Między światami - Mariusz Surmacz

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. Gdzie ja jestem?

Policyjna syrena wdzierała się z ulicy do sypialni, a stąd do wnętrza mojej głowy, boleśnie wyrywając mnie z objęć snu. Zerwałem się i gwałtownie usiadłem. Wokół wciąż jeszcze panowała noc. Po chwili wzrok przyzwyczaił się do ciemności. Nikły blask ulicznej latarni, rzucał delikatną poświatę na ścianę obok łóżka. Wzór firanki rozciągnięty nieforemnie po ciemnoszarej powierzchni, wyglądał jak nierzeczywista sieć, którą metafizyczny pająk zarzucił właśnie na mnie. Chwytałem nikłe światło szeroko otwartymi oczyma i wsłuchując się w coraz cichszy dźwięk, oddalającej się syreny, starałem się odświeżyć w pamięci obrazy, które nawiedziły mnie we śnie. Zakręciło mi się w głowie i rozglądając się, próbowałem nieporadnie opanować to dziwne uczucie. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio spałem spokojnie. Bardzo często szukałem snu, wpatrując się godzinami w ekran telewizora. Zmieniałem kanały bez zainteresowania. Patrzyłem beznamiętnie to na jakiś film, to na program sportowy, lub kanał przyrodniczy. Programowałem wcześniej odbiornik na automatyczne wyłączenie się, ale bardzo często bywało tak, że nadal nie mogłem zasnąć. Programowałem więc jeszcze raz. Gdy wreszcie zamykałem oczy, wystarczył byle hałas, by wszystko zaczynało się od początku. Kilka godzin spędzanych przed komputerem również nie było niczym dziwnym. Tym razem w łatwiejszym zaśnięciu pomogło mi kilka butelek piwa, które wysączyłem ze Skorkiem - jedynym przyjacielem, jaki mi jeszcze pozostał. Siedzieliśmy przy kominku i wpatrując się w tańczące płomienie, wylewaliśmy na siebie żale, które jak zwykle, bardzo pomagała wyzwolić kombinacja piwa, płonących w kominku polan i dwóch samotnych facetów. Zaczęło się zupełnie niewinnie. Poranny telefon z propozycją przejażdżki na motocyklach. Kilkugodzinna podróż przed siebie. Przepiękne, nastrajające nostalgicznie widoki, prędkość, wiatr, wolność. Powrót, zakupy i wreszcie bardzo długa rozmowa na tematy poruszane tylko w takich właśnie okolicznościach. Te - jak byłem w zwyczaju je nazywać - konferencje, odbywały się zresztą dosyć regularnie. Podobnie jak częste były motocyklowe wypady w różne, czasami zupełnie niecodzienne miejsca. Moje dotychczasowe życie upływało według pewnego, beztroskiego, zaplanowanego schematu: praca, dom, relaks. O ile praca była koniecznością, bo z czegoś przecież trzeba żyć, a dom miejscem wykorzystywanym głównie do noclegu, to zabawa wypełniała mi każdą wolną chwilę. Takich wolnych chwil miałem zresztą naprawdę wiele. Jeszcze za czasów studenckich, rozpocząłem staż w firmie zajmującej się reklamą. Na początku biegałem z pocztą, zamawiałem pizzę i odbierałem telefony, podczas nieobecności którejś z sekretarek. Odpowiadało mi to. Obowiązki właściwie żadne i odpowiedzialność praktycznie zerowa. Kasa z tego była niewielka, ale i moje wymagania, nie były zbyt wygórowane. Zwłaszcza, że praca ta niosła ze sobą jeszcze jedno, a mianowicie nowe znajomości, nowe kontakty, nowe możliwości, nowe - wszystko. Wiązało się z tym jeszcze coś. Były to spotkania integracyjne, wycieczki i inne firmowe imprezy. To w czasie tych spotkań uczyłem się życia i stwierdzam to bez zbytniej przesady, nauka ta szła mi całkiem nieźle. Poza tym wiedza, którą wtedy chłonąłem, bardzo przydawała mi się zwłaszcza w kontaktach z ludźmi. W tym temacie bowiem, byłem jak dotąd prawie zupełnie nieśmiało-zielony. Cały wolny czas wykorzystywałem na motocyklowe szaleństwa i wszystko to, co szukający wrażeń młody facet, może mieć bez większego zachodu. Dziewczyny? Tak, ale na drugim, może nawet na trzecim planie. Teraz jednak chciałem to wszystko uporządkować. Odgrodzić się grubą kreską od dotychczasowego życia. Czas nauki, zakończony dyplomem, zostawiłem za sobą. W obecnych realiach i tak nie znalazłbym pracy w wyuczonym zawodzie. Kontynuowałem studia niejako siłą rozpędu, a po ich zakończeniu, planowałem rozpocząć zupełnie nowe, inne niż dotychczas życie. Stało się to łatwiejsze, gdy w firmie poznałem już wszystkich i powoli zaczynałem ich do siebie przekonywać. Poczułem się wtedy nieco pewniej i zaczynałem doceniać własną wartość. Szefowa podniosła mi pensję i otrzymałem własną firmową plakietkę z napisem - asystent. Był to mój pierwszy awans, można by rzec - awansik. Potem jednak zupełnie nieoczekiwanie nastąpił następny. Czy jednak awans ten naprawdę bardzo mnie zaskoczył? Wiedziałem przecież, że w pracy awansowałem głównie dzięki temu, że regularnie uprawiałem seks z panią wiceprezes, co również mi bardzo odpowiadało. Byłem przecież niewyżytym, świeżo upieczonym magistrem, który jak dotąd nie wzbudzał zbyt wielkiego zainteresowania wśród koleżanek. Szefowa natomiast mimo, że prawie dwa razy ode mnie starsza, była piękną, zadbaną kobietą. Mówiło się, że zawsze zdobywała tego, kogo tylko zechciała, ale była przy tym bardzo wybredna. Wielu facetów zabiegało o jej względy, ale większość z nich odchodziła z kwitkiem. Tym bardziej pochlebiało mi to, że wybrała właśnie mnie. Była żoną dużo od siebie starszego mężczyzny, który wciąż gdzieś wyjeżdżał. Ona natomiast, jak każda, normalna, zdrowa kobieta, miał swoje potrzeby i musiała sobie z tym jakoś poradzić. Zmieniała partnerów, starannie ich dobierając. Chodziły słuchy, że jej mąż wiedział wszystko o wyczynach żony, jednak nie widział w tym wielkiego problemu, akceptując taki stan rzeczy. Żyli ze sobą na bardzo dziwnych zasadach. On wiecznie nieobecny, ona zarabiała na siebie, dbając o dobrą kondycję firmy. Bawiła się i żyła własnym życiem, w którym swoje miejsce znalazłem i ja. Tak to właśnie poznawałem tajniki gier miłosnych od ich podstaw, do wymyślnych zabaw włącznie. Miałem, rzec by można doskonałą, bardzo profesjonalną, prywatną nauczycielkę. Stałem się praktykiem i miłośnikiem seksu w każdej niemalże jego formie. W krótkiej karierze zawodowej stałem się młodszym asystentem, a gdy jeden z pracowników odszedł z firmy, awansowałem na jego miejsce. Miałem własne biurko, nienormowany czas pracy, dziwne obowiązki z duża ilością "papierkowej roboty" i trzy razy większe zarobki. Niestety wymagania szefowej również uległy zwiększeniu i to zarówno w kwestii zawodowej, jak i intymnej. Jeśli chodzi o sferę naszej intymności, problemów raczej nie było. Kłopot polegał na tym, że właściwie nie wiedziałem co mam robić w kwestii zawodowej. Nikt nie chciał mi pomóc, a zażyłość z szefową wzbudzała, wyraźnie wyczuwalną niechęć i ciągłe podszepty współpracowników. Starałem się nie wpadać w panikę i jakoś to wszystko ogarnąć. Trwało kilka tygodni zanim wgryzłem się nieco w nowe obowiązki. Szefowa powtarzała wciąż, żebym nie martwił się niczym i dbał tylko o siebie, swoje zdrowie i kondycję. Cóż z tego, gdy w pracy miałem coraz więcej zajęć, a w zaistniałych okolicznościach nikt nie chciał kiwnąć nawet palcem, by ułatwić mi życie. Podchodziłem do tego z dystansem i nie ukrywam, że mimo wszystko odpowiadało mi takie życie. Choć w planach mojej szefowej pełniłem rolę specyficznej zabawki, nie myślałem o szybkiej zmianie tego stanu. Byłem wolny, miałem nieźle płatną pracę, w której nie musiałem się przemęczać, a szefowa co kilka dni zapraszała mnie na dobre jedzenie i równie dobry seks. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z tego, że ten stan nie może trwać wiecznie. Kiedyś przecież nastąpi moment, gdy coś się zmieni. Teraz jednak chciałem stanąć mocniej na nogach, kontynuować studia na nowym, interesującym mnie kierunku i odłożyć trochę grosza na przyszłość. Szukałem przecież własnego miejsca w życiu, a obecny jego fragment, wydawał się całkiem udany. Wydawałoby się, że ta sielanka jest urzeczywistnieniem potrzeb i szczytem samorealizacji młodego faceta. Jednak nie. Wrażenie wolności i swobody powoli ustępowało, a w jego miejsce pojawiało się nieodparte przeświadczenie, że to co odczuwałem, jest tylko jej namiastką. Im więcej o tym rozmyślałem, tym bardziej dochodziłem do przekonania, że wszystko co dzieje się wokół mnie, jest dziełem szalonego architekta, w którego projekcie jestem tylko małą kreską na marginesie kartki. Początkowy spokój i pozornie poukładane w schematy życie, zaczęło dziwnie doskwierać. Czułem coraz częściej duszność i brak prawdziwej swobody. Z jednej strony chciałem i potrzebowałem stabilizacji i pewności bytu. Z drugiej jednak moja prawdziwa natura, wyrywała się, szukając własnej przestrzeni i wolności. Wtedy właśnie stało się coś, co zburzyło moją rzeczywistość, choć nic nie zapowiadało jak na razie jakichkolwiek, większych zmian. Owszem, wiedziałem, że takowe muszą nieuchronnie nastąpić. Nie chciałem przecież utknąć w jakimś biurze na zawsze. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jest to tylko krótki przystanek na mojej drodze życia. Pracowałem więc rzetelnie, wypełniając swoje obowiązki i szukałem wciąż sposobów, by pogodzić to z potrzebami duchowymi. Uczyłem się sumienności, punktualności, lojalności, pracy zespołowej i dbałem o wyglądem zewnętrzny, co było w moim przypadku dość trudne, bowiem kłóciło się z dotychczasowymi, młodzieńczymi nawykami. Tego dnia miałem sporo pracy związanej z wykonaniem zestawienia zamówień z ostatniego okresu i jak często ostatnio, tak i tego popołudnia, zostałem dłużej w pracy. Próbowałem poukładać stertę papierów, piętrzącą się przede mną na biurku i wklepać w tabelki dane, na które już od rana czekała koleżanka zza sąsiedniego biurka. Gdy byłem w połowie pracy, podeszła do mnie szefowa i powiedziała, żebym pakował manatki, bo zabiera mnie na imprezę. Właściwie nie zdziwiła mnie taka propozycja. Podobne zdarzały się już kilkukrotnie. Teraz też odpowiadało mi takie zakończenie dnia. Nie miałem żadnych planów na wieczór, a perspektywa dobrej zabawy, zakrapianej jeszcze lepszymi trunkami, przypadła mi do gustu. Zwinąłem więc wszystko do szuflady, zapisałem zmiany w dokumentach, założyłem marynarkę i zszedłem na dół. Szefowa siedziała już w uruchomionym aucie i niecierpliwie poprawiała makijaż. Usiadłem obok, przepraszając za to, że musiała czekać i po chwili jechaliśmy już czarną terenówką za miasto do nieznanych mi ludzi. Miało tam być kilku jej znajomych, dobra muzyka, alkohol i luźna atmosfera. Jechałem w milczeniu, podczas gdy ona opowiadała z podnieceniem w głosie, jak będzie przyjemnie i miło. Trzymała przy tym rękę na moim udzie, poruszała palcami drażniąc i podniecając mnie coraz bardziej. Podróż przeciągała się nieco, na co miały wpływ korki na trasie wylotowej z miasta i spora, jak mi się wydawało odległość do pokonania. Po kilku minutach szefowa włączyła muzykę i podróżowaliśmy dalej w milczeniu, wsłuchując się w jakąś symfonię. Nie potrafiłem odgadnąć ani nazwy utworu, ani kompozytora. Muzyka poważna nie leżała w centrum moich zainteresowań. Mimo tego, wydłużająca się podróż, monotonia mijanego otoczenia i przerwa w rozmowie, powodowały to, że muzyka wypełniała doskonale swoje zadanie w tym momencie. Wsłuchiwałem się w rytm, brzmienie i barwę poszczególnych instrumentów. Oparłem głowę o zagłówek, odprężyłem się i łączyłem przyjemność słuchania z niewątpliwą przyjemnością, której sprawcą była prawa dłoń szefowej. Trudno powiedzieć, jak długo trwała podróż, ale gdy dojechaliśmy na miejsce, moim oczom ukazała się ogrodzona wysokim parkanem posiadłość, byłem już w doskonałym nastroju. Odprężony, zaciekawiony i podniecony, czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Za automatycznie zamykaną bramą, zobaczyłem pamiętającą chyba jeszcze przedwojenne czasy willę, otoczoną wielkimi, rozłożystymi drzewami. Na dużym parkingu przed domem stało już kilka wypasionych aut. Gdy weszliśmy do hallu, od razu dał się wyczuć niepowtarzalny klimat wnętrza. Kilkanaście osób bawiło się już, wypełniając wnętrze salonu i przyległych pomieszczeń wesołymi rozmowami. Wokół słychać było cichą muzykę, mającą jak mi się wydawało dalekowschodnie korzenie. Od razu zostałem uściskany przez kilka kobiet i ich partnerów. Moja pani gdzieś zniknęła, a ja zacząłem krążyć po wielkim salonie i podziwiałem gustowny wystrój wnętrza. Po chwili dostałem do ręki szklaneczkę z różowym płynem o początkowo nieokreślonym, słodko - kwaśnym posmaku, a w usta włożono mi skręta w szklanej fifce. Zarówno alkohol, jak i skręt były miłym zaskoczeniem, a pierwsze wrażenie powodowało chęć picia i ciągłego uzupełniania zawartości szklaneczki. Zrobiłem to. Wypiłem wszystko i uzupełniłem pustą szklankę do połowy. Po chwili uczucie słodkiej błogości zmieniało się w miłe ciepło rozchodzące się z brzucha wszędzie wokół po całym, rozluźnionym już zupełnie organizmie. Odczuwałem to z lekkim podnieceniem, patrząc na smużkę dymu, tańczącą nad żarzącym się skrętem. Jak dotąd nie paliłem, więc nie byłem zbyt entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu. Ciekawość jednak zwyciężyła. Pociągnąłem delikatnie i natychmiast moimi wnętrznościami targnął spazmatyczny kaszel. Zrobiłem się czerwony, a oczy napłynęły łzami. Wzbudziło to lekkie zamieszanie wokół mnie. Powtórzyłem to jeszcze raz i znów krztusząc się, straciłem oddech. Goście śmiali się i poklepywali mnie po plecach. Po trzeciej próbie i "powtórce z rozrywki", szefowa objęła mnie i poprowadziła do toalety. Tam uspokoiłem wreszcie oddech. Przemyłem twarz zimną wodą i wsparty na sporych rozmiarów wannie, patrzyłem na własne, falujące dziwacznie odbicie w lustrze. Moja opiekunka przytuliła mnie, pocałowała i poprowadziła do pokoju na górze, gdzie miałem chwilkę odpocząć i dojść do siebie. Usiadłem na wygodnej kanapie i pociągnąłem spory łyk kolorowego płynu. Oddałem szklankę mojej partnerce i rozparłem się w półleżącej pozycji patrząc, jak machając dłonią, wychodzi z pokoju. Rozejrzałem się wokół. Przez okno po prawej wpadały ostatnie promienie zachodzącego Słońca. Ścianę naprzeciwko pokrywało wielkie malowidło, przedstawiające chyba jakąś bliżej nieokreśloną, biblijna scenę. Z sufitu spływały zwoje upiętego fantazyjnie sukna, które z jednej strony oplatało obraz, z drugiej obejmowało kanapę, na której siedziałem. Wszystko, na co spojrzałem, zdawało się poruszać w dziwnym, falującym tańcu. Zza przymkniętych drzwi dochodził stłumiony dźwięk dalekowschodniej muzyki. Wydawał się on idealnie współgrać z falującym wnętrzem pomieszczenia, w którym się znajdowałem. Zsunąłem się z oparcia, ułożyłem wygodnie na kanapie i po chwili odpłynąłem. Przed oczyma pojawiły się przepiękne, kolorowe, świetliste wzory. Były tak zachwycające, że chciałoby się zanurzyć w nich i tak pozostać już na zawsze. Znalazłem się w stanie, w którym nie docierają do człowieka żadne konkretne dźwięki, wyraźne obrazy ani znane zapachy. Wszystko, co widziałem i czułem, pochodziło z wnętrza mojej świadomości, czy może raczej nieświadomości. Trudno racjonalnie wyjaśnić, na jakich zasadach i według jakich reguł działa ten proces. Czas i przestrzeń przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Płynąłem w oceanie cudownych barw, żeglując w stronę coraz jaśniejszego światła, rozświetlającego wszystko przede mną aż po horyzont, a światło zapraszało i kusiło urzekającym pięknem. Nie czułem nic prócz błogiego ciepła i niesamowitej wręcz lekkości. Trudno opisać słowami doznania, jakie odczuwałem w tamtych chwilach. Być może istnieje na świecie język, który posiada słowa i zwroty na tyle pełne i wieloznaczne, by móc użyć ich do opisania tego, co czułem. Jedyne, co przychodzi mi do głowy to przecudowny, kolorowy obraz, podświetlony falującymi blaskami, wewnątrz którego artysta umieścił to pulsujące, magiczne światło. A wszystko to zbudowane w niesamowitej harmonii. Czułem, że powinienem wstać i dotknąć źródła tego światła. Miało ono w sobie jakiś niesamowity magnetyzm. Coś, co delikatnie, a jednocześnie stanowczo, skupiało na sobie całą moją uwagę. Spróbowałem się podnieść, gdy nagle poczułem, że nie muszę nic robić. Wystarczyło, że o tym pomyślałem i już zbliżyłem się do źródła światła. Zrozumiałem, że nie działają tu żadne znane mi siły, a głównym napędem jest sama myśl. Początkowo, świadomość tego stanu zauroczyła mnie, lecz po chwili zaniepokoiła, by nagle wypełnić coraz większą obawą. Z jednej strony czułem się bezpiecznie, z drugiej jednak wszystko było nowe i nieznane. Coś podpowiadało mi, że mogę być spokojny i nic złego mnie tu nie spotka. Odczuwałem jednak dziwny stan podniecenia i chciałem, musiałem wiedzieć, gdzie ja właściwie jestem. Co oznaczała ta świadomość bezczucia, beztroski i bezczasu? Nie wiem, jak długo trwałem w tym stanie. To, co stało się później, dosłownie mnie olśniło. Światło stało się bardziej intensywne, a zarazem mniej rażące. Ogarniało mnie teraz zewsząd, unosiło i mile pieściło, pociągając delikatnie w stronę, gdzie prawdopodobnie znajdowało się jego źródło. Ogarnął mnie cudowny błogostan. Postanowiłem poddać się mu i podążyć tam, skąd pochodziło światło. Nagle nastąpiła zaskakująca i nieoczekiwana zmiana. Wszystko, co dotąd widziałem nagle zniknęło. Nastała ciemność tak nieprzenikniona i gęsta, że niemal namacalna. Już nie unosiłem się, kierując w stronę źródła światła. Już nie cieszył jego ciepły blask. Teraz dryfowałem zawieszony w czarnej mazi, ale nie to było najbardziej nieprawdopodobne. Wytrzeszczałem oczy, przynajmniej tak mi się wydawało, ale nie widziałem zupełnie nic. Przelatujące przez moją głowę obrazy, ustąpiły miejsca dziwnemu odczuciu, braku ciążenia, braku jakichkolwiek doznań, prócz tego czegoś, co gęstniało wokół mnie z każdą chwilą. Uczucie bezczasu i lekkości zmieniło się w napierającą na mnie siłę niewiadomego pochodzenia. Brak ciążenia zmienił się gwałtownie w jego przesadną obecność. Odczuwałem to coraz wyraźniej i jednocześnie stawało się to coraz bardziej nieprzyjemne. Już nie byłem lekkim niebytem, lecz zwykłym ludzkim organizmem, ściskanym coraz mocniej przez coś, co otaczało mnie zewsząd i bardzo mocno przytrzymywało mnie na miejscu. Nagle poczułem, że nadal mam nogi i ręce. To one same "powiedziały" mi o tym. Powiedziały przez ból. Tak, poczułem ból rąk i nóg. Byłem zupełnie zdezorientowany. W pierwszej chwili chciałem poruszyć się, wstać i odejść stamtąd. Było jednak jeszcze coś, co mnie unieruchamiało. Coś prócz bólu. Była to ciekawość, ogromna ciekawość tego, czym była otaczająca mnie przestrzeń, której nie widziałem, lecz którą czułem coraz wyraźniej, coraz boleśniej. Prócz ciężaru, który najbardziej unieruchamiał nogi i ramiona, czułem coraz większy ból. Ogarniał on teraz całe moje ciało i wciąż mocniej i mocniej napierał na pierś. Poczułem nagły wstrząs. Ból rąk i nóg stał się tak wielki, że usłyszałem swój krzyk. Docierał do mnie jakby zza ściany. Był stłumiony i mieszał się z innymi dźwiękami nieokreślonego pochodzenia. Krzyczałem i miotałem się chcąc wstać i uciec. Coś jednak z ogromną siłą przyciskało mnie i przytrzymywało na miejscu. Próbowałem rozejrzeć się, lecz nadal nie widziałem zupełnie nic. Sparaliżował mnie strach. Nie mogłem się poruszyć. Słyszałem tylko swój głos zniekształcony innymi, dziwnymi dźwiękami. Ból rąk i nóg jakby delikatnie się zmniejszył. Stał się raczej dziwnym, nieprzyjemnym doznaniem, możliwym jednak do zniesienia. Przestałem krzyczeć. Skupiłem się na otaczającej mnie przestrzeni. Nadal nic nie widziałem, cisza pulsowała w uszach, a nogi i ręce stały się nie tyle bolące, co niesamowicie ciężkie. Nie czułem już bólu. Tak, jak gwałtownie ogarnął mnie poprzednio, tak nagle teraz ustąpił. Pozostał dziwny ciężar, uciskający zewsząd bezwładne nadal ciało. Podjąłem kolejną próbę poruszenia się i o dziwo coś się zmieniło. Ciężar jakby zmalał i naciskał mocno tylko na pierś. Z trudem oddychałem, lecz... oddychałem. Czułem to. Po raz pierwszy od początku tych niesamowitych doznań zdałem sobie sprawę z tego, że moje płuca pracują. Jeśli tak, znaczyło to, że nadal żyłem. Powietrze wpływało przez szeroko otwarte usta do płuc i po chwili opuszczało je tą samą drogą. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, do moich zmysłów poczęło docierać coraz więcej bodźców. Powrócił ból nóg. Nie tak silny, jak poprzednio, lecz bardzo wyraźny. Wszechogarniająca ciemność powoli ustępowała. Tak, jak czułem, że posiadam kończyny, tak teraz zdałem sobie sprawę, że widzę. Mam oczy, które zaczynają ponownie działać. W pierwszej chwili zniknęła gęsta czerń, a zaczęły pojawiać się plamy nieokreślonego kształtu, koloru i jasności. Mieszały się ze sobą, przenikały i zamieniały miejscami. Miałem wrażenie szeroko otwartych oczu, lecz do mózgu nie docierał żaden konkretny, wyraźny obraz. Właściwie nadal nic nie widziałem. Nic, co pomogłoby mi zrozumieć. Nie byłem w stanie nic zrobić, nie mogłem spojrzeć tak, jak wcześniej wokoło i zorientować się wreszcie, gdzie ja jestem?

W tej właśnie chwili dotarło do mnie to, że zanim zaczęły się kłopoty, byłem na przyjęciu. Tak, przypomniałem sobie - pojechałem tam z szefową. Wracała do mnie pamięć, a wraz z nią wracała nadzieja. Tak, zjadłem coś lub wypiłem i "odleciałem". Za jakiś czas wszystko wróci do normy. Odzyskam świadomość, czucie, wzrok, równowagę. Odzyskam wszystko, co było przed.

- No właśnie, przed czym?

- Co mi się stało?

- Dlaczego dotknęło to właśnie mnie?

- Czy jestem nadal na imprezie?

- Co robią pozostali?

- Czy udzielają mi pomocy, czy może to ktoś z nich tak mnie urządził?

- A jeśli tak, to czy nadal coś mi grozi? Co się ze mną dzieje? co stało się z moim ciałem i duszą?

- Znowu strach i niepewność. Znowu pytania bez odpowiedzi. Skoro zacząłem przypominać sobie to, co działo się wcześniej i wiedziałem, kim jestem, to nadal nie rozumiałem, co mnie spotkało i jak mam wytłumaczyć wszystkie moje odczucia i wizje?

Oczy nadal przekazywały do mózgu obraz, przedstawiający mieszaninę jasnych i ciemnych plam. Spróbowałem potrzeć je dłońmi, ale nie mogłem unieść ramion.

- Dlaczego wciąż coś mnie trzymało?

- Co to było i dlaczego tak właśnie na mnie działało?

- Gdzie ja tak naprawdę jestem? Gdzie?!

- Co to za miejsce?!

Gdy wysilałem mózg, by dojść do jakichkolwiek wniosków, ponownie poczułem nogi. Poczułem je bardzo mocno i wyraźnie. Przeszył je niesamowitej siły ból. Był tak wielki, że krzyk, który wyrwał się z moich piersi, wypełnił całą przestrzeń wokół. Jeszcze nigdy nie odczuwałem tak wielkiego bólu. Jeszcze nigdy tak głośno i spazmatycznie nie krzyczałem. Jedyne, co czułem teraz to ten ogromny ból, a jedyne, co słyszałem, to mój przeraźliwy wrzask. Nie potrafiłem tego opanować. Nie mogłem przestać krzyczeć. Próbowałem poderwać się, wstać, biec, uciekać. Chciałem coś zrobić, cokolwiek, co przerwie tą niesamowitą mękę.

Nagle wszystko ucichło. Przestałem krzyczeć, zniknął ból, zniknęło to, co dotąd odczuwałem, a ponownie pojawiła się ciemność. Nie wiedziałem czy cieszyć się tym, czy martwić? Ciemność... A jednak nie mogłem porównać jej do ciemności znanej ze snu. Takiej, którą "widzimy" zamkniętymi oczyma. Byłem przecież świadomy. Co prawda nie czułem w tej chwili zupełnie nic, ale miałem świadomość istnienia i przeogromną chęć wyjaśnienia tego, co działo się ze mną i wokół mnie. Skoro ta świadomość wciąż dawała o sobie znać, za wszelką cenę chciałem, by była wciąż aktywna. Wtedy prawdopodobnie po raz pierwszy pomyślałem, że umarłem, a to, co dzieje się ze mną, jest tego mocnym dowodem. Czytałem wiele na temat śmierci. Wiele również o tym rozmawiałem i rozmyślałem. Bardzo interesował mnie ten temat i swego czasu sporo wiedziałem o śmierci klinicznej. Nie obce mi były również najróżniejsze teorie dotyczące tzw. "życia po życiu". Z jednej strony zawsze chciałem przekonać się na własnej skórze - jak to jest? Co innego jednak czytać o tym, czy rozmawiać, a co innego, doświadczać tego na sobie. W pierwszej chwili, gdy tylko zmalało uczucie bólu, opanowała mnie panika. Paraliżujący strach przed nieznanym. Żal za tym, co minęło bezpowrotnie. Dopiero w takich chwilach, człowiek odczuwa prawdziwie wielką tęsknotę za życiem. Za tym wszystkim, co to życie uosabia, a co nie powróci już nigdy. Strach, a zarazem ciekawość. No tak, ale czego właściwie ja się tak bałem? Bólu? Przecież nie odczuwam go już. Nieznanego? Ciekawość jest jednak o wiele silniejsza.

- Co mogłem zatem zrobić?

- Jak zrozumieć to, co właśnie działo się ze mną?

No dobrze - nie czułem już tego strasznego bólu. To rzecz bardzo pozytywna. Na wspomnienie o nim, robiło mi się słabo. Skoro wiedziałem, że oddycham, skoro myślałem i wspominałem, czy możliwe jest, że umarłem? Bałem się tego, co za chwilę mogę sobie uzmysłowić. Bałem się właściwie wszystkiego, co jest teraz wokół mnie. Więc czego właściwie się bałem? Nic nie widzę. Niczego nie czuję. Niczego w znaczeniu negatywnym. Jedyne, co powinno mnie niepokoić, to właściwie tylko niemożność ogarnięcia otoczenia zmysłami. Wszystko, co w tym momencie odczuwałem, ograniczało się do odruchów. Nie mogłem się poruszyć, nie mogłem niczego zaobserwować ani wyczuć. Myśli, które opanowały mnie wtedy, ani na moment nie pozwalały uspokoić się i choć na chwilę ogarnąć to, co działo się ze mną w tej nowej i jakże odmiennej od wszystkiego, co dotąd znałem rzeczywistości. Najbardziej niepokoiła mnie świadomość niemocy.

- Co mógłbym zrobić, by choć minimalnie zmienić ten stan?

- Czy jest to w ogóle możliwe?

- A jeśli tak już pozostanie?

- Jeżeli to będzie już na zawsze moją rzeczywistością?

Zawieszenie w próżni. Gdzieś, w jakiejś niezrozumiałej, ciemnej, obcej przestrzeni. Co miały znaczyć obrazy, które zagościły w mojej głowie po przybyciu na imprezę? No właśnie - impreza! Wracała pamięć miejsc i osób. Tak, pamiętam to! Wypiłem coś, zjadłem, wypaliłem. To jest przyczyna!

- No dobrze, ale co dalej?

- Jak wyrwać się z tego miejsca?

- Co to jest właściwie za miejsce?

- Czy faktycznie wpadłem w jakąś wielką czarną dziurę odurzenia?

- Czy to, co odczuwam istnieje tylko w mojej świadomości?

Myśli, które kłębiły się w mojej głowie, zdawały się rozsadzać ją od wewnątrz. Nie było to uczucie przykre, czy dokuczliwe. Odczuwałem coś w rodzaju wewnętrznego ucisku, parcia, którego źródło mieściło się gdzieś w potylicy. Skupiałem się na tym odczuciu, ponieważ było to jedyne doznanie, które absorbowało teraz moje zmysły. Starałem się wyczuć siłę i rodzaj doznawanych wrażeń. Tak bardzo pragnąłem zrozumieć sens całej tej sytuacji. Umiejscowić siebie w konkretnym miejscu i czasie. Wytłumaczyć sobie znaczenie odczuć i obrazów, które stały się tak nagle moją nowa rzeczywistością. Pamiętając to, co wydarzyło się poprzednio, bardzo delikatnie, z lękiem i obawą o powrót wielkiego bólu, postanowiłem się poruszyć. Ponieważ miałem nadal świadomość własnego ciała, spróbowałem poruszyć palcami prawej dłoni. Nic z tego. Nie czułem jej. Wiedziałem, że moje ramię leży obok, ale to było wszystko, co mnie z nim teraz łączyło. Świadomość jego posiadania, to nic wobec niemożności jego użycia. Co jednak to mi dawało? Co z tego, że posiadałem ramię, dłoń skoro nie potrafiłem jej użyć? W tym momencie stało się coś, co w pierwszej chwili zaniepokoiło mnie, ale w następnej ucieszyło. Próba poruszenia dłonią, spowodowała chęć spojrzenia na nią. Co należy zrobić, by skierować wzrok w danym kierunku? Nikt nigdy nie zastanawia się nad tym. To czynność oczywista, prozaiczna, niewymagająca zastanowienia, automatyczna. W mojej sytuacji nie było to tak oczywiste. Nie mogłem się poruszyć. Niczego nie widziałem. Nic nie słyszałem. Zaraz, zaraz! Czy nic nie słyszę? Przecież słyszałem już swój własny krzyk. Teraz jednak dotarło do mnie wrażenie o tyle dziwne i zaskakujące, co nieoczekiwane. Z jednej strony nie słyszałem żadnego, możliwego do określenia dźwięku. Z drugiej jednak, zdawałem sobie sprawę z tego, że coś dziwnego jest tuż obok mnie. Coś, co emituje niesłyszalny, ale wyczuwalny dziwnym sposobem dźwięk. Zadawałem sobie wciąż nowe pytania:

- Co to jest?

- Gdzie znajduje się jego źródło?

- Gdzie w tym wszystkim jestem ja?

- Gdzie ja jestem?!

V. Drzwi

Dwoistość ludzkiej natury była dla mnie dotąd czymś zupełnie obcym. Utożsamiałem się wyłącznie ze swoim ciałem. To ono - tak mi się przynajmniej wydawało - rosło, rozwijało się, poruszało, uczyło, czuło, żyło. Czy musiało wydarzyć się tyle złych i niezrozumiałych rzeczy, żebym zrozumiał, że mam jeszcze duszę? Widocznie tak, a wiedząc to, muszę to wykorzystać. Muszę chwycić się wszystkiego, co tylko możliwe, by wydostać się stąd. Wiedziałem, że nie czeka mnie tu nic dobrego. Jeśli nie zrobię nic i pozostanę w tym nędznym miejscu, skończę bardzo źle. Dobrze, tylko jak to zrobić? Przecież żebym mógł stad wyjść, musiałbym chodzić, a przecież nie mam władzy w nogach.

- Co prawda moje ciało budzi się powoli do życia, ale skąd mam wiedzieć ile to jeszcze potrwa?

- Czy czekać, aż będę mógł stanąć na własnych nogach?

- Co się stanie, jeśli ta kobieta wróci i zorientuje się w sytuacji?

Coś mówiło mi, że kobieta, którą tu widziałem jest zła. Każdy, kto jest związany z tym miejscem, musi być złym człowiekiem. Muszę zdążyć przed nią. Tak, ale czy zdążę? Czy moje ciało ożywi się na tyle, by wydostać się stąd? Muszę próbować. Muszę się bardzo starać. Spojrzałem na drzwi. Nie pamiętam, by zamykała je na jakiś klucz, czy w inny sposób. Przekonać mogłem się tylko w jeden sposób. Musiałem przemieścić się do nich i nacisnąć klamkę. Jak tego dokonać do diabła? Wyprostowałem lewą rękę, sięgnąłem w bok, pokonując blokujący się i niezmiernie bolący staw łokciowy. Piekący ból przeszył ramię, ale nie przestałem sięgać. Gdy ramię było wyprostowane i ustawione pod kątem prostym do tułowia, do ściany z drzwiami brakowało jeszcze około dwóch metrów. Co robić? Spojrzałem w drugą stronę. Ściana po prawej była znacznie bliżej. Wydawała się znajdować w zasięgu ręki. No tak, ale zdrowej, sprawnej ręki. Nie mojej, ledwie żywej, jak całe ciało, zbolałej kończyny. Dosyć tego! Dość użalania się! Muszę działać! Gdyby udało mi się sięgnąć do ściany, chwycić czegoś i przyciągnąć się razem z łóżkiem, miałbym wtedy jakiś punkt zaczepienia. Tak, to wydawało mi się jedynym w tej chwili wyjściem. Obróciłem głowę jeszcze bardziej w bok i pokonując okropne kłucie w karku, spojrzałem dalej, poza siebie. Istotnie, powyżej głowy, poza zasięgiem wzroku w normalnej pozycji głowy, wystawała ze ściany jakaś rura. Zmrużyłem oczy, starając się obejrzeć ją dokładniej. Zapewne był to kiedyś kran, lub jakiś zawór. Teraz był to wystający na kilkanaście centymetrów kikut, zaślepiony owalnym korkiem. To jest szansa. Tak, prawdopodobnie jedyna w tej sytuacji szansa, zrobienia małego kroku naprzód. Sięgnąłem. Początkowo ramię niezbyt bolało, lecz gdy zacząłem je wyciągać coraz dalej, ból był coraz silniejszy i ogarniał coraz większe partie ciała poprzez kark, bark, plecy, brzuch. Jęknąłem, ale nie przestawałem. Gdy ramię było już zupełnie wyprostowane, dotknąłem ściany. Jęczałem coraz głośniej, ale wiedziałem, że to jedyny sposób. Przesuwałem dłonią po gładkiej powierzchni, aż poczułem zimny metal. Spróbowałem go chwycić, ale palce odmawiały posłuszeństwa, a ból był coraz większy. Powoli cofnąłem ramię i położyłem na brzuchu. Sięgnąłem drugą dłonią i zacząłem masować nadgarstek i palce. Poruszyłem nimi. Prostowałem i zginałem palce dotąd, aż mogłem to robić samodzielnie, a stawy rozgrzały się na tyle, że nie bolały już tak bardzo. Wziąłem kilka głębokich oddechów i podjąłem drugą próbę sięgnięcia do rury. Wyprostowałem ramię i dotknąłem jej. Chwyciłem palcem wskazującym i kciukiem. Zacisnąłem na tyle mocno, na ile pozwalał mój stan i pociągnąłem. Nic. Jeszcze raz i znów nic. Jedyne, co się zmieniało, to rosnący ból ramienia i barku. Zacisnąłem zęby i pociągnąłem najmocniej, jak tylko mogłem. Powoli, milimetr po milimetrze łóżko zaczęło przesuwać się w stronę ściany. Kółka skrzypiąc, toczyły się, przesuwając mnie wraz z łóżkiem. Ciągnąłem coraz mocniej, nie zważając na silny się ból. Uginałem ramię w łokciu coraz bardziej. Ciągnąc, czułem wyraźnie, że łóżko zbliża się do ściany. Ból ogarniał prawie całe moje ciało. Zacząłem drżeć, sapać i pojękiwać. Na skronie wystąpiły kropelki potu. Nie przestawałem jednak. Wiedziałem, że nie mogę przestać. Skoro już zdecydowałem się działać, musiałem kontynuować to działanie i kumulować wszystkie wysiłki dla osiągnięcia celu, a cel wydawał mi się teraz mocno sprecyzowany. Musiałem wydostać się z tej nory, zobaczyć, co jest na zewnątrz i przede wszystkim zdobyć jakiś punkt zaczepienia dla odzyskania chociaż małej części mojej tożsamości. Czegokolwiek, co mogłoby dać mi prawdę o sobie.

Drgawki, coraz większe drgawki. Pot, ból, męka ponad siły, ale dało się. Patrzyłem z odległości kilkunastu centymetrów na wystającą ze ściany rurę. Trzymając kurczowo w zaciśniętej dłoni zimny metal, ugiąłem rękę w łokciu tak bardzo, że nie widziałem jak mam ją teraz wyprostować. Musiałem to jednak zrobić. Wszystko mnie bolało. Całe ciało zdawało się być zanurzone we wrzątku. Rozwarłem chwyt i uniosłem ramię w górę. Spojrzałem na otwartą dłoń i położyłem ją na brzuchu. Nadeszła oczekiwana ulga. Łokieć i nadgarstek kłuły jeszcze przez moment, ale było to już niczym w porównaniu z poprzednim uczuciem. W chwili, gdy ból się zmniejszył znowu poczułem coś dziwnego, nowego, zaskakującego i na pewno oczekiwanego. Poczułem pośladki. Wyraźnie odczuwałem nacisk, jaki wywierały na posłanie. Mrowienie rozchodziło się na boki, obejmując zasięgiem biodra. Przesuwało się też na wewnętrzną stronę ud, okolicę jąder i całego krocza. Zapomniałem o bólu. Wiedziałem, że to oznaka powrotu czucia. Mój organizm wraca do życia. Nie jestem sparaliżowany. To było jakiegoś rodzaju znieczulenie, czy coś w tym rodzaju. Krew krąży, mięśnie żyją, są tylko uśpione. Uczucie mrowienia nie ustępowało, ale wolałem to, niż ciągły ból i pieczenie.

Odpoczywałem, intensywnie zastanawiając się nad tym, co dalej? Teraz nie było już odwrotu. Przemieściłem się wraz z łóżkiem. Gdyby ktokolwiek tu wszedł, natychmiast zobaczyłby zmianę. Konsekwencje byłyby zapewne straszne. Choć trudno było mi wyobrazić sobie, co jeszcze straszniejszego mogło mnie spotkać. Chyba tylko śmierć. Żyłem jednak i nie zamierzałem się poddawać, a tym bardziej, pozwolić się dalej okaleczać i pewnie w końcu zabić. Uniosłem głowę, rozglądając się dokładnie jeszcze raz po całym pomieszczeniu. Ściana tuż obok, pomalowana matową farbą o nieokreślonym odcieniu szarości. Przestrzeń pomiędzy mną, a drzwiami oświetlała słaba żarówka. Odległość zdawała się być tak wielka, niemal nie do przebycia. Cóż oznaczało kilka metrów dla człowieka w pełni sprawnego? Dla mnie była to przepaść. Co robić? Jak dostać się do drzwi? Początkowo wydawało mi się, że będę mógł odepchnąć się od ściany, wprawić łóżko w ruch i w ten sposób przemieszczę się do drzwi. Nie miałem jednak tyle siły, by pchnąć dostatecznie mocno. Gdybym miał sprawne nogi, być może wtedy, ale w tej sytuacji. Muszę coś wymyślić. Pomysł z podciągnięciem łóżka w stronę ściany wydawał się dobry. W końcu stało się coś, co jeszcze przed momentem wydawało się niemożliwe. Zrobiłem to sam, bez niczyjej pomocy. Na jaką pomoc zresztą mógłbym tu i teraz liczyć? Mogłem polegać jedynie na sobie. W pewnym sensie było to coś dobrego i pewnego. Jeśli uda mi się działać nadal. Jeśli nic, lub nikt nie przeszkodzi mi w tym działaniu, osiągnę cel. Może gdybym użył obu rąk, mógłbym odepchnąć się na tyle mocno, by przetoczyć łóżko do drzwi. No tak, ale w jaki sposób, skoro leżę na wznak i nie mam możliwości, by obrócić się na bok. Nie mam możliwości? Dlaczego nie przyszło mi to do głowy wcześniej? Tak, obrócę się na bok i z całych sił odepchnę oburącz od ściany. Boli, piekielnie boli, ale muszę to zrobić. Słyszałem tylko własny jęk, charczący oddech i dziwne pulsowanie w uszach. Wysiłek i ból, jaki musiałem pokonać wydawały się nie do zniesienia. Nawet jeśli uda mi się dotrzeć z łóżkiem do drzwi, co potem? Przez chwilę zastanawiałem się, od czego zacząć. Najpierw głowa. Tak, jak poprzednio. Uniesienie jej, nie było już teraz tak ciężkim doznaniem. Być może dlatego, że już kilka razy udało mi się to. Patrzyłem na siebie, bliznę na brzuchu, ścianę za łóżkiem. Była dziwnie daleka zwłaszcza, że widziałem ją przez trójkąt, utworzony przez moje stopy. Patrząc na nią wcześniej, nie wydawała mi się tak odległa. Łóżko stało wtedy co prawda nieco bliżej, ale przecież nie aż tak? Pomyślałem, że być może to efekt wysiłku i bólu. Nie poddam się przecież teraz, gdy już zacząłem swoją drogę ku wolności. Łokcie, teraz kolej na nie. Podsuwałem je pod siebie bardzo powoli, unosząc jednocześnie tułów i przesuwając je w tył. Czułem się tak, jakby kawał rozżarzonego do czerwoności żelaza, wypalał mi wielką dziurę w brzuchu. Już nie jęczałem, a chrapałem przedziwnie cicho. Przed oczyma co chwilę jaśniało i ciemniało. W uszach grzmiał wielki kościelny dzwon, a ramiona i tułów drżały bezustannie. Udało się. Uniosłem tułów do pozycji, w jakiej byłem już poprzednio. Pół siad, pół leżenie. Wsparty na łokciach próbowałem uspokoić oddech i choć przez moment nie poruszać się, zmniejszając tym samym napięcie mięśni brzucha. Nie czułem wtedy nic, poza tym pulsującym kłuciem. Zdawałem sobie sprawę z tego, że przecież boli mnie również szyja, kark i ramiona, jednak ból pochodzący z wnętrza tułowia, był tak wielki, że przyćmiewał sobą wszystko inne. Oddychałem bardzo ciężko i płytko. Powietrze przepływające przez tchawicę i oskrzela wydawało świst, przerywany chrapliwym bulgotaniem. Gdy nie poruszałem się, ból zmalał na tyle, bym mógł rozejrzeć się po pomieszczeniu i ocenić z grubsza sytuację. Popatrzyłem wokoło. Pozornie nic się nie zmieniło. Prócz nowej pozycji łóżka, wszystko było tak, jak wcześniej. Pomijając oczywiście moje uwolnienie się z więzów plastikowych rurek, łączących mnie z tym światem. Ze światem złych, wykorzystujących i krzywdzących mnie ludzi. Jak na tym tle wygląda mój świat? Gdzie on teraz jest? Przecież zupełnie go nie pamiętam. Nie wiem kim w nim byłem i czym się zajmowałem. To jednak w tej sytuacji nie było najważniejsze. Mimo początkowo wielkiego zagubienia i rozpaczy, teraz wiedziałem czego chcę, a także to, że muszę zrobić wszystko co w mojej mocy, by wydostać się z tego miejsca, z tego świata. Poszukam drogi do tego, który był moim własnym, gdziekolwiek ten świat teraz jest. Zrobię to, uda mi się. Żadna inna chwila, nie będzie przecież lepsza od tej. Dobrze, teraz na bok. Najpierw głowa. Mocno w prawo, dokąd tylko się da. Jest. Teraz bardzo powoli lewa ręka. Łokieć! Niech to szlak! Trudno, niech boli. Coś w nim chrupnęło, ale nie przestawałem. Dotknąłem prawego barku i sięgałem dalej. Cała ręka począwszy od ramienia, poprzez łokieć po dłoń, drżała i wibrowała, wprowadzając resztę ciała w dziwny stan odrętwienia. Ból potęgował wszystko to, co starałem się ominąć. To czego pragnąłem uniknąć. Nie, nie cofnę się. Ostatkiem sił i woli sięgnąłem głębiej, poza ramię i dotknąłem krawędzi łóżka. Jeszcze centymetr, jeszcze jeden i jeszcze jeden. Mam. Czubkami palców lewej dłoni uchwyciłem krawędź łóżka po mojej prawej stronie. Zgiąłem je najmocniej, jak tylko mogłem i powoli zacząłem ciągnąć. Rozpalone żelazo przeszyło wnętrzności. Ból rozlał się po moim tułowiu, jak wiadro wrzątku, chluśnięte z góry wprost na mnie. Krzyknąłem przeraźliwie. Krzyk przeszedł po chwili w wycie. Ze wszystkich sił starałem się zamknąć usta, ale nie dawałem rady. Oddech stał się płytki i bardzo krótki. Przed oczyma zawirowało tysiące świetlistych punktów. Zatrzymałem się, ale nie zwolniłem uchwytu. Udało mi się zacisnąć usta. Przestałem krzyczeć, a do moich uszu jakby zza ściany docierał stłumiony jęk. Byłem otępiały. Ból stał się jakby częścią mnie samego. Nie mogę krzyczeć. Za głośno! Co teraz? Jeśli ktoś mnie usłyszy, będzie to zapewne mój koniec. Jak tego dokonać? Jak poruszać się, nie powodując tego przerażającego uczucia? To przecież niemożliwe. Skoro tak, muszę przezwyciężyć sam ból, strach przed jego nawrotami, a przede wszystkim zachowywać się cicho. To najważniejsze. Ona może przecież usłyszeć i wrócić. Nasłuchiwałem przez chwilę. Nic. Cisza. Skoro jeszcze nic się nie stało, skoro moje krzyki nie zaalarmowały nikogo, oznacza to, że jestem tu sam. W innym przypadku, już miałbym na karku kogoś, kogo za nic w świecie nie chcę spotkać. Dobrze, nie traćmy czasu. Jeszcze raz, powoli, ale stanowczo. Dwa głębokie wdechy i teraz... Jęk przez zaciśnięte z całych sił usta, a po chwili leżałem na boku. W oczach zajaśniało tysiącem gwiazd. W uszach huczał pędzący pociąg. Zdawałem sobie sprawę z tego, że mam coraz mniej czasu. Być może już niedługo ktoś się tutaj pojawi i moje wysiłki pójdą na marne. Tylko mała chwilka na uspokojenie oddechu. Dotknąłem ściany. Była zimna i śliska. Dotknąłem ją całą dłonią, przesunąłem powoli po miejscami gładkiej, miejscami chropowatej powierzchni. Dołączyłem drugą dłoń. Powierzchnia ściany była tuż przed moją twarzą. Obok wystawała zaślepiona rura, dzięki której mogłem zacząć działać. Zebrałem wszystkie siły i całą energię. Zamknąłem oczy, wziąłem najgłębszy z możliwych oddech i ze wszystkich sił odepchnąłem się od ściany. Ból eksplodował we mnie z jeszcze większą siłą. Przed oczyma najpierw rozbłysło tysiąc Słońc, by po chwili zapadła ciemność. Usłyszałem przeraźliwy krzyk, który po chwili przeobraził się w charczący jęk, a potem tylko dziwne, głuche pulsujące bębny i własny świszczący oddech. O dziwo nie krzyczałem zbyt długo. Po chwili okazało się, jak mi się to udało. Czułem, że leżę nadal na boku. Ramiona ugięte w łokciach zwisały za krawędzią łóżka. Starałem się uspokoić, zapomnieć o rozrywającym mnie bólu. Wnętrzności zdawały się płonąć i z trudem udawało mi się powstrzymać krzyk. W ustach czułem słodki smak. Nie wiedziałem co to może być, ale gdy wargi zaczęły dziwnie pulsować i szczypać, domyśliłem się. Ugiąłem bardziej lewą rękę i dotknąłem dłonią ust. Zabolało. Odsunąłem dłoń. Spojrzałem przez półprzymknięte powieki. Na palcach była krew. Moja krew. Musiałem zagryźć wargi z bólu i poranić je do krwi. Nie to jednak bolało najbardziej. Mój brzuch zdawał się eksplodować. Boże, co oni mi tam zrobili? Palił i piekł jak diabli. Z oczu płynęły łzy, a charczący oddech zdawał się zagłuszać wszystkie inne dźwięki. Gdyby był tu ktoś prócz mnie, na pewno już usłyszałby te hałasy. Wszystko wskazywało na to, że jestem tu sam. Kobieta, czy ktokolwiek inny wyszła, a ja koniecznie muszę to wykorzystać. Wnętrzności paliły, ale z każdą chwilą ból jakby lekko ustępował. Dobrze, chwila odpoczynku i dalej. Do przodu, w stronę drzwi. Bardzo powoli poruszyłem barkami i zacząłem obracać się w lewo, na plecy. Ból stał się jednostajny. Ciężki do zniesienia, ale na szczęście nie nasilający się. Po chwili leżałem na plecach. Za tułowiem podążały biodra i nogi. Zaczynałem czuć pośladki. Mrowienie postępowało w dół. Przemieszczało się z krocza na wewnętrzną stronę ud. Gdy poruszałem się, a co za tym idzie, nasilał się ból, nie czułem mrowienia, lecz gdy leżałem nieruchomo, uczucie to powracało. Wiedziałem już, byłem pewien, że niebawem odzyskam czucie w nogach. Czekałem na to, choć wiedziałem, że nie da się tego przyspieszyć. Obróciłem głowę w lewo. Powoli wracał obraz. Otworzyłem oczy i z ciemności wyłoniły się drzwi. Były tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Nie mogłem się oprzeć. Po obróceniu się na wznak ramiona leżały wzdłuż tułowia. Wyciągnąłem lewą rękę i dotknąłem ich. Co za uczucie. Oto wyjście z tego strasznego miejsca. Z tego lochu, gdzie nie spotkało mnie nic dobrego. Gdzie nic dobrego mnie nie czeka. Gdzie nie mogę zostać dłużej bo czuję, że zbliża się coś jeszcze gorszego niż to, co spotkało mnie dotąd. Bolało mnie prawie wszystko. Miałem też dreszcze. Nie wiem, czy zacząłem odczuwać zimno, czy były to emocje? Być może zarówno jedno, jak i drugie. Docierało do mnie przecież coraz więcej bodźców. Ciało budziło się z letargu i poprzez ból, mówiło do mnie - żyjesz! Chwyciłem klamkę. Była zimna. Złamana metalowa końcówka, śliska, błyszcząca nasadka i dwie śrubki po bokach. Zacisnąłem na niej palce lewej dłoni. Czułem napinające się mięśnie przedramienia. Pokonałem obawę przed bólem i obróciłem się mocniej w stronę klamki. Dołączyłem prawą dłoń i zacisnąłem palce na lewej. W tym mocnym uchwycie zawarłem wszystkie moje pragnienia i dążenia. Pociągnąłem. Z początku lekko, potem coraz mocniej. Pamiętałem, że kobieta wychodząc, prawdopodobnie zajęta rozmową, nie zamknęła drzwi na klucz. Nie słyszałem dźwięku, przekręcanego w zamku klucza. Kikut klamki łatwo i lekko obrócił się w dół i zamek ustąpił. Zawiasy zaskrzypiały cicho i tuż obok mnie pojawiła się cieniutka szpara, wąska szczelina pomiędzy futryną, a drzwiami. Jednocześnie poczułem na twarzy leciutki powiew świeżego powietrza. Jakie to cudowne uczucie. Na moment zapomniałem o bliznach i bólu. Przymknąłem powieki i rozkoszowałem się namiastką tego, co było na zewnątrz, a czego tak bardzo wtedy pragnąłem. Ten leciutki powiew, który muskał delikatnie skórę twarzy, dawał nadzieję na przyszłość. Miałem przecież jakąś przyszłość. Musiałem ją mieć. Wróciłem w końcu z tamtej strony, cokolwiek miałoby to oznaczać. Nie wszystko rozumiałem, niewiele pamiętałem. To, co było wtedy tak naprawdę tylko moje, to skołatany umysł, umęczone, obolałe ciało i całe tony nadziei. Pociągnąłem mocniej. Szpara poszerzyła się i mogłem spojrzeć przez nią na to, co znajdowało się za drzwiami. Było tam ciemno, a powietrze wpadające przez szparę rześkie i czyste. Teraz dopiero poczułem, w jakim zaduchu i stęchliźnie, przebywałem dotąd. Wdychałem łapczywie ten cudowny chłód tak, jakby miał on dać mi nową, nadprzyrodzoną moc. Taką moc, która pozwoli wstać i wydostać się na zewnątrz. Przenieść się stąd tam, gdzieś, gdziekolwiek, byle nie pozostać dłużej tutaj. Cokolwiek miałoby mnie tam spotkać. Gdy pociągnąłem jeszcze bardziej, kant drzwi dotknął do krawędzi łóżka. Do wnętrza dostało się jeszcze więcej świeżego powietrza. Zimnego, czystego, pełnego nowych, innych woni. Tak bardzo chciałem zajrzeć poza brzeg futryny, ale w tym momencie stało się dla mnie jasne, że jest to niemożliwe. Po pierwsze - nie mogę się poruszyć. Po drugie - drzwi opierają się o łóżko i nie otworzą się szerzej. Po trzecie wreszcie - ból. Jak mam go przezwyciężyć? Każdy kolejny ruch powoduje jego nawarstwianie się. Nie uniknę bólu. Nie ucieknę od niego. Cóż, skoro tak, trudno. Nie zabił mnie dotąd, nie zabije i teraz. Przecież znam skądś przysłowie, które mówi: "co mnie nie zabije, to mnie wzmocni". Gdy boli najbardziej, muszę jedynie uniknąć krzyku. Za wszelką cenę.

Dobrze, spokojnie, zastanowię się co daje mi dotarcie do drzwi, skoro i tak nie mogę znaleźć się po ich drugiej stronie? Nie mogę? Muszę! Dłoń trzymała nadal kikut klamki, głowa spoczęła pod dziwnym kątem do tułowia, ale o dziwo, kark w tej pozycji bolał jakby mniej. To dobra wiadomość, ale cała reszta była raczej zła. Co zrobić, by otworzyć szerzej drzwi? Pytanie wydaje się oczywiste, a rozwiązanie nadzwyczaj proste. Odsunąć łóżko i pociągnąć mocniej za klamkę. Niby nic, ale w mojej sytuacji, rzecz praktycznie nieosiągalna. Tyle wysiłku i bólu kosztowało mnie dotarcie do tego miejsca tuż obok wyjścia, a teraz miałbym znowu odsuwać się od drzwi? Dlaczego postępuję tak chaotycznie? Musze się uspokoić i zebrać myśli? Czy to może moja wyobraźnia jest chora tak, jak chore jest moje ciało? Przekonajmy się. Tak, przekonajmy się! Wystarczyła chwila. Krótki moment, w którym rządzi impuls. Bez zastanowienia najmocniej, jak tylko mogłem chwyciłem klamkę. Drugą dłoń zacisnąłem na tej, trzymającej metalowy kikut i zamiast odepchnąć się jeszcze raz tak, jak chyba powinienem zrobić, z całych sił pociągnąłem. Jedyne co pamiętam, to gwałtowny ruch, szarpnięcie ciała w stronę uchylonych drzwi, przechylenie się poza krawędź łóżka i krótki, zakończony głuchym plaśnięciem lot w dół. Zanim Obraz zniknął zobaczyłem tylko, jak łonie wypuściły klamkę z uchwytu.

Gdy otworzyłem oczy, tuż przed nimi zobaczyłem kant drzwi i oświetlony nikłym światłem fragment powierzchni podłogi. Dopiero po chwili poczułem jej chłód na policzku. Zrozumiałem, że leżałem na niej. Spadłem z łóżka. Szarpnąłem za klamkę i stało się. Dopiero po chwili poczułem paraliżujący ból całego ciała. Własny krzyk usłyszałem jakby z zewnątrz, zza drzwi. Odruch próby powstania, bezmyślnego szukania punktu podparcia dla ramion i jeszcze większy ból. Stłumiony krzyk, łzy, BÓL! Słodki smak w ustach, zimno, odrętwienie, dreszcze, ciemność. Straciłem przytomność.