Miejsce dla nas - Fatima Farheen Mirza

-
Proszę czekać
?

1

CZWARTEGO LIPCA WSZYSCY WYBRALI SIĘ DO PARKU. CZEKAJĄ NA wilgotnym trawniku, aż rozświetli się niebo. Znaleźli się tam cudem. To pierwszy czwarty lipca, który choć w minimalnym stopniu świętują, a najzwyklejsze siedzenie na trawie, podnoszenie głów ku niebu i niecierpliwe mruganie wydaje się Hadii wielkim wydarzeniem. Niecałą godzinę wcześniej, gdy słońce skryło się za horyzontem, błagali tatę, żeby zabrał ich na pokaz fajerwerków. Odniósł się do tego niechętnie, tłumaczył im, że będą tam ludzie pijący alkohol i że równie dobrze mogą obejrzeć pokaz w telewizji. Ale nawet Amar, chociaż za mały, by rozumieć, o co proszą, powtarzał: "proszę, proszę, proszę", jakby było to jedno, wyjątkowo długie słowo. Tata w końcu ustąpił i powiedział: "No dobrze, chodźmy".

Hadia i Huda trzymają się za ręce i siedzą ze skrzyżowanymi nogami - po indiańsku, jak mawiają ich przyjaciółki. Hadia nie wie, co to znaczy i dlaczego brzmi to dla niej dziwnie. Troszkę dziwnie.

Rozłożyli kurtki jak koce, a ich rękawy rozpostarli niczym ramiona gwiazd. Tata siedzi obok niej. Lustruje park. Jego wzrok zatrzymuje się na rodzinach, które przyniosły ze sobą składane krzesełka i grube koce w kratę. Rodzinach, które pachną popcornem i trzymają w dłoniach czerwone kubki, wyglądające w mroku na fioletowe. Mama siedzi obok Hudy, a Amar obok mamy. Opiera się o nią i ssie kciuk. A potem słychać huk i w górę wzbija się z sykiem smuga światła. Kiedy wznosi się wysoko nad korony drzew, eksploduje z trzaskiem - i oto fajerwerki, takie jak te ze zdjęć, tyle że na żywo. Huda puszcza dłoń mamy, zaczyna klaskać i piszczeć. Wybuchają kolejne fajerwerki. Syki i grzmoty. Hadia czuje, jakby każdy z tych dźwięków rozlegał się w jej ciele. Są takie głośne. Amar zatyka uszy, ale oczy ma rozszerzone - z podziwu, nie ze strachu. Hadia spostrzega, że może śledzić poszczególne iskierki, jak ulatują w niebo, a potem wybuchają tysiącem świateł. Próbuje obserwować je z zamkniętymi ustami, bo przecież ma już siedem lat, lecz nie potrafi. Uśmiecha się tak szeroko, że aż bolą ją policzki, i co jakiś czas nieświadomie woła: "Ojejku!".

Każdy fajerwerk jest inny. Niektóre rozświetlają całe niebo jasną zielenią, jakby wybiła godzina duchów. Hadii podobają się te, które wyglądają jak żółte słońca. Niektóre szybko umierają, inne opadają łagodnie i zamieniają się w plamki przypominające duże gwiazdy. Ich migoczące ogony rozmywają się bardzo powoli i pozostaje po nich dym. Amar nadal zatyka uszy, ale chichocze na dźwięk tych, które brzmią jak rakiety lub świszczą, tworząc na niebie spirale. Mama bierze go na kolana i mocno obejmuje, opierając podbródek na jego głowie. Wydaje się, jakby pokaz trwał przez całą wieczność. Po każdym wybuchu Hadia odczuwa delikatne ukłucie lęku: a co, jeśli korony drzew zaczną się palić, a co, jeśli iskry, które przecież wydają się pękać tak blisko, spadną na ich kurtki?

- Skąd będzie wiadomo, że to już koniec? - szepcze jej do ucha Huda.

Oddech siostry sprawia, że włoski na karku Hadii stają dęba. W domu namówiły tatę na wyjście, opowiadając, że najpierw wystrzelą kilka małych fajerwerków, a na koniec, w finale, jak wyraziła się Hadia, jeden wielki, niczym na koncercie symfonicznym.

- Będziemy wiedzieli - odpowiada starsza siostra, choć nie ma pojęcia, kiedy skończy się pokaz ani czy rozpozna finał, gdy nadejdzie.

Hadia patrzy na tatę. Widzi jego białe zęby, bo nawet on ma otwarte usta. Zieleń wybuchów odbija się na jego obliczu. Wygląda, jakby też był zachwycony pięknem nieba. A potem znowu rozlega się dźwięk naśladujących rakiety fajerwerków. Hadia słyszy śmiech Amara oraz cichutkie, nierówne wybuchy. Twarz taty staje się czerwona, później niebieska, następnie złota, a potem znowu robi się ciemniej i tylko jego zęby dalej lśnią.

*

SŁOŃCE JEST BEZLITOSNE. Layla, oparta plecami o ścianę, siedzi na balkonie. Towarzyszy jej młodsza siostra Sara. Nie dotykają się. To ich zasada przebywania na balkonie w upalny dzień: każdy kontakt sprawiłby, że skwar stałby się nie do zniesienia. Dźwięki ulicy przynoszą Layli ukojenie. Uwielbia słuchać klaksonów samochodów oraz stukotu podkutych zwierząt, które mijają jej dom, a potem znikają gdzieś w krzątaninie miasta.

- Masz jakiś sekret? - pyta Sara szeptem.

Mówienie ściszonym głosem to kolejne prawo balkonu. Siostry wychodzą na niego tylko wtedy, gdy nie chcą, żeby ktoś je usłyszał.

Layla chce, żeby Sara dowiedziała się tego od niej. Wyciąga rękę i zrywa karmazynowy płatek bugenwilli znad głowy siostry. Tego lata po raz pierwszy poczuła, że są ze sobą blisko. Wcześniej Sara była dla niej tylko małą dziewczynką, z którą, niestety, musiała dzielić ciasny pokój, której musiała pilnować, aby nie podsłuchiwała pod drzwiami, kiedy przychodziły do niej koleżanki. Teraz jest prawdziwą siostrą, z którą rozmawia szeptem przed zaśnięciem. Której skarży się na zbyt surowego nauczyciela albo zwierza z niepokojących snów. Sara nie śpi zbyt twardo i jest cierpliwą słuchaczką. Budzi się, gdy tylko Layla wypowiada jej imię, i chętnie uczestniczy w rozmowie - zadowolona, że starsza siostra traktuje ją jak dojrzałą kobietę i przyjaciółkę.

- Możliwe, że wyjdę za mąż - oświadcza Layla, owijając ciasno orni na palcu.

Sara pyta: "kiedy", a w jej głosie słychać żal. Layla zastanawia się, czy to przez to, że mówi jej dopiero dzisiaj, czy też dlatego, że będą musiały się rozstać. Wieczorem przyjdzie wuj Rafika z oświadczynami. Będzie chciał porozmawiać z mamą i tatą oraz ją poznać.

- Mama mówi, że to świetna okazja. Że nie mam powodów, aby odrzucać te oświadczyny.

Sara składa głowę na ramieniu siostry.

- A gdzie on mieszka? - pyta.

- W Ameryce.

- Daleko.

- Mogło być dalej.

- Czym się zajmuje?

- Nie jestem pewna. Mama mówi, że ma dobrą pracę. I że bardzo ciężko pracuje. Przez lata był sierotą. Wyjechał tam na własną rękę, znalazł pracę, mieszkanie. - Layla nie wie, dlaczego brzmi tak, jakby próbowała przekonać siostrę.

- Zgodziłaś się?

Wiatr przybiera na sile. Porusza się pośród łodyg bugenwilli i wszystkie listki drżą jak klaszczące dłonie, szeleszcząc kwietnym aplauzem. To jeden z ulubionych dźwięków Layli.

- Jeszcze nie.

- Ale się zgodzisz?

Orni nie da się już ciaśniej zapleść wokół palca. Layla nie wie, co odpowie. Nigdy wcześniej nie musiała podejmować decyzji, która zmieni całe jej życie.

- Bo przecież nie ma powodu, aby odmawiać - stwierdza Sara takim tonem, jakby znowu była dzieckiem.

- Mama uważa, że świetnie się nadaje.

Mama od razu podzieliła się z córką informacją o propozycji małżeństwa. Wyjaśniła, że mężczyzna pochodzi z dobrej rodziny, że jego rodzice byli przed śmiercią szanowanymi ludźmi, a on sam należy do szczęśliwców, którzy wyjechali do Ameryki. Ale wyjeżdżać tak daleko od rodziny? "Chcę, żebyś wiodła dobre życie", powiedziała jej matka. "Bogate i pobożne". Layla poczuła, że jeśli posłucha rodzicielki, jeśli jej zaufa i ją zadowoli, to wszystko dobrze się ułoży. Drobne obawy, które teraz odczuwa, są bezpodstawne. Przecież rodzice nie znaleźliby jej kogoś nieuprzejmego albo pozbawionego zalet. Jeżeli oni będą z niej zadowoleni, to Bóg również, więc spotka ją nagroda.

- Możesz być jak te kobiety z filmów, które mówią: "Ależ, tatuśku, nie mogę za niego wyjść! Kocham innego! Tego zakazanego!".

- Bądź poważna.

- A co z Rajem? - szepcze Sara z uśmiechem.

Layla ją ucisza. Ten żart przestał już być śmieszny. Jednakże dźwięk jego imienia z jakiegoś powodu ją porusza, a chwilę później zasmuca. Raj sprzedaje lody przed jej szkołą. Gdy obok niego przechodzi, ten zawsze kiwa jej głową, lecz nie zauważyła, by inne osoby traktował podobnie. Co kilka dni Layla kupuje u niego gałkę lodów, nawet jeśli nie ma na nie ochoty. Raz na jakiś czas, kiedy chce wręczyć mu monety, on tylko kręci głową, a ona odchodzi z podarunkiem. Zaczęła z siostrą żartować na jego temat. O Raju i ich wspólnej przyszłości, o smakach lodów, jakie mogliby podać na weselu, o jego świetnie prosperującej w całym Hajdarabadzie firmie.

- Jak ma na imię? - pyta Sara po dłuższym czasie.

Layla otwiera usta, by odpowiedzieć, ale dociera do niej, że nie pamięta.

*

TEJ NOCY LAYLA powtarza w myślach jego imię: "Rafik". Czy wyjedzie z nim do Ameryki? Długo się zastanawia nad tym, jakie mają tam drogi i domy, przez co nie może zasnąć. Potem próbuje odtworzyć w głowie wizytę Rafika. Włożył jasnobrązową koszulę, która nie pasowała do jego karnacji. Przez cały wieczór patrzyła na swoje złożone na kolanach dłonie - jeden knykieć był czerwieńszy od pozostałych. Przed przyjściem Rafika mama ją przestrzegła: "Nie podnoś wzroku, chyba że ktoś zwróci się bezpośrednio do ciebie". I dodała: "Ale nawet wtedy nie patrz na niego". Layla skradła jedno przelotne zerknięcie, które wystarczyło, by dostrzegła kolor jego koszuli.

Woła Sarę w ciemności, a siostra mamrocze coś pod nosem, przeciera oczy, nieco się rozciąga. Gdy się odzywa, jej głos jest ochrypły z rozespania.

- Pamiętasz cokolwiek z jego wizyty? - pyta Layla.

- Czyjej?

- No przecież wiesz - odpowiada, zdając sobie sprawę, że nie ma w sobie dość śmiałości, by wymówić jego imię.

- Miał brzydką koszulę - stwierdza Sara.

Layla zanosi się śmiechem, a Sara zaczyna wymieniać wszystko, co zapamiętała: uśmiechał się w reakcji na dowcipy taty, lecz nie śmiał się na cały głos, nie tknął przygotowanych przez mamę słodyczy, ale wyjadł prawie wszystkie migdały z miseczki z orzechami, kaszlał w złożoną chusteczkę, nigdy sam nie inicjował rozmowy, tylko włączał się w dyskusje innych, i co jakiś czas patrzył na Laylę.

- Lubisz go? - pyta Sara.

Layla wzrusza ramionami, ale w ciemności siostra nie dostrzega tego gestu.

- Na początku zawsze tak jest - wyrokuje Sara.

Layla kiwa głową, jednak Sara tego również nie może zobaczyć, więc kontynuuje:

- Może będzie wiedział, że należy zaciągać zasłony zaraz po zapadnięciu zmroku. I że trzeba wstawać na pierwszy sygnał budzika. Może będzie umiał rozpoznać, kiedy naprawdę chcesz być sama, a kiedy tylko tak się zachowujesz, ale w rzeczywistości pragniesz, żeby z tobą porozmawiał.

- Czyli tak jak ty - rzuca Layla, po czym dopytuje, czy siostra dostrzegła coś jeszcze.

*

KIEDY W KLASIE ROZDZWANIA SIĘ telefon, Hadia właśnie koncentruje się na dokręceniu ogonka w literce "y". Chce mieć pewność, że pisze schludnie, na wypadek gdyby wieczorem tata był akurat w dobrym nastroju i chciał zobaczyć, co robiła w szkole. Usztywnia więc dłoń i przygryza dolną wargę, zanim zdąży sobie przypomnieć, że ta jest obolała. Czuje w niej lekkie pulsowanie.

Tata czasami wskazuje palcem na jej zeszyt i mówi do Amara: "Patrz, tak należy pisać". A wtedy, na widok bólu wymalowanego na twarzy brata, radość Hadii przeistacza się w wyrzuty sumienia, bo i tak chce, żeby tata dostrzegał, jak ładnie pisze, i żeby ją chwalił.

Nauczycielka, pani Burson, rzuca kredę na srebrną tackę i podchodzi do stolika, by odebrać telefon. Hadia wbija paznokcie w skórę pod nadgarstkiem i mówi w myślach: "Boże, proszę, oby tylko znowu nie to".

Pani Burson odwiesza słuchawkę, odwraca się, spogląda prosto na Hadię, po czym kiwa głową w jej stronę. Hadia wie, co to znaczy. Koleżanki zaczynają szeptać, wiercąc się na krzesłach. Hadia nie znosi, gdy coś przyciąga do niej nadmierną uwagę. I tak wygląda inaczej niż pozostałe dziewczynki, bo jako jedyna w całej podstawówce nosi hidżab i zalewa się rumieńcem, nawet gdy nauczycielka wywołuje ją do odpowiedzi.

Hadia po chwili chowa zeszyt, wsuwa krzesło pod ławkę i nie patrzy na żadną uczennicę z wyjątkiem jej przyjaciółki Danielle, która macha dłonią na do widzenia.

Jakby nic się nie stało, idąc opustoszałym korytarzem, wcale się nie śpieszy. Złości się na Amara, że ponownie ją zawstydził i wyciągnął z lekcji. Zza otwartych drzwi sali dobiegają słowa. To klasy starsze niż piąta i podczas ich lekcji mówi się o matematyce, gwiazdach i historii. Hadia przystaje przy każdych drzwiach, by zerknąć, jak wyglądają inne zajęcia.

A co, jeśli tym razem stało się coś poważnego? Przychodzą jej do głowy obtarte kolana i połamane kości. Przypomina sobie dźwięk płaczu Amara, gdy zrobi sobie krzywdę - potrafi go rozpoznać nawet w meczecie, przez zaciągniętą zasłonę. Zawsze zbiega wtedy po schodach albo pędzi korytarzami, by znaleźć się u jego boku. Nawet gdy rodzice są w pobliżu, to ona musi zareagować na jego płacz. Przyśpiesza więc kroku i kiedy dociera do skrzyżowania korytarzy, zaczyna biec. Pod jej stopami odbija się światło szkolnych żarówek.

Pielęgniarka podnosi wzrok znad papierów i patrzy na łapiącą oddech Hadię. Po chwili gestem dłoni zaprasza ją do środka.

- Jest w pokoju dla chorych - informuje, a następnie wskazuje w głąb korytarza, choć Hadia doskonale wie, gdzie to jest. - Wołał cię - dodaje.

O tym Hadia też wie.

Amar leży na składanym łóżku w czerwonych sztruksowych spodniach i białej koszulce. To strój, który zawsze przywodzi Hadii na myśl małego niedźwiadka. Gdy brat się porusza, szeleści pod nim papierowe prześcieradło. Sala jest zimna i szara. Amar wygląda normalnie, jest tylko znudzony. Dmuchnięciem podnosi opadające mu na twarz włosy, które lądują z powrotem na czole, a kiedy Hadia wchodzi do pomieszczenia, podnosi się i macha do niej, jakby czekał, aż dołączy do niego przy popołudniowej herbatce.

- Co się stało? - pyta Hadia, próbując złapać oddech.

- Nic - szepcze Amar w urdu.

Wygląda jak chłopiec skrywający jakąś tajemnicę, podekscytowany, że zaraz zdradzi ją siostrze.

- To dlaczego tu siedzisz? Po co mnie wołałeś? - mówi także w urdu Hadia, bojąc się, że pielęgniarka może ich usłyszeć i utwierdzić się w podejrzeniach, że małemu Amarowi nic nie dolega. Zadaje te pytania surowym tonem, przypominającym głos matki.

- Nie chciałem siedzieć w klasie - odpowiada, a ona wbija w niego wzrok. - I nie chciałem być sam.

Gdy rozdzwonił się telefon, sporządzała notatki z wiedzy o społeczeństwie. Uczyli się o rewolucji amerykańskiej. Nie zdążyła przepisać wszystkiego z tablicy, a teraz na pewno będzie już starta.

- To była trudna lekcja, siostro. Zrobiło mi się niedobrze. - Siostrą nazywa ją wyłącznie wtedy, kiedy czegoś od niej chce. - Nie odchodź.

Dlaczego w urdu wszystko brzmi smutniej? I ładniej. Hadia lubi to, że rozmawiają ze sobą w tym języku, bo już same słowa sprawiają, jakby wkraczali do wspólnego tajemnego świata, w którym mogą poczuć się jak inni ludzie, zdolni do przeżywania doznań, których nie potrafią nazwać po angielsku.

Hadia ponownie się odwraca i patrzy mu prosto w oczy. Brat wygląda na zatroskanego, drapie się po policzku. Ma tylko sześć lat. Właśnie rozpoczął naukę w pierwszej klasie i trudno jest mu wytrzymać całą lekcję.

Rok przed rozpoczęciem przez Amara edukacji mama nagle zniknęła, a tata zawiózł ich na trzy dni do domu przyjaciół. Amar miał trochę ponad cztery lata i po raz pierwszy znalazł się z dala od matki. Nigdy wcześniej nie nocowali u obcych ludzi. Rodzice na to nie pozwalali. Hadia pamięta, że zapytała tatę, gdzie mama się podziała, gdy ten pakował ich ubranka i szczoteczki do zębów. Odpowiedział jedynie milczącym spojrzeniem, które wyrażało: "Nie waż się więcej o to pytać". Chwilę później, jakby pożałował tego surowego spojrzenia, powiedział, że z mamą wszystko jest w porządku i że będzie dobrze. Miał poważny jak zawsze, choć tym razem smutny wyraz twarzy. Kiedy zawiózł ich do domu ciotki Seemy i podał jej bagaż z ich rzeczami, ta wyglądała na tak zatroskaną, że Hadia zaczęła się bać. Kiedy patrzyła, jak Amar i Huda wchodzą za ciotką do jej wielkiego domu, pomyślała: "co, jeśli się zgubią i tata ich później nie znajdzie?".

Tata położył jej dłoń na ramieniu. Powiedział, że jutro po pracy wróci, by sprawdzić, czy wszystko u nich dobrze.

- Jako starsza siostra masz obowiązek o nich dbać - pouczył Hadię. - Kiedy mamy akurat nie ma, ty jesteś dla nich jak matka.

Hadia złapała się za rękę i uszczypnęła tak mocno, że miała inne powody do smutku niż słowa ojca.

- Wiem, że dobrze się spiszesz. Jestem tego pewien - oznajmił tata, po czym pochylił się i pocałował ją w czoło.

Naszła ją paskudna myśl, że spokojnie obejdzie się dzień lub dwa bez mamy, jeśli dzięki temu tata będzie w nią wierzył. Jednak gdy ojciec wycofał samochód z podjazdu, do Amara nagle dotarło, że ani tata, ani mama dziś już nie wrócą. Złapał więc Hadię z całych sił, a kiedy ona starała się wyrwać z jego uścisku, zaczął krzyczeć. Ale ani razu nie zapytał o mamę i Hadii przyszło do głowy, że może zrozumiał coś, z czego ona nie zdawała sobie sprawy.

Następnego dnia nie mogła pójść do szkoły, bo Amar zaczął płakać, gdy tylko naciągnęła skarpetki, a potem wręcz zawył, gdy dotknęła zamka od tornistra. Rzucał różnymi rzeczami, co zawstydziło Hadię, bo nie chciała, aby ciotka Seema pomyślała, że jest niegrzeczny. Ciotka zadzwoniła do taty, a ten powiedział, że Hadia może zostać w domu z bratem. Tak więc Huda i synowie ciotki Seemy poszli do szkoły, a Hadia musiała zostać z Amarem i maleńką córeczką ciotki, która nie miała jeszcze dwóch lat i właśnie uczyła się mówić. Oglądając telewizję, Amar co kilka minut zerkał na siostrę, jakby się bał, że jeżeli zapatrzy się na ekran zbyt długo, ona gdzieś zniknie. Kiedy wychodziła do łazienki, czekał na nią przed drzwiami na korytarzu.

Ciotka Seema pozwoliła Hadii pograć w gry telewizyjne jej synów. Wtedy Amar rzucił piszczącą piłeczką w stronę jej córeczki, którą bardzo to rozśmieszyło. Hadia lubiła brać ją na ręce, pokazywać jej różne rzeczy i wymawiać ich nazwy. Potem dziewczynka je powtarzała: "światło", "ogień", "drzewo". Amar wycelował palec we własny nos i wymówił swoje imię. Maleńka próbowała je powtórzyć, ale potrafiła powiedzieć jedynie mar, z czego Hadia i Amar głośno się zaśmiali. Wiedzieli bowiem, że w urdu znaczy to "uderzyć" albo "skrzywdzić".

Wieczorem, gdy przyjechał tata, Hadia bacznie go obserwowała w poszukiwaniu wskazówek, co się dzieje, lecz on wyglądał po prostu na zmęczonego albo zmuszał się, by udawać, że w ogóle tam z nimi jest, gdyż był zupełnie nieobecny duchem. Kiedy zbierał się do wyjścia, przytulił córki, a potem przez dłuższy czas wpatrywał się w Amara, siedzącego na kanapie plecami do ojca. Hadia też spoglądała na brata. Próbowała zgadnąć, dlaczego tata tak mu się przygląda, ale nie dostrzegła jednak niczego nadzwyczajnego.

- Powinieneś być bardzo dumny z Hadii - zwróciła się do ojca ciotka Seema. - Pomaga mi tak dobrze, że prawie nie muszę ich pilnować.

Hadia wyczekiwała reakcji taty, ale on tylko kiwnął głową i oświadczył, że musi już iść. Obserwowała światła odjeżdżającego samochodu i wówczas wróciła do niej cała trwoga, którą czuła zeszłego wieczoru, choć przecież wiedziała, że ciotka jest dla nich miła, że jej maleństwo jest urocze, że jedzenie smakuje jak u mamy, a synowie Seemy pozwalają im bawić się swoimi zabawkami.

W tych dniach poczuła się jak prawdziwa siostra. Jakby była to praca, do której chciała się przyłożyć. I to wrażenie już nigdy jej nie opuści. Potraktowała to zadanie tak poważnie, jak słuchanie na lekcjach albo czyszczenie kuchennego blatu wręczoną przez mamę ściereczką. Gdy Amar płakał i kręcił głową na widok podawanej przez ciotkę łyżki ryżu, Hadia siadała na krześle obok, przejmowała łyżkę i karmiła go, mając w pamięci słowa taty. Nie pozwalała Hudzie drażnić brata. Wymyślała wspólne zabawy, a przed zaśnięciem opowiadała rodzeństwu różne historie. Na przykład tę, którą tak lubili, o Proroku rozszczepiającym Księżyc, albo o dwójce dzieci, które zgubiły się w lesie, ale znalazły drogę do domu dzięki rozrzucanym przez nich okruszkom chleba.

- Fajnie opowiadasz - pochwalił ją starszy syn Seemy, który miał tyle lat, co ona. Był uprzejmy, ale Hadia nie mogła zapamiętać, jak ma na imię.

- Moja mama opowiada ciekawe historie - odparła z dumą i wtedy po raz pierwszy zatęskniła za mamą i zrobiło się jej przykro, że dopiero teraz, choć Amar tęsknił za nią bez przerwy.

Trzeciego dnia trochę się uspokoił. Może do niego dotarło, że nawet gdyby wszyscy odeszli, Hadia go nie zostawi, a może po prostu się nią znudził i chciał pobawić się zabawkami, którymi ten wielki dom był wręcz wypchany. Hadia nie musiała już bez przerwy siedzieć przy bracie i mogła spędzić cały dzień na zabawie z Hudą i trzema synami ciotki Seemy. Co jakiś czas sprawdzała, co u Amara, i wszystko było w porządku. Pomagał ciotce, wynosząc na zewnątrz przysmaki dla wszystkich dzieci, albo bawił się z jej małą córeczką, kiedy ciotka była zajęta przygotowywaniem posiłków. Malutka dreptała za Amarem po całym domu. A gdy wyciągnęła rączkę i podrapała go po twarzy, zostawiając długi czerwony ślad, Hadii zaimponowało, że jej brat, chociaż wcześniej nie miał kontaktu z takimi małymi szkrabami, wiedział, że nie może jej oddać, i tylko się śmiał.

W ogrodzie najstarszy z chłopaków, ryjąc w ziemi końcówką długiego patyka, zapytał Hadię, gdzie są jej rodzice, a ona odpowiedziała, że nie wie. "Inszallah, wola Boga, w końcu wrócą i wszystko będzie dobrze", zapewnił, a Hadia zdziwiła się, że chłopiec w jej wieku rozmawia z nią jak dorosły, i powiedziała mu o tym. Wzruszył tylko ramionami i wyjaśnił, że chce być miły. Działo się to jeszcze w okresie, zanim Hadia zaczęła nosić chustę. Grała z chłopcami w piłkę w ogródku. Ich trawnik był rozległy jak cały park. Najstarszy nie dawał braciom żadnych forów, ale gdy podbiegał do niej, zwalniał i delikatnie kopał do niej piłkę.

Tego wieczoru tata wrócił i polecił jej, żeby zabrała swoje rzeczy. Hadia wiedziała, że mama jest już w domu i z zaskoczeniem odkryła, że wcale nie chce, aby ich wizyta u ciotki już się skończyła. Kiedy szli do samochodu, Amar trzymał ją za rękę. Odwróciła się, by pomachać chłopcu, którego imienia znowu zapomniała, a on, stojąc w drzwiach, zrewanżował się tym samym.

Mama siedziała na kanapie. Hadia, zobaczywszy ją, przystanęła, bo matka wydawała się znacznie mniejsza niż wcześniej. Dziewczyna zerknęła na tatę, by sprawdzić, czy on też jest zdziwiony widokiem żony, ale miał taką samą minę jak przez wszystkie ostatnie dni, jak gdyby towarzyszył im tylko ciałem. Poczuła obowiązek, że musi przytulić mamę. Amar wskoczył jej na kolana i nie chciał zejść ani spojrzeć na siostrę. Hadia przyglądała się im - jak Amar chodził wszędzie za mamą, jak mama brała go na ręce i nosiła z pokoju do pokoju, mimo że przecież był już na to za duży. Dziewczyna pobiegła wreszcie na górę, żałując, że mama wróciła, a potem poczuła przez tę myśl takie wyrzuty, że się rozpłakała i powiedziała Bogu: "Przepraszam, wybacz mi, proszę".

Przez kolejne tygodnie Amar rozmawiał z nią niepewnie, jakby obecność Hadii przypominała mu o nieobecności mamy. Gdy poszedł do pierwszej klasy, dzwonił po mamę zaraz po obiedzie i wracał do domu wcześniej. Tatę bardzo to denerwowało; raz uderzył Amara wieszakiem i powiedział, że powinien przestać zachowywać się jak dzieciuch i że ma zostawać w szkole cały dzień, jak wszystkie inne dzieci. Potem Amar dzwonił już tylko po Hadię.

Siada obok niego w pokoju pielęgniarki. Papier marszczy się pod jej ciężarem. Po chwili brat jej dziękuje, przechodząc na język angielski.

- Masz śmieszną wargę - oświadcza, wykrzywiając kącik ust.

Hadia dotyka obrzęku językiem.

- Zrobiło ci się wczoraj wieczorem? - docieka Amar.

Hadia nie odpowiada. Od pewnego czasu Amar wyczuwa, kiedy tata irytuje się zachowaniem Hadii albo Hudy, więc zaczyna zachowywać się w taki sposób, by denerwował się wyłącznie na niego. Gdy Huda narzeka na obiad i tata rzuca jej ostre spojrzenie, Amar natychmiast wtrąca swoje trzy grosze i mówi, że obiad nie tylko mu nie smakuje, ale jest obrzydliwy. Wtedy tata przenosi wzrok na niego - teraz już jedynie na synu może testować swoją cierpliwość.

- To tylko mała opuchlizna - mówi w końcu Hadia.

Zegar tyka. Pielęgniarka w pokoju obok pisze coś na komputerze, uderzając w klawisze szybko i głośno.

- Był sobie kiedyś chłopiec, który krzyczał, że widzi wilka - mówi Hadia. - Zbiegła się do niego cała wieś. Także jego siostra, która bardzo się o niego bała. Ale gdy wszyscy przybiegli na polanę i zamiast wilka zobaczyli tylko złośliwy uśmieszek na twarzy chłopca, pomyśleli sobie: "Nie możemy wierzyć jego słowom. Kiedy następnym razem zawoła: "wilk, wilk, wilk", odwrócimy wzrok. Zajmiemy się czymś innym".

Amar dmucha sobie w grzywkę, jakby w ogóle nie słuchał siostry.

- I w końcu - kontynuuje Hadia, nadając swojemu głosowi jak najwięcej powagi - nawet jego siostra doszła do wniosku, że nie warto go słuchać, bo nie ma żadnego wilka, więc - zamiast biec na wołanie brata - rozsądniej zostać w klasie i notować.

- Nie wierzę w to - wtrąca Amar.

- Nie musisz wierzyć w bajkę, to morał jest prawdziwy.

- Jaki?

- Ludzie przestali pomagać temu chłopcu. Wilk go zjadł, bo przez to, że tyle razy kłamał, że go widzi, chociaż tak naprawdę wcale go nie było, ludzie nie uwierzyli mu, gdy wilk w końcu przyszedł.

Zanim wyjdzie, powie mu jeszcze, że musi zostać na lekcjach. Nieważne, jak mu ciężko. I że nie może więcej przeszkadzać jej w nauce.

- Ale ty byś tak nie zrobiła, zawsze byś przybiegła - mówi Amar po namyśle.

Hadia daje za wygraną. Zastanawia się, jak długo jeszcze będzie musiała tu siedzieć, zanim Amar się uspokoi i będzie gotowy, by wrócić do klasy. Dotyka kciukiem śladów paznokci na ręce.

- Po co zawsze tak robisz? - pyta brat.

Hadia zasłania ślady rękawem swetra. Ma wrażenie, jakby odkrył jedną z jej tajemnic. Patrzy na wskazówki zegara.

- Hadia?

- Hm?

- Nie mów tacie, proszę.

- Nie powiem.

Przez chwilę siedzą w ciszy. Nie ma już o czym rozmawiać. Choć Amar kłamał, że boli go brzuch, i tak trzyma się za niego obiema rękami. Wygląda jak mały niedźwiadek. Jego nogi nie dosięgają do podłogi, więc macha nimi w powietrzu. Kiedy opiera głowę o jej ramię, Hadia spogląda na wiszący w salce plakat przedstawiający organizm człowieka i pokarm, jaki należy jeść, żeby był zdrowy. Analizuje obrazek, chcąc zapamiętać chociaż jeden fakt. Nie chce marnować czasu.

*

KAŻDY WEEKEND to wiele obowiązków i spotkań z przyjaciółmi rodziny. Amar nie znosi tego wszystkiego. Nie cierpi pogaduszek o niczym i nieustannie śledzącego go wzroku ojca, z powodu którego traktuje starszych z szacunkiem, nie kłóci się i jest miły dla chłopców w swoim wieku. Nie ubliża, nie wyślizguje się na papierosa kilka ulic dalej, nie siada na krawężniku i nie narzeka z kolegami na cały świat, trzymając dłonie na miętówkach w kieszeniach. Czasem zdarza mu się pojechać z kolegami na najbliższą stację benzynową. Kupują coś do picia i rozmawiają. Ta chwilowa ucieczka, syk kupionej w tajemnicy puszki, jest pewnego rodzaju wytchnieniem.

Amar najbardziej gardzi ogromną troską o obyczajność, która wydaje mu się dusząca i fałszywa. Zawsze ten sam jadłospis, ta sama kombinacja dań. Drażni go także segregacja - mężczyźni w jednej części domu, kobiety w drugiej, czasami oddzieleni ścianą, czasami rozwieszoną pomiędzy ścianami zasłoną.

Ale i tak przychodzi na te spotkania, bo są na nich Abbas i pozostali bracia Amiry. Może jeden z nich wspomni o niej w rozmowie. To od nich dowiedział się, że Amira uwielbia orzeszki M&M's, ponieważ Abbas kupuje dla niej opakowanie za każdym razem, gdy wyrywają się na stację benzynową. To od nich dowiedział się, że za kilka lat chce iść do jakiegoś college'u na Wschodnim Wybrzeżu i że już zaczęła podciągać stopnie oraz, pomimo sprzeciwu rodziców, rozglądać się za odpowiednią uczelnią. Wie również, że Amira nie cierpi oglądanego przez jej braci sportu, nie boi się kłócić z młodszymi braćmi i domaga się od rodziców, by traktowali ją na równi z nimi.

Amar oczywiście nie jest w stanie oprzeć się nadziei, że może i ona będzie na przyjęciu, że może dosłyszy jej śmiech, a pośród butów gości dostrzeże należące do niej. Jakby mu się poszczęściło i wszystko ułożyło się pomyślnie, to może, gdyby stanął w pobliżu zasłony akurat wtedy, kiedy ktoś przechodziłby z tacą albo dzbankiem wody i musiał odchylić tkaninę, a Amira stałaby akurat za nią, ujrzałby ją na krótką chwilę, jej delikatną twarz, jej szczupłą, zawsze odzianą w kolorowe stroje sylwetkę.

Dzisiaj, na kolejnym przyjęciu u przyjaciół rodziny, Amar wychodzi do ogrodu, a następnie opiera się o ścianę domu. Młode kobiety siedzą przy stoliku ogrodowym. Jedno spojrzenie - i już wie: jest z nimi Amira, siedzi w środku, ma na sobie granatowy szalwar kamiz i sączy colę przez słomkę w biało-pomarańczowe paski. Ma krótsze włosy, niż zapamiętał, i jako jedna z niewielu dziewcząt nie ma na sobie hidżabu. Wszystkie się śmieją, jakby chciały przyciągnąć jego uwagę. On widzi tylko ją. Dziewczęta szepczą między sobą, ona podnosi na niego spojrzenie, po czym rumieni się i natychmiast kieruje je gdzie indziej. On obraca głowę ku przecinającym niebo cienkim kablom telefonicznym, koncentrując się na siedzących na nich ptakach, żeby tylko nie patrzeć na dziewczynę. Nakłada słuchawki i puszcza muzykę. Jego ojciec zaangażował się w rozmowę z nudnym wujem Samirem - czyli przez pewien czas będzie zajęty - ale on i tak co jakiś czas zerka na przesuwne drzwi, by się upewnić, że nikt nie idzie. Same słuchawki wystarczą, żeby wzbudzić gniew ojca. Gniew, który będzie wzrastał podczas przyjęcia, w samochodzie przerodzi się w kłótnię, a gdy dotrą do domu - w prawdziwy kataklizm. Amar próbuje udawać, że chciałby być wszędzie, tylko nie tutaj. Zdaje sobie naturalnie sprawę, że to nieprawda. Ta chwila. To jedno jedyne spojrzenie. Czerwień, która pojawiła się na jej policzkach, która tak bardzo jej pasuje - to najlepsze, co przytrafiło mu się w tym tygodniu.

Kiedy już myśli, że szczęście, jakim jest możliwość niezauważonego przebywania w jej obecności, zaraz na pewno się skończy, ona wstaje. Fałdy jej ubrania opadają i prostują się szybko. Idzie w jego stronę. Amar próbuje patrzeć w przeciwnym kierunku. Jej towarzyszki nadal siedzą przy stole, ale przestały chichotać, wpatrują się w nią, spoglądają po sobie, po czym jedna szepcze coś do drugiej. Inni na pewno by pomyśleli, że Amira zachowuje się nieprzyzwoicie, lecz on uważa, że jest dzielna. Opuszczenie stadka kobiet to dowód odwagi. Zbliżenie się do niego podczas spotkania członków społeczności, gdy wszyscy tu mają zamiłowanie do wyolbrzymionych plotek, to dowód odwagi. Jest odważniejsza od niego, myśli sobie.

Wraz z każdym jej krokiem Amar przycisza nieco muzykę, na wypadek gdyby coś powiedziała, kiedy do niego podejdzie. A gdy już się odzywa, gdy zadaje tak proste pytanie, jak: "Czego słuchasz?", dociera do niego, że choć może wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy, to przez całe życie czekał, aż Amira wyłoni się z szemrającego tłumu i coś do niego powie. Amira, która za zasłonką śmieje się głośniej niż inne kobiety, Amira, która, grając w berka na parkingu meczetu, jest tak szybka, że ani inne dzieci, ani on za żadne skarby nie byłby w stanie jej dogonić.

Wyciąga z ucha jedną słuchawkę, drugą zostawia na miejscu, chcąc wyglądać nonszalancko. Słucha piosenki, której pewnie nikt nie kojarzy, a wybrał właśnie ją, bo przypomina mu o Amirze. Informuje, jak brzmi tytuł. Jej twarz się rozświetla i dziewczyna odpowiada, że dobrze ją zna, po czym zaczyna mówić coraz szybciej. Właśnie tak musi wyglądać, gdy jest podekscytowana. I oczywiście - w bardzo ekspresyjny sposób - wyznaje, że uwielbia tę melodię. Trudno mu uwierzyć, że coś tak błahego może kogoś aż tak poruszyć.

Amira prawie się uśmiecha, kiedy go pyta, czy jest ciekaw jej ulubionego wersu. A on, gdy zdaje sobie sprawę, że chciałby o niej wiedzieć absolutnie wszystko, nagle staje się nieśmiały. Nigdy wcześniej nie przypuściłby nawet, że może taki być. Unosi brew i czeka. Ona, niezrażona jego małomównością, wyjawia swoje ulubione słowa. On patrzy na nią i odpowiada: "Moje też".

Rozmowa przeistacza się w grę. Jedno pytanie prowadzi do następnego. W tę i z powrotem szukają rzeczy, które ich łączą. Ich imiona zaczynają się na tę samą literę, zauważa Amar - z powodu tego, że jego siostry mają imiona na tę samą literę, w dzieciństwie czuł się jak wyrzutek. Lubisz wstawać przed resztą świata? Czy po koszmarze budzisz się w środku nocy i wcale go nie pamiętasz, ale czujesz, że ci się przyśnił? Czy gdy podczas modlitwy stoisz pośród wszystkich w szeregu, twój umysł buja w obłokach? Czy próbujesz odpędzać te myśli, skupić się, ale nie potrafisz, więc zalewają cię refleksje o wszystkich sprawach, które kiedykolwiek cię ciekawiły? Masz wtedy wrażenie, że udajesz i że jesteś najsłabszym ogniwem łańcucha wiernych? Czy kiedy byłaś mała i przez uchyloną szybę w samochodzie zauważyłaś księżyc, odnosiłaś wrażenie, że cię śledzi? A co widzisz, gdy się w niego wpatrujesz? Czyjąś twarz czy wypisane po arabsku imię imama Aliego? Czy głos twojego ojca także wstrząsa ścianami domu? Uciekłabyś, gdyby nie rodzeństwo? Lubisz zerkać przez okna do salonów obcych ludzi? Zastanawiać się, jak wygląda ich życie? Czy ciebie też zasmuca światło latarni?

Na to ona wyznaje coś, co Amar ma nadzieję, że nigdy nie zapomni: "Czasami, gdy nie chcę płakać i mam za sobą długi dzień, gdy czuję bezruch i nachodzi mnie to wrażenie, że jestem wybudzona, choć wszyscy inni śpią, siadam na łóżku i wpatruję się w najbliższą latarnię".

W tej nowej grze nie komentują swoich odpowiedzi, więc on przechodzi do kolejnego pytania. "Co najbardziej boisz się stracić?".

Zanim Amira zdąży odpowiedzieć, zaskakuje ich ostry głos jej matki, dobiegający zza rozsuwanych drzwi. Ciotka Seema patrzy na nich i surowo marszczy brwi. Amira biegnie do środka, wiedząc, że przebywała na zewnątrz zbyt długo. Nie ośmiela się na niego obejrzeć.

*

TEJ NOCY Amar patrzy przez okno na spokojną ulicę i magnolię, na latarnię stojącą kilka domów dalej i próbuje sobie wyobrazić, że Amira właśnie spogląda na to samo. Światło księżyca pada na białe drewniane framugi jego okna. Przez chwilę wpatruje się w widok przed sobą, a potem szpicem pinezki ryje pierwszą literę jej imienia, "A". Gdy przypomina sobie, że jego zaczyna się tak samo, obok stawia drugą. I nagle odnosi wrażenie, że właśnie przyznał się światu do swoich uczuć, że decyzja zapadła.

Ma więc nadzieję, że tej nocy nie będzie musiała siadać na łóżku i wpatrywać się w latarnię, że spojrzenie jej matki, kiedy zauważyła, że rozmawiają, nie oznaczało kłopotów. Ale jeśli Amira nie śpi, gdzieś tam, po drugiej stronie miasta, to ma nadzieję, że czuje, że on również.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

CZĘŚĆ PIERWSZA

.

GDY AMAR OBSERWOWAŁ, JAK SALA ZAPEŁNIA SIĘ GOŚĆMI przybywającymi na ślub jego siostry, obiecał sobie, że zostanie. Powitanie ich było dziś jego obowiązkiem. Prostym zadaniem, które, jak sobie tłumaczył, potrafi dobrze wypełnić. Czuł dumę, występując naprzód i wymieniając uściski dłoni z mężczyznami lub przykładając rękę do serca, aby oddać szacunek kobietom. Nie spodziewał się, że radosne uśmiechy gości odbiją się na jego twarzy. Nie przewidział zaskakującej pociechy, jaką znajdzie w ich znajomych obliczach. W końcu minęły trzy lata. Gdyby nie wezwanie od siostry, zapewne upłynęłoby znacznie więcej, zanim zebrałby się na odwagę i wrócił do domu.

Dotknął krawata, by się upewnić, że wisi, jak należy. Przygładził włosy, jakby jeden luźny kosmyk miał wystarczyć, by przykuć uwagę. Stary przyjaciel rodziny zawołał go po imieniu i zamknął w uścisku. Co odpowie, kiedy zapytają, gdzie się podziewał, jak się miewał?

Dźwięki shehnai obwieściły rozpoczęcie uroczystości zaślubin Hadii i nagle cała sala ożyła. W tym momencie, pod złotym blaskiem żyrandoli, otoczony żywymi kolorami kobiecych sukni, Amar pomyślał, że może miał rację, decydując się na powrót. Przecież mógł ich wszystkich przekonać - te znajome twarze, matkę, której wzrok czuł na sobie, gdy przechodziła w pobliżu, ojca, który nadal trzymał go na dystans. Mógł nawet przekonać samego siebie, że to jego miejsce, że jest w stanie włożyć garnitur i odegrać swoją rolę, być kimś, kim był dawniej, a dzisiaj po prostu wzorowym bratem panny młodej.

*

TO HADIA ZDECYDOWAŁA, by go zaprosić. Tego ranka obudziła się, myśląc o bracie, i przez cały dzień skupiała się na sprawach trapiących wszystkie panny młode - że od teraz, mówiąc o Tariku, będzie używała słowa mąż, że po latach wątpliwości, czy przetrwają do tej chwili, oto jej doczekali. Ziściło się to, w co nawet nie ośmielała się wierzyć: poślubi mężczyznę, którego sama sobie wybrała.

Tak jak się spodziewała, Amar przyjechał. Wstrząśnięta jego widokiem zrozumiała, że tak naprawdę w to nie wierzyła. Od trzech lat nie dawał znaku życia. W dniu, w którym powiedziała rodzicom, że zamierza go zaprosić, nie ważyła się na modlitwę: "Panie Boże, spraw, by przybył", a tylko: "Panie Boże, niech ojciec pozwoli mi go zaprosić". Ćwiczyła przygotowane słowa tak długo, aż nauczyła się wypowiadać je spokojnie i pewnie. Do tego stopnia, że każdy przypadkowy słuchacz mógłby wziąć ją za kobietę, która bez najmniejszego wysiłku wyraża swoje życzenia.

Huda skończyła nakładać na usta szminkę i zapięła spinkę srebrnego hidżabu. Wyglądała pięknie. Miała na sobie obszyte srebrnymi koralikami granatowe sari, takie samo, które przywdzieje garstka najbliższych przyjaciółek Hadii. Od jej siostry biło podniecenie, którego Hadia nie potrafiła z siebie wykrzesać.

- Będziesz miała go na oku? - zapytała Hadia.

Huda wyprostowała przedramię, po którym z metalicznym stuknięciem ześliznęły się na nadgarstek srebrne bransoletki. Odwróciła się od lustra i spojrzała na siostrę.

- Po co go zaprosiłaś, skoro nie chciałaś, żeby przyjeżdżał?

Hadia wpatrywała się w swoje pokryte henną ręce. Wbiła paznokcie w skórę.

- To mój ślub.

Było to oczywiste i prawdziwe stwierdzenie. I nie miało znaczenia, że brat od lat się do niej nie odzywał - nie potrafiła sobie wyobrazić tego dnia bez niego. A jednak ulga na widok Amara przyniosła ze sobą cień strachu o jego los.

- Zawołasz go tu? - poprosiła Hadia. - A jak przyjdzie, dasz nam chwilę na osobności?

Siostry spojrzały sobie w oczy. I choć przez moment Huda wyglądała na zranioną, nie zapytała Hadii o sprawy, do których rodzeństwo nigdy ją nie dopuszczało.

*

GDY LAYLA PRZECHADZAŁA SIĘ pośród gości i przystawała, by obejmować kobiety, z którymi jeszcze się nie przywitała, uzmysłowiła sobie, że kiedyś, gdy jej dzieci były małe i mogła się tylko domyślać, co przyniesie im przyszłość, może właśnie tak wyobrażała sobie swoje przyszłe życie. Kroczyła przez salę wyprostowana, z delikatnym uśmiechem na ustach, i czuła, że to wydarzenie należy nie tylko do jej córki, ale i do niej. Nawet Amar był obecny. Zerkała na niego pomiędzy kolejnymi rozmowami, śledziła jego ruchy, doszukując się na twarzy syna niezadowolenia.

Wesele toczyło się znakomicie. Goście przybywali punktualnie. Na sali był osobny stół na soki z mango i ananasa oraz przekąski, które donoszono natychmiast, gdy znikały z półmisków. Białe orchidee wręcz wylewały się z wysokich szklanych wazonów, ustawionych na wszystkich stołach. Na każdym krześle czekały na zaproszonych małe złote woreczki z upominkami. Huda pomagała Layli w ich przygotowaniu aż do późnej nocy. Podśpiewywały przy tym cicho, wypełniając je migdałami i rozmaitymi czekoladkami. Sala była majestatyczna - wybrały ją z Hadią wiele miesięcy wcześniej - a gdy Layla przechodziła pod jej łukami do głównego hallu, przepełniało ją zadowolenie z dobrze podjętej decyzji. Kiedy zobaczyły ją po raz pierwszy, nie prezentowała się tak okazale, ale teraz przypominała plan filmowy. Żyrandole połyskujące pod wysokim sufitem świeciły tak jasno, jakby rywalizowały, który lepiej rozświetli pomieszczenie. Mężczyźni, w ciemnych garniturach i szerwani, wyglądali bardzo elegancko, a kobiety ubrały się tak, aby nie pominąć żadnej barwy tego świata. Światło igrało na ich ozdobach i srebrnych obszyciach. Layla żałowała, że jej rodzice nie mogą już tego zobaczyć. Ależ byliby dumni, jakże zadowoleni z uczestnictwa w ślubie pierwszej wnuczki. Jednak dziś nawet ich nieobecność nie mogła przyćmić jej wdzięczności, więc nieustannie szeptała pod nosem: "Bóg jest wielki, Bóg jest wielki i wszystko dzięki Niemu".

Niecałą godzinę temu pomagała Hadii nałożyć ciężkąkharra dupatta, zaciskając zapinki podtrzymujące cały strój. Wtedy również szeptała ciche modlitwy. Gdy uwijała się wokół córki, ta milczała. Podziękowała matce tylko raz, niemal bezgłośnie. Była zdenerwowana - jak każda panna młoda, jak sama Layla wiele lat temu. Kobieta poprawiła fałdy stroju Hadii, wpięła jejteekah we włosy i odsunęła się na kilka kroków, aby ujrzeć córkę w pełnej krasie - wszystkie skomplikowane wzory wymalowane henną, całą odbijającą światło biżuterię.

Teraz lustrowała wzrokiem tłum w poszukiwaniu syna. To niewiarygodne, że zaledwie kilka dni wcześniej nie mogła zasnąć, gdyż ciemność budziła niepokojące lęki. W świetle dnia Layla potrafiła przekonać samą siebie, że wystarczy, jeśli ogląda twarz syna na fotografiach, które postanowiła zachować, lub słyszy jego głos na rodzinnych filmach, jak choćby na tym, kiedy Amar był na wycieczce w zoo. Pracownik podniósł wówczas żółtego pytona. Amar, drżąc z podniecenia, natychmiast zgłosił się, że chce go dotknąć.

Teraz Layli wystarczała wiedza, że jej syn gdzieś tu jest, jego serce bije, a umysł porusza się niezrozumiałymi dla niej ścieżkami.

Gdy obudziła się tego ranka, rodzina była w komplecie. Zanim jej dzieci wstały, przygotowała dla nich pieniądze na jałmużnę. Tym razem więcej, ponieważ był to ważny dzień, i jeszcze trochę, aby zapobiec wszelkim komentarzom na temat powrotu Amara, które mogłyby skłonić go do ponownego wyjazdu. Pojechała do sklepu spożywczego i wypełniła lodówkę jego ulubionymi przysmakami: zielonymi jabłkami i wiśniami, lodami pistacjowymi z migdałami, ciasteczkami z dziurką wypełnioną kremem. Wszystkim, co dawniej krytykowała. Czy to okrutne z jej strony, że czuje większą radość z jego powrotu niż z powodu ślubu córki?

Zanim Rafik pojechał na salę, by dopilnować ostatnich przygotowań - wniesienia stołów, obwiązania krzeseł złotymi szarfami, ustawienia podestu, na którym zasiądą Hadia i Tarik - Layla poszła na górę, do ich sypialni, gdzie się ubierał.

- Suno - zaczęła - posłuchasz mnie? Możesz niczym go nie złościć i nie denerwować?

Od zawsze znajdowała sposób, by nie wymawiać imienia męża. Najpierw z nieśmiałości, później przez obyczaj oraz głęboki szacunek, jakim go darzyła. Teraz powrót do imienia byłby już nienaturalny, unikała go więc z nawyku. Rafik na moment przerwał zapinanie koszuli i spojrzał na żonę. Miała do tego prawo. Nie wtrącała się w jego decyzje przez tyle czasu. Więc teraz mogła nalegać.

- Proszę, możesz trzymać się dziś od niego z dala, dla mnie? Możemy porozmawiać jutro, ale nie psujmy tego dnia.

Zeszłego wieczoru, gdy pojawił się Amar, zachowywali się po przyjacielsku. Rafik powitał go zwyczajowym salaam, po czym Layla natychmiast zaprowadziła syna do jego pokoju, a następnie podgrzała mu kolację.

Przeszło jej przez myśl, że może uraziła Rafika swoją prośbą. Ostrożnie zapięła spinki na jego mankietach.

- Nie będę się do niego zbliżał, Laylo - odpowiedział w końcu, opuszczając ręce.

*

KIEDY AMAR NAPOTKAŁ WZROK ojca stojącego po drugiej stronie zatłoczonej sali, zrozumiał, że zawarli układ: obaj wiedzieli, dla kogo tu dziś przyszli i że nie wykroczą poza uprzejme salaam. Amar pierwszy odwrócił spojrzenie. Nadal czuł gniew i wywołany nim dystans. Jak gdyby znajdował się w jakimś żelaznym uścisku.

Podczas kilku pierwszych rozmów, gdy musiał wyjaśniać, co ostatnio porabiał, postanowił nieco się rozerwać. Bawiły go miny gości. Jednemu odpowiedział, że malował zachody słońca i pejzaże. Innemu odparł, że jest inżynierem, ale zirytowało go, że zrobiło to na rozmówcy tak wielkie wrażenie. Kolejnemu rzekł, że spełnia swoje ornitologiczne pasje. Kiedy mężczyzna zamrugał, nie rozumiejąc, o co chodzi, Amar wyjaśnił, że bada ptaki. Ale w końcu przestał owijać w bawełnę. Przepraszał uprzejmie i przerywał każdą rozmowę, zanim na dobre się rozpoczęła.

Przeszedł pod łukowatą bramą i minął bawiące się dzieci oraz włączone telewizory. W końcu dźwięki shehnai ucichły za jego plecami. Zapomniał, jak to jest znaleźć się w tłumie ludzi - czuł się pośród nich jak hipokryta. Czuł też na sobie badawczy wzrok ojca, który spodziewał się, że Amar przyniesie mu wstyd i będzie kłamał, zanim w ogóle zdąży się odezwać. Amar szedł, dopóki nie stanął przed barem po drugiej stronie hotelu. Oczywiście żaden z gości Hadii nie odważyłby się tam zapuścić. Aby wychwycić dochodzącą z oddali muzykę shehnai, musiał mocno wytężyć słuch. Usiadł pomiędzy dwoma nieznajomymi. Dziś nawet to wydawało mu się zdradą. Ale samo siedzenie w tym miejscu nie oznaczało, że zamówi sobie drinka.

Pochylił się i oparł łokcie na kontuarze, po czym schował twarz w dłoniach i westchnął.

Nie potrafił uwierzyć, że wczoraj wieczorem zdołał zapukać do drzwi rodzinnego domu. Najbardziej zaskoczyło go, jak niewiele się tutaj zmieniło - te same odcienie farby, a w oknie jego starego pokoju na drugim piętrze nadal brakowało moskitiery. Budynek tonął w ciemności. Szerokie okna i zaciągnięte zasłony. Gdyby postanowił wrócić, skąd przyszedł, nikt nawet nie wiedziałby o jego wizycie. Była to kusząca myśl - nie musiałby stawiać czoła ojcu i patrzeć, jak jego nieobecność odbiła się na matce.

Jasny księżyc był niemal w pełni. Amar - jak to robił w dzieciństwie - najpierw poszukał na nim twarzy, gdyż pewien nauczyciel powiedział mu kiedyś, że można ją tam ujrzeć, a później - zapisanego pismem arabskim imienia, które matka zawsze z dumą mu pokazywała. Kiedy znalazł to i to, prawie się uśmiechnął.

Może rzeczywiście by odszedł, lecz w pokoju Hadii zapaliło się światło. Zalśniło zza zasłony morską barwą i sam ten widok wystarczył, by jego serce zadrżało. Siostra była w domu. Amar podjął w życiu takie, a nie inne decyzje i nie mógł się z nią widywać ani rozmawiać. Gdyby sama do niego nie zadzwoniła i nie poprosiła, by przyjechał, nie wiedziałby nawet, że wychodzi za mąż. Był tak oszołomiony, że nie odebrał. Ale zostawionej przez nią na poczcie głosowej wiadomości słuchał tak długo, aż nauczył się jej na pamięć. Później zdarzały się noce, gdy był pewien, że wróci, a po nich przychodziły takie, kiedy wiedział, że nie przyniesie to nic dobrego.

Jej rozświetlone okno, a obok jego - ciemne. Pewnego lata odsunęli moskitiery i połączyli swoje okna sznurkiem przyczepionym na krańcach do styropianowych kubków. Hadia zapewniała, że doskonale wie, co robi. Przerabiała to już w szkole. On sam nie miał pewności, czy słyszał jej głos w kubku, czy w powietrzu. Wtedy udawali, że do ich dzielnicy zbliża się wojna. To Hadia wpadła na ten pomysł. Zawsze wymyślała świetne gry i zabawy. Siedzieli na wieży obserwacyjnej i pilnowali, by nic nie umknęło ich uwadze. "Drozd na gałęzi", wołał Amar, wychylając się na ułamek sekundy przez okno, po czym, znowu kucając, dodawał: "odbiór". "Ulicą jedzie listonosz", meldowała Hadia. "Wiezie masę listów, odbiór".

Tego wieczoru, gdy ojciec się wściekł, bo znalazł na podjeździe wyrzucone moskitiery, jedno z nich musiało ponieść karę. Cała trójka ustawiła się w szeregu. Najstarsza Hadia, potem Huda, na końcu zaś najmłodszy, chowający się nieco za obiema siostrami Amar.

- Ty je do tego namówiłeś? - zapytał ojciec, patrząc tylko na niego.

I miał rację. Pozbycie się moskitier było pomysłem Amara. Hadia gapiła się w podłogę. Huda skinęła głową, a wtedy siostra rzuciła jej przelotne spojrzenie, ale się nie odezwała.

- Po was bym się czegoś takiego nie spodziewał - zwrócił się ojciec do córek.

Urażony Amar odmaszerował do swojego pokoju, zamknął okno i zatopił się w chłodnej pościeli. Po nim nikt nie spodziewał się niczego dobrego. I choć Hadia już nigdy nie wyrzuciła przez okno moskitiery, on, co kilka lat, tak, aż w końcu ojcu znudziło się jej naprawianie.

- Zmieniłeś zdanie? - zapytał barman.

Amar rozejrzał się i pokręcił głową. Miło byłoby odpowiedzieć: "jasne". Być może tak byłoby lepiej, zarówno dla niego, jak i pozostałych. Drink ukoiłby jego nerwy, może pozwolił mu cieszyć się przekąskami i żałosnym zawodzeniem shehnai. Ale wrócił do domu ze względu na matkę i siostrę, która prosiła go tylko o ten jeden wieczór.

Zadzwonił jego telefon. Huda pisała: "Hadia chce z tobą porozmawiać, pokój trzysta dziesięć".

Przez cały dzień się bał, że siostra zaprosiła go na ceremonię z poczucia obowiązku. Podejrzewał, że może to samo uczucie skłoniło go do przyjazdu. Lecz teraz coś w nim zakiełkowało - może nie podniecenie ani radość, ale nikła nadzieja. Wstał i ruszył w stronę, z której dobiegała muzyka. Jego siostra, pomimo że była otoczona przyjaciółmi i krewnymi, chciała porozmawiać właśnie z nim.

*

AMAR MIAŁ ZAPUKAĆ do drzwi lada moment. Hadia pomyślała, że nie może wypaść tak jak wczoraj wieczorem, gdy oszołomienie odebrało jej mowę. Powinna zachować się uprzejmiej. Trzy lata bardzo go zmieniły. Wyglądał poważniej, pod jego oczy wcisnęły się cienie, a na podbródku pojawiła się nowa blizna, która dołączyła do starych, przecinających wargę i brew. Zdawał się przygarbiony, a ona od razu zrozumiała, że gdzieś zniknęła jego dawna pewność siebie, jak gdyby była cechą wyglądu, podobnie jak ten jego triumfalny półuśmieszek. Najbardziej zabolał ją jednak wygląd jego twarzy, która jakby się skurczyła, a także jego wystające kości ramion.

Czekała nieruchomo, nie chcąc zburzyć misternie ułożonego stroju. Najdrobniejszy ruch sprawiał, że fałdy zmieniały położenie i ocierały się o siebie. Zasłaniający jej twarz ghoongat okazał się zaskakująco ciężki, teekah przesuwało się, kiedy zbyt gwałtownie ruszała głową, a przypominający obrożę naszyjnik ściskał szyję. Prawie nie poznawała się w lustrze.

Usłyszała pukanie do drzwi. Wiedziałaby, że to Amar, nawet gdyby na niego nie czekała: jak zawsze lekkie zawahanie przy pierwszym stuknięciu, potem pauza i dwa głośniejsze. Huda wpuściła go do środka. Hadia usłyszała, jak podziękowała mu za przybycie w ten sam powściągliwy sposób, w jaki rozmawia z obcymi. Następnie do uszu Hadii dotarło kliknięcie zamykanych drzwi i pojawił się Amar. Umył twarz i uczesał włosy, włożył czarny garnitur, znalazł gdzieś pasujący krawat. Hadia poklepała dłonią miejsce obok siebie, ale nie usiadł.

- Jak tam na dole? - zapytała.

- Możliwe, że powiedziałem wujowi Samirowi, że próbuję zostać zawodowym malarzem.

Wykrzywił usta i przycisnął język do wnętrza policzka. Często tak robił, gdy kłamał albo był zdenerwowany, nie zdając sobie sprawy, że ma ten nawyk. Natychmiast rozbroił tym Hadię. To naprawdę był on. Jej brat. Choć tym razem ta jego mina wyglądała inaczej niż dawniej - miał ostrzej zarysowaną żuchwę i zapadnięte policzki - ale bez wątpienia to był jego popisowy grymas.

Próbowała wymówić jego imię pełnym nagany tonem, lecz na myśl o wuju Samirze, najbardziej łatwowiernym przyjacielu ojca, zaczęła się śmiać. Stara Hadia ostrzegłaby brata, by uważał - gdyż wszyscy od razu poznają, że kłamie, albo wkrótce się dowiedzą. Ale nie była pewna, czy może się z nim droczyć, równocześnie go nie obrażając. Ponownie poklepała wolne miejsce obok siebie.

- Wyglądasz przepięknie - stwierdził.

- Nie przesadziłam? - Uniosła ozdobioną, obco wyglądającą rękę i wskazała gestem na biżuterię.

Amar zaprzeczył.

- Mama musi być szczęśliwa. W końcu któregoś zaakceptowałaś.

- Ślub nie jest zaaranżowany.

Przez moment wyglądał na zaskoczonego. A potem się uśmiechnął.

- Czyli już nie jestem jedynym, który ich rozczarował.

- Nie. Ale nieco ułatwiłeś mi sprawę.

Czy ich śmiech wziął się ze swobody, czy z dyskomfortu?

Amar usiadł obok niej. W jego ruchach nadal dało się zauważyć chłopięcość. "Nie powiesz tacie, prawda?", prosił ją za każdym razem, gdy wymykał się z domu i chciał, by pilnowała, żeby okno w jego pokoju zostało otwarte, albo gdy przyłapywała go na paleniu papierosów. Zawsze z identycznym wyrazem twarzy. Zawsze z szeroko otwartymi brązowymi oczami. Spędziła wiele nocy na wyczekiwaniu na niego przy oknie, wodząc palcem po małych nacięciach, które zrobił na parapecie. Napinała się na każdy trzask z głębi domu, mogący oznaczać, że rodzice właśnie wstają i zaraz ich nakryją. Z biegiem lat Amar przestał czekać na jej odpowiedź - nie wątpił w nią. Wiedział, wiedział od zawsze, że go nie wyda.

- Chciałam spytać, czy mógłbyś coś dla mnie zrobić - powiedziała.

- Wszystko.

Nie zawahał się. Zabrzmiał niezwykle szczerze, co upewniło ją, że słusznie go zaprosiła. Patrząc na własne stopy, wyjaśniła, że wkrótce zejdzie na dół, a na jedyną przewodniczkę wybrała Hudę. Najbliższe przyjaciółki będą podtrzymywały nad jej głową czerwony woal, podczas gdy ona będzie kroczyła przez salę w kierunku podestu i taty, który z kolei zaprowadzi ją po schodach do Tarika.

- Zechciałbyś iść u mojego drugiego boku?

Amar skinął głową.

- Nie musisz.

- Wiem. Ale chcę.

Ujęła jego dłoń. Nie miało znaczenia, że ich dawne relacje zniknęły i muszą nawiązać nowe; siedząc obok niego, czuła swobodę. Swobodę znaną tylko ludziom, którzy żyją w swoich najwcześniejszych wspomnieniach.

- Mam coś dla ciebie - rzekł Amar, po czym sięgnął do kieszeni garnituru i wyjął niechlujnie oklejony taśmą pakuneczek. - Ale jeszcze nie otwieraj.

Położył go w jej dłoniach. Potrząsnęła lekko upominkiem, chcąc odgadnąć, co jest w środku, po czym wsadziła go do torebki i powiedziała bratu, że będzie to pierwszy prezent, który otworzy. Z powagą wlepił wzrok w kolana. A potem rozległo się pukanie do drzwi. Amar pomógł siostrze wstać. Kiedy otworzyli, na widok Hadii oczy matki wypełniły się łzami. Huda przetarła swoje knykciami, co zaskoczyło Hadię, bo siostra nigdy nie dawała ponosić się emocjom. Hadia szturchnęła ją łokciem, jakby chciała powiedzieć: "Ty też?!".

- Gotowa? - zapytała Huda.

I nagle Hadię zalało wszystko to, o czym przez cały dzień udawało się jej nie myśleć. Powiedziała sobie: "Huda pyta, czy jesteś gotowa zejść na dół i przejść przez całą salę. Jeśli teraz skiniesz głową, potwierdzisz, że chcesz żyć z Tarikiem, że jesteś gotowa". Przytaknęła - Tarikowi i nowemu życiu.

Fotograf uniósł aparat. Matka dotknęła jej czoła palcem wskazującym i napisała nim po arabsku niewidoczne Ya Ali. To gest wykonywany dla ochrony i szczęścia przed pierwszym dniem w szkole, każdym ważnym egzaminem, każdą podróżą samolotem. W ruchu palca matki, w jej skupionej minie, gdy zmawiała modlitwę, było coś, co uspokoiło i pocieszyło Hadię. Choć sama nie potrafiła zmusić się do modlitw o wielkie rzeczy, mogła zaufać wierze matki, polegać na niej. Mama poprawiła ghoongat tak, aby zakrywał połowę twarzy panny młodej. Huda wzięła ją pod ramię. Hadia, zanim postawiła pierwszy krok, odwróciła się i podała drugą rękę Amarowi.

Jej wesele było zarówno celebracją nowego życia, które zamierzała rozpocząć, jak i symbolem odejścia od życia w domu. Przyjaciółki czekały przy windzie. Kiedy ją zobaczyły, wyciągnęły wysoko ramiona, by, niczym baldachim, podtrzymać nad nią czerwony woal. Przebijające się przez tkaninę światło miało czerwoną barwę. Wszyto w nią też maleńkie lusterka, rzucające na dywan iskierki blasku. Bębniarz zaczął walić w swój instrument, oznajmiając przybycie panny młodej, która czuła to bębnienie w całym ciele. Postąpiła krok naprzód.

Gdy weszli na salę, udało jej się dojrzeć rzędy stołów, szepczących ludzi siedzących na krzesłach i flesze ich aparatów. Zatrzymali się, jej przyjaciółki usunęły czerwone sukno, światło stało się nagle złote i ciepłe.

- Możesz już podnieść wzrok - szepnęła jej do ucha Huda.

Tata wyciągnął do niej dłoń, a na jego twarzy pojawiła się czułość, jakiej nigdy wcześniej nie widziała. Ucałował ją delikatnie w czoło, tak aby klejnoty teekah nie wbiły jej się w skórę. Jego troska zaskoczyła Hadię. Poprowadził córkę schodami na podest, gdzie czekał Tarik. Dłonie bębniarza zamarły w bezruchu. Hadię uderzyło, jak przystojnie jej wybranek wygląda w kremowym szerwani. "Boże, proszę, abym to zapamiętała", pomodliła się szeptem. Kiedy ich oczy się spotkały, Tarik uśmiechnął się szeroko, a ona już wiedziała: "Sama wybrałam. Wybrałam jego. To moje życie. Nie sądziłam, że mnie jakieś czeka. Ale jednak jest moje".

*

KTOŚ WYLAŁ WODĘ na jej sari i na materiale pojawiła się ciemna plama. Layla przeprosiła, odeszła na bok, po czym próbowała ją wysuszyć. Miała nadzieję, że to nie jedna z tych tkanin, na których zostają plamy po wodzie. Przecież czekała ich jeszcze sesja fotograficzna. Layla liczyła, że zrobią rodzinne zdjęcie, które mogłoby zastąpić to wiszące w salonie. Najwyższy czas je zmienić. W domu wciąż wisiały te same fotografie, co przed wyjazdem Amara. Layla ponownie zerknęła na siedzącą na podeście obok Tarika córkę. Oddzielała ich niewielka przerwa, która może zniknąć dopiero po zakończeniu ceremonii zaślubin. Oboje się uśmiechali i dyskretnie rozmawiali. Wyglądali jak król i królowa z jakichś prastarych, wspaniałych czasów. Layla schyliła głowę i szybko ruszyła do łazienki. Usłyszawszy, jak kobiety przy jednym ze stołów mówiły, że jej córka wygląda olśniewająco, zapłonęła z dumy.

Jeszcze nigdy nie patrzyła na Hadię z takim podziwem jak wtedy, kiedy ta wyszła z pokoju hotelowego. Wyglądała zarówno dojrzale, gotowa na ten krok, jak i niepewnie, niczym wielkooka dziewczynka, którą zostawiła pierwszy raz w przedszkolu. Długo czekali z Rafikiem na chwilę, która właśnie nastała. Nadeszła później, niżby chciała - jej córka miała wkrótce skończyć dwadzieścia siedem lat. Obawy Layli narastały z każdym rokiem, zwłaszcza że sama chodziła na śluby coraz to młodszych i młodszych dziewcząt, podczas gdy Hadia upierała się, że najpierw skończy studia. Ale nie mogła narzekać. Tarik był przyzwoitym, dobrze wykształconym młodym mężczyzną. Layla przypomniała sobie, że właśnie kogoś takiego chcieli dla córki. Rafik też lubił go bardziej, niż chciałby przyznać.

Powietrze w łazience było chłodne, światło przyćmione. Layla została sama, po raz pierwszy od wielu godzin. Rozluźniła twarz. Policzki bolały ją od ciągłych uśmiechów. Wycierała sari chusteczkami, ale plama nie znikała. Będzie musiała poczekać. Pomasowała twarz, patrząc w lustro. Zaczęła od policzków, by za chwilę przesunąć palce na kark - w miejsce, gdzie nieustannie odczuwała tępy ból. Chciała znaleźć Rafika, by sprawdzić, czy i on jest szczęśliwy, i powiedzieć mu: "Spójrz, czego razem dokonaliśmy".

Kiedy kilka godzin wcześniej Rafik wrócił z sali do domu, był bardzo cichy. Nie potrafiła go rozczytać. A maleńki postęp, jaki poczyniła z Amarem - wspólny spacer po ogrodzie, pokazanie mu garnituru, który miał włożyć - na nic się nie zdał, bo gdy tylko Rafik wrócił, jej syn zamilkł. Na całym świecie kochała już wyłącznie tych dwóch mężczyzn, a oni nie potrafili nawet ze sobą przebywać.

Niedługo przed wyjazdem na uroczystość Layla rozłożyła na podłodze w pokoju na piętrze swój dywanik modlitewny, a kilka kroków dalej dywanik Rafika. Nadeszła pora dnia, której najbardziej wyczekiwała, i chociaż nic nie mówili, panowało między nimi poczucie spokoju, wrażenie jedności. To ona uczyła dzieci, jak się modlić. Z dziewczynkami nie było problemu, ale z Amarem sprawa wyglądała inaczej. Naśladował każdy jej ruch, obserwował, jak wznosi ręce ku niebu, i robił to samo. Wydawał pod nosem szepczące odgłosy, choć przecież nie znał sur na pamięć. Na koniec powiedziała mu, że nadszedł czas, by przedstawił swoje życzenia bezpośrednio Bogu, na co on poprosił o jabłkowe lizaki w karmelu.

- Tylko tego pragniesz? - zapytała, a on skinął głową.

- Ale możesz poprosić o wszystko - dodała z nadzieją, że zwróci się do Boga o coś jeszcze. Nie przepadała za tymi lizakami, bo karmel wchodził pomiędzy zęby.

- Jeżeli poproszę tylko o jedną rzecz, to będzie większa szansa, że życzenie się spełni - wyjaśnił Amar.

- Bóg tak nie postępuje.

- A skąd wiesz?

Była zdziwiona. Bo przecież nie wiedziała. Amar miał wtedy sześć, może siedem lat, a zadał pytanie, nad którym nigdy się nie zastanawiała. Hadia ani Huda nie pytały jej o takie rzeczy. A Amar miał rację, choć nawet o tym nie wiedział. Nazajutrz wybrała się do sklepu i kupiła najmniejszą paczkę tych koszmarnych lizaków, jaką tylko udało się jej znaleźć, i schowała ją pod jego poduszką. Poprosił o coś, co z łatwością mógł dostać, pomyślała więc, że jeśli to otrzyma - w wieku, w którym na dzieciach tak łatwo zrobić wrażenie - to w przyszłości będzie modlił się z większym zapałem. Nauczono ją, by nigdy nie zadawać pytań dotyczących dzieł Boga, nie myśleć o nich zbyt wiele. To wszystko tajemnica. I z radością właśnie tak do tego podchodziła. Wyobrażała sobie zasnute mgłą ciemne niebo. Matka powiedziała jej kiedyś: "Nie musimy zaglądać za mgłę, by wiedzieć, że świecą za nią gwiazdy".

Layla wpatrywała się we własne odbicie w lustrze. Wiedziała, że sari bardziej już nie wyschnie. Poprawiła hidżab, żeby zakryć pozostałość po plamie, i ponownie nałożyła na usta szminkę. Gdy wróciła na salę, recytowano hadith-e-kisa. Wkrótce miał paść jej ulubiony werset: że Bóg stworzył błękitne niebo i różnorodne krajobrazy, jasny księżyc i palące słońce, wirujące planety i falujące morza z żeglującymi po nich statkami - a wszystko z miłości dla owej żyjącej pod tym niebem piątki, czyli dla Proroka, jego zięcia imama Aliego, córki Fatimy oraz wnuków: Hasana i Husajna.

Rozejrzała się za Rafikiem i zauważyła go na drugim końcu pomieszczenia. Siedział przy stole z pochyloną z szacunkiem głową. Wyglądał na zadowolonego. Zamierzała do niego podejść po zakończeniu recytacji i powiedzieć: "Udało się nam. To my je stworzyliśmy. Te dzieci, które teraz są już dorosłe". Jaki jest pożytek z tego naszego życia, jeśli raz na jakiś czas nie przystaniemy bodaj na moment i nie dostrzeżemy, co się wokół nas dzieje - naszej córki na podeście, naszego syna, bezpiecznego przy nas, wszystkich naszych przyjaciół i krewnych, którzy przebyli wiele kilometrów, by zasiąść z nami na tej sali i wspólnie świętować?

*

CHCIAŁ POCZUĆ na twarzy chłodny wietrzyk. Oddalić się od wszystkich, którzy mogliby chcieć z nim porozmawiać. Pragnął spojrzeć w niebo, o ile poświata ulicznych latarni zanadto nie przesłaniałaby gwiazd. Amira Ali też przyszła na uroczystość. Nie nawiązali kontaktu wzrokowego, ale był pewien, że go zauważyła. Bo czyż mogło być inaczej? Cały ten tłum dookoła, wszyscy wyglądali jak dwie krople wody - niebieskie, zielone, żółte cienie - i nagle ostre szarpnięcie na jej widok. Kiedy każdy z gości odwrócił głowę, by oglądać wejście panny młodej, Amira patrzyła na podest. Gdyby miał zgadywać, uznałby, że obserwowała Tarika albo jego ojca.

Wiedział, że może się zjawić, i wmawiał sobie, że przetrwa tę noc niezależnie od obecności Amiry. Wyjął z kieszeni papierosa i zapalił, myśląc o jej policzkach, podbródku i olśniewających kruczoczarnych włosach. Musiał się skupić, by spokojnie maszerować w stronę podestu, a później zmuszać, by na nią nie spojrzeć. Poczekał, aż Hadia zajmie miejsce obok Tarika, a potem wymknął się z sali, nie odrywając wzroku od wypolerowanych butów.

Kiedy rozmawiał z Hadią w jej pokoju hotelowym, dotarło do niego, że kompletnie nic nie wie o jej wybranku. Miał wrażenie, że jest już za późno, by się tym przejmować albo martwić, jakby stracił do tego prawo. Ale Hadia nie tylko zaprosiła go na ślub, poprosiła też, aby w pełni w nim uczestniczył i stanął obok niej oraz Hudy. Wiedział, że nie musiała tego robić. Idąc do jej pokoju, bardzo się denerwował, bał się, że zada mu jakieś pytanie, na które nie będzie chciał odpowiedzieć, lecz siostra mu tego oszczędziła. Teraz wystarczyło, że będzie nad sobą panował. Zdeptał podeszwą niedopałek i zapalił drugiego papierosa.

Rano, gdy siedział samotnie w swoim dawnym pokoju, zamknął drzwi na klucz. Otworzył szafę, wyjął z niej ubrania - z tego, co się zorientował, wszystkie nadal tam były - i wszedł do środka. Po kilku sekundach znalazł to, czego szukał. Za zapasowym kompletem pościeli i pustymi walizkami leżało czarne pudełko, tak jak je zostawił. Przez chwilę dotykał jego miękkiej skórzanej powierzchni. Zawsze wiedział, że pewnego dnia wróci, choćby tylko po nie. Szyfr do zamka miał wyryty w sercu. Otworzył pudełko i spojrzał na pamiątki po poprzednim życiu: pamiętniki, durne wiersze, które pisywał, wiersze innych ludzi, które postanowił zachować, zdjęcia skradzione z rodzinnych albumów, aż w końcu natrafił na zaklejoną kopertę, a w niej - na listy napisane delikatnym pismem Amiry i fotografie, z których na niego spoglądała albo unosiła dłoń i zakrywała twarz. Miał pewność, że to on je zrobił, nie tylko dlatego, że dokładnie pamiętał każdą spędzoną z nią chwilę, ale też dlatego, że wystarczyło rzucić na nie okiem, by wiedzieć, że wykonał je ktoś, kto patrzył na Amirę z miłością. Wiedział, że jeśli przeczyta te listy, to determinacja, aby pójść na wesele, zniknie. Schował je więc z powrotem do koperty, zakleił ją, a potem zamknął wieczko.

Dudniło mu w głowie. Nie pokonał tak długiej drogi na próżno. Dua, która miała rozpocząć się, gdy wychodził, pewnie zbliżała się już do końca. Zamknął oczy i kiedy dociskał powieki kciukiem i palcem wskazującym, ujrzał kotłującą się pod nimi czerwień - barwę woalu nad głową jego siostry, kolor pojawiający się na policzkach Amiry, gdy otwierał przed nią drzwi, na długo przed tym, zanim zamienili pierwsze słowa, zanim ofiarował jej pierwszy komplement, coś skromnego, na przykład: "masz ładne buty". Jej twarz płonęła, gdyż, jak przekonał się później, Amira nie potrafiła nic ukrywać.

*

PODSZEDŁ DO STOŁU z przekąskami i nabrał na talerz kilka samos oraz niewielkie kawałki kurczaka tandoori. Chciał zamaskować zapach alkoholu w oddechu, wprowadzić do organizmu coś, co stłumi jego wpływ. Uspokoił się nieco. Pomyślał, że nie powinien iść do tego baru. Był tutaj niecałą godzinę, a już popełnił błąd. Obiecał więc sobie, że przez pozostałą część nocy będzie przestrzegał ich zasad. Dla matki, dla siostry.

To powitanie całkowicie go zaskoczyło. Poczuł przeszywające szarpnięcie, jak dawniej. Podniósł wzrok i zobaczył, że Amira stoi kilka metrów obok. Uniosła talerz, powoli, jakby się wahała, i obdarzyła Amara uśmiechem. Odpowiedział na jej przywitanie. Bał się patrzeć jej w oczy zbyt długo, skupił się więc na jej nadgarstkach ozdobionych złotymi i czerwonymi bransoletami, ślizgającymi się po rękach, gdy poruszała talerzem. Miał wrażenie, że wzlatuje w powietrze, zmusił się więc, by stać nieruchomo. Spojrzał w górę, na żyrandol, a potem na wirujące wokół niego kolory. Celowo, rozpaczliwie nie chciał na nią patrzeć. Nie chciał dać po sobie poznać, że cokolwiek czuje.

Wkrótce stanęli obok siebie. Amira położyła jedną samosę na środku talerza. Gdy sięgnęła po sos miętowy, nieoczekiwanie zasmuciło go, że tak łatwo przewidział jej ruch. Obróciła się do niego. Włosy opadły jej na twarz i stworzyły skrywającą jedno oko zasłonę. Miał ochotę odsunąć je na swoje miejsce, za ucho. Ale nie mógł jej już dotykać. Wskazał na własne czoło, a ona, może pamiętając, jak często odgarniał jej włosy z twarzy, od razu zrobiła to sama. Na jej policzki wystąpił delikatny róż. Nie zauważył tego. Zapadła przytłaczająca cisza. Oboje byli boleśnie świadomi, że łączy ich wspólny język, o którym już dawno temu powinni zapomnieć.