Międzyczasowiec (#2) - Tomasz Mróz

Kup ebooka

39.99 zł
31.99 zł (27,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

4. Ofiara grobowca

Płyta grobowca otwierała się powoli, z odgłosem tarcia kamienia

o kamień. Z mrocznej szczeliny coś wypełzło, coś podobnego

do węża, ale o nieco odmiennym kształcie. To była

czarna dłoń, jakby zmumifikowana. Powoli przesuwała się,

szukając punktu zaczepienia. Zacisnęła się na krawędzi ściany,

a szczelina została poszerzona o kolejne centymetry. Coś

tam pełzało, walczyło o możliwość ucieczki. Zaraz wyjdzie,

zaraz dopadnie swoją ofiarę...

- Nie! - Przytuła jak oparzony zerwał się z łóżka i dyszał

ciężko.

Szary świt rozcieńczał już atrament nocy za firaną. Gdzieś

daleko toczył się pociąg towarowy, przewożąc setki ton węgla.

Tu docierał jedynie lekki pogłos stukotu kół o łączenia

szyn. A wszystko przetykane porannym trelem skowronka.

Nigdzie śladu czarnej łapy ani tym bardziej wrogiej postaci,

szamoczącej się w grobie. Tylko ten daleki stukot, słowik

i spocony z wrażenia grubas w rozkopanej pościeli w różyczki.

- Piąta dwadzieścia. Jakże miły początek dnia - mruknął

po dojściu do siebie i wyskoczył z łóżka.

Dospać te dwie godzinki do budzika? O, nie! Za nic

w świecie nie zaśnie ponownie, woli ziewanie i nadmiar kawy

od pełzających czarnych dłoni.

Słońce powoli wychodziło zza pagórków, barwiąc ogniście

rząd okien w opuszczonej hali walcowni. Dzień się zaczynał

i nic nie mogło tego powstrzymać. No, ewentualnie koniec

świata. Przytuła wyobraził sobie, że oto następuje wybuch,

wszystko pochłania czarna dziura czy coś podobnego i po

kilku sekundach transferu ziemia-powietrze trafia przed

oblicze Boga, w koszuli nocnej, kapciach i z pełnym pęcherzem.

Czy za nieodpowiedni ubiór ma się punkty ujemne?

Czy jest się tam gdzie wysikać? Ostatni raz u spowiedzi byłem...

Nie pamiętał kiedy. Dawno.

Wtedy przypomniał sobie tego człowieka z witrażu, który

tak usilnie się wczoraj w niego wpatrywał. Tak, tamten

też wpadł do szatańskiego kociołka nieoczekiwanie, bez

dłuższych ceregieli, bez mów burmistrza i księdza o osiągnięciach

zawodowych oraz pozostawionych w nieutulonym

żalu przyjaciołach nad lakierowaną na czarny połysk trumną.

Dlatego rozglądał się, taki zaskoczony, nie wiedząc, w co

się wpakował na zawsze i jeden dzień dłużej.

Czas do pracy, Przytuło! Co prawda, pojawienie się w komendzie

przed szóstą rano podchodziło pod psychiczną aberrację,

ale lepsze to niż szare mieszkanie, oplecione sennym

koszmarem. Szybko się ubrał i wyszedł.

- Dzień dobry, panie komisarzu! - zakrzyknęły z ławeczki

koło trzepaka trzy skulone tam postacie.

Stalowy Kazek, Marian i Pająk pomimo wczesnej pory

i chłodu byli już na posterunku, tradycyjnie zastanawiając

się, jak przetrwać nudę kolejnego dnia i skąd zdobyć gotówkę

na piwo lub wino. Mogła być i wódka albo, w ostateczności,

inny napój z zawartością alkoholu. Nie musiał być to nawet

alkohol etylowy.

- A, to wy! Twardziele z was. Ranne ptaszki. Ja myślałem,

wychodząc o takiej porze, że będę pierwszy na mieście.

- Przytuła był pełen podziwu.

- W domu nuda i wstecznictwo, panie władza. Tu chociaż

kultury można nieco łyknąć, z koleżeństwem więzi wzmacniać.

Nad losem ojczyzny umiłowanej się zadumać. Dlatego

mam pytanie...

- Stalowy, nie mam i nie dam. - Przytuła wiedział, co to

za pytanie.

Zapadła cisza. Wszyscy zadumali się nad losem ojczyzny

umiłowanej. Musiały to być myśli niewesołe, pełne pragnień

niespełnionych i nadziei płonnych, bo usta jakby za pociągnięciem

sznurka zgięły się w podkówkę, a w kącikach oczu

zabłysły łzy. Ech, życie...

- No, dobrze, już dobrze - westchnął Przytuła, poszperał

w kieszeni i rzucił im dużą monetę z liczbą pięć. - Może

mnie to kiedyś uratuje przed sądem.

- Jakim znowu sądem, panie komisarzu kochany? Pan

to jesteś anioł wcielony, dobro nieogarnione, manna na pustyni

i rosa dla warg spieczonych. O żadnych sądach ani karach

nie ma mowy... - Stalowy uwielbiał gadać, a dostawszy

dzięki pieniądzom cudowną możliwość konsumpcji alkoholu,

gadał tym chętniej.

- Chodzi o tamten sąd. - Przytuła wskazał chmury na

szarym porannym niebie. - Nawet najlepsi tam trafią i wyniku

pewni nie będą.

- Amen. I basta - podsumował Stalowy.

Na tym zakończyło się jakże owocne spotkanie patriotów.

Każdy udał się w swoją stronę - Przytuła na komisariat,

a spragniona wrażeń trójka do osiedlowego sklepu, który

otwierano o szóstej zero zero.

* * *

Komisarz w pracy przeszedł przez pokój przyjęć interesantów,

gdzie królował dyżurny Edek, który niedawno pojawił

się w pracy i pijąc swoją tradycyjnie przesłodzoną herbatę,

udawał, że dzień roboczy jeszcze się nie zaczął. W tle wesoło

grała rozgłośnia Złote Przeboje. Przytuła wkroczył do biura

i zamarł ze zdziwienia. Wydawało mu się przez moment,

że pomylił pokoje. W pomieszczeniu rozłożonych było

mnóstwo przedmiotów: broń, sztandary, jakieś gazety, zrolowane

pożółkłe plakaty, a na środku stał manekin, odziany w stalowoniebieski

mundur. Ktoś się przy nim krzątał, pogwizdując

pod nosem. Nie, to na pewno ich biuro, okna, ściany,

zegar z kukułką - wszystko się zgadzało. Postać odwróciła

się i z zaskoczoną miną zaklęła pod nosem.

- Mierczak, co tu się dzieje?

- Przepraszam pana, komisarzu... Mhm... Nie sądziłem,

że będzie pan tak wcześnie w pracy, bo zazwyczaj to...

- Dorabiacie tu na drugim etacie w nocy? Jako krawiec?

- Nie, skądże znowu. Jaki krawiec? A, manekin i mundur

pana zmyliły. To miała być niespodzianka. Cóż, za wcześnie

pan przyszedł. Organizuję w nieużywanym pomieszczeniu

po kotłowni izbę pamięci naszej komendy. Dzięki temu przywołamy

najbardziej chwalebne dni naszej działalności i zainteresujemy

młodzież historią. Może nawet pochwała z wojewódzkiej

wpadnie. Wszystko, oczywiście, poza godzinami

pracy. Bezinteresownie.

Przytuła opadł z jękiem na krzesło. Przez ułamek sekundy

zaświtała mu myśl, że lepszy atak mumii w sennych koszmarach

niż wiecznie gotowy do wytężonej pracy bezinteresowny

nadgorliwiec, poświęcający najlepsze godziny snu na

renowację starych mundurów i przygotowanie opuszczonej

kotłowni na cele wystawowo-muzealne. Jednakże nie mógł

go skrytykować. Inicjatywa, obiektywnie rzecz biorąc, była

słuszna i pożądana. Chociaż...

- A tak konkretnie, co tam chcecie pokazywać? Skąd te

eksponaty?

- Wojewódzka zlikwidowała część wystawy po tysiąc dziewięćset

osiemdziesiątym dziewiątym, to przejąłem. Po co

mają niszczeć w szafie? O! Na przykład sztandar Wojewódzkiego

Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego z tysiąc dziewięćset

pięćdziesiątego pierwszego roku albo ten mundur należały

do zastępcy komendanta tutejszego urzędu. Piękne pamiątki.

Teraz ludzie są z historią na bakier, podobno licealiści mają

problem z określeniem, kto to był Władysław Gomułka...

- Może i dobrze - westchnął Przytuła. - Mnie tam za Gomułką,

Jaruzelskim i komuną nie jest tęskno. Ale wy jesteście

pewni, Mierczak, że chcecie się chwalić sztandarem ubeków?

Sądzę, że trudno będzie wytłumaczyć młodzieży, że to byli

fajni goście. Chyba że macie już gotowe opisy sprzed osiemdziesiątego

dziewiątego, tam wszystko było ładnie i zrozumiale

wyłożone.

Mierczak spłonił się, musnął wzrokiem szpargały na stole.

Szybko odwrócił głowę, ale to wystarczyło komisarzowi.

Chwycił kartkę. Papier pomimo upływu lat był w dobrym

stanie, jedynie lekko pożółkł.

- Oto sztandar Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa

Publicznego, dumny znak oddziałów oddanych zaszczytnemu

zadaniu zwalczania reakcyjnych band próbujących przywrócić

znienawidzony reżim sanacyjny... - odczytał fragment,

następnie wbił ponure spojrzenie w Mierczaka. - Czy

wyście to chcieli u nas powiesić? I jeszcze oczekiwać pochwały

z centrali? Co za brak politycznego wyczucia! Przecież oni

to ściągali w popłochu piętnaście lat temu i woleliby zapomnieć

o tych sprawach na zawsze. Te bandy reakcyjne to teraz

patrioci z Armii Krajowej i bohaterscy żołnierze wyklęci,

a Urząd Bezpieczeństwa to okrutny stalinowski terror.

Jak chcecie robić muzeum, to nieszkodliwe, bez politycznego

drugiego dna. Wszystko trzeba przejrzeć i pokazywać tylko

normalną robotę milicjantów ze złodziejaszkami, pijakami

i rozrabiakami. Żadnej polityki. Zrozumiano?

- Ale przecież nawet pański ojciec, świeć Panie nad jego

duszą, mądry i ludzki był, chociaż z wojewódzkiego urzędu

przeszedł. Jeszcze pracował, jak się przyjmowałem, to pamiętam

- zaoponował posterunkowy.

- Mierczak, niech was ręka boska broni wieszać tam coś

o moim ojcu. To, jaki był prywatnie, a co robił w służbie, to

dwie różne rzeczy. Ja tam bym chyba dziś wolał, żeby był

w reakcyjnej bandzie...

- I co, mundur zastępcy komendanta też schować? Trzy

godziny cerowałem. Przecież te wyłogi tak kunsztownie haftowane,

że szkoda by było...

- Mundur może być, byle bez tych stalinowskich opisów,

trzeba zrobić nowe. Resztę przeglądnąć i posortować. Już!

Mierczak trzasnął lakierkami, przyjmując polecenie, i zaczął

sprzątać zalegający w pomieszczeniu historyczny bałagan.

Zaraz miał się zacząć zwykły dzień na komendzie.

Kukułka odkukała siódmą, koło Edka stało już kilku zdenerwowanych

ludzi, zgłaszających kradzieże i inne ekscesy.

Dyżurny notował i nadawał bieg sprawom, co rusz wzdychając

nad beznadzieją własnej egzystencji. Przez drzwi zajrzał

Wróżka, sondując sytuację w biurze. Najwyraźniej chciał od

razu skoczyć na poranną kawę, ale ujrzawszy Przytułę, westchnął

z rezygnacją i zasiadł za biurkiem, ziewając dyskretnie

i udając, że zaczyna jakąś papierkową robotę.

Komendant zamyślił się na wspomnienie ojca. Od jego

śmierci minęło prawie dwadzieścia lat, a nim nadal targały

sprzeczne uczucia. Z jednej strony, kochał go i żałował jego

odejścia. Tego, że nie może z nim być i po prostu porozmawiać.

Być może naprawić kilka błędów. Im był starszy, tym

mocniej odczuwał, że jego żale i zarzuty w stosunku do rodziców

były niesprawiedliwe, powodowane krewkim charakterem,

brakiem doświadczenia życiowego. Tak, człowiek ma

zazwyczaj największe zatargi z bliskimi, którzy kochają go

i dbają o niego, tyle że po swojemu. Ironia losu czy prawidłowość

naukowa? Z drugiej strony, miał przeczucie, że ojciec

zabrał do grobu wiele tajemnic. W domu nie rozmawiało się

o tym, jak się rodzice poznali, jak zakochali. Nikt nie snuł

wspomnień, jak się mama czuła w ciąży i jak wcinała ogórki

kiszone w drugim trymestrze. Historia ich rodziny zaczęła

się po urodzeniu Przytuły. Nigdy go to nie dziwiło, dopiero

kilka lat po śmierci ojca zapytał mamę, jak się poznali, skąd

tata pochodził. Nie było to dla niego specjalnie ważne, ale

czuł, że wiele spraw nie ma swojego początku, swojego historycznego

miejsca. Mama zbyła go dość ostro. Zbyt ostro,

żeby się nie zdziwił. Zaczął wtedy tropić ślady swojego ojca

w przeszłości - kim był, jak się znalazł w tym mieście. Rozpoczął

na własną rękę poszukiwania tego, co inni zwykle

wiedzą od małego.

Mierczak usuwał nocny bałagan, przesuwając pamiątki

i dokumentację na bok, choć trudno było ukryć manekin

z mundurem, sztandar i kilkadziesiąt kilogramów papieru

w niezbyt dużym pomieszczeniu. Było to raczej upychanie po

kątach. Przytuła skorzystał z okazji i zaczął przeglądać stare

gazety oraz plakaty, piętrzące się pod ścianami. Ich wymowa

była jasna - wróg czai się wszędzie, a milicjant to jedyny prawy

człowiek na tym łez padole. Poza tym mnóstwo opisów

spraw i dochodzeń, od walki ze spekulantami i szabrownikami

mienia poniemieckiego po psychopatycznych zabójców.

- Hm... też nie mieli lekko. Czy za komuny, czy dziś,

kradną i mordują tak samo - mruknął Przytuła i zaczął czytać:

- Już trzecia ofiara seryjnego mordercy w województwie

wałbrzyskim. Komendant wojewódzki wyznacza nagrodę

pieniężną w wysokości pięciu tysięcy złotych za wskazanie

śladów prowadzących na trop sprawcy... O, nieśmiertelny temat

- walka z pijanymi kierowcami. Jak wskazują statystyki,

co trzeci kierowca wyruszający w trasę znajduje się pod

wpływem alkoholu... No, to teraz chyba jest trochę lepiej,

chociaż więcej jeździ po trawce...

Przytuła wertował dalej podniszczone periodyki i plakaty,

była to istna kopalnia informacji sprzed czterdziestu lat.

Odrzucając propagandową powłokę, można było się sporo

dowiedzieć o pracy milicji i charakterze przestępstw w Polsce

za PRL-u. Może ten pomysł Mierczaka nie jest tak zupełnie

do bani? Może to kogoś zainteresuje?

Nagle Przytuła zmartwiał, przerzucająca kolejne kartki

ręka znieruchomiała. Wpatrywał się zaskoczony przez dłuższą

chwilę. Nie było wątpliwości - z czarno-białego zdjęcia

w przeglądanym periodyku spoglądał na niego człowiek z witrażu.

Fotografia przedstawiała go nieco inaczej ujętego, ale

twarz była ta sama. Ten sam, lekko zaskoczony wyraz twarzy.

Komisarz rzucił się łapczywie do czytania artykułu o tajemniczo

brzmiącym tytule - Ofiara grobowca.

20 października 1973. Podczas prac renowacyjnych w kościele

pod wezwaniem św. Jakuba znaleziono w otwartym dla

konserwatorów szesnastowiecznym grobowcu zwłoki. Są to

najprawdopodobniej ślady porachunków świata przestępczego

z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych, na co

wskazywały znalezione dokumenty i inne przedmioty, w tym

broń palna. Ofiara straciła życie w wyniku postrzału w serce.

Po dokładnej analizie i porównaniu spraw prowadzonych

przez miejscowe organa ścigania w okresie 1948-1952 potwierdzono

tożsamość zamordowanego, który był znanym

faszystowskim kolaborantem i wywrotowcem spod znaku Armii

Krajowej. Po przeprowadzeniu czynności zabezpieczających

ślady, obszar grobowca oddano ponownie do renowacji.

W sprawie wszczęto śledztwo mające na celu ustalenie przebiegu

wypadków i schwytanie sprawcy czynu, który niezależnie od

proweniencji zamordowanego jest ścigany z całą surowością

prawa...

Przytuła zamyślił się. Ech, te propagandowe slogany. Jeszcze

dwadzieścia kilka lat temu uczono ich o burżuazyjnych

renegatach i londyńskich sprzedawczykach. Tu piszą, że potwierdzono

tożsamość zamordowanego. Dali nawet zdjęcie,

czyli ładna pani przewodnik nie była na bieżąco. Milicja ustaliła

tożsamość ofiary, choć może tylko twierdzili, że ją znają.

I wtedy, i teraz liczyła się wykrywalność, ustalenie ofiary,

a następnie zabójcy, w tym przypadku najlepiej już nieżyjącego.

W tym okresie to była kolejna stówka do premii

tutejszego komendanta, czyli starego Przytuły. Może czas

pogrzebać w dawnych dokumentach, zobaczyć, jak działał

szanowny tatulek?

- Mierczak, gdzie są teraz archiwa z tysiąc dziewięćset

siedemdziesiątego trzeciego? - zapytał zorientowanego we

wszystkim podwładnego.

- Mhm... - posterunkowy zamyślił się. - Wcześniej mieliśmy

wszystko w naszym archiwum w piwnicy, ale w ramach

akcji centralizacji połączonej z digitalizacją wysyłamy pełną

dokumentację do wojewódzkiej. Lata siedemdziesiąte poszły

chyba niedawno. Pan aspirant Wruszkowski je przygotowywał.

Zresztą, panie aspirancie, pan to wie najlepiej.

- Jak tam, Wróżka? Poszły te dokumenty? - Przytuła skierował

wzrok na drugiego podwładnego.

- Mhm... Eee, prawie... - Wróżka dość umiejętnie unikał

kontaktu wzrokowego z przełożonym.

- Prawie poszły, czyli nie poszły. Akurat w tym przypadku

lenistwo się na coś przydało. Spytam jeszcze, tak z ciekawości,

lata sześćdziesiąte i pięćdziesiąte też spokojnie sobie

leżą?

- O, nie, nie. Wcale nie tak spokojnie, ale... mhm... jeszcze

leżą. Dojrzewają do przeprowadzki. - Wróżka chciał jakoś

zaznaczyć, że wyniki jego pracy to nie tylko dno z beznadzieją

i jakikolwiek postęp został odnotowany.

- Rozumiem. Te trzy tygodnie, które spędziliście poza

normalnymi obowiązkami, tłumacząc się pracą w archiwum,

to niezbędne przygotowanie psychologiczne do tak

dużej operacji. Połączone jeszcze z kilkudniową jednoosobową

burzą mózgów na temat: Jak spakować do pudeł kilkaset

skoroszytów, minimalizując ich traumę przeprowadzkową?

- O, to wcale nie tak! To poważne zadanie logistyczne,

nie da się tego po prostu, ot tak, spakować i przeprowadzić.

- No, dobra. Chwilowo odwołuję te przenosiny, wojewódzka

poczeka. Mam w tych papierach coś ważnego do znalezienia.

A ty, Wróżka, w ramach podnoszenia umiejętności

policyjnych pójdziesz dziś z Mizerą w patrolu na Kruczkowskiego

i Miedzianą. Trzeba wywietrzyć kurz piwniczny

z twojej mózgownicy. Może wtedy szybciej upora się z tym

poważnym zadaniem logistycznym?

Wróżka z przerażoną miną już otworzył usta, aby wyrazić

swój sprzeciw, ale prawdopodobnie doszło do niego w tym

momencie, że każde słowo może pogorszyć jego sytuację i patrol

w szemranej dzielnicy to jeszcze nie taka duża kara. Tym

bardziej że Mizera pomimo wątłej postury był znany z zamiłowania

do sztuk walki. Wiedzieli o tym również tamtejsi

rozrabiacy i rzadko go zaczepiali.

- No, to do piwnicy. Przerwę ten archiwistyczny spokój.

Jakby co, jestem na dole! - zagrzmiało już z korytarza.

Po wyjściu komisarza Wróżka spojrzał ciężko na Mierczaka,

a potem syknął:

- Dziękuję, że pan tak dużo wiesz o moich obowiązkach

i terminach, to bardzo ułatwia tłumaczenie się przed Przytułą.

Mierczak skinął głową, tak jakby tamten mu rzeczywiście

dziękował, i powrócił do sortowania dokumentów dla

nowo powstającej izby pamięci. Kukułka wyskoczyła ze swojej

budki osiem razy.

2. Kilka dni urlopu

- Szanowni Państwo. Przed nami znajduje się krypta rodu

Steinbachów, rodziny, która za zasługi na polach bitewnych

otrzymała od Leopolda I Habsburga pobliskie ziemie wraz

z dwunastoma wsiami, starym zamkiem warownym oraz prawem

spławu drewna z tutejszego lasu do Szczecina. Wolfgang

Steinbach po wielu latach spędzonych na siedemnastowiecznych

wojnach osiadł na resztę życia w tej okolicy i ożenił się

z Helgą von Stormbrunn. Przebudował on podarowany zamek,

nadając mu charakter pięknej barokowej posiadłości.

To dało początek świetności tej rodziny i jej majątku, przerwanej

tragicznymi wydarzeniami drugiej wojny światowej.

A teraz przejdziemy przez nawę główną do krypty Nieznanego.

To jedna z większych zagadek naszego miasta. Krypta

jest tak nazywana, ponieważ historycy nie mają pewności,

kto został tu pochowany. Niewątpliwie została zbudowana

w szesnastym wieku i bez wahania można stwierdzić,

że przeznaczono ją na pochówek ważnej osoby. Kamienny

nagrobek jest zwieńczony naturalnej wielkości figurą z piaskowca.

Tak chowano jedynie znacznych książąt lub biskupów,

jednakże od tego momentu rozpoczyna się zagadkowa

historia. Ktokolwiek został tu pochowany, ślad po tym

wydarzeniu powinien być odnotowany w księgach parafialnych

lub innych kronikach, jednakże one milczą na ten temat.

Postać wyobrażona w kamieniu została zniszczona. I to

w taki sposób, że niepodobna nie tylko zidentyfikować rysów

twarzy, ale nawet stroju bądź insygniów, niewątpliwie

wykutych na pamiątkę po ważnym zmarłym. Na przestrzeni

wieków kilka dokumentów wspomina o tym miejscu jako

jednym z grobów w naszej katedrze, jednakże nazwisko pochowanego

nigdy nie padło...

- Nie znaleziono tam ludzkich szczątków? - padło pytanie

ze strony grupy zasłuchanych turystów.

- Owszem, znaleziono, ale... ale... to nie były szczątki

historyczne, bardziej makabryczne ślady zbrodni, współczesnego

morderstwa, zresztą do dziś niewyjaśnionego... Przy

badaniach archeologicznych tych grobów w latach siedemdziesiątych

znaleziono ciało człowieka zastrzelonego około

dwadzieścia lat wcześniej, i na pewno nie był to książę ani biskup.

A grobowiec po otwarciu okazał się dużo większy, niż

wygląda z zewnątrz, jest pod nim coś na kształt zawalonego

podziemnego chodnika. Dla uspokojenia wyobraźni poszukiwaczy

przygód dodam, że przejście jest z całą pewnością

ślepe i nie prowadzi nigdzie dalej. Sprowadzono nawet

specjalistów z pobliskiej kopalni miedzi, którzy to zbadali.

A sprawa znalezionych zwłok, jak powiedziałam, nie doczekała

jakiegokolwiek finału. A teraz proszę spojrzeć w górę...

- Ufff, jakże mnie bolą nogi! - Przytuła opadł ze stęknięciem

na gzyms u podstawy kolumny podpierającej sklepienie

kaplicy, w której znajdowała się krypta.

Odgłosy wycieczki powoli przesuwały się ku wyjściu, aż

w końcu zniknęły za rogiem, pozostawiając jedynie szumiące

echo przyciszonych rozmów.

Cóż to za dziwny pomysł - zwiedzanie? Przytuła dostał

właśnie kilka dni przymusowego, zaległego urlopu. Postanowił,

wbrew swoim przyzwyczajeniom, że spędzi go z dala

od spraw kryminalnych, zbyt kalorycznego jedzenia oraz

filmów sensacyjnych w telewizji. Innymi słowy, miał w tym

czasie zrobić coś absolutnie nowego, dotychczas nieznanego

i rozwijającego.

W pierwszym dniu pojechał zwiedzać Warszawę. Po kilku

godzinach pobytu na starówce, znudzony oglądaniem

nieskończonego tłumu szkolnych wycieczek, krążących na

trasie Kolumna Zygmunta-zamek-rynek-Barbakan, wsiadł

w pierwszy lepszy autobus miejski. Dotarł na prawy brzeg

Wisły. Wysiadł na przypadkowo wybranym przystanku,

tam oczy rozbłysnęły mu radością - zaniedbane kamieniczki

Pragi, znaczone płatami odchodzącego tynku, graffiti

oraz upstrzone w różnych kątach i bramach leniwie snującymi

się postaciami w ortalionowych kurtkach, czekającymi

Bóg jeden wie na co. Taka Warszawa była interesująca! Spędził

tam czas aż do wieczora. Co prawda, siniak pod okiem

widoczny będzie pewnie jeszcze kilka dni i rękaw w palcie

trzeba było zszywać, ale nie można uznać tego za czas stracony.

Tym bardziej że poznał kilku nowych, ciekawych ludzi,

a przecież człowiek rozwija się właśnie poprzez interakcję

z otoczeniem.

Kolejnego popołudnia po powrocie ze stolicy wziął udział

w osiedlowym turnieju tenisa stołowego, jako widz. Namówił

go do tego jego podwładny, posterunkowy Mierczak,

którego syn startował tu w kategorii junior starszej. Mierczak

twierdził, że gra w ping-ponga to fascynująca rywalizacja,

rozwój sprawności fizycznej, intelektualnej i refleksu.

A wszystkie te przymioty bardzo się człowiekowi w każdym

wieku przydają. Znaczące spojrzenie na zwalistą postać komisarza

nie pozostawiało wątpliwości, o kim myślał Mierczak,

mówiąc o potrzebie rozwoju ciała, umysłu i połączeń

nerwowych wraz z płynącymi w nich impulsami. Przytuła

po kilku godzinach obserwowania białej piłeczki, śmigającej

to w lewo, to w prawo, zrozumiał nareszcie, na czym polega

metoda doprowadzania ludzi do szaleństwa cichym, rytmicznym

odgłosem spadających kropli wody. Niekończący

się taniec dwóch rozjuszonych zawodników po obu stronach

zielonego stołu i łącząca ich nić białego śladu pędzącej kuleczki.

I do tego monotonny odgłos: cyk-cyk-cyk-cyk. Przytuła

nie doczekał finału kategorii junior starszej, gdzie młody

Mierczak miał za pomocą tańca przy krawędzi stołu i kilkuset

nowymi cyknięciami udowodnić swoją przewagę umysłowo-

fizyczną nad przeciwnikiem i zostać mistrzem dzielnicy.

System nerwowy komisarza Przytuły odmówił dalszego

uczestnictwa w tym spektaklu.

A dziś miejscowa katedra... To był impuls. Przechodził

obok, przewodniczka kompletowała właśnie grupę. Mijał

ten budynek wielokrotnie w ciągu wszystkich lat swojego

życia, obojętnie muskając wzrokiem ceglane gotyckie żebra,

szczerzące zęby maszkarony na wieżach i wytarte milionami

kroków kamienne progi. Nigdy go to nie interesowało,

ale człowiek się zmienia, dojrzewa, szuka nowych wyzwań.

No i czasem ma urlop, mnóstwo wolnego czasu. Dlatego

dziś los rzucił go wraz z grupą czternastu emerytów w wir

historii tych murów.

Zaczęli przed południem. Podążając za ładną panią przewodnik,

zwiedzali kolejne kąty historycznego miejsca. W ciągu

mijających godzin przegalopował przez uszy komisarza

korowód postaci z tutejszej przeszłości, książąt, królów i rycerzy,

zarówno pogańskich, wierzących tak sobie, jak i ultrareligijnych.

Zaczął rozpoznawać w zgromadzonych kamiennych

wspaniałościach różnorodność stylów i epok, docenił

wysoką wartość artystyczną religijnych i świeckich treści. Ale

mijające godziny przyniosły również pusty żołądek, bolące

nogi, zdrętwiały krzyż oraz wzmagającą się senność. Dlatego

chwilowa przerwa w dopływie informacji turystycznej wcale

nie zmartwiła komisarza. Wręcz była mu miła.

Oparł się o chłodną kamienną kolumnę i zamarł w pozycji

odpoczynkowej. Po co mu wiedzieć, że biskup X kłócił

się o władzę nad miastem z księciem Y? To było kiedyś,

obaj leżeli teraz w kamiennych sarkofagach i spierali się już

na tamtym świecie. Z drugiej strony, to bardzo pouczające -

wszystko mija. I dlatego carpe diem - łap dzień. Jutro znowu

wróci do pracy, przestanie się umartwiać zwiedzaniem i niskokalorycznym

jedzeniem, będzie się obżerać hamburgerami

i drożdżówkami, myśleć o tym, kto popełnił te wszystkie

brzydkie postępki w ich mieście. A po południu zorganizuje

sobie seans bezmyślnego relaksu przy telewizorze, z piwem

w dłoni i bez historyczno-kulturalnych podtekstów.

- Moje nogi... - zamruczał ponownie zbolałym głosem.

Wzrok błądził po kamiennym pomieszczeniu kaplicy za

kryptą Nieznanego, po malowidłach i witrażach. Sceny na

szkle śmiało mogły konkurować z dziełami Hieronymusa Boscha.

Doszło do niego, że ma przed sobą nie byle jaki okaz,

tyle tylko, że mniej rozreklamowany. Przetrwał stulecia wojen

i innych zawieruch historycznych, żeby teraz mogli go

oglądać emeryci i niewiedzący co począć z wolnym czasem

policjanci. Szkło po lewej stronie obrazowało grzeszników -

stłoczonych, przerażonych golasów, dźganych widłami przez

złośliwie uśmiechające się diabły; po prawej odziani w powłóczyste

szaty wybrańcy nieba, wpatrzeni z ufnością w niebieskie

wyżyny. Pośrodku grupa rozglądających się ludzi, niepewnych

swojego losu, jeszcze niedźganych i niepędzonych

ku srogiej karze, ale i nieprzydzielonych do białego chóru.

Przytuła siedział na kamiennej bazie kolumny i dopasowywał

twarze znanych sobie ludzi do postaci przedstawianych na

witrażu. Za nic w świecie nikt nie odpowiadał wizerunkom

białych wybrańców. Za to wśród pędzonej w ogień hołoty aż

roiło się od znajomych gąb, zarówno ze świata przestępczego,

jak i tego "niewinnego". Choć kto jest bez winy, niech

rzuci kamieniem... Szkoda by było, piękny witraż się zbije.

Przytuła medytował nad nieuchronną karą dla wielu swoich

znajomych, słońce przezierało przez apokaliptyczne sceny,

barwiąc kąty gotyckiej kaplicy na kolor miodowożółty.

Wizja sądu ostatecznego była naprawdę piękna, nie mógł

oderwać oczu od kunsztownie wykonanych szkieł.

W pewnym momencie zastygł w zdziwieniu - jedna z postaci

dźganych przez złośliwego diabła patrzyła na niego. Nie

gdzieś koło niego ani nie jedynie w jego stronę. Ten facet, namalowany

chyba setki lat temu, gapił się bezczelnie wprost

na niego i wyraźnie czegoś chciał. Przytuła odwrócił głowę,

próbując skupić się na pozostałych szczegółach witrażu, ale

to nic nie dało - badawczy wzrok palił plecy. Czego ty, nieszczęśniku,

chcesz? Żyłeś dawno i chyba niezbyt dobrze, jeżeli

nie stoisz w białej koszuli przed obliczem Pana. Przytuła

zapatrzył się w namolnego potępieńca. Twarz tamtego była

dość spokojna, nie lamentował i nie biadolił, jak współwięźniowie.

On miał jeszcze... nadzieję. Tak wyglądał, jakby był

tylko gościem w ponurym miejscu wiecznej kaźni. Przytuła

uważnie obserwował twarz. Chyba go znał, chyba już gdzieś

widział... Ale gdzie? W innym wcieleniu?

Wycieczka poszła, kościół zastygł w ciszy, pełnej pogiętych

gotyckich łuków i krążących pod sklepieniem tysięcznych Ojcze

nasz i zdrowasiek, pukających tu od wieków do uszu Boga.

Światło w kaplicy powoli brązowiało, witraż stawał się coraz

bardziej ponury, martwiąc się zapadającymi ciemnościami

nocy, w których piękno kolorowego szkła znika i marnieje.

I tylko szatani nie śpią, dręcząc grzeszników niekończącą się

karą. I Bóg nie śpi, rozsądzając czyny umarłych właśnie ludzi.

- Przytuła... pssst... podejdź tu. - Nagle ciszę w kościele

przeciął szept.

- Kto tu? Kto mnie woła?! - Zerwał się na równe nogi.

- Nie bój się...

Komisarz rozglądał się lękliwie, szukając ust mówiących

te słowa, ale nikogo nie było - tylko tłumy dusz na malowanym

oknie i on. Złudzenie akustyczne? Majaki? A może, nie

daj Boże, delirium tremens?

- Kto tu? Kto mówi? - ponownie syknął pytanie w otaczającą

go szarość.

Zamiast odpowiedzi usłyszał dziwny odgłos. Pod zniszczoną

postacią zdobiącą nagrobek coś zachrzęściło i krótsza

ścianka grobowca się uchyliła. Skamieniały ze strachu komisarz

widział, jak krawędź płyty chwyciła czarna, wysuszona,

szponiasta dłoń. Ktoś stęknął i kamień zaszurał. W szarości

zmroku coś wyglądające jak koścista, zmumifikowana postać

gramoliło się niezdarnie ze środka katakumb.

- Aaa! Ratunku!

Przytuła biegł, jakby go goniło stado dzikich wielbłądów.

Jego ryk i tętent kroków po posadzce zburzyły spokój tego

miejsca. Dopadł do drzwi wyjściowych i zaczął je szarpać.

Były zamknięte na głucho. Komisarz w panice ciągnął je

i kopał, co rusz spoglądając z przerażeniem ku krypcie Nieznanego.

Chyba ktoś z niej wychodził. Rany boskie! Idzie!

- Czyś pan oszalał? Co to za wrzaski? To kościół, a nie

zoo. Co za chamstwo i brak szacunku dla tego miejsca, świętości

i pochowanych tu ludzi! - Niski staruszek, kościelny,

kuśtykając, z oburzonym wyrazem twarzy podszedł do

Przytuły. Stanął przed nim, zadarł głowę, aby patrzeć mu

w oczy. Nie ustawał również w reprymendzie. - Patrzcie go,

spasł się taki jak balon i wrzeszczy teraz po kościołach! Bezbożnik

jeden!

- Tam, tam... - Przytuła nie zwracał uwagi na obelgi.

Jąkając się ze zdenerwowania, wskazywał szarą jamę w kaplicy,

skąd uciekł. - Tam straszy... Mumia wychodzi przez

dziurę. Grzesznik się gapi z witrażu i coś chce. Wypuść mnie

pan stąd. Błagam!

Niski staruszek zrobił minę i pokiwał głową, jakby nagle

zrozumiał jakąś bardzo ważną sprawę. Przestał napierać

wzrokiem na Przytułę. Wskazał na drzwi obok.

- Proszę bardzo, kościół jeszcze otwarty. Jak pan masz tak

wrzeszczeć, to lepiej na świeżym powietrzu. Tam płuca lepiej

pracują. I głowa też bardziej dotleniona. Te duże drzwi

otwieramy jedynie na święta. No i jak biskup przyjeżdża,

ale to się wydarzyło raz, jakieś piętnaście lat temu, kiedy...

Przytuła wyprysnął na zewnątrz, jak oparzony. Człowieczek

popatrzył w ślad za nim. Wyglądał na zdziwionego, że

komisarz nie zechciał wysłuchać informacji o uroczystych

odwiedzinach biskupa sprzed kilkunastu lat. Następnie rozglądnął

się po wnętrzu, a gdy stwierdził, że wszyscy już wyszli,

przekręcił klucz w zamku. Wolno wracając przez nawę

boczną, zajrzał do krypty Nieznanego. Zarówno grobowiec,

jak i witraż trwały w wieczornym spokoju.

- Czego on się tak wystraszył? Pewnie znowu duch Steinbacha

się pokazał. Ech, z tymi szwabskimi szlachcicami

sto zmartwień! Do grobowca, Steinbach, ale już! - wrzasnął

w przestrzeń, tak jakby zaganiał niesfornego kundla

do budy.

Coś zaszumiało i trzasnęło po drugiej stronie katedry,

ale staruszek nawet nie odwrócił głowy i pokuśtykał dalej.

Po chwili szczęk zamków i blednące lampy dały znać, że kolejny

dzień Pański uznano za zakończony.

3. Łapanka Styczeń 1943

- Witek, a co ty taki zadowolony jesteś? Mróz jak za kołem

polarnym, znowu chleba nie dowieźli, a ty...

- Stefan, coś ty nie słyszał? Witek od dziś ma chleba, ile

zechce. Podpisał listę.

W pomieszczeniu komendy, gdzie siedziało czterech granatowych

policjantów zapadła cisza. Głowy zwróciły się

w kierunku jednej z postaci, która coś pisała przy stole.

- Volkslista... Rany boskie... Witek, naprawdę? - Policjanta

zamurowało.

- A co?! - Witek zerwał się na równe nogi. - Ja chcę żyć

spokojnie, chcę przeczekać jakoś ten czas, tę cholerną wojnę,

która będzie trwać nie wiadomo ile jeszcze.

- Ale... - zaczął Stefan, lecz nie dano mu dokończyć.

- Zostaw go. Herr Kopecki chce mieć spokój, to niech ma

spokój - mitygował go kolega. - Jeszcze powiesz słowo za

dużo i Herr Kopecki, jako lojalny Niemiec, doniesie, że obrażasz

jego pobratymców.

- Chłopaki! Stefan! Co wy?! Ja wam chętnie pomogę. Mam

przodków spod Norymbergi, mówię trochę po niemiecku

z domu, to mogłem się wpisać. Dzięki temu mam lepiej, ale

i wy macie lepiej, bo jak czego będzie trzeba, to walcie do

mnie. Załatwi się opał, większą rację żywnościową, no, różnie

bywa, może kogoś z łapanki nie wezmą, jak poproszę...

- A może właśnie poprosisz, żeby wzięli! Kto cię tam wie?

Nikt się jakoś nie ucieszył z możliwości uzyskania wsparcia

kolegi. Znowu zapadła wroga cisza. Wkrótce wszyscy

policjanci wyszli na patrol. Kopecki został sam. Wpatrzony

w okno, zastanawiał się, co ma teraz zrobić. Po kilku minutach

westchnął z rezygnacją i powlókł się za Stefanem, który

czekał na niego od kilku minut, wściekły, że przegrał ciągnięcie

zapałek i musiał teraz chodzić po mieście z volksdeutschem.

Akurat wypadał dzień targowy, po mieście krążyło mnóstwo

chłopskich furmanek, które wiozły na sprzedaż uratowany

od kontrybucji towar. Za kilka godzin całe towarzystwo,

opiwszy udane transakcje, wytoczy się z gospody, gdzie

zostawi znaczną część zarobionych pieniędzy. Konie, jak tylko

poczują, że właściciel siedzi na koźle, ruszą i same znajdą

drogę do domu, niezależnie od stanu woźnicy. Zwierzęta są

mądre i delikatne, nigdy się nie obrażają, nigdy nie zmieniają

zdania. Nawet jeżeli cię nie kochają, to krzywdy nie zrobią.

Co innego kobiety - tutaj nie można liczyć na zrozumienie.

Bełkoczący małżonek, daremnie szukający pozycji pionowej

w swoim upojeniu alkoholowym, z marnymi resztkami

dziennego utargu w kieszeni, to utrapienie wszystkich zaradnych

niewiast świata. Należy mu się za to kilka ciepłych

słów i razów po zalanej gębie.

Po mieście w taki dzień włóczą się również kieszonkowcy,

Cyganki wróżące z dłoni, panowie grający w trzy karty, cyrkowcy,

kataryniarze i całe to towarzystwo, które nie było specjalnie

interesujące dla policji niemieckiej, o ile nie uczestniczyło

w konspiracji. Kontrola tego motłochu to było zadanie

granatowych - polskich policjantów. Roboty było huk. Ktoś

się z kimś pobił, jakaś kobiecina lamentowała, że wyrwano

jej kosz pełen dobra. Wokół tłoczyły się gniewne czerwone

twarze; trzeba ich odepchnąć, uspokoić, rozsądzić sprawy

na miejscu albo wziąć na komisariat.

Zamieszanie z minuty na minutę było coraz większe, słyszano

kłótnie i pokrzykiwania, a w tle odgłosy chrapnięć koni

i stuknięć kopytem.

- Ludzie, ludzie! Spokój! Nie pchać się! - Próbowali jakoś

zaradzić sytuacji, ale było to beznadziejne zadanie.

Ciżba gęstniała. Po drugiej stronie targowiska inny patrol

miał podobną sytuację. Nagle ktoś krzyknął:

- Łapią! Uciekajcie, wszyscy uciekajcie!

Na plac targowy z piskiem opon wjechały zza rogu ulicy

trzy ciężarówki. Żołnierze wyskoczyli jeszcze w biegu

i sprawnie obstawili plac. Dotychczasowe jarmarczne zamieszanie

zmieniło się w ludzko-zwierzęcą panikę. Tłum

miotał się we wszystkie strony, ale tylko nieliczni szczęśliwcy

znaleźli dziury w kordonie wokół placu i znikli w okolicznych

zaułkach. Pozostali byli już bez szans. Koło się zamknęło.

Psy ujadały. Żołnierze wskazali uchylone plandeki

samochodów. Krzyczeli i pchali przerażonych ludzi. Pierwsi

złapani wskakiwali do środka.

- I co, kurwa, teraz? Powiesz im, żeby przestali? Powiesz,

że jako Niemiec się nie zgadzasz? Powiesz coś?! - wrzasnął

Stefan.

Para policjantów była bezpieczna, nie ruszano ich przy

tego typu akcjach, ale nie mieli też na nie wpływu. Kolega

szydził teraz z wściekłym wyrazem twarzy. Widać było,

że dla niego Witek stał się jednym z tych, którzy tu wrzeszczeli

w obcym języku, grozili karabinami i wpychali do ciężarówek.

Witek przełknął nerwowo ślinę, oddychał szybko. Samochody

zapełniały się powoli. Ktoś się szarpał. Ktoś dostał

w twarz. Krew polała się z nosa. Pies tarmosił wściekle nogawkę

jednego ze złapanych. Jakaś kobieta nie puszczała ciągniętego

przez Niemca męża, krzycząc histerycznie. Nikt nie

pomógł, nie odepchnął SS-mana. To byłoby równoznaczne

z wyrokiem śmierci na samego siebie. Plac pustoszał. Niemcy

wyznaczyli już ludzi do wywózki, reszta się rozchodziła.

Po drugiej stronie, wśród przepychanej grupki złapanych,

szła młoda dziewczyna, była coraz bliżej samochodu. Udało

jej się przesunąć na sam koniec pędzonej grupy, tak jakby to

miało znaczenie, w jakiej kolejności się tam wsiądzie. Witek

zerwał się, jakby go piorun strzelił i podszedł do dowódcy.

- Herr Offizier, Herr Offizier! Sie ist meine Frau. Bitte, lassen

Sie sie frei*. - Stanął przy wrzeszczącym dowódcy grupy

i mówił do niego najlepszą niemczyzną, na jaką go było stać.

Trzęsącą się ze zdenerwowania ręką pokazał nowiutkie

dokumenty z dumnym orłem i swastyką. Potem skulił się,

tak jakby oczekiwał ciosu albo przynajmniej reprymendy.

Nigdy wcześniej nie zwrócił się do tak wysokiego rangą żołnierza

niemieckiego. Tamten zmarszczył brwi w zdziwieniu,

wziął papiery do ręki. Rzucił okiem i zaraz oddał Witkowi.

Przywołał jednego z podwładnych.

- Franz, hol mal diese Frau her**. - Odwrócił się do Witka

i spojrzał na niego z wyraźną kpiną. - Sie sagen, sie sei

Ihre Frau? Wir lassen sie selbstverständlich frei, als die Frau

von unserem deutschen Freund. Sagen Sie nur, wie sie heisst***.

(* niem. Panie oficerze, panie oficerze. To moja żona. Proszę,

puśćcie ją.

** niem. Franz, przyprowadź tu tę kobietę.

*** niem. Mówi pan, że to pana żona? Oczywiście puścimy ją wolno,

jako żonę naszego niemieckiego przyjaciela. Niech pan tylko powie,

jak ona się nazywa.)

Żołnierz specjalnie mocno zaakcentował słowa "niemiecki

przyjaciel", tak jakby chciał podkreślić, że pomimo oglądanych

papierów, świadczących o tym, że stoi przed nim rodak,

on za nic w świecie nie uzna takiej herezji. Dla niego

udawany Niemiec w niczym nie był lepszy od pędzonych do

bud ciężarówek ludzi. Patrzył na zdenerwowanego Witka,

widział jego strach i niepewność. Stało się jasne, że chce dać

mu teraz szkołę, tak aby nigdy więcej nie przyszło mu do głowy

prosić o coś takiego niemieckiego oficera. Jego oczy zwęziły

się, wyglądał, jakby chciał go przewiercić spojrzeniem

na wylot. W tle widać było, jak Franz ciągnie kobietę w ich

kierunku. Przez głowę Witka biegły tysiące myśli, wszystkie

szalone ze strachu i rozpaczy. Co teraz? Co on zrobił? Co on

najlepszego zrobił?

- Bitte, ihren Namen, mein deutscher Freund*. - Oficer

czekał z gniewnym wyrazem twarzy, palce w skórzanych rękawiczkach

wykonywały drobny ruch, tak jakby je przygotowywał

do bitki (* niem. Proszę jej nazwisko, mój niemiecki przyjacielu).

Franz trzymał tamtą za łokieć. Teraz wszyscy na nich patrzyli.

Grupa żołnierzy i złapanych więźniów zrozumiała, że

coś się tu święci, że polski policjant wstawił się za tą kobietą

i chyba podzieli jej los. Nie odmówią sobie tej rozrywki.

Mieli nadzieję, że oficer może nawet go tu publicznie zabije.

A już na pewno da po łbie. To trzeba zobaczyć. Będzie miał

za swoje, granatowy szpicel.

Witek wpatrywał się bezradnie w gniewne oczy żołnierza.

Nagle zawładnęły nim nigdy wcześniej nieodczuwane

pustka w głowie i miękkość w nogach. Zemdlał. Komendant

krzyknął chrapliwie do swoich ludzi, że Witek umarł ze strachu,

a dodatkowo ma teraz na pewno pełne spodnie. Niemieccy

żołnierze roześmiali się z rubasznego dowcipu, oficer

z lekceważeniem kopnął leżącego policjanta. Zamruczał

pod nosem jakieś przekleństwo, sapnął. Następnie machnął

na Franza, że może puścić dziewczynę.

- Bring den Angsthasen nach Hause!** - krzyknął za nią,

wskakując do szoferki (** niem. Weź tego strachajłę do domu).

Żołnierze zatrzaskiwali klapy i wskakiwali do ruszających

pojazdów. Koniec akcji. Po chwili na opustoszały plac

znowu zaczęli napływać ludzie, trwożnie rozglądając się,

czy łapanka na pewno się skończyła. Dziewczyna stała nad

Witkiem, nie wiedząc, co robić. Ten otworzył oczy. Jak tylko

zobaczyła, że się budzi, zaczęła biec jak szalona. Może myślała,

że SS-mani oddali ją w ręce policji, że lepiej teraz skorzystać

z zamieszania i zwiać. Witek wstawał, powoli otrzepując

płaszcz.

- Hej, zaczekaj! Czekaj! - zawołał, widząc, że dziewczyna

ucieka, ale już jej nie było.

Wokół gęstniał tłum ludzi, chętnych oglądać sponiewieranego

policjanta. Witek podniósł czapkę, zdmuchnął z niej

kurz i nacisnął na oczy.

- Z drogi! Z drogi, bo aresztuję. Już! - Przepychał się

wściekły między gapiami.

Po kilkunastu metrach dogonił go towarzysz z patrolu.

Zrównali się i kilka kroków szli razem w milczeniu. W końcu

tamten powiedział:

- Przepraszam za moje słowa. Uratowałeś ją tymi papierami.

Mogli cię aresztować. Nie jesteś taki, jak myślałem...

- Jaki? - warknął Witek.

- No, taki, jak... jak... wszyscy myśleli. Jakeśmy rano

mówili.

- Jaki jestem, to moja sprawa. I powiem ci jeszcze jedno:

jak Niemcy każą, żebyś kogoś zabił, bo to bandyta z AK, to

i ty, i ja, i te oburzone moją podpisaną listą wąsate ryje na drugim

patrolu zabiją. Chociaż nie jesteście Niemcy ani volksdeutsche.

Ale zabiją, bo teraz tak jest. I przestańcie mnie

osądzać.

Poszli dalej w milczeniu.

***

Następnego dnia przyszła do komisariatu. Niespodziewanie

pojawiła się przed nim. Witek jak wryty stanął w pokoju

przyjęć interesantów i trwał tak, wpatrując się w jej ładną

twarz i duże brązowe oczy. Milczenie się przeciągało.

- Dziękuję - powiedziała cicho. - Uratowałeś mnie. Mogłeś

sam zginąć albo pójść z nami. Jesteś bohaterem. Moim

bohaterem - dodała prawie szeptem.

Witek przełknął ślinę, uśmiechnął się z zażenowaniem.

- E tam, od razu bohater...

Właściwie nie wiedział, co powiedzieć. Bo przecież nie to,

że zobaczył ją w tym tłumie i zrozumiał w sekundzie, że Bóg

postawił na jego drodze kobietę życia, ani to, że od wczoraj

dowiedział się, jak się nazywa i gdzie mieszka, ani to, że nie

wyobrażał sobie, że może już jej nigdy nie zobaczyć, że może

być wszystko po staremu.

- Dziękuję - powiedziała jeszcze raz, szybko pocałowała

go w policzek i wybiegła z posterunku.

Witek jak skamieniały trwał przez kilka sekund, jego

mózg celebrował to dotknięcie, pocałunek, obracał w cudowne

wspomnienie, zapisywał, tworzył piękną ikonę, do

której można się będzie codziennie modlić.

- Ale...! - Krzyknął o wiele za późno, bo drzwi się za nią

zatrzasnęły. - Ale może poszlibyśmy razem...

Cudowne uczucie nie umiało się nijak przepoczwarzyć

w ładne słowa, konkretne propozycje i czyny. Dziewczyna

zniknęła, a on nawet z nią nie porozmawiał. Niedorajda,

a nie chłop!

- Co jest, Witek? Halo! Ale masz minę. Żyjesz czy już

umarłeś z zaskoczenia? - Stefan obserwował całe zajście zza

kontuaru.

- Żyję, żyję. Idziemy! - odparł niechętnie Witek, westchnął

ciężko i powlókł się na obchód.

1. Wyrok Październik 1943

Dzień był duszny, słońce przykryło się dziś szarą pierzyną

chmur i sygnalizowało nadchodzącą zmianę pogody.

Za bramą kamienicy numer pięćdziesiąt trzy turkotały dorożki,

snuły się patrole żandarmerii, gońcy pędzili z listami

pomiędzy ważniejszymi urzędami w okupowanej Warszawie.

Na rogu ulicy spłowiały szyld zapraszał przechodniów

do Café Rose, jednakże chętnych nie było zbyt wielu. Niemcy

tu nie zachodzili, pomimo kuszącej nazwy w ich języku,

a z nie-Niemców mało kto lubował się w serwowanym autochtonom

słodzonym sacharyną napoju z prażonych buraków

i pszenicy, który w warunkach wojennej mizerii zaopatrzeniowej

otrzymał zadanie udawania kawy. Poza tym trudno

było nawet z jedzeniem i opałem na nadchodzącą zimę. Kto

by tam tracił czas i pieniądze na wątpliwe rozrywki?

Na podwórzu kamienicy było dużo spokojniej - kot leniwie

patrolujący swój teren, dwie dziewczynki grające w klasy

i znudzony dozorca z sumiastym wąsem, daremnie

wypatrujący jakiegokolwiek papierka do pozamiatania. Szum nielicznych

samochodów i turkot końskich kopyt dochodziły tu jedynie

jako odległy pogłos, filtrowany konstrukcją solidnej bramy.

Na brukowaną przestrzeń weszło dwóch młodych ludzi

w szarych jesionkach i czapkach z daszkiem. Cienie kaszkietów

zacierały rysy twarzy, tak że wyraźnie było widać tylko

podbródki i uszy. Szybkim krokiem przecięli obszar pomiędzy

bramą a wejściem do budynku, bez słowa minęli dozorcę.

Ten odwrócił głowę, chwilę się zastanawiał, jak zareagować,

a w końcu zapytał:

- Panowie do kogo?

- Ruhe, Routineinspektion. Zurück an die Arbeit* - rzucił

jeden z nich ostrym tonem i zatrzasnął drzwi.

(* niem. Spokojnie, rutynowa kontrola. Wracaj do pracy)

Dozorca zmartwiał, słysząc niemiecki. Skulił się lekko,

dłonie wpił kurczowo w trzymaną miotłę. Następnie podbiegł

do dziewczynek i szepnął:

- Dzieci, idźcie do domu. Ale już, szybko. - Nie zwracając

uwagi na nieśmiałe protesty przeciw temu bezceremonialnemu

przerywaniu zabawy, wepchał obie uczennice w drugie

drzwi wychodzące na podwórze. - Do domu! I nie wychodzić

za żadne skarby!

Dwie twarzyczki zamajaczyły zaraz w oknie klatki schodowej.

O nie! Nie przepuszczą takiej rozrywki. To życie na

podwórku takie nudne. A ten tylko do domu i do domu. Dozorca

pomimo braku kurzu lub jakichkolwiek innych widzialnych

śmieci zaczął bardzo starannie zamiatać podwórko.

Obchodził każdy kąt, energicznie szurając miotłą. Co rusz

rzucał nerwowe spojrzenie w kierunku wejścia, gdzie zniknęło

dwóch nieznajomych. Co za licho ich tu przywiodło?

Ciekawe do kogo poszli?

Trzecie piętro. Pukanie. Brak odzewu. Znowu pukanie.

Kroki w przedpokoju.

- Kto tam?

- Hydraulicy. Woda cieknie, trzeba rurę sprawdzić.

Patrzył dłuższą chwilę przez judasza i zestawiał widziane

po drugiej stronie postacie z wyobrażeniem, jak powinien

wyglądać hydraulik. Otworzył. Zmierzył przybyłych

niepewnym spojrzeniem. W końcu zrobił przejście. Weszli.

- Gdzie toaleta?

- Trzecie drzwi.

- Heniek, podaj latarkę.

Lokator wydawał się uspokojony zachowaniem przybyszów,

oparł się o framugę drzwi, przyglądając oględzinom.

Dwóch ludzi wpatrywało się w rurę, która wyglądała na zupełnie

dobrą, ani śladu wilgoci lub cieknącej wody. Następnie

pokiwali głowami i popatrzyli po sobie porozumiewawczo.

- Wszystko w porządku. Można prosić nazwisko?

- A po co panom moje nazwisko? Woda nie cieknie?

Do widzenia.

- Pan Kopecki Witold, prawda?

- Bo co? O co chodzi? - Człowiek nastroszył się jak zaatakowany

kot i zrobił krok do tyłu.

- Heniek, bierz go!

Starszy skinął głową na pomocnika, który natychmiast

przypadł do człowieka i chwycił go za rękę. Tamten się wyrwał,

drogę ucieczki do wyjścia na schody zastawiał młodszy

z "hydraulików", dlatego zaatakowany skoczył w przeciwnym

kierunku. Wbiegł do pokoju stołowego. Napastnicy popędzili

za nim z pistoletami w rękach. Wyższy deklamował:

- Witoldzie Kopecki, w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej

skazuję cię na karę śmierci za kolaborację z niemieckim okupantem

i kradzież mienia żydowskiego...

Wtedy Kopecki rzucił się na napastników, ignorując wymierzoną

w niego broń. To było zaskoczenie, nie zareagowali

strzałami. Odczytujący tekst wyroku umilkł. Kopecki zwarł

się z nim w zapasach. Pistolet upadł na podłogę. Obok stał

młodszy z przybyszów, nazwany przez kolegę Heńkiem. Celował

on w szamoczącą się parę trzęsącą się ręką i spazmatycznie

wrzeszczał:

- Poddaj się! Nie masz szans, ty morderco! Ty świnio!

Poddaj się...

Kotłujące się ciała nie dawały możliwości spokojnego

oddania celnego strzału. Heniek wrzeszczał, oczy śledziły

w przerażeniu nieoczekiwany przebieg egzekucji. Był jak sparaliżowany.

Tamci nadal się siłowali, sapiąc i klnąc. Wysiłek

obu walczących można było poznać po szybkich oddechach

i spoconych twarzach. W pewnym momencie walcząca para

wpadła z impetem na okno. Rozległ się trzask pękającego

szkła i łamanych desek. Wystarczyło mocniejsze pchnięcie

i jeden z walczących wypadł z krzykiem przerażenia. Rozległo

się głuche uderzenie ciała o bruk. Heniek zawył, Kopecki

stał przy parapecie, dysząc ciężko.

- Ty morderco! - wrzasnął Heniek i strzelił.

Pudło. Pistolet trzymany w trzęsącej się ręce nie dawał

szansy na trafienie, nawet z tak małej odległości. Kopecki

doskoczył do niego, wyrwał broń.

- Leżeć tu! Ani ruchu, bo zatłukę jak tamtego.

Pchnął przerażonego młodzieńca na kanapę. Zatrzasnął

drzwi pokoju i przekręcił klucz w zamku. Następnie pospiesznie

narzucił kurtkę, nerwowymi ruchami wrzucił do

kieszeni kilka przedmiotów i zbiegł po schodach.

Na podwórku dozorca stał zmartwiały nad ciałem. Rozbita

głowa i nienaturalnie wykręcone członki nie dawały

ofierze upadku nadziei na przeżycie. Sąsiedzi zerkali cieka9

wie z pootwieranych wkoło okien. Stróż zbielałymi wargami

mruczał coś w przerażeniu, może dalej myślał, że ci dwaj to

Niemcy i śmierć jednego z nich ściągnie zagładę na wszystkich

lokatorów. Z okna po drugiej stronie podwórza wyglądały

dwie twarzyczki, dziewczynki przyciszonym głosem komentowały

oglądane wydarzenia. Kopecki przebiegł obok,

nie zatrzymując się wcale.

- Panie Witoldzie, panie Witoldzie! - dozorca wołał za

nim. Nadaremnie. W ciemnym przejeździe cichły pospieszne

kroki uciekającego. - Panie Witoldzie, co się stało? Rany

boskie, ale bigos!

Po kilku sekundach wybiegł Heniek. Odepchnął człowieka

z miotłą i pochylił się nad ciałem.

- A to kanalia. Znajdę go. Choćbym miał całe życie szukać,

ale znajdę - syknął. - Jakiś koc i wiadro wody, ale migiem!

Jestem z Armii Krajowej, Polak. A ciało musi zniknąć,

bo możecie mieć duże kłopoty. Ja też.

Dozorca podumał chwilę, najwyraźniej zgodził się w duchu

z chłopakiem, bo rzucił mu jakąś derkę i wskazał wzrokiem

stojący w kącie wózek na węgiel.

- Tylko oddaj. Potrzebny jest.

Młody zrzucił skulone zwłoki na wózek, przykrył kocem

i przysypał węglem z pryzmy spiętrzonej przy włazie

piwnicznym. Popychając ten nietypowy karawan, szybkim

krokiem zniknął z podwórka. Dozorca chlusnął wiadrem

wody, czyszcząc w ten sposób zakrwawiony bruk. Okna zamykały

się bezgłośnie, każdy wracał do swoich zajęć i gdyby

kogokolwiek pytał o wydarzenia na podwórzu, to nikt nic

nie widział. Zwykły dzień, szary i trudny, jak całe ich życie

w Generalnej Guberni roku 1943. Zamieszanie szybko się

skończyło, dwie dziewczynki nieśmiało podeszły do rozpływającej

się szarobrunatnej kałuży w miejscu upadku i szeptały między sobą. Dozorca z zaciętą miną zamiatał dalej podwórko,

choć kurzu i śmieci nie przybyło w ciągu tych kilku

minut ani o jotę.

5. Propozycja Styczeń 1944

- Herr Kopecky, to jeszt pewny geszeft. My każdy tydzień

transzportieren ten geld na centralna magazyn. Ochrona jest

mała, zawsze to samo, wiem, gdzie trzeba robić atak. Kajner

wajs, nikt nie wie, nikt śledzi. Pan rozumiesz? - Lepke upił

łyk piwa, następnie zamarł, oczekując odpowiedzi Witka.

Ten trwał dłuższą chwilę nieporuszenie, całkiem jakby

nie słyszał wypowiedzianych słów.

Lepke sam przedstawiał się jako dobry Niemiec. Po kilku

piwach okazywało się, że definiuje to jako osobę, która nie

krzyczy głośno Heil Hitler - robi to tylko kiedy musi - oraz

jest kimś, kto nie znajduje przyjemności w mordowaniu i męczeniu

ludzi w podbitych krajach. Lepke był biznesmenem.

Ujawniało się to w traktowaniu każdego kontaktu z innymi

jako okazji do osiągnięcia korzyści własnej. Można było to

poznać również po zapale do nauki miejscowego języka w takim

stopniu, aby móc się sprawnie dogadać i nie dać oszukać.

Jednakże najistotniejszym znakiem rozpoznawczym Lepkego

biznesmena była pogarda dla wszystkich, którzy nie przynosili

mu korzyści. Niezależnie od narodowości lub rasy.

Witek był dla Lepkego pożyteczny i kilka interesów już

ubili. Nabrali do siebie względnego zaufania i teraz przyszła

pora na propozycje grubszego kalibru. Lepke był pracownikiem

Urzędu Powierniczego, oddelegowanym do pracy

w dziale administracji więzienia śledczego Policji Bezpieczeństwa

i Służby Bezpieczeństwa Dystryktu Warszawskiego,

znanego szerzej pod nazwą Pawiak.

Urząd Powierniczy został powołany jako podmiot odpowiedzialny

za kontrolę majątku zdobytego przez niemieckiego

okupanta w różnorodnych działaniach skierowanych

przeciwko ludności podbitego kraju. Począwszy od

zajęcia mieszkań i innych nieruchomości, a skończywszy

na drobnych precjozach, jak srebrne łyżeczki lub świeczniki.

Wszystko, co wpadło w ręce niemieckich służb, było

skwapliwie rejestrowane i oddawane w depozyt władzom

okupacyjnym. Nikt tych depozytów prawowitym właścicielom

oddawać nie zamierzał, tym samym z miesiąca na

miesiąc, wraz z postępującym procesem eksterminacji Żydów

oraz pozostałych zatrzymań w wyniku łapanek i aresztowań,

magazyny ze zdobytym majątkiem rozrastały się,

a pracy przybywało.

Lepke z ramienia Urzędu Powierniczego był również zaangażowany

w przygotowania do przekształcenia budzącego

grozę więzienia w nową jednostkę - obóz koncentracyjny

KL Warschau, zgodnie z planami rozbudowy sieci obozów

pracy opracowanymi przez Heinricha Himmlera. Rolą

Herr Lepkego w tym zadaniu miało być koordynowanie oraz

udoskonalanie systemu składowania i liczenia znalezionych

przy więźniach kosztowności oraz pieniędzy. Zdarzały się tutaj

całkiem ładne sumki, a wszystko to trafiało w jego ręce.

Za pokwitowaniem, oczywiście. Ale kwity mają to do siebie,

że tworzą własny, odrębny świat, opisywany poprzez cyfry,

podpisy osób odpowiedzialnych, zestawienia zbiorcze i inne

typowe dla dokumentacji finansowej zjawiska. I rzadko się

zdarza, żeby świat dokumentacji odzwierciedlał dokładnie

świat rzeczywisty. U Lepkego to się nigdy nie zdarzało.

Zafałszowane sumy, ilości, nieczytelne podpisy, zagubienia

dokumentów i ich duplikaty potwierdzone przez nie wiadomo

kogo. To wszystko, sterowane wprawną ręką i głową

Herr Lepkego, wraz z alternatywną księgowością stworzyło

mały nielegalny składzik w szafie stojącej w rogu gabinetu,

pełnej złota i pieniędzy. Niestety, kontrole i donosicielstwo

nasilały się nawet tu, w samym centrum pracy tajnej

policji, i spokojnie prowadzony od kilkunastu miesięcy biznes

był coraz bardziej ryzykowny. Dlatego właśnie Lepke od

jakiegoś czasu przemycał wszystko w małych ilościach przez

punkt kontrolny przy wyjściu na teren prywatny, ale nadchodzące

sygnały były jasne - od potężnej reorganizacji dzieliły

ich dni, w najlepszym razie tygodnie. Decyzja nasuwała

się sama - wyniesienie całego skarbu za jednym zamachem.

Było to o tyle prostsze, że transport oficjalnych kosztowności

odbywał się regularnie i wystarczyło dołączyć tam nielegalny,

prywatny dodatek. Tylko tyle i aż tyle.

Sprawa spędzała Lepkemu sen z powiek od kilkunastu

dni; przemyślał podczas ostatnich bezsennych nocy

wszystkie możliwe scenariusze rozwoju akcji i zawsze kończył

w tych rozważaniach przed plutonem egzekucyjnym.

W końcu postanowił działać, przerwać to niekończące się

nerwowe oczekiwanie, i wtedy przyszedł mu do głowy Witek.

Tak, ten Polak z niemieckimi papierami się nadawał.

Wydawał się on równie mocno nienawidzić zarówno Niemców,

jak i własnych rodaków.

Jak się dowiedział Lepke swoimi kanałami, Witek przyjechał

do Warszawy, bo nie miał życia w rodzinnym miasteczku

w Małopolsce po tym, jak podpisał volkslistę. Grożono

mu śmiercią, rzuciła go narzeczona, ludzie przeklinali go na

ulicy i pluli na jego widok. Witold Kopecki bardzo do Lepkego

pasował - zdesperowany w swoim dążeniu do przetrwania

zawieruchy okupacji, a jednocześnie pogrążony w nienawiści

do całego świata, gdzie nie uznawali go za swojego ani

Niemcy, ani Polacy. Powoli stawał się podobnym do niego

biznesmenem. Kopecki w ramach volkslisty został uznany

przez władze okupacyjne za Eingedeutschte, czyli osobę częściowo

spolonizowaną i posiadającą tymczasowe obywatelstwo

III Rzeszy. Lepke, widząc zbliżający się wielkimi krokami

koniec swojego eldorado, coraz częściej myślał, o co dokładnie

poprosić Kopeckiego i co mu za to dać.

Kopecki godzinę później wracał do domu, rozważając plan

przedstawiony przez Lepkego. Bardzo ryzykowny plan. Wyglądał

on następująco: Lepke spakuje transport jak co tydzień,

jednakże tym razem sporządzi dokumenty tylko na część wywożonych

kosztowności. Część prywatną ukryje pomiędzy

legalnymi pakami. Kontrola na wyjeździe jest dość pobieżna,

wystarczy, że okaże się dokument i przesyłkę. Zawsze jedzie

kierowca i konwojent. Rutynowo przydzielany kierowca jest

często delegowany do zadań operacyjnych gestapo i wtedy

samochodem kieruje ktoś wyznaczony przez Lepkego. Tym

razem Lepke dopilnuje, żeby kierowca był niedostępny i sam

się oddeleguje na zastępstwo. Natomiast konwojent jest przydzielany

z urzędu i to będzie ich największy problem, gdyż

powinien być on przekonany, że nastąpił normalny bandycki

napad. Pytanie, czy ma zginąć, pozostało otwarte.

Byłoby to wszystkim na rękę, jednakże Lepke się sprzeciwiał.

Uważał, że śmierć człowieka utrudniłaby dalsze przewożenie

skarbu. Służby będą się mścić na ludności cywilnej

za zamordowanego żołnierza, a tak sprawa zaczęłaby po kilku

dniach cichnąć. Tym bardziej że zadeklarowana oficjalnie

wartość transportu byłaby dość niska. Nikt nie będzie robić

wielkiego śledztwa dla tych kilkuset marek. A jeżeli konwojent

zeznałby, że Lepke nie miał z tym nic wspólnego, wtedy

dochodzenie nie dotykałoby jego osoby, byłby tylko poszkodowanym.

Kopecki obawiał się jednakże dekonspiracji,

żywy świadek to problem dla niego i ewentualnych towarzyszy

napadu. Dokładniejsze ustalenia miały zapaść jutro.

Na razie trzeba było przeglądnąć trasę przejazdu samochodu

i zwerbować wspólników.

Witek usiadł na ławce z widokiem na szeroki nurt Wisły.

Zapatrzył się ponuro w szarawą płachtę wody, migoczącą jedynie

gdzieniegdzie jasnymi refleksami. Propozycja Lepkego

była dla niego światłem w życiowym tunelu. Trzeba to

dobrze rozegrać, trzeba wybrać najrozsądniejszy wariant.

Kilka ostatnich lat spędził na powolnym zamykaniu się

w murach wyznaczonych jego maksymą: Aby tylko spokojnie

żyć. Wojna potrwa nie wiadomo jak długo, Niemcy może

i przegrają, ale czy wyjdą z Polski? On na razie nie był nękany,

miał papiery, żył. Do tego mógł jeszcze stać się bogaty.

Może dzięki Lepkemu i jego pieniądzom wzniesie niezdobytą

twierdzę, gdzie zabezpieczy się i przed Niemcami, i Polakami,

i całym światem.

Czy Agnieszka mu przebaczy? Czy wróci do niego, kiedy

zrozumie, że tylko tacy jak on przetrwają ten ponury czas i za

kilka lat będą jedyną ostoją dawnej Polski, bo inni zginą marnie

w nierównej walce? Jego postawa była mądra, niewielu ją

rozumiało, ale on wiedział, że jest mądry. Nie ocali innych,

nie jest na tyle silny, ale może uratuje siebie i Agnieszkę...

Raz ją uratował, kiedy pierwszy raz się spotkali. Nie zrozumiała,

że to nie przypadek, że są dla siebie stworzeni. Była

wdzięczna, ale nie umiała znieść myśli, że zawdzięczała życie

takiemu jak on. Byle teraz nic nie zepsuć, a potem naprawi

się wszystko inne. Całe życie się naprawi.