Miesiąc z komisarzem Montalbano - Andrea Camilleri

Kup ebooka

34.00 zł
27.20 zł (20,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W wy­da­niu pa­pie­ro­wym do­stępne są na­stę­pu­jące książkiz cy­klu o ko­mi­sa­rzu Mon­tal­bano:

SKRZY­DŁA SFINKSA

2013

ŚLAD NA PIA­SKU

2013

POLE GARN­CA­RZA

2014

WIEK WĄT­PLI­WO­ŚCI

2015

ŚMIERĆ NA OTWAR­TYM MO­RZU

2016

TA­NIEC MEWY

2017

UŚMIECH AN­GE­LIKI

2020

ŚWIETLNE OSTRZE

2021

KSZTAŁT WODY

2007 / 2021

PIES Z TE­RA­KOTY

2022

GŁOSY NOCY

2022

ZŁO­DZIEJ KA­NA­PEK

2023

GNIAZDO ŻMIJ

2023

MO­RZE BŁOTA

2024

GŁOS SKRZY­PIEC

2024

PIERW­SZE ŚLEDZ­TWO MON­TAL­BANA

2024

MIE­SIĄC Z KO­MI­SA­RZEM MON­TAL­BANO

2025

PO­MA­RAŃCZKI KO­MI­SA­RZA MON­TAL­BANO

2025

Za­równo te, jak i po­zo­stałe ty­tuły z se­rii,do­stępne są w for­mie e-bo­oków na noir.pl

List ano­ni­mowy

An­ni­bale Ver­ruso wy­krył, że jego żona za­daje się z in­nymi, więc jej grozi, że za­płaci mu za to ży­ciem. Jak coś się sta­nie, zwalą to na was!

Ten list ano­ni­mowy, na­pi­sany czar­nym dłu­go­pi­sem, du­żymi li­te­rami, zo­stał wy­słany z Mon­te­lusy pod ad­re­sem ko­mi­sa­riatu po­li­cji w Vi­ga­cie. In­spek­tor Fa­zio, któ­rego za­da­niem było roz­dzie­la­nie przy­cho­dzą­cej poczty, prze­czy­tał ano­nim i od razu pod­su­nął go swemu prze­ło­żo­nemu, ko­mi­sa­rzowi Sa­lvo Mon­tal­bano. A po­nie­waż tego dnia od sa­mego rana wiał li­bec­cio, ko­mi­sarz był w pod­łym na­stroju, zły na sie­bie i cały boży świat.

- Kto to taki ten pie­przony Ver­ruso?

- Nie wiem, nie znam go, pa­nie ko­mi­sa­rzu.

- To się do­wiedz. A po­tem mi po­wiesz.

Dwie go­dziny póź­niej Fa­zio sta­wił się przed ko­mi­sa­rzem i w od­po­wie­dzi na jego py­ta­jące spoj­rze­nie wy­re­cy­to­wał, co wie­dział.

- Ver­ruso An­ni­bale, syn Carla i Fi­lo­meny z domu Ca­stelli, uro­dzony trze­ciego czerwca ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­tego roku w Mon­ta­perto, za­trud­niony w spół­dzielni rol­ni­czej w Mon­te­lu­sie, ale za­miesz­kały w Vi­ga­cie przy ulicy Al­cide De Ga­speri nu­mer dwa­dzie­ścia dwa...

Gruba książka te­le­fo­niczna Pa­lermo i pro­win­cji, przy­pad­kiem le­żąca na biurku ko­mi­sa­rza, ze­rwała się do lotu, prze­fru­nęła przez cały po­kój i tra­fiła w prze­ciw­le­głą ścianę, zrzu­ca­jąc ozdobny ka­len­darz, któ­rym uprzej­mie ob­da­ro­wała ko­mi­sa­riat cu­kier­nia "Pan­tano & Tor­re­grossa". Fa­zio cier­piał na dziwną ma­nię, którą ko­mi­sarz na­zy­wał kul­tem urzędu stanu cy­wil­nego i którą ciężko zno­sił na­wet przy naj­lep­szej po­go­dzie, a cóż do­piero ta­kiego dnia, kiedy od rana wieje cie­pły wiatr z Li­bii.

- Nie musi się pan na mnie zło­ścić - po­wie­dział Fa­zio, pod­no­sząc książkę z po­sadzki. - Od tej chwili będę tylko od­po­wia­dał, pro­szę py­tać.

- Co to za typ?

- Nie­ka­rany.

Mon­tal­bano znowu się­gnął ostrze­gaw­czo po książkę.

- Fa­zio, po­wta­rza­łem ci setki razy: nie­ka­rany to nic nie zna­czy, nic a nic. Py­tam raz jesz­cze: co to za typ?

- Po­dobno spo­kojny. Mało mówi, mało z kim trzyma.

- Gra? Pije? Lata za ko­bie­tami?

- Nic ta­kiego.

- Od dawna żo­naty?

- Od pię­ciu lat. Wziął so­bie tu­tej­szą, Se­renę Pe­ri­tore. Jest od niego o pięć lat młod­sza. Piękna ko­bieta, jak mó­wią.

- Zdra­dza go?

- Kto wie...

- Tak czy nie? Przy­pra­wia mu rogi?

- Może mu przy­pra­wia. Ale robi to tak, że nikt się tego nie do­my­śla. Jedni mó­wią, że na pewno go zdra­dza, dru­dzy, że na pewno nie.

- Mają dzieci?

- Nie mają. Chyba ona nie chce mieć dzieci.

Ko­mi­sarz po­pa­trzył na Fa­zia z po­dzi­wem.

- Gdzieś ty zdo­był tyle plo­tek?

- U fry­zjera - od­po­wie­dział in­spek­tor, prze­cią­ga­jąc dło­nią po świeżo ostrzy­żo­nym karku.

Więc za­kład fry­zjer­ski w Vi­ga­cie był czymś ta­kim jak sa­lon to­wa­rzy­ski w daw­nych cza­sach.

- Co z tym ro­bimy? - spy­tał Fa­zio.

- Po­cze­kamy, aż ją wy­koń­czy. A po­tem się zo­ba­czy - zmro­ził go Mon­tal­bano. Mó­wił, jakby wcale nie żar­to­wał.

Po­trak­to­wał Fa­zia opry­skli­wie, mimo to ano­nim go za­in­try­go­wał.

Co prawda, od­kąd ob­jął po­ste­ru­nek w Vi­ga­cie, nie do­szło tu ani razu do za­bój­stwa zwa­nego ho­no­ro­wym, ale coś mu mó­wiło, że ta sprawa z li­stem nie jest czy­sta. Po­wie­dział Fa­ziowi, żeby Ver­ruso za­bi­jał so­bie żonę, jak chce i kiedy chce, jed­nak źle się wy­ra­ził. Ver­ruso wcale nie za­mie­rzał za­bi­jać żony. W li­ście było na­pi­sane, że żona "za­płaci mu ży­ciem", co przy­pusz­czal­nie zna­czy, że chciał so­bie wy­na­jąć ko­goś, kto by oczy­ścił jego spla­miony ho­nor. A czy kie­dy­kol­wiek tak się dzieje? Po pierw­sze, mąż, do któ­rego do­cho­dzą po­gło­ski o zdra­dzie żony, sam się bie­rze do ro­boty. Wy­pa­truje, spraw­dza, za­czaja się, strzela, a wszystko to robi oso­bi­ście. Nie strzela, do­póki się nie upewni, a tym bar­dziej nie wy­naj­muje so­bie do po­mocy ko­goś ob­cego, chcąc czym prę­dzej po­zbyć się kło­potu. Kim taki obcy miałby w tym przy­padku być? Nikt z przy­ja­ciół nie pod­jąłby się cze­goś ta­kiego. Miałby so­bie Ver­ruso po­szu­kać mor­dercy? W Vi­ga­cie? Wolne żarty. Na­tu­ral­nie nie brak tu płat­nych mor­der­ców, ale tacy nie ry­zy­kują prac zle­co­nych, bo mają stałe po­sady i skru­pu­lat­nie pła­cone pen­sje. A po dru­gie, kto na­pi­sał ten list? Pani Se­rena, żeby za­pew­nić so­bie po­moc po­li­cji? Gdyby po­dej­rze­wała, że mąż prę­dzej czy póź­niej ze­chce ją sprząt­nąć, nie tra­ci­łaby czasu na ano­ni­mowe li­sty. Li­czy­łaby na po­moc ojca, matki, pro­bosz­cza, bi­skupa, kar­dy­nała albo ukar­to­wa­łaby ucieczkę z ko­chan­kiem i nikt by ich tu wię­cej nie oglą­dał.

Jak­kol­wiek by do sprawy pod­cho­dzić, nie wy­glą­dała ja­sno.

Ko­mi­sa­rzowi coś za­świ­tało w gło­wie. A nuż ten ża­ło­sny mąż po­znał w spół­dzielni klienta bez skru­pu­łów, który w pierw­szym od­ru­chu pod­jął się zle­co­nego za­da­nia, lecz po­tem ude­rzył się w pierś i za­miast za­bić, na­pi­sał ten ano­ni­mowy list, żeby wy­łgać się od obiet­nicy.

Nie zwle­ka­jąc, Mon­tal­bano za­te­le­fo­no­wał do spół­dzielni rol­ni­czej w Mon­te­lu­sie. Uciekł się do swo­jej sta­rej sztuczki, już wiele razy wy­pró­bo­wa­nej w urzę­dach pu­blicz­nych.

- Halo? Kto mówi? - spy­tał głos w Mon­te­lu­sie.

- Pro­szę mnie po­łą­czyć z dy­rek­to­rem.

- Ale kto mówi?

- Boże święty! - krzyk­nął ko­mi­sarz, aż ogłu­szyło go echo od­bite od słu­chawki. - Co to jest, że ni­gdy nie roz­po­zna­je­cie mnie po gło­sie? Mówi pre­zes. Zro­zu­miał pan?

- Tak, pa­nie pre­ze­sie - od­po­wie­dział wy­stra­szony urzęd­nik.

Mi­nęło pięć se­kund.

- Do usług, pa­nie pre­ze­sie - ode­zwał się dy­rek­tor uni­żo­nym to­nem, oczy­wi­ście nie ośmie­la­jąc się spy­tać, z ja­kim pre­ze­sem ma do czy­nie­nia.

- Je­stem obu­rzony, dy­rek­to­rze! Dziwi mnie wa­sze nie­od­po­wie­dzialne za­nie­dba­nie! - oświad­czył Mon­tal­bano, strze­la­jąc na oślep, a mimo to ma­jąc pew­ność, że nie chy­bił. Prze­cież w każ­dym urzę­dzie za­le­gają ja­kieś nie­za­ła­twione na czas sprawy, czemu więc nie mia­łoby być ta­kich "nie­do­koń­czo­nych" spraw tu­taj?

- Pa­nie pre­ze­sie, wy­ba­czy pan, ale chyba nie zro­zu­mia­łem.

- Nie zro­zu­miał pan? A kar­to­teki oso­bowe? Nie mógł się pan do­my­ślić?

Mon­tal­bano wy­obra­ził so­bie osłu­piałą twarz dy­rek­tora i jego zlane po­tem czoło.

- Cze­kam na te kar­to­teki po­nad mie­siąc! - oświad­czył "pre­zes" i bez­li­to­śnie cią­gnął da­lej: - Chcę o was wie­dzieć wszystko! O każ­dym z was! Lata służby, sto­pień, funk­cja, roz­li­cze­nia po­dat­kowe, wszystko! Nie może się po­wtó­rzyć sprawa Sciar­retty, mowy nie ma!

- Mowy nie ma - po­twier­dził sta­now­czo dy­rek­tor, który na pewno nie mógł wie­dzieć, kim jest Sciar­retta. Nie wie­dział tego także ko­mi­sarz, który bez na­my­słu wy­mie­nił pierw­sze z brzegu na­zwi­sko.

- A co pan po­wie o An­ni­bale Ter­ruso?

- Ver­ruso, pa­nie pre­ze­sie, Ver­ruso przez "V".

- Nie­ważne przez co. Wie pan, o kogo cho­dzi. Są na niego skargi, tyle mam panu do po­wie­dze­nia. Po­nadto lubi cho­dzić na...

- Oszczer­stwa! Przy­kre po­mó­wie­nia! - prze­rwał mu z nie­spo­dzie­waną od­wagą dy­rek­tor. - An­ni­bale Ver­ruso jest wzo­ro­wym pra­cow­ni­kiem! Żeby wszy­scy byli tacy jak on! Zaj­muje się we­wnętrzną księ­go­wo­ścią, nie ma stycz­no­ści z ta­kim śro­do­wi­skiem.

- Zo­stawmy to - za­rzą­dził wład­czo pre­zes. - Cze­kam na kar­to­teki. Ma pan na to dwa­dzie­ścia cztery go­dziny.

Mon­tal­bano odło­żył słu­chawkę. Skoro dy­rek­tor spół­dzielni broni jak lew swo­jego pra­cow­nika, to pew­nie An­ni­bale Ver­ruso istot­nie nie jest z tych, co so­bie lekką ręką wy­naj­mują płat­nego mor­dercę.

We­zwał Fa­zia.

- Po­słu­chaj, Fa­zio. Idę na obiad. Do ko­mi­sa­riatu wrócę koło czwar­tej. Masz mi do tego czasu do­wie­dzieć się wszyst­kiego o ro­dzi­nie Ver­ruso. Od pra­dziadka po­czy­na­jąc aż po siódme przy­szłe po­ko­le­nie.

- Gdzież ja się tego do­wiem?

- U dru­giego fry­zjera.

Ko­rze­nie drzewa ge­ne­alo­gicz­nego ro­dziny Ver­ruso tkwiły w ziemi so­lid­nie użyź­nio­nej sza­cun­kiem oraz licz­nymi cno­tami, pry­wat­nymi i pu­blicz­nymi: wuj księ­go­wego, An­ni­bale, był puł­kow­ni­kiem ka­ra­bi­nie­rów, inny wuj, także puł­kow­nik, do­wo­dził po­li­cją fi­nan­sową, a nie­mal o świę­tość otarł się brat pra­dziadka, be­ne­dyk­tyn, któ­rego pro­ces be­aty­fi­ka­cyjny już się to­czył. Trudno by było do­szu­kać się skry­to­bójcy w li­sto­wiu tego drzewa.

- Ktoś z was zna nie­ja­kiego An­ni­bale Ver­ruso? - spy­tał ko­mi­sarz swo­ich agen­tów, zgro­ma­dziw­szy ich u sie­bie w ga­bi­ne­cie.

- Tego ze spół­dzielni w Mon­te­lu­sie? - upew­nił się Ger­mana, jakby nie­je­den Ver­ruso mógł mieć na imię An­ni­bale.

- Tak, tego.

- Tro­chę go znam.

- I co po­wiesz? Jak wy­gląda?

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, nic prost­szego, żeby pan sam zo­ba­czył. Ju­tro nie­dziela, w po­łu­dnie pój­dzie do ko­ścioła, z żoną pod rękę.

- Idą - po­wie­dział Ger­mana za pięć dwu­na­sta, kiedy dzwony koń­czyły bić na mszę.

Zgod­nie z me­tryką An­ni­bale Ver­ruso po­wi­nien mieć trzy­dzie­ści sześć lat, ale spra­wiał wra­że­nie za­dba­nego pięć­dzie­się­cio­latka. Był nie­wy­soki, miał wy­raźny brzu­szek, ły­sinę, która oszczę­dziła tylko naj­niż­sze par­tie wło­sów, małe ręce i małe nogi, oku­lary w zło­tej opra­wie i ogólny wy­gląd czło­wieka przy­gnę­bio­nego.

"Chyba jest kropka w kropkę jak brat pra­dziadka, ten przy­szły bło­go­sła­wiony be­ne­dyk­tyn" - po­my­ślał Mon­tal­bano. Przede wszyst­kim jed­nak za­wie­wało od An­ni­bale Ver­ruso po­czciwą głu­potą. "Wy­strze­gaj się jak ognia cier­pli­wych ro­ga­czy" - mówi mą­drość lu­dowa. Kiedy cier­pliwy ro­gacz traci cier­pli­wość, staje się praw­dzi­wie nie­bez­pieczny, jest go­tów na wszystko. Może to ten przy­pa­dek? Nie­moż­liwe! Bo kiedy taki traci cier­pli­wość, dzieje się to na­gle, nie ob­my­śla so­bie wcze­śniej, czy ma już cier­pli­wość stra­cić, czy jesz­cze nie. Z tre­ści ano­nimu wy­ni­ka­łoby na­to­miast, że jed­nak ob­my­śla.

Co do żony Ver­rusa, pani Se­reny z domu Pe­ri­tore, Mon­tal­bano nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści, co to za typ. Przy­pra­wiała mę­żowi rogi, za­da­wała się z in­nymi, kiedy tylko przy­cho­dziła jej na to ochota. To było w niej: w spo­so­bie krę­ce­nia tył­kiem, w ge­ście, któ­rym po­pra­wiała dłu­gie czarne włosy, a zwłasz­cza w tym na­głym spoj­rze­niu, ja­kim ob­rzu­ciła ko­mi­sa­rza, kiedy zo­rien­to­wała się, że ją ob­ser­wuje, w tych zie­lo­nych oczach, które mie­rzyły w męż­czy­znę jak lufy du­bel­tówki.

"Młoda, ogni­sta, śliczna i zdra­dziecka" - jak mó­wią słowa pio­senki.

- Po­dobno ta pani robi mu to, co lubi ro­bić - ode­zwał się ko­mi­sarz.

- Jedni mó­wią, że robi, inni, że nie - od­po­wie­dział ostroż­nie Ger­mana.

- A ci, co mó­wią, że robi, przy­naj­mniej wie­dzą, z kim się pusz­cza?

- Z mier­ni­czym Agr?. Ale...

- Żadne tam ale. Kończ.

- Wi­dzi pan, ko­mi­sa­rzu, tu nie cho­dzi o zwy­czajną zdradę. Se­rena Pe­ri­tore i Gia­co­mino Agr? za­ko­chali się w so­bie, kiedy byli dziećmi...

- ...i ba­wili się w dok­tora.

Ger­mana po­czuł się tą kpiną do­tknięty. Pew­nie pe­ry­pe­tie mi­ło­sne Se­reny i Gia­co­mina były dla niego tak wspa­niałe jak hi­sto­rie z se­riali te­le­wi­zyj­nych.

- Ale ro­dzina wy­mo­gła na niej, żeby wy­szła za Ver­rusa, bo to była do­bra par­tia.

- Tyle że po ślu­bie Gia­co­mino i Se­rena da­lej się spo­ty­kali.

- Chyba tak.

- I cho­ciaż ba­wili się w to samo, ro­bili to już po do­ro­słemu - zja­dli­wie pod­su­mo­wał tę pa­sjo­nu­jącą opo­wieść Mon­tal­bano.

Ger­mana nic już na to nie od­rzekł.

Na­stęp­nego dnia Mon­tal­bano zbu­dził się wcze­śnie, bo nie da­wała mu spo­koju pewna myśl. Zna­lazł na nią od­po­wiedź dzięki kom­pu­te­rowi w Mon­te­lu­sie już w pół go­dziny po przy­jeź­dzie do ko­mi­sa­riatu.

Pięć dni przed na­dej­ściem li­stu ano­ni­mo­wego An­ni­bale Ver­ruso za­ku­pił pi­sto­let, be­rettę 7,65, i pu­dełko na­boi. A po­nie­waż nie miał po­zwo­le­nia na no­sze­nie broni, zo­bo­wią­zał się w zgło­sze­niu, że bę­dzie trzy­mał pi­sto­let w swoim let­nim domu, który stał na od­lu­dziu, w miej­sco­wo­ści Mon­te­rus­sello.

Czło­wiek my­ślący lo­gicz­nie pew­nie by uznał, że An­ni­bale Ver­ruso, nie umie­jąc wy­na­jąć za­bójcy, po­sta­no­wił oso­bi­ście za­dbać o oczysz­cze­nie swego ho­noru, spla­mio­nego przez "śliczną i zdra­dziecką".

Sa­lvo Mon­tal­bano nie kie­ro­wał się jed­nak lo­giką - która czę­sto na nic się nie przy­daje - krę­cąc się tylko w kółko jak kun­del za wła­snym ogo­nem. Wo­bec tego po­pro­sił Fa­zia, żeby za­te­le­fo­no­wał do spół­dzielni rol­ni­czej w Mon­te­lu­sie i oznaj­mił panu An­ni­bale Ver­ruso, że kiedy tylko upora się z ranną por­cją ra­chun­ków, ma przy­je­chać w prze­rwie obia­do­wej do ko­mi­sa­riatu w Vi­ga­cie.

- Co się stało? W ja­kiej spra­wie? - spy­tał za­nie­po­ko­jony Ver­ruso.

Fa­zio, po­uczony wcze­śniej przez ko­mi­sa­rza, wy­my­ślił byle jaki pre­tekst.

- Mu­simy usta­lić, czy pan nie jest tam­tym Ver­ruso. Ro­zu­mie pan?

- Prawdę mó­wiąc, nie ro­zu­miem.

- Bo może jest pan tam­tym. Albo prze­ciw­nie, wcale pan tam­tym nie jest. Ro­zu­mie pan?

I na tym prze­rwał roz­mowę, zda­jąc so­bie do­sko­nale sprawę, w jaką roz­terkę, godną bo­ha­te­rów Pi­ran­della, wpę­dził bied­nego księ­go­wego spół­dzielni.

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu, mia­łem te­le­fon, że mu­szę się u was sta­wić, przy­je­cha­łem więc naj­szyb­ciej, jak mo­głem - po­wie­dział zdy­szany Ver­ruso, kiedy już usiadł po dru­giej stro­nie biurka na­prze­ciw ko­mi­sa­rza. - Ale nie mam po­ję­cia, o co cho­dzi.

Chwila była trudna, Mon­tal­bano mu­siał ja­koś tę par­tię ro­ze­grać i rzu­cić karty na stół. Przez mo­ment zwle­kał, po­tem za­czął ble­fo­wać.

- Do­brze pan wie, że każdy oby­wa­tel ma obo­wią­zek zgło­sić na po­li­cji prze­stęp­stwo, o któ­rym się do­wie­dział.

- Z pew­no­ścią. Tak mi się zdaje.

- Tak nie ma się panu zda­wać, tak ma być. Dla­czego wo­bec tego nie zgło­sił pan kra­dzieży w swoim let­nim domu w Mon­te­rus­sello?

An­ni­bale Ver­ruso po­czer­wie­niał i za­czął krę­cić się na krze­śle, jakby sie­dział na szpil­kach. A tym­cza­sem w gło­wie ko­mi­sa­rza Mon­tal­bano roz­dzwo­niły się dzwony gło­szące jego chwałę. Blef się udał, miał na to po­twier­dze­nie.

- Po­nie­waż straty były nie­wiel­kie, moja żona uznała, że...

- Pań­ska żona nie miała nic uzna­wać, tylko zgło­sić szkodę. Pro­szę mi opo­wie­dzieć, co się stało. Mu­simy roz­po­cząć do­cho­dze­nie. W tam­tej oko­licy były też inne wła­ma­nia.

Od oschłego tonu ko­mi­sa­rza panu Ver­ruso cał­kiem wy­schło w gar­dle, tak że naj­pierw mu­siał się upo­rać z ata­kiem kaszlu, a po­tem opo­wie­dział, jak było.

- Dwa ty­go­dnie temu, w so­botę, po­je­cha­li­śmy z żoną do na­szego domu w Mon­te­rus­sello. Chcie­li­śmy się tam za­trzy­mać do nie­dzieli wie­czór. Le­dwo wy­szli­śmy z auta, za­uwa­ży­li­śmy, że drzwi wej­ściowe do domu zo­stały wy­ła­mane. Zło­dzieje wy­nie­śli te­le­wi­zor, cho­ciaż był stary, czarno-biały, i piękne prze­no­śne ra­dio, cał­kiem nowe. Na­pra­wi­łem drzwi, jak umia­łem, ale Se­rena, moja żona, bar­dzo się zde­ner­wo­wała i wo­lała wró­cić do Vi­gaty. Oświad­czyła na­wet, że jej noga już w tam­tym domu nie po­sta­nie, do­póki nie wy­my­ślę cze­goś, że­by­śmy się tam czuli bez­piecz­nie. I ka­zała mi ku­pić pi­sto­let.

Mon­tal­bano zmarsz­czył czoło.

- Zgło­sił pan po­sia­da­nie broni? - spy­tał su­rowo.

- Na­tu­ral­nie, za­raz zgło­si­łem - po­wie­dział Ver­ruso z uśmie­chem, jak przy­stało na po­rząd­nego oby­wa­tela. I na­wet po­zwo­lił so­bie na żart. - A co naj­za­baw­niej­sze, mam pi­sto­let, a wcale nie wiem, jak się z nim ob­cho­dzić.

- Dzię­kuję panu. Jest pan wolny.

Ver­ruso umknął jak za­jąc, któ­rego nie do­się­gnął pierw­szy strzał.

Rano, o wpół do ósmej, An­ni­bale Ver­ruso wy­szedł z bramy domu przy ulicy De Ga­speri 22, skie­ro­wał się szybko do swego sa­mo­chodu, wsiadł i za­pewne po­je­chał pro­sto do spół­dzielni rol­ni­czej w Mon­te­lu­sie.

A ko­mi­sarz Mon­tal­bano wy­siadł ze swego sa­mo­chodu, pod­szedł do bramy i po­pa­trzył na na­zwi­ska przy przy­ci­skach do­mo­fonu. "15 - Ver­ruso". Wy­li­czył, że miesz­ka­nie po­winno się znaj­do­wać na trze­cim pię­trze. Brama była nie­do­mknięta, wy­star­czyło moc­niej pchnąć, żeby się otwo­rzyła; wszedł i wsiadł do windy. Wszystko się zga­dzało, pań­stwo Ver­ruso rze­czy­wi­ście miesz­kali na trze­cim pię­trze. Za­dzwo­nił.

- Cie­kawa je­stem, cze­goś dzi­siaj za­po­mniał - ode­zwała się zza drzwi za­czep­nym to­nem ko­bieta.

I drzwi się otwo­rzyły. Zo­ba­czyw­szy nie­zna­jo­mego, pani Se­rena pod­nio­sła rękę do piersi i za­sło­niła się tro­chę sta­ran­niej szla­fro­kiem. Chciała za­mknąć ko­mi­sa­rzowi drzwi pro­sto przed no­sem, ale on zdą­żył już wsu­nąć nogę do środka.

- Kim pan jest? Czego pan chce?

Nie była za­nie­po­ko­jona, a tym bar­dziej prze­stra­szona. Wy­glą­dała wspa­niale: zie­lone oczy mie­rzyły w męż­czy­znę jak z ob­rzynka, a cała po­stać miała w so­bie aż za dużo ko­bie­cej po­tęgi i pach­niała łóż­kiem, tak że ko­mi­sa­rzowi za­krę­ciło się lekko w gło­wie.

- Nie chcia­łem prze­szka­dzać, pro­szę pani.

- Nic mi pan nie prze­szka­dza, tylko nie lu­bię, jak mi ktoś o tej po­rze za­wraca dupę.

Może pani Ver­ruso wcale nie była taką pa­nią, jak by się zda­wało.

- Na­zy­wam się Mon­tal­bano. Je­stem ko­mi­sa­rzem.

Nie zdzi­wiło jej to, była tylko po­iry­to­wana, skrzy­wiła się.

- Ważna sprawa, nie? Znowu zmar­nuje pan tro­chę czasu na wy­py­ty­wa­nie. Co ukra­dli, a co zo­sta­wili?

- Tak, o to mi cho­dzi, pro­szę pani.

- Już wczo­raj wie­czór mąż mi tym su­szył głowę. Tak się pana wy­stra­szył, że mało bra­ko­wało, a miałby pełne por­tki.

Pani Se­rena wciąż wy­ra­żała się sub­tel­nie.

- Mogę wejść?

Prze­su­nęła się na bok i nie kry­jąc nie­chęci, za­pro­wa­dziła ko­mi­sa­rza do strasz­li­wie em­pi­ro­wego sa­lo­niku. Wska­zała wy­godny fo­tel ocie­ka­jący zło­ce­niami. Sama usia­dła na­prze­ciw, na dru­gim ta­kim sa­mym.

Na­gle się uśmiech­nęła. W lśnią­cych źre­ni­cach za­mi­go­tało mocne świa­tło, przy któ­rym białka oczu na­brały fioł­ko­wego tonu. Zęby po­ły­ski­wały jak bły­ska­wice.

- By­łam dla pana nie­grzeczna i nie­po­trzeb­nie wul­garna. Chyba mi pan wy­ba­czy. - Naj­wy­raź­niej już ob­rała so­bie sto­sowną stra­te­gię.

Na sto­liku mię­dzy nimi le­żała pa­pie­ro­śnica i ma­sywna srebrna za­pal­niczka. Pani Se­rena po­chy­liła się, się­gnęła po pa­pie­ro­śnicę, pod­su­nęła ją ko­mi­sa­rzowi. Gest był do­brze wy­stu­dio­wany, szla­frok roz­chy­lił się u góry, drobne piersi uka­zały się w ca­łej oka­za­ło­ści, jak je Pan Bóg stwo­rzył. Mon­tal­bano po­my­ślał, że da­łoby się pew­nie nimi roz­gnia­tać orze­chy.

- Dla­czego pan mnie nie­po­koi? Czego pan ode mnie chce? - spy­tała nie­mal szep­tem, pa­trząc ko­mi­sa­rzowi pro­sto w oczy i wciąż pod­su­wa­jąc mu pa­pie­ro­śnicę. Ja­sne stało się dla niego także to, co nie mie­ściło się w sło­wach: czego ode mnie ze­chcesz, do­sta­niesz.

Po­trzą­snął głową na znak od­mowy. Od­mó­wił też pa­pie­rosa. Za­mknęła więc pa­pie­ro­śnicę, odło­żyła ją na sto­lik, ale nie prze­sta­wała wpa­try­wać się w ko­mi­sa­rza, a szla­frok wciąż po­zo­sta­wał roz­chy­lony.

- Kto panu po­wie­dział, że nas w Mon­te­rus­sello okra­dli?

Śmiało do­tknęła naj­słab­szego punktu blefu, ja­kim Mon­tal­bano po­słu­żył się wo­bec jej męża.

- Tra­fia­łem na oślep - nie krył ko­mi­sarz. - A mąż dał się na­brać.

- Aha! - po­wie­działa pani Se­rena, pro­stu­jąc się.

Pier­siątka prze­pa­dły za za­słoną jak pi­łeczki na po­ka­zie ilu­zjo­ni­sty. Przez chwilkę, ale tylko przez chwilkę, ko­mi­sarz nie mógł od­ża­ło­wać, że już ich nie ogląda. Może jed­nak by­łoby le­piej, gdyby stąd czym prę­dzej wy­szedł.

- Mam pani od razu po­wie­dzieć, jak wpa­dłem na to, że po­sta­no­wiła pani po­zbyć się męża? Czy nie warto strzę­pić so­bie ję­zyka?

- Niech pan so­bie nie strzępi.

- Miało to być udane przed­sta­wie­nie, prawda?

- Mo­gło się udać.

- Pro­szę mnie po­pra­wiać, je­śli będę się my­lił. Pew­nego razu, kiedy za­trzy­mu­je­cie się na noc w Mon­te­rus­sello, bu­dzi pani męża i wma­wia mu, że usły­szała pod oknem ja­kieś po­dej­rzane ha­łasy. Ma wziąć pi­sto­let i zejść na dół spraw­dzić. Kiedy wy­cho­dzi na dwór, pani z tyłu wali go mocno w głowę. A mier­ni­czy Agr?, uda­jący zło­dzieja, nie musi uda­wać jesz­cze za­bójcy, bo rze­czy­wi­ście za­bija. Strzela z pi­sto­letu, który mu pani usłuż­nie pod­suwa, i znika. Po­tem pani roz­gła­sza na prawo i lewo, że bied­nego męża po­bił, roz­broił i za­strze­lił zło­dziej. Tak to z grub­sza miało wy­glą­dać?

- Mniej wię­cej tak.

- Pani oczy­wi­ście już się zo­rien­to­wała, że to wszystko, co pani tu­taj mó­wię, to czcze ga­da­nie, słowa rzu­cane na wiatr. Nie mam żad­nych do­wo­dów. Nie mam w ręku nic, co by mi po­zwo­liło wpa­ko­wać pa­nią do wię­zie­nia.

- Wiem, po­ła­pa­łam się.

- Pew­nie też zro­zu­miała pani, że gdyby te­raz stało się coś złego An­ni­bale Ver­ruso, pani pierw­sza pój­dzie sie­dzieć, a za­raz za pa­nią jej przy­ja­ciel Gia­co­mino. Niech pani prosi tego Boga, w któ­rego pani wie­rzy, żeby mę­żowi nic się nie przy­da­rzyło, na­wet lek­kie roz­wol­nie­nie, bo od razu pa­nią oskarżę o próbę otru­cia.

Pani Se­rena słu­chała oskar­żeń Mon­tal­bana z wy­raź­nym znie­cier­pli­wie­niem.

- Cie­kawa je­stem jed­nego, ko­mi­sa­rzu.

- Czego?

- Na czym się po­tknę­łam?

- Nie­po­trzeb­nie wy­słała pani do mnie ten ano­nim.

- Co ta­kiego?

Na­wet Mon­tal­bano po­czuł się nie­pew­nie, nie tylko ona.

- Wy­sła­łam do pana ano­nim?

Ko­mi­sarz zo­ba­czył, że jest szcze­rze za­sko­czona, wręcz wstrzą­śnięta. Także jego to za­sko­czyło: więc to nie ona na­pi­sała ten list?

Pa­trzyli na sie­bie po­ru­szeni.

- Ten list ano­ni­mowy, w któ­rym ktoś pi­sze, że mąż po­stara się, aby za­pła­ciła pani ży­ciem za to, czego się do­my­ślił - wy­ja­śnił przez za­ci­śnięte zęby Mon­tal­bano.

- Prze­cież ja ni­gdy nic ta­kiego...

Pani Se­rena na­gle umil­kła i ze­rwała się z fo­tela. Szla­frok roz­chy­lił się, na ile mógł, od stóp do głów, tak że Mon­tal­bano miał przed sobą jak na dłoni ła­godne wzgó­rza, cie­ni­ste do­liny, roz­koszne łąki. Za­mknął oczy. Ale za­raz je otwo­rzył. Zmu­sił go do tego ha­łas ma­syw­nej za­pal­niczki, która grzmot­nęła w ob­raz przed­sta­wia­jący ośnie­żone góry.

- To ten ku­tas Gia­co­mino! - za­częła krzy­czeć pani Ver­ruso. - Po­pu­ścił w ga­cie! Wy­sta­wił ob­sraną dupę!

Te­raz pa­pie­ro­śnica stłu­kła wa­zon na eta­żerce.

- Prze­stra­szył się śmier­dziel, idiota, i wy­my­ślił tę sztuczkę z ano­ni­mem.

Kiedy sto­lik roz­bi­jał szybę w drzwiach bal­ko­no­wych, ko­mi­sarz był już na dole i za­my­kał za sobą bramę domu, w któ­rym miesz­kali pań­stwo Ver­ruso.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki