Rozdział 1
Przystanek
Dwa tygodnie, sześćdziesiąt imion, jeden plan. Dam radę.
Powtarzam to sobie jak mantrę, stojąc przed ośrodkiem wypoczynkowym w górach. Śnieg skrzypi pod butami, a mróz szczypie mnie w policzki tak mocno, że czuję, jak górna warga zaczyna drętwieć. Czy wzięłam wystarczającą ilość ciepłych ubrań?!
Ciągnę za sobą wielką walizkę i kieruję się w stronę wejścia do ośrodka. Widzę, że jest tu też drugi budynek, a oba są niemal identyczne, oddzielone długą, częściowo zasypaną śniegiem ścieżką i przedzielone niewielkim pagórkiem. Podchodzę do drzwi, nad którymi wisi tabliczka z napisem "Bieszczadzki Raj".
Odstawiam walizkę i termos, a także plecak, z którego wyciągam listę uczestników obozu. Sześćdziesiąt nastolatków... Może lepiej było jechać z dzieciakami z podstawówki? Czuję, jak panika zaczyna rozciągać się w moim wnętrzu niczym macki ośmiornicy, więc uskuteczniam serię uspokajających wdechów, których nauczyłam się na zajęciach praktycznych na uczelni. Ponownie zerkam na listę i wpatruję się w komentarze dopisane niemal do każdej z osób. Wszystkich dokładnie opisałam na podstawie otrzymanych od rodziców ankiet. Mam nadzieję, że niczego nie pomyliłam.
- Sześćdziesiąt osób... - mruczę pod nosem - To się nie uda.
Zerkam na zegarek, jest punkt dziewiąta, autokary powinny już tu być. Jak na zawołanie z oddali słyszę dźwięk silników, a chwilę później zza zakrętu wyłaniają się dwa długie pojazdy.
Serce zaczyna mi walić.
Tylko spokojnie - powtarzam w myślach.
Autobusy zatrzymują się z głośnym sykiem, drzwi się otwierają, a idealną ciszę wypełniają gwar, śmiech i organizacyjny chaos. Młodzież wychodzi z autokarów, a ten tłum przypomina kolorowe gumy kulki, które wysypały się z pojemnika na cukierki. Kurtki, czapki, plecaki... Wszystkie kolory tęczy migają mi przed oczami. Boże... Oni wyglądają jak ja... I mam się nimi opiekować?! Chłopakom sięgam do pachy!
- O, to pani pewnie Alina? Nowa wychowawczyni?
Odwracam się i omiatam spojrzeniem postawnego, wysokiego mężczyznę koło czterdziestki.
- Tak, to ja.
- Miło mi, jestem Antoni, ale możesz mi mówić Antek. Sorry, że od razu po imieniu, ale tak będzie łatwiej.
Zerkam na wyciągniętą w moją stronę dłoń, po czym nieco niepewnie ściskam ją na powitanie.
- Nie ma problemu - odpowiadam, siląc się na swobodny uśmiech.
- Młodzież ma temperament, ale nie martw się. Zwykle ja tu wszystko ogarniam. Nie zdziw się, jeśli na początku będą chcieli cię sprawdzić - śmieje się. - To cwane bestie, gdy tylko wyczują, że nie masz siły przebicia, to po tobie.
- Powinnam się bać?
- Jeśli masz wątpliwości, to teraz jest idealny czas na ewakuację.
Przyglądam się pewnemu siebie Antkowi i od razu wiem, że nie znajdzie się w grupie moich najbliższych przyjaciół. Nie przepadam za ludźmi, którzy za wszelką cenę próbują postawić się wyżej od innych.
- Cześć, jestem Kaja. - Wysoka dziewczyna z krótkimi blond włosami wyciąga do mnie rękę. Ma na głowie czerwoną czapkę z ogromnym białym pomponem i na ten widok z ledwością powstrzymuję uśmiech.
- Alina, miło mi - witam się.
- Trochę szkoda, że nie będziemy w jednym budynku - mówi niezadowolona i spogląda znacząco na kolegę, co pokazuje mi, że nasze rozdzielenie to prawdopodobnie jego sprawka. - Fajnie by było w końcu mieć koleżankę...
- Nie będziemy wszyscy w Bieszczadzkim Raju? - dopytuję, zerkając na mężczyznę, który cały czas mi się przygląda.
- Nie czytałaś maila?
- Wczoraj wieczorem nie było nic nowego - odpowiadam zmieszana.
- Ja, Kaja i Krzysiek mieszkamy w Bieszczadzkiej Bryzie, to ten drugi budynek, widzisz?
- Skąd ten podział?
- Bryza ma liczniejsze pokoje i pomieści więcej dzieciaków. My mamy czterdziestkę, a ty i Damian opiekujecie się dwudziestką.
- A gdzie jest ten Damian? - Mój wzrok zatrzymuje się na wysokim mężczyźnie w zielonej czapce, który razem z kierowcą wyciąga walizki z bagażnika autokaru.
- To jest Krzysiek. Krzychu! To Alina! - krzyczy Antek i po chwili wywołany mężczyzna prostuje się i spogląda wprost na mnie. Macha, a potem znów skupia się na bagażach.
- To gdzie Damian?
- Pisał, że się spóźni. Kaja, pomóż Krzyśkowi, zaraz do was dołączę, tylko oprowadzę młodą po Raju.
- Alinę - poprawiam go, znów wymuszając uprzejmy uśmiech.
- Jasne.
- To co z moim współwychowawcą?
- Spóźnialski? - Macha lekceważąco ręką. - Podobno przyjedzie samochodem, ale nie wiem o której. Nie stresuj się, pewnie zaraz będzie.
- Nie ma to jak dobre wejście... - mamroczę pod nosem i wygląda na to, że Antek mnie nie usłyszał.
Ruszamy w stronę ośrodka i gdy oboje stajemy w pustym holu, dociera do mnie zapach gotującego się obiadu i starego drewna. Budynek jest idealnym przykładem ośrodka pamiętającego lata PRL-u. Wszędzie drewniana boazeria, fotele i kanapy z czerwonopomarańczową tapicerką oraz gumoleum, na którym podeszwy moich butów niesamowicie piszczą.
- Listę pokojów przesłałem ci rano, sprawdź maila. Tutaj... - Antek podchodzi do kontuaru recepcji - masz wszystkie klucze. Korytarzem w prawo dojdziecie do stołówki i pierwszej świetlicy. Na piętrze są pokoje i kadrówka.
- Kadrówka?
- Pokój kadry, opiekunów, jak zwał, tak zwał. Chyba zamierzacie planować zajęcia dla dzieciaków?
- Tak, tak! - odpowiadam szybko i czuję, że się czerwienię. - Po prostu nie znałam tego określenia.
- Pierwszy raz na obozie?
- To aż tak widoczne? - Śmieję się nerwowo i ściągam czapkę, po czym przygładzam dwa warkocze.
- Wyglądasz prawie jak te dzieciaki, które wyskoczyły z autokaru, więc nie podejrzewałem stażu stulecia.
- Jestem świeżo po licencjacie...
- Widać - parska i nerwowo się rozgląda.
- A Damian? - pytam z nadzieją, że przydzielono mi kogoś bardziej doświadczonego niż ja sama.
- Ten młody?
- Młody?! - jęczę z rezygnacją, a zobaczywszy uśmiech na twarzy Antoniego, utwierdzam się w przekonaniu, że podział opiekunów faktycznie nie był przypadkowy.
- Chyba kończy magisterkę na AWF. A przynajmniej o czymś takim ostatnio wspominał.
- Znacie się? Był już na obozach?
- Był, ale czy czegokolwiek się nauczył? - Antek wzrusza ramionami i wyciąga z kieszeni dzwoniący telefon. - Tak? Dobra, zaraz przyjdziemy.
Stoję bez ruchu i patrzę, jak nowy kolega zbliża się do drzwi wyjściowych. Na chwilę się zatrzymuje i odwraca w moją stronę.
- Musimy wracać, młodzi robią zadymę. Aha, w kuchni szefuje pani Krysia, lepiej nie wdawaj się z nią w dyskusje. Jest też pan Włodek, nasz woźny, taka złota rączka. Poczciwy chłopina, ale często zapomina, co ma zrobić. Zawsze gdzieś tu się kręci.
Wychodzimy na zewnątrz, a mroźne powietrze od razu szczypie mnie w twarz. Antek rusza przed siebie, a ja próbuję za nim nadążyć, zerkając na młodzież tłoczącą się przed autokarami. Wszędzie panuje kompletny chaos. Ktoś głośno woła kolegę, inni szukają swoich walizek, a jakieś dziewczyny kłócą się o to, która z nich będzie miała lepszy pokój. Jeden z chłopaków ma nawet bezprzewodowy głośnik, z którego wydobywa się głośna muzyka. Widzę również latające w powietrzu śnieżki i piszczące dzieciaki, które przed nimi uciekają.
Ja mam nad tym zapanować?!
- I jak? - Antek spogląda na mnie przez ramię, wyraźnie rozbawiony. - Fajna ekipa, co?
- Fajna? - powtarzam, gdy udaje mi się do niego podbiec. - Przecież oni się tu zaraz pozabijają.
- Nie przesadzaj, to dopiero początek. - Znowu macha ręką. - Ogarną się.
Sekundę później jedna z dziewczyn potyka się o walizkę i ląduje w śniegu, a trójka chłopaków stojących obok wybucha śmiechem. No tak... początek. Przygryzam wargę i odruchowo szukam wzrokiem drugiej opiekunki, ale nigdzie jej nie widzę.
- Dobra, młodzi, chwila uwagi! - krzyczy Antek, klaszcząc w dłonie. - Zanim cokolwiek się zacznie, przedstawię wam kadrę!
Kilka osób cichnie, ale większość wciąż szepcze i robi zdjęcia.
- To jest Alina, nowa wychowawczyni, będzie prowadziła grupę A, która zamieszka w Bieszczadzkim Raju. - Wskazuje na mnie, więc podnoszę rękę i macham do młodych, starając się wyglądać na opanowaną.
- Ale tu zimnooo! - jęczy dziewczyna w różowej czapce, tupiąc nogami.
- Proszę pani, a to jest ten ośrodek z internetu?
- A jakie jest hasło do Wi-Fi?
- Łazienki wyglądają tak jak na zdjęciach?
Przez moment mam wrażenie, że uczestniczę w nagraniach do programu z ukrytą kamerą. Próbuję się uśmiechnąć, ale czuję, że powoli tracę kontrolę.
- Dobrze! Ustawcie się, proszę, w dwóch rzędach! Za chwilę sprawdzę listę! - krzyczę, ale nikt nawet nie drgnie.
Z niedowierzaniem patrzę, jak młodzi nadal rozmawiają między sobą, robią zdjęcia i kompletnie mnie ignorują.
- Selfie na start! - krzyczy dziewczyna z różową czapką i ręką przyciąga do siebie koleżankę.
- Niech pani nie patrzy, bo zaraz będą jęczeć, że przez panią nie wyszło - odzywa się stojący obok mnie chłopak. Wygląda niemal jak mój rówieśnik, ubrany w beżowy płaszcz, który od razu rzuca się w oczy.
Przyglądam mu się chyba o sekundę za długo, bo uśmiecha się szeroko i wyciąga dłoń.
- Kuba.
- Miło mi cię poznać, choć wolałabym, żeby wszyscy się ustawili.
Niespodziewanie wkłada dwa palce do ust i głośno gwiżdże. W jednej chwili zapada cisza.
- Nie słyszeliście?! Wychowawczyni kazała się ustawić!
Cała grupa - jak zaczarowana - tworzy równy rząd, a ja obserwuję to z absolutnym zdziwieniem.
- Dzięki - mówię cicho, speszona.
- Nie ma sprawy, polecam się na przyszłość. - Kuba mruga do mnie i wraca na swoje miejsce.
- To będą wspaniałe dwa tygodnie... - wzdycham pod nosem i zaczynam odczytywać listę z podziałem na grupy.
Po wyczytaniu kilku nazwisk zatrzymuję spojrzenie na dziewczynie z długimi, czarnymi włosami i słuchawkami na uszach. Stoi z boku i kompletnie mnie lekceważy.
- Ty w czarnej kurtce, możesz na moment zdjąć słuchawki? - proszę spokojnie.
Brak reakcji. Zerkam na Antka w poszukiwaniu wsparcia, ale on tylko uśmiecha się złośliwie i wzrusza ramionami.
- Halo! Słuchawki! - powtarzam głośniej.
Dziewczyna powoli zsuwa sprzęt z głowy i spogląda na mnie z obojętną miną.
- Co?
- Nie "co", a "słucham"! - poprawiam ją ostrzejszym tonem. - Jak masz na imię?
- Lena.
- Świetnie, miło poznać, Leno. Dopóki nie skończymy zakwaterowania, proszę, żebyś miała ściągnięte słuchawki, dobrze?
Wpatruje się we mnie z lekkim wyzwaniem w oczach, ale w końcu ustępuje i zsuwa słuchawki na szyję. Z tłumu rozlega się gwizd.
- Ale ostra! - rzuca jeden z chłopaków, a jego koledzy parskają śmiechem.
- Ty to pewnie Bartek? - pytam ze zmrużonymi oczami.
- Skąd pani wiedziała?
- Intuicja... - odpowiadam ze wzrokiem utkwionym w komentarzu przy jego nazwisku: "żartowniś, problemy wychowawcze".
Zaraz zauważam, że stojąca obok drobna blondynka robi maślane oczy do Kuby. Chłopak coś do niej szepcze, a ona śmieje się zbyt głośno, nienaturalnie.
- A ty jak masz na imię? - pytam.
- Julia - odpowiada i przygryza wargę, po czym znów zerka na chłopaka.
Przewracam kartkę i sprawdzam kolejne nazwiska.
- A gdzie jest Maja? Nie słyszałam jej.
Z końca grupy unosi się dłoń.
- Tutaj.
- Dobrze, Maju. Stań po prawej stronie z resztą grupy. Tu, obok Leny.
***
Wprowadzam swoich podopiecznych do środka Bieszczadzkiego Raju, a gdy dostrzegam, że rozchodzą się na wszystkie strony, kompletnie nie trzymając szyku, mam wrażenie, że zaraz eksploduję z nerwów. Ponownie uderza mnie zapach starego drewna.
- Tutaj będziemy spać? - pyta Kuba, rozglądający się po holu. - To nie muzeum PRL-u?
- To piękne miejsce - odpowiadam z przekąsem.
- Prawdziwy raj - wzdycha Bartek.
- Tapety takie retro - dorzuca Julka, tłumiąca śmiech.
Nie komentuję, bo sama czuję, jakbym cofnęła się w czasie. Oprowadzam młodych po świetlicy, czyli totalnie pustym pomieszczeniu z krzesłami, i tłumaczę im, że ping-pong, bilard i piłkarzyki są w świetlicy w drugiej części ośrodka.
- A jak się nazywa tamten drugi budynek? - pyta cicho Maja.
- Bieszczadzka Bryza - oznajmiam i już nawet nie reaguję na kolejną salwę śmiechu.
Wchodzimy do stołówki zapełnionej stołami z laminowanymi blatami oraz krzesłami z metalowymi nogami. Z kuchni dobiega stukanie garnków.
- Proszę pani, a będą jakieś imprezy? - pyta Bartek z nadzieją.
- Myślę, że coś fajnego da się zorganizować - odpowiadam ostrożnie.
- Czyli nie... - mruczy Lena i krzyżuje ramiona na piersi.
- Najpierw zakwaterowanie i obiad. Oby drugi opiekun zjawił się już niedługo - dodaję, a w myślach klnę jak szewc.
Przy akompaniamencie narzekań na brak windy wchodzimy na pierwsze piętro, gdzie udaje mi się przydzielić pokoje. Kiedy kończę, widzę uniesioną rękę.
- Tak, Bartku?
- Gdzie pani pokój?
- Na końcu korytarza.
- Szkoda, że tak daleko - rzuca z uśmiechem, a Kuba szturcha go w ramię.
Czuję, że policzki zaczynają mnie piec, ale udaję, że jego sugestie nie robią na mnie żadnego wrażenia.
***
Zapach kolacji unosi się w całej stołówce. Młodzież zajmuje już swoje miejsca, a ja staję przy wejściu, pilnując, by nikt nie rozlał herbaty ani nie zaczął rzucać w innych jedzeniem. Nigdy nie wiadomo, co im może przyjść do głowy.
- Proszę pani, na kolację tylko kanapki? - pyta Kuba, zaglądający do kuchni.
Pani Krysia, przysadzista kobieta z ciemnymi włosami i białym czepkiem, podpiera się pod boki i wychyla w jego stronę.
- Jak się nie podoba, to nie jedz! - fuka i znika w głębi pomieszczenia.
Zerkam z niepokojem na zegar. Drugi opiekun nie pojawił się na obiedzie i zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle dotrze do pracy. Podskakuję, gdy drzwi stołówki otwierają się z hukiem, a do środka wchodzi wysoki mężczyzna, otrzepujący kurtkę ze śniegu. Kropelki wody lądują na podłodze, a jego czarne, lekko falowane włosy opadają na czoło, kontrastując z zaróżowionymi od mrozu policzkami.
Rozmowy milkną, jakby ktoś wyłączył dźwięk. Widzę, że większość dziewczyn natychmiast zaczyna szeptać między sobą i błyszczącymi oczami wpatrywać się w przybysza. Wcale im się nie dziwię, bo chłopak jest naprawdę przystojny. W innych okolicznościach prędzej umarłabym ze wstydu, niż odezwała się do niego pierwsza.
Ale teraz nie mam wyboru. Ruszam przed siebie, próbując przywołać resztki profesjonalizmu.
- Przepraszam, ale kurtki zostawiamy przy wejściu - mówię stanowczo, wskazując na drzwi.
Mężczyzna unosi brew i przesuwa po mnie spojrzeniem od stóp do głów.
- Okej, młoda. Nie musisz mnie upominać. Zjem i odwieszę.
Zamieram.
Młoda?!
Czy on właśnie mnie... zgasił?!
Nim zdążę odpowiedzieć, obok pojawia się Antek z talerzem kanapek.
- O, Damian! W końcu jesteś.
- No, korki były po drodze.
- To jest Alina, twoja współwychowawczyni - dodaje z szerokim uśmiechem. - Alino, poznaj Damiana.
Chłopak nieruchomieje z dłonią przy zamku kurtki i patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Ty jesteś wychowawczynią?
- No... tak?
- Sorry, myślałem, że jesteś uczennicą.
Za moimi plecami rozlega się chichot, a mnie robi się gorąco jak w saunie.
- To będą długie dwa tygodnie... - mamroczę i odwracam się w stronę stołu.
Jak na złość Damian siada naprzeciwko mnie i zaczyna swobodnie rozmawiać z młodzieżą, jakby znali się od lat. Nie mogę oderwać od niego wzroku - nie dlatego, że jest przystojny, ale dlatego, że wszyscy od razu go zaakceptowali. Natychmiast zaczynam się irytować. Spóźniony, zgrywus, a do tego ulubieniec całego zimowiska.
Świetnie.
To z pewnością nie będą udane dwa tygodnie.
Rozdział 2
Plan i chaos
Po nocy, której praktycznie nie przespałam, z trudem poruszam nogami, gdy kieruję się w stronę stołówki. Młodzież nie zawiodła - do trzeciej w nocy biegałam po pokojach i próbowałam uciszyć wszystkich, którzy najwyraźniej postanowili urządzić sobie maraton spotkań po północy.
Ziewam tak szeroko, że aż łzy napływają mi do oczu, i zasłaniam usta dłonią, po czym staję jak wryta w progu jadalni. Harmider i organizacyjny chaos budzą mnie skuteczniej niż poranna kawa. Stołówka przypomina ruchliwy dworzec. Gwar, śmiech... Ktoś przewraca krzesło, a ktoś inny puszcza muzykę z telefonu.
Moja grupa - nocni zakłócacze spokoju - wygląda jak zombie po apokalipsie. Ledwo przytomni, z półprzymkniętymi oczami siedzą pochyleni nad stołami. Za to grupa z Bieszczadzkiej Bryzy tętni energią. Wszyscy się przekrzykują, przepychają, walczą o miejsca, jakby od tego zależało ich życie.
Nim zdążę się ruszyć, z kuchni wypada pani Krysia i z łyżką w dłoni zmierza wprost do mnie.
- Co to za kadra, która nie potrafi zapanować nad zgrają hołoty?!
- Dzień dobry, pani Krysiu! - odpowiadam przesadnie radosna. - Piękny poranek, prawda?
- Niech mi tu pani nie mydli oczu! - fuka. - Albo ich pani uspokoi, albo zaraz wszystkich wyrzucę i nikomu nie dam śniadania!
Zamaszystym ruchem odwraca się i znika w kuchni, zostawiwszy za sobą zapach smażonej cebuli.
Przeczesuję wzrokiem salę, biorę głęboki wdech i już mam coś powiedzieć, gdy do środka wchodzą Antek i Krzysiek. Obaj mówią donośnie, więc po chwili gwar cichnie i wszyscy potulnie siadają na miejscach.
***
- Plan dnia? - słyszę znajomy głos.
Unoszę głowę i widzę jego. Damian siada naprzeciwko mnie z kubkiem w dłoni. Ciemne włosy ma lekko potargane, a na twarzy widnieje wesoły uśmiech. Wygląda świeżo i promiennie, w przeciwieństwie do mnie. Ja czuję się jak po bitwie. Oczywiście, że jest wypoczęty, bo tylko ja ganiałam po pokojach i pilnowałam porządku... - ganię się w myślach i upijam nieco ciepłej kawy, by nie odpowiedzieć mu w jakiś nieprzyjemny sposób.
- Wszystko jest zaplanowane - odpowiadam chłodno, nie odrywając wzroku od notatek.
- Trochę tu gęsto, nie sądzisz? - zagaduje z uśmiechem i pochyla się nad kartkami. Jest tak blisko, że wyraźnie czuję jego perfumy, więc automatycznie się odsuwam.
- Gdybyś wczoraj przybył na czas - cedzę przez zęby - nie musiałabym układać wszystkiego sama.
Zanim zdąży to skomentować, kątem oka widzę zamieszanie przy jednym ze stolików.
- Bartek! - wołam. - Nie bawimy się jedzeniem!
Chłopak podnosi głowę znad wieży z tostów.
- To eksperyment! - odkrzykuje urażony.
- Jeśli znajdę pod stołem okruszki, to będziesz miał dyżur na zmywaku obok pani Krysi!
Obserwuję, jak mamrocze pod nosem i teatralnie rozbraja tostową konstrukcję.
- Jest tu jakaś przerwa na oddech? - dopytuje Damian, czym ponownie ściąga na siebie moją uwagę.
- Słuchaj. Wszystko już rozpisałam i zrobiłam to całkowicie sama - oznajmiam niby urażona, ale dumnie się prostuję.
Nie wiem, czy zrobiłam na nim wrażenie, ale przez dłuższą chwilę przygląda mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Po śniadaniu przyjdź do kadrówki - dodaję. - Chcę, żebyś przejrzał plan i dodał coś od siebie. W końcu nie możemy realizować tylko moich pomysłów.
- Spoko, jak chcesz - rzuca obojętnie i wzrusza ramionami, po czym skupia się na jajecznicy.
***
W pokoju kadry panuje taka cisza, że słyszę jedynie tykanie zegara i własny, coraz szybszy oddech. Każda minuta ciągnie się w nieskończoność. Ponownie sprawdzam godzinę. Dwadzieścia trzy minuty spóźnienia.
Zaciskam zęby i wbijam spojrzenie w drzwi, jakbym mogła go tu ściągnąć samą siłą woli.
- No dalej, cudowny współwychowawco... zaskocz mnie - mamroczę pod nosem, stukając długopisem o blat.
Niestety, nie przyszedł.
Opieram czoło na dłoni i próbuję zebrać myśli, a po chwili przeczesuję swoje brązowe włosy dłonią. Na biurku leżą idealnie ułożony plan dnia, kolorowe zakreślacze... Wszystko na nic.
- Nie przyjdzie... - mówię cicho. - Do cholery, przecież to oczywiste, że nie przyjdzie.
Odsuwam krzesło z takim impetem, że skrzypi na starym parkiecie. Wychodzę z dłońmi zaciśniętymi w pięści i klnę pod nosem.
Zbiegam po schodach, próbując nie potknąć się na stopniach, i usłyszawszy hałas dobiegający ze stołówki, kieruję się właśnie tam. Zatrzymuję się w ostatniej chwili, ledwo uniknąwszy zderzenia z kucharką.
- Pani Krysiu! - Kładę rękę na piersi, serce wali mi jak oszalałe. - Co się stało?
- Alinko! - wyrzuca z siebie roztrzęsionym głosem, cała czerwona z oburzenia. - Proszę im powiedzieć, że stołówka to nie śmietnik!
- Słucham?
- Pani zobaczy! Zostawili pod stołem resztki! Jajka, chleb, ogórki... W domu nikt ich nie uczył, że jedzenia się nie marnuje?!
- Ale jak to... - mówię niepewnie, zerkając jej przez ramię.
Udaje mi się wejść do środka i od razu czuję, jak gorąco oblewa mi policzki. Największy bałagan jest, oczywiście, pod stołami mojej grupy.
- Ale przecież... Damian miał ich przypilnować...
- No i właśnie widać, jak przypilnował! - Krysia ponownie sapie i wskazuje na resztki. - Sam jak dzieciak!