4. Ofiara grobowca
Płyta grobowca otwierała się powoli, z odgłosem tarcia kamienia
o kamień. Z mrocznej szczeliny coś wypełzło, coś podobnego
do węża, ale o nieco odmiennym kształcie. To była
czarna dłoń, jakby zmumifikowana. Powoli przesuwała się,
szukając punktu zaczepienia. Zacisnęła się na krawędzi ściany,
a szczelina została poszerzona o kolejne centymetry. Coś
tam pełzało, walczyło o możliwość ucieczki. Zaraz wyjdzie,
zaraz dopadnie swoją ofiarę...
- Nie! - Przytuła jak oparzony zerwał się z łóżka i dyszał
ciężko.
Szary świt rozcieńczał już atrament nocy za firaną. Gdzieś
daleko toczył się pociąg towarowy, przewożąc setki ton węgla.
Tu docierał jedynie lekki pogłos stukotu kół o łączenia
szyn. A wszystko przetykane porannym trelem skowronka.
Nigdzie śladu czarnej łapy ani tym bardziej wrogiej postaci,
szamoczącej się w grobie. Tylko ten daleki stukot, słowik
i spocony z wrażenia grubas w rozkopanej pościeli w różyczki.
- Piąta dwadzieścia. Jakże miły początek dnia - mruknął
po dojściu do siebie i wyskoczył z łóżka.
Dospać te dwie godzinki do budzika? O, nie! Za nic
w świecie nie zaśnie ponownie, woli ziewanie i nadmiar kawy
od pełzających czarnych dłoni.
Słońce powoli wychodziło zza pagórków, barwiąc ogniście
rząd okien w opuszczonej hali walcowni. Dzień się zaczynał
i nic nie mogło tego powstrzymać. No, ewentualnie koniec
świata. Przytuła wyobraził sobie, że oto następuje wybuch,
wszystko pochłania czarna dziura czy coś podobnego i po
kilku sekundach transferu ziemia-powietrze trafia przed
oblicze Boga, w koszuli nocnej, kapciach i z pełnym pęcherzem.
Czy za nieodpowiedni ubiór ma się punkty ujemne?
Czy jest się tam gdzie wysikać? Ostatni raz u spowiedzi byłem...
Nie pamiętał kiedy. Dawno.
Wtedy przypomniał sobie tego człowieka z witrażu, który
tak usilnie się wczoraj w niego wpatrywał. Tak, tamten
też wpadł do szatańskiego kociołka nieoczekiwanie, bez
dłuższych ceregieli, bez mów burmistrza i księdza o osiągnięciach
zawodowych oraz pozostawionych w nieutulonym
żalu przyjaciołach nad lakierowaną na czarny połysk trumną.
Dlatego rozglądał się, taki zaskoczony, nie wiedząc, w co
się wpakował na zawsze i jeden dzień dłużej.
Czas do pracy, Przytuło! Co prawda, pojawienie się w komendzie
przed szóstą rano podchodziło pod psychiczną aberrację,
ale lepsze to niż szare mieszkanie, oplecione sennym
koszmarem. Szybko się ubrał i wyszedł.
- Dzień dobry, panie komisarzu! - zakrzyknęły z ławeczki
koło trzepaka trzy skulone tam postacie.
Stalowy Kazek, Marian i Pająk pomimo wczesnej pory
i chłodu byli już na posterunku, tradycyjnie zastanawiając
się, jak przetrwać nudę kolejnego dnia i skąd zdobyć gotówkę
na piwo lub wino. Mogła być i wódka albo, w ostateczności,
inny napój z zawartością alkoholu. Nie musiał być to nawet
alkohol etylowy.
- A, to wy! Twardziele z was. Ranne ptaszki. Ja myślałem,
wychodząc o takiej porze, że będę pierwszy na mieście.
- Przytuła był pełen podziwu.
- W domu nuda i wstecznictwo, panie władza. Tu chociaż
kultury można nieco łyknąć, z koleżeństwem więzi wzmacniać.
Nad losem ojczyzny umiłowanej się zadumać. Dlatego
mam pytanie...
- Stalowy, nie mam i nie dam. - Przytuła wiedział, co to
za pytanie.
Zapadła cisza. Wszyscy zadumali się nad losem ojczyzny
umiłowanej. Musiały to być myśli niewesołe, pełne pragnień
niespełnionych i nadziei płonnych, bo usta jakby za pociągnięciem
sznurka zgięły się w podkówkę, a w kącikach oczu
zabłysły łzy. Ech, życie...
- No, dobrze, już dobrze - westchnął Przytuła, poszperał
w kieszeni i rzucił im dużą monetę z liczbą pięć. - Może
mnie to kiedyś uratuje przed sądem.
- Jakim znowu sądem, panie komisarzu kochany? Pan
to jesteś anioł wcielony, dobro nieogarnione, manna na pustyni
i rosa dla warg spieczonych. O żadnych sądach ani karach
nie ma mowy... - Stalowy uwielbiał gadać, a dostawszy
dzięki pieniądzom cudowną możliwość konsumpcji alkoholu,
gadał tym chętniej.
- Chodzi o tamten sąd. - Przytuła wskazał chmury na
szarym porannym niebie. - Nawet najlepsi tam trafią i wyniku
pewni nie będą.
- Amen. I basta - podsumował Stalowy.
Na tym zakończyło się jakże owocne spotkanie patriotów.
Każdy udał się w swoją stronę - Przytuła na komisariat,
a spragniona wrażeń trójka do osiedlowego sklepu, który
otwierano o szóstej zero zero.
* * *
Komisarz w pracy przeszedł przez pokój przyjęć interesantów,
gdzie królował dyżurny Edek, który niedawno pojawił
się w pracy i pijąc swoją tradycyjnie przesłodzoną herbatę,
udawał, że dzień roboczy jeszcze się nie zaczął. W tle wesoło
grała rozgłośnia Złote Przeboje. Przytuła wkroczył do biura
i zamarł ze zdziwienia. Wydawało mu się przez moment,
że pomylił pokoje. W pomieszczeniu rozłożonych było
mnóstwo przedmiotów: broń, sztandary, jakieś gazety, zrolowane
pożółkłe plakaty, a na środku stał manekin, odziany w stalowoniebieski
mundur. Ktoś się przy nim krzątał, pogwizdując
pod nosem. Nie, to na pewno ich biuro, okna, ściany,
zegar z kukułką - wszystko się zgadzało. Postać odwróciła
się i z zaskoczoną miną zaklęła pod nosem.
- Mierczak, co tu się dzieje?
- Przepraszam pana, komisarzu... Mhm... Nie sądziłem,
że będzie pan tak wcześnie w pracy, bo zazwyczaj to...
- Dorabiacie tu na drugim etacie w nocy? Jako krawiec?
- Nie, skądże znowu. Jaki krawiec? A, manekin i mundur
pana zmyliły. To miała być niespodzianka. Cóż, za wcześnie
pan przyszedł. Organizuję w nieużywanym pomieszczeniu
po kotłowni izbę pamięci naszej komendy. Dzięki temu przywołamy
najbardziej chwalebne dni naszej działalności i zainteresujemy
młodzież historią. Może nawet pochwała z wojewódzkiej
wpadnie. Wszystko, oczywiście, poza godzinami
pracy. Bezinteresownie.
Przytuła opadł z jękiem na krzesło. Przez ułamek sekundy
zaświtała mu myśl, że lepszy atak mumii w sennych koszmarach
niż wiecznie gotowy do wytężonej pracy bezinteresowny
nadgorliwiec, poświęcający najlepsze godziny snu na
renowację starych mundurów i przygotowanie opuszczonej
kotłowni na cele wystawowo-muzealne. Jednakże nie mógł
go skrytykować. Inicjatywa, obiektywnie rzecz biorąc, była
słuszna i pożądana. Chociaż...
- A tak konkretnie, co tam chcecie pokazywać? Skąd te
eksponaty?
- Wojewódzka zlikwidowała część wystawy po tysiąc dziewięćset
osiemdziesiątym dziewiątym, to przejąłem. Po co
mają niszczeć w szafie? O! Na przykład sztandar Wojewódzkiego
Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego z tysiąc dziewięćset
pięćdziesiątego pierwszego roku albo ten mundur należały
do zastępcy komendanta tutejszego urzędu. Piękne pamiątki.
Teraz ludzie są z historią na bakier, podobno licealiści mają
problem z określeniem, kto to był Władysław Gomułka...
- Może i dobrze - westchnął Przytuła. - Mnie tam za Gomułką,
Jaruzelskim i komuną nie jest tęskno. Ale wy jesteście
pewni, Mierczak, że chcecie się chwalić sztandarem ubeków?
Sądzę, że trudno będzie wytłumaczyć młodzieży, że to byli
fajni goście. Chyba że macie już gotowe opisy sprzed osiemdziesiątego
dziewiątego, tam wszystko było ładnie i zrozumiale
wyłożone.
Mierczak spłonił się, musnął wzrokiem szpargały na stole.
Szybko odwrócił głowę, ale to wystarczyło komisarzowi.
Chwycił kartkę. Papier pomimo upływu lat był w dobrym
stanie, jedynie lekko pożółkł.
- Oto sztandar Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa
Publicznego, dumny znak oddziałów oddanych zaszczytnemu
zadaniu zwalczania reakcyjnych band próbujących przywrócić
znienawidzony reżim sanacyjny... - odczytał fragment,
następnie wbił ponure spojrzenie w Mierczaka. - Czy
wyście to chcieli u nas powiesić? I jeszcze oczekiwać pochwały
z centrali? Co za brak politycznego wyczucia! Przecież oni
to ściągali w popłochu piętnaście lat temu i woleliby zapomnieć
o tych sprawach na zawsze. Te bandy reakcyjne to teraz
patrioci z Armii Krajowej i bohaterscy żołnierze wyklęci,
a Urząd Bezpieczeństwa to okrutny stalinowski terror.
Jak chcecie robić muzeum, to nieszkodliwe, bez politycznego
drugiego dna. Wszystko trzeba przejrzeć i pokazywać tylko
normalną robotę milicjantów ze złodziejaszkami, pijakami
i rozrabiakami. Żadnej polityki. Zrozumiano?
- Ale przecież nawet pański ojciec, świeć Panie nad jego
duszą, mądry i ludzki był, chociaż z wojewódzkiego urzędu
przeszedł. Jeszcze pracował, jak się przyjmowałem, to pamiętam
- zaoponował posterunkowy.
- Mierczak, niech was ręka boska broni wieszać tam coś
o moim ojcu. To, jaki był prywatnie, a co robił w służbie, to
dwie różne rzeczy. Ja tam bym chyba dziś wolał, żeby był
w reakcyjnej bandzie...
- I co, mundur zastępcy komendanta też schować? Trzy
godziny cerowałem. Przecież te wyłogi tak kunsztownie haftowane,
że szkoda by było...
- Mundur może być, byle bez tych stalinowskich opisów,
trzeba zrobić nowe. Resztę przeglądnąć i posortować. Już!
Mierczak trzasnął lakierkami, przyjmując polecenie, i zaczął
sprzątać zalegający w pomieszczeniu historyczny bałagan.
Zaraz miał się zacząć zwykły dzień na komendzie.
Kukułka odkukała siódmą, koło Edka stało już kilku zdenerwowanych
ludzi, zgłaszających kradzieże i inne ekscesy.
Dyżurny notował i nadawał bieg sprawom, co rusz wzdychając
nad beznadzieją własnej egzystencji. Przez drzwi zajrzał
Wróżka, sondując sytuację w biurze. Najwyraźniej chciał od
razu skoczyć na poranną kawę, ale ujrzawszy Przytułę, westchnął
z rezygnacją i zasiadł za biurkiem, ziewając dyskretnie
i udając, że zaczyna jakąś papierkową robotę.
Komendant zamyślił się na wspomnienie ojca. Od jego
śmierci minęło prawie dwadzieścia lat, a nim nadal targały
sprzeczne uczucia. Z jednej strony, kochał go i żałował jego
odejścia. Tego, że nie może z nim być i po prostu porozmawiać.
Być może naprawić kilka błędów. Im był starszy, tym
mocniej odczuwał, że jego żale i zarzuty w stosunku do rodziców
były niesprawiedliwe, powodowane krewkim charakterem,
brakiem doświadczenia życiowego. Tak, człowiek ma
zazwyczaj największe zatargi z bliskimi, którzy kochają go
i dbają o niego, tyle że po swojemu. Ironia losu czy prawidłowość
naukowa? Z drugiej strony, miał przeczucie, że ojciec
zabrał do grobu wiele tajemnic. W domu nie rozmawiało się
o tym, jak się rodzice poznali, jak zakochali. Nikt nie snuł
wspomnień, jak się mama czuła w ciąży i jak wcinała ogórki
kiszone w drugim trymestrze. Historia ich rodziny zaczęła
się po urodzeniu Przytuły. Nigdy go to nie dziwiło, dopiero
kilka lat po śmierci ojca zapytał mamę, jak się poznali, skąd
tata pochodził. Nie było to dla niego specjalnie ważne, ale
czuł, że wiele spraw nie ma swojego początku, swojego historycznego
miejsca. Mama zbyła go dość ostro. Zbyt ostro,
żeby się nie zdziwił. Zaczął wtedy tropić ślady swojego ojca
w przeszłości - kim był, jak się znalazł w tym mieście. Rozpoczął
na własną rękę poszukiwania tego, co inni zwykle
wiedzą od małego.
Mierczak usuwał nocny bałagan, przesuwając pamiątki
i dokumentację na bok, choć trudno było ukryć manekin
z mundurem, sztandar i kilkadziesiąt kilogramów papieru
w niezbyt dużym pomieszczeniu. Było to raczej upychanie po
kątach. Przytuła skorzystał z okazji i zaczął przeglądać stare
gazety oraz plakaty, piętrzące się pod ścianami. Ich wymowa
była jasna - wróg czai się wszędzie, a milicjant to jedyny prawy
człowiek na tym łez padole. Poza tym mnóstwo opisów
spraw i dochodzeń, od walki ze spekulantami i szabrownikami
mienia poniemieckiego po psychopatycznych zabójców.
- Hm... też nie mieli lekko. Czy za komuny, czy dziś,
kradną i mordują tak samo - mruknął Przytuła i zaczął czytać:
- Już trzecia ofiara seryjnego mordercy w województwie
wałbrzyskim. Komendant wojewódzki wyznacza nagrodę
pieniężną w wysokości pięciu tysięcy złotych za wskazanie
śladów prowadzących na trop sprawcy... O, nieśmiertelny temat
- walka z pijanymi kierowcami. Jak wskazują statystyki,
co trzeci kierowca wyruszający w trasę znajduje się pod
wpływem alkoholu... No, to teraz chyba jest trochę lepiej,
chociaż więcej jeździ po trawce...
Przytuła wertował dalej podniszczone periodyki i plakaty,
była to istna kopalnia informacji sprzed czterdziestu lat.
Odrzucając propagandową powłokę, można było się sporo
dowiedzieć o pracy milicji i charakterze przestępstw w Polsce
za PRL-u. Może ten pomysł Mierczaka nie jest tak zupełnie
do bani? Może to kogoś zainteresuje?
Nagle Przytuła zmartwiał, przerzucająca kolejne kartki
ręka znieruchomiała. Wpatrywał się zaskoczony przez dłuższą
chwilę. Nie było wątpliwości - z czarno-białego zdjęcia
w przeglądanym periodyku spoglądał na niego człowiek z witrażu.
Fotografia przedstawiała go nieco inaczej ujętego, ale
twarz była ta sama. Ten sam, lekko zaskoczony wyraz twarzy.
Komisarz rzucił się łapczywie do czytania artykułu o tajemniczo
brzmiącym tytule - Ofiara grobowca.
20 października 1973. Podczas prac renowacyjnych w kościele
pod wezwaniem św. Jakuba znaleziono w otwartym dla
konserwatorów szesnastowiecznym grobowcu zwłoki. Są to
najprawdopodobniej ślady porachunków świata przestępczego
z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych, na co
wskazywały znalezione dokumenty i inne przedmioty, w tym
broń palna. Ofiara straciła życie w wyniku postrzału w serce.
Po dokładnej analizie i porównaniu spraw prowadzonych
przez miejscowe organa ścigania w okresie 1948-1952 potwierdzono
tożsamość zamordowanego, który był znanym
faszystowskim kolaborantem i wywrotowcem spod znaku Armii
Krajowej. Po przeprowadzeniu czynności zabezpieczających
ślady, obszar grobowca oddano ponownie do renowacji.
W sprawie wszczęto śledztwo mające na celu ustalenie przebiegu
wypadków i schwytanie sprawcy czynu, który niezależnie od
proweniencji zamordowanego jest ścigany z całą surowością
prawa...
Przytuła zamyślił się. Ech, te propagandowe slogany. Jeszcze
dwadzieścia kilka lat temu uczono ich o burżuazyjnych
renegatach i londyńskich sprzedawczykach. Tu piszą, że potwierdzono
tożsamość zamordowanego. Dali nawet zdjęcie,
czyli ładna pani przewodnik nie była na bieżąco. Milicja ustaliła
tożsamość ofiary, choć może tylko twierdzili, że ją znają.
I wtedy, i teraz liczyła się wykrywalność, ustalenie ofiary,
a następnie zabójcy, w tym przypadku najlepiej już nieżyjącego.
W tym okresie to była kolejna stówka do premii
tutejszego komendanta, czyli starego Przytuły. Może czas
pogrzebać w dawnych dokumentach, zobaczyć, jak działał
szanowny tatulek?
- Mierczak, gdzie są teraz archiwa z tysiąc dziewięćset
siedemdziesiątego trzeciego? - zapytał zorientowanego we
wszystkim podwładnego.
- Mhm... - posterunkowy zamyślił się. - Wcześniej mieliśmy
wszystko w naszym archiwum w piwnicy, ale w ramach
akcji centralizacji połączonej z digitalizacją wysyłamy pełną
dokumentację do wojewódzkiej. Lata siedemdziesiąte poszły
chyba niedawno. Pan aspirant Wruszkowski je przygotowywał.
Zresztą, panie aspirancie, pan to wie najlepiej.
- Jak tam, Wróżka? Poszły te dokumenty? - Przytuła skierował
wzrok na drugiego podwładnego.
- Mhm... Eee, prawie... - Wróżka dość umiejętnie unikał
kontaktu wzrokowego z przełożonym.
- Prawie poszły, czyli nie poszły. Akurat w tym przypadku
lenistwo się na coś przydało. Spytam jeszcze, tak z ciekawości,
lata sześćdziesiąte i pięćdziesiąte też spokojnie sobie
leżą?
- O, nie, nie. Wcale nie tak spokojnie, ale... mhm... jeszcze
leżą. Dojrzewają do przeprowadzki. - Wróżka chciał jakoś
zaznaczyć, że wyniki jego pracy to nie tylko dno z beznadzieją
i jakikolwiek postęp został odnotowany.
- Rozumiem. Te trzy tygodnie, które spędziliście poza
normalnymi obowiązkami, tłumacząc się pracą w archiwum,
to niezbędne przygotowanie psychologiczne do tak
dużej operacji. Połączone jeszcze z kilkudniową jednoosobową
burzą mózgów na temat: Jak spakować do pudeł kilkaset
skoroszytów, minimalizując ich traumę przeprowadzkową?
- O, to wcale nie tak! To poważne zadanie logistyczne,
nie da się tego po prostu, ot tak, spakować i przeprowadzić.
- No, dobra. Chwilowo odwołuję te przenosiny, wojewódzka
poczeka. Mam w tych papierach coś ważnego do znalezienia.
A ty, Wróżka, w ramach podnoszenia umiejętności
policyjnych pójdziesz dziś z Mizerą w patrolu na Kruczkowskiego
i Miedzianą. Trzeba wywietrzyć kurz piwniczny
z twojej mózgownicy. Może wtedy szybciej upora się z tym
poważnym zadaniem logistycznym?
Wróżka z przerażoną miną już otworzył usta, aby wyrazić
swój sprzeciw, ale prawdopodobnie doszło do niego w tym
momencie, że każde słowo może pogorszyć jego sytuację i patrol
w szemranej dzielnicy to jeszcze nie taka duża kara. Tym
bardziej że Mizera pomimo wątłej postury był znany z zamiłowania
do sztuk walki. Wiedzieli o tym również tamtejsi
rozrabiacy i rzadko go zaczepiali.
- No, to do piwnicy. Przerwę ten archiwistyczny spokój.
Jakby co, jestem na dole! - zagrzmiało już z korytarza.
Po wyjściu komisarza Wróżka spojrzał ciężko na Mierczaka,
a potem syknął:
- Dziękuję, że pan tak dużo wiesz o moich obowiązkach
i terminach, to bardzo ułatwia tłumaczenie się przed Przytułą.
Mierczak skinął głową, tak jakby tamten mu rzeczywiście
dziękował, i powrócił do sortowania dokumentów dla
nowo powstającej izby pamięci. Kukułka wyskoczyła ze swojej
budki osiem razy.