Nie zasłużą na spełnienie
Prostoduszna, pokorna cisza
czeka cierpliwie u wezgłowia
Twojej kołyski.
Moja przyszłość staje się ciałem,
którego nikt tutejszy
nie pożąda.
Słowa, na jakie nie zasłużyłam,
toczą się same, niby zbyt ciężkie łzy.
Spazm litości obejmuje duszę,
wdziera się do umysłu -
nie ma już nic poza światłem,
poza lękliwym spojrzeniem
prosto w życie.
Przymierzam wciąż
ten sam płaszcz, utkany z gwiazd,
które nie są już potrzebne.
Nie wiem, czy sny są przypadkowe -
czy rzeczywiście nie myślę
ani o Tobie, ani o sobie.
Strach, ten marny pocieszyciel,
jest najwyżej wspomnieniem chwil,
kiedy szczęście czaiło się za rogiem.
A dziś? Zderzają się drogi,
kolidują antypody - nic mi się już
nie należy,
na nic więcej nie czekam.
Moje serce odnalazło własny bieg.
Wiatr przystanął w połowie drogi.
Piękne są bezludne miasta.
Piękne pragnienia,
które nigdy nie zasłużą na spełnienie.
Czy to cisza, czy lęk -
odgadniemy tę zagadkę.
Pusta klepsydra
Cisza, której absolutnie się nie boję.
Sentymentalna noc, jaka nigdy
nie dobiegnie kresu.
Jestem przypadkiem -
nic się przez niego nie odmienia.
Przypominam pretekst,
z jakim nie warto ani marzyć, ani lśnić.
Przedziwne są koleje nieposłusznego losu -
jeszcze ciekawsze pragnienia,
za którymi nie nadążam.
Proszę, wróć i pozwól odnaleźć
nieuczesane strofy, wykreślone rozdziały,
pomięte dialogi - wszystko
sprowadza się do pustej klepsydry,
do garści pytań,
które nie zaznają uśmierzenia.
Życie, jak zwykle pisane pod dyktando,
jest dość leniwe,
aby spróbować zadośćuczynienia.
Sny stają się wynaturzone, zbyt cielesne,
aby przypisać im osobny czas.
Zamiast mnie polegnie spokój -
odrodzi się wolność; nie rozumiem jej języka.
Spiszę na kolanie kolejną autobiografię -
los wyświadczy przysługę
i odszuka inne wyjście awaryjne.
Stanę się światem - niczym więcej.
Zamienię się w lęk -
wszystko będzie po staremu.
Pacierze bez adresata
Tego dnia sprzyjają mi niebiosa, poczęte
przez Twój uśmiech.
Wychwala ziemia, którą rzuciłeś objęciom.
Słońce jest uśmierzająco lekkie
i świeże, gwiazdy łączą się
w miłosne konstelacje.
Tak. Oto ufność, marnotrawna córka,
powraca z dalekich godzin;
stamtąd, gdzie zwykłam odmawiać
pacierze bez adresata.
Lecz dziś horyzont jest kwiecisty
niby pierwsze w tym roku myśli, chmury
są watą cukrową
z tej lepszej przeszłości.
Tak. Tego dnia tańczę, choć do pląsów
mam dwie lewe nogi;
serce mieni się jak dorodny jaspis,
w słowach zadomowiła się swoboda.
Skąd w człowieku tyle wiary,
że po drugiej stronie czeka więcej,
niż warto się spodziewać?
Skąd w nas tak wiele nadziei,
zieleńszej od odrodzonych traw?
Patrzę prosto w oczy słońca -
przede mną jeszcze wiele, wiele
nieprzedeptanych godzin,
nieznanych fantazji, które będą kanwą
dla nowej modlitwy.
Przede mną tysiące gasnących świec;
kroków, których nie sposób zliczyć.
Pobocze zdobią ślady - nigdy ich nie zatrę.
Pozostań moją samotnością,
tęsknotą, o którą już nie proszę.