Rozdział 1
1
Mężczyźni najpierw wrzeszczeli. Ale chłodne, wyłożone białymi kafelkami
ściany nie przepuszczały ich krzyku. Wypełniał tylko to pomieszczenie.
Odbijał się echem. Błyszczące stalowe przedmioty milczały w odpowiedzi.
Ostre haki. Noże. Piły. Nie musiały nic mówić. Ich cisza była wymowna.
Czekały na swoją kolej w tym nocnym przedstawieniu.
W końcu mężczyźni zdarli gardła. Nie mieli już siły na nic głośniejszego
niż zachrypnięty szept. Tylko jęczeli i błagali płaczliwie.
- Gdybyśmy wiedzieli, że to takie ważne, zagłosowalibyśmy inaczej... -
łamiącym się przez szloch głosem tłumaczył pierwszy mężczyzna.
- Litości, przecież to można naprawić... - wysapał drugi. - Są sposoby...
- Zawsze robiliśmy, co nam kazaliście... zawsze...
- Mam rodzinę... - łzy płynęły histerycznym strumieniem, mieszając się ze
śliną i smarkami złamanego mężczyzny.
- Nie mogliśmy inaczej głosować. Wyrzuciliby nas z partii...
- A wtedy nie moglibyśmy dla was zrobić innych rzeczy. Bo przecież nadal
możemy być użyteczni. Prawda?!
Posępny, władczy mężczyzna przyglądał się klęczącym przed nim dobrze
ubranym ofiarom jak drapieżny ptak. Miał ciemną karnację i zaczesane do
tyłu lśniące czarne włosy. Dał znak swoim ludziom. Dwóch z nich
kopniakiem w plecy przewróciło jęczących na brzuchy. Przycisnęli ich
butami do podłogi.
Ofiary ręce miały związane za plecami. Twarze wciśnięte w posadzkę z białych kafli. Wykręcali głowy, żeby spojrzeć na przywódcę swoich
oprawców. Drogie garnitury nie dodawały im godności. Wręcz przeciwnie.
Ubrudzone koszule i marynarki, pokryte krwią, łzami i wydzielinami z nosa, wręcz potęgowały ich upokorzenie.
- Dostaliście polecenie. Nie wykonaliście go - kiedy władczy mężczyzna o egzotycznej urodzie się odezwał, słychać było obcy akcent w jego
polszczyźnie.
- Zrobimy to... - histerycznie wydukał jeden z garniturowców.
- Zrobimy, co w naszej mocy... - zawtórował mu drugi.
- Za późno - śniady mężczyzna o stalowych oczach uśmiechnął się
okrutnie. - Będziecie przykładem.
- Ale nie możecie...
- Możemy!
Silne ręce poderwały dwa rozdygotane kłębki nerwów z podłogi. Oprawcy
przytrzymali ich od tyłu, tak że nadal klęczeli, ale teraz wyprostowani.
Mogli już bez przeszkód popatrzeć w oczy tego, który dowodził akcją. To,
co zobaczyli w tym lodowatym spojrzeniu, pozbawiło ich całkiem nadziei.
W oczach nie było krzty litości.
Mężczyźni rozkleili się jeszcze bardziej. Jednemu puściły zwieracze.
Drugi zsikał się pod siebie. Kamienne twarze grupy mężczyzn, którzy ich
porwali, nawet nie drgnęły. Nie wyraziły ani rozbawienia, ani
obrzydzenia.
Ofiary już tylko bełkotały, jęczały i się śliniły. Przywódca odsunął
się, żeby go nie ochlapali. Jednocześnie dał gestem sygnał.
Dwa noże niemal synchronicznie poderżnęły gardła klęczących mężczyzn.
Trysnęła krew, a oni zarzęzili, by po chwili całkiem umilknąć. Mordercy
puścili ich. Bezwładne ciała upadły na kafelki.
Porozcinano ubrania, a nagie zwłoki za nogi podwieszono na łańcuchach.
Silne strumienie wody z gumowych węży zaczęły je obmywać. Oderżnięto
głowy i rozpłatano korpusy.
Nie ma w zasadzie wielkiej różnicy między mięsem bydła i człowieka.
Kiedy wypatroszone tusze suną na hakach do dalszej obróbki, wyglądają
prawie tak samo. Bezgłowe mięso bez wnętrzności. Truchła.
W słabym, zimnym świetle hali małego zakładu przetwórstwa mięsnego
ludzkie trupy podwieszone na stalowych hakach nie robiły wrażenia na
kręcących się między nimi mężczyznach. Tylko dwie tusze mięsa. Cała
reszta haków była pusta. Dwa rekwizyty tej nocnej produkcji.
Krzyki ucichły. Zastąpiły je mechaniczne odgłosy maszynerii, która
rozdrabniała mięso, cięła i mieliła.
Rozdział 9
9
Biznesmen Wojciech Siódmowicz, energiczny sześćdziesięciolatek, z trudem
panował nad emocjami. Nie potrafił nawet usiąść, tylko kręcił się po
pokoju hotelowym, który wynajmował jego rozmówca. Wysoki mężczyzna, na
oko nie więcej niż pięćdziesięcioletni, o egzotycznej urodzie. Śniada
cera, kruczoczarne włosy zaczesane do tyłu. I najbardziej przykuwające w jego wyglądzie - oczy. Niepasujące do urody południowca. Jasne. Stalowe.
Jak groźba promieniująca z przystojnej twarzy.
- Oszaleliście? - pieklił się Siódmowicz.
- O co ci chodzi? - młodszy mężczyzna w ogóle nie przejmował się
wzburzeniem gościa. Można było nawet odnieść wrażenie, że go to bawi.
Mówił dobrze po polsku, ale akcent zdradzał, że nie był to jego ojczysty
język.
- Zrobiliście aferę na cały kraj.
- No i co z tego?
- Mieliści pozbyć się ich po cichu. Czemu nie rzuciliście ich chociażby
psom? Są specjalne hodowle psów. Zniknęliby bez śladu i tak by było
najlepiej.
- To my decydujemy, jak jest najlepiej - śniady mężczyzna zmrużył oczy.
- I nikt mnie nie poinformował? Goran, jesteśmy partnerami.
- Nie. Ty wykonujesz nasze polecenia - powiedział spokojnie gospodarz,
nazwany Goranem. - Dlaczego tak się denerwujesz?
Siódmowicz zastanawiał się, czy oni wiedzą. Ale mógł się wszystkiego
wyprzeć. Tak, chciał się uniezależnić od wschodnich partnerów. Chciał
mieć coś swojego. Ale wszystko załatwiał przez pośredników. Dobrze to
obmyślił. To byli jednak najgroźniejsi przestępcy na świecie. Z niewidzialnymi wpływami wszędzie. Dlatego się denerwował. Co mu
strzeliło do głowy, żeby zająć się przestępczym biznesem bez ich wiedzy
i pośrednictwa? Co?! Pycha? Że ich przechytrzy. Ale teraz miał
wątpliwości. Skłamał jednak, dlaczego się denerwuje.
- Bo będziemy mieli na karku wszystkie służby.
- My? - jego rozmówca rozbawiony uniósł brwi.
- Jesteśmy razem. Wszyscy jesteśmy zagrożeni.
- Zajęliśmy się służbami. Sygnał, który wysłaliśmy, podziałał bardzo
dobrze. Śledztwo zostało umorzone. Dlaczego się tak denerwujesz?
- Łatwo wam mówić. Od lat jestem pod ostrzałem. Pismaki wypisują o mnie,
co chcą.
- Wygrałeś proces o zniesławienie - Goran westchnął niecierpliwie. -
Jesteś czysty. Nie powinieneś się tak denerwować. Chyba że chcesz mi
jeszcze coś powiedzieć?
- O czym? - Siódmowicz się zaniepokoił. Znowu zaczął się gorączkowo
zastanawiać, ile wiedzą.
- Nie wiem. Dlaczego tak się denerwujesz?
- Bo chodzi o moje życie. O wszystko, co mam. Takimi działaniami
narażacie mnie.
- Znasz Marka Gieletę?
Zawahał się z odpowiedzią. O nim wiedzieli. Było to dosyć oczywiste. Ale
czy odkryli, jak on jest z tym powiązany?
- Pomagał nam przy aferze podsłuchowej - odpowiedział po chwili.
- Dobrze się znaliście?
- Nie. Po prostu nadawał się, żeby zorganizować podsłuch. Miał tę
knajpę. Był ambitny.
- Przemycał też narkotyki z Niemiec. Ukryte w mięsie, które przetwarzał
w tej małej masarni.
Siódmowicz zrobił wielkie oczy. Zaskoczyła go bezpośredniość Gorana.
Zdenerwował się, ale jego emocje wypadły naturalnie. Tak, jakby o niczym
nie wiedział.
- Bez porozumienia z nami. Bez naszego pośrednictwa przerzucał tu
heroinę i kokę - jego rozmówca przyglądał się mu badawczo.
- Ja... - pokręcił głową Siódmowicz, udając kompletne zagubienie. - To
zupełny kretynizm.
- Prawda? - Goran nadal mu się przyglądał.
Biznesmenowi zrobiło się nagle zimno od środka i poczuł się tak, jakby
miał dwadzieścia lat więcej. Tak działał strach. Podświadomość
panikowała. Za bardzo ryzykował. Po jaką cholerę wmieszał się w szemrane
interesy za ich plecami? Nie odezwał się, tylko pokiwał głupkowato
głową.
Miły do tej pory mężczyzna o śniadej cerze zmienił się błyskawicznie.
Uderzył w stół, aż zatrzeszczały ściany. Podniósł głos, ale to nie był
krzyk. To była pewność siebie. Ton nawykły do władzy. Niecierpiący
sprzeciwu.
- Wszystko, co masz, dostałeś od nas. Rozumiesz? - cedził przez zęby
Goran, a jego oczy miotały lodowate ostrza. - Nic nie jest twoje. Nic.
Pamiętaj o tym. Gdybyś chciał zrobić coś tak głupiego jak ten Gieleta.
Możemy ci zabrać wszystko. Rozumiesz?
Śniady mężczyzna wypowiedział słowo "wszystko" z takim naciskiem, że
Siódmowicz pomyślał o piekle. Wiecznych męczarniach. Doskonale wiedział,
do czego ci ludzie są zdolni. Współpracował z nimi od wielu lat.
Decydując się na współpracę z bandytami, wiedział, co robi. Ale liczył
na to, że jeśli będzie lojalny i posłuszny, będą go szanować. Zrozumiał
jednak już jakiś czas temu, że to tak nie działa. Dlatego miał na
sumieniu ten jeden mały grzeszek. Krok w stronę niezależności. Popełnił
błąd. Wszystko mogło lec z gruzach.
Znowu zastanawiał się gorączkowo, ile wiedzieli. Tak naprawdę. Zasłonił
się kilkoma marionetkami, żeby nikt nie mógł go powiązać z tym biznesem.
I wszystkim, co ten biznes przykrywał. Może denerwował się za bardzo?
- Chcę się zobaczyć z Titusem - powiedział pewniejszym tonem głosu.
- Nie, nie chcesz - Goran uśmiechnął się. - Nikt nie chce.
Siódmowicz stracił tę pewność, która na chwilę dodała mu odwagi.
- Ja... - wydukał - mogę wszystko wyjaśnić...
- To on zdecyduje, czy chce się z tobą widzieć.
- Tak - mruknął karnie biznesmen.
- Rób swoje. Nasi posłowie już wiedzą, że nie mogą nas lekceważyć.
Dopilnuj tego, żeby nikt nie miał głupich pomysłów.
Goran przewiercał go uważnie stalowo chłodnym wzrokiem. Biznesmen
rozluźnił się. Musiał przeżyć. A jego instynkt przetrwania był czymś, co
pozwoliło mu wejść na szczyt. Wszystkiego mógł się wyprzeć. Nawet gdyby
to on sam musiał posprzątać. Zatrzeć wszelki ślad po tej działalności.
Rozdział 10
10
Zrobił to. Oczywiście, że to zrobił. Nie od razu. Poprzyglądał się
najpierw, poobserwował zagrodę, gdzie miały dziać się złe rzeczy, o których powiedziała mu nieznajoma pod sklepem. Nazwał ją w myślach
Jagną. Pasowało mu to imię. Bo zawierało w sobie i siłę, i kobiecość.
Obserwował najostrożniej, jak potrafił. Wykorzystywał wieloletnie
doświadczenie śledczego. Skoro miejscowi mieli już podejrzenia wobec
niego, nie chciał dać im więcej dowodów.
Najpierw, uzbrojony w lornetkę, przyglądał się obejściu zza zasłony
drzew i krzaków na wzgórzu niedaleko. To pozwoliło mu tylko rozpoznać
domowników. Trzy dziewczynki. Żona. Wszystkie kobiety niemrawe.
Bezbarwne. Ze spojrzeniami skierowanymi w ziemię. Rzadko podnosiły je
wyżej. Osowiałe. Smutne. Szare.
I on. Pan i władca. Wyglądał na między pięćdziesiąt a sześćdziesiąt lat.
Ale równie dobrze mógł mieć dziesięć lat mniej. Bo twarde wiejskie życie
i alkohol go wyniszczyły. Jak kogut wśród kur. Fiodor zauważył kilka
policzków, które wymierzył córkom, kiedy jak poganiacz niewolników
pilnował je podczas pracy w obejściu. O tej porze roku było to głównie
doglądanie zwierząt. On najczęściej siedział i palił papierosa, pociągał
przy tym coś z małej płaskiej piersiówki, którą trzymał za pazuchą.
Kontrolował swoje kobiety. Jeżeli się podnosił, to żeby je skarcić.
Przyszedł czas na bliższe przyjrzenie się tym ludziom. Kiedy Gral
zobaczył, że jedna z dziewczynek wybiera się na zakupy, zszedł do jeepa
i też się wybrał do sklepu.
Ścisnęło mu się serce, kiedy udawał, że przygląda się słoikom na półce,
a tak naprawdę zerkał na dziewczynę. Mogła mieć dwanaście, trzynaście
lat. Gral nie był psychologiem dziecięcym. Nie potrafił rozpoznać ofiar
molestowania. Ale potrafił porównać różne dzieci, które widział.
Wiedział, jak wyglądają jej rówieśnicy, którzy są pełni młodzieńczej
energii, hałaśliwi, jak to nastolatki, a ich oczy płoną marzeniami i wiarą w przyszłość.
Zaniedbana dziewczynka była przeciwieństwem tego, co wiedział o szczęśliwych dzieciach. Wygląd to jedno. Wychudzona. Z sińcami pod
oczami. W zużytych ciuchach. Ze słomkowymi włosami w nieładzie. Ale do
tego smutek, który bił od niej jak aura. Jeżeli oczy są zwierciadłem
duszy, to Fiodor tej duszy nie widział. Jakby uciekła gdzieś głęboko,
utonęła w otchłani smutku.
Unikała kontaktu wzrokowego. Mówiła spłoszonym szeptem. Monosylabami.
Tylko tyle, żeby zrobić zakupy, zapłacić i wyjść. Jak żywy trup. Automat
szurający stopami w stronę domu. Więcej życia miała dyndająca w jej
prawej ręce wypełniona zakupami siatka. Gralowi ścisnęło się serce.
Poczuł rosnący gniew.
Nie przyszedł tej samej nocy. Wybrał pełnię dwa dni później. Pojechał
zrobić zwiad. Był przygotowany na działanie, gdyby coś się wydarzyło,
ale i na to, żeby tylko pokręcić się po gospodarstwie, podsłuchać.
Podejrzeć, co tu się dzieje po zmroku. Za zamkniętymi drzwiami.
Kulił się przy chacie. Ukryty w mroku. Nasłuchiwał przy uchylonym oknie.
- Dałaś wodę krowom? - szorstki męski głos.
- Tak, tato - wystraszony dziewczęcy głos
- Idź dolej.
- Dałam - prawie płaczliwa odpowiedź.
- Mam sprawdzić? - groźba.
- Proszę - błagalna nuta.
- Idź dolej - rozkaz niecierpiący sprzeciwu.
- Nie, tato - bezradny odruch kogoś, kto nie ma nadziei.
- Słyszysz, co mówię? Krowy muszą mieć co pić.
- Tato...
Odgłos policzka. Zduszony krzyk. Skrzypnięcie drzwi. Pochlipywanie i szurające kroki.
Gralecki wycofał się w mrok. Schował się za stojącym na podwórku wozem.
Obserwował.
Dziewczynka, wycierając oczy i pociągając nosem, szła jak na skazanie w stronę obory. Kiedy w niej zniknęła, otworzyły się drzwi chałupy. Ojciec
ruszył w ślad za córką. Gral chciał iść za nim, ale został jeszcze w ciemnościach. Jakiś cień przesłonił światło padające z okna domu.
Sylwetka. Kobieca. Rzeźba bezradności. Patrzyła, jak mąż idzie w stronę
obory. Przypominała starszą wersję swojej córki. Chociaż w jej oczach
był jakiś błysk. Nienawiść. Wbijała wzrok w plecy męża, jakby chciała,
żeby to był nóż.
Kiedy gospodarz wszedł do obory, Fiodor przemknął dłuższą drogą do
drzwi. Nie spodziewał się kłopotów ze strony kobiety, nawet gdyby go
zobaczyła, ale poruszał się zacienioną trasą. Przy wejściu do budynku
będzie musiała go zauważyć, ale Gral nie dbał o to. Wślizgnął się do
środka.
Mimo półmroku Gralecki od razu wiedział, gdzie skupić uwagę, tak jakby w tej przestrzeni istniały tylko dwie osoby i on. Jakby zwierzęta w zagrodach wstrzymały oddech i odwróciły wzrok. Jakby świat odwrócił
wzrok, chcąc się stąd ulotnić. Coś takiego nie mieściło się w głowie,
było nie do pojęcia. Lepiej nie patrzeć. Zapomnieć. Wymazać. Nie być
tutaj.
Ale Fiodor nie mógł odwrócić wzroku. Nie mógł zapomnieć. Od dawna
wiedział, jaki świat jest naprawdę. Wybrał inną drogę. Pogodził się z tym, że jest częścią brudu tego świata. Nie walczył z tym. Kierował
swoje zło przeciwko krzywdzie.
W nocnej ciszy wśród ścian obory wyraźnie było słychać ojca, który
dobierał się do córki. Ona coraz słabiej protestowała. Dźwięki były
bełkotliwe, niewyraźne przez szloch. Mężczyzna czuł się pewnie i stawał
się coraz bardziej namolny. Odwrócił dziewczynkę tyłem do siebie i przygiął ją do drewnianej zagrody, tak że wypięła chudą pupę w podniszczonej spódnicy.
Nie było na co czekać.
Gniew płonął w Gralu. Lodowaty gniew. Jeżeli dotkniesz lodu, najpierw
poczujesz zimno, ale po chwili zaczyna cię parzyć. Tak działo się z sercem Fiodora. Zlodowaciała bryła, która podpalała całą resztę.
Jak cień zbliżył się do gospodarza. Mocnym szarpnięciem oderwał go od
córki i rzucił o ścianę. Mężczyzna, który zdążył już rozpiąć spodnie i częściowo je opuścić, zatoczył się, potknął o nogawki. Uderzenie o mur
lekko go zamroczyło. Osunął się, ale zaczął wstawać.
- Uciekaj stąd - wystraszona dziewczynka patrzyła na Graleckiego
niewidzącym wzrokiem. - Słyszysz? Zmykaj.
Zamurowało ją. Nie wiedziała, co się dzieje. Ciemna postać, która do
niej mówiła, wyglądała jak mrok w kształcie człowieka. Ale nie bała się
go. Widział to w jej spojrzeniu. Nie bardziej niż ojca. Bezwiednie
poprawiała zadartą przed chwilą spódnicę. Popchnął ją w kierunku
wyjścia.
- Biegnij do domu, rozumiesz? - warknął. - Idź spać.
Dziewczynka nie miała w sobie wiele energii, ale pchnięta z rozpędu
poczłapała przed siebie. Kiedy dotarła do drzwi, nie odwracając się,
otworzyła je. Wyszła z obory.
Gospodarz stał już na chwiejnych nogach. Próbował podciągnąć i dopiąć
spodnie. Fiodor mu na to nie pozwolił. Mocnym kopnięciem wysłał go znowu
na ścianę.
- Bydlaku... - wycedził przez zęby.
- Co się wpierdalasz? - wybełkotał gospodarz
Tym razem się nie osunął. Zadziałał instynkt. Uderzenie plecami o twardą
powierzchnię dało mu podparcie. Zachował równowagę. Dopiął guzik. Rzucił
się w bok.
To zaskoczyło Fiodora. Zwłaszcza kiedy śmignął mu przed nosem krowi
łańcuch. Jego cel znał obejście, co dawało mu trochę przewagi.
Fiodor unikał smagnięć łańcuchem, ale nie mógł tak w nieskończoność.
Musiał pozbawić przeciwnika broni. Adrenalina wypełniła powietrze.
Zaniepokojone krowy zaczęły kręcić się po zagrodach. Sapać bojaźliwie. A niektóre lekko porykiwać.
Gralecki cofał się. Gospodarz wymachiwał łańcuchem coraz śmielej.
- Taki jesteś chojrak, to chodź... No chodź - warczał podpity mężczyzna.
Gral w ciemności nie widział nic, co mógłby wykorzystać do zablokowania
łańcucha. Przyszedł mu więc inny pomysł do głowy. Krok za krokiem
wycofywał się w stronę najbliższej zagrody. Kiedy poczuł, że ma
drewniane żerdzie już prawie za plecami, sprowokował przeciwnika, robiąc
nagły krok do przodu, jakby chciał zaatakować. Gospodarz dał się nabrać,
zamachnął się mocniej i ciął łańcuchem z góry na dół. Gral jednak,
zgodnie z planem, uniknął ciosu, przykucając. Łańcuch trafił więc w poziomą żerdź i zakręcił się na niej. O to chodziło.
To trwało zaledwie sekundę, może dwie. Zaskoczony gospodarz próbował
uwolnić zablokowany łańcuch, ale bezskutecznie. Gral skoczył w jego
stronę, popychając z całym impetem do tyłu. Drań wypuścił broń, zatoczył
się w mrok. Słychać było, że się przewrócił.
Światło wpadające przez okna tworzyło kilka plam na podłodze.
Rozświetlało przestrzeń tylko w paru miejscach. Góral zniknął w ciemnościach.
Fiodor uspokoił oddech. Przygotował się do dalszej walki. Nie widział
przeciwnika, ale słyszał, że zbiera się już z podłogi. Postanowił
przyspieszyć konfrontację. Skończyć ją. Ale znowu instynkt powstrzymał
go od wejścia w pułapkę, a może nawet uratował mu życie. Mrok nie
pozwalał zorientować się, co kombinuje góral. Gral zawahał się dosłownie
na moment przed skróceniem dystansu do przeciwnika, kiedy usłyszał
świst.
Tym razem to nie był łańcuch. Ostry sierp złowrogo przeciął powietrze
przed Fiodorem na wysokości jego gardła. Z wrażenia przełknął ślinę. Już
dawno nie było tak groźnie. Może to go trochę rozleniwiło? Przecież ta
walka już dawno powinna się zakończyć. Na pewno nie w taki sposób, że
sierp trafia w cel. Ale żył. Był w formie. I umiał walczyć. Skupił się
maksymalnie.
- To ty jesteś tym gnojem, o którym gadają we wsi?
- Jestem nikim - wychrypiał przez ściśnięte gardło. - Robię krzywdę
takim jak ty, żeby nie robili krzywdy innym.
- Jesteś lepszy? - gospodarz aż prychał śliną ze złości. - Tak?
- Jestem nikim - Gral mówił, ale jednocześnie planował dalszą walkę. -
Jestem taki jak ty.
- Zajebię cię, urżnę ci łeb i będę obwozić po okolicy - warczał góral.
- Spróbuj.
Gospodarz wyprowadził kilka ciosów sierpem. Powietrze zaświstało cięte
tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się Fiodor. Potrafił jednak
unikać takich ciosów. Tym razem mężczyzna nie dał się sprowokować. Nie
szedł za cofającym się Graleckim. Obracał się tylko w miejscu, w plamie
światła, a kiedy Fiodor wychodził poza zasięg jego rąk, przestawał
atakować. Łypał na przeciwnika wściekłymi oczami i czekał, aż sam się
znowu zbliży.
Oczy Fiodora przywykły do ciemności, ale nawet teraz nie potrafił
wyłowić w otoczeniu żadnego przydatnego kształtu, który mógłby być
bronią. Zbyt dużo przestrzeni zakrywał mrok. Gospodarz miał przewagę -
był u siebie i wiedział, gdzie co jest.
Gral wykorzystał to, że grubas nie krążył za nim. Rzucił się w stronę
ściany i zaciemnionego kąta, do którego gospodarz nie mógł szybko
doskoczyć. Liczył, że mogą tam być jakieś grabie, widły, łopata.
Niestety, jego dłonie nic takiego nie wymacały. Gospodarz nie wiedział,
co robić, ruszyć czy pozostać w pewnym miejscu, gdzie przeciwnik nie
mógłby go zaskoczyć. Plama skąpego światła dawała mu tutaj kontrolę.
Wróg musiał wejść w światło, jeśli chciał zaatakować.
Ta chwila zawahania dała Fiodorowi czas, żeby podbiec do kolejnego
spowitego mrokiem kąta. Tutaj miał więcej szczęścia. Ręce trafiły na
jakieś drewniane trzonki. O to mu chodziło. Chwycił mocno. Widły.
Uśmiechnął się diabolicznie pod nosem. Gospodarz nie miał możliwości
zobaczyć tego uśmiechu. Pewnie samo to wystarczyłoby, żeby zaczął
uciekać.
Trzonek wideł dawał Graleckiemu możliwość ataku bez skracania dystansu.
Gospodarz znowu zaczął wymachiwać sierpem. Grubas sapał i prychał
wściekle. Ale w jego ruchach nie było doświadczenia, tylko bezmyślna
agresja.
Fiodor zaatakował trzonkiem, a nie metalowymi ostrzami. Tak wolał - żeby
metalowe zakończenie nie przeważyło broni, gdy będzie nią operował na
dłuższym dystansie. Łatwiej było walczyć, kiedy cięższy koniec miał przy
sobie. Używał wideł jak pałki. Zrobił kilka zamachów, żeby trafić w rękę
z sierpem. Gospodarz jakby dostał szału, wymachiwał nim dwa razy
szybciej. Ale mniej precyzyjnie. Gral raz trafił, ale grubas nawet tego
nie zauważył.
Zatem zaczął dźgać trzonkiem w stronę głowy. Góral odruchowo zasłonił
się obydwiema rękami, a wtedy Gral rąbnął go z zamachu w uzbrojoną rękę.
Sierp poleciał i odbił się dźwięcznie od podłogi. Fiodor skrócił dystans
i silnym kopnięciem posłał przeciwnika do tyłu. Mężczyzna zatoczył się,
zamachał rękami, po czym padł na plecy.
Kiedy grubas oszołomiony pełzł bezradnie na plecach, Fiodor dopadł go i tym razem dźgnął go metalowymi kolcami. Z całej siły w krocze. Rozległ
się ryk bólu.
- Rżnij się z tymi widłami, gnoju - syknął Gralecki - No? Jak ci?
Przyjemnie? Stanął ci, śmieciu?
Gospodarz chyba coś odpowiedział, ale wszystko zlało się w jeden jęk
cierpienia. Niezrozumiały. Przez chwilę widły sterczały spomiędzy nóg
grubasa prosto do góry. Co wyglądało dosyć groteskowo. Sterczący penis o dziwnym kształcie. Jednak po chwili mężczyzna skręcił się z bólu i zwalił na bok. Drewniany trzonek stuknął o beton.
Fiodor przyglądał się przeciwnikowi bez żadnego współczucia. Zbliżył
się, stanął nad nim okrakiem tak, że prawą nogą miażdżył mu obie dłonie,
które leżały na podłodze, gdy zwijał się na lewym boku z bólu. Zaciskały
się w pięść i otwierały. Gral przyszpilił je, docisnął, aż chrupnęło.
Przykucnął, kiedy leżący znowu zawył.
- Nie zabiję cię. Chcę, żebyś żył. I pamiętał. Mam nadzieję, że będą się
z ciebie śmiali. Wszyscy w okolicy i twoje kobiety też. Nie cofnę już
tego, co im zrobiłeś. Ale od dzisiaj to ty będziesz naznaczony. Bardziej
niż one.
Zobaczył w oczach grubasa, że nie rozumie, ale miał to gdzieś. To była
sentencja wyroku. Dokończy to, co chciał powiedzieć.
- Będziesz nosił pamiątki po mnie. Będziesz pamiętał. A jak się dowiem,
że znowu się źle zachowujesz, wrócę.
Fiodor wstał. Trzeba było się stąd zwijać. Już i tak za dużo czasu tu
spędził. Szybko dotarł do drzwi, uchylił je i zerknął, jaka jest
sytuacja na podwórku. Nic. Cisza. Wymknął się więc, przeskoczył
ogrodzenie i skierował w stronę ukrytego jeepa.
Naprawdę nie chciał faceta zabijać. A obawiał się, że kobiety mogły nie
kiwnąć palcem, żeby pomóc panu domu. Córka na pewno musiała już
powiedzieć matce, co się dzieje. Dlatego sam zadzwonił po karetkę.
Bo miał komórkę. Ale nie ładował jej regularnie, bo nie miał gdzie.
Robił to tylko przed nocnymi akcjami. Takimi jak ta. Ładował ją w aucie.
To wystarczyło, żeby zadzwonić na numer awaryjny, gdyby coś poszło nie
tak. A do rana gospodarz bez pomocy mógł się wykrwawić.
Rozdział 11
11
Właściwie mógł już coś wyczuć, kiedy podjechał pod swoją chatę, a Robin
nie wybiegł mu na przywitanie. Ale nabuzowany adrenaliną po akcji nie
myślał jeszcze zbyt trzeźwo. Dlatego go dopadli.
Po zgaszeniu świateł auta przez chwilę znowu zrobiło się całkiem ciemno,
zanim oczy przyzwyczaiły się do światła księżyca i gwiazd. Podszedł do
drzwi chaty. Kiedy chciał je otworzyć, wystrzeliły nagle popchnięte od
środka. To było jak cios. Jednocześnie kilku napastników wyłoniło się
zza rogu i zaszło go od tyłu. Oszołomiony, zanim zdążył się zasłonić,
dostał boleśnie jakąś pałką. Zamroczyło go. Szamotał się, próbował się
stawiać, walczyć, ale... i Herkules dupa, kiedy wrogów kupa.
Powtarzał to sobie jak mantrę. Dlaczego to idiotyczne powiedzenie
akurat? Umysł jest dziwny. Oni go katowali. Obijali pięściami i kijami,
a kiedy upadł, kopali... W pewnym momencie już tylko osłaniał głowę,
poddał się jak worek treningowy i tylko powtarzał sobie w głowie to
głupie zdanie. "I Herkules dupa, kiedy wrogów kupa". Jakby to było
jedynym sposobem, żeby nie stracić przytomności. Zdanie jak lina, którą
przywiązał się do powierzchni.
- Ma dość! - warknął męski głos.
- Przestańcie, nie chcemy go zabić - krzyknął inny.
Grupa kilkunastu mężczyzn, która do tej chwili skupiała się przy nim,
katując go, powoli się uspokajała. Sapali jak po intensywnym treningu.
Nabuzowani złością. Stanęli nad nim w kręgu. Z oddali Gral usłyszał
ujadanie Robina. Maltańczyk małym głosikiem szczekał, jakby chciał
poprzegryzać gardła całej tej zgrai. Poczuł ulgę, że przyjacielowi nic
się nie stało. Teraz mogli już zrobić z nim wszystko.
- Trzeba skurwysynowi dać nauczkę, tak jak on się znęcał - powiedział
gniewnie jakiś głos.
- Oko za oko, ząb za ząb - zawtórował mu ktoś.
- Co myślałeś, chuju, że nie domyślimy się, że to ty? - ktoś, chyba
przywódca grupy, nachylił się do Grala. Syczał jadowitym głosem: - Że
możesz się wtrącać w nasze sprawy, bić naszych i nikt nic nie zrobi?
Graleckiemu kręciło się w głowie. Poniewierali go przez kilka minut,
więc dostał niezły łomot. Starał się ochraniać głowę, ale przy takiej
przewadze na niewiele się to zdało. Mógł mieć wstrząs mózgu. Spróbował
zmienić pozycję, ale przeszył go potworny ból, więc pozostał na boku,
zwinięty wpół. Miał chyba popękane żebra, a na pewno potłuczone. Cały
był jednym wielkim potłuczeniem. Ale kości chyba były jeszcze całe.
Wypluł krew z ust.
- Nic nie myślałem - wycharczał. - Róbcie, co musicie, i spierdalajcie.
- Patrz, jeszcze się, kurwa, stawia - rzucił do przywódcy jeden z mężczyzn.
- To ty spierdalaj, jak ci się u nas nie podoba - hardo odpowiedział
Fiodorowi pochylony nad nim mężczyzna.
- Zdaje się, że to wy jesteście u mnie.
- No to posłuchaj - przywódca górali nie zareagował na zaczepkę. -
Myślisz, że jesteś taki sprawiedliwy i mocny? My też. Dlatego tak jak ty
nie pójdziemy na policję ani do sądu. Sami to załatwimy.
- Tylko oszczędźcie mi mowy końcowej.
- Posłałeś naszych przyjaciół do szpitala.
- Mieli szansę. Walczyliśmy.
- Ty też miałeś szansę. Walczyliśmy.
Większość chłopów zarechotała.
- Dobra. Łamiemy mu ręce i nogi, i spierdalamy stąd - zniecierpliwił się
jeden z mężczyzn. - Nie mam zamiaru zarywać całej nocy.
- Popamiętasz nas - warknął mu w twarz prowodyr z okrutną satysfakcją.
Gralecki poczuł jakiś niepokojący zapach. Zrobiło się nagle jaśniej. Nie
od razu zrozumiał. Dotarło do niego dopiero wtedy, kiedy pomarańczowa
łuna uniosła się ponad głowy pochylających się nad nim kolesi. Ogień.
Pali się chałupa.
Instynkt. Zadziałała adrenalina. Ale nie zadziałało zbolałe ciało.
Próbował usiąść, lecz nawet gdyby nie dostał ciosu butem w twarz, który
znowu go powalił, nie dałby rady. Poruszał się bezradnie jak żuk
wywrócony na plecy. Jak w smole.
- Pies... oszczędźcie psa... - wybełkotał panicznie. - On wam nic nie
zrobił... pies...
- Co on tam charczy?
- Pies... - chrypiał opuchniętymi ustami.
- O psa mu chodzi...
- Nie jesteśmy takimi bydlakami jak ty - odpowiedział mu z wyższością
dowódca grupy. - Mamy sumienie.
Fiodor odetchnął z ulgą i opadł na plecy. Tak mniej bolało.
Zapuchniętymi oczami obserwował w szparach między postaciami mężczyzn
rosnące płomienie. Noc nagle stała się jasna.
- Dokończmy go i spadajmy - któryś z górali się niecierpliwił. - Ogień
może sprowadzić niepotrzebnych świadków.
- Nogi i ręce.
- Na pieniek go.
Kilka silnych rąk pochwyciło Grala. Powlekli go jak worek tam, gdzie
rąbał drewno. Wiedział, że nie chcieli mu obciąć rąk ani nóg, ale i tak
przeszedł go dreszcz. A gdyby to zrobili? Strach. Nie przed bólem. Ale
przed tym, co później. Los kaleki. Kadłubka, który jest całkowicie
uzależniony od innych.
Tak, widział gdzieś ociekającą pozytywnym przesłaniem wiadomość o facecie, który żył bez rąk i nóg od urodzenia. A mimo to cieszył się
życiem. Pisał książki. Prowadził wykłady. Chyba nawet nauczył się
pływać. Może dla kogoś, kto taki się urodził, była nadzieja. Ale nie dla
Fiodora. Nie umiał żyć normalnie, będąc zdrowy. Okaleczony straciłby
wszystko. Swoją cielesność. Czy wtedy potrafiłby wreszcie skończyć ze
sobą?
- Zabijcie mnie - wybełkotał.
- Co? - ktoś się zmieszał.
- Zróbcie to! - krzyknął, na ile pozwalało zbolałe gardło.
- Co on pierdoli?
- Bredzi - nawet przywódca grupy stracił na chwilę pewność siebie.
Co innego jest pobić kogoś, kto się stawia, kto ma w sobie jakąś siłę. A co innego, jak masz przed sobą załamaną kupkę nieszczęścia.
- Róbmy swoje i do domu - któryś z górali przerwał chwilę konsternacji.
- Zabijcie mnie - rozkleił się Gral.
- On beczy?
- Ja pierdolę - jęknął ktoś. - Taki chojrak, a taka pizda.
- Co gadałeś, kiedy znęcałeś się nad naszymi? - przywódca bandy odzyskał
już dawną śmiałość. Znowu był wściekły i pewny tego, co chce zrobić.
Zbliżył twarz do twarzy Fiodora. - Jak do nich mówiłeś? "Nie będziesz
wtykał łap tam, gdzie nie trzeba"? Tak mówiłeś?
Pozostali też odzyskali już pewność siebie. Mężczyźni zarechotali.
Trzymało go kilku. Przysunęli Graleckiego do pieńka i naciągnęli jego
prawą rękę tak, że przedramię leżało na nim jak polano do porąbania.?-
Nos już ci złamaliśmy, więc chyba go nie będziesz przez jakiś czas
wtykał w nie swoje sprawy, ale zostały jeszcze ręce i nogi. Żebyś ich
nie pakował, gdzie nie trzeba i nie łaził, gdzie cię nie proszą -
mruknął przywódca zgrai. - Weź siekierę - rozkazał jednemu z chłopów.
- Ale... - zdziwił się ktoś.
- Obuchem będziemy walić - warknął szef. - To żelazo. Szybciej pójdzie
niż pałkami.
- Jasne.
Gral wpadł już w odrętwienie. Było mu wszystko jedno. Jego ciało
poddawało się działaniom bandy bezwładnie. Bezwładna była też jego
świadomość. Kiedy jeden z mężczyzn wziął zamach siekierą, żeby złamać mu
kość przedramienia, nawet nie wstrzymał oddechu ani nie zagryzł zębów w oczekiwaniu na ból. Było mu to absolutnie obojętne.
Ale ból nie nadszedł. Chwilę przed uderzeniem powietrze wypełnił huk
wystrzału. Siekiera zamarła w górze, gotowa do ciosu, a sekundę później
opadła, ale nie na rękę Grala. Tak jakby ktoś wypuścił powietrze z mężczyzny, który ją trzymał. Wysunęła mu się z dłoni. Tak się
wystraszył, kiedy huknęło.
Banda przestała patrzeć na zmaltretowane ciało przy pieńku. Na czymś
innym skupiali teraz uwagę. Toczyła się jakaś rozmowa. Nie od początku
dotarł do Grala jej sens. Ale w końcu zrozumiał, co się dzieje. Jednak
dalej był odrętwiały. Opadł na bok. Oparł głowę o pieniek i czekał, co
się wydarzy.
W świetle płonącej chaty naprzeciwko kilkunastu chłopa, którzy przyszli
dokonać samosądu na Graleckim, stała kobieta z dubeltówką. Dymiło z jednej z luf. Od razu ją rozpoznał. Tańczące płomienie wyraźnie wszystko
oświetlały. Dodawały też upiornej dynamiki nieruchomej scenie. Migocząc
na twarzach i sylwetkach ludzi.
- Zostawcie go - powiedziała hardo góralka.
- Nie wtrącaj się, Baśka - odpowiedział jej herszt grupy.
To była ta sama kobieta, która zaczepiła go przed sklepem kilka tygodni
temu. Piękna wojowniczka. Silna i kobieca góralka.
- Dobrze wiecie, że im się należało.
- Nic ci do tego.
- Nie pozwolę - pokręciła głową.
- I co nam zrobisz? - przywódca uśmiechnął się kpiąco.
- Mam jeszcze jeden nabój w lufie - odpowiedziała spokojnie i pewnie. -
Tym razem nie pójdzie w powietrze.
- A nas jest trzynastu.
- Jednego trafię - oderwała wzrok od stojącego na przedzie grupy
mężczyzny i zapytała wszystkich. - Który chce być pierwszy?
- Nie odważysz się - wycedził przez zęby.
Nawet stąd, gdzie leżał, Gral widział upór w twarzy kobiety. Jej piękne
ciemne oczy zwęziły się, a stanowczość, która z nich biła, wyraźnie
onieśmielała grupę facetów.
- Kto się chce przekonać? - podniosła gniewnie głos i przesunęła lufę od
lewa do prawa, tak że każdy przez chwilę był na muszce.
- Posłał do szpitala naszych kumpli - odezwał się nieśmiało ktoś z grupy.
- Chcemy tylko sprawiedliwości - poparł go inny góral.
- A wasi kumple posłali niejedną babę do szpitala - krzyknęła gniewnie.
- Gdzie wtedy byliście?
- Dostanie tylko to, co mu się należy - upierał się ten, który dowodził.
- Dostał już - skinęła głową w stronę, gdzie leżał pobity Fiodor. -
Wystarczy. Dość.
- Uważaj, bo nie zawsze będziesz miała fuzję w rękach.
- Grozisz mi? No właśnie - westchnęła ostentacyjnie. - Jak tak gadasz,
to jeszcze bardziej jestem pewna, że dobrze robił.
- Chłopy, baba nas będzie pouczać? - zawołał zbulwersowany przywódca.
Zgraja powoli poddawała się prowodyrowi. Dali się podburzyć. Szmery
niezadowolenia rozchodziły się po grupie.
- Nie radzę - syknęła góralka, mocniej ściskając fuzję w rękach.
- Nie odważy się. A nas jest więcej.
I masa ruszyła. Kobieta nie zastanawiała się długo, widząc kilkunastu
chłopa, którzy zamierzają ją zaatakować. Strzeliła.
Faceci zamarli. Śrutówka trafiła w ziemię tuż przed pierwszymi z grupy.
Huk. Wyrzucone w górę grudki ziemi. Dwóch górali przewróciło się, jęcząc
z bólu. Śrut trafił ich w stopy.
Góralka nie zmarnowała okazji. Faceci zgłupieli, a ona zręcznie złamała
strzelbę, wyrzuciła zużyte łuski i załadowała dwa świeże naboje.
Wycelowała w grupę.
- Nic wam nie będzie - warknęła. - Strzał poszedł w ziemię. Dostaliście
tylko odłamkami.
Mężczyźni, którzy upadli, syczeli z bólu, trzymając się za stopy.
- Ale następny strzał nie będzie w ziemię.
- Chcesz nas zastrzelić? - wycedził wściekły przywódca górali.
- Nie. Ale będę się bronić.
- O co ci chodzi - z pretensją rzucił inny z facetów. - To obcy.
- Zostawcie go i wracajcie do domu.
- Musi dostać za swoje. Tak nie może być.
- Wy też musieliście dostać za swoje. I on to zrobił. Tak, jak jest, nie
może być. Że znęcacie się na swoimi kobietami i nic.
- Jakoś nigdy się nie skarżyły - ktoś kpiną próbował rozśmieszyć grupę.
- Bo im pięścią zamykaliście usta. Dobrze wiesz, o czym mówię. A jeżeli
nie, to jesteś takim samym gnojem jak dranie, których pokarał. I nie
będzie mi żal, jak będę musiała strzelić.
Splunęła przed mężczyzn.
Gral ledwie widział na oczy i bolało go przy każdym ruchu. Ale potrafił
zapanować nad zmęczonym ciałem. Grupa przestała się nim interesować.
Zostawili go przy pieńku, a skupili się na kobiecie. Podniósł się z ziemi. Namacał porzuconą siekierę. Słaniał się na nogach, ale po chwili
błędnik zaczął działać prawidłowo. Zacisnął dłoń mocniej na trzonku.
Stał za plecami mężczyzn, którzy go napadli. Przysłuchiwał się. Padł
drugi strzał. Górale wahali się. Nie wiedzieli, co robić.
- Ja się nie zawaham - wycharczał w pewnym momencie Fiodor.
Nie od razu go usłyszeli, więc powtórzył głośniej. Wtedy już najbliżsi
zareagowali. Zdziwieni, nie wiedzieli, jak się zachować. Z przodu
celowała do nich kobieta z karabinu, a za ich plecami stał facet z siekierą, miał szaleństwo w oczach i wyraźnie tylko czekał, żeby ktoś
dał mu pretekst do jej użycia. Cała ta scena, oświetlona migoczącymi
żółtopomarańczowymi barwami w rytm tańca płomieni, wyglądała coraz
bardziej surrealistycznie.
- Ja się nie zawaham - wyraźniej, pewniejszym głosem wychrypiał Fiodor.
Poprawił siekierę w dłoni.
- Chodźmy już. Dostał za swoje - rzucił ktoś z chłopów.
- Za mało dostał.
- Chodźmy.
Przywódca gromady rzucał nienawistne spojrzenia to na góralkę ze
strzelbą, to na Graleckiego. Sytuacja była patowa. Nie mieli możliwości
dalszego działania, bo komuś naprawdę mogła się stać krzywda. Mogli
tylko przedłużać pyskówkę.
- Wracaj do domu, Gruca - góralka jakby wyczuwała myśli dowodzącego
grupą. Ciągle się wahał, dlatego uspokajała go, dążyła do zakończenia
tej awantury. - Dostał już za swoje i nic tu po was. Nie prowokujcie
losu.
Nazwany Grucą mężczyzna skrzywił się ze złością. Splunął w bok, zrobił
kilka kroków w stronę Graleckiego. Prawie dorównywał wzrostem mierzącemu
sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry byłemu śledczemu. Splunął znowu pod
nogi Fiodora z błyskiem nienawiści w oczach.
- Nie potrzebujemy cię tutaj - wycharczał. - Nie jesteś mile widziany.
Mierzyli się wzrokiem. Gral nic nie odpowiedział.
- Zawsze możemy tu wrócić. I nie będziesz miał już takiego szczęścia.
Fiodor znowu nic nie odpowiedział, tylko mocniej zacisnął palce na
trzonku siekiery.
Wciąż mierzyli się wzrokiem. Żaden go nie odwrócił. W końcu Gruca dał
znak kolegom, że się zbierają. Nie rozmawiali między sobą, nie do końca
zadowoleni z obrotu spraw. Łypali na Grala i góralkę, i powoli znikali z plamy światła rzucanej przez pożar chałupy. Szli za przywódcą, a wkrótce
całkiem pochłonęła ich noc.
Kobieta opuściła strzelbę, ale trzymała ją w gotowości, gdyby górale
mieli ochotę w ostatniej chwili zmienić zdanie. Spoglądała za nimi
jeszcze przez dłuższą chwilę. Fiodor opadł na pieniek. Usiadł ciężko.
Położył siekierę na kolanach. Zapatrzył się w ogień rujnujący mu chatę.
Nawet nie słyszał ujadania Robina przywiązanego do studni.
Góralka uspokoiła się całkiem, dopiero kiedy ucichł warkot aut.
Napastnicy odjechali na dobre. Podeszła do Graleckiego z dubeltówką na
ramieniu.
- Dzięki - mruknął, nie odrywając wzroku od ognia.
- Nie ma za co - powiedziała spokojnie. - Namieszałeś trochę w okolicy.
- Sama mnie namawiałaś - stwierdził bez pretensji.
- Bo uważam, że trzeba było.
Pokiwał głową zamyślony.
- Może to nic nie da, a może chłopy się zastanowią, że nie są bezkarni -
powiedziała. - Przynajmniej na jakiś czas. Gdyby nie ty, jakaś kobieta
chwyciłaby za nóż i skończyłoby się większą tragedią.
- Może. A może mają rację - nie zrozumiała, o co mu chodzi. - Że lubię
robić innym krzywdę. A tylko usprawiedliwiam się, że to w imię czegoś...
- Co teraz zrobisz?
- Prześpię się w aucie.
Przez chwilę nic nie mówili. Oboje zapatrzyli się w hipnotyzujący taniec
ognia. Do Fiodora dotarło wreszcie szczekanie maltańczyka. Podniósł się
ciężko i poczłapał, żeby spuścić go ze smyczy. Robin warczał i prychał z niezadowolenia. Biegał dookoła opiekuna, jakby robił mu wymówki za to
wszystko, co się stało. Przyjrzał się Gralowi, pojęczał trochę i obszczekał go, że pozwolił się tak poobijać.
Fiodor wrócił do pieńka. Usiadł, stękając z bólu. Góralki już nie było.
Rozdział 12
12
Kiedy nie wstawiali krzesła do pokoju i nie krępowali jej, rzucała się.
Aleksander, którym kiedyś była, nie wiedział, skąd ma jeszcze na to
siłę, ale robił to. Miotał się po pokoju, waląc na oślep w miękkie
ściany i podłogę. Wszystkimi częściami ciała. Wbiegał w ściany.
Wskakiwał na nie. Walił głową. Pięściami. Kopał. I lądował na podłodze.
Zrywał się z niej, żeby ponowić ten taniec szału.
A jednocześnie Ola spokojnie czaiła się w czarnym słońcu swojego
wewnętrznego gniewu. Kalkulowała i myślała.
Zawsze wkraczali i obezwładniali ją. Nie wierzgała, kiedy przywiązywali
ją kolejny raz do krzesła.
Znowu zmienili trochę taktykę. Pozwalali jej przysnąć. Dopiero kiedy
odpływała, budzili ją. To było jak umysłowy stroboskop. Ciemność.
Jasność. Ciemność. Jasność. Tylko wszystko rozgrywało się wewnątrz niej.
W sobie też wrzeszczała. Wyła w środku. Bo z szeroko otwartych ust
podczas tej nowej tortury nie wydobywał się nawet jęk. Krzyczała niemo,
kiedy kolejny raz podali jej środki pobudzające, a gdy organizm nie
wytrzymywał i chciał się wyłączyć, budzili ją. Albo nieprzytomną od razu
wlekli pod zimne bicze wodne.
Tak, Aleksander, którym kiedyś była, pękał. Miał chwile słabości, kiedy
wpadał w szał albo wył z cierpienia. Nie udawało mu się być całym sobą
nawet w głębi. W miejscu, które nazywał sercem gniewu. Były chwile,
kiedy nie panował nad sobą.
Ale nie miała do siebie o to pretensji. To były tylko chwile słabości.
Bo jednak przez większość czasu tylko obserwowała, jak się nad nią
znęcają. Wycofana. Zapadnięta w siebie. Za sterami tego pojazdu, którym
była.
Kiedy kolejny raz wąsaty pielęgniarz przywiązywał ją do krzesła,
szepnęła do niego:
- Podobam ci się?
Napiął się i rozejrzał nerwowo.
- Mmmm - mruknęła mu zalotnie blisko ucha.
Wyprostował się. Przełknął ślinę. Sprawdził, czy kolega stoi w drzwiach.
Wahał się.
Aleksander, którym Ola kiedyś była, zastanawiał się, czy obserwują go
przez kamery. To by wyjaśniało, skąd wiedzieli o wszystkim, co się z nim
dzieje. Przecież nie mogli wystawać non stop przed wizjerem w drzwiach.
I rzeczywiście. Były kamery. Pielęgniarz odwiązał ją od krzesła, ale
zostawił jej skrępowane ręce. Wziął krzesło, postawił je w prawym kącie
od wejścia, stanął na podwyższeniu i wcisnął chusteczkę higieniczną w róg przy suficie. Podobnie zrobił z przeciwnej strony.
- Mmmm... przystojniaku... chyba masz na mnie ochotę - zrobiła aluzję do
jego krocza.
Pocił się i miał wyraźnie przyspieszony puls.
- Zrobisz mi dobrze, dziwko, to dam ci się przespać.
- Dzisiaj oboje nie będziemy spać - zamruczała lubieżnie.
- Lubisz to, co? Siadaj na krześle, suko... - postawił przed Olą krzesło.
Bez swobodnych rąk niezgrabnie było się jej podnieść, więc usadził ją na
nim za włosy. Cały buzował z podniecenia.
Aleksander, którym kiedyś była, pomyślał z obrzydzeniem, że tacy jak on
mogą trysnąć, zanim się ich dotknie.
Ola - mimo chwilowego bólu - przywołała najbardziej zalotny uśmiech, na
jaki potrafiła się zdobyć, na ładną, chociaż zmęczoną twarz. Wiła się na
krześle w stylu tancerek go-go. Rozłożyła nogi i wygięła się do tyłu.
Pielęgniarz dyszał przed nią jak parowóz. Drżącymi rękami rozpinał
spodnie, ale zdenerwowanie mu to utrudniało.
- Pokaż cycki - syknął. Strużki potu ściekały mu po zaczerwienionej
twarzy.
- Hej... przystojniaku, ale jak mam to zrobić ze związanymi rękami? -
uśmiechnęła się zalotnie.
Przez chwilę patrzyli na siebie.
- Co ja ci mogę zrobić, jak mnie rozwiążesz? Najwyżej robótki ręczne -
mrużąc oczy, powiedział dawny Aleksander lubieżnym głosem. - Jestem
tylko bezbronną kobietą.
- Dobra - warknął pielęgniarz.
- Mogę ci też pomóc z tym rozporkiem - Ola mrugnęła zalotnie.
Rozwiązał ją. A ona naprawdę pomogła mu pozbyć się spodni.
Stał przed nią goły od pasa w dół. Członek sterczał mu na baczność.
Czerwony. Napęczniały, jakby nie mieścił się we własnej skórze.
Pielęgniarz musiał być nieźle wyposzczony - pomyślała.
Facet zerknął w dół i wrócił wzrokiem do Oli. Był wyraźnie dumny ze
swojego przyrodzenia.
- Chcesz najpierw laskę?
Nie potrafił z podniecenia odpowiedzieć. Przełknął tylko ślinę i pokiwał
głową. Zbliżył się do krzesła tak, że znalazł się w zasięgu ust i rąk
kobiety, która kiedyś była Aleksandrem.
Ola, uśmiechając się lubieżnie, powoli podniosła ręce, żeby chwycić
sterczącego penisa. Ale w końcówce ruchu przyspieszyła gwałtownie i chwyciła go tak silnym chwytem, że pielęgniarz wytrzeszczył ze zdumienia
oczy. Nie zdążył nawet jeszcze pomyśleć, że go to boli.
Ola, przyciągając pielęgniarza do siebie za fiuta, wbiła się zębami w miękkie ciało tam, gdzie jądra łączą się z tułowiem. Ugryzła mocno i wyrwała spory kawał mięsa. Wypluła go z obrzydzeniem. Trysnęła krew, a mężczyzna zawył z bólu. Zatoczył się do tyłu, ale trzymała go mocno.
Z całych sił szarpnęła do siebie. Aż usłyszała dźwięk jakby rozdzieranej
mokrej gąbki. Poleciało jeszcze więcej krwi. Szarpnęła drugi raz i wtedy
go urwała. Penis został jej w dłoniach.
Pielęgniarz wpadł w histerię. Dygotał cały, gapiąc się na fontannę krwi,
która trysnęła mu spomiędzy nóg. Wrzeszczał spazmatycznie. I cofał się.
Aż się potknął i wywalił na plecy. Ze wzrokiem hipnotycznie wbitym w krocze wił się na podłodze. Wył. Gapił się tam, gdzie jeszcze przed
chwilą był jego członek, jakby nie mógł uwierzyć.
Aleksander stanął nad nim z sadystycznym, chłodnym uśmiechem na ustach.
Przykucnęła. Gapił się na nią jak na śmierć. Bo może faktycznie nią
była. Krew tryskała z niego tak, że lada chwila musiał się wykrwawić.
Z chłodną nienawiścią odtrąciła jego słabnące ręce i wepchnęła mu kutasa
do ust. Zaczął się krztusić. Rzęzić. Jego dłonie nie mogły się
zdecydować, czy uciskać ranę po wyrwanym przyrodzeniu i tamować krew,
czy wyciągnąć duszący kawał własnego mięsa z ust. Tak go zostawiła.
Ola uchyliła drzwi pokoju. Ściany dobrze tłumiły dźwięki. Jeszcze nikt
się nie połapał.
Seksowna kobieta w białej bieliźnie szła jak demon. Krew ściekała z jej
rąk i ust wykrzywionych w uśmiechu satysfakcji. Udało się jej pokonać
kilka korytarzy. Odnalazła bardziej zaludnioną część szpitala.
Kobieca postać jak z japońskiego horroru, z burzą ciemnych włosów,
ociekająca świeżą krwią, wywołała panikę.
Dobrze. Miała nadzieję, że ten gnój umrze. Teraz już nie będą mogli
trzymać jej istnienia w tajemnicy. Teraz będą musieli się wytłumaczyć ze
wszystkiego mediom. Teraz będzie musiał się o nią upomnieć wymiar
sprawiedliwości. Bo w tym świecie nawet potwory miały swoje prawa. A kiedy trafi do normalnego więzienia. Kiedy Aleksander, który był teraz
Olą, będzie miał wokół siebie chociaż trochę cywilizacji... Wtedy na pewno
uda mu się ich wszystkich oszukać.
Rozdział 13
13
Tragikomicznie rozkraczone zwłoki w kałuży krwi wokół nóg. W kontraście
z jaskrawą wręcz bielą pokoju.
- Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa... - powtarzał po nosem zdenerwowany
porucznik ABW Filip Konieczny. - Ja pierdolę... Debile...
- Może trochę szacunku... - jeden z pielęgniarzy dosłyszał obelgę. -
Zginął nasz kolega...
- Ty się, kurwa, martw, żebyś ty przeżył! Rozumiesz? - wybuchnął w jego
stronę Konieczny. - Wkurwiliście bardzo poważnych ludzi. Prosta rzecz.
Pilnować jednej naćpanej laski. To chyba, kurwa, nie jest jakaś fizyka
kwantowa?
- Pech... - nieśmiało powiedział drugi z pielęgniarzy.
- Pech, kurwa? Pech to będzie, jak was stąd wyjebią na zbity pysk -
porucznik ABW nie panował nas złością. - Pech to będzie, jak będziecie
mieli przejebane, bo się postaram osobiście, żebyście nigdzie roboty nie
znaleźli, a to... - szukał w emocjach słowa - to... to jest jakiś, kurwa,
armagedon...
- Ale... to nie nasza wina...
- Muszę stąd wyjść, bo zaraz będą tu trzy trupy, kurwa...
- Co mamy powiedzieć policji? - pielęgniarz lękliwie zapytał plecy
mijającego ich oficera.
- Nic. Jak najmniej. Nic nie wiecie - Konieczny nawet się nie zatrzymał
ani nie obrócił w ich stronę. - Nic nie widzieliście. Nic nie
rozumiecie. Wykonywaliście tylko rozkazy.
- Tak jest.
Niemal zasalutowali, kiedy Konieczny zniknął w korytarzu, cały
roztrzęsiony z wściekłości. Kiedy wystarczająco się od nich oddalił,
wyciągnął komórkę i wybrał numer, którego nigdy nie zapisał, ale znał na
pamięć. Nawiązał połączenie po trzech sygnałach.
- Tak, panie generale - westchnął ponuro do telefonu. - Wiem. Nie mam
wytłumaczenia.
- Jesteś skończony - powiedział władczy męski głos. Czuło się w nim, że
przez lata przywykł do rozkazywania, nie do słuchania.
- Naprawię to - Konieczny przełknął ślinę.
- Jak chcesz się pozbyć świadków? - w głosie nie było słychać emocji,
tylko chłodną analizę faktów. - Media już wiedzą o zakrwawionej
kobiecie. Policja zbada morderstwo. Rodzina wie o śmierci pielęgniarza.
- Odizoluję ją.
- Zdajesz sobie sprawę, że nawet twoje życie wisi na włosku? - dalej bez
emocji ciągnął głos. - Za dużo wiesz.
- Dlatego proszę o szansę. Po co wplątywać w to kogoś nowego. Nie ma
gwarancji, że też nie popełni błędów.
- Tylko dlatego jeszcze żyjesz. Że nie ma gwarancji.
- Nie mogę być dwadzieścia cztery godziny przy niej - spróbował
najdelikatniej, jak potrafił, odepchnąć od siebie trochę
odpowiedzialności. - Zawiedli ludzie. Czynnik ludzki zawsze jest
ryzykiem.
- Nikogo to nie obchodzi.
- Nie usprawiedliwiam się. Ale ryzyko jest zawsze.
- Jeżeli nie odzyskamy tych pieniędzy, to ty też nam nie będziesz
potrzebny.
- Naprawię to - powiedział z przekonaniem.
- Mówiłeś już - to zabrzmiało, jakby rozmówca chciał się rozłączyć, ale
jednak pozostał na linii, więc po chwili pauzy Konieczny zaczął mówić:
- Jest szczególnie niebezpiecznym więźniem. Będzie w izolatce w najlepiej strzeżonym więzieniu. Poza służbą więzienną tylko ja będę miał
do niej dostęp.
Mężczyzna po drugiej stronie linii, jakby nie słyszał tego, co
powiedział porucznik ABW. Albo miał to gdzieś. Ważne było to, co on ma
do powiedzenia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 2
2
Bieszczady. Polski koniec świata. Dla jednych coś przerażającego, dla
innych miejsce, gdzie można odnaleźć spokój. Jedni stąd uciekają, inni
chcą rzucić wszystko i właśnie tutaj odmienić swoje życie.
Fiodor Gralecki przeprowadził się w Bieszczady jesienią. Drewniany domek
na szczycie wzgórza, bez kanalizacji i prądu. Dookoła połoniny, lasy.
Milczące pagórkowate wzgórza. Do najbliższej wsi dwa kilometry.
Nigdy nie miał do czynienia z takim odludziem. Przez całe życie mieszkał
w mieście. Wśród ludzi. Jego bezludną wyspą było mieszkanie i myśli.
Dopóki nie poznał Amelii. Wtedy po raz pierwszy w życiu nie był sam.
Ale nawet wtedy, przed Amelią, miał pracę, spotykał ludzi, otaczał go
miejski gwar, który dawał złudzenie, że coś obok Fiodora jest. Tutaj, w tej głuszy, Graleckiego otaczało tylko milczenie przyrody. Być może za
nią kryła się jakaś głębsza mądrość. Coś nadprzyrodzonego, co
przyglądało się Fiodorowi oczami dzikich zwierząt oraz zielenią roślin.
Przez pierwsze kilka dni tutaj był oszołomiony. Siedział przed chatą
albo w chacie, gapił się i oddychał. Myślał i nie myślał. Brakowało mu
jazzu. Ale nie miał jak go tutaj słuchać. Odtwarzał więc ulubione
kawałki w głowie. Herbie Hancock. Dexter Gordon. Garbarek. Jarret.
Umysł bronił się przed ciszą, ale w końcu przegrał tę walkę. Zdominowały
go obrazy. Dźwięki natury. Wspomnienia zeszły na drugi plan. Bo Gralecki
z myśli miał tylko wspomnienia. Nie snuł żadnych planów na przyszłość. W końcu jego myślami stały się te widoki. Wcale nie tak widowiskowe jak w wysokich górach, a jednak zapierające dech w piersiach. Przestrzeń. Brak
cywilizacji. Brak ludzi. Był tu absolutnie sam, jakby nagi. A jednak
czuł się częścią tej większej całości, która go otaczała.
Prawie zapominał, że jednak ktoś mu towarzyszył. Maltańczyk, który wabił
się Robin. Pozwalał Graleckiemu na to zamyślenie, które na początku było
jak trwająca non stop przez kilka dni medytacja. Robin oswajał się z tym
miejscem po swojemu. Krążył, węsząc i obserwując. Albo siedział zajęty
psimi myślami. Albo gapił się na swojego opiekuna, sprawdzając, czy na
pewno wszystko z nim w porządku. Szczekał tylko wtedy, kiedy
potrzebował, żeby Fiodor dosypał mu jedzenia albo dolał wody. Poza tym
się nie narzucał.
Gralecki przestawił się na rytm natury. Ponieważ jedyne światło, jakie
mógł tutaj mieć, to lampa naftowa albo latarka, zaakceptował, że po
zachodzie słońca robiło się ciemno i kładł się po zmroku. Nie od razu
zasypiał. Leżał, starając się rozproszyć myśli, żeby nie miały
konkretnych kształtów. Żeby nie wracały do bolesnych momentów. W końcu
zasypiał. I budził się o wschodzie.
Po kilku dniach przyzwyczaił się do nowych warunków, tak jakby natura i Fiodor potrzebowali wzajemnie się zaakceptować. Gral mógł wejść już do
nowego świata. Świata prostego, ale prawdziwego i pięknego zarazem.
Trzeba było po prostu przetrwać. Zapewnić sobie ciepło, wodę oraz
jedzenie. Fiodor nie polował. Aż tak nie wsiąkł w naturę, ale rąbał
drewno, czerpał wodę ze studni. Palił w starym kaflowym piecu, na którym
gotował i który dawał ciepło. Żył w rytmie dnia i nocy. Bez prądu,
radia, telewizora, a nawet telefonu. Proste czynności wymagały wysiłku
fizycznego, zajmowały część czasu codziennie. Porządkowały go
wewnętrznie. A był w rozsypce. To miało sens. Nic więcej. Nic zbyt
wydumanego, a jednak czuł, że dotyka jakiejś prawdy.
Fiodor dużo spacerował. Razem z Robinem. Włóczyli się po połoninach, po
okolicznych lasach. Przysiadywali na kamieniach i powalonych drzewach
albo bezpośrednio na trawie, chociaż jesień szybko przechodziła tutaj w zimę. Było zimno i wilgotno, a już wkrótce miało być jeszcze zimniej.
Wszystko miał przykryć śnieg.
Rozmawiali z Robinem albo nie. Potrafili ze sobą milczeć. Chociaż z tej
dwójki maltańczyk był chyba bardziej rozmowny. Prawdopodobnie to on
musiał zaakceptować niechęć opiekuna do dłuższych rozmów. Mówi się, że
to właściciele psów przejmują cechy swoich pupili, ale w tym wypadku to
pies upodobnił się do Graleckiego. Oczywiście nie fizycznie. Nie urósł
do prawie dwóch metrów wzrostu, jego biała sierść nagle nie poczerniała.
Ale zamyślał się po psiemu. Wzrok miał ponury, choć szlachetny, a brwi
na sympatycznej mordce jakby wciąż były zmarszczone.
Jedynym kontaktem Graleckiego ze światem była pobliska wioska, gdzie
robił zakupy. Dowiadywał się wtedy, co się działo w kraju i na świecie,
a co go w najmniejszym stopniu nie interesowało. Ale starał się być miły
dla sprzedawczyni, która mu o tym opowiadała, czy dla tubylców, których
spotykał w sklepie, a którzy, zagadując go, chcieli nawiązać jakiś
kontakt z "nowym". Może nawet próbował się uśmiechać, kiedy ktoś chciał
przełamać lody z sąsiadem. Ale chyba najczęściej wychodziła mu kamienna
twarz z tym jego normalnym grymasem smutku i uporu, który jej nie
opuszczał. A głębokie, chłodne i smutne oczy sugerowały, że nie tylko
odczuwa ból, ale też potrafi go zadać.
Muzyki mógł słuchać tylko w aucie. I kilka razy tak zrobił, jadąc do
sklepu. Ostatecznie jednak wybrał ciszę. Tutaj, na tym końcu świata,
cisza smakowała lepiej. To ona była jazzem, którego potrzebował.
Pogodził się też z tym, że w malutkim sklepie nie było jego ulubionego
piwa bezalkoholowego Zombeer. Woda zaczęła mu smakować nawet bardziej.
Zamiast telewizora mieli ognisko. Fiodor ułożył ze znalezionych w okolicy kamieni krąg, przyciągnął drewnianą ławę sprzed wejścia do chaty
i oglądali sobie z Robinem hipnotyzujące tańce płomieni. Poza tym obaj
lubili pieczone na ognisku kiełbaski.
- Wiesz, że nas nie ma, przyjacielu? - mruknął ochrypłym głosem Fiodor.
- Co?
Maltańczyk popatrzył na niego pytająco.
- Zniknęliśmy. Pasuje ci?
Robin coś szczeknął, ale niegłośno. Jakby melancholijnie.
- Nie pytałem cię o zdanie, kiedy tu jechaliśmy... - westchnął Gral. - To
był jedyny sposób, w jaki potrafiłem się zabić. I wciągnąłem w to
ciebie.
Maltańczyk sapnął tylko, zapatrzony w płomienie.
- Po co ci moje towarzystwo? Nie masz instynktu? Nie wolałbyś przelecieć
jakieś maltanki? - ponury mężczyzna próbował mówić żartobliwym tonem,
ale nie za bardzo mu to wychodziło. - Czy tam innej suczki, która by ci
wpadła w łapy? Nie chciałbyś mieć szczeniaków? To naturalny zew natury.
Maltańczyk patrzył w ognisko. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku. W jego
czarnych oczach tańczyły płomienie. Jakby to były jego myśli.
- Kiedy przestaje ci się chcieć żyć, rozwiewasz się jak mgła na wietrze
- zmienił temat Gral. - Czy tak nie byłoby lepiej?
Przez chwilę obaj gapili się w ogień. Słychać było tylko szum płomieni i trzaskanie szczap.
- Nie miałem odwagi ze sobą skończyć - mruknął Fiodor. - To tchórzostwo?
Pies poruszył kudłatymi uszami i popatrzył na Grala. Sapnął.
- Nie chce mi się żyć, ale żyję. Wszyscy, których kochałem, umarli.
Przeze mnie.
Popatrzyli na siebie.
- No dobra. Ty jesteś - Gralecki zmarszczył brwi jeszcze bardziej. - I wciągnąłem cię w te... - szukał słowa - zaświaty - zrobił pauzę. - Dzięki,
że jesteś.
Robin szczeknął.
- Dobra, dobra. OK. Zaczynam się rozklejać, kurwa... - westchnął. - Nie
żyję, żyjąc. Nie wiem, ile tak wytrzymam. OK, pierdolę. I to bez kropli
alkoholu. Chcesz kiełbaskę?
Zmiana tematu wywołała ożywienie u maltańczyka. Szczeknął radośnie, a później towarzyszył opiekunowi. Poszli po patyki i kiełbaski. Później
siedzieli przy ognisku, przygotowując kolację i zjadając ją ze smakiem.
Ale nie mówili już dużo. Magia tańczących płomieni pochłonęła ich myśli.
Rozdział 3
3
To był mały wiejski sklep. Jedyny w okolicy, więc oprócz żywności można
było w nim też kupić artykuły przemysłowe i prasę. Taki wielobranżowy
sklepik zaspokajający potrzeby niewielkiej społeczności, a na pewno
Fiodora. Mieszkańcy wsi w weekendy jeździli dziesięć kilometrów do
Cisnej albo dwadzieścia kilometrów do Ustrzyk, żeby zrobić porządniejsze
zakupy w jakichś większych supermarketach, ale Gralowi sklep U Zosi w zupełności wystarczał. Bywał tutaj dwa razy w tygodniu. Nie miał
lodówki, więc wolał, żeby jedzenie zbyt długo nie leżało. Mimo że zima
była mroźna, a mięso i nabiał trzymał w małym podpiwniczeniu, które
utrzymywało obniżoną temperaturę, nawet kiedy było słonecznie.
Pani Zosia była pogodną pulchną kobietą po pięćdziesiątce. Pewnie tutaj
się urodziła i spędziła całe życie. Tak Gralowi podpowiadała intuicja
wieloletniego śledczego. Bo nie dopytywał. Dyskretnie też, tak żeby jej
nie urazić, nie pozwalał właścicielce sklepu rozgadać się do tego
stopnia, żeby opowiedziała mu swój życiorys. A była rozmowna. Co zapewne
jest zaletą w takim miejscu, gdzie każdy zna każdego i przy okazji
zakupów można uciąć sobie miłą pogawędkę. Fiodor - mimo sympatii, jaką
czuł do tych ludzi - nie zamierzał się jednak z nikim zaprzyjaźniać. Nie
chciał nic o nikim wiedzieć. Co okazało się nierealne. Bo już po
miesiącu niektórych kojarzył z widzenia, a ponieważ był świadkiem
fragmentów rozmów, mógł sobie dopowiedzieć wiele szczegółów o spotkanych
ludziach.
- Dzień dobry - przywitał się najprzyjaźniej, jak potrafił.
- Dzień dobry, panie Fiodorze, nie zamarzł pan tam u siebie?
- Bez przesady, pani Zosiu - spróbował się uśmiechnąć. - Mam piec.
- Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie wolałby pan zamieszkać tutaj, a nie na takim odludziu - sprzedawczyni wydawała się szczerze przejęta.
- Przecież bywam tu. To tylko dwa kilometry stąd.
- Ale gdyby panu się coś stało, to nikt nawet się nie zorientuje. Mógł
pan kupić albo wynająć jakąś chatę we wsi.
- Co mogłoby mi się stać? - znowu uśmiechnął się najlepiej, jak
potrafił, ale to lekkie drgnięcie kącików ust niewiele zmieniło w jego
ponurym wyrazie twarzy.
- No, różne rzeczy się dzieją, Grudzińscy na przykład. Kojarzy pan? -
zawiesiła głos.
Pokręcił przecząco głową.
- Chłop jak dąb, ale widzi pan, jaka pogoda, przymrozek nagle chwycił,
chłop się poślizgnął i złamał nogę - mówiła rozemocjonowana. - Ruszyć
się nie mógł. Ludzie mu pomogli. Nie wiadomo, co by się stało, gdyby sam
był.
- Od złamanej nogi się nie umiera - odpowiedział. - Pomyślę na starość,
jak sił będzie mniej, żeby się do wsi sprowadzić.
Pulchna kobieta westchnęła.
- Wyjedzie pan stąd. Wszyscy stąd uciekają. Pan też to rzuci.
- Dopiero się sprowadziłem.
- Taka miastowa moda - skrzywiła się z dezaprobatą. - Widziałam niejeden
raz.
- Na razie nigdzie się nie wybieram.
W sklepie U Zosi zamontowany był tradycyjny dzwonek przy drzwiach, który
informował o wejściu klienta. Właśnie zadzwonił.
Fiodor nie zainteresował się wchodzącym klientem. Chciał zrobić szybko
zakupy i wrócić do siebie. Nie zamierzał dawać pretekstu do pogawędki z kimś innym niż sprzedawczyni.
- Dzień dobry - rozległo się prawie wyszeptane powitanie. Słaby kobiecy
głos.
- Dzień dobry, pani Kasiu - zaćwierkała automatycznie pani Zosia i wróciła z uwagą do Graleckiego.
Fiodor wyczuł za plecami obecność kobiety.
- Chleb, kaszę, ukroi mi pani trochę tej szynki - pokazał na ladę
chłodniczą. Ekspedientka zajęła się swoimi czynnościami. - Jeszcze
trochę półtłustego twarogu poproszę. A... i da mi pani ze dwa kilo
ziemniaków, bo się już skończyły. Ze cztery jabłka, trzy banany. Z kilo
tej kiełbasy, którą zawsze biorę. Wezmę też worek karmy dla psa. I pół
kilo wołowiny.
- A czemu ta ślicznota z panem dzisiaj nie przyjechała? - zaszczebiotała
sprzedawczyni.
- Pilnuje domu.
- No tak. Niech się strzegą wszyscy złodzieje - pani Zosia zaśmiała się
na wspomnienie małego maltańczyka, który kilka razy był tutaj ze swoim
opiekunem.
- Zdziwiłaby się pani, jaki z niego kozak - zaperzył się Gral.
- Pewnie, pewnie.
Fiodor skupił się na liście zakupów, później pakowaniu do siatek i zapomniał, że nie jest w sklepie sam. Dopiero odwracając się od lady,
żeby wyjść, omiótł spojrzeniem cichą kobietę, która za nim stała. Nabrał
głęboko powietrza, mijając ją, jakby z tym wdechem wciągał w siebie całą
informację o niej.
Nie zwolnił kroku. Kiedy wychodził ze sklepu, zadźwięczał dzwonek nad
drzwiami. Wsiadł do jeepa i odjechał.
Ale w głowie miał obraz tej kobiety. Skurczonej w sobie. Jakby
zastraszonej przez własne myśli. Zapadnięte policzki. Smutne oczy
zapatrzone bardziej w siebie niż na zewnątrz. I to, co Fiodorowi mówiło
wszystko. Lekko spuchnięty policzek, żółć skóry, siniak, który znikał
pod przekrwionym okiem, więc to musiała być sprawa sprzed kilku dni. Ale
jeszcze widoczna. Jeszcze nieukryta przed oczami innych.
W Fiodorze się zagotowało. Poczuł, jak coś się w nim budzi. Mroczna, a zarazem ożywcza energia. Część siebie, o której zapomniał. Która
zniknęła zasypana własnym bólem i cierpieniem. Jego osobowość rozpadła
się na tak wiele kawałków, że były jak gruz, który przygniótł wszystko w środku.
Zagryzł zęby, aż zgrzytnęły. Zacisnął dłonie na kierownicy, aż pobielały
kłykcie. Dojechał do chaty. Robin czekał na niego jak dziecko oczekujące
prezentów, kiedy rodzic wraca z jakiegoś wyjazdu. Radośnie podbiegł do
opiekuna, poszczekiwał, kręcił się wokół niego i machał ogonem. Ale
Fiodor był nieczuły na te zaloty. Automatycznie wypakował zakupy z auta,
zaniósł część do podpiwniczenia, resztę do wnętrza domku. Dolał wody
maltańczykowi, dosypał karmy do miski, ale myślami był gdzie indziej.
Myślał o pobitej przez męża kobiecie.
Rozdział 4
4
Wiedział, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Ale mrok już wypełzł z głębi jego duszy. Próbował jednak go zignorować. Wysiłek fizyczny miał
mu w tym pomóc. Fiodor dodał do codziennej rutyny, czyli spacerów,
rąbania drewna i wybierania wody ze studni, dodatkowy wysiłek. Bieganie
i ćwiczenia siłowe. Miał nadzieję, że kiedy będzie zmęczony, demony
odejdą.
Fizycznie był wysportowanym czterdziestolatkiem. Ale dzięki dodatkowemu
wysiłkowi jego kondycja stała się jeszcze lepsza. Przez chwilę wydawało
się, że plan działa. Że mrok, który go wypełnia, odejdzie. Ale kiedy
spotkał we wsi jeszcze jedną kobietę z siniakiem, a któregoś wieczoru,
przy okazji kolejnych zakupów, doleciały go krzyki rodzinnej awantury,
coś w Gralu pękło.
Podjechał nocą do granicy wsi. Ukrył auto w bocznej dróżce skręcającej w las. Ubrany na ciemno, z kapturem nasuniętym na oczy, tak że twarz miał
właściwie niewidoczną, nawet gdyby chmury odsłoniły więcej księżyca i gwiazd, ruszył między chałupy. Szedł i nasłuchiwał. Krótki zimowy dzień
skończył się już dawno, a teraz, godzinę przed północą, miało się
wrażenie, że to środek nocy. Przynajmniej na zewnątrz, bo większość
okien płonęła sztucznym światłem, przedłużając dzień domowników.
Fiodor nasłuchiwał. Podglądał przez okna, co się dzieje. Jak zły duch.
Albo drapieżnik tropiący ofiarę. Najpierw skupił się na okolicy, gdzie
słyszał krzyki. Nie przekraczał ogrodzeń gospodarstw. Były niewysokie i mógł zaglądać do środka z ulicy. Oczywiście nie do wszystkich domów. Ale
na razie nie podchodził bliżej, niż postawiono płoty. Jedną posiniaczoną
kobietę, którą spotkał w sklepie U Zosi, śledził któregoś dnia.
Zapamiętał, gdzie mieszkała. Skierował się teraz w tamtą stronę.
Miał rację. Kiedy dotarł do posesji, dobiegł go ściszony odgłos
awantury. Wrzaski ledwie docierały do płotu. Tak to się działo.
Największe dramaty rozgrywały się z dala od świadków. Za zamkniętymi
drzwiami domów, które powinny być ostoją spokoju i bezpieczeństwa, a zbyt często stawały się polem do popisu dla tyranów.
Gral sforsował ogrodzenie. Nikt go nie zauważył. Spodziewał się, że
oprócz gospodarzy musiały być też jakieś dzieci. Za dnia zauważył też
budę dla psa przy zbudowanej naprzeciwko domu stodole. Taką staromodną,
w której mieszkał podwórkowy pies przytwierdzony do stodoły długą linką.
To ułatwiało sprawę i nasuwało też pomysł, jak Gralecki mógł to
załatwić.
Starał się nie dać jeszcze wyczuć zwierzęciu. Dlatego okrążył dom, by
być poza wzrokiem i węchem psa. Poruszał się przykucnięty i czujny.
Zaglądał do mijanych okien. Budował sobie wizję tego, co dzieje się
wewnątrz. W jednym oknie, jak w krótkiej filmowej przebitce, zobaczył
zapłakaną dziewczynkę, która przebiegła i zniknęła mu z oczu. Zerknął
przez drugie okno. Ta kobieta, którą zapamiętał. Uspokajała nastolatka.
On wyrywał się jej, wykrzykując: "Zabiję go! Zabiję chuja!!!". Domyślił
się, że to matka i syn. Matka płakała. Miała opuchnięte drugie oko. A siniaki, które Gral tydzień temu zauważył, już prawie zniknęły.
Przesunął się dalej wzdłuż ściany. Kolejne pomieszczenie było chyba
sypialnią. W każdym razie rozwścieczony mężczyzna wyrzucał w nim jakieś
ubrania z szuflady. Wreszcie znalazł to, czego szukał. Ze skórzanym
grubym paskiem wybiegł z pokoju.
Gral cofnął się. Tak, jak się spodziewał. Rozegrała się krótka walka.
Nastolatek wyrwał się i rzucił na ojca. Kobieta wrzeszczała, próbując go
powstrzymać. Cios nastolatka niewiele wyrządził krzywdy ojcu, za to cios
mężczyzny powalił syna na podłogę. Zaczął okładać go paskiem. Matka
rzuciła się w obronie syna i odwróciła uwagę od dziecka. Teraz ona stała
się obiektem agresji. Mąż spoliczkował ją, a kiedy odbiła się od ściany
i osunęła, to ją zaczął zasypywać gradem ciosów paskiem.
W Gralu wrzało z gniewu. Aż dygotał. Ale nie wmieszał się w tę awanturę.
Nastolatek dostrzegł dla siebie szansę. Ojciec nie zwracał na niego
uwagi. Podniósł się więc z podłogi, nie bez problemów, bo był obolały.
Ale udało mu się. Rozejrzał się zdecydowanym wzrokiem po izbie. Podjął
decyzję. Zrobił dwa kroki, chwycił masywne drewniane krzesło i zanim
jego ojciec zdążył się zorientować, zdzielił go meblem przez głowę. W ostatniej chwili mężczyzna instynktownie zasłonił się ręką, ale cios
zrobił swoje. Pozbawił go przytomności.
Syn podniósł łkającą matkę z podłogi, otoczył ramieniem i wyprowadził z pokoju. Gral przesunął się do okna sąsiedniego pomieszczenia. Była tam
już płacząca dziewczynka. Dołączyli do niej brat i matka. Zabarykadowali
się. Kobieta klapnęła ciężko na łóżko, załamała ręce i rozpłakała się
tak jak córka. Chłopak krążył niespokojnie. Kiedy rozległo się walenie
do drzwi, wszyscy zdrętwieli, jakby zapomnieli oddychać.
Na szczęście były solidne. Rozwścieczony jeszcze bardziej pan domu nie
mógł łatwo ich sforsować. Chłopak zgonił matkę z łóżka i razem dosunęli
je pod drzwi. To dodatkowo dało im ochronę, gdyby zamek puścił. Gral
poczuł, że to już może być ten czas.
Pomyślał, że rozwścieczony ojciec, kiedy nie zdoła wyważyć drzwi, zechce
wejść do pokoju przez okno. Było dużo łatwiejsze do rozbicia. A Fiodor
dodatkowo zrobił to, co planował, czyli zaczął podjudzać psa. To dawało
dodatkową szansę na wywabienie celu z domu.
Pies rozszczekał się jak żądny krwi demon. Rzucał się na uwięzi, aż
Gralowi zrobiło się go żal, bo kundel co chwilę podduszał się, kiedy
lina napinała się, nie pozwalając mu dopaść Fiodora. Pełne złej energii
zwierzę przewracało się wtedy, skomląc żałośnie. Ale zaraz pies się
zrywał i znowu chciał wbić zęby w intruza.
Gral schował się za rogiem chałupy, tak żeby nie być widocznym od drzwi.
Pies i tak wiedział już, że on tu jest, więc nie przestawał hałasować i rzucać się na lince. Osiągnął cel. Gospodarz wyszedł z domu.
- Zamknij się, pierdolony kundlu! - wrzasnął. - Też chcesz dostać?
Chwiejnym krokiem ruszył w stronę budy. Z prawej ręki zwisał mu mocny
skórzany pas.
Gral pojawił się przed nabuzowanym góralem jak ledwie widoczny cień.
Wyczuł alkohol. Skrzywił się. Od razu zadał cios. Otwartą dłonią w krtań. Tak żeby oszołomić przeciwnika i nie pozwolić mu wezwać pomocy.
Napadnięty był zaskoczony. Upuścił pas. Machnął obronnie ręką. Fiodor
chwycił ją, jednocześnie uchylając się z linii ciosu. Był z boku
mężczyzny, zastosował dźwignię i przeszedł jednocześnie za plecy. Facet
mimowolnie zgiął się wpół. Gral mógł go teraz prowadzić, gdzie chciał,
wykręcając rękę.
Odeszli od domu. W stronę stodoły, która łączyła się z budynkiem, gdzie
trzymano chyba jakieś zwierzęta.
Fiodor odwrócił faceta do siebie, zwalniając dźwignię.
- Spróbuj ze mną - warknął.
- A kim ty, kurwa, jesteś? - wysapał góral. - Co cię to, kurwa,
obchodzi?
Gral nie odpowiedział, tylko uderzył prawym hakiem. Właściciel
gospodarstwa zatoczył się do tyłu. Uderzył plecami w drewniane drzwi. To
powstrzymało go od upadku.
- Kurwa - syknął, wypluwając krew.
- Walcz.
- Wypierdalaj. Słyszysz? - wrzasnął rozwścieczony mężczyzna, ale nie
zdążył wyprowadzić ciosu.
Drugi hak nadszedł z przeciwnej strony. Głowa gospodarza odskoczyła.
Prawie osunął się po drzwiach.
- Kim ty, kurwa, jesteś? - bełkotał. - Czego ty, kurwa, chcesz...
Gral znowu uderzył w krtań. Przeciwnik zakasłał. Łapczywie zaczął łapać
powietrze, krztusząc się. Fiodor nie wdawał się już w pogaduszki. Kiedy
zobaczył niemrawo wyprowadzany cios, chwycił rękę, wykręcił ją i pociągnął. Bark chrupnął. Przez ściśnięte gardło wyrwał się zduszony
krzyk. Facet osunął się na ziemię.
Gralecki przykucnął i przez zaciśnięte zęby wycedził:
- Jeszcze raz podniesiesz rękę na rodzinę, to wrócę tu i cię zabiję.
- Chuj ci do tego - syknął góral i chciał splunąć, ale dostał z liścia.
Plwocina poleciała w bok. Część osiadła też na jego brodzie.
Fiodor przez chwilę tylko mu się przypatrywał. W ciemności nocy widział
tylko to, na co pozwalało światło księżyca i gwiazd. Odrealnione ciemne
kształty ze srebrną poświatą. Adrenalina trochę z niego uszła, więc
dotarło do niego, że pies wciąż ujada. Musiał się streszczać, bo za
chwilę, jak nie domownicy, to ktoś z sąsiadów zainteresuje się tym
szczekaniem.
Chwycił za prawą rękę powalonego mężczyzny, lewa po wyrwaniu z barku
była bezwładna. W Graleckim znowu rozpalił się gniew. Jakby łamał gałąź,
złamał rękę w łokciu o swoje udo. Rozległ się nieprzyjemny chrzęst i wrzask. Tym razem ściśnięte gardło górala już nie było w stanie stłumić
wyrazu bólu. Na szczęście szczekanie psa zmieszało się z krzykiem i dźwięk nie był jednoznaczny.
Fiodor chciał odejść. Lada chwila mógł się ktoś pojawić. Ale wtedy
dobiegło go pochrząkiwanie zza drewnianych drzwi. Czyli trzymali tu
świnie. Zbudzone przez przeraźliwe odgłosy zaniepokoiły się.
Zawlókł bezwładne ciało do chlewni. Gospodarz zemdlał po złamaniu ręki,
więc Gral musiał go ciągnąć. Wyjął małą latarkę i poświecił sobie w środku. Włożył latarkę do ust, żeby mieć obie ręce wolne. Pochylił się
nad ofiarą. Poklepywaniem po twarzy ocucił ją. Patrząc w światło,
mężczyzna zmrużył oślepione oczy. Ale słuchać mógł.
- Znajdę cię i zabiję, jeśli jeszcze raz podniesiesz rękę na rodzinę -
powtórzył.
Tym razem facet nic nie odpowiedział. Gralecki chwycił go silnie i pociągnął do zagrody ze świniami. Rzucił górala w gnój, tak że upadł
twarzą w łajno. Dodatkowo jeszcze wepchnął ją w świńskie odchody,
dociskając głowę butem.
- To twoje miejsce - warknął.
Kilka chwil później Fiodor był już na zewnątrz i rozmył się w ciemności,
jakby się nią stał. Przeskoczył przez płot. Wracał do samochodu. Czuł
się świetnie.
Rozdział 5
5
Umieścili ją w szpitalu psychiatrycznym. Oczywiście bez żadnych nakazów.
Żadnego sądu. I nie miała im tego za złe. Wiedziała, że przyjdzie
moment, kiedy będzie mogła wykorzystać na swoją korzyść działanie służb
wewnętrznych państwa wbrew prawu.
Ola, która kiedyś była Aleksandrem, podsycała w sobie gniew. I czekała
na odpowiedni moment. Gniew nie miał celu. Chyba że nieskończoność może
być adresatem. Dlaczego ją złapali? Dlaczego jej plan się nie powiódł?
Przecież wszystko wymyśliła i przygotowała świetnie.
Gniew płonął w Aleksandrze, którym kiedyś była, jak bezkształtna plama
słońca. Kierował go w każdą stronę i w każdego. Ta złość była dla niego
kręgosłupem. Mieszkał na tym czarnym słońcu. Ukrywał się tutaj, kiedy
próbowali go zniszczyć.
To nie była normalna procedura. O pacjencie, którym była Ola, wiedzieli
tylko nieliczni pielęgniarze. I oczywiście dyrektor szpitala. Trzy
twarze postaci w białych kitlach, które widziała jak w majaku. Znęcali
się nad nią we dwóch. I zmieniali się. Był też ten czwarty. Porucznik
ABW, który zadawał jej pytania.
Znęcali się nad nim i narkotyzowali go. Przez cały czas był naćpany.
Przykuli Aleksandra, który był teraz Olą, do łóżka tak, żeby nie mógł
się ruszać. Ale on nawet nie wierzgał. Poddawał się z chłodnym spokojem.
Gniew gromadził w bezkształtnym czarnym słońcu w sobie. Stamtąd
obserwował i słuchał wszystkiego, co się wokół niego działo. Czekał na
odpowiedni moment. Jak za sterami pojazdu, którym było teraz jego
naćpane ciało.
Nie było dnia i nocy. Rozciągnęli Olę na plecach, przykuli za nogi i ręce do ramy łóżka. Twarz miała skierowaną na lampę. W izolatce bez
okien, gdzie ledwie mieściło się miejsce do spania, to lampa wyznaczała
dzień i noc. Sterowali nią jak torturą. Albo żarówka wypalała jej
naćpane oczy nawet przez zamknięte powieki, albo katowali ją ciemnością.
- Podaj mi kody do kont - mruczał dawnemu Aleksandrowi do ucha porucznik
ABW.
Wszystko mu się rozmywało. Twarze pielęgniarzy. Funkcjonariusz.
Rozmazani jak wodne farby w deszczu. To sen? Czy jawa?
Zakładali Oli na uszy słuchawki. Chcieli ją zmęczyć hałasem jakiegoś
ostrego metalowego rzężenia. Chciało się jej wyć. Chciała się rzucać.
Rwać więzy. Porozrywać ich wszystkich na strzępy. To światło tak paliło
ją przez skórę. Popieliło kości. Ta ciemność tak przygniatała. Dusiła.
Miażdżyła. Łamała kręgosłup.
- Podyktuj mi kody do kont, które ukradłaś Zeitsowi. Notes. Pamiętasz?
Chciał mu się rzucić do gardła. Dawny Aleksander. Sasza. Zamiast tego
poruszał ustami. Ale wszystko działo się jak w zwolnionym tempie. On też
był rozmazany przez narkotyki, którymi go szpikowali. Nie szkodzi. I tak
schował się w głębi czarnego słońca gniewu, które podpalał każdą chwilą
swojego cierpienia.
- W notesie Zeitsa były kody do gotówki na kontach. Podaj mi te kody i przestanę cię męczyć.
Kody. Tak. Ola je pamiętała. Sasza je odkrył i zapamiętał. Aleksander
wiedział, że to będzie jego polisa. Jej polisa na teraz. Nie dostaną ich
w ten sposób.
Uśmiechnęła się. Przed oczami obrazy tańczyły. Głos, który słyszała, też
krążył, jakby nie miał ciała. Zwielokrotniał się przez narkotyczne echo.
- Jest za bardzo naćpana. Nie kontaktuje - dolatywało z oddali.
- Kazał pan nam ją naćpać.
- Ale nie tak, żeby nic nie rozumiała. To warzywo.
- To co mamy zrobić? Nic jej nie dawać?
- Na razie się wstrzymajcie. Może to wystarczy i jak wytrzeźwieje, to
będzie współpracować.
- A światło i dźwięk?
- Kontynuujcie. Ma cierpieć.
Znowu katowali go tą kakofonią dźwięków. Jak można nazywać coś takiego
muzyką! Dawny Aleksander czuł, jak każda komórka jego ciała cierpi od
tych hałasów wwiercających się przez uszy w mózg. Przeszywało go to jak
porażenie prądem. Chronił się w głębi siebie. Na słońcu gniewu. Ale
marzył o swojej muzyce. Nucił sobie z pamięci Mozarta, Bacha,
Czajkowskiego... Na dnie siebie. Otoczony ostrymi dźwiękami, które były
jak stado wściekłych psów, które go rozszarpywały.
Nie wiedziała, jak długo tu jest. Nie pamiętała. Koszmarne światło
pomieszało jej zmysły. Dla Oli to była równie dobrze wieczność. Nawet
powracająca trzeźwość nie dała jej pewności, co jest snem, a co jawą.
- Słyszysz mnie?
Pokiwała lekko głową, nie patrząc na niego, tylko wciąż w sufit.
Siedział obok łóżka, pochylony w jej stronę. Wyprosił pielęgniarzy, ale
i tak wolał mówić ściszonym głosem.
- Chcemy tylko odzyskać kody do kont bankowych. Albo powiedz, gdzie jest
jego notes.
Aleksander, którym kiedyś była, uśmiechnął się zmęczonym uśmiechem.
- Spaliłam go.
- A kody?
- Pamiętam je.
- Podaj nam je i się dogadamy.
- Puścicie mnie wolno i zapomnimy o sobie?
- Dlaczego nie? Na pewno coś się wymyśli.
Sasza, który teraz był Olą, uśmiechnął się odruchowo, odsłaniając zęby.
Aż zabolało. Narkotyki musiały jeszcze krążyć we krwi, bo miał wrażenie,
że uśmiech przetnie mu głowę i góra odpadnie.
- Dogadamy się?
- Nie. Najpierw mnie stąd zabierzcie, a wtedy możemy się dogadywać.
- Nie ułatwiasz sprawy.
- Niczego wam nie będę ułatwiać. To ja mam dostęp do tych kont.
- Sobie też nie ułatwiasz - westchnął Konieczny i podniósł się z krzesła.
Wychodząc z izolatki, porucznik Konieczny wydał polecenie pielęgniarzom,
żeby ograniczyli psychotropy, ale nie dawali jej spokoju.
Rozdział 6
6
Gral i Robin siedzieli przed ogniskiem. Zima przechodziła w wiosnę, ale
w Bieszczadach niewiele to zmieniało. W nocy był mróz, a w dzień
największy upał to kilka stopni powyżej zera. Grube połacie śniegu
topniały niechętnie.
Ognisko, oprócz wciągającego widowiska płomieni, dawało też przyjemne
ciepło. Fiodor powolnymi, płynnymi ruchami, jakby uprawiał jakieś
tai-chi, kręcił dłońmi, ustawiając je do ogniska różnymi stronami.
Rozgrzewał je. Zza pleców dobiegł Graleckiego znajomy głos. Nie odwrócił
się. Robin także nie zareagował zapatrzony w ogień. Tak jakby niczego
nie usłyszeli.
- Niełatwo cię znaleźć.
Odgłos silnika samochodu już wcześniej uprzedził, że będą mieli gościa,
ale Gral miał to gdzieś.
- Może nie chcę, żeby mnie szukano - odpowiedział kwaśno.
- Nie masz nawet telefonu?
- Ale szef mnie znalazł, więc aż tak dobrze nie zniknąłem.
Paweł Warski, obecnie szef główny policji, przysiadł się na drewnianą
ławę, po lewej stronie Grala. Rozmasował dłonie i wyciągnął je do
ogniska. Przez chwilę patrzył w płomienie jak pozostali i nic nie mówił.
- Wiesz, co się dzieje?
- Wiosna idzie.
- A w kraju? Na świecie?
- Gada szef jak moja sprzedawczyni. Dla niej chcę być miły, ale panu
powiem wprost. Mam to w dupie.
- Naprawdę tu wytrzymujesz? Nie ciągnie cię do działania? Znam cię
lepiej, niż ci się wydaje, nie jesteś typem mnicha.
- Widocznie nie zna mnie szef aż tak dobrze - Fiodor skrzywił się. Ale
nie miał zamiaru przyznać, że został trafiony w czuły punkt. Nie miał
zamiaru przyznawać się też, że znalazł coś, co dawało mu zastrzyk
adrenaliny i poczucie misji.
- Twoja sprzedawczyni mówiła ci o tym? - powiedział po chwili Warski.
Pokazał Fiodorowi pierwszą stronę gazety, którą przyniósł.
Nie spojrzał. Odpowiedział, patrząc w ognisko.
- W poprzednim życiu miałem taką skarbonę w kształcie dupy, codziennie
wrzucałem do niej kasę za niekupione gazety, a raz w miesiącu za
abonament radiowo-telewizyjny. Naprawdę mam to, kurwa, w dupie.
Komendant Paweł Warski nie rezygnował. Wciąż trzymał gazetę, eksponując
pierwszą stronę. Fiodor krótko zerknął na nagłówek: DWAJ POLITYCY
ZJEDZENI.
- Cztery osoby trafiły do szpitala z zatruciem pokarmowym - wyjaśnił
starszy mężczyzna. - Okazało się, że to było ludzkie mięso. A później
okazało się, że to było mięso dwóch zaginionych posłów na sejm.
Gralecki już dawno tak szczerze się nie uśmiechnął.
- W sumie, jakby się zastanowić, to mnie też gdzieś tam to bawi -
powiedział z ociąganiem szef policji. - Ale nie bawi mnie chaos w kraju.
- Pieprz pan to.
- Słucham? - Paweł Warski zatrzepotał powiekami, bo jakby słyszał nie
Graleckiego.
- Szefie, kurwa, rzuć pan tę robotę, wyjedź na ryby, zajmij się wnukami,
po co się babrać w tym gównie?
- Po to, żeby to nie było gówno - Warski nie dał się sprowokować. - Nie
wiem, co masz na myśli. Świat? Ludzkość? Życie? Tak czy inaczej, ja coś
naprawię, ty coś naprawisz, inni coś naprawią... I jak to pomnożysz przez
cały świat, to nagle może być lepiej.
- Pierdolona propaganda - żachnął się Gralecki.
Nastąpiła chwila pauzy. Dwaj mężczyźni i pies patrzyli w hipnotyzujące
płomienie.
- Gdybym nie wiedział, że patrzę na ciebie, to powiedziałbym, że słyszę...
- zaczął szef policji.
- Nawet tego nie mów... - przerwał mu Gral.
- Dawniej nie rzucałeś tak mięchem.
Fiodor też czuł, że wpływają na niego wspomnienia o przyjacielu, który
zginął tragicznie tak niedawno. Wspomnienia wspólnych lat na służbie.
Wyrzuty sumienia i żal po jego stracie sprawiały, że czasami miał
wrażenie, iż Konrad jest w nim. Otwierał usta i słyszał, że to Konrad
przez niego przemawia. Nie wierzył w duchy ani opętanie. To po prostu
psychologia. Kto z kim przestaje, takim się staje.
- Albo ta cała wulgarność to znak, że jednak nie wszystko ci zwisa -
ciągnął Warski.
Gral nie miał zamiaru przyznać się, że jedno i drugie. Nie wszystko mu
zwisało i przekleństwa miały to pokryć. A przy okazji emocje
przywoływały wspomnienia nieżyjącego przyjaciela. Nie zamierzał jednak
wracać do miasta.
- Naprawdę mnie to nie obchodzi - wychrypiał przez ściśnięte gardło. - I dziwię się szczerze, że ludzie jeszcze ich wszystkich nie pozjadali.
Pieprzonych polityków. A później wyrzygali albo wysrali.
Paweł Warski westchnął ciężko.
- A ja chciałbym wiedzieć, kto za tym stoi.
- Jest pan komendantem policji, szefie. Ma pan najlepszych ludzi do
dyspozycji.
- Może. Ale nie wiem komu ufać. Na razie śledztwo dryfuje w stronę
umorzenia. Niby z braku dowodów. Ale ja wiem, że ktoś chce wyciszyć całą
tę aferę.
- Mnie nie można ufać - wyszeptał Gralecki.
- Wiem swoje.
- Powie to szef Amelii i Konradowi - cedził przez zaciśnięte zęby. - I wszystkim trupom, które zostawiłem za sobą.
- Teraz ja ci powiem - w głosie starszego policjanta pojawiła się złość.
- Nie pierdol jak użalająca się nad sobą pensjonariuszka. Potrzebuję
cię.
- Nie.
- Przemyśl to.
- Już to przemyślałem.
Dawny szef Fiodora podniósł się z ławy. Zanim zniknął w mroku, gdzie nie
sięgał blask ogniska, położył obok Grala dokumenty, które przywiózł. Po
chwili zawarczał silnik samochodu i słychać go było przez chwilę, zanim
ucichł w oddali.
Fiodor zerknął na papiery, które Warski zostawił. Nie wahał się. Wziął
je i wrzucił do ogniska. Spoglądający na opiekuna Robin szczeknął.
Popatrzyli sobie w oczy. Gral wzruszył ramionami i wrócił spojrzeniem do
tańczących płomieni.
KIEDYŚ - Aleksander
KIEDYŚ - Aleksander
Nienawidził ich. Całym sobą. Po prostu. To było jak przeszywający
przepływ energii. Olśnienie. Dobrze pamiętał ten moment, kiedy to sobie
uświadomił.
Jak to dzieci, był ciekawski i miał wyobraźnię. Zaczynała się jesień. On
skończył już dziewięć lat. Uważał się za dorosłego i sprytniejszego od
wszystkich dookoła. Postanowił sprawdzić, czy rodzice kupili już coś na
Boże Narodzenie. Od dwóch lat bawił się w ten sposób. Przeszukiwał
wszystkie możliwe kryjówki, gdzie rodzice mogli schować prezenty, i w ten sposób dużo wcześniej wiedział, co dostanie pod choinkę. Owszem,
psuło to trochę niespodziankę, ale pozwalało też na manipulacje i większe korzyści. Bo kiedy w zeszłym roku znalazł schowane klocki Lego i więcej nic, to przez miesiąc marudził, że chciałby dostać Resident
Evil na PlayStation.
Napisał list do Świętego Mikołaja, w którym z premedytacją zaznaczał,
żeby mu nie przynosił żadnych klocków Lego, których już trochę miał i mu
się znudziły. Że chce tylko Resident Evil i może mu nic innego nie
dawać.
Mamie i tacie też o tym ciągle przypominał. Dodawał przy tym, że chce
się uczyć języka angielskiego i to mu bardzo pomoże, bo w grze jest dużo
tekstu.
No i dopiął swego. Pod choinkę dostał i Lego, i grę. Rok później zrobił
podobnie i teraz też miał nadzieję na sukces. Nie wiedział, czy rodzice
czegoś się domyślili, czy nie, ale już rok temu prezenty były schowane
gdzie indziej. A teraz, mimo że sprawdził wszystkie znane miejsca,
niczego nie znalazł. Albo przejrzeli jego podstęp, albo jeszcze nic nie
kupili. Tak czy inaczej, Aleksander postanowił kontynuować śledztwo.
Poza wszystkim była to niezła zabawa. Jak gra detektywistyczna. Duży
dom. Mnóstwo zakamarków. A on nie miał już dzisiaj nic do roboty. Lekcje
odrobił zaraz po powrocie ze szkoły, miał więc jakieś dwie godziny,
zanim rodzice wrócą z pracy. Fiodor, jego starszy brat, gdzieś wybył.
Albo do jakiegoś kumpla, albo na randkę.
Aleksander nauczył się czytać między piątym a szóstym rokiem życia.
Wszyscy twierdzili, że jest ponadprzeciętnie inteligentny. Bo niewiele
dzieci uczy się tego przed pójściem do szkoły. A Aleksander w drugiej
klasie potrafił już czytać w dwóch językach. Po polsku i rosyjsku.
Dzięki fascynacji ojca kulturą rosyjską od roku cyrylica nie sprawiała
mu żadnego problemu.
Ojciec - profesor na uniwersytecie. Szef katedry rusycystyki. Honorowy
przewodniczący rosyjskiego ośrodka nauki i kultury. Naprawdę kochał
swoją pracę. Zaszczepiał w synach miłość do rosyjskiej kultury i języka.
Chłopcy nie protestowali. Nie znali się na polityce. W tym wieku też nie
studiowali zbyt wnikliwie historii stosunków między Polską a Rosją.
Oczywiście Dostojewski czy Tołstoj byli zbyt trudni dla dzieci. Ale
rosyjskie bajki i literatura dziecięca miały swój urok, który szczerze
polubili.
Aleksander ponadto polubił rosyjską muzykę. Zwłaszcza poważną.
Czajkowskiego. Prokofiewa. Przecież Kopciuszek to w sumie bajka. A w wersji muzycznej bardzo dobrze działał na wyobraźnię młodego chłopca.
Aleksander odgrywał sobie w głowie różne filmy inspirowane tą
kompozycją. Najpierw próbował dopasować muzykę Prokofiewa do fabuły z bajki. Ale później go to znudziło. Bo ileż razy można powtarzać sobie w głowie Kopciuszka. Zaczął wymyślać własne bajki. Najczęściej mieszał
wątki tych, które znał. Kopciuszek w jego wyobraźni łączył się z Czerwonym Kapturkiem. Bo dobra wróżka tak naprawdę była wilkiem i na
końcu zjadała Kopciuszka. Albo Śpiącą Królewnę połączył z legendą o królu Popielu. Kiedy królewicz dotarł do królewny, żeby pocałunkiem
obudzić ją ze snu, okazało się, że z królewny został tylko sam szkielet,
bo szczury obgryzły królewnę do kości. Książę myślał, że magia pocałunku
wszystko odczaruje, ale obudził się szkielet. I jak żywy trup gonił
przerażonego księcia aż do końca jego życia.
Fiodor nie słuchał takiej muzyki. Wolał jakieś rockowe kawałki. Może to
była taka faza nastolatka.
Aleksander szukał prezentów. Stracił już na to godzinę. Zajrzał we
wszystkie stare miejsca i próbował odkryć nowe skrytki, gdzie rodzice
mogli przechowywać to, co kupili. Nic. Czuł się tym już nawet trochę
zmęczony i sfrustrowany. Postanowił sprawdzić jeszcze miejsce, które
było trochę zakazane. Gabinet ojca.
Dzieciom nie wolno było tam wchodzić. Chyba że w obecności taty. A kiedy
go nie było, drzwi były zamknięte. Aleksander wiedział, gdzie jest
zapasowy klucz. Był wśród wielu innych kluczy w szufladzie w piwnicy.
Tata kiedyś zgubił wszystkie klucze i wtedy skorzystał z tych
zapasowych. Później dorobił następne i znowu je tam schował. Nie chronił
się przecież przed złodziejami. Po prostu chciał utrudnić dzieciom
buszowanie po swoim gabinecie. Ale to bardziej był sygnał, że nie wolno
tam wchodzić niż taka bardzo poważna przeszkoda.
Aleksander nie wiedział, który to dokładnie klucz, ale przyjrzał się
zamkowi i wytypował tylko te, które pasowałyby do takiego kształtu
dziurki. Były trzy. I jeden z nich faktycznie otworzył drzwi.
Musiał się wyrobić w pół godziny, bo nie chciał zostać przyłapany. Nie
spodziewał się jakiejś szczególnej kary, ale na pewno byłoby
nieprzyjemnie i jeszcze przez wiele dni czułby pretensję w zachowaniu
rodziców, że zawiódł ich zaufanie. Nie chciał tego. Ale potrzebował
nawet mniej czasu, niż miał, żeby zajrzeć we wszystkie miejsca w gabinecie, gdzie mogłyby być schowane świąteczne prezenty.
Już po kwadransie wiedział, że w gabinecie ojca rodzice niczego nie
ukryli. Ale... kiedy przeszukiwał biurko, coś przyciągnęło jego uwagę. Na
teczce z dokumentami było napisane jego imię. Aleksander.
Nie interesował się wcześniej tym, jak pojawił się na świecie. Owszem,
przeszedł typowe dla dzieci zainteresowanie "Mamo, tato, skąd się biorą
dzieci?", "Jak ja się urodziłem?" i tak dalej. Ale dostał odpowiedź,
która zaspokoiła dziecięcą ciekawość i przestał o to pytać: "Rodzicie
się kochali i dlatego się pojawiłeś na świecie", "Mama nosiła cię w brzuszku, a po dziewięciu miesiącach wyszedłeś stamtąd".
Wiedział, że jego brat był poważnie chory. Od urodzenia. Przez
pierwszych pięć lat jego życia nie było wiadomo, czy przeżyje. Mama do
dzisiaj miała problemy ze snem i brała pigułki nasenne. Nie rozumiał za
bardzo, co to znaczy dla rodziców mieć umierające, śmiertelnie chore
dziecko, ale pewne informacje docierały do niego fragmentami rozmów i zapadały mu w podświadomość. Z tego ułożyła się jakaś wiedza na temat
tego, co działo się, zanim się urodził.
Czyli choroba Fiodora i kłopoty finansowe, bo jego kuracje były bardzo
drogie. Dopiero teraz, prawie dziesięć lat po tym, jak Fiodor
wyzdrowiał, rodzina była stabilna finansowo i mogła sobie pozwolić na
więcej niż kiedyś. Nie pamiętał pierwszych lat życia. Ale podobno było
ciężko. Małe mieszkanie. Pożyczki. Dopiero od kilku lat mieszkali w tym
domu.
Aleksander wiedział też coś o tym, że wyzdrowienie Fiodora miało związek
z nim. Z młodszym bratem. To były przebłyski wspomnień z wczesnego
dzieciństwa. Radość, której był centrum. Rodzice, którzy uśmiechali się
do niego. Na urodziny wielki tort i rozmowy, które mgliście pamiętał.
Podziękowania od brata, który nazywał Aleksandra swoim bohaterem.
Rodzice powtarzający, że dzięki niemu stał się cud, że to on jest
sprawcą tego cudu. Coś takiego pamiętał. Ale od wielu lat już tego nie
słyszał. Życie toczyło się spokojnie. Każdy zajmował się swoimi
sprawami. Na urodziny był tort i życzenia, ale to normalne.
Aleksander otworzył teczkę ze swoim imieniem i zaczął ją przeglądać.
Było tam dużo papierów. Dokumenty były pisane po polsku, ale też
cyrylicą po rosyjsku. Wielu terminów medycznych nie rozumiał. Zapisał
sobie je, żeby sprawdzić w bibliotece. A może najpierw zajrzy do
kawiarenki internetowej i tam sprawdzi w sieci.
Zapamiętał jednak to, co najważniejsze. Teczka dotyczyła choroby jego
brata Fiodora i tego, jak Aleksander znalazł się na świecie. Został
urodzony po to, żeby być lekarstwem dla brata. Mama go urodziła, tak,
ale nie dlatego, że mama i tata się kochali i on się po prostu pojawił.
Stworzono go w laboratorium i tam włożono do brzucha mamy. Stworzono go
dlatego, żeby mógł być lekarstwem dla brata. Gdyby nim nie był, toby się
nie urodził. Taka była cała prawda.
Najpierw Aleksandrowi było smutno. Ale tylko przez chwilę. Bo zaraz
poczuł czystą nienawiść. Jakby fala ożywczego chłodu przeszyła całe jego
ciało. A nawet głębiej. Jego duszę.
Mimo szoku, jaki przeżył, był zadziwiająco spokojny. Postanowił, że nie
da po sobie poznać, że odkrył prawdę. Nie będzie dopytywał o nic.
Najważniejsze zrozumiał. A resztę przeczyta w encyklopedii albo wyszuka
w internecie. Odłożył wszystkie dokumenty, tak jak były, na miejsce.
Rozejrzał się, czy został w gabinecie po nim jakiś ślad obecności. Kiedy
upewnił się, że nie, zamknął drzwi i odniósł klucze do piwnicy.
Cały jego dziecięcy świat zawalił się w jednej chwili. Wszystko, co
myślał, co czuł, to, jak widział rzeczywistość, było kłamstwem.
Aleksander zmienił się też w jednej chwili. Nie pozwolił sobie na
smutek. Poczuł gniew. Całkiem spokojny i zimny gniew. Znienawidził ich
wszystkich i postanowił zabić.
Rozdział 7
7
Zaczepiła go, kiedy wysiadał z auta przed sklepem U Zosi. Akurat
wychodziła z zakupami. Ładna kobieta. Zauważył ją już wcześniej. Przez
te prawie pół roku, jak tu mieszkał, zapamiętał wiele twarzy z wioski.
Brunetka. Bardzo kobieca. Ale pod jej ponętnymi kształtami czuł siłę.
Piękna twarz wojowniczki z ciemnymi oczami. Nie każdemu może takie
kobiety się podobały, ale Gralowi wpadła w oko. Kiedy pierwszy raz ją
zobaczył, pomyślał, że taka w stylu Xeny. Za dzieciaka nie miał jeszcze
awersji do telewizji, więc zapamiętał wojowniczą księżniczkę i tak mu
się skojarzyła ta kobieta.
- Wiem, że to ty.
- Słucham? - zaskoczyła go i naprawdę nie wiedział, o co jej chodzi.
Byli sami na małym parkingu wyznaczonym na chodniku, ale i tak mówiła
ściszonym głosem, jakby jeszcze dodatkowo chciała się upewnić, że nikt
ich nie usłyszy.
- Ty jesteś tym Nocnym Sprawiedliwym.
- Nie wiem, o czym mówisz - odwrócił się od niej, żeby nie widziała
zmieszania na jego twarzy. Udawał, że szuka czegoś w samochodzie.
- Ja cię tak nazywam, ale różnie ludzie mówią. Cień. Mroczny Janosik.
Mściciel... - czekała na jego reakcję. - A faceci inaczej cię nazywają.
Przynajmniej ci, których pobiłeś. I ich kumple. Bo porządne chłopy też
są w tej okolicy i oni wiedzą, że sprawiedliwości stało się zadość.
- Z kimś mnie pani myli - Gral chciał ominąć kobietę, ale chwyciła go
nadspodziewanie mocno za ramię.
- Myślałeś, że nikt się nie domyśli?
Westchnął głęboko. Nic nie powiedział, tylko zaczął się jej przyglądać
badawczym wzrokiem. Ona też go obserwowała. Ale z kamiennej twarzy
Graleckiego nie dało się wyczytać ani zaprzeczenia, ani potwierdzenia
tego, co insynuowała.
- Nie jesteśmy aż tacy głupi, jak się mówi o wieśniakach. Znamy się
tutaj wszyscy. Tylko ktoś obcy może robić takie rzeczy. Ludzie gadają.
Co sobie myślałeś?
Zaklął w duchu. Miała rację.
- Nikt nie ma pewności. Ale mało jest obcych w okolicy - wierciła go
intensywnym spojrzeniem. - Swój by się nie upilnował. Swojemu nawet by
nic takiego do głowy nie strzeliło.
Odetchnął głęboko.
- Naprawdę nie wiem, o czym pani mówi - musiał kłamać. Przecież nie mógł
się przyznać.
Ale w jej wzroku wyczytał, że ona wie, iż kłamie. Pokiwała głową, że
przyjęła do wiadomości, ale mówiła dalej:
- W sąsiedniej wsi jest taki jeden gnój, katuje żonę i córki. Nikt nie
kiwnie palcem. Tłumaczy to sobie, że żona mu syna nie urodziła. Obwinia
ją i bije. Nikt niczego mu nigdy nie udowodnił, ale chodzą słuchy, że
gwałci też córki.
- To nie moja sprawa - uśmiechnął się najlepiej, jak potrafił.
- Ale na wszelki wypadek mówię ci. Gdyby jednak to była twoja sprawa.
- Dlaczego sama pani czegoś nie zrobi? - postanowił obronić się przez
atak. - Wie pani, że dzieją się tam straszne rzeczy, a zaczepia pani
obcych? Nie pójdzie pani na policję? Nie potraficie sobie z tym wspólnie
tutaj poradzić? Co z was za ludzie?
- Łatwo jest oceniać - zmarszczyła brwi, a jej oczy się zwęziły.
Zmierzyli się spojrzeniami. Oba były twarde i stanowcze. Oczy im
błyszczały. Pełne rosnącej pasji. Jakby za chwilę mieli wybuchnąć i zacząć na siebie wrzeszczeć.
- Ja sobie ze swoim chłopem radzę - góralka przerwała ciszę. - Nie
podskoczy, bo sobie nie pozwolę - zadarła hardo głowę, odrzuciła długie
ciemne włosy na plecy. - Ale nie każda kobieta tutaj taka jest. Co, nie
wiesz?
- Co mam wiedzieć? - zapytał, patrząc spod byka.
- Wychowanie... tradycja... Kościół...
- Tak... cnoty niewieście - wycedził przez zagryzione zęby.
- Ludzie się tutaj nie mieszają. Zamykają drzwi od chałupy i mają
gdzieś, co się dzieje gdzie indziej.
- Ale jak trzeba zobaczyć u sąsiada nowy samochód albo lepsze ubranie,
to nagle już ludzie nie mają gdzieś, co się dzieje za miedzą.
- A w mieście jest inaczej?
- Raczej nie.
- No właśnie.
- Marczuchy.
- Co?
- Ta wieś. Pięć kilometrów stąd. Piąta chałupa po lewej, jak się stąd
wjeżdża. Śmigiele. Rodzina Śmigielów.
- To pomyłka.
Pokiwała głową. Niby jakby przyznawała mu rację. Ale on wiedział, że ona
wie. Rozumiała jednak, że Gral nie może wprost okazać zainteresowania
ani się przyznać. Kobieta zrobiła swoje, powiedziała, co miała do
powiedzenia, odwróciła się i odeszła. Pewnym i silnym krokiem,
niepozbawionym jednak kobiecego wdzięku.
Fiodor patrzył za nią. Myślał chwilę, po czym skierował się do sklepu po
niezbędne zakupy.
Rozdział 8
8
Przenieśli ją do innego pomieszczenia. Takiego, o jakim się tradycyjnie
myśli, kiedy jest wzmianka o szpitalu psychiatrycznym. Pokój bez klamki
w drzwiach, wyłożony wszędzie miękkimi obiciami. Nie było tutaj łóżka
ani żadnego mebla. Nie wiązali jej więc. Ale przestali wyłączać światła
nawet na chwilę. A lampy tutaj były dużo mocniejsze niż w izolatce,
gdzie spędziła nie wiadomo ile czasu.
Ograniczyli jej jedzenie. Dostawała teraz tylko jeden posiłek dziennie.
Nędzne żarcie jak dla psa.
Z głośników zamontowanych w suficie nieustannie katowali ją kakofonią
elektronicznego łomotu i znaną jej już wcześniej metalową muzyką. Nie
pozwalali jej spać. Kiedy tylko wykazywała objawy senności, wyciągali ją
z pokoju i prowadzili pod prysznice, gdzie dręczyli ją lodowatymi
strugami wody ze szlaucha. Zawsze byli dwaj. Rechotali, kiedy zwijała
się z zimna i drżała przemarznięta. I wciąż ją polewali. Silnym
strumieniem. A kiedy miała dość, znowu wlekli ją do białego pokoju bez
klamek.
Nienawidziła ich. Na chłodno. Lodowato, jak woda, którą ją polewali.
Kuliła się. Działały odruchy ciała. Ale psychicznie się kontrolowała.
Aleksander, który teraz był Olą, nabierał dystansu do wszystkiego,
chowając się w sercu czarnego gniewu. Tam zawsze grała muzyka, która go
uspokajała. Haendel, Mesjasz... Odpoczywał w tej muzyce w głębi siebie.
I obmyślał plan. Jak się stąd wyrwać. Jak zemścić się na oprawcach.
Zamiast otępiających leków zaczęli podawać jej substancje pobudzające.
Żeby nie zasnęła. Kiedy padała z wycieńczenia, cucili ją. Wstawili do
pokoju krzesło i ją do niego przywiązali. Ale pomimo ostrego światła i urywających uszy dźwięków, które ryczały z głośnika, w końcu i tak
zaczęła opadać jej głowa. Natura upominała się o sen. Wtedy znowu brali
ją pod zimny prysznic i długo dygotała z zimna po powrocie do pokoju. W przemoczonej bieliźnie. Bo pozbawili ją reszty ubrania. Miała tylko
majtki i stanik. Zero seksu. A jednak Ola zauważyła, że jeden z pielęgniarzy gapi się na nią lubieżnie.
Taki obrzydliwy, ciastowaty gość. Wiecznie spocony. Z okrągłą twarzą. Na
czubku głowy rysowała się mu już łysina. Może dlatego, żeby bilans
owłosienia był prawidłowy, zapuścił wąsy. Kompletnie wieśniackie. Miękki
facet. Żaden mięśniak. Silny był tylko we dwóch, z kolegą. I tylko wobec
słabszych. Zdaje się, że wołali na niego Andrzej.
- My mamy czas - Konieczny uśmiechnął się do niej zimno.
- Ja też. Całą wieczność.
- Chcesz tu umrzeć?
- Nie odważycie się - mimo że nie podawali jej narkotyków, słaniała się.
Kiedy się uśmiechnęła, jej uśmiech wędrował razem z głową w niemym
tańcu. Niekontrolowanym. Takim, jaki ciało wykonuje, kiedy jest totalnie
zmęczone i nie może zostać w miejscu. Ponieważ przywiązali ją do
krzesła, tylko głowa się poruszała. Opadała. Podnosiła. Kręciła na różne
strony.
Konieczny przechadzał się dookoła krzesła.
- Nie odważycie się - powtórzyła. - Za bardzo wam zależy.
- Nie bądź taka pewna czy pewny... Kurwa, nie wiem, jak mam się do ciebie
zwracać.
- Jak do damy.
- Moi przełożeni są już bogaci. Owszem, utrata tego kapitału nie jest
dla nich przyjemna. Ale są też mściwi. Poradzą sobie bez tych pieniędzy,
ale nie darują komuś, kto im je odebrał.
- Zaryzykuję. Bo nic wam nie powiem bez pewności, że odjadę bez kłopotów
w siną dal.
- Masz moje słowo
Gdyby Aleksander, który był Olą, nie był aż tak zmęczony, parsknąłby
śmiechem.
- Nie traktuj mnie jak małej dziewczynki. Jestem już dojrzałą kobietą -
dawny Aleksander uśmiechnął się i rozłożył lubieżnie nogi. - Chcesz
spróbować? - oblizała wargi.
Zauważyła, że pielęgniarz Andrzej przygląda się jej przez szklane
okienko za drzwiami. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnęła się
szerzej i potrząśnięciem głowy zarzuciła włosy. Uciekł natychmiast z pola widzenia.
Porucznik ABW już kierował się do wyjścia.
- Jedziecie z nią dalej - rzucił do pielęgniarzy, którzy pojawili się w otwartych drzwiach.
- Ej... tylko nie złam mi serca. Jestem wrażliwą kobietą i może pęknąć -
powiedziała Ola, która kiedyś była Aleksandrem. - Wiesz, jak
przesadzicie i mnie zabijecie, to zabiorę tajemnicę ze sobą.
Została sama. Wycieńczona poza granice wytrzymałości. Ale nic od niej
nie zależało. Na nic nie miała wpływu. Po prostu musiała się poddać
bezwładnie temu, co z nią robili. Dopóki nie przesadzą i umrze albo jej
plan się nie powiedzie.