szedł drugi mężczyzna - szczupły, bystrooki - który poruszał się jak ktoś przyzwyczajony raczej do słuchania niż mówienia.

Bolesław w końcu się odwrócił. Jego twarz wyrażała jawną wrogość.

- Mieszko przysyła poganina, by negocjował z chrześcijanami? - powiedział. - To już samo w sobie mówi mi, jak skończy się to spotkanie.

Czcibor lekko skłonił głowę.

- Mój książę przysyła człowieka, który najwierniej oddaje jego myśli. Jeśli to cię obraża, książę, możemy wrócić na północ jeszcze przed nocą.

Szczęka Bolesława zacisnęła się. Obok niego Ksiądz Přemysław - jego pomocnik we wszystkich sprawach duchowych i politycznych - przestąpił z nogi na nogę, palce mocniej zaciskając na skraju wełnianego płaszcza.

- Przybywacie, bo nas potrzebujecie - rzekł Bolesław. - Sasowie napierają na was od zachodu. A Otto napiera na nich, na mnie i na was.

Czcibor wytrzymał jego spojrzenie bez mrugnięcia.

- A wy zgadzacie się na to spotkanie, bo wy potrzebujecie nas. Wasza północna granica jest długa, a wasze pospolite ruszenie ograniczone. Wrogi kraj polan służyłby cesarzowi Ottonowi bardzo dobrze.

Słowa zawisły między nimi jak dobyta stal.

Bolesław wydał z siebie krótki, bezradosny śmiech.

- No dobrze. Przynajmniej szczerze.

- Nie marnuję tchu na ceremonie - odparł Czcibor. - To zostawiam kapłanom.

Ksiądz Přemysław zesztywniał, lecz Bolesław uniósł dłoń.

- Dość. Mówisz w imieniu Mieszka. Czego on chce?

Czcibor złożył dłonie w rękawach.

- Małżeństwa. Twojej córki. Dobrawy.

Kapłan gwałtownie wciągnął powietrze. Oczy Bolesława zwęziły się.

- Żądacie, by chrześcijańska kobieta trafiła na pogański dwór? Do kraju, w którym wciąż stoją bałwochwalcze posągi, a szamani przelewają krew koni na kamieniach?

Głos Czcibora pozostał spokojny.

- Proszę o sojusz przypieczętowany krwią i dziedzicami. Nic więcej.

- To kłamstwo - warknął Bolesław. - Małżeństwo nigdy nie jest "nic więcej".

Przez długą chwilę nikt się nie odzywał. Drugi poseł polan przestąpił z nogi na nogę, dłoń odruchowo powędrowała ku nożowi u pasa, nim się opanował.

Bolesław odwrócił się i zaczął krążyć po komnacie.

- Jeśli oddam ją Mieszkowi takim, jakim jest teraz, umacniam pogaństwo. Legitymizuję je. Otton uzna to za wyzwanie.

- A jeśli odmówisz - powiedział Czcibor - zostawisz Mieszka z mniejszą liczbą możliwości. Może zwrócić się ku Sasom. Albo najechać południe - na wasze ziemie - by zdobyć to, czego nie zdoła uzyskać traktatem.

Bolesław zatrzymał się. Powoli odwrócił się ku niemu ponownie.

- Mówisz tak, jakby nawrócenie było niemożliwe.

- Mówię tak, jakby wiara mojego księcia nie była tym, co go najbardziej zajmuje - odparł Czcibor. - Zajmuje go przetrwanie.

Ksiądz Přemysław spojrzał ostro na Czcibora.

- A gdyby nawrócenie było... wymagane?

Cisza.

Oczy Czcibora pociemniały.

- Wymagane przez kogo?

- Przez nas - rzekł Bolesław. - Przez Kościół. Dobrawa nie poślubi poganina. Nie takiego, który nie jest naprawdę nawrócony.

Wrogość w komnacie zaostrzyła się - a potem zmieniła kierunek. Czcibor rozważył to naprawdę, a Bolesław dostrzegł, jak w miejsce odruchu pojawia się kalkulacja.

- Nawrócenie z czyjej ręki? - zapytał Czcibor.

Ksiądz Přemysław odpowiedział cicho:

- Z pewnością nie Ottona.

To wreszcie przełamało impas.

Czcibor skinął raz głową.

- Zatem jest droga.

Bolesław westchnął, napięcie opadło z jego ramion.

- Trudna droga.

- Wszystkie drogi warte przebycia takie są - rzekł Czcibor. - Zaniosę ten warunek na północ.

Bolesław przyjrzał mu się.

- I będziesz radził mu, by go przyjął?

Usta Czcibora wykrzywiły się - nie całkiem w uśmiech.

- Będę radził mu, jak ocalić Polskę.

Na zewnątrz dzwony Pragi biły na nieszpory. W kamiennej komnacie Vyšehradu dwaj wrogowie doszli do porozumienia - i wprawili w ruch nawrócenie, które miało na nowo ukształtować królestwo.