2
"Życie Warszawy", nr 5, 1946 rok
NIE TYLKO NARÓD, ALE CAŁY ŚWIAT MUSI NAPRAWIĆ KRZYWDĘ WARSZAWY
Uroczysta inauguracja Rady Naczelnej Odbudowy Stolicy
Jacek Zalewski obudził się nagle. Ręka, nie czuł ręki. Zawieruszyła się gdzieś pod brzuchem. Usta miał otwarte, wysuszone. Śniło mu się nie wiedział co, ale coś strasznego. Uciekał przez dziurę, dziurę w murze, pełzł gdzieś nisko po śliskich brunatnych liściach, aż wydostał się na uliczkę, wąską, niebezpieczną, bo ani gdzie się skryć. Wszędzie wysokie mury, zamknięte na głucho drewniane bramy. Więc biegł. Biegł po kocich łbach, których okrągły kształt czuł pod podeszwami, kilkadziesiąt, kilkaset metrów... Ślizgał się po błocie i na liściach, z trudem chwytał oddech, a potem... potem się obudził. Nagle. I już po chwili wiedział, gdzie jest. Dyżurka. Serce powoli zwalniało. Niepotrzebnie piłem z Zawiślakiem, pomyślał.
Niespiesznie, patrząc spod przymkniętych powiek na okno, za którym nic się nie świeciło, noc była bezksiężycowa, wracał do siebie, do przytomności. Przewrócił się na plecy. Nie miał wątpliwości, co go obudziło - zza drzwi słychać było krzyki i zawodzenia. Jak zwykle. Usiadł na łóżku i przez chwilę zastanawiał się, co dalej. Leniwe ciało zahamowało, zawiesiło się w tej pustce i ciemności, ale trwało to tylko chwilę. Ciężko się podniósł, wspierając ręką na nocnym stoliku, podszedł do okna, otworzył je, popatrzył w noc i odlał się szerokim łukiem. Mocz się ładnie rozbryzgał na zmrożonej ziemi, co skonstatował z zadowoleniem. Do płuc dostało się przy okazji trochę tlenu, co pomogło mu oprzytomnieć. Odetchnął głęboko, zapiął spodnie. Westchnął. Zamknął okno. Latem będzie jednak wstyd, ale teraz, komu to, no...
Do drzwi stukała nerwowo pielęgniarka, coś krzyknęła, żeby prędzej. Natka. Jeśli to coś poważnego, to źle. Natka miała słabe doświadczenie. Jak to powiadali: "Najlepsze mleko prosto od krowy, najgorsza pielęgniarka". Po trzymiesięcznym kursie. No cóż, czego można od niej chcieć. Sama była w wiecznej panice.
Zapiął koszulę, wdział fartuch i wyszedł z dyżurki. Na korytarzu kłębiło się kilka osób, którym przewodził chłop z batem. Coś wykrzykiwał, opowiadając o zdarzeniu, ale Jacek nie słuchał. Cały czas gimnastykując nerwowo dłonie, wszedł do zabiegowego. Na leżance siedział zalany krwią chłopina. Nieduży.
- Co mu? - rzucił do Natki.
Otarła wilgotne zawsze ręce o fartuch i wyjąkała:
- Porżnięty.
Ach, pomyślał znudzony, znowu porżnięty. Który to już w tym tygodniu? I to w zwykły dzień?
- No i co się obywatelowi przytrafiło? - zagadał, myjąc ręce w poobtłukiwanej, emaliowanej na brzydki niebieski kolor misce, wpuszczonej w równie brudny i zdewastowany stoliczek, pełniący funkcję umywalni. - W gospodzie koledzy tak was załatwili?
Podszedł do pacjenta i odgarnął mu z czoła włosy sklejone krwią do tego stopnia, że przypominały stalagmity w kolorze bordo. Cięcie było długie. Zaczynało się od skroni, szło tuż koło łuku brwiowego i dalej przez miękki policzek, który spowodował, że brzegi rany się rozdzielały dość szeroko. Zaklął w duchu, dużo szycia.
- Proszę go porządnie obmyć - rzucił do Natki, która po prawdzie już powinna się tym zająć, lecz stała, gapiąc się niczym cielę na księże wrota.
Dziewczyna z wolna się odwróciła, coś mruknęła, sięgnęła po czystą szmatę i skierowała się do miednicy. Istna somnambuliczka2, pomyślał.
- Tylko nie w tej wodzie - syknął.
Zawahała się i wyszła. Jacek usiadł przy biurku i wyjął kartę.
- Zatem jak pan się nazywa, gdzie mieszka i kto pana porżnął?
- Braciaż. Zenon. Wąsosze Duże.
Kawałek drogi, pomyślał Zalewski, dlatego te włosy takie już zaskorupione.
- A kto pana pociął? Bracia?
- Nie, Braciaż to ja się nazywam. A kto mnie porżnął? No kto, jak nie Jadźka?
- Jadźka? - zdziwił się Zalewski, choć ostatnio mało się dziwił.
Wyciągnął papierosa, skierował paczkę z napisem "Wolność" w stronę pacjenta - była to jego lekko perwersyjna przyjemność, te papierosy i napis. Braciaż Zenon skwapliwie wziął. Krew już nie leciała, wszystko zaschło. Zapalili.
- Więc kto to ta Jadźka?
- Jakżeby, żona. Z teściowo mnie tak zrobili. Jakem przyszedł do chałupy, to one chcieli, co bym jechał po kartofle do Pietrucha. Ni chciołem. Po czorta? Zmęczony byłem. I tak od słowa do słowa, a teściowa jak we mnie nie walnie patelnio... a silna z niej babina... to żem padł na klepisko jak podcięty, aże w uszach mi poszumiało i ciemno w oczach. Coś tam zakląłem, godom: "Jakże tak?". Zacząłek się z tyj ziemi podnosić, a ta wiedźma, znaczy się Jadźka, jak mnie nożem nie zajedzie, aże jucha trysła pod powałę. No i dźgać zaczęła, furiatka całkiem, teściowo się też na mnie rzucili, a ja siem zasłaniałem ramieniem, jakem tam i mógł, broniący sie.
Zalewski spojrzał na pociętą kufajkę. Wyglądała, jakby kto chleb ponacinał przed wsadzeniem do pieca. Równe takie cięcia, miejsce przy miejscu, miejsce przy miejscu. Jadźka furiatka, pomyślał.
- Widziołek, że abo ja, abo one, więcem ją kopnął w ten nóż i on poleciał w głąb kuchni, a ja się ledwie podniósł, popchnął teściowo już tera z pogrzebaczem w łapie i potoczył się do Maciejczyka, co obok, a za mną teściowa, ciągle z tym pogrzebaczem, i żona z nożem, noż panie, świat czeguś takiego nie widzieł. Maciejczyk akurat kunia rozkulbaczał na podwórku, takiem miał szczęście, że usłyszał, jak my się wszystkie drzemy, to do mnie dobiegł, a ony się zestrachały i uciokły.
Pacjent gadał, a Zalewski go oglądał, idąc z wątkiem opowieści: więc głowa - rana jak talerzyk, dno patelni jak namalowane, skóra zdarta do żywego, chyba gorąca ta patelnia była, przez twarz cięcie podłużne na całej szerokości - brzydko wyglądało, a kufajka chłopu rękę uratowała, bo choć cięcia były głębokie, to do skóry, jak się zdaje, się nie dostały.
- Dobre watowanie! - zawyrokował Zalewski, przyglądając się okryciu, które pomagał ściągnąć.
- Ano dobre, od Ruskiegom kupił za bimber. Bedzie ona jeszcze do czego?
- No, jak panu żona albo i teściowa zszyją. Bo ja to tylko twarz...
- E tam, co tam - zafrasował się Braciaż - gdzie tam zszyją. Toż to są wiedźmy prawdziwe. Po com ja się połaszczył na te morgi. Ojciec mi kazali się żenić, a ona przecie starsza o jedenaście lat, chroma, brzydka, no zołza najgorsza we wsi. A jej mamunia takaż sama.
- To dobrze, że dzieci nie ma - pocieszył go Zalewski.
- Jak to ni ma, jak są. Trójka cała - zdziwił się pacjent, zdziwił i lekarz.
Skąd mu do głowy przyszła myśl, że nie ma?
- A co te dzieci robiły, gdy one tak pana rżnęły? - zainteresował się chyba z nudów i w celach konwersacyjnych Zalewski.
- Jakże co? No, na ławie siedzieli jako te trusie i odezwać się bali. Tylko patrzały. To mądre som dzieci, te moje. Cichutkie takie i uważne bardzo.
Wróciła Natka, zaczęła myć delikwenta, potem golić kawałek głowy wokół rany. Doktor Zalewski opisał w papierach rany, przypuszczalny przebieg wypadków i wziął się do szycia, wylawszy uprzednio na cięcie z połowę szklanki wody utlenionej, akurat tego jednego mieli pod dostatkiem. Szkoda mu było durnego chłopa, ale cóż, niektórzy tak mają. Ale że mu było szkoda, to szył wolno i starannie, by jakoś wyglądało, przeważnie aż tak się nie starał. Ci porżnięci zasadniczo nie budzili w nim sympatii, tym bardziej że bywały soboty, gdy z wesel zwożono kilku takich delikwentów. Miał też w pamięci tych paru nieboszczyków, których też mu dowieźli, choć wykrwawili się już na wozie. W tętnice trafić było jakoś dziwnie łatwo.
Natka użalała się nad chłopem. Znali się, no bo też tu wszyscy się znali, aż do dziesiątej wsi. Gdy skończył szyć, chciał powiedzieć to, co zawsze mówił porżniętym: do wesela się zagoi, ale zmilczał, patrząc na twarz pacjenta, która jako żywo przypominała twarz Frankensteina, a i na wesele nie było raczej co liczyć.
A dalej dzień zaczął się toczyć jak zwykle. Zalewski powlókł się więc, by zrobić obchód. Na oddziale chory po wycięciu wyrostka charczy, dusi się, ślina spływa mu z kącika ust. Józefa, druga siostra, zakonnica, starsza i doświadczona pielęgniarka, wyciera twarz mężczyźnie, wiekowemu już i zniszczonemu życiem. Gdy ten się zachłystuje, podnosi go i w tym momencie fala torsji obryzguje ją i pościel. Bezradna i cała w rzygowinach kładzie nieprzytomnego pacjenta, ale ten dalej się dusi, więc znowu go unosi. By się nie zadławił wymiocinami, usiłuje przewrócić na bok. Zalewski podchodzi, zwilża choremu usta i obciera go szmatą wyjętą z rąk pielęgniarki. To zadanie, rzecz jasna, dla niej, ale tu, w tym małym szpitaliku, jest zaledwie kilka osób. Przejmę go, myśli. A pielęgniarce wydaje polecenie:
- Niechże się siostra umyje, obtoknie, ja przypilnuję tego kolegę przez moment...
Józefa nawet nie dziękuje. Po całonocnym dyżurze jest ledwo żywa. Odchodzi więc czym prędzej, a Zalewski woła za nią:
- Tylko Natkę proszę mi tu migiem przysłać!
Natka pojawia się po dziesięciu minutach. Trudno, załóżmy, że miała coś do roboty, myśli Jacek i z ulgą oddaje w jej ręce chorego, który szykuje się znowu do rzygania.
Dwa łóżka dalej leży staruszka. Lekarz zerka na nią w przelocie. Ciężko jej ta śmierć idzie, już trzy dni odchodzi i odejść nie może. Śmierdzi przeokropnie, robi pod siebie, ale tu już Zalewski nie podejmuje się wykonywać roboty salowej, która nie wiadomo gdzie. Może na porodówce, bo jest tu i taka. Odchodzi od babci szybko, choć stara się nie za szybko - smród pozostaje w tyle. Jak dobrze, myśli, że ona już nieprzytomna. Dwa dni temu jęczała: "Umrzeć! Umrzeć! Umrzeć!". Ale ta śmierć widać głucha.
Przechodząc na porodówkę, Zalewski zerka na zegar. Ma dyżur do ósmej. Jeszcze godzina i będzie fajrant, jeśli coś się, rzecz jasna, nie zdarzy.
Jacek Zalewski właśnie schodził z dyżuru, gdy do gabinetu wsunęły się dwie kobieciny. Tak cicho, że nawet nie usłyszał skrzypienia drzwi. Odwrócił się i stanął oko w oko z siwiutką babiną o lekko spłoszonym spojrzeniu. Chudziutka i blada miętosiła w rękach frędzle czarnej chustki, którą miała narzuconą na ramiona. Policzek podsiniały świadczył o tym, że doznała jakiegoś urazu. Za nią stała druga, cała w czerni, jak słup, ani mimiki, ani ruchu. Podobna do pierwszej, tylko młodsza. W pierwszej chwili cofnął się, wystraszony. Coś w nich było takiego mrożącego, a potem zły, że na odchodnym się przyplątały, ruszył do przodu, omijając babinę, której na oko nic poza siniakiem nie było.
- Już nie przyjmuję, koniec. A co panie tak jak do obory wchodzicie? Pukać nie nauczono? - zakrzyczał i już miał w ręku zbawczą klamkę. - Zaraz przyjdzie doktor Ostałowska, to panie przyjmie.
- Pan przyjmie. Pobił nas. Córka ledwo dycha, tak ją pobił. Ratuj pan doktor kobietę i matkę! - Była dramatyczna bardzo, więc zatrzymał się przy tych drzwiach, na poły przez nie otwartych.
Cóż za przemowa! Odwrócił się i jeszcze się im raz przyjrzał, z nagła zainteresowany.
- To co się paniom przytrafiło? - zapytał już łagodniej, najłagodniej, jak potrafił. Zenia Ostałowska zawsze się spóźniała, a jego coś tknęło, że może lepiej, by on te pacjentki przyjął.
- Zięć mnie chciał zabić, rzucił się. Jak jaki żbik, panu padam. - Stara rozczapierzyła palce, niby udając żbika. - Pan patrzy, panie doktorku, co on mnie zrobił, po twarzy bił, a potem dusił. A i na żonę rękę podniósł. Jadźka, chodźże tu, pokaż, co też on ci zrobił.
Młodsza z kobiet ruszyła do przodu, chromając. Ach, te wieczne wiejskie atrakcje. Bez nich bym tu chyba z nudów uświerknął, pomyślał Zalewski i usiadł za biurkiem, wyciągając kartę. W sumie to go bawiło, tak nisko upadł.
- Niechże się rozbierze. Do gołego. - Uśmiechnął się, widząc poruszoną twarz babuliny.
Kiedy z krzykiem po kwadransie wyrzucał je z gabinetu, akurat w drzwiach pojawiła się Zenia Ostałowska.
- Coś się dzieje? - zapytała dość obojętnie i nie było to ani trochę dziwne - przez ten rok pracy krzyki towarzyszyły im bezustannie.
- A nic w sumie. Usiłowała zaszlachtować męża. Matka ją kryje i obdukcji chciały.
- No i?
- Ani rany, a ten Braciaż, mąż, znaczy się, ma twarz rozciętą nożem na pół.
- Dobrze, że na mnie nie trafiło.
- No, szyjesz lepiej ode mnie.
- Mereżki robię, ale chirurgię wolę tobie zostawić.
- Jasne, znikam, miłego dnia, Zenia.
- Miłego nawzajem. Wracasz o szesnastej. Nie spóźnij się, muszę dziewczynki zabrać ze świetlicy.
Kiwnął głową i wyszedł z gabinetu. Wreszcie. Szczęśliwie nie mieszkał daleko, na trzecim piętrze, na poddaszu. Izba była wyziębiona jak lodownia, w misce wodę pokrywała cienka warstwa lodu błyskająca niczym lusterko, z czego wyciągnął wniosek, że w nocy chwycił mróz. Zerknął przez okno, ale stąd było widać tylko ołowiane niebo. Zbierało się raczej na deszcz. Dobrze, pomyślał, będzie się lepiej spało. I tak jak stał, rzucił się na metalowe łóżko, które jęknęło jak kobieta nacinana w czasie porodu. Same jęki i krzyki mi towarzyszą, dola doktora - to była jego ostatnia myśl. Zamknął oczy i zasnął jak kamień.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
2 Somnambuliczka - lunatyczka, osoba, która w czasie snu wykonuje nieświadomie różne czynności.