Międzyczasowiec - Tomasz Mróz

Reflow text when sidebars are open.
Październik 1943
Dzień był duszny, słońce przykryło się dziś szarą pierzyną chmur i sygnalizowało nadchodzącą zmianę pogody. Za bramą kamienicy numer pięćdziesiąt trzy turkotały dorożki, snuły się patrole żandarmerii, gońcy pędzili z listami pomiędzy ważniejszymi urzędami w okupowanej Warszawie. Na rogu ulicy spłowiały szyld zapraszał przechodniów do Café Rose, jednakże chętnych nie było zbyt wielu. Niemcy tu nie zachodzili, pomimo kuszącej nazwy w ich języku, a z nie-Niemców mało kto lubował się w serwowanym autochtonom słodzonym sacharyną napoju z prażonych buraków i pszenicy, który w warunkach wojennej mizerii zaopatrzeniowej otrzymał zadanie udawania kawy. Poza tym trudno było nawet z jedzeniem i opałem na nadchodzącą zimę. Kto by tam tracił czas i pieniądze na wątpliwe rozrywki?
Na podwórzu kamienicy było dużo spokojniej - kot leniwie patrolujący swój teren, dwie dziewczynki grające w klasy i znudzony dozorca z sumiastym wąsem, daremnie wypatrujący jakiegokolwiek papierka do pozamiatania. Szum nielicznych samochodów i turkot końskich kopyt dochodziły tu jedynie jako odległy pogłos, filtrowany konstrukcją solidnej bramy.
Na brukowaną przestrzeń weszło dwóch młodych ludzi w szarych jesionkach i czapkach z daszkiem. Cienie kaszkietów zacierały rysy twarzy, tak że wyraźnie było widać tylko podbródki i uszy. Szybkim krokiem przecięli obszar pomiędzy bramą a wejściem do budynku, bez słowa minęli dozorcę. Ten odwrócił głowę, chwilę się zastanawiał, jak zareagować, a w końcu zapytał:
- Panowie do kogo?
- Ruhe, Routineinspektion. Zurück an die Arbeit1 - rzucił jeden z nich ostrym tonem i zatrzasnął drzwi.
1 niem. Spokojnie, rutynowa kontrola. Wracaj do pracy.
Dozorca zmartwiał, słysząc niemiecki. Skulił się lekko, dłonie wpił kurczowo w trzymaną miotłę. Następnie podbiegł do dziewczynek i szepnął:
- Dzieci, idźcie do domu. Ale już, szybko. - Nie zwracając uwagi na nieśmiałe protesty przeciw temu bezceremonialnemu przerywaniu zabawy, wepchał obie uczennice w drugie drzwi wychodzące na podwórze. - Do domu! I nie wychodzić za żadne skarby!
Dwie twarzyczki zamajaczyły zaraz w oknie klatki schodowej. O nie! Nie przepuszczą takiej rozrywki. To życie na podwórku takie nudne. A ten tylko do domu i do domu. Dozorca pomimo braku kurzu lub jakichkolwiek innych widocznych śmieci zaczął bardzo starannie zamiatać podwórko. Obchodził każdy kąt, energicznie szurając miotłą. Co rusz rzucał nerwowe spojrzenie w kierunku wejścia, gdzie zniknęło dwóch nieznajomych. Co za licho ich tu przywiodło? Ciekawe, do kogo poszli?
Trzecie piętro. Pukanie. Brak odzewu. Znowu pukanie. Kroki w przedpokoju.
- Kto tam?
- Hydraulicy. Woda cieknie, trzeba rurę sprawdzić.
Patrzył dłuższą chwilę przez judaszy i zestawiał widziane po drugiej stronie postacie z wyobrażeniem, jak powinien wyglądać hydraulik. Otworzył. Zmierzył przybyłych niepewnym spojrzeniem. W końcu zrobił przejście. Weszli.
- Gdzie toaleta?
- Trzecie drzwi.
- Heniek, podaj latarkę.
Lokator wydawał się uspokojony zachowaniem przybyszów, oparł się o framugę drzwi, przyglądając oględzinom. Dwóch ludzi wpatrywało się w rurę, która wyglądała na zupełnie dobrą, ani śladu wilgoci lub cieknącej wody. Następnie pokiwali głowami i popatrzyli po sobie porozumiewawczo.
- Wszystko w porządku. Można prosić nazwisko?
- A po co panom moje nazwisko? Woda nie cieknie? Do widzenia.
- Pan Kopecki Witold, prawda?
- Bo co? O co chodzi? - Człowiek nastroszył się jak zaatakowany kot i zrobił krok do tyłu.
- Heniek, bierz go!
Starszy skinął głową na pomocnika, który natychmiast przypadł do człowieka i chwycił go za rękę. Tamten się wyrwał, drogę ucieczki do wyjścia na schody zastawiał młodszy z "hydraulików", dlatego zaatakowany skoczył w przeciwnym kierunku. Wbiegł do pokoju stołowego. Napastnicy popędzili za nim z pistoletami w rękach. Wyższy deklamował:
- Witoldzie Kopecki, w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej skazuję cię na karę śmierci za kolaborację z niemieckim okupantem i kradzież mienia żydowskiego...
Wtedy Kopecki rzucił się na napastników, ignorując wymierzoną w niego broń. To było zaskoczenie, nie zareagowali strzałami. Odczytujący tekst wyroku umilkł. Kopecki zwarł się z nim w zapasach. Pistolet upadł na podłogę. Obok stał młodszy z przybyszów, nazwany przez kolegę Heńkiem. Celował on w szamoczącą się parę trzęsącą się ręką i spazmatycznie wrzeszczał:
- Poddaj się! Nie masz szans, ty morderco! Ty świnio! Poddaj się...
Kotłujące się ciała nie dawały możliwości spokojnego oddania celnego strzału. Heniek wrzeszczał, oczy śledziły w przerażeniu nieoczekiwany przebieg egzekucji. Był jak sparaliżowany. Tamci nadal się siłowali, sapiąc i klnąc. Wysiłek obu walczących można było poznać po szybkich oddechach i spoconych twarzach. W pewnym momencie walcząca para wpadła z impetem na okno. Rozległ się trzask pękającego szkła i łamanych desek. Wystarczyło mocniejsze pchnięcie i jeden z walczących wypadł z krzykiem przerażenia. Rozległo się głuche uderzenie ciała o bruk. Heniek zawył, Kopecki stał przy parapecie, dysząc ciężko.
- Ty morderco! - wrzasnął Heniek i strzelił.
Pudło. Pistolet trzymany w trzęsącej się ręce nie dawał szansy na trafienie, nawet z tak małej odległości. Kopecki doskoczył do niego, wyrwał broń.
- Leżeć tu! Ani ruchu, bo zatłukę jak tamtego.
Pchnął przerażonego młodzieńca na kanapę. Zatrzasnął drzwi pokoju i przekręcił klucz w zamku. Następnie pospiesznie narzucił kurtkę, nerwowymi ruchami wrzucił do kieszeni kilka przedmiotów i zbiegł po schodach.
Na podwórku dozorca stał zmartwiały nad ciałem. Rozbita głowa i nienaturalnie wykręcone członki nie dawały ofierze upadku nadziei na przeżycie. Sąsiedzi zerkali ciekawie z pootwieranych wkoło okien. Stróż zbielałymi wargami mruczał coś w przerażeniu, może dalej myślał, że ci dwaj to Niemcy i śmierć jednego z nich ściągnie zagładę na wszystkich lokatorów. Z okna po drugiej stronie podwórza wyglądały dwie twarzyczki, dziewczynki przyciszonym głosem komentowały oglądane wydarzenia. Kopecki przebiegł obok, nie zatrzymując się wcale.
- Panie Witoldzie, panie Witoldzie! - dozorca wołał za nim. Nadaremnie. W ciemnym przejeździe cichły pospieszne kroki uciekającego. - Panie Witoldzie, co się stało? Rany boskie, ale bigos!
Po kilku sekundach wybiegł Heniek. Odepchnął człowieka z miotłą i pochylił się nad ciałem.
- A to kanalia. Znajdę go. Choćbym miał całe życie szukać, ale znajdę - syknął. - Jakiś koc i wiadro wody, ale migiem! Jestem z Armii Krajowej, Polak. A ciało musi zniknąć, bo możecie mieć duże kłopoty. Ja też.
Dozorca podumał chwilę, najwyraźniej zgodził się w duchu z chłopakiem, bo rzucił mu jakąś derkę i wskazał wzrokiem stojący w kącie wózek na węgiel.
- Tylko oddaj. Potrzebny jest.
Młody zrzucił skulone zwłoki na wózek, przykrył kocem i przysypał węglem z pryzmy spiętrzonej przy włazie piwnicznym. Popychając ten nietypowy karawan, szybkim krokiem zniknął z podwórka. Dozorca chlusnął wiadrem wody, czyszcząc w ten sposób zakrwawiony bruk. Okna zamykały się bezgłośnie, każdy wracał do swoich zajęć i gdyby kogokolwiek pytać o wydarzenia na podwórzu, to nikt nic nie widział. Zwykły dzień, szary i trudny, jak całe ich życie w Generalnej Guberni roku 1943. Zamieszanie szybko się skończyło, dwie dziewczynki nieśmiało podeszły do rozpływającej się szarobrunatnej kałuży w miejscu upadku i szeptały między sobą. Dozorca z zaciętą miną zamiatał dalej podwórko, choć kurzu i śmieci nie przybyło w ciągu tych kilku minut ani o jotę.