1965-1969
SZKOŁA FILMOWA
Myśmy Bogu dziękowali, że się znaleźliśmy w tym miejscu
Wiedziałeś, z czym się mogą wiązać egzaminy wstępne do Szkoły Filmowej? Ilu będzie kandydatów? Jakie mogą być zadania egzaminacyjne?
Wiedziałem, bo rok wcześniej zdawał kolega, który w liceum chodził do jednej klasy z moim bratem.
Myślę, że w pewnym sensie pomogło i jednocześnie przeszkodziło mi to, że była tylko jedna taka uczelnia w Polsce, więc wiadomo, że bardzo trudno się dostać. Teraz znam wielu aktorów, którzy w ramach tego samego roku po maturze zdawali i do Łodzi, i do Krakowa, i do Warszawy. Dostali się nawet do dwóch szkół i mogli sobie wybierać, gdzie bardziej im pasuje, a wtedy tego nie było. To raz.
Dwa. To jednak nie Warszawa. Nigdy przedtem nie byłem w Łodzi. Dlatego jak zdałem maturę, to z jej egzemplarzem specjalnie tam pojechałem, bo chciałem przejść piechotą od Dworca Łódź Fabryczna na ulicę Targową. Zobaczyć, jaka to jest odległość, bo jak się dostanę, to będę tą drogą chodził wielokrotnie. I ta Łódź na mnie wywarła koszmarne wrażenie. Pomyślałem wtedy: "Boże, jaki ja los sobie wybrałem, to za karę chyba, przecież tu jest strasznie!". Miałem taką przygodę, że szedłem chodnikiem i nagle usłyszałem jakieś pluski. Odwracam się i w tym momencie zawartość miednicy wylądowała na moich spodniach. Zacząłem krzyczeć, a kobieta, która wylewała tę wodę, powiedziała: "Przecież ja tak zawsze robię, wszyscy tu wiedzą". No tak, ale ja nie byłem "wszyscy". Z duszą na ramieniu przeszedłem na ulicę Targową. Na szczęście okazało się, że to bardzo piękny pałacyk, słynne schody, jest duży ogród, to mi się bardzo spodobało.
Ta Łódź dopiero później do mnie dotarła. Na drugim, trzecim roku, bo pierwszy rok był nazywany "wylotowym", więc kułem, kułem i jeszcze raz kułem, żeby mnie nie wyrzucili, i w ogóle z niczego nie korzystałem. Na drugim roku musiałem wychodzić poza Szkołę, bo na przykład Henryk Kuźniak prowadził dla nas przedmiot muzyka filmowa. Musieliśmy co najmniej raz na miesiąc pójść do filharmonii i opisać koncert. Co to było? Podobało się, nie podobało się? Jakaś próba diagnozy. Zacząłem też chodzić do kina studyjnego Stylowy, na ulicy Kilińskiego, a także do Wisły i Gdyni na Tuwima. Dopiero wtedy to miasto mnie trochę wciągnęło. Plus życie towarzyskie, a więc klub Siódemki przy Piotrkowskiej, SPATiF, to były te najczęstsze adresy, zwłaszcza że mieszkałem na ulicy Kościuszki 8, tuż przy Zielonej. Tak więc miałem tam niecały przystanek tramwajowy piechotą.
Jak wyglądały egzaminy?
Przede wszystkim przeraziłem się trochę, bo ich było prawie dwadzieścia. Zastanawiałem się, czy wytrzymam to kondycyjnie i psychicznie. Poza tym trzeba mieć refleks. To jest jak w teleturnieju, masz pięć sekund na odpowiedź, jak nie wiesz, to już przegrywasz, mimo że potem sobie przypomniałeś. Te wszystkie rzeczy mnie z jednej strony bardzo zaniepokoiły, ale też pomyślałem sobie, że tu trzeba się czymś wykazać.
Wojtek Szczęsny, kolega brata, który zdawał rok wcześniej, powiedział: "Pytali mnie, co widziałem ostatnio w filmie polskim, dlaczego się podobało, dlaczego się nie podobało, co ciekawego w filmie zagranicznym. Pytania o sztuki teatralne, o teatry, które ostatnio się odwiedziło, o teatr telewizji. Proszę wymienić dwóch polskich reżyserów filmów animowanych, trzech dokumentalistów, operatora proszę wymienić".
Ja się do tego akurat bardzo dokładnie przygotowywałem. Do tego w ostatniej klasie licealnej jesienią zacząłem chodzić do Muzeum Narodowego na wykłady na temat historii sztuki. Od Egiptu, Rzymu, Grecji przez romantyzm, klasycyzm, rokoko, aż do współczesności, do abstrakcji. Tłumaczono nam te wszystkie zagadnienia i nurty, pokazywano różnice. To bardzo mi pomogło, nie tylko przy egzaminach, ale też w późniejszej karierze.
Pamiętam, że ostatnią wizytę miałem w Muzeum Dunikowskiego. To było w maju-czerwcu, tuż przed egzaminami. W pewnym momencie, gdy podziwiałem zgromadzone tam drewniane rzeźby, usłyszałem tupot nóg. Pomyślałem, że to jakaś wycieczka, ale w sali zjawili się pracownicy, którzy sprzątali trawniki, rozsypywali żwirek, zbierali liście, chwasty. Prości ludzie w gumiakach, kobiety w tych chustkach na głowie, faceci w czapkach. Pewnie niewiele z tego rozumieli, ale to było w ramach PRL-u, ukulturalnienia. Zobaczyli drewniany pomnik mężczyzny z genitaliami. Jak te baby zaczęły się śmiać, jak zaczęły piszczeć! Oczywiście zostali wyproszeni. Świetna scena, w tym jest cały PRL.
We wspomnieniach ówczesnych studentów, późniejszych reżyserów, pojawiają się takie stwierdzenia, że były na przykład pytania o cenę chleba albo o to, jak działa spłuczka w toalecie. Krzysztof Kieślowski dostał pytanie, jakie są środki komunikacji międzyludzkiej. I odpowiedział: trolejbus, autobus. Komisja uznała, że to jest bardzo ironiczna odpowiedź. Czy Ty też dostałeś takie pytania, które wprawiły Cię w jakąś konsternację, jakieś zakłopotanie?
W mniejszym stopniu. Może dlatego, że zdawałem pierwszy raz, może oni o takie rzeczy pytali tych, którzy zdawali za drugim, trzecim razem, bo wiedzieli, że już po pierwszym albo drugim podejściu tamci są obkuci z tych rutynowych rzeczy.
Ja na egzaminy przyniosłem nowelę. Myślę, że jednym tekstem ująłem komisję, w której był Jerzy Mierzejewski, późniejszy dziekan. Zapytał on, do czego ta proza, którą złożyłem, jest podobna. Do jakiego pisarza? Odpowiedziałem, że podobne to może być nawet i do wielu pisarzy, ale mam nadzieję, że nie jest podobna do prozy Mniszkówny. Zaczęli się śmiać. No to już widziałem, że nie jest źle. Potem zacząłem mówić, że to jest trochę jak Marek Nowakowski, jak Marek Hłasko, że mnie pewnego rodzaju brutalizmy interesują. Może to jest margines naszego życia, ale na marginesie czynimy uwagi do całej strony. Gdzieś to zdanie sobie przeczytałem, zapamiętałem.
A egzaminy praktyczne? Jak je wspominasz?
Poszły mi dobrze chyba dlatego, że znałem kolegów mojego brata z wydziału aktorskiego warszawskiej Szkoły Teatralnej. Stąd miałem tę łatwość, że umiałem pracować z aktorami, a na tych egzaminach byli studenci łódzkiego wydziału aktorskiego. Jurek Nowacki, który później zagrał w mojej etiudzie Maestro (1967), a potem przez wiele lat był aktorem Teatru Wybrzeże w Gdańsku. Eleonora Hardock, Lenka, wyemigrowała potem do Londynu, ściągała tam polskich aktorów, żeby recytowali poezję, był u niej na przykład Zbyszek Zapasiewicz. Była Irena Wollen, reżyserka, nieżyjąca już, pracowała potem na etacie w telewizji krakowskiej i przyszła, żeby się doszkolić. Ona była najstarsza, miała ze 40 lat, czyli mogłaby być moją matką, rozumiesz? I pamiętam, że ja ją obsadziłem w roli młodszej i ktoś mi zadał pytanie: "A dlaczego pan tej pani Irenki nie obsadził w roli matki, tylko jej córki?". "Bo nie chciałem jej sprawić przykrości" - odpowiedziałem. Zareagowali na tę odpowiedź uśmiechem, więc to mnie też utwierdziło, że trzeba mieć refleks.
Do tego były trzy rekwizyty i musiałem z tego zrobić z pomocą aktorów scenkę na dziesięć minut. To był kalendarz, samochód i odkurzacz. Dopiero jak już się dostałem, powiedziano mi, że byłem najbardziej grzecznym człowiekiem ze wszystkich zdających, a tam było prawie sto osób. Więc zobacz, na jakie rzeczy oni zwracali uwagę. To wszystko też nie jest bez znaczenia.
Do tego, jak powiedziałem, nie bałem się aktorów, nie bałem się wydawać im poleceń, tłumaczyć im wszystkiego, nawet podstawowych rzeczy.
Pamiętasz moment ogłoszenia wyników?
Tak, bo wiąże się z tym jednak przykra dla mnie historia. Siedzieliśmy wszyscy w największej sali. Pamiętam, że grałem z kimś w cymbergaja na parapecie, żeby zająć czas, bo myśli krążyły bez przerwy wokół wyników.
Nagle otworzyły się drzwi. Wszedł asystent i powiedział: "Przypominam, że wasze prace są do odbioru w sekretariacie. Wiele osób już wzięło, ale proszę je wszystkie zabrać, my nie będziemy się o nie potykać. Niezależnie od tego, czy ktoś się dostał, czy nie, prace trzeba zabrać". I wyszedł. Za chwilę wszedł jeszcze raz i dodał: "Przepraszam, a lista przyjętych już wisi na korytarzu".
Wtedy krzesła runęły. Ja, ponieważ byłem przy oknie, nie mogłem się dopchać do drzwi i wszyscy mnie wyprzedzili. Idę jak żuraw, wychylam szyję i słyszę taki tekst: "No, Zaorski się dostał, wiadomo". Ktoś zepsuł mi moment dla mnie wtedy najważniejszy i najbardziej wyczekiwany!
I wtedy pomyślałem sobie: "To ja wam jeszcze, skurwysyny, pokażę!". Bardzo mnie to umocniło, naprawdę dziękowałem, że tak się stało, bo zrozumiałem, jak będę traktowany, że muszę mieć skórę nosorożca. To mnie utwierdziło, że muszę się uczyć, że nic łatwo mi nie przyjdzie. Mało tego: na pierwszym i drugim roku miałem taktykę, żeby wszystko robić dobrze, na czwórkę, czwórkę z plusem najwyżej. Bo jakbym zrobił na trójkę, to byłyby komentarze, że należała się dwója, ale Zaorskiemu podciągnęli. A jak na piątkę, to wiadomo, podlizują się. Więc ta czwórka była idealna.
Szkoła Filmowa z lat 50. i 60. często była oceniana jako uczelnia dla ludzi z dobrych domów, inteligentów, mających dostęp do największych dzieł kina, literatury. Oponenci twierdzili, że mało tam jest młodzieży z klasy robotniczej, ludzi z prowincji. Czy też miałeś takie wrażenie, że ta szkoła to jest taki zamknięty krąg?
Ale jak mogło być inaczej? To powinni być inteligentni ludzie, oni zawiadują setkami osób. W pewnym momencie na planie muszą umieć się wysłowić, wyartykułować swoje pomysły. Niemniej jednak było kilka osób spoza tego inteligenckiego środowiska.
Bardzo ciekawy film zrobił Poldek Dunajski, on był z Kieślowskim na roku, rocznik wyżej. Chłopak z domu dziecka, o dużej wrażliwości, zrobił film, w którego końcowej części bohater wspina się na komin i idzie coraz wyżej, wyżej, wyżej, i ta Łódź w tym była, ale jednocześnie to było poetyckie. Bardzo mi się to podobało. A on był niesamowity, nie skończył zresztą uczelni, gdzieś wyjechał za granicę, ślad po nim zaginął, a szkoda. Opiekunką roku Kieślowskiego była Wanda Jakubowska. W pewnym momencie mówi do Dunajskiego: "No, panie Poldku, niech pan opowie, jaki pan ma projekt". "No więc, pani profesor, więc tak, jest taki domek, kurwa, no i tam jest kurwa, no i w tym domku, kurwa, mnóstwo rzeczy się dzieje". "Panie Poldku, pan robi film o burdelu!" To był jego język.
Wielu studentów, i wtedy, kiedy Ty studiowałeś, i teraz, wspomina pierwszy rok jako utrapienie. Nawał zajęć, kilkanaście godzin dziennie w Szkole, pierwsze etiudy do zrealizowania, mnóstwo zaliczeń, egzaminów, duża presja i stres. Czy Ty też tak wspominasz początki?
Był utrapieniem, a to przez fakt, że wojsko było co tydzień, o czym nie wiedziałem. Mój brat, który studiował w Warszawie, miał wojsko skomasowane w dwa tygodnie. No ale trudno, mamy wojsko, trzeba to przecierpieć, a to było co poniedziałek i trzeba było się stawić na ulicy Kopernika, bodajże o szóstej czterdzieści pięć. Czyli nie miałem szansy na poranny pociąg z Warszawy w poniedziałek, a to mi obcięło możliwość niedzielnych wieczornych spektakli teatralnych, imienin, urodzin, spotkań rodzinnych.
Oczywiście nikt z nas się nie nadawał do tego wojska, a to było jakieś szwejkowskie wojsko. Mieliśmy jakichś trepów, takich, którzy tam zostali zesłani. Mieli gdzie indziej ulokowane ambicje, wyżywali się na nas, nie było żadnej rozmowy. W życiu nie byłem otoczony ludźmi, którzy mi rozkazywali, a tutaj "tak ma być i koniec".
Teraz mogę się przyznać, że mało brakowało, a wyleciałbym ze szkoły przez wojsko.
Co przeskrobałeś?
Strzelaliśmy z RKM-u. A ja nie strzelałem, bo naboje się skończyły. Wyznaczono mnie za to do czyszczenia broni, mimo że z niej nie skorzystałem. Dowódcą plutonu nie był nikt z kolegów ze Szkoły, a student Uniwersytetu Łódzkiego. Oni nas nie lubili, dlatego to ja musiałem czyścić tę broń. Wiedziałem, że zajmie mi to dodatkową godzinę. Wszyscy idą do domu, a ja jeszcze godzinę mam robić coś, czego nie rozumiem. W związku z tym odmówiłem. Mija tydzień. Wchodzimy w szeregu, jest apel i patrzę, że idzie ten z uniwerku i pokazuje mnie majorowi.
Wystąpiłeś?
Tak. Ten major mówi: "No co, odmówiliście rozkazu na polu walki, za to jest rozstrzelanie, zamkniemy was za to i nieprędko wyjdziecie!". Pastwi się nade mną, rozumiesz? Ja niepewny: może żartuje, a może jednak nie? "Możecie się pożegnać z uczelnią. Co to jest w ogóle?" - krzyczy do mnie i przy okazji upaja się władzą. No i na koniec: "Wasze nazwisko!". Stanąłem na baczność i krzyknąłem: "Szeregowy Wiszniewski!". Wiedziałem, że Wojtek Wiszniewski, kolega z roku, miał zwolnienie z wojska z uwagi na chorobę serca.
To wojsko było przekleństwem, słuchaj. Uczyliśmy się tego zawsze w grupie, bo głupota tych egzaminów była taka, że nie wchodziło ci nic do głowy. Trzeba było to powtarzać. Na zasadzie, że jak jeden powtórzył, drugi, trzeci i ja, no to coś żeśmy już zapamiętali. Z regulaminów do tej pory pamiętam tylko jedno, a mianowicie, że w eszelonie odległość konia od piecyka musi być większa niż pięćdziesiąt centymetrów. To była jakaś największa bzdura i ja tę bzdurę zapamiętałem.
Raz miałem bardzo poważną poprawkę, mianowicie musiałem rozłożyć pistolet. Niespecjalnie wiedziałem, jak się do tego zabrać, więc poszedłem na żywioł. Przy stoliku siedział jakiś kapitan czy major i dwóch jego pomagierów. Rozkładam ten pistolet, iglica wypadła, walnęła tego oficera w czapkę i czapka mu spadła. Dobrze, że nie niżej, bo bym mu oko wybił i koniec. Zareagowałem na to śmiechem.
Powiem Ci, że wtedy stałem się pacyfistą. Nie dlatego, że były jakieś ruchy pacyfistyczne, ja po prostu zrozumiałem, że w wojsku chcą mnie tylko gnoić. Środowisko kompletnie nie dla mnie. Jeżę się cały, jak ktoś mi rozkazuje. Ja z każdym porozmawiam, ale jak ktoś mówi "tak, tak i koniec" - o nie, tego nie mogę zaakceptować. To jest doświadczenie studium wojskowego.
Mam listę Twoich kolegów z roku. Zaciekawiła mnie spora grupa cudzoziemców i może od nich zaczniemy. Mam tutaj sześć nazwisk - Djamel Bourtel z Algierii, Fausto Fusser z Brazylii, Francisco Oscar Gamardo z Argentyny, Jarmo Jääskeläinen (Finlandia), Haakon Sandoy (Norwegia) i Roupen Vosquimoroukian z Libanu.
Musimy dodać jeszcze jednego - Madani, imienia nie pomnę, też z Algierii.
Jak oni się odnaleźli w Polsce? Pamiętasz, jak wypadali na zajęciach, jak dogadywali się z aktorami podczas realizacji etiud, jak pracowali z wykładowcami?
Pamiętam, bo niektórzy kompletnie się nie przystosowali. Była nawet jedna sytuacja, która o mało nie skończyła się bójką z dwoma studentami z Algierii, z Madanim i z Bourtelem. Musisz wiedzieć, że mieliśmy wykłady z fotografii przez dwa lata, ale zaczynaliśmy od bardzo prostych spraw, a mianowicie od tak zwanych rayogramów. Wyglądało to tak: jest aparat Krokus, który naświetla. Kładziemy na papierze światłoczułym różne przedmioty: grzebień, zegarek, obrączkę, potem wkładamy arkusz do wywoływacza, potem do utrwalacza i patrzymy, czy żeśmy dobrze naświetlili. To były podstawy, ale te podstawy też nam tłumaczono jako wstęp do robienia samodzielnych zdjęć. Był oczywiście pracownik, pan Piechota, który się nami opiekował i wszystko nam pokazywał.
Obok mnie Madani miał swojego Krokusa. Zerknąłem, co on robi, i powiedziałem: "Słuchaj, za długo naświetlasz". A on chce mnie bić, bo zwróciłem mu uwagę. Przecież zrobiłem to po to, żeby polepszyć jego pracę. Nie, widać w jego mniemaniu ja po prostu go zdeprecjonowałem... Oni byli przewrażliwieni na każdym punkcie. Madani chyba po pierwszym roku, a Bourtel po drugim, po prostu zrezygnowali albo ich usunięto.
Mówiłeś o relacjach i o szkolnych przyjaźniach. Czy w Szkole poznałeś kogoś, kogo już podczas studiów uznałeś za jakąś swoją bratnią duszę, za człowieka, z którym chciałbyś pracować i przyjaźnić się na stricte osobistej stopie?
Z zagraniczniaków nie. Natomiast z Polaków tak, bardzo byłem zaprzyjaźniony z Jerzym Sztwiertnią, który niestety niedawno zmarł. Bardzo ciekawa postać, bardzo inteligentny. Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy (1981) to jest jeden z najlepszych seriali w historii polskiej telewizji. On jakoś lepiej się właśnie poprzez telewizję wypowiadał. Niedziela pewnego małżeństwa w mieście przemysłowym średniej wielkości (1977) to najlepszy film według scenariusza Ireneusza Iredyńskiego, który przecież napisał ich sporo.
Jerzy podczas studiów mieszkał niedaleko mnie. Nasza przyjaźń miała też swoje rytuały. W każdy poniedziałek szliśmy po wojsku do knajpy, żeby zmyć z siebie ten brud. Wracaliśmy do domów, braliśmy prysznic i udawaliśmy się albo do Grand Hotelu, albo do Savoya, chociaż nie mieliśmy dużych pieniędzy. Albo robiliśmy sobie kolację, kupowaliśmy coś w sklepie, raz spotykaliśmy się u niego, raz u mnie. On miał u mnie swoje naczynia, ja swoje u niego, słuchaliśmy radia. Mieliśmy telewizor, ale to już z gospodarzami trzeba było oglądać, a niespecjalnie nam się to podobało.
Razem przeżyliśmy też Marzec 1968 roku. Słuchaliśmy tego osławionego przemówienia Gomułki z 19 marca. Straszne to było. I od razu toczyliśmy takie najważniejsze rozmowy. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie warto emigrować. Zastanawialiśmy się, co my tu mamy robić. Jakieś filmy propagandowe?
Byliśmy strasznie przygnębieni tym, co się dzieje. Wywalili nam Toeplitza, Bossaka, Wohla, Forberta. Kurt Weber, szanowany i kochany, najulubieńszy profesor Edka Kłosińskiego, zdecydował się wyemigrować. W związku z tym my też zaczęliśmy na poważnie zastanawiać się, czy nie rzucić rodziny, czy nie wyemigrować za chlebem, za pracą w zawodzie reżyserskim na zachodzie Europy. No ale trzeba było kręcić etiudy, jakoś nas to wciągnęło. Później Gomułkę kopnęli, przyszedł Gierek. Myśleliśmy, że wszystko jakoś się ułoży i będzie inaczej, więc do emigracji nie doszło.
Mówiłeś mi wielokrotnie, że w trakcie studiów najbardziej zaprzyjaźniłeś się z Andrzejem Krakowskim i Andrzejem Titkowem.
Powiedziałbym, że byliśmy skazani na zaprzyjaźnienie się ze sobą. Ojciec Andrzeja Krakowskiego był szefem produkcji w Zespole Filmowym "Kamera", w którym swoje filmy realizowali Wojciech Jerzy Has, Andrzej Wajda, Roman Polański czy Jerzy Skolimowski. Ojciec Andrzeja Titkowa, Walenty Titkow, był wysoko postawionym działaczem partyjnym, pierwszym sekretarzem Komitetu Warszawskiego. Większość naszych kolegów uważała nas za niezdolnych, których tylko przez protekcję i wysokie stanowiska rodziców umieszczono w Szkole Filmowej. Gdy patrzę na siebie z tamtych lat, to aż mi się chce śmiać, jak bardzo chciałem zasłużyć się kolegom, przekonać ich do siebie, przez co bardzo często stawiałem starszym studentom wódkę, zapraszałem ich gdzieś. Stąd pieniądze dawane mi co tydzień przez rodziców kończyły mi się w środę, najpóźniej w czwartek. A i tak niektórzy koledzy na przykład urywali rozmowę, gdy pojawiałem się w ich obecności. Pewnie podejrzewali mnie, że jestem kapusiem, że o wszystkim, co dzieje się w Szkole, informuję ojca. Tak że cierpiałem w samotności.
Wracając do Andrzejów, wszyscy nam się przyglądali, na pewno na początku recenzowali nas źle, bo albo byliśmy nadskakującymi kolegami, co też się nie podoba, albo właśnie widząc, jak jesteśmy traktowani, nie rozmawialiśmy z tymi, którzy ironizowali na nasz temat. Dlatego tak szybko nawiązałem bliższe relacje z Andrzejami. Ja przecież wystąpiłem w etiudzie, którą Titkow realizował na drugim roku.
Obu ich bardzo mocno doświadczył Marzec 1968 roku.
Opowiedz o tym coś więcej.
Andrzej Krakowski tuż przed Marcem dostał stypendium zagraniczne w Stanach Zjednoczonych. Wyjechał tam. Gdy poszedł do konsulatu w Los Angeles, żeby przedłużyć wizę, nie otrzymał zgody. Jego paszport przestał istnieć, skazano go na banicję. Nie wiedział wtedy, co robić, był bezradny. To jest jednak opowieść o niesamowitej determinacji, bo z takiego, wydawałoby się, beznadziejnego punktu wyjścia Andrzej zrobił wielką karierę. Doszedł do olbrzymich sukcesów, bo przecież filmy, które produkował, reżyserował i do których pisał scenariusz, były nominowane do Oscarów. W kraju oczywiście nie pisano o tym ani słowa. Mało tego, wyniknęła bardzo nieprzyjemna sprawa, bo on napisał do Szkoły z prośbą, żeby mu zaliczono te kilka lat studiów. Okazało się, że wszystkie jego dokumenty zniknęły. Prawdopodobnie przejęła je bezpieka. Andrzej to bardzo przeżywał.
Andrzej Titkow z kolei po Marcu dostał asystenturę u Andrzeja Wajdy przy filmie Krajobraz po bitwie (1970). Został jednak usunięty z tej produkcji, bo okazało się, że zatrudnił jako statystów Adama Michnika, Seweryna Blumsztajna i innych ludzi, którzy w Marcu brali udział w demonstracjach antysystemowych. Potem Andrzej właściwie do 1989 roku miał duże trudności z realizacją własnych pomysłów. Opowiadał mi też, że jego siostra, Olga, została spałowana przez milicjantów podczas strajków na Uniwersytecie Warszawskim.
A pamiętasz, kiedy po raz pierwszy spotkałeś się z Krakowskim po jego wyjeździe do Stanów?
Robiłem film Baryton (1984). W hali w wytwórni na Chełmskiej w Warszawie Allan Starski zbudował dekoracje. Przygotowywaliśmy się do kolejnego ujęcia. Słyszałem, że ktoś chodzi w dekoracji, ale myślałem, że to jakiś rekwizytor albo oświetlacz. Kręcimy i w pewnym momencie nawalił mikrofon. Zdobyłem się wtedy na żart i powiedziałem: "No, słuchajcie, gdybyśmy mieli takie mikrofony, jak ma Służba Bezpieczeństwa, to film polski byłby na światowym poziomie". I w tym momencie usłyszałem śmiech Andrzeja. Zrobił mi niespodziankę! W ogóle nie wiedziałem, że przyjechał do Polski. To był dla mnie szok.
Chciałbym jeszcze dodać, że Andrzej do wielu ludzi, których znał ze studiów, pisał ze Stanów listy. Kiedyś mi powiedział, że odpisywałem mu tylko ja i Wojtek Marczewski. Andrzej bardzo mi też pomógł w trakcie prac nad Szczęśliwego Nowego Jorku, ale o tym opowiem w dalszej części.
Miałeś też na roku Wojciecha Marczewskiego.
Tak. Od początku był sympatyczny, przystojny, wspierający, bezkonfliktowy, tak że bardzo go polubiliśmy. Natomiast nie bardzo sobie przypominam jakiekolwiek jego etiudy, bo myśmy nie oglądali nawzajem naszych filmów, one były tylko prezentowane komisji. Natomiast bardzo mi się podobał jego pierwszy film - Podróżni jak inni (1969) - zrobiony w Wytwórni Filmowej "Czołówka". Pamiętam, że zostałem zaproszony do siedziby tej wytwórni w Alei Lotników. Po seansie uznałem, że to naprawdę profesjonalnie zrobiona produkcja. Zauważyłem, że nie ma tam żadnego naginania się pod propagandę, na te wszystkie instruktażowe, wojskowe historie, z których słynęła ta wytwórnia.
Później - również w "Czołówce" - zrobił znakomity tryptyk wojenny Odejścia, powroty (1972). Podobał mi się strasznie nastrój tego filmu, kojarzył mi się trochę ze Strażą przyboczną (1961) Akiry Kurosawy. Świetny Wakuliński w głównej roli. Pomyślałem wtedy o Marczewskim, że jest zdolnym facetem.
Prawdę mówiąc, po tych Odejściach i powrotach wydawało mi się, że Wojtek będzie już robił film za filmem. Nie wiem, co się stało, że zaczął potrzebować tyle czasu do namysłu, do przewartościowań. No, ale słusznie zapytał na forum Stowarzyszenia Filmowców Polskich: "Koledzy, czy wy naprawdę musieliście te wszystkie filmy robić?". To jest jeden z najlepszych tekstów o polskiej kinematografii powojennej. Odważny, trafiający w istotę rzeczy, jednocześnie powiedziany z taktem.
Kogo jeszcze z Polaków miałeś na roku?
Michała Dudziewicza, który na chwilę zahaczył się w telewizji podczas mojej prezesury. Zrobił wtedy dwa filmy - jeden świetny o Jerzym Jachowiczu, z Leszkiem Łotockim w roli głównej, drugi, już słabszy, o dzieciach z NRD, które za działalność opozycyjną swoich rodziców trafiają do domów dziecka. Moim zdaniem on przestał wierzyć w siebie. Na studiach świetnie się zapowiadał, ale później długo był asystentem, potem drugim reżyserem i zadebiutował dopiero w latach 80. filmem na podstawie Himilsbacha. To się nazywało Fucha.
Marek Wortman. W moim przekonaniu on był nieutalentowany. Za to świetnie zapowiadał się jako szermierz. Wygrał nawet jakieś mistrzostwa demoludów. Ale coś go do tego filmu ciągnęło, rzucił szpadę. Myślę, że był nazbyt trzeźwy, do bólu realistyczny, zracjonalizowany. Nie miał wyobraźni po prostu.
Józef Gębski. Moim zdaniem najlepszy film zrobił przed Szkołą Filmową. TBC, Tobie Bracie Cmentarz, o gruźlikach. On sam był gruźlikiem, miał za sobą pobyt w sanatorium, stąd powstał film przejmujący, osobisty. Widziałem to, jeszcze zanim zdawałem do Szkoły. I wyobraź sobie, że on na drugim roku, z profesjonalną ekipą zrobił to samo i ta wersja wyszła znacznie gorzej. Niby miał już próbę generalną, wszystko zrobione, ale jakby zabrakło właśnie tego tchnienia, tego, że ten film mógł być jego testamentem, nie wiem. Był zakochany w Wakacjach pana Hulot, ale nie umiał tego w późniejszych filmach jakoś przedzierzgnąć do naszej rzeczywistości filmowej. Natomiast w moim przekonaniu miał zły wpływ na Antoniego Halora, z którym przez pewien czas tworzył duet reżyserski. Halor był największym erudytą wśród nas. Miał dużą brodę, która już wtedy zaczęła siwieć, ale był, że tak powiem, dupowaty, jeśli idzie o sprawy przyziemne, więc ten Gębski go wziął pod obcas i nim dyrygował. Halor był od pisania scenariuszy, wymyślania, a tamten od załatwiania. I ich wspólna fabuła - Opis obyczajów (1972) - niestety nie wyszła, w Łagowie dostała nagrodę za najgorszy film prezentowany na festiwalu. Jakaś w ogóle pomyłka kompletna.
Zbigniew Rebzda. To jest dziwna postać. Bardzo wysportowany, znakomicie pływał, do tego stopnia, że we wszystkich czterech stylach, rozumiesz, zdobył złote medale we Wrocławiu, podczas Spartakiady Szkół Artystycznych. To był facet zafascynowany Skolimowskim, Piwowskim i tak dalej.
Jak zakładałem Studio Filmowe "Dom", od razu się do mnie zgłosił. Ja mówię: "Zbyszek, a ty masz trzydzieści lat? Bo ja tylko do trzydziestu lat przyjmuję. To jest dla młodych, dla debiutantów". I on poczuł, jakby dostał w mordę. Widać snuł plany, ale te jego filmy to jakiś zlepek grepsów ze SPATiF-u, jakieś chore, pijackie, na kacu robione.
Natomiast Jerzy Surdel - uroczy człowiek. Spec od filmów górskich. I widać w nich jego umęczenie, bo wszystko, cały ten ciężki sprzęt, trzeba było na te góry wnieść. To nie jest greenbox czy bluebox. On naprawdę się upieprzył, ale to była jego pasja, te góry. Pod koniec życia był bardzo samotny. Zmarł kilkanaście lat temu.
Mieliśmy również wśród nas Pawła. To był po prostu ewenement. Jak opowiadam, jakie on filmy zrobił, nikt mi nie wierzy. Po prostu nikt mi nie wierzy, więc może tym bardziej warto to opowiedzieć.
Niesamowita postać. Niskiego wzrostu, erudyta. Miał piątki ze wszystkich przedmiotów, z historii literatury, muzyki, historii sztuki, filmu, tylko z filmu dokumentalnego i fabularnego dwóje. W związku z tym jego matka przyleciała do Toeplitza, bo chcieli jej syna wyrzucić. Ona mówi: "Przecież mój Pawełek ma same piątki". Toeplitz na to: "No ale dwójki z filmów". "A co tam filmy!" - stwierdziła.
Nie wiem, dlaczego Pawełkowi pozwolili po raz drugi powtarzać rok. My już przeszliśmy na trzeci, on został na drugim, nic nie musiał zaliczać, bo wszystko miał na piątki, ale musiał zrobić dwa filmy. I ja te filmy teraz opiszę.
Pierwszy to była niema etiuda. Nie postarał się za bardzo, bo zdjęcia były w parku przy ulicy Targowej, naprzeciwko naszej uczelni. Widzimy, że idzie chłopiec, a na ławce siedzi dziewczynka. Widać, że chłopcu podoba się ta dziewczynka, bo się do niej uśmiecha, a ona nic. No więc zrywa gałąź, łamie, robi łuk, bierze strzałę - nie wiadomo skąd, widać leżała obok, czekała na niego - i strzela, żeby się popisać przed dziewczynką. Ona nic. On skacze, łapie się gałęzi, podciąga. Ona nic. Jest jeszcze wiele różnych rzeczy, mostek robi i tym podobne. Całość trwa pięć minut, bo to miała być pięciominutowa etiuda. Na koniec chłopak podchodzi do dziewczyny i widzimy, że coś mówi, bo otwiera usta. I wtedy jest ostatnie ujęcie filmu. Napis. "Dziewczynka jest głucha". Nic nie wymyślam. Jarek, nikt mi nie wierzy.
A druga etiuda?
Zrobił jeszcze dokument, który doprowadził do furii Kazimierza Karabasza. Zdjęcia robił Seraphinus Gamba Otieno z Kenii. Nie wysilili się chłopaki specjalnie, bo w kadrze był jakiś wrak, jakieś auto, samochód po wypadku. Z offu szły jakieś rozmowy na temat wypadków. Paweł usiłował wmówić Karabaszowi, że jest to monolog głównego bohatera. Pod koniec dopuścił możliwość, że są to jednak rozmowy dwóch ludzi, a na sam koniec przyznał, że być może nawet trzech. No więc Karabasz się spienił. I wiadomo, że dwója.
Rozmawialiśmy o Twoich kolegach z roku, ale chciałbym, żebyśmy porozmawiali też chwilę o wykładowcach. Uczył Cię Janusz Morgenstern, Stanisław Różewicz, Henryk Kluba. Historię kina miałeś jeszcze z Jerzym Toeplitzem?
Z nim, chociaż on często wyjeżdżał za granicę, w związku z tym zastępowały go albo Ewa Nagórska, albo Marysia Kornatowska. To były bardzo miłe, fajne dziewczyny. Toeplitz miał tak wielki autorytet, że na jego wykładach panowała cisza jak makiem zasiał. A z nimi żeśmy sobie żartowali, gadali i różne wtręty były, pytania i tak dalej. Tak że to było zderzenie dwóch światów.
Wykładowców mieliśmy takich, że myśmy Bogu dziękowali, że się znaleźliśmy w tym miejscu, na tej uczelni. Chociaż nie wszyscy byli wspaniali.
Na przykład?
Na pierwszym roku mieliśmy zajęcia z Jerzym Passendorferem. "Dżery Mała Główka" - tak o nim mówiono. Ten pierwszy rok wspominam okropnie, bo jak się dostałem do Szkoły, to wydawało mi się, że będę robił od razu jakieś ćwiczenia, etiudy. Okazało się, że na pierwszym roku z powodów finansowych jest tylko ćwiczenie montażowe. Dostaliśmy trzy różne materiały i my z montażystkami mieliśmy z tego zrobić etiudę. Wszystkim nam to wyszło słabo, bo ten materiał po prostu nas nie obchodził. Jeden fragment był z wesołego miasteczka. Drugi materiał to była próba w telewizji, a trzeci to skrzyżowanie w ruchliwym mieście. Nic z tego nie wynikało.
Passendorfer powiedział, że jako zaliczenie musimy się dobrać w tandemie reżyser i operator. Ja się dobrałem z Witoldem Stokiem, Passendorfer miał scenariusze serialu Janosik i chodziło o to, żebyśmy my z tych scenariuszy zrobili scenopisy. Potraktowaliśmy to bardzo poważnie, bo to jest najważniejsza sprawa - ustalenie planów, ruchów kamery. Pamiętam, żeśmy parę dobrych tygodni dzień w dzień z Witkiem Stokiem pracowali. I co się okazało? Passendorfer wszystkim zaliczył, ale w ogóle nie miał z nami zajęć, bo zaczynał już następny film.
Minęło parę lat. Spotykam Jacka Butrymowicza, z którym pracowałem wcześniej przy Kolumbach. Pytam, co robi. Jacek mówi: "A wiesz, właśnie zaczynam z Passendorferem Janosika". Mnie od razu zapaliło się światełko w głowie. Zapytałem, czy mają scenopisy. Jacek odpowiedział: "Kurczę blade, mamy, wiesz? Ja myślałem, że zarobię, że razem z Passendorferem i z operatorem w trójkę to stworzymy, a Dżery mi mówi, że już ma scenopisy gotowe". Natychmiast odezwałem się do kolegów z roku, zorganizowaliśmy zebranie i zastanawialiśmy się, co zrobić z tym faktem. Już nie pamiętam kto, ale ktoś powiedział: "Koledzy, ja nie wiem, bo nie znam się na prawie, więc nie wiem, czy to jest sprawa na sąd koleżeński czy coś więcej, ale ja myślę sobie tak: poczekajmy, co on zrobi". Obejrzeliśmy i bardzo nam się ten serial nie podobał, więc nic nie zrobiliśmy.
Passendorfer zapłacił za to tym, że został wykluczony z zawodu i wysłany do Austrii, do Instytutu Polskiego. Basia Pec-Ślesicka mi opowiadała, że jak zatrzymała się w Wiedniu i poszła do tego instytutu, to nawet paluszkami i wodą jej nie poczęstował. Wszystko było oszczędzane i wydawane na jakiś inny cel.
A Morgenstern i Różewicz?
Morgenstern uczył nas dwa lata, na trzecim i czwartym roku.Dwóm osobom z naszego rocznika zaproponował asystowanie przy serialu Kolumbowie (1970). Zgłosiłem się, bo po prostu wiedziałem, jaki on jest. A potem, pod opieką Stanisława Różewicza, zrealizowałem z tą samą ekipą, ale już nie jako asystent, a jako reżyser, półgodzinny film Na dobranoc (1970). Zobacz, jaka to była krótka droga od układu uczeń-nauczyciel na trzecim roku, do współpracownika i do samodzielności.
Większość nas, i wykładowcy, i uczniowie, pochodziła z Warszawy. Stanisław Różewicz zawsze umawiał się ze mną w holu hotelowym. Zadanie było proste: obserwować ludzi, którzy przyjeżdżają do tego hotelu. Jak kto jest ubrany, jaką ma walizkę, jak mówi, czy zaciąga trochę, czy używa "chłopizmów", czy to jest inteligent i tak dalej, i tak dalej. To była fantastyczna szkoła na obsadzanie drugiego, trzeciego planu. Bardzo często umawiał się ze mną też o siódmej rano pod kolumną Zygmunta. Obaj obserwowaliśmy, co się dzieje - starówka, więc wycieczki, a jacy ludzie, jak chodzą, jak mówią. Myśmy sobie siedzieli pod tą kolumną. Mój profesor i ja. Słuchaj, no to są fantastyczne sprawy. Na całe życie zapamiętałem, że i tak można uczyć reżyserii. Później, gdy sam zacząłem pracę w charakterze nauczyciela akademickiego, starałem się stosować te najlepsze wzorce, które podejrzałem u Morgensterna i u Stanisława Różewicza.
A Stanisław Wohl? Od niego chyba wziąłeś powiedzenie, że reżyser powinien mieć "jaja, serce i łeb"?
Tak. On nam to powiedział na wykładzie. Pierwszy zaczął w Łodzi wykładać telewizję. To za moich czasów dodano do nazwy Szkoły przymiotnik "telewizyjna". Pamiętam z nim wspaniałą historię. Mamy jakieś kolejne zajęcia. Zbliżają się do końca, ja wstaję i mówię: "Panie profesorze, to może ja bym podsumował to nasze spotkanie?". Na co Wohl natychmiast odpowiedział: "Kurwa mać. Wchodzę do ministerstwa, Zaorski mnie podsumowuje. Prowadzę zajęcia w Szkole, Zaorski mnie podsumowuje. Co się dzieje?!". Znakomity refleks.
W ramach praktyk z pewnością byłeś na innych planach zdjęciowych. Wiem też, że jako student wyjeżdżałeś za granicę.
Tak, byłem dwa razy w NRD.
Opowiesz o tym?
Chodziłem do Reytana do klasy niemieckiej. Pojechałem do Babelsbergu podszkolić język, ale też zobaczyć, jak tam się robi filmy. I słuchaj, pracowałem w Beleuchtung, czyli w obsłudze reflektorów. Byłem takim fizycznym pracownikiem. Przy jakiejś rozmowie wygadałem się, że dostałem się do Szkoły Filmowej, więc reżyser zaczął mnie pytać o moje filmowe lektury i fascynacje. To był czas, kiedy byłem zachwycony kinematografią włoską, więc mówię mu, że Fellini, Antonioni. A ten reżyser: "Tak, tak, słyszałem".
Ale nie widział?
Nie. Te filmy w ogóle tam nie były rozpowszechniane z powodów cenzuralnych. To było dla mnie bardzo ciekawe. W Berlinie Wschodnim nie mogli oglądać Berlina Zachodniego, dlatego słabej jakości polskie telewizory robiły tam karierę, bo na nich można było oglądać dwa programy zachodniej telewizji, a na niemieckich Dürerach czy Rubensach - żadnego. W wytwórni, w dużej sali, była możliwość oglądania tych programów. I zazwyczaj wybierano jakiś mecz piłki nożnej czy coś, żeby tam, broń Boże, nie było polityki. W każdym razie znajomi mnie namawiali, jak chcieli coś innego, żebym to ja włączył telewizor. Bo ja jestem zagraniczny, więc w ogóle nie znam specyfiki, nie odróżniam zachodu od wschodu i tak dalej. To zapamiętałem, bo to bardzo dużo mówiło, jaki to był policyjny kraj.
A przy jakich filmach pracowałeś?
Pierwszym filmem, przy którym pracowałem, byli Synowie Wielkiej Niedźwiedzicy (1966). Operatorem był Jaroslav Tuzar, który wspólnie z Fordem zrobił Ulicę Graniczną (1948) i Piątkę z ulicy Barskiej (1953). Winnetou grał Gojko Mitić, jedną z ról kobiecych grała polska aktorka Zofia Słaboszowska. Ja z kolei zaprzyjaźniłem się z aktorem, który się nazywał Jiří Vršťala, który w tym filmie grał Red Foxa, taki czarny charakter. Bardzo lubił panie i alkohol. Aktorstwo było na trzecim miejscu. Do tego stopnia, że gdy wydano bankiet, nie pamiętam, z jakiej okazji, poprosił, żebym wyszedł przed hotel i na niego czekał. On pojawił się w okienku od toalety. Patrzy, czy nikt go nie widzi. Skacze. Wsiadamy do jego samochodu. Widzę, że wcześniej pił. Mówię: "Jiří, co ty robisz?". "Słuchaj, jedziemy do mojej narzeczonej. Musisz ją poznać". Jedziemy i mówi: "Pokażę ci, jak się jeździ w Anglii". No i zjechał na lewą stronę. Ja po trzech minutach mówię: "Dobrze, już wiem". "Nie, jeszcze nie wiesz, jeszcze nie wiesz".
W okolicach Poczdamu zaczęła nas ścigać Volkspolizei. A Vršťala zaczął uciekać. Za nami ruszają kolejne radiowozy, Vršťala wjeżdża w jakieś boczne uliczki. W końcu nas złapali. Podchodzi do nas milicjant, a Jiří odkręca szybę i mówi: "Szto chaczesz od mnie, ty durak? Szto chaczesz?". A ten Niemiec: "Verzeihung, Verzeihung, auf Wiedersehen, gute Reise". Przecież warto było chociażby dla takiej sceny tam pojechać, rozumiesz, bo ja wszystko zrozumiałem, cały pic, fotomontaż tego systemu, w którym najwięcej do powiedzenia mieli Ruscy.
W pewnym momencie reżyser Josef Mach zaproponował mi, żebym był script boyem. Do mnie należało robienie klapsa przed początkiem ujęcia, ale to nie wszystko. Do mnie należała też pewna czynność. Na planie to brzmiało tak: "Aufnahme, Achtung, Achtung. Keine Proben, Aufnahme". I cisza się robiła. Wtedy Mach mówił: "Janusz, Mexico". Za kamerą zawsze stał sztuczny kaktus. Stawiałem go przed kamerą i to było "Mexico", więc wyobrażasz sobie, jakiej jakości były te filmy.
A powiedz mi, czy zauważyłeś jakieś takie wyraźne różnice między planami w Polsce a planami w NRD, jeżeli chodzi o organizację planu, o poszczególne czynności?
Tam było czyściej. Wszystko było dokładnie ustalane, każdy dostawał plan, o której godzinie ma być obecny, w którym miejscu, do której. U nas niestety było bardzo dużo chaosu. Tam nie było mowy o jakiejkolwiek improwizacji, bo wszystko było zaakceptowane przez cenzurę i trzeba było pracować zgodnie ze scenariuszem. Była nawet specjalna asystentka, która pilnowała, czy aktor mówi tekst zgodnie z tym, co jest napisane, i jak aktor się pomylił, to ona mówiła: "Stop!" i pokazywała reżyserowi, co było nie tak i co trzeba powtórzyć.
A drugi wyjazd do NRD?
Rok później pracowałem na planie filmu doktora Gottfrieda Kolditza Dolina Siedmiu Księżyców (1966), o partyzantce antyhitlerowskiej w Beskidach w czasie II wojny światowej. Większą bzdurę trudno wymyślić.
To było częściowo kręcone w Polsce?
Nie, nie, wszystko w Niemczech.
Tam też pracowałeś przy oświetleniu?
Byłem też ich konsultantem, za to mi płacili, i dorabiałem jako asysta. I tam zrobiłem rzecz może karygodną, ale po prostu mnie sprowokowali. Mianowicie kręcono scenę łapanki, a ja dorabiałem jako statysta, w Stahlhelmie i w mundurze żołnierza Wehrmachtu z karabinem. Zainscenizowane to było tak: ciężarówka podjeżdża, klapa spuszczona, grzeczni hitlerowcy podają rękę kobietom, które wchodzą, biorą dzieci, wszystko spokojnie, bez krzyków i przepychań. Powtórka ujęcia. Jeszcze raz. Wszystko robią tak samo, a ja stoję z tym karabinem. I bach jednego, bach drugiego. Ktoś tam się przewrócił, piski się zaczęły. Słuchaj, oni się wstydzili powiedzieć, że to jest za ostro i za grubo! I żeśmy chyba pięć dubli robili, a ja za każdym razem to samo. Pomyślałem, że tu im nie popuszczę. Muszę przywołać jeszcze jedno zdarzenie. Pewnego dnia nie dowieźli nam jedzenia na plan. My wygłodniali, do tego kręciliśmy to latem, więc plan do dwudziestej pierwszej. Okazało się, że nieopodal odbywało się wesele. Z paroma kolegami, ja ciągle w mundurze, wskoczyliśmy do tej gospody. Słuchaj, parę osób wstało i zrobiło "Heil Hitler". 1966 rok, NRD, dwadzieścia lat po wojnie, a niektórym jeszcze rączka sama poleciała do góry. To jest dojrzewanie. O wiele ciekawsze było to, co dzieje się na boku, jak oni robią film, niż same zdjęcia.
A jak było w Londynie?
Londyn to była zupełnie inna bajka. Miałem praktyki w studiu Associated British Picture Film w Elstree, a naprzeciwko była brytyjska filia MGM. Byłem na planie, gdzie występowała Olinka Bérová, wcześniej Olga Schoberová, czyli żona Miloša Formana.
To był 1967 rok, Swinging London, new life. Inny świat niż ta pustynia w Enerdowie. Czekałem tylko na weekend, żeby włóczyć się po mieście. Miałem kumpla, który pracował w kawiarni, dawał mi za darmo rogaliki i kawę. Tak wyglądały moje posiłki, bo trzy razy dziennie tam przychodziłem. No i paliłem wtedy papierosy. Tam po raz pierwszy zobaczyłem Żyje się tylko dwa razy (1967) z Seanem Connerym w roli Jamesa Bonda. Wiedziałem, że przecież nigdy w życiu do Polski tego nie sprowadzą, więc dojrzewałem filmowo niesamowicie. Z kina do kina. Właściwie przez te weekendy mieszkałem w kinie.
Miałem też pewną przygodę. Asystent montażysty, Said z Pakistanu, zapytał mnie, czy znam pakistańskie jedzenie. Oczywiście nie znałem, bo przecież w Polsce nie było czegoś takiego. Said na to: "Słuchaj, mam kumpla, on ma restaurację. Zapraszam cię tam". Przyjechałem, wchodzimy. I to było tak, że na parterze był taki bar, że można było drinka sobie kupić i jakieś szybkie dania, na pierwszym piętrze restauracja, a kolega Saida mieszkał na drugim piętrze i tam miał swoją prywatną restaurację, obsługiwaną przez kelnerów. Pytali się, czy chcę ostre, czy nie. Odpowiedziałem: "Medium". Jak tylko wziąłem kęs, zacząłem się rozglądać za gaśnicą. Tak mnie paliło w środku... W życiu takich przypraw nie jadałem!
W pewnym momencie właściciel tej restauracji zapytał mnie, czy jestem z Polski. Potwierdziłem. On do mnie: "Słuchaj, miałem narzeczoną. Dziwna, nie wiem. Czy kobiety w Polsce takie dziwne są? Przyszła, mieszkała ze mną rok i pewnego dnia wyszła i już nigdy nie wróciła. Zostawiła dość pokaźną bibliotekę, może chcesz zobaczyć?". Odpowiedziałem, że chętnie. Co było w tej bibliotece? Pan Tadeusz, Latarnik, Wiersze Baczyńskiego, "Kultura" paryska, Sąd idzie Abrama Terca, czyli Andrieja Siniawskiego. Niesamowite rzeczy. Pakistańczyk powiedział, żebym sobie wziął to, co mi się spodoba, więc zabrałem dwa numery "Kultury" i ten Sąd idzie. Gdybym chciał zabrać wszystko, co mnie interesowało, musiałbym mieć oddzielną walizkę.
A warunki pracy w Anglii?
Powiem Ci, że to, jak wyglądała wtedy wytwórnia w Anglii, wciąż jest dla nas nieosiągalne. I chyba nigdy nie doskoczymy do tego poziomu. Po pierwsze, subsydiowane obiady. Za 2,5 szylinga brałeś tacę i miałeś do wyboru pięć przystawek na zimno, pięć przystawek na gorąco, pięć zup, pięć drugich dań i pięć deserów. I mogłeś sobie wybrać. To wszystko za te 2,5 szylinga. Tyle kosztował na zewnątrz hot-dog, a ja w wytwórni za te pieniądze dostawałem bardzo smaczny obiad.
To było na parterze. Na piętrze było to samo jedzenie, ale już z obsługą kelnerską, wszyscy wyfraczeni. Tam stołowali się reżyserzy, scenografowie, producenci, kierownicy produkcji.
Mówiłeś o Swinging London. Miałeś okazję jakoś z tego skorzystać?
Bez przerwy coś się działo w Hyde Parku. Bardzo często tam chodziłem, brałem sobie pintę piwa i słuchałem nawiedzonych, którzy zakładali jakieś partie albo wieścili jakieś prawdy. Wszystko można było mówić, tylko bez krytykowania brytyjskiej królowej.
Nagle pojawiali się uliczni grajkowie. Mało tego, pewnego razu przyszli też gitarzyści. Pod koniec zebrało się ich ponad stu i grali wspólnie. To było All You Need Is Love Beatlesów i We Love You Rolling Stonesów. Teraz, po latach, u nas we Wrocławiu się coś takiego odbywa, ale ja zobaczyłem to po raz pierwszy w Londynie. To był 1967 rok.
Patrzyłem na to wszystko i miałem niestety wrażenie, że u nas jest to nie do pomyślenia.
A miałeś tam okazję poznać kogoś z Polonii, z dawnych oficerów Andersa czy uczestników kampanii wrześniowej?
Pewnego dnia poszedłem na Exhibition Road do Polskiego Ogniska. Co ważne, ubrany byłem w tenisówki, koszulkę polo, dżinsy. Otworzył mi Szwajcar w cylindrze, jednak w połowie zatrzymał te drzwi i zapytał: "Przepraszam pana bardzo, ale pan stąd czy stamtąd?". Ja mówię: "Stamtąd, ale czy to jest jakaś przeszkoda?". "Tak, niestety jest pan niewłaściwie ubrany". Odpowiedziałem: "Proszę pana, ja tylko chcę wejść i zobaczyć, jak wygląda to miejsce, bo chcę mieć po prostu co opowiadać, jak wrócę do Polski". Ten portier na to: "Dla mnie mógłby pan wejść, ale są tutaj osoby, które nie życzą sobie, żeby ktokolwiek niewłaściwie ubrany pokazał się w tym miejscu". Wtedy zaproponowałem: "Proszę pana, umówmy się, że ja wejdę tylko na minutę". Zgodził się. Wbiegam, obok jest sala biblioteczna, natomiast z dołu słyszę muzykę. Schodzę, a tam, w jakimś lokalu przypominającym Piekiełko w Gdyni odbywa się próba zespołu. I czarnoskórzy muzycy grali Miłość ci wszystko wybaczy - przedwojenny przebój z repertuaru Hanki Ordonówny. Niesamowite wrażenie to na mnie zrobiło.
Chciałbym, żebyśmy porozmawiali też o Twoich etiudach. Maestro (1967) - jest tu świetny pomysł, bo etiudę, którą powinno się oprzeć na dźwięku, Ty opowiedziałeś na niemo. Od razu przyszło Ci do głowy takie rozwiązanie?
Zeskanuj kod lub obejrzyj: etiuda
Maestro.
Zobaczyłem w "Szpilkach" rysunek, na którym była podobna sytuacja i w dymkach zawarte były myśli ludzi, którzy byli członkami jakiejś tam komisji. Tam był chyba skrzypek czy pianista. Tak czy inaczej, każdy z tej komisji widział zupełnie co innego. Pomyślałem sobie, że to jest świetny pomysł, że zrobimy sobie te ich wizje.
Ten film jest zrobiony bardzo grzecznie. Podmiot, orzeczenie, określenie. To są takie moje początki. Oczywiście różne były początki, bo na przykład Piwowski błyskotliwie wystartował etiudą o komisji wojskowej Uwertura (1965), zrealizował też świetnego Muchotłuka (1966). Ale on był dziennikarzem, z dorobkiem, świetnie się dogadał z tymi naturszczykami, którzy potem zagrali w Rejsie (1970). U mnie z kolei wystąpiło wielu kolegów z wydziału - Antoni Halor, Józef Gębski, Krzysztof Wierzbiański, Jurek Sztwiertnia i Grzegorz Wilk.
Następna była Spowiedź (1968), etiuda zrealizowana pod kierownictwem Kluby i Morgensterna, ale poetyką i klimatem przypomina mi trochę film Na melinę (1965) Stanisława Różewicza, niedopuszczony do rozpowszechniania, adaptację opowiadania Jana Józefa Szczepańskiego. Spowiedź to z kolei ekranizacja twórczości Tadeusza Różewicza.
Zeskanuj kod lub obejrzyj: etiuda
Spowiedź.
Tadeusz Różewicz zawsze był moim faworytem, jeśli chodzi o poetów, ale też jeśli chodzi o scenarzystów i dramatopisarzy. Zacząłem się nad nim zastanawiać i w ten sposób trafiłem na opowiadanie Spowiedź. Wydało mi się, że to jest dobre, i potwierdziło się, bo film na podstawie tego opowiadania miał osiemnaście minut, a film absolutoryjny nie powinien przekraczać dwudziestu.
Ten scenariusz zaakceptował mi Morgenstern. Pojechaliśmy w tej sprawie do niego z Jarmo i Jurkiem Sztwiertnią do Krakowa, gdzie robił Stawkę większą niż życie. Morgenstern namawiał mnie, żebym to zrealizował, bo wcześniej musiałem zrezygnować z pomysłu, do którego już zacząłem przygotowania. Roboczy tytuł brzmiał Pierwszy dzień w pracy. Główną rolę miał grać Leszek Łotocki. Była to opowieść o młodym chłopaku pełnym ideałów, który w czasie pierwszego dnia w fabryce zderza się z pijaństwem, machlojami, kombinatorstwem i nieróbstwem. Postanowiłem też pokazać w tej etiudzie ówczesną Łódź, turpistyczną, pełną fabryk i kominów. Taka opowieść nie miała jednak szans w zderzeniu z cenzurą, która po Marcu 1968 roku pojawiła się w Szkole. Z żalem odłożyłem ten pomysł i zamiast tego zacząłem kręcić Spowiedź.
Przyjaźniłem się z nieżyjącym już aktorem Wieśkiem Nowickim, mężem Wandy Neumann. Oni byli razem na roku. Ojciec Wieśka Nowickiego też był aktorem, nazywał się Zygmunt Nowicki i grał w Teatrze im. Jaracza. Zapytałem go, czy nie zagrałby głównej roli. Odpowiedział, że chętnie, ale dopiero jesienią, bo wcześniej nie może ze względu na zobowiązania teatralne. W związku z tym zdjęcia zacząłem dopiero w październiku.
Nie miałeś żadnych problemów podczas zdjęć?
Zdarzyła się bardzo dziwna sytuacja, bo zacząłem te zdjęcia z kierownikiem produkcji - Józefem Siwkiem. On był absolutnym nałogowcem, zresztą zginął pijany, wpadł pod tramwaj w Łodzi. Ale widać śledzono mnie i stwierdzono, że Siwek nie jest pewny, bo jeszcze się napije i nie będzie podsłuchiwał, w związku z tym nagle pojawił się inny kierownik produkcji - Tadeusz Lubczyński. Podobno przed pracą w Szkole był majorem w UB, też nadużywał alkoholu i jak się upił, to grał na skrzypcach, fałszując niemiłosiernie. I chyba drugiego czy trzeciego dnia zdjęciowego na plan przyjechał właśnie on. Podchodzi do mnie i mówi: "Słuchaj, ja przeczytałem dzisiaj scenariusz, to jest o wojnie". Potwierdziłem, a Lubczyński kontynuuje: "Słuchaj, przywiozłem ci trochę krwi, może ci się przyda?". To była rozmowa z kierownikiem produkcji. Jakaś nieprawdopodobna sytuacja. Nie wtrącałem się jednak, wiedziałem, kim on jest, więc stwierdziłem, że trzeba to zrobić jak najszybciej i uciekać.
Zdjęcia robiliśmy w wiejskiej chałupie i najtrudniejsza sprawa polegała na tym, że szybko kończyła się noc i wchodził świt. A my musieliśmy pracować tylko w nocy, a przez to bardzo mocno wszystko doświetlać. Specjalnie wymyśliłem taką figurę stylistyczną, jakieś najazdy, przenikania, to jest ta tytułowa spowiedź głównego bohatera, żeby też trochę zachachmęcić, bo nagle na materiale jest ciemno, a w następnym ujęciu jasno. Skupiłem się jednak przede wszystkim na obsadzeniu, na poprowadzeniu aktorów, na czytelności, na zainscenizowaniu tej etiudy.
Mówiłeś o najazdach. To znaczy, że mieliście już transfokator? Czy te najazdy zostały zrobione na wózku?
Właśnie specjalnie na tę scenę spowiedzi transfokator został skądś sprowadzony. Nie pamiętam, w jakich okolicznościach, ale mieliśmy to do dyspozycji i mogliśmy zrobić tę scenę tak, jak nam się stylistycznie podobało. Zresztą po latach, robiąc Chłodną jesień (1989), zastosowałem podobną figurę stylistyczną. Chodzi o scenę, w której Holoubek z żoną, graną przez Mirosławę Dubrawską, siedzą i rozmawiają, to jest taka ostatnia rozmowa, przed odejściem ze świata, podsumowująca coś. Postanowiłem zrobić to podobnie, żeby to było poetyckie, niemówiące wszystkiego.
Jak została oceniona Spowiedź?
Kluba ją zobaczył, pochwalił. Dali mi za tę etiudę trzy z plusem. Wiele z tego nie pamiętam. Po prostu chciałem to zrobić profesjonalnie. Nawet się to udało, ale jakby nie było w tym żaru, bo robiłem to trochę na zaliczenie. Natomiast po Spowiedzi Kuba Morgenstern zaproponował mi asystowanie przy Kolumbach, z czego bardzo się ucieszyłem.
To jest jednak znak czasu, że pojechałeś po akceptację etiudy do Morgensterna, który robił wówczas Stawkę..., gdzie wojna jest pokazana sensacyjnie i komiksowo, a Twoja etiuda pokazuje, że polscy partyzanci potrafili być bezwzględni i okrutni.
Tak. I to był główny zarzut nowych władz Szkoły, zwłaszcza rektora Bolesława Lewickiego, który pod adresem postaci granej przez Ryszarda Dembińskiego powiedział: "Co? To jest AK? To jest jakaś intendentura w ogóle! Jakim prawem coś takiego pokazywać?!". Wiem to od Sabiny, pracownicy dziekanatu, która o wszystkim nas informowała, przekazywała nam opinie o naszych etiudach. I to właśnie głos Lewickiego przeważył na trzy z plusem, bo komisja chciała mi postawić cztery.
Nie mówię, że to jest zarzut, ale nieprzypadkowo wspomniałem Na melinę Różewicza, w którym wojna też jest pokazana jako zanik najważniejszych wartości moralnych. Wówczas dominującym obrazem wojny były Barwy walki czy Skąpani w ogniu wspomnianego Passendorfera, w którym jednak pokazywano wojnę jako serię zwycięstw walecznych i dzielnych żołnierzy. A Na melinę trafiło na kilkanaście lat na półki.
Przypomniała mi się następująca sytuacja. Byłem z ojcem na premierze Barw walki w Sali Kongresowej. Po wyjściu ojciec zapytał mnie, czego się dowiedziałem z tego filmu. Zacytowałem mu scenę, w której Tadeusz Schmidt, grający dowódcę oddziału AL, pyta Krzysztofa Chamca, który grał jego zastępcę, czego nauczył się podczas tej wojny. "Strzelać" - odpowiedział Chamiec. Nawiązując do tej sceny, powiedziałem: "Czego nauczyłem się z tego filmu? Jak nie robić filmu". Tam nic głębszego nie było, to jest po prostu laurka dla Mieczysława Moczara, czyli autora książki, według której powstały Barwy walki. Moja odpowiedź była prowokująca, ironiczno-gorzka, ale zgodna z moją oceną tego filmu.
Z drugiej strony mój ojciec zalecił mi kontakt ze Zdzisławem Skowrońskim, który był kierownikiem literackim Zespołu "Iluzjon", gdzie powstały Barwy walki. Skowroński pochwalił scenariusz Spowiedzi.
Zastanawiam się, kto dał Ci najwięcej wiedzy na temat pracy z aktorem? O ile w Maestro grają przede wszystkim Twoi koledzy z roku, o tyle w Spowiedzi grają już rutynowani aktorzy - Nowicki, Dembiński, Zygmunt Nawrocki. Kto Cię najwięcej nauczył?
Brat. Mieszkaliśmy w jednym pokoju, on spał na jednym łóżku, ja na drugim. Podczas studiów w Szkole Teatralnej on nieustannie próbował i na mnie wypróbowywał wszystkie sceny, testował dowcipy, grał fragmenty wiersza, dramatu, prozy. Dzięki temu dostałem za darmo cztery lata współpracy z aktorem.
Ostatni epizod Twojego życia szkolnego, bardzo nieprzyjemny, to Marzec 1968 roku. Czy Ty, jako syn ministra i szefa kinematografii, dostawałeś jakieś sygnały, że zacznie się ta historia?
Nie. To był dla nas pod każdym względem szok. Oczywiście najbardziej byliśmy wstrząśnięci tym, jak kłamliwie ówczesne media to potraktowały, bo przecież widzieliśmy, co się naprawdę wydarzyło. Pytałeś wcześniej, czy mieliśmy ochotę wyemigrować. Słuchaj, to był taki moment, kiedy myślałem, że tutaj wszystko się może zdarzyć. Może być jakiś zamach stanu wręcz, bo niby dlaczego nie? To wszystko było dla mnie szokiem. Zwłaszcza że zawsze byłem i jestem dość pogodny, lubiłem żartować. A tu nagle się pojawiły jakieś czarne myśli, rozumiesz?
Pamiętaj też o sierpniu 1968 roku. 21 sierpnia 1968 roku do Czechosłowacji wkroczyła armia radziecka i polska. Byliśmy wtedy z bratem, on z narzeczoną, ja z narzeczoną, rozumiesz, w Chłapowie, teraz to jest dzielnica Władysławowa. Wynajmowaliśmy kwatery niedaleko ośrodka sportowego w Cetniewie. Chodziliśmy tam, rozmawialiśmy z "Papą" Stammem. W tym czasie nasi rodzice byli w Rumunii na wczasach. Siedząc nad tym morzem, długo się zastanawialiśmy, co robić. Baliśmy się, że za chwilę może wybuchnąć wojna. Doszliśmy do wniosku, że absolutnie nie wracamy do Warszawy, bo wróg zawsze bombarduje stolicę. Trzeba gdzieś przeczekać. Wróciliśmy na początku września, bo dowiedzieliśmy się, że szkoły zaczynają swoje normalne funkcjonowanie, ale byłem nad tym morzem półtora miesiąca, o dwa tygodnie za długo, bo chcieliśmy gdzieś piętnastego czy tam dwudziestego sierpnia wrócić do Warszawy, ale te wypadki spowodowały, że nas to zatrzymało. Mieliśmy radia tranzystorowe, słuchaliśmy jakichś czeskich stacji, a tam odgłosy z pistoletu maszynowego. Bardzo to było niesamowite. Czuliśmy, jakby naprawdę ta wojna mogła zaraz wybuchnąć.
To był koszmarny rok, który skończył się dla mnie niemiłym akcentem. Pamiętam, że w sylwestra pokłóciłem się z narzeczoną, bo ona mnie spytała, co dobrego mnie spotkało w tym roku. Odpowiedziałem gwałtownie, że nic. Ona na to: "Bo wiesz, ja myślałam, że powiesz, że mnie spotkałeś". Widzisz, jak ja żyłem tym wszystkim, że najprostsze skojarzenie i odpowiedź nie przyszły mi do głowy.
Byłeś też wówczas obiektem oszczerczych artykułów. "Goguś" i "kosmopolita", tak pisano o Tobie w łódzkiej prasie.
W "Odgłosach". Dokładny cytat brzmiał: "syn dostojnika, któremu resortowo podlegają sprawy kinematografii, nie kryje swych antysocjalistycznych poglądów; kosmopolita, goguś władający trzema językami, zachowujący się bezczelnie na projekcjach filmowych i w knajpach"1. Napisał to Andrzej Makowiecki, łódzki pisarz, który niedawno zmarł. Nigdy go nie widziałem, a na pewno bym zapamiętał, ponieważ nie miał ręki, a to jest charakterystyczna cecha. A on opowiadał o mnie, jakbym ja z nim rozmawiał na te tematy.
A jakie było to Twoje bezczelne zachowanie w knajpach i na salach projekcyjnych?
A skąd ja mam wiedzieć? Zachowywałem się naturalnie, pewnie tak jak dzisiaj, śmiałem się, dowcipkowałem, ale wiesz: szlajam się po knajpach, czyli się nie uczę, prawda? W domyśle tatuś mnie chroni, dostałem się przez protekcję. Jestem zadufany, nie nadaję się do tego zawodu. A gdzie młodzież robotniczo-chłopska? Nie są przyjmowani. To wszystko było pisane w podobnym stylu.
A czy ktoś z Twoich bliskich wyjechał z kraju po wydarzeniach Marca?
No tak, Ela Wołyński. Taka moja wychowanica, która przyjeżdżała do Łodzi, oglądała filmy. Potem w Londynie skończyła szkołę filmową. Ja się z nią spotkałem dopiero w 1988 czy 1989 roku. Po dwudziestu latach. Czyli te najważniejsze lata dla niej i dla mnie przeleciały zupełnie. Andrzej Krakowski, kolega z roku. Ja jestem z nim zaprzyjaźniony do tej pory. To były dwie takie osoby, z którymi byłem zżyty i które nagle wyparowały.
To były bardzo mroczne momenty. Postanowiłem jak najszybciej skończyć Szkołę, zrobić tę Spowiedź na zaliczenie i uciekać do normalnej roboty.