Między światłem a życiem - Mateusz Konieczny

Kup ebooka

34.33 zł
28.49 zł (29,18 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 3: Rysa w marmurze

Gabinet ojca zawsze wydawał się Isabelli zbyt duży, zbyt ciemny, zbyt pełen cieni. Ale dziś - był inny. Gdy weszła, zderzyła się z czymś, czego się nie spodziewała. Jej ojciec - ten sam, który nie okazywał emocji, który znał tylko siłę i kontrolę - zarumienił się, jakby przyłapano go na czymś intymnym. Był zdezorienotowany. Unikał wzroku. Dłoń drżała mu lekko, choć starał się to ukryć.

Naprzeciw niego siedzieli dwaj mężczyźni. Starszy - siwy, spokojny, z twarzą rzeźbioną przez czas i ciężar decyzji, które już dawno przestały boleć. Drugi - młody. Zbyt młody, by pasować do tego miejsca, a jednak czuł się w nim jak u siebie. Miał nienaganną cerę, czyste linie twarzy, ciemne, gęste brwi i spojrzenie, które przenikało do środka, nie pytając o pozwolenie. Jego noga spoczywała nonszalancko na kolanie, a dłoń lekko muskała brodę w geście, który wydawał się równocześnie zamyśleniem i prowokacją.

Isabella poczuła, jak jej oddech staje się płytszy.

- Dzień dobry - odezwała się, siląc się na spokój. - Miałam po panów przyjechać, ale... była mała przeszkoda. Przepraszam. Przyniosłam kartkę z...

- Córko, proszę wyjdź - przerwał jej ojciec.

Słowa zawisły w powietrzu jak klamra. Chciała zapytać: dlaczego? Ale coś w spojrzeniu ojca mówiło: nie teraz. Już miała się odwrócić, gdy rozległ się głos.

- Zapomnijmy o wszystkim - powiedział młody mężczyzna, zerkając na nią z uśmiechem - jeśli państwa córka zgodzi się spotkać ze mną.

Milczenie. Ciężkie. Ojciec skinął głową prawie natychmiast.

Isabella zesztywniała. Czy ja jestem walutą? - przemknęło jej przez głowę. Ale zaraz potem przyszła inna myśl. Cisza była pełna oceny, ale i fascynacji. Ten mężczyzna... nie jest jak inni.

Uśmiechnęła się. Krótko. I wyszła.

Reszta dnia była jak zamglony sen. Zrobiła herbatę, ale jej nie wypiła. Próbowała czytać, ale słowa się rozmazywały. Obraz jego twarzy - zbyt wyraźny, zbyt pewny siebie - wracał. Jak on się nazywa? Może Omar? Albo Yusuf?

Gdy słońce zaczęło znikać za dachami miasta, telefon zawibrował:

"O 20:00 przyjadę po Ciebie. - O."

Bez podpisu. Bez pytań. Jakby wiedział, że się zgodzi.

Punktualnie o dwudziestej biały Mercedes zjechał pod jej dom. Nowy, połyskujący, jeszcze bez pyłku kurzu. Isabella wychyliła się przez firankę i jej serce przyspieszyło. Drzwi otworzyły się bez pośpiechu. Wysiadł on - w jasnej koszuli, z rozpiętym kołnierzem i złotym zegarkiem na nadgarstku. Krok miał miękki, ale pewny. Jak drapieżnik, który zna teren.

- Dla ciebie - powiedział, wręczając bukiet czerwonych róż i całując ją w dłoń. - Gotowa?

- Chyba tak - odparła cicho.

Weszła do auta i zatrzymała się w pół ruchu. Wnętrze pachniało świeżą skórą, nutą drzewa sandałowego i czymś jeszcze - czymś drogim i nieuchwytnym. Wciągnęła ten zapach głęboko.

- Ten zapach... Auto jest nowe?

Uśmiechnął się, nie patrząc na nią.

- Kupiłem dziś rano.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

- Ale jak to? Przecież jak ja kupowałam samochód z salonu, musiałam czekać trzy miesiące.

- Ja nie muszę - odpowiedział krótko. Bez arogancji. Po prostu jak fakt.

Isabella zamilkła. Ale czuła, że to był początek innej rozmowy.

- Lubisz prowadzić? - zapytała po chwili.

- Uwielbiam kontrolować kierunek - odpowiedział, zerkając na nią. - W każdej dziedzinie życia.

Jechali przez centrum miasta. Ulice tętniły wieczornym życiem. Ludzie spacerowali w parach, śmiech dzieci niósł się spod kawiarni, a światła witryn migotały odbiciami w szybach. Miasto wyglądało jak scena - piękna, żywa, oddychająca.

Isabella obserwowała wszystko przez szybę. Miała wrażenie, że jest w filmie, którego scenariusz pisany jest na bieżąco.

- Często jeździsz sam? - zapytała.

- Czasami. Ale dziś nie chciałem być sam - odpowiedział.

Spojrzała na niego ukradkiem. Był inny. Trochę zbyt pewny siebie, ale nie ordynarny. Elegancki, ale nie zimny. Z tajemnicą.

Podjechali pod restaurację. To była TA restauracja. Ta, do której chodziła kiedyś z ojcem. Tam były homary. Tam były śmiechy, rozmowy, kiedyś. Teraz - tylko wspomnienia.

Zaskoczyło ją to miejsce. Ale nie powiedziała nic.

W środku było elegancko, spokojnie. Pachniało winem, cytryną, ziołami. Muzyka sączyła się z głośników jak aksamit.

Kelner zaprowadził ich do stolika. Isabella sięgnęła po menu z zamiarem zamówienia homara. Tego samego, co zawsze.

- Menu jest przestarzałe - powiedział Omar, zanim zdążyła otworzyć kartę. - Kto jeszcze je homary?

- Ja... - zaczęła.

- Carbonara będzie idealna. Dwa razy - rzucił w stronę kelnera, nie czekając na jej reakcję.

Isabella zamarła. Poczuła, jak coś w niej się zamyka. Nie zapytał. Nie pozwolił wybrać. Ale milczała. Uśmiechnęła się sztucznie.

Jedli. On mówił. O pieniądzach. O ropie. O ojcu. O magazynach. O tym, co osiągnął. O tym, co jeszcze zamierza osiągnąć.

Ona słuchała. Wciąż milcząc.

W drodze powrotnej atmosfera zgęstniała.

Omar położył dłoń na jej kolanie. Nieśmiało, ale wyraźnie. Spojrzała na niego - nie gniewnie, nie złością - tylko z chłodnym spokojem.

Zrozumiał.

Pod domem, zanim wysiadła, spróbował się zbliżyć. Zatrzymała go lekkim ruchem głowy.

- Nie dziś - powiedziała cicho.

Uśmiechnął się. Bez cienia urazy.

- Do kolejnej randki - rzucił, jakby to było oczywiste.

- Do kolejnej - odpowiedziała.

Wchodząc do domu, zdjęła buty i oparła się o ścianę. W dłoni wciąż trzymała jednego z czerwonych róż. Zaciśniętą tak mocno, że prawie wbijała sobie kolce w skórę.

Chciał mnie pocałować. Ale ja... nie mogłam na to pozwolić.

Nie chcę być kolejną przygodą. Chcę czegoś więcej. Tylko nie wiem jeszcze, czy on potrafi to dać.

W domu panowała cisza. A w niej - jej własne myśli, które wcale nie chciały zamilknąć.