Między prozą a prozą - Barbara Szafrańska

Kup ebooka

1.42 zł
1.18 zł (1,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Życiorys dość typowy

Był młody, zdolny, przystojny i nieźle wykształcony. Przyszłość stała przed nim otworem (chociaż ten otwór był raczej na miarę tamtych czasów). Chodził tylko utartymi ścieżkami, jakby szkoda mu było energii na własne poszukiwania. Chodził nimi jednak nie dlatego, że tak bardzo kochał rutynę albo że czas poświęcony na szukanie innych dróg uważałby za stracony, ale z tej przyczyny, że tak akurat się złożyło, pasowało, i było to zgodne z jego wyobrażeniami.

W życiu jest czas na dorastanie, naukę i zabawę, na pracę, dom, rodzinę. "No i na czekanie", powtarzał często. Może nawet zbyt często. A mówił tak pewnie dlatego, że - oprócz tego iż dorósł (na co w zasadzie nie miał większego wpływu), zdobył wykształcenie (dzięki zachętom i pomocy rodziny), pracował, a nawet (może z rozpędu, a może i z tej przyczyny, że jego dziewczyna spodziewała się dziecka) założył własną rodzinę - z nim samym właściwie niewiele się działo. Pozostawał "młodym, zdolnym, obiecującym" mężczyzną u progu kariery.

Chodził więc tymi swoimi sprawdzonymi, wydeptanymi dróżkami, chociaż bywały momenty, kiedy wydawało mu się, że to, co robi, myśli czy mówi, tak naprawdę tylko w pewnym stopniu dotyczy właśnie jego. I to niekoniecznie dlatego, że on się z tym nie do końca identyfikuje (bo przecież uważał, że to wszystko jest takie, właśnie takie, jak być powinno i że takie pozostanie, dopóki on będzie tego chciał i dopóki on sam pozostanie taki, jaki jest w tej chwili).

Było to trochę paradoksalne, bo przecież, kiedy tylko głębiej zastanawiał się nad swoim życiem, dochodził do przekonania, że żadne nieprzewidziane zmiany jego akurat dotyczyć nie mogą. Nigdy też nie wyobrażał sobie, że mógłby być kimś innym - na przykład mocno umięśnionym brunetem, filozofem-poliglotą, prezydentem czy siwym starcem - a już na pewno nie słabym nieudacznikiem. Natomiast zupełnie prawdopodobne wydawało mu się to, że mógłby, ot tak, po prostu, wsiąść do samochodu albo do autobusu i pojechać w zupełnie innym niż dotychczas kierunku, gdzieś bardzo daleko, w jakieś nieznane miejsce. I tam zamieszkać. Żyłby tam na pewno podobnie jak tutaj, tyle, że byłoby to gdzie indziej.

Czasem nawet korciło go, żeby sprawdzić, czy naprawdę tak by było i czy rzeczywiście chciałby tego. Jednak natychmiast przychodziła refleksja - po co właściwie miałby to robić i dlaczego teraz? Przecież dobrze wiedział (podobnie jak i jego otoczenie), że jest wyjątkowo zdolny i obiecujący, że potrafi wszystko i - jeśli tylko by się postarał - mógłby nawet, siłą swojej woli, unieść się i ulecieć gdzieś ponad to, co go otacza, choćby po to, żeby przyjrzeć się z góry swoim śladom na ziemi.

By je zobaczyć z dystansu, bo przecież był przekonany, że przed krytyką obronią się same.

Jednak bywały też chwile, kiedy jakieś najbardziej wewnętrzne przeczucie mówiło mu, że wszystko w jego życiu może się zmienić z dnia na dzień, za sprawą jakichś sił lub czynników zewnętrznych. Wydawało mu się wtedy, że na coś czeka. Niemalże fizycznie czuł, iż takie zmiany są zapisane gdzieś tam na górze i że kiedyś jego przeznaczenie się wypełni. Wówczas, zapewne w ramach skracania sobie tego oczekiwania, liczył przelatujące gołębie, gwiazdy, płyty chodnikowe, schody, a nawet własne kroki (przy zmierzaniu do jakiegoś nieodległego celu) i wmawiał sobie, że jeśli ich ilości będą równe założonej z góry liczbie (np. siedemnaście, dwadzieścia jeden albo czterdzieści cztery), to będzie znak, że "to coś" - rzeczywiście przyjdzie.

Lata mijały, a on pozostawał taki sam, jak był, i wszystko wokół niego także się nie zmieniało. To nic, że gdzieś umierały jakieś ciotki i ich mężowie, że zmarli jego rodzice, a dzieci przyjaciół dorastały. Jego własne, jedyne dziecko było niepełnosprawne i wiedział, że umysłowo i - być może - fizycznie nigdy nie będzie miało więcej niż sześć-siedem lat. Kochał je i godził się z tym faktem. Zresztą zawsze starał się dostrzegać we wszystkim dobre strony. Może to dzięki temu w jego najbliższym otoczeniu czas jakby się zatrzymał; żona, która nie chciała mieć więcej dzieci, nadal była piękna, on wciąż tak samo przystojny, energiczny i rokujący nadzieje, a ich śliczne, przytulne mieszkanie ciągle było kusząco-przyjazne.

Żył własnym rytmem i w głębi duszy wierzył, że dopóki tak jest, on pozostanie młody i atrakcyjny. Tylko z rzadka pozwalał sobie na jakieś mrzonki. Nie można więc twierdzić, że swoją rodzinę, dom, pracę - traktował jako coś tymczasowego. Nie, to wszystko było "tu i teraz" i powinno trwać - dopóki on był taki, jaki był. Po prostu wszystko miało swój czas.

A czas biegł nieubłaganie, coraz szybciej, i w końcu zaczęło do niego docierać, że tak, jak jest teraz - to już pozostanie; chyba że on sam to zmieni. Uświadomienie sobie tego było jak bolesne przebudzenie. Obiecał sobie wtedy, że kiedyś, w wolnej chwili przeanalizuje ten problem "bardziej dogłębnie".

*

Pewnego razu zauważył, że na stałej trasie jego codziennych wędrówek pojawiła się tajemnicza postać o inicjałach "NS" wyhaftowanych na kieszonce koszulki. Trudno powiedzieć, czy był to przypadek, czy też owa NS od dawna czekała na możliwość spotkania się z nim, ukryta (na przykład) w wieczornej mgle, gdzieś za drzewami...

Najpierw starała się dotrzymywać mu kroku w jego powrotach z pracy, ale wyraźnie nie nadążała. Wydawało mu się to dość zabawne i nawet zastanawiał się, czy nie powinien namówić jej na zmianę obcasów na niższe. Próbował zgadnąć, jak ma na imię - Natalia, Nadzieja, a może Nasturcja? Aż któregoś dnia, kiedy poczuł się jakoś wyjątkowo zmęczony i zmierzał właśnie ku parkowej ławeczce, ta NS podeszła do niego i, ciężko oddychając, nieoczekiwanie zarzuciła mu ręce na szyję. Nie przeraził się, bo była taka krucha i delikatna, i ledwo mogła utrzymać się na nogach. Widział, że potrzebuje jego pomocy. Próbował zanieść ją na rękach gdzieś do jakiegoś najbliższego lekarza, ale nie miał dość siły; nie mógł się z nią swobodnie poruszać. Okazało się, że wcale nie jest taka lekka, jak przypuszczał. Wówczas pomogła mu o tyle, że samodzielnie przeniosła ciężar ciała na jego plecy i barki. W ten sposób mógł już iść. Szedł więc przygarbiony, nieco przytłoczony tym jej ciężarem.

U lekarza okazało się, że sama wizyta, niestety, niczego nie rozwiązuje. Natomiast po wyjściu z gabinetu NS długo przekonywała go - przywołując jakieś zawiłe zaszłości rodzinne i to, jak bardzo jest samotna i jak bardzo on jest jej bliski - że powinien ją przygarnąć.

Próbował coś przedsięwziąć. Pytał po drodze ludzi - czy jej nie znają, czy nie wiedzą, gdzie mieszka, czy ma krewnych, ale nikt się do niej nie przyznawał, nikt nic nie wiedział; nikt nie chciał go od niej uwolnić. Wobec tego zrobił szybki rachunek sumienia i uznał, że może rzeczywiście powinien coś dla niej uczynić, choćby dlatego, że dotychczas nie okazywał innym zbyt dużo serca. No i że właściwie stać go na taki gest.

Postanowił, że na razie zabierze ją do siebie, a potem się zastanowi. Tak naprawdę to ta sytuacja go przerosła; nic z tego nie rozumiał; miał też pewne obawy - jak to przyjmie jego żona. Ale wówczas pomyślał o swoim dotychczasowym, skrytym wyczekiwaniu na wpływ dziwnych i tajemniczych sił na własne życie, i o tym, że może właśnie teraz nadeszła chwila, kiedy te siły zechcą się ujawnić.

Niestety, okazało się, że wprawdzie w kruchej postaci NS rzeczywiście drzemią jakieś dziwne siły, jednak na pewno nie te, na które tak czekał. Tymczasem ona szybko się u niego zaaklimatyzowała i oczywiście wcale nie miała zamiaru się wyprowadzać. Mało tego! Wszelkie próby pozbycia się jej kończyły się fiaskiem.

Odtąd bardzo często odczuwał jej ciężar na swych barkach, bo ta NS - niczym złośliwy staruch z Przygód Sindbada Żeglarza - zaczęła go traktować jak swój prywatny środek transportu. Snuła się po jego domu, marudziła, wskakiwała mu nagle na plecy, kazała się gdzieś zanosić. Dopiero kiedy zasnęła - czuł, że może być sobą, że znów jest "młody, zdolny, obiecujący". Jednak, na jego nieszczęście, sypiała krótko, sen miała płytki, wstawała o świcie.

Jego żona jeszcze mniej niż on rozumiała całą tę sytuację. Najpierw się buntowała, lecz widząc swoją bezsilność wobec intruzki, stopniowo zaczęła usuwać się w cień, a potem niemal całkowicie wycofała się z jego życia.

Trwało to wszystko długo i aż do czasu, kiedy pewnego jesiennego popołudnia, jeden z jego "dobrze poinformowanych o wszystkim" kumpli, spotkany przypadkowo, patrząc na jego zszarzałą wymiętą fizjonomię, powiedział półżartem: "No cóż, stary, jeśli nie można się czegoś pozbyć, trzeba to pokochać".

Więc postanowił spróbować.

Nie cierpiał tej NS, nienawidził jej, a jednak wcale nie musiał pokonywać wstrętu, żeby ją pokochać. Miał widocznie gdzieś zakodowane, że miłość i nienawiść to uczucia dopełniające się. Doświadczał tego zresztą osobiście, bo wprawdzie od niedawna, ale zdarzało się już, że z NS sypiał.

No i rzeczywiście - udało mu się z tą miłością. Krok za krokiem, powolutku, najpierw przyszła wewnętrzna zgoda na jej istnienie, potem nienawiść ustąpiła miejsca obojętności, aż w końcu pojawiła się aprobata dla dziwactw tej NS. Później dostrzegł, ku własnemu zadowoleniu (chociaż bezczelnie wylegiwała się teraz w jego łóżku, bo nie chciało jej się rano wstawać ani robić mu śniadań!), że jej obecność wpływa stymulująco na ich stosunki z otoczeniem. Zauważył także, iż jego własne dziecko staje się przy niej jakby mądrzejsze i bardziej dorosłe. A ci, którzy wcześniej udawali, że go nie poznają, od kiedy pojęli, że istnienie ich związku jest już "faktem niepodważalnym", zaczęli spoglądać na nich życzliwie.

Teraz już bez zażenowania i bez protestów spełniał jej życzenia, nosił ją na rękach albo na plecach. I nie robił z tego tajemnicy. Wprawdzie dźwigał ją z coraz większym trudem, ale jednocześnie jego stosunek do niej stawał się coraz bardziej przyjazny. Nie bał się już jej nieprzewidywalności i codziennie witał ją miłym uśmiechem. "Przecież nie z własnej winy jest taka niesprawna", myślał.

A ona tymczasem rosła i krzepła.

Stopniowo poddawał się jej dominacji. Nie przeszkadzało mu to, że (chociaż z każdym dniem stawała się większa i cięższa, i wcale nie ładniejsza) ani myślała rezygnować ze swego przywileju "bycia noszoną na barkach". Nabrał nawet przekonania, że ona, powierzając mu siebie, okazuje w ten sposób, jak bardzo go kocha.

Wtedy dopiero NS uznała, że może mu powiedzieć, kim naprawdę jest.

- Nieunikniona Starość chyba w żadnym języku nie brzmi dobrze. Dlatego na co dzień używam tylko inicjałów - wyznała pewnego dnia zawstydzona.

- Ale chyba nie jestem w tym kamuflowaniu się odosobniona - dodała patrząc na niego z psim oddaniem, chociaż on nie myślał już przecież o pozbyciu się jej ani o tym, że mógłby zmienić swój stosunek do niej.

Było im razem dobrze i ona także umiała to docenić. Ilekroć bowiem znalazł się w przykrej albo kłopotliwej sytuacji - zeskakiwała mu z ramion, stawała przed nim, taka duża i brzydka, i zasłaniała go własnym ciałem jak płaszczem. A on czuł się wówczas przy niej naprawdę bezpieczny.

Perła

(albo względność rzeczy)

Biała, chłodna w dotyku, lodowo połyskująca, zaszyła się w kąt, tuż za nogą szafy. Poturlała się tam, gdy sznurek się rozerwał. W tym kącie pod szafą, na skraju puszystego dywanu od razu jej się spodobało. Toteż wstrzymywała oddech, kiedy uważne spojrzenie właścicielki przeszukiwało dywan, który zajmował prawie całą podłogę.

Ten pokój w ogóle był rzadko używany, porządki robiono w nim też nieczęsto i przeważnie ograniczały się one do szybkiego odkurzenia dywanu i wytarcia kurzu z mebli. Ssawka odkurzacza nie sięgała zbyt głęboko pod szafę, więc perła czuła się w tym swoim kącie prawie bezpieczna.

Mijały dni, a potem tygodnie i miesiące, a ona wciąż była zadowolona i czuła się doskonale. Uważała, że nareszcie ma czas na porządkowanie myśli i wspomnień. Trwała zatem w tym samozadowoleniu, wspominała czasy własnej świetności i świetności Izabelli, a potem Any, bo to ich szyje zdobił, przy różnych ważnych okazjach, ten "jej" sznur pereł. Teraz perły nieco się postarzały, stały się odrobinę mniej białe, ale ich właścicielki także nie były już młode.

Jak to właściwie było?

Gdy Izabella podarowała Anie ten sznurek pereł na osiemnaste urodziny, sama była już wtedy dosyć wiekowa. Teraz Ana dobiega sześćdziesiątki, a Izabella chyba setki, i obie na pewno niewiele pamiętają z tamtych czasów.

Perła nie tęskniła ani za Aną, ani za Izabellą, czuła się szczęśliwa i wcale nie dokuczała jej samotność. Zresztą nigdy nie była zbyt towarzyska; nie czuła również duchowej więzi ze swymi koleżankami i bardzo ją drażniło, że przez większość dnia potrafiły licytować się, która z nich jest piękniejsza. Ona i tak wiedziała swoje, i nie musiała się z nikim porównywać. Wiedziała, że - chociaż nie lśniła może najpiękniej w tym naszyjniku - ma klasę, "regularne rysy" i arystokratyczny wdzięk. A tutaj naprawdę było jej dobrze i jedyną rzeczą jakiej jej brakowało - było lustro. W końcu przez tyle lat przyzwyczajano ją do przeglądania się...

Jednak czasem, kiedy nie miała ochoty na porządkowanie wspomnień, zastanawiała się, co też może się dziać z tymi jej koleżankami. Szczęściem nie zajmowała się tym długo, bo zazwyczaj w porę przypominała sobie, że przecież musiały pozostać w naszyjniku, zatrzymane przez oddzielające je supełki. Leżą pewnie teraz w jakiejś ciemnej szufladzie, rzucone niedbale obok innych rozsypanych już dawno koralików. Wkrótce nikt do nich nawet nie zajrzy, a one nadal będą się złościły na siebie, prowadząc te idiotyczne rozmowy o własnej urodzie. Bo to chyba tylko jej przypadek był tak szczególny i los sprawił, że odzyskała wolność.

Pewnego dnia, kiedy tak rozmyślała, drzwi nagle otworzyły się i do pokoju wpadło dziecko; sądząc po pantofelkach - dziewczynka. Malutka śpiewała jakąś dość melodyjną piosenkę, przytupując wdzięcznie nóżkami. Dywan tłumił wystukiwany rytm, ale perła widziała, że ta mała robi to dobrze. Zresztą co jak co, ale wyczucie rytmu to perła miała doskonale. Ai lata treningu też zrobiły swoje. Bo ileż to wieczorów i nocy przetańczyła z Izabellą, a potem z Aną, gdy bywały razem na balach...

Dziewczynka usiadła na dywanie i zaczęła się rozglądać dookoła. Potem położyła się i wpatrzona w sufit przeleżała tak kilkanaście sekund. A jeszcze później zaczęła na czworakach posuwać się po dywanie. Perła wiedziała, że dzieci bywają ruchliwe i chaotyczne, więc nie przywiązywała jakiejś szczególnej wagi do tych czynności. Przyglądała się jednak malutkiej z zainteresowaniem i zastanawiała się - kim jest ta ładna dziewczynka. Czyżby to była wnuczka Any?

Tymczasem mała - przesunąwszy się już w pobliże szafy - znieruchomiała. Potem ostrożnie wyciągnęła rączkę i wstrzymując oddech, wsunęła ją pod mebel. Drobne paluszki przesuwały się powoli po dywanie, przeczesując miękkie runo, jakby czegoś szukały. I zanim perła zdążyła ochłonąć ze zdumienia, została wyłuskana z dywanu, z tego swojego ukochanego kąta pod szafą. Była tym zszokowana.

- Babciu, babciu, zobacz, znalazłam śliczny koralik! - wołało dziecko, biegnąc do drugiego pokoju.

- Ana siedziała przed lustrem i szczotkowała włosy. Metodycznie, nie spiesząc się, tak samo jak kiedyś. I wyglądała też tak samo jak wtedy, kiedy perła widziała ją ostatni raz.

- To pięknie - Ana uśmiechnęła się uprzejmie do dziewczynki. - Gdy skończę z włosami, poszukam ci odpowiedniego pudełeczka, żebyś mogła schować ten swój skarb - powiedziała, nie wykazując przy tym większego zainteresowania znaleziskiem.

- A jak myślisz, babciu, czy można by było wykorzystać taki koralik przy robieniu figurek z plasteliny?

- Wiesz, Kiciu, ja myślę, że ty byś na pewno potrafiła to zrobić - odpowiedziała Ana, nie przerywając swego zajęcia.

- Perła poczuła delikatne ukłucie żalu, że Ana nawet na nią nie spojrzała.

- Pójdę do siebie, spróbuję - roześmiała się malutka i cmoknąwszy Anę w przelocie, pobiegła dalej.

W swoim pokoju usiadła przy stoliczku, wyjęła pudełko z plasteliną.

- To będzie dziewczynka z białą buzią, w czerwonej chusteczce - mówiła półgłosem,

ugniatając plastelinę i próbując zrobić figurkę z perłową buzią. Jednak przy dorabianiu dziewczynce włosów, noska, oczu i ust - nie była z siebie zadowolona.

Nie! Źle! Nawet wiązanie chusteczki wyszło brzydko! - złościła się. W końcu wszystko zniszczyła.

Perła była niepocieszona, bo wydawało jej się, że w tej czerwonej chusteczce prezentowałaby się doskonale.

Mała próbowała jeszcze robić jakieś inne postacie, ale wciąż to było nie to, co sobie wyobrażała (że będzie).

A może po prostu zrobię świnkę? Świnki zawsze mi najlepiej wychodzą - zdecydowała na koniec i przystąpiła do dzieła. Otoczyła przerażoną perłę różową plasteliną i zrobiła sporą kulkę. Leciutko spłaszczyła boki, potem "wyciągnęła" paluszkami plastelinowy ryjek, uszka i mały, zakręcony ogonek. Ostry ołówek wciśnięty głęboko w plastelinę zaznaczył oczka (wprawdzie to perłę nieco zabolało, ale dzięki temu nareszcie mogła zobaczyć - co się dzieje wokół). Jeszcze tylko nóżki... i już!

Wyszło to bardzo ładnie. Malutka zaśmiała się radośnie i pobiegła do babki.

Ana chowała właśnie do szufladki w toaletce swoje przybory do czesania.

- Zobacz, babciu, podoba ci się?

- Bardzo.

- Sama zrobiłam! To będzie mój prezent dla ciebie. Chcesz? Wyszło to tak ładnie dzięki temu koralikowi!

- Jakiemu koralikowi?

- No... temu białemu, co go znalazłam!

- Aha, a gdzie jest ten koralik?

- W brzuszku!

- Nie powiesz mi chyba, że go połknęłaś.

Malutka zachichotała.

- Coś ty, babciu, to świnka ma go w środku. I pewnie dlatego jest taka ładna.

- Masz rację, na pewno dlatego - zgodziła się Ana i ziewnęła. - Postawimy ją na toaletce, pod lustrem, chcesz?

- Pewnie, że chcę.

- Świetnie, a teraz pora spać - powiedziała Ana.

Oczywiście, nikogo nie obchodziło, co o tym wszystkim myśli sama perła. Tymczasem ona trzęsła się po prostu z oburzenia. "Przepraszam bardzo, skoro już muszę być wystawiona widok publiczny, to wolałabym jednak, żeby podziwiano mnie, a nie jakieś różowe lepiszcze. Poza tym - ironia losu! Stoję wprawdzie na toaletce, ale pod lustrem! Zbyt nisko, żebym mogła się przejrzeć!", szeptała z goryczą.

Ale perła, tak naprawdę, miała dobry charakter i potrafiła się cieszyć tym, co los jej zsyłał. Więc już rankiem uznała, że to wspaniale, że zajmuje teraz poczesne miejsce na toaletce Any. I to nic, że pod lustrem. Może to nawet i lepiej, bo po co miałaby oglądać siebie jako świnię!

Zaraz też rozprawiła się ostatecznie ze swymi rozterkami. "Tak czy siak doskonale się złożyło, że jestem tutaj, a nie w jakiejś zapomnianej szufladzie albo za nogą szafy. Zresztą świnki też potrafią być słodkie", powtarzała sobie.

"No, a w ogóle, to jednak dobrze jest mieć coś w zanadrzu", podsumowała.

"Melodramat"

Tego ranka obudziła się na mokrej od łez poduszce i podobnie jak wczoraj, przy zasypianiu - nie mogła nie myśleć o tym, co się wydarzyło. Tyle że teraz nie miała już zamiaru płakać.

Dowiedziała się o wszystkim właśnie wczoraj, na balu charytatywnym. Kiedy człowiek dobrze się bawi, zawsze się znajdzie ktoś życzliwy, kto byłby skłonny to zmienić. I rzeczywiście, tym razem temu komuś się udało. Te parę zdań, wypowiedzianych ni to w formie przypuszczenia, ni to stwierdzenia, zrobiło swoje.

Gdybyż to przynajmniej była zwykła zdrada - byłoby jej łatwiej. A tak, to, co się stało, przekraczało granice percepcji!

Były narzeczony, były narzeczony, były narzeczony - tłukło się jej po głowie. Aż do bólu. Myślała, że za chwilę zwariuje.

Jednak poproszona przez niego do tańca - nie odmówiła. Rytm, melodia, pojedyncze słowa łapane w locie, narzucony zharmonizowany układ ruchów i gestów, i ta dławiąca gorycz - wszystko to składało się na jakiś dziwny rytuał pożegnania; rozstania ze złudzeniami.

Później, gdy stał obok - chociaż wyglądał zupełnie tak samo jak jeszcze przed kwadransem, jak wtedy, kiedy był jej prawdziwym narzeczonym - był już dla niej kimś obcym.

Mówił coś, a ona nie miała pojęcia co. Widziała napięte szczęki, poruszające się usta, język, połyskujące zęby. Było jej zresztą wszystko jedno,

o czym mówił i co jeszcze kiedykolwiek mógłby powiedzieć. Patrzyła na jego twarz jak na preparat anatomiczny...

Nadal mówił. Może uważał, że tym swoim gadaniem mógłby zrobić jej jakąś przyjemność? Albo może tłumaczył się z czegoś? Może przypuszczał, że ona płacze, bo powiedział coś niedelikatnie? Pomyślała, że on w ogóle znajdował przyjemność w używaniu takich wyrażeń jak "delikatnie", "niedelikatnie", "subtelnie", "z przymusem", "z wahaniem" itp.

Niedelikatnie!!! Kretyn.

Dziwne, ale potem nie słyszała już żadnych dźwięków. Nawet muzyki. Wszystko wokół niej wirowało jakoś bezgłośnie. Połykając łzy, patrzyła na poruszające się rytmicznie pary. Czuła, że powinna stąd jak najszybciej odejść; zanim jej nos i oczy zrobią się czerwone. Nie chciała współczucia!

Przyszło jej nagle do głowy, że szkoda, że jej łzy nie są większe i bardziej sprężyste. I że nie ma ich w zapasie więcej. Lśniłyby wtedy pięknie, brylantowo; odbijałyby się od parkietu, toczyły, zderzały. Przeszkadzałyby tańczącym, którzy ślizgaliby się, przewracali, skręcali nogi. Ktoś mógłby nawet mieć skomplikowane złamanie. Może on?! Można by też było takie brylantowe kuleczki wykorzystać do strzelania z procy! Na pewno pięknie dzwoniłyby w kieliszkach. Albo jeszcze lepiej - tłukłyby kieliszki! To by była jej zemsta za to, że wszyscy są tacy beztroscy i zadowoleni, kiedy ona cierpi. Łzy spływają jej po policzkach i do gardła. Gdyby rzeczywiście były sprężyste, to połykane w dużych ilościach, mogłyby jej poważnie zaszkodzić. Może nawet umarłaby od nich? Może zresztą tak by było lepiej...

A w ogóle - myślała gorączkowo - najskuteczniejsza byłaby teraz trąba powietrzna, która otworzyłaby na oścież okna i zmiotła z parkietu to całe okolicznościowo uśmiechnięte towarzystwo, te loki, fioki, tandetne ozdoby i dekoracje, te głupie kobiety i udających pewnych siebie mężczyzn.

Wyobraziła sobie ich wszystkich, siłą wiatru przestawianych z miejsca na miejsce, w jakichś idiotycznych wygibasach i prysiudach, albo taplających się w kałużach i błocie. Wtedy na pewno nikt nie zwracałby na nią uwagi, nie widziałby jej mokrych oczu w nieregularnej oprawie rozmazanego tuszu.

Ciekawe, czy on już wie, że ja wiem; bo inni to na pewno wiedzą - pomyślała patrząc na tę jego gadającą gębę ze złośliwą satysfakcją. I wówczas uświadomiła sobie, że ona sama, chociaż została skrzywdzona, właściwie niewiele różni się od tych, którymi gardzi i że - w tej właśnie chwili - w swojej wieczorowej sukni poplamionej winem, z tą ponurą miną i rozmytym makijażem, musi przypominać wstrętną, złośliwą czarownicę, która miesza w tyglu łzy, żółć i nienawiść, doprawiając to szczyptą sadyzmu.

Wtedy szybko wyszła z sali.

Szła coraz szybciej i szybciej, biegła, a wiatr osuszał jej oczy. Zmęczenie tłumiło rozpacz. Spocona otwierała drzwi mieszkania...

*

Poranek był piękny, powietrze pachniało świeżością, niebo było wyjątkowo czyste. Otworzyła szeroko okno. Mechanicznie włączyła wodę na herbatę. W łazience lała się już woda do wanny.

Zwykłe czynności działały na nią kojąco. "Ranek jest mądrzejszy niż wieczór" - mawiała Mądralinka z pewnej rosyjskiej bajki. I miała chyba rację...

Wszystko wymaga czasu - pomyślała, a przeczucie podpowiadało jej, że od dziś każdy kolejny dzień może być tylko lepszy od poprzedniego. Natomiast teraz - na pewno powinna zjeść grzankę. Chociażby z rozsądku.

Taaak, jutro musi najpierw iść do fryzjera i do kosmetyczki, a potem... kupi sobie nowe buty albo torebkę. A może i to, i to?!

Pojutrze umówi się z Dotellą i pójdą razem do klubu. Jednak najlepiej - klin klinem...

Trzeba będzie rozejrzeć się za kimś odpowiednim... Za kimś, kto nie da się tak szybko wysadzić z siodła jak ten kretyn. A już na pewno nie pozostanie z niczym, kiedy go wywalą z pracy.

Aha! Temu byłemu narzeczonemu trzeba w związku z tym odesłać pierścionek. Szkoda, bo ładny i "tak dobrze leży".

Pan Konstanty

To była jej pierwsza długa delegacja po prawie rocznej pracy w stolicy. Julia została wysłana na kilka miesięcy do niewielkiego miasta, położonego nad morzem.

Zaraz po przyjeździe na miejsce zawiozła swoje rzeczy do hotelu, w którym zarezerwowano dla niej pokój. Potem miała zamiar iść do biura - zameldować swój przyjazd, zorientować się co i jak, popytać o możliwość znalezienia jakiegoś innego lokum. Wiedziała przecież, że długo w tym hotelu nie będzie mieszkała, bo z tego, co zdążyła dowiedzieć się wcześniej, do pracy było stąd daleko (jak na odległości w tym miasteczku), a poza tym ona sama także wolałaby wynająć pokój "przy rodzinie". Byłoby weselej, ciekawiej, jakoś tak "bardziej swojsko". Tak zresztą zrobili wszyscy ci, którzy przyjechali tu przed nią. Było to praktykowane i opłacało się obu stronom - i delegowanym do pracy, i instytucji, która ich delegowała. Upraszczało rozliczenia i w efekcie kosztowało instytucję mniej. Ona (podobnie jak inni) otrzymywałaby ryczałt za nocleg, a jej sprawą by było, jak i gdzie ten nocleg sobie załatwi. Na razie jednak, do czasu znalezienia czegoś odpowiedniego, trzeba było mieszkać w tym hotelu. Rezerwację miała załatwioną na tydzień.

"Szkicowy schemat hotelowych realiów" Julia poznała już trochę z wcześniejszych krótkich delegacji do takich jak to - małych miast. Bo wszędzie było trochę podobnie; podobne hotelowe hole i restauracje, miejscowe dziwki w tych restauracjach, i miejscowe piękności przychodzące tu z chłopakami poszaleć na dancingach.

Wydawało jej się, że takie hotele nawet pachną podobnie, a panny i "panienki" - w uczesaniach "świeżo od fryzjera" i w opiętych spódniczkach - do złudzenia przypominają te widziane gdzieś już wcześniej.

Zaraz po zameldowaniu się w recepcji i obejrzeniu pokoju wzięła się za rozpakowywanie.

Nie-nie, nie dlatego, że była aż tak pedantyczna i "dobrze zorganizowana", ale po to, żeby się przebrać przed pójściem do biura. Wiedziała bowiem, że wielogodzinna podróż pociągiem pozostawia charakterystyczny, nieprzyjemny zapach na włosach i ubraniu. Człowiek może tego od siebie nie czuć, ale to jest!

Zapach włosów można jeszcze jakoś złamać wodą kolońską, a i silny nadmorski wiatr dodatkowo zrobi swoje; zresztą nie zdążyłaby teraz włosów umyć i uczesać. Jednak wziąć prysznic i przebrać się, to już trzeba obowiązkowo - myślała, szykując ręczniki, mydło i pastę do zębów oraz wyciągając z walizki świeże ubranie i bieliznę.

Od dziecka była bardzo wrażliwa na zapachy. Każde wnętrze (dom, mieszkanie, szkoła, urząd, miejsce pracy) miało dla niej swój zapach. Miły albo odpychający. Żaden z nich nie był jednak aż tak nieprzyjemny jak kolejowy. Ale to nie chodziło o zapach dworca. Same dworce miały dla Julii szczególny urok i ich zapach, aczkolwiek nie najmilszy, nie drażnił jej powonienia aż tak bardzo jak ten nazywany przez nią "pociągowo-podróżnym", który - początkowo prawie niewyczuwalny - dawał o sobie znać dopiero w domu. Po prostu przyprawiłby ją o mdłości, gdyby musiała zanurzyć nos w swojej zdjętej właśnie bluzce czy bieliźnie.

Hotel, w którym przyszło jej teraz zamieszkać, był czysty, ale stary i na pewno przed generalnym remontem. Pokoje nie miały łazienek, a jedynie umywalki. Toalety i prysznice znajdowały się na końcu korytarza. Julia już chciała zdjąć sukienkę, żeby zmienić ją chwilowo na szlafrok, kiedy zapukano do drzwi. Sądziła, że to sprzątaczka albo ktoś z recepcji, więc szybko przykryła szlafrokiem przygotowane do przebrania się rzeczy i poszła otworzyć.

Na progu stał nobliwy starszy pan w tweedowej marynarce.