Między nadzieją a chaosem - Mariusz Gliszczyński
Kup ebooka
50.48 zł
41.90 zł
(50,48 zł najniższa cena z 30 dni)
«
»
Rozdział 1. Przed Kamilą
Zanim w moim życiu pojawiła się Kamila, byłem człowiekiem, który bardzo chciał wierzyć, że po trudnych doświadczeniach można jeszcze zbudować coś spokojnego. Miałem za sobą rozwód, własne rozczarowania, okresy samotności i codzienność, która z zewnątrz wyglądała stabilnie, ale w środku bywała bardzo pusta. Funkcjonowałem odpowiedzialnie. Praca, dom, syn, obowiązki. Robiłem to, co trzeba. Z zewnątrz można było uznać, że mam poukładane życie. Ale człowiek może mieć mieszkanie, pracę, plany i nadal odczuwać brak czegoś, czego nie da się zastąpić żadnym sukcesem. Brak obecności. Brak wspólnego rytmu. Brak kogoś, dla kogo wieczorem robi się herbatę i komu można opowiedzieć zwyczajny dzień. Po rozwodzie szczególnie mocno czułem potrzebę domu rozumianego nie jako ściany i meble, ale jako żywe miejsce. Miejsce, w którym ktoś się śmieje, zostawia kubek na stole, pyta, co będzie na kolację, planuje weekend. Tęskniłem za rodzinnością, za ruchem w kuchni, za zwyczajnym życiem we dwoje. Nie szukałem przygody. Nie szukałem kobiety, którą trzeba będzie zdobywać jak trofeum. Szukałem bliskości, stabilności i poczucia, że po pracy wracam nie tylko do mieszkania, ale do ludzi. Właśnie dlatego Kamila trafiła we mnie tak głęboko. Nie tylko jako kobieta, ale jako obietnica. Jej kruchość, historia, pogubienie i potrzeba bezpieczeństwa uruchomiły we mnie coś bardzo silnego. Chciałem być dla niej spokojem. Chciałem być kimś, kto nie odejdzie, kiedy zrobi się trudno. Chciałem pokazać, że można inaczej: bez przemocy, bez chaosu, bez traktowania człowieka jak przedmiotu. Dziś widzę, że w tym pragnieniu było dużo dobra, ale też dużo niebezpieczeństwa. Człowiek, który bardzo pragnie stworzyć dom, może zacząć mylić każdą osobę potrzebującą pomocy z kimś, z kim da się ten dom zbudować. Może zobaczyć potencjał i wziąć go za fakt. Może pokochać nie tylko kobietę, ale również obraz życia, które przy niej sobie wyobraża. Nie wszedłem w tę relację jako ktoś słaby. Wszedłem jako ktoś głodny sensu, bliskości i rodzinności. I właśnie ten głód sprawił, że zbyt długo tłumaczyłem rzeczy, których nie powinienem był tłumaczyć. Zbyt długo wierzyłem, że jeśli dam wystarczająco dużo spokoju, cierpliwości i serca, to chaos w końcu się zatrzyma. To była pierwsza lekcja tej historii: nie każdy człowiek, którego kochamy, potrafi przyjąć miłość w sposób, który nie niszczy drugiej osoby.
Rozdział 5. Człowiek z literą "K"
"K" był dla mnie przez długi czas bardziej symbolem niż człowiekiem. Nie znałem go naprawdę. Wiedziałem, że był starszy, dużo starszy. Że miał już własne przeżyte życie. Że nie chciał z Kamilą budować przyszłości, bo jak podobno mówił, swoje już przeżył. To zdanie długo mnie drażniło. Bo jeśli ktoś nie chce z człowiekiem życia, a mimo to korzysta z jego obecności, to czym naprawdę jest taka relacja? Najbardziej bolała mnie nie sama jego obecność w jej przeszłości. Ludzie mają przeszłość. Popełniają błędy. Czasem robią rzeczy, których później się wstydzą. Bolało mnie to, że Kamila latami utrzymywała mnie w przekonaniu, że tamten rozdział został zamknięty, a on wciąż wracał. Czasem w wiadomościach. Czasem w telefonie. Czasem w cieniu domysłów, których nie dało się całkowicie uciszyć. Ostatni wspólny Sylwester stał się momentem, w którym cień przestał być cieniem. Telefon zadzwonił kilka minut przed północą. Na ekranie pojawiła się litera "K". Kamili nie było przy telefonie. Jej przyjaciółka odebrała i powiedziała mu, że Kamila ma już kogoś, że jest szczęśliwa, żeby więcej nie dzwonił. W pokoju zapadła cisza. Taka, w której nawet muzyka wydaje się obca. Kiedy Kamila wróciła, jej twarz zdradziła więcej niż słowa. Przez ułamek sekundy zobaczyłem w niej nie zaskoczenie, lecz rozpoznanie. Jakby coś, co miało nigdy nie wyjść na jaw, nagle stanęło na środku pokoju. Najbardziej absurdalny był kontrast. Mnie potrafiła wytykać wiek, wygląd, kilogramy, to, że jej zdaniem nic ze sobą nie robię, przez te wszystkie lata. A "K" był człowiekiem starym, otyłym, zaniedbanym, brodatym, wąsatym, z życia bardziej przypominającym emeryta niż partnera. I to jej nie przeszkadzało. Nie przeszkadzało jej, że nie dawał jej prawdziwego zaangażowania. Nie przeszkadzało jej, że w tej relacji było coś transakcyjnego, coś, co przypominało układ bardziej niż miłość. Wtedy zacząłem rozumieć, że krytyka kierowana do mnie nie dotyczyła naprawdę mnie.
Była narzędziem. Sposobem utrzymywania mnie w poczuciu, że muszę się bardziej starać. Byłem wystarczająco dobry, żeby wozić, gotować, płacić, remontować, wspierać i przyjmować ją z powrotem. Ale nigdy dość dobry, żeby po prostu zostać przyjętym bez warunków.
Rozdział 6. Karpacz
Nie chcę, żeby ta historia była wyłącznie zapisem bólu. Gdyby było tylko źle, łatwiej byłoby odejść. Najbardziej skomplikowane relacje trzymają człowieka przy sobie właśnie dlatego, że pośród chaosu pojawiają się chwile, które wyglądają jak dowód, że wszystko może być inaczej. Takim momentem był wyjazd do Karpacza. Pojechaliśmy we trójkę. Kamila, jej córka i ja. Byliśmy przy okazji również i na zamku w Książu, spacerowaliśmy po Karpaczu, wjechaliśmy na Kopę. Pamiętam tamten dzień bardzo wyraźnie. Powietrze, zmęczenie po drodze, zwyczajne drobiazgi, które w innych okolicznościach pewnie bym zapomniał. Najbardziej pamiętam jej oczy. Widziałem w nich szczęście. Nie euforię, nie pozę, nie udawany entuzjazm. Coś spokojniejszego. Jakby przez chwilę była naprawdę obecna. Jakby nie musiała przed niczym uciekać, nikomu niczego udowadniać, z nikim walczyć. Patrzyłem na nią i myślałem: właśnie o to chodzi. Tak mogłoby być. Tak mogłoby wyglądać nasze życie, gdybyśmy przestali się ranić. Córka Kamili też wtedy miała dobre momenty. Była ciekawa świata, zmęczona, ale szczęśliwa. Dla takich chwil człowiek potrafi zignorować całe miesiące napięcia. Jeden udany wyjazd potrafi stać się argumentem przeciwko własnej intuicji. Bo gdy później przychodziły awantury, brak szacunku, zmęczenie, powtarzałem sobie: ale przecież w Karpaczu widziałem, że potrafimy. Dopiero później zrozumiałem, że pojedyncze dobre chwile nie są fundamentem. Są błyskami. Mogą być prawdziwe, ale nie wystarczą, jeśli codzienność niszczy człowieka. Problem polegał na tym, że ja bardzo długo budowałem nadzieję właśnie na błyskach. Takich wspólnych wyjazdów było wiele przez te wszystkie lata, bardzo miło je wspominam. Był też wyjazd nad morze, który pamiętam zupełnie inaczej. Więcej napięcia, więcej pretensji, awantura w sklepie o to, że odszedłem po mleko dla jej dziecka bo Kamila zapomniała wrzucić do koszyka, choć mówiłem, że idę tylko je wziąć po wróceniu z mlekiem w sklepie zrobiła mi awanturę o to że "gdzieś sobie poszedłem". Nawet pogoda potrafiła stać się powodem żalu I złości wobec mnie, jakbym odpowiadał za złą pogodę, deszcz, chmury i wiatr. Dopiero w ostatni dzień pobytu spędziliśmy wspólnie czas jak prawdziwa rodzina, wypożyczyliśmy rowery, i przejechaliśmy rowerami w ten dzień 30km wzdłuż morza. Ale wcześniej wszystko w oczach Kamili było złe, moją winą było też I to że Kamili córka obiadu który kupiła jak zwykle nie chciała zjeść, a że tym razem to Kamila za ten obiad zapłaciła była wściekła... na mnie, że musi zjeść całą pizze sama no bo przecież nie wyrzuci. Gdzie jak ja płaciłem za jedzenie I było ono z tego samego powodu wyrzucane to nigdy nie był problem tylko tłumaczenie "bo ona jest mała" I równolegle atak na mnie że żałuje dziecku, co było nie prawdą, niczego nikomu nie żałowałem ale widząc jak jej córka mało je, bardziej rozsądnym wyjściem dla mnie było by podzielenie się z nią naszymi porcjami a nie kupowanie całej porcji I wyrzucanie jej do śmietnika po ugryzieniu dosłownie kawałka, niestety Kamili nigdy nie dało to do myślenia, nawet gdy sama tego doświadczyła wina była moja.
Te dwa wyjazdy do dziś stoją w mojej pamięci obok siebie. Karpacz jako obraz tego, co mogło być. Morze jako przypomnienie tego, jak najczęściej wyglądało nasze życie. I chyba właśnie między podobnymi obrazami przez lata próbowałem znaleźć sens naszej relacji.