ROZDZIAŁ 3: Rysa w marmurze
Gabinet ojca zawsze wydawał się Isabelli zbyt duży, zbyt ciemny, zbyt pełen cieni. Ale dziś - był inny. Gdy weszła, zderzyła się z czymś, czego się nie spodziewała. Jej ojciec - ten sam, który nie okazywał emocji, który znał tylko siłę i kontrolę - zarumienił się, jakby przyłapano go na czymś intymnym. Był zdezorienotowany. Unikał wzroku. Dłoń drżała mu lekko, choć starał się to ukryć.
Naprzeciw niego siedzieli dwaj mężczyźni. Starszy - siwy, spokojny, z twarzą rzeźbioną przez czas i ciężar decyzji, które już dawno przestały boleć. Drugi - młody. Zbyt młody, by pasować do tego miejsca, a jednak czuł się w nim jak u siebie. Miał nienaganną cerę, czyste linie twarzy, ciemne, gęste brwi i spojrzenie, które przenikało do środka, nie pytając o pozwolenie. Jego noga spoczywała nonszalancko na kolanie, a dłoń lekko muskała brodę w geście, który wydawał się równocześnie zamyśleniem i prowokacją.
Isabella poczuła, jak jej oddech staje się płytszy.
- Dzień dobry - odezwała się, siląc się na spokój. - Miałam po panów przyjechać, ale... była mała przeszkoda. Przepraszam. Przyniosłam kartkę z...
- Córko, proszę wyjdź - przerwał jej ojciec.
Słowa zawisły w powietrzu jak klamra. Chciała zapytać: dlaczego? Ale coś w spojrzeniu ojca mówiło: nie teraz. Już miała się odwrócić, gdy rozległ się głos.
- Zapomnijmy o wszystkim - powiedział młody mężczyzna, zerkając na nią z uśmiechem - jeśli państwa córka zgodzi się spotkać ze mną.
Milczenie. Ciężkie. Ojciec skinął głową prawie natychmiast.
Isabella zesztywniała. Czy ja jestem walutą? - przemknęło jej przez głowę. Ale zaraz potem przyszła inna myśl. Cisza była pełna oceny, ale i fascynacji. Ten mężczyzna... nie jest jak inni.
Uśmiechnęła się. Krótko. I wyszła.
Reszta dnia była jak zamglony sen. Zrobiła herbatę, ale jej nie wypiła. Próbowała czytać, ale słowa się rozmazywały. Obraz jego twarzy - zbyt wyraźny, zbyt pewny siebie - wracał. Jak on się nazywa? Może Omar? Albo Yusuf?
Gdy słońce zaczęło znikać za dachami miasta, telefon zawibrował:
"O 20:00 przyjadę po Ciebie. - O."
Bez podpisu. Bez pytań. Jakby wiedział, że się zgodzi.
Punktualnie o dwudziestej biały Mercedes zjechał pod jej dom. Nowy, połyskujący, jeszcze bez pyłku kurzu. Isabella wychyliła się przez firankę i jej serce przyspieszyło. Drzwi otworzyły się bez pośpiechu. Wysiadł on - w jasnej koszuli, z rozpiętym kołnierzem i złotym zegarkiem na nadgarstku. Krok miał miękki, ale pewny. Jak drapieżnik, który zna teren.
- Dla ciebie - powiedział, wręczając bukiet czerwonych róż i całując ją w dłoń. - Gotowa?
- Chyba tak - odparła cicho.
Weszła do auta i zatrzymała się w pół ruchu. Wnętrze pachniało świeżą skórą, nutą drzewa sandałowego i czymś jeszcze - czymś drogim i nieuchwytnym. Wciągnęła ten zapach głęboko.
- Ten zapach... Auto jest nowe?
Uśmiechnął się, nie patrząc na nią.
- Kupiłem dziś rano.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Ale jak to? Przecież jak ja kupowałam samochód z salonu, musiałam czekać trzy miesiące.
- Ja nie muszę - odpowiedział krótko. Bez arogancji. Po prostu jak fakt.
Isabella zamilkła. Ale czuła, że to był początek innej rozmowy.
- Lubisz prowadzić? - zapytała po chwili.
- Uwielbiam kontrolować kierunek - odpowiedział, zerkając na nią. - W każdej dziedzinie życia.
Jechali przez centrum miasta. Ulice tętniły wieczornym życiem. Ludzie spacerowali w parach, śmiech dzieci niósł się spod kawiarni, a światła witryn migotały odbiciami w szybach. Miasto wyglądało jak scena - piękna, żywa, oddychająca.
Isabella obserwowała wszystko przez szybę. Miała wrażenie, że jest w filmie, którego scenariusz pisany jest na bieżąco.
- Często jeździsz sam? - zapytała.
- Czasami. Ale dziś nie chciałem być sam - odpowiedział.
Spojrzała na niego ukradkiem. Był inny. Trochę zbyt pewny siebie, ale nie ordynarny. Elegancki, ale nie zimny. Z tajemnicą.
Podjechali pod restaurację. To była TA restauracja. Ta, do której chodziła kiedyś z ojcem. Tam były homary. Tam były śmiechy, rozmowy, kiedyś. Teraz - tylko wspomnienia.
Zaskoczyło ją to miejsce. Ale nie powiedziała nic.
W środku było elegancko, spokojnie. Pachniało winem, cytryną, ziołami. Muzyka sączyła się z głośników jak aksamit.
Kelner zaprowadził ich do stolika. Isabella sięgnęła po menu z zamiarem zamówienia homara. Tego samego, co zawsze.
- Menu jest przestarzałe - powiedział Omar, zanim zdążyła otworzyć kartę. - Kto jeszcze je homary?
- Ja... - zaczęła.
- Carbonara będzie idealna. Dwa razy - rzucił w stronę kelnera, nie czekając na jej reakcję.
Isabella zamarła. Poczuła, jak coś w niej się zamyka. Nie zapytał. Nie pozwolił wybrać. Ale milczała. Uśmiechnęła się sztucznie.
Jedli. On mówił. O pieniądzach. O ropie. O ojcu. O magazynach. O tym, co osiągnął. O tym, co jeszcze zamierza osiągnąć.
Ona słuchała. Wciąż milcząc.
W drodze powrotnej atmosfera zgęstniała.
Omar położył dłoń na jej kolanie. Nieśmiało, ale wyraźnie. Spojrzała na niego - nie gniewnie, nie złością - tylko z chłodnym spokojem.
Zrozumiał.
Pod domem, zanim wysiadła, spróbował się zbliżyć. Zatrzymała go lekkim ruchem głowy.
- Nie dziś - powiedziała cicho.
Uśmiechnął się. Bez cienia urazy.
- Do kolejnej randki - rzucił, jakby to było oczywiste.
- Do kolejnej - odpowiedziała.
Wchodząc do domu, zdjęła buty i oparła się o ścianę. W dłoni wciąż trzymała jednego z czerwonych róż. Zaciśniętą tak mocno, że prawie wbijała sobie kolce w skórę.
Chciał mnie pocałować. Ale ja... nie mogłam na to pozwolić.
Nie chcę być kolejną przygodą. Chcę czegoś więcej. Tylko nie wiem jeszcze, czy on potrafi to dać.
W domu panowała cisza. A w niej - jej własne myśli, które wcale nie chciały zamilknąć.