ROZDZIAŁ 2
ŁUKASZ
Pauli został miesiąc do porodu.
Choć Łukasz do niedawna był przekonany, że to niemożliwe, to jej brzuch napęczniał jeszcze mocniej, obniżył się i pod luźną bluzką wyglądał jak sakwa przeładowana owocami. Łukasz uwielbiał patrzeć na ciężarne kobiety. Na swoją żonę najbardziej, ale było dla niego coś niezwykłego w tym, że wiele dziewczyn zachowuje swoją figurę i od tyłu wyglądają wciąż filigranowo, podczas gdy z przodu dźwigają kilkukilogramowy bagaż.
Oczywiście nie wszystkie przyszłe matki tak miały. Jego kuzynce wyostrzyły się rysy twarzy i zaniknęła na zawsze talia. Koleżance Pauli przybyło dwadzieścia osiem kilogramów, z których po porodzie pozbyła się jedynie czterech. Łukasz wciąż traktował to jako cud tworzenia nowego życia, ale cieszył się, że jego Paula w ciąży wygląda olśniewająco. Wpatrywał się w nią jak w błyszczący diament i utwierdzał w przekonaniu, że ciąża przed czterdziestką, kiedy kąciki jej oczu zaczęły znaczyć pierwsze kurze łapki, była bardzo dobrym pomysłem.
Paulę z kolei wszystko fizycznie męczy i to już od piątego miesiąca. W ciąży z Igą było inaczej. Miała dziesięć lat mniej i niemal do samego rozwiązania potrafiła siedzieć przed komputerem do wczesnego wieczora, a później przyszykować obiad na następny dzień.
Przy tej ciąży najchętniej by leżała i to od samego rana. Jest zmęczona stawianiem nogi za nogą, schylaniem się po płyn do płukania, kiedy robi pranie, i sięganiem po telefon, gdy ułoży się wygodnie przed telewizorem z miseczką daktyli w ręku. Albo bakalii. Łukasz wciąż dokupuje nerkowce z Biedronki. Woreczek za woreczkiem. Skrupulatnie pilnuje, żeby Paula zjadła całą zawartość w ciągu dwóch dni.
Łukasz czuje, że w tym momencie najbardziej dla Pauli męczący jest on sam, kiedy tak stoi w sypialni przed lustrem i pociera ciemny zarost na policzku. Z grilla u Witka i Anny wrócił w paskudnym humorze.
- Jebani jaśniepaństwo - mruczy pod nosem. - Widziałaś, jaką mają trawę?
- Nie przypatrywałam się. - Paula leży na boku z poduszką w kształcie węża między nogami. - Trawa jak trawa.
- No właśnie nie. Musiałem wysłuchać wykładu Witka, jak siać, nawadniać, napowietrzać i ile set złotych w sezonie wydają na nawozy. Wiesz, że są fora w necie, gdzie ludzie wrzucają zdjęcia swoich trawników, a inni użytkownicy brandzlują się ich wyglądem i parametrami? Witek ma już tam pewnie rangę supertrawiarza za najebanie dziesięciu tysięcy postów.
- Łukasz...
- No co? Kasa! Kasa najważniejsza, nie zauważyłaś? Stacja do prasowania za siedem koła, marmur na ścianie w toalecie na piętrze...
- Byłeś w toalecie na górze?
- Byłem.
- Po co? Przecież na dole też była.
- Chciałem zobaczyć, co dzieciaki robią. - Łukasz kładzie się na plecach obok Pauli i krzyżuje stopy.
- Akurat! - Paula wybucha śmiechem. - Przyznaj się, że chciałeś zobaczyć, jak się urządzili po remoncie!
- Za kasę, której by nie mieli, gdyby nie my. Ty słyszałaś, że Anka zaproponowała mi pracę?
- Nic o tym nie wiem.
- Pracę w firmie, którą wspólnie zakładaliśmy. I teraz hit! Jako kierowca! Rozumiesz? Byłem wspólnikiem, a teraz ona chce, żebym dla nich jeździł. No kurwa! I te jej komentarze na temat wychowywania dzieci... Że ona by Kubie nie kupiła telefonu w wieku siedmiu lat.
- Trzeba było się odezwać. A ty jak zwykle uszy po sobie.
- Jak uszy po sobie? - Łukasz unosi się na łokciach. - I czemu mówisz, że jak zwykle?
- Mogłeś powiedzieć, co myślisz o tej propozycji pracy. I że wychowujemy córkę, jak nam się podoba. Że to nie jej sprawa, że Iga już od trzech lat ma telefon. A ty nic. Później ja wysłuchuję twojego jojczenia.
- A ty czemu się nie odezwałaś?
- Mnie to nie zdenerwowało. - Paula sięga po pilota od telewizora. - Dobrze się bawiłam.
- Bez alkoholu. Przy nich na trzeźwo nie da się dobrze bawić. Zresztą... nieważne. Truję ci niepotrzebnie, dziecko w brzuchu wszystko rejestruje i za kilka lat będziemy się zastanawiać, dlaczego słucha głośno muzyki i nie może usiedzieć w ławce czterdziestu pięciu minut. Jak się w ogóle czujesz?
- Cieszę się, że jestem już w domu i mogę się położyć.
Łukasz kładzie rękę na brzuchu Pauli, całuje go w okolicy pępka i zamyka oczy. To go uspokaja. Po chwili czuje, jak skóra na lewym boku wybrzusza się, wypłaszcza i tak kilka razy w różnych miejscach, nawet pod żebrami.
- Nie zaśnij - słyszy głos Pauli. - Masz jeszcze coś do zrobienia.
- Wiem, prysznic. - Łukasz ledwo otwiera usta.
- To też. Ale trzeba jeszcze wyjść z Gutkiem na spacer.
Mężczyzna zwleka się z łóżka.
Wiedział, że tak to się skończy. Że zapału na wspólne spacery z yorkshire terrierem wystarczy córce na niecały rok. Wybłagała pupila po niemal roku próśb i obietnic, że będzie z nim wychodzić codziennie, o ile za oknem nie będzie ciemno.
Łukasz nie chciał psa. To kolejny obowiązek, nie tylko dla nich, ale również dla ojca Pauli, któremu podrzucali Gutka, gdy wyjeżdżali na weekend lub jakąś uroczystość. Nigdy im nie odmówił, lecz Łukasz uważał, że to niewłaściwe obarczać innych swoim problemem.
Problem. Czasami tak myślał o Gutku, choć oczywiście miewali też przyjemne momenty na kanapie, kiedy Łukasz dużą, ciepłą dłonią mimowolnie głaskał psa wzdłuż, przez całe ciało, jakby chciał z niego uformować leniwą kluskę.
Później jednak wszystko psuły te spacery. Czy mróz, czy gradobicie, Łukasz musiał wieczorem wyjść z psem, zamiast czytać w łóżku książkę. Kochał zwierzęta, ale najbardziej cudze.
Poza tym za oknem dopiero szarzeje i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby na ostatni dzisiaj spacer wybrała się jego córka.
- Gdzie w ogóle jest Iga? - pyta, wychodząc z sypialni.
- Łukasz, zostaw ją! - woła za nim Paula. - Ściemnia się, ty byś wyszedł z Gutkiem. Spacer dobrze ci zrobi!
Ale Łukasz już nie słucha.
Uchyla drzwi od pokoju córki. Twarz owiewa mu chłodne powietrze z otwartego okna, cisza i fioletowy blask pustego wnętrza.
- Iga?
Na dole woła jeszcze kilkakrotnie. Nie uzyskując odpowiedzi, bierze smycz z wieszaka przy wejściu. Gutek, drepczący do tej pory za Łukaszem, zaczyna popiskiwać i szaleńczo merdać ogonem. Tyle zostało z zaniepokojenia, które udzieliło mu się od jego pana.
Łukasz zastanawia się, czy widział córkę, odkąd wrócili z Paulą od Witka i Anny. Kuba powiedział, że w pewnym momencie pożegnała się z nim i wyszła. Pewnie uznał, że zbierają się już do domu. Ale rodzice zostali jeszcze niemal godzinę i przy furtce doszli do wniosku, że Iga musiała sama wrócić. Mieszkają na jednej ulicy, ich domy dzieli tylko dwieście metrów.
Tylko dlaczego żadne z nich nie upewniło się, że Iga jest w domu?
Paula od razu poszła na górę, wzięła prysznic i włożyła swoją poduszkę między nogi. Przynosiła jej ulgę. Łukasz na dole przekąsił trochę sałatki jarzynowej z suchą bułką, bo papryczki z grilla mu nie smakowały, a mięso na półmisku było już chłodne. Zresztą wypił za dużo prosecco. Dopiero w domu poczuł, że znów może wrzucić coś na ząb.
Oboje uznali, że Iga jest w swoim pokoju.
Mężczyzna dwukrotnie próbuje dodzwonić się do Igi. Sygnał jest, lecz dziewczynka nie odbiera.
Ulica jest szara jak dym z papierosów i bardziej kojarzy się Łukaszowi z końcem października niż początkiem września. Z czasem, kiedy czuć palonymi liśćmi, pierwszy raz trzeba skrobać szyby samochodu, a na ganku każdego domu pojawiają się podświetlane dynie z wyciętymi zębiskami. Łukasz nie jest zwolennikiem tego zwyczaju, ale również nie zabrania córce w rozsądny sposób celebrować Halloween. W zeszłym roku spędziła z Paulą całą sobotę, szykując ozdoby na drzwi i parapety.
A i tak najokazalej z całej ulicy wypada dom Witka i Anny.
Najbardziej wysmakowanie.
I pewnie najdrożej - zauważa w myślach Łukasz.
Mężczyzna ponownie wyciąga telefon z kieszeni. Dawno nie dzwonił do Anny. Odzwyczaił się od wybierania jej numeru. Najchętniej w ogóle nie przeprowadzałby tej rozmowy, zwłaszcza po tym, co przed chwilą nagadał Pauli. Ale zaczyna się naprawdę martwić. Może jednak Kuba wie coś więcej?
Kiedy przykłada telefon do ucha, Gutek ciągnie zniecierpliwiony, nie mogąc pojąć, dlaczego jeszcze nie ruszyli w żadną stronę.
- Tak? - Anna brzmi na nieco zdziwioną, jakby wyrwał ją z drzemki.
- Cześć, to znowu ja. Słuchaj, Igi nie ma w domu. Martwię się. Może jednak mówiła Kubie, że się gdzieś wybiera albo coś... Mogłabyś go zapytać?
Zapada kilkusekundowa cisza, po czym Anna odzywa się ostrożnie:
- Momencik.
Łukasz słyszy kroki, później dźwięk pukania w drzwi i krótką, przytłumioną wymianę zdań. Wyobraża sobie, że Anna przyciska smartfon do swetra na wysokości brzucha.
- Kuba nic więcej nie wie - odzywa się po chwili. - Mówi, że Iga mu się nie tłumaczyła, nie mówiła o żadnych planach.
- Jasne.
- Łukasz. Na spokojnie. Daj znać, jak się już znajdzie. Ja zadzwonię do Witka, poszedł pobiegać. Może gdzieś ją zauważył.
- Dzięki. - Słowa Anny w żaden sposób go nie uspokajają. - Witek biega? Po takim jedzeniu i alkoholu?
- Ma swój rygor. Co drugi dzień siedem kilometrów, choćby się waliło i paliło.
- No tak. Pójdę w stronę lasu, może po drodze natknę się na któreś z nich...
Ale Iga znajduje się szybciej niż w scenariuszu, który Łukasz zaczął tworzyć w swojej głowie. Nadjeżdża na hulajnodze z bocznej ulicy i pierwszy dostrzega ją, a może wyczuwa, Gutek. Znów popiskuje i napręża smycz. Hamulec nożny przy hulajnodze, który Łukasz dokręcał już kilka razy, znowu jest poluzowany i mężczyzna najpierw słyszy charakterystyczny turkot. Chwilę później zauważa sunącą po asfalcie córkę. Czuje, jakby z karku odpadł mu metalowy pancerz, a on sam był kilka kilogramów lżejszy.
- Iga, dziecko... - mówi, gdy córka zatrzymuje się tuż przed nim. - Coś ty taka blada?
- Nieee. - Dziewczynka kręci głową. - Jeździłam po okolicy.
Łukasz ma dziesiątki reprymend na końcu języka, ale na głos nie wypowiada żadnej z nich. Cieszy się, że skończyło się wyłącznie na strachu. Przytula dziewczynkę, poprawia jej kitkę, którą zresztą robi jej sam każdego ranka. Teraz Iga na więcej nie pozwala, choć Łukasz pamięta czasy, kiedy mógł z jej niesfornymi włosami robić wszystko i odnajdywał w tym naprawdę szczerą przyjemność. Zapisał się nawet na webinar z prostymi fryzurami dla dziewczynek. Potrafił pleść koszyczek, upinać w kok, a nawet w bow bun hair, czyli kokardę z włosów.
Mało nie pękł z dumy, kiedy wychowawczyni w przedszkolu skwitowała któregoś dnia, nachylając się nad Igą, że "piękne ci mamusia te fryzury robi".
- Masz jeszcze siłę na krótki spacer ze mną i Gutkiem? - pyta.
Ma nadzieję, że spotka wracającego Witka. Powie mu, co myśli o propozycji Anny. Pewnie Witek jest zorientowany w temacie. Musi być. Anna nigdy nie miała wolnej ręki w firmowych sprawach. Iga przytakuje i po chwili kroczy ramię w ramię z ojcem. Na nogach, prowadząc hulajnogę jedną ręką, jakby chciała pokazać, że zrobiła źle, ale już nigdzie się nie wybiera.
Las na końcu ulicy wygląda jak spód kakaowego ciasta. Ciemny i gęsty, z pojedynczymi jeszcze mroczniejszymi plamami. Jak kawałki nie do końca stopionej czekolady.
Luźny hamulec obija się z łoskotem o tylne kółko. Przypomina Łukaszowi zapętloną melodię ze snu w czasie wysokiej gorączki, jakiej nabawił się mniej więcej w wieku Igi. Razem z kolegami chodził w wodzie po kostki w rowie melioracyjnym. Pamięta, że też wtedy szarzało i też powinien od dawna być w domu.
Kiedy mijają ostatni budynek na ulicy, a przed sobą mają tylko żwirową ścieżkę prowadzącą między pierwsze drzewa, Łukasz łapie córkę za dłoń. Dawno tego nie robił.
Jest dziwnie zimna i mokra.
Jakiś rok temu Paula powiedziała, żeby darował sobie te teatrzyki, jeśli to ma tak wyglądać. A on bardzo lubił wieczorne spotkania z Igą na brzegu jej łóżka, kiedy brał losowo kilka pluszaków i robił kilkuminutowe przedstawienia. Ich tematyka najczęściej dość szybko schodziła na mało wybredne gagi, które najzwyczajniej w świecie śmieszyły Łukasza, a jeszcze mocniej Igę. Pluszaki robiły zawody w podrzucaniu niegrzecznych dżdżownic albo wymiotowały po zjedzeniu spleśniałych racuszków misiowej babci. Paula uważała, że te inscenizacje niepotrzebnie pobudzają córkę, zamiast ją wyciszać przed snem.
Dzisiaj Łukasz robi pierwszy teatrzyk od dłuższego czasu. Myślał, że Iga będzie się bronić, twierdząc, że już wyrosła z takich zabaw, tak samo jak z koszyczków plecionych na głowie, ale dziewczynka układa się na plecach i po prostu przypatruje się temu, co zaraz nastąpi. Łukasz bierze stałą ekipę, która najwyraźniej musiała nieco spoważnieć. Nikt nie wymiotuje ani nie robi operacji innemu pluszakowi, bo ten połknął garść śrubek i nakrętek, podczas gdy jego najlepszy przyjaciel akurat znalazł w ziemi wielki magnes. To niedługa opowieść o zgubionej rozgwieździe, która nie może znaleźć drogi do domu, lecz zawsze może liczyć na przyjaciół. I nieważne, że przyjaciółmi nie są podmorskie zwierzęta, tylko zebra, sowa oraz jamnik, który zresztą jest tatusiem rozgwiazdy. Morał jest czytelny i wybrzmiewa bardzo wyraźnie. Dłonie Igi w końcu się rozgrzewają. Łukasz zostawia ją śpiącą na boku, z jamnikiem pod pachą i z lekko uchylonymi ustami.
Nie daje znać Annie, że Iga się znalazła. Nie robi tego od razu, ani po godzinie, ani następnego dnia. Anna też nie dzwoni, widocznie zapomina o całej sprawie. Łukasz uznaje, że od początku cała ta chęć odnowienia kontaktu i wspólny grill po trzech latach to ze strony Anny i Witka jedna wielka szopka. Tylko jeszcze nie odczytał ich intencji.
Kiedy w zeszłym tygodniu Paula wróciła z zakupów, mówiąc, że spotkała Annę i że mają zaproszenie do nich na grilla, z początku nie chciał uwierzyć. Paula powiedziała to w swoim stylu, swobodnie, jakby lekko nieobecna, wkładając torebkę z mąką do szafki przy lodówce. Brzmiała tak, jakby to zaproszenie było czymś najnormalniejszym na świecie. Łukasz przez cały wieczór zastanawiał się, skąd w głowie Anny zrodził się pomysł, żeby po takim czasie zaproponować miłe spotkanie przy alkoholu, marynowanym mięsie i tiramisu.
Po upokorzeniu. Fałszywym oskarżeniu. I trzech latach milczenia, nie licząc zwyczajowego witania się, którego nie da rady uniknąć, gdy mieszka się na jednej ulicy. Po tym wszystkim, co stracił, kiedy odszedł z firmy, którą prowadzili we czwórkę.
Choć pomysł na firmę spedycyjną powstał w głowach Łukasza i Witka. W czyjej dokładnie, teraz Łukaszowi trudno powiedzieć. Może tak naprawdę w niczyjej, może to nawet nie był pomysł, tylko naturalna kolej rzeczy, prąd, któremu dali się porwać na ostatnim roku studiów. Witek po zmarłym ojcu został nagle sam z chorą matką, tapetami przesiąkniętymi smrodem kleju do modelowania i ciągnikiem z dwudziestoczterotonową naczepą stojącą na placu przed blokiem.
Miesiąc później, kiedy dziadek Łukasza sprzedał mieszkanie we Wrocławiu i przeniósł się do Polkowic, Łukasz dostał od niego olbrzymie, wyposażone akwarium i dwieście dziesięć tysięcy złotych. Tyle samo otrzymał na konto Rafał, młodszy o osiem lat brat Łukasza. Łukaszowi wydawało się, że Rafałowi taka kasa jest zbędna i najpewniej przepuści ją w kilka miesięcy.
Z Witkiem byli wtedy po prostu kumplami z Międzynarodowej Wyższej Szkoły Logistyki i Transportu we Wrocławiu. Przez cztery lata znali się raczej tylko z widzenia, ale później ich dziewczyny się zaprzyjaźniły. Anna zaszła w ciążę, niedługo na świecie miał się pojawić Kuba. Na ostatnim roku połączyły ich marzenia o wspólnej firmie logistycznej, co dla rodziców Łukasza było szaleństwem: twierdzili, że jest za młody, na rynku jest zbyt duża konkurencja i że powinien najpierw nabrać doświadczenia.
Ale jednak zarejestrowali działalność. Zresztą najłatwiej robi się interesy za nie swoje pieniądze - w krótkim czasie Łukasz zainwestował kasę od dziadka w kolejny ciągnik z naczepą oraz wynajął nieduży lokal w pobliżu polkowickiego aquaparku. Pewnie nie zdecydowaliby się na to, gdyby nie pierwsze zlecenia, które Łukasz pozyskał od kontrahentów ze stażu odbywającego się w Lubinie.
Duża kasa pojawiła się od razu. Nie byłoby jej, gdyby nie ciągnik ojca Witka. Sprawny, czekający na załadunek i odpalenie silnika. Gdyby nie drugi zestaw, w większości już spłacony za pieniądze od dziadka Łukasza. I gdyby nie to, że cała czwórka wciąż mieszkała z rodzicami, ograniczając koszty do minimum.
Panowie rozpoczęli indywidualny tryb nauczania w ostatnim półroczu studiów i ruszyli w trasy, głównie do Belgii i Holandii. Dwudniowe, nie na tyle dalekie, żeby ich nie było w domu cały tydzień, ale wciąż bardzo opłacalne. Po pięciu latach zatrudnili kierowców ze Wschodu. Z dwóch par zrobiły się dwa małżeństwa, urodziła się Iga i obydwie rodziny kupiły działki na obrzeżach Polkowic. Miały być obok siebie, lecz ktoś ich ubiegł. To dlatego domy stanęły niemal na przeciwnych krańcach ulicy.
Prawdziwym strzałem w dziesiątkę był wygrany przetarg na transport produktów KGHM-u do odbiorców krajowych i zagranicznych. Dokumentację przez kilka dni skrupulatnie i w całości przygotował Łukasz. Trzyletni kontrakt wkrótce podniósł obroty w firmie o niemal pięćdziesiąt procent.
Ale wtedy zaczęły się problemy.
Witek i Paula za bardzo zbliżyli się do siebie, co mogło zakończyć obydwa małżeństwa, gdyby nie szybka reakcja Anny. Wyjechała z Witkiem na dwutygodniowe wakacje i to samo doradziła Łukaszowi: żeby zabrał gdzieś Paulę zaraz po ich powrocie. W ten sposób przez miesiąc nie mieli ze sobą kontaktu. Obie pary spędziły razem czas, nie tylko rozkoszując się ciepłym klimatem i drinkami przy basenie, ale również tocząc poważne rozmowy o małżeństwie, przyszłości i wzajemnych oczekiwaniach.
Na szczęście zarówno Witek, jak i Paula wykazali się zdrowym rozsądkiem. Po krótkotrwałym okresie fascynacji potrafili grubą kreską oddzielić to, co ich łączyło, choć - jak oboje twierdzili - nie zostało skonsumowane. Anna i Łukasz jeszcze długo zachowywali czujność. Zaufanie zostało nieodwracalnie nadszarpnięte.
I kiedy wszystko wskazywało na to, że największy kryzys został zażegnany i dalej całą czwórką w zgodzie będą w stanie kierować firmą, z kont zaczęły znikać pieniądze.
Pierwsza zauważyła to Anna. I w zasadzie tylko ona. Witek i Łukasz zajmowali się kolejnymi przetargami, spotykali się z kontrahentami i organizowali pracę w firmie zatrudniającej już niemal dwadzieścia osób. Podczas gdy Paula od początku sprawowała pieczę nad marketingiem, Anna odpowiadała za finanse.
Ktoś w nieregularnych odstępach czasowych przelewał pieniądze na zagraniczne konta bankowe. Nieduże kwoty, maksymalnie dwa tysiące złotych. Raz na dwa tygodnie. Czasem raz w miesiącu. Żadne z tych kont nie należało do któregokolwiek z ich partnerów.
Tylko ich czwórka miała dostęp do firmowych pieniędzy. Witek oskarżył Łukasza, a ten, unosząc się honorem i nie mając ochoty na sądowe potyczki z przyjaciółmi, zdecydował się rozwiązać spółkę i po prostu wystąpić z firmy. Oczywiście nie z pustymi rękami. Zabrał jeden z dwóch firmowych magazynów, zachował połowę zysków z wynajmu pomieszczeń biurowych znajdujących się pod siedzibą ich firmy oraz otrzymał odprawę w wysokości dwustu tysięcy złotych.
Ale to i tak nie uchroniło Łukasza i Pauli przed katastrofą.
Większość biurowych pomieszczeń zajęły kolejne działy we wciąż rozrastającej się firmie Witka i Anny. Nie mogli przecież płacić sami sobie, budynek był ich własnością, a w umowie, którą podpisał Łukasz, wyraźnie było napisane, że połowa udziałów dotyczy należności od najemców. Z tych, którzy zostali, Łukasz i Paula otrzymywali symboliczne kwoty. Również magazyn okazał się niewypałem. Część odprawy Łukasz przeznaczył na podzielenie powierzchni na mniejsze pomieszczenia. Liczył, że wynajmie je na warsztaty samochodowe, stolarnie czy lakiernie. Odzew był jednak bliski zeru. Zostali z ogromnym, niemal pustym magazynem, za który kwartalnie trzeba było płacić niemały podatek gruntowy.
A reszta pieniędzy z konta rozeszła się szybciej, niż myśleli. Dom, wzięty na kredyt w czasach początku firmowej hossy, trzeba było spłacać jeszcze przez osiemnaście lat. Koszty utrzymania rosły. Łukasz czuł, jakby spadł z wysokiego konia i oberwał kopytem. Paula sobie poradziła. Znalazła pracę w lubińskiej agencji reklamowej. Łukasz długo się miotał, sprzedał jeden z samochodów, co trochę skomplikowało ich codzienne funkcjonowanie. Po kilku miesiącach zapożyczył się u Rafała, mówiąc żonie, że magazyny w końcu zaczęły się wynajmować.
Dom marniał. Łukasz nie miał ani pieniędzy, ani ochoty na pielęgnację ogrodu. Elewację w modnym niegdyś słomkowym kolorze od dachu zaczęły przyszarzać zacieki, które wyglądały jak ślady po ogromnych pazurach.
Dlatego Łukasz, stojąc teraz na poboczu drogi, zastanawia się, o co chodziło z tym grillem. Z propozycją Anny. Wolał nie myśleć, że zrobiła to z litości. Z drugiej strony nie dało się nie zauważyć, że mają z Paulą problemy finansowe. Łukasz nie udawał kogoś, kim nie jest.
Gruzini spóźniają się już siedem minut. To im się dotąd nie zdarzało.
Trasa S3 między Polkowicami a Lubinem to stałe miejsce pracy prostytutek. Łukasz nalegał na spotkania w innym miejscu. Dwa razy dziewczyny w białych spódniczkach podchodziły do niego, a on musiał się tłumaczyć, że nie jest zainteresowany. Po prostu na kogoś czeka. Za drugim razem znikąd wyszedł facet w opiętej koszulce i z pytaniem "Czego tu, kurwa, szukasz?", wygrawerowanym na twarzy raczej topornym dłutem. Chwilę później zajechali Gruzini, zamienili z gościem kilka słów i Łukasz uznał, że cała trójka musi się znać. Może nawet prowadzą wspólne interesy.
Teraz nie ma ani prostytutek, ani mężczyzny pilnującego ich zza drzew. Uszy przewierca nieznośny, hipnotyczny szum pędzących aut. W końcu jedno z nich zwalnia, włącza kierunkowskaz i zjeżdża na żwirowe pobocze. Staje obok samochodu Łukasza. Jest dziewięć minut po siedemnastej.
Ze środka wychodzi dwóch Gruzinów.
Starszy, Michaił, omija Łukasza wzrokiem, co ten przyjmuje z ulgą. Nie lubi patrzeć w jego czarne oczy, błyszczące i zawsze gniewne, jakby chwilę wcześniej się z kimś kłócił.
Z miejsca pasażera gramoli się Giorgi. Waży tyle co pół słonia i ma głowę łysą jak jajko. W końcu wychodzi i z bagażnika wyciąga dwa wiklinowe koszyki. Jeden podaje Michaiłowi.
Trasa S3 jest często patrolowana przez nieoznakowane radiowozy, zazwyczaj skody. Nikomu nie jest potrzebna rozmowa z policjantami i tłumaczenie, co we trójkę robią na skraju lasu. Grzybobranie, które się nie udało, wydaje się Łukaszowi całkiem wiarygodnym alibi.
Michaił wchodzi między drzewa i daje znać, że Łukasz ma zrobić to samo. Jako ostatni idzie Giorgi, sapiąc jak bernardyn na pełnym słońcu.
Po kilkudziesięciu metrach Łukasz czuje coraz większy niepokój. Szum samochodów znika za plecami i teraz jedynym dźwiękiem są chrzęst leśnej ściółki i turkawka ukryta gdzieś w koronach sosen. Nawet Giorgi przestaje dyszeć. Łukasz kilka razy kątem oka sprawdza, czy grubas nie został w tyle.
Kiedy Michaił zatrzymuje się przy pniu drzewa, Łukasz ustawia się tak, żeby mieć dwójkę Gruzinów na oku. Zdaje sobie sprawę, że jeśli będą chcieli go zabić, mogą zrobić to bezgłośnie, a Paula zacznie się niepokoić dopiero koło północy. Za siedem godzin.
Telefon zostawił w aucie, jak zawsze podczas takich spotkań. Kluczyki ma przy sobie, ale ich jest dwóch, jeden odjedzie jego peugeotem. Za siedem godzin auto zostanie rozebrane na części. Po raz pierwszy żałował, że nie ma dzisiaj prostytutek. Widziałyby go jako ostatnie. A może właśnie dlatego ich nie ma?
Giorgi odstawia koszyk i sięga do wewnętrznej kieszeni kurtki.
- Bierz tu, kolego, pieniążki. - Podaje Łukaszowi plik banknotów. - Przelicz jak należy.
Obaj dobrze mówią po polsku, choć z zauważalnym akcentem.
Łukasz rozluźnia się na chwilę. Przesuwa papier w palcach. Jest szorstki, prawdziwy. Niemożliwe, żeby dali mu go dotknąć, a później strzelili w tył głowy i zagrzebali w liściach.
Raz.
Dwa.
Trzy.
Jedena, dwana, trzyna...
Dwa tysiące sto euro. Czterdzieści dwie pięćdziesiątki.
- Jeszcze raz - mówi Michaił.
Łukasz cierpliwie liczy banknoty. Dwa sto, kiwa głową.
- Wszystko się zgadza.
- Prawie wszystko - odzywa się Giorgi, który w końcu uspokoił oddech. - Podobno już nie chcesz dla nas jeździć, prawda to?
A więc o to chodzi, przemyka Łukaszowi przez myśl. Czuje w żołądku skurcz rozlewający się do podbrzusza. Nie trwa nawet pół sekundy.
- Chciałem... - Zaczyna Łukasz. - To dla mnie za duże ryzyko. Mam żonę w ciąży. I sumienie mi nie pozwala.
Giorgi wybucha śmiechem, który odbija się od pni strzelistych sosen. Jeżeli jakiekolwiek zwierzęta próbowały podejść do trójki intruzów, to w tym momencie na pewno uciekły w popłochu.
- Bodishi *, mój drogi! - Giorgi próbuje opanować rechot, ale jego wielki brzuch wciąż podskakuje. Obejmuje go oburącz, jakby zaraz miał odpaść. - Sumienie...
Łukasz nie czuje, żeby się wygłupił. Od początku współpracy z Gruzinami wiedział, na co się pisze. Praca w kraju, ryzykowna, kasa się zgadzała. Mimo problemów finansowych nie potrafił postawić wypłat ponad poczucie, które coraz bardziej mu doskwierało: nie był uczciwy wobec Pauli i samego siebie.
- A pieniądze? - pyta Giorgi, jakby czytając mu w myślach, wciąż trzyma dłonie na brzuchu. - Pieniądze złe?
- Dobre - odpowiada Łukasz. - Dobre i ważne, ale nie najważniejsze.
W tym czasie Michaił wwierca się czarnymi oczami w twarz Łukasza, jakby do końca rozmowy chciał wypalić w niej dziurę.
- Nie mamy tu nikogo, żeby jeździł. - Giorgi rozgląda się po lesie. - Tu, na Dolnym Śląsku. Rozumiesz? Za dwa tygodnie nowy transport. Można liczyć na kolegę?
Michaił zza pasa wyciąga nożyk, krótki, z czarną rękojeścią.
Łukasz udaje, że tego nie zauważa.
- Można - odpowiada w końcu. - Można.
Ale to będzie ostatni raz, dodaje w myślach.
Wtedy orientuje się, że Michaił wcale nie patrzył na niego. Cały czas błądził wzrokiem za jego głową, być może nawet nie do końca przysłuchiwał się rozmowie. Kiedy robi nieznaczny ruch w prawą stronę i wyrzuca przed siebie nóż, Łukasz odruchowo osłania oczy i szyję. Ostrze przelatuje w bezpiecznej odległości od jego ucha i wbija się w coś twardego.
- Ile kursów? - pyta Łukasz, nie odwracając się.
- Na razie trzy. Pełne obłożenie. O drugiej w nocy będziesz w domu, e?
Michaił podchodzi do miejsca, gdzie chwilę temu cisnął nożem. Szybkim ruchem wyciąga ostrze z sosnowej kory.
- Jedź do żony w ciąży - odzywa się Giorgi.
Ale Łukasz nawet nie drgnie. Rozluźnia się dopiero wtedy, gdy Michaił chowa nóż za pasek.
- A wy nie idziecie?
- Idziemy. Na grzyby. Myślisz, kolego, że po co nam te koszyki?
Odwracają się i ruszają w las. Łukasz obserwuje, jak ich plecy to pojawiają się, to znikają za kolejnymi sosnami. Po chwili nie słychać już łamanych gałązek. Ani huczącej turkawki.
Zostaje sam.
Rozgląda się wokół i rusza przed siebie. Nie wie, czy w dobrym kierunku. Byle w przeciwnym niż Gruzini. Nigdy nie miał dobrej orientacji w lesie, a teraz z powodu stresu jest mu obojętne, czy dotrze do auta za kilka minut, czy za dwie godziny.
Obraca zwitkiem banknotów w kieszeni. Wystarczy na ratę za dom w przyszłym miesiącu, ubezpieczenie auta i może na połowę nowej lodówki. Stara była bezawaryjna przez osiem lat, to i tak długo, biorąc pod uwagę żywotność dzisiejszych sprzętów. Ale w końcu przestała mrozić, a kompresor warczy, jakby sąsiad za oknem kosił trawnik.
Za dwa tygodnie ostatni raz.
Szum kół na ekspresówce zbliża się, nęci swoją znajomą trywialnością.
Kiedy Łukaszowi udaje się wyjść z lasu, czuje się, jakby opuścił ciasny schowek na pościel i dopiero teraz mógł zaczerpnąć powietrza. Nieważne, że śmierdzącego spalinami i ciepłym asfaltem. Tu Łukasz jest żywy. W lesie miał wrażenie, że powoli osuwa się w stronę ciemnego urwiska. Nigdy, przenigdy nie chce sprawdzać, co jest na jego dnie.
Ostatni raz - powtarza sobie, wsiadając do auta.
I koniec z tym.
Później zaciśnie zęby, dumę upchnie w zakamarek świadomości, do którego nigdy nie będzie zaglądał, i przyjmie pracę u Witka. Przy sprzyjających wiatrach odzyska zaufanie pracowników, odbuduje pozycję i może choć w części będzie jak dawniej.
Tak zrobi.
Zaczną z Paulą wszystko od nowa.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej