ROZDZIAŁ 2
Jesteśmy po zęby uzbrojone we wszystko, czego potrzeba, aby stworzyć dobry scenariusz do filmu. Mamy popcorn, żelki, ciastka (dużo ciastek!), matchę, kawę, Colę Zero, chipsy, wygodne dresy i krzywą wieżę Post-itów.
Zaczynamy skoro świt. Rodzice Eleanor jeszcze śpią, a my już planujemy. Nie mamy chwili do stracenia, bo niestety okazało się, że palec boży tknął mnie z lekkim poślizgiem. Na nakręcenie całego filmu mamy czas do października. Nie jest to niemożliwe, ale czeka nas walka z czasem. Każda wyrwana godzina się liczy.
- Czyli pewnie czterometrowa makieta słonia odpada? - pyta mnie Ellie.
Widać, że jedną nogą jest nadal w krainie snów. Jej oczy chowają się pod powiekami częściej niż rzadziej, a ciemne włosy rozpływają się na poduszce, która miała jej służyć jako podnóżek. Nie wie jeszcze o wczorajszej wiadomości dnia. Sama jej wciąż nie przetrawiłam, siadła mi na żołądku jak skórka pomidora i odbija się czkawką. Robię wszystko, aby o niej nie myśleć, a wiem, że gdybym powiedziała Ellie, ta zasypałaby mnie gradem pytań, przed którymi nie obroniłby mnie żaden parasol odpowiedzi.
- Makietę słonia zostawmy na nasz następny film.
- A ożywionych terakotowych wojowników?
- Też.
- Ale będę miała scenę ucieczki przez łany zbóż? - pyta.
- Tak. Chociaż naprawdę uważam, że musimy zacząć od ogólnej fabuły, a nie poszczególnych scen.
Eleanor ziewa tak głośno, że aż podskakuję na kanapie. Jest za wcześnie na tyle decybeli.
- To nie jest moja działka. Wiesz o tym. Ty budujesz fundamenty, a ja dekoruję.
- Wiem. Wiem. Ale sama wszystkiego nie wymyślę. Skup się. O czym chcemy opowiedzieć?
Odrywam różową samoprzylepną karteczkę i przyczepiam ją do stolika.
- O śmierci i cierpieniu.
- Hmm... a dokładniej?
- Chciałabym tam umieścić jakiś pogański rytuał. Jak w Midsommar. Musimy znowu obejrzeć Piknik pod wiszącą skałą, chcę mieć podobne ujęcia u nas.
- Ellie! Nie odpływaj, bo utoniesz! - Uderzam ją długopisem w głowę, żeby przywołać ją do porządku.
- No dobra. Dobra. Chcę bohatera. Outsidera. Człowieka, który zamiast papierosów pali palo santo. Częstuje nim przed klubem jak fajkami.
- Hmm...
Zastanawiam się. To da się zrobić. Buntownik z wyboru, buszujący w zbożu i tak dalej. Ludzie lubią takie historie.
Wyjmuję zeszyt i zaczynam kreślić profil psychologiczny postaci. Od tego jestem. Od bebechów. Eleanor ma oko do kadrów, pięknych rzeczy, scen. Ja jestem od treści i scenariusza. Od słów, nie od obrazów. Od prawdy, a nie od piękna. Zawsze tak było. Gdyby nie Ellie, nadal nosiłabym puchowy bezrękawnik do glanów. I wrzucała źle wykadrowane zdjęcia na Instagram. Nie znam się na tym. Nie wiem, co do czego pasuje. Co wygląda estetycznie. Na Boga, ja przecież farbuję sobie włosy na wszystkie kolory tęczy tylko dlatego, że w dzieciństwie naoglądałam się za dużo anime. Sztuka to dla mnie terra incognita.
Za to słowa? Je rozumiem. Rzeźbię w nich jak w glinie. Brudzę sobie nimi ręce aż po łokcie. A potem pozwalam im zaschnąć. Stawać się trwałymi i kruchymi jednocześnie. To moje medium. Ze słów potrafię ulepić wszystko.
- Może niech spotka śmierć. I pójdzie z nią w tango. Danse macabre. W kosmosie! Danse macabre w kosmosie!
- Danse macabre może być, ale nie w kosmosie. Nie stać nas na rakietę.
Przeciągam się na kanapie. Nie spałam najlepiej, przedawkowałam silne emocje. Odbijały mi się czkawką do trzeciej w nocy.
- Od tego są efekty specjalne!
- Na nie też nas nie stać.
- Coś na pewno wymyślimy.
Oho, zaraz zaproponuje, że jej rodzice zapłacą za grafika komputerowego.
- Odpuść tę rakietę, inaczej wyjdzie nam Plan dziewięć z kosmosu.
Eleanor wykrzywia usta. Lubi stawiać na swoim. Muszę ją jakoś udobruchać.
- W zamian za to pozwalam na kolorowe garnitury.
- I balony?
- Tak, balony też mogą być.
Słyszę, jak ktoś schodzi po schodach.
- Twoi rodzice już wstali?
Dziwię się. Rodzice Ellie w dni powszednie wstają o piątej, aby dojechać do pracy w Londynie. Weekendy są dla nich świętem, które celebrują, przyklejając się do łóżka, z którego trzeba wyciągać ich siłą.
- To James.
Niewidzialny sznurek ciągnie mnie w górę jak zepsutą marionetkę. Moje zdradzieckie serce ląduje w przełyku.
- James już wrócił?
- Taa, wczoraj w nocy. Wszystkie egzaminy zdał śpiewająco. - Ellie przewraca oczami, ale w jej głosie wyczuwam nutkę dumy. James, tak jak jego rodzice wcześniej, studiuje prawo na Uniwersytecie Cambridge.
Chcę powiedzieć coś więcej, ale zaspana postać staje w drzwiach, a ja natychmiast cofam się w rozwoju do poziomu gaworzącego dziecka.
James i ja mamy trudną historię. Trudną i jednostronną. Ja mogłabym napisać o nas książkę, a on? On wzruszyłby ramionami i powiedział: "Ach, no tak, to jest przyjaciółka mojej siostry".
I co gorsza, byłby dużo bliżej prawdy. Między nami nigdy nic nie było. Wszystko zawsze odbywało się w mojej głowie. I trudno mi się dziwić. Wychowałam się na serialach dla nastolatek, więc zauroczenie starszym bratem przyjaciółki było obowiązkowym punktem na mojej liście dorastającej dziewczynki.
Miałam wtedy dziewięć lat. Obserwowałam, jak jeździ na rolkach na podjeździe, i przepadłam. Nie obchodziło mnie, że nie był w stanie przejechać kilku metrów bez upadku. Ani to, że kolano krwawiło mu, jakby je ktoś siekierą rąbał, barwiąc na czerwono jego trampki z Kermitem. Zobaczyłam jego jasne oczy i pobiegłam wycinać walentynkę. Niezbyt zaprzątało mój umysł, że był lipiec. Ani to, że nie wiedziałam o nim praktycznie nic. Miłość od pierwszego wrażenia, co nie? Przepisałam mój ulubiony wiersz, próbując wcisnąć wszystkie wersy w wyciętą kartkę a4. Ozdobiłam laurkę brokatowymi cienkopisami i naklejkami z kucykami Pony i pobiegłam mu ją wręczyć. A on co?
Wziął ją ode mnie i nie odezwał się ani słowem. Odjechał w stronę domu, a ja stojąc jak sparaliżowana i gapiąc się w moje pobrudzone różowym tuszem palce, próbowałam przełknąć łzy.
James Lancaster był pierwszym chłopakiem, który złamał mi serce.
I jasne, to było aparat na zęby temu, ale ten jeden dzień ustalił reguły gry w naszej relacji na zawsze. Już nigdy nie było normalnie.
Najpierw uciekałam z piskiem, gdy tylko go widziałam. Potem postanowiłam zmienić taktykę i traktować go jak karalucha na bucie. Kiedy miałam dwanaście lat, byłam dla niego tak strasznie niemiła, że jestem pewna, że Bóg wypomni mi to na Sądzie Ostatecznym. Raz nawet się popłakał i tylko czekałam, aż poskarży się mamie. Nie zrobił tego, a ja przez resztę roku udawałam, że go nie widzę. Jak widać, wczesny okres dorastania nie był dla mnie łaskawy.
Dopiero dwa lata temu udało mi się uspokoić. Zamienić z nim kilka normalnych słów. Wprowadzić naszą relację na bardziej neutralne, może nawet koleżeńskie tory, z których zboczyliśmy dopiero, kiedy James poszedł na studia i urwał nam się kontakt.
Nie widziałam go od prawie roku. Gdy wracał do domu na święta, ja wyjeżdżałam do babci. Gdy wpadał na weekendy, ja dorabiałam sobie w restauracji, z której mnie wyrzucili, bo rozbijałam zbyt wiele naczyń. Raz wpadliśmy na siebie na mieście, ale akurat podjechał mój autobus, więc nie było okazji zamienić ze sobą słowa.
Nagle zupełnie nie wiem, co zrobić ze swoimi kończynami. Dwie ręce to za dużo, a nogi to już w ogóle - plączą mi się ze sobą i nie wiem, jak je ustawić.
Przeciągając się nonszalancko, James wchodzi do salonu.
Czy osiemnastolatek jeszcze rośnie? Bo wydaje się wyższy. Dzielą nas niecałe dwa lata, a mimo to czuję się przy nim jak dziecko.
- Co wy wyrabiacie o tej nieludzko wczesnej godzinie? - pyta nas, opierając się o framugę.
Jego twarz przybiera ten dziwny wyraz. Znam go doskonale - jest zarezerwowany dla mnie, Ellie i naszych genialnych pomysłów. Takich jak na przykład zrobienie piana party w kuchni albo jedzenie ciastek na czas.
- Kręcimy film - odpowiada Eleanor.
- W naszym salonie?
- Nie. Dopiero zaczynamy. Będziemy go kręcić przez całe wakacje. To nasz nowy Wielki Projekt!
James parska śmiechem. Chyba przypomniał mu się zeszłoroczny Wielki Projekt, którym był dwuosobowy musical o życiu Marii Curie-Skłodowskiej.
- Wiecie, kogo mi przypominacie? - pyta.
Nasze spojrzenia w końcu się spotykają. James, tak jak Ellie, ma niebieskie oczy. Ale jego są takie jasne... takie czyste...
- Fineasza i Ferba - mówi, a jego słowa sprowadzają mnie na ziemię.
Przeczesuję palcami zielone pasemka, które zrobiłam sobie wczoraj w ramach akcji "Nie myślę o ciąży mojej matki".
Jak dobrze, że James już mi się nie podoba. Inaczej ta sytuacja byłaby mocno żenująca. A tak tylko płonę jak słomiana strzecha i chcę się zapaść pod ziemię.
- Skoro ja jestem Ferbem, a Ellie Fineaszem, to ty jesteś Fretką - odpowiadam najbardziej obojętnym tonem, na jaki mnie stać.
James uśmiecha się lekko, a ja zauważam, że jego twarz zaczyna już tracić resztki dziecięcości. W ciągu tych ostatnich kilku miesięcy rysy mu się wyostrzyły, linia szczęki uwydatniła, a policzki może i zachowały swoje dołeczki, ale przestały być pulchne i okrągłe, nawet jego włosy wydają się jeszcze ciemniejsze niż zwykle. Kolejny dowód, że jego dzieciństwo przeszło już do historii.
James przywłaszcza sobie miskę popcornu i siada na kanapie. Nie pytając, zagląda mi przez ramię, próbując rozczytać notatki w zeszycie.
- Taniec jako metafora życia? Kto wam w tym zagra? - Jego brew wędruje w górę i już wiem, że nie podoba mu się ten pomysł.
- No może nie jest to jakoś bardzo orygi...
- Nikt cię nie pyta o zdanie - wcina Eleanor. - To mój popcorn.
- Wcale nie. Twoje to jest na pewno edamame z bułką tartą tam w rogu. I ciastka z pastą miso. Popcorn jest Ferba.
To prawda, ja go kupiłam. Jestem prostą dziewczyną - wolę popcorn i chipsy od smażonego jarmużu, którym zajadają się Lancasterowie.
Ellie próbuje zrzucić brata z kanapy.
- Spadówa!
- Zrobiłaś już zdjęcia swojej kraftowej fasoli? Wrzuciłaś na Instagram razem z esejem na temat walorów smakowych i wyjątkowej tekstury?
- Wypad!!!
Ellie jest drobna, ale silna. Miesiące trenowania pilatesu nie idą na marne i udaje jej się zepchnąć dużo wyższego Jamesa z kanapy.
- Ciszej, bo obudzisz rodziców.
- Wynocha!!!
James kręci głową z rozbawieniem, ale zostawia nas same.
- Nawet nie wiesz, jak ci zazdroszczę, że jesteś jedynaczką - mówi Eleanor.
Gdyby gdzieś blisko był klif, to na pewno bym się z niego rzuciła.
Wieczorem mamy skończony cały treatment, krótki szkic scenariusza. Mózgi nam parują jak gorące źródła i składamy się głównie z cukru i soli. James jest na tyle uprzejmy, że nam nie przeszkadza. Czasem tylko słyszę, że gra na gitarze w swoim pokoju. Bo niestety Bóg nie obdziela talentami sprawiedliwie - jakby sam fakt bycia przystojnym studentem prawa nie wystarczał - i James potrafi całkiem nieźle grać na gitarze. Może nam pomoże ze ścieżką dźwiękową do filmu. To znaczy jeśli Mark Knopfler nie wypali...
- On ma rację, wiesz? - zagajam, gdy sprzątamy papierki po cukierkach z dywanu.
- Kto? Mój przemądrzały brat? Nie mów mu tego, ale niestety, zwykle tak właśnie jest - odpowiada Ellie.
- Będziemy potrzebować ludzi. Ekipy. Aktorów.
Obie się krzywimy. Eleanor próbuje się ukryć za kurtyną swoich włosów.
- Może uda nam się wygenerować ich komputerowo.
- Ellie...
- Wiem. Ale przecież my nie znamy ludzi. A już na pewno nie ludzi, którzy ogarniają, jak się kręci filmy.
Wzdycham ciężko. Niestety Ellie ma rację - nie jesteśmy królowymi popularności. Ona nie lubi rozmawiać z ludźmi, a ja może i lubię, ale kompletnie nie potrafię tego robić. Za każdym razem, gdy muszę zagadać do obcej osoby, stresuję się tak bardzo, że rumieniec wędruje mi aż po czubki włosów, a język zmienia się w kwaśną żelkę. Ostatnio chciałam podziękować pani w sklepie i zamiast "dziękuję" powiedziałam "dziękobry", po czym uciekłam ze sklepu, zostawiwszy zakupy na ladzie.
No ale nie mamy wyjścia. Film wymaga ludzi, a ludzie zazwyczaj wymagają, aby się z nimi komunikować.
- Napiszmy ogłoszenie na socjalki - rzucam, bo jednak zawsze łatwiej mi pisać niż mówić.
- A może odezwiemy się do MacKenny Grace? Albo do Dakoty Johnson.
- Ellie, mamy trzymać się ziemi!
- No dobrze, ale wspomnij w tym ogłoszeniu, że może uda nam się załatwić Marka Knopflera. Albo Boba Dylana! Może Bob nam pomoże?
Oczywiście nie umieszczam tego w naszym ogłoszeniu, nie chcę, aby ludzie uznali, że robimy sobie z nich żarty. Piszę po prostu, że szukamy aktorów i ekipy do pracy na planie amatorskiego filmu psychologicznego. Obiecuję podzielić się nagrodą i liczę na cud.
- Zostajesz na noc? Obejrzymy w końcu to Oszukać przeznaczenie?
- Po tym, jak obejrzałaś ostatnią część w kinie, bałaś się nawet zaparzyć herbatę.
- A co, jeśli zerwie się nasza lampa sufitowa, spadnie na garnek, który tak się przetoczy, że przewróci czajnik, a ten mnie poparzy na śmierć?
- Ellie, to jest tak samo prawdopodobne jak to, że Mark Knopfler użyczy nam swojej piosenki do filmu.
- Czyli bardzo!
Zerkam na wyświetlacz telefonu. Mama już dwa razy pytała, o której wracam.
- No dobrze, zostanę na noc - odpowiadam. - Ale zamiast Oszukać przeznaczenie chcę Arcane.
- O! Nawet lepiej. James uwielbia ten serial, obejrzy z nami.
Uśmiecham się. Nigdy nie zrozumiem tej dynamiki. Ellie i James przez połowę czasu zachowują się, jakby się mieli zaraz pozabijać, a chwilę później wszystko robią razem. Może tak to już jest z rodzeństwem.
Niewidzialna pięść zaciska mi się na żołądku. Zaraz też będę siostrą, ale nawet gdybym chciała, nie będę w stanie nawiązać takiej więzi z nowym członkiem rodziny. Będzie nas dzielić zbyt duża różnica wieku. Zanim jemu wykształci się pamięć długoterminowa, ja będę już na studiach. To się nie uda.
- Jameeees, oglądamy Arcane! - woła Ellie.
- Zajęty jestem.
- Podzielę się popcornem!
- A ciastkami z miso?
- Jeśli muszę.
James niechętnie schodzi na dół. Siada na oparciu kanapy, a jego duże dłonie natychmiast wędrują w stronę ciastek.
Może zamiast głupiej walentynki powinnam mu dać ciastka te osiem lat temu. Najwyraźniej słabość do nich jest genetyczna.
Eleanor zasypia po trzecim odcinku. Jej głowa ląduje na moich kolanach. Przesuwam się, aby zrobić jej miejsce, i prawie wpadam na Jamesa.
Odskakuję jak poparzona. Jego jasne oczy zwężają się w dwie szparki.
- Co z tobą? - pyta.
- Hm? No nie chcę jej obudzić - odpowiadam.
James kręci głową. Do listy rzeczy, które zmieniły się przez ten rok, dodaję jego włosy. Wcześniej były krótkie, teraz sięgają mu za uszy.
Czy ja też się zmieniłam przez rok? Nie wydaje mi się, nie urosłam zbytnio, nie schudłam, nos mam nadal zadarty, budowę ciała dość zbitą. Dojrzewanie zbyt długo trzyma mnie w fazie brzydkiego kaczątka.
James kręci głową, ale nie spuszcza ze mnie wzroku.
- Nie o tym mówię. Coś cię gryzie.
- Nie, skąd...
- Ciągle przygryzasz wargę. Zawsze tak robisz, kiedy się czymś martwisz.
Przesuwam palcem po ustach. Skąd on to wie?!
- Wcale nie.
James wzrusza ramionami. Ten jeden ruch przypomina mi, że tak naprawdę nic go to nie obchodzi. Zapytał przez grzeczność i tyle.
- Nie moja sprawa, nie chcesz mi mówić, to nie.
Ostrożnie, aby nie obudzić Eleanor, wstaje z kanapy i kieruje się w stronę korytarza.
- Dobranoc, Ferb.
- Mojamamajestwciąży - wypalam, sama nie wiem czemu.
Ze wszystkich ludzi na całym świecie mówię to akurat jemu. Nie mojej przyjaciółce, która śpi obok. Nie znajomym z klasy. Nie babci. Osobie, z którą nie rozmawiałam od roku. Gdy tylko te słowa opuszczają moje usta, chowam głowę pod poduszką.
Dlaczego nie mogę się zachowywać jak normalny człowiek? Może brakuje mi jakiegoś genu? Uaktualnienia? Wtyczki?
Dociera do mnie przeciągły gwizd.
- Nic dziwnego, że próbowałaś się przebić przez wargi do Chin.
James siada na schodach i ręką pokazuje, abym do niego dołączyła.
- Jak się z tym czujesz? - pyta, a ja zastanawiam się, czy ukradł to pytanie swojej terapeutce.
- Dobrze. Spoko. Normalnie.
Przewraca oczami; wygląda na to, że nie wypadłam zbyt przekonująco.
- A jak naprawdę się z tym czujesz?
- Mówię, że dobrze.
- No daj spokój, Maddie, zrzucaj tę bombę.
- Co?
- Atomowa szczerość. Obiecuję cię nie oceniać.
Akurat. Gdybym mu dała chociaż spojrzeć w zakamarki mojego mózgu, uciekłby z krzykiem. W mojej głowie jest większy bałagan niż w mieszkaniach tych zbieraczy, o których kręcą programy telewizyjne.
Już mam mu powiedzieć po raz kolejny, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, kiedy coś mokrego spływa mi po twarzy. Chwilę mi zajmuje zorientowanie się, że to łza. Świetnie, zaczynam płakać. Tego mi jeszcze brakowało, wylania wszystkich emocji na Bogu ducha winnego chłopaka, który miał iść właśnie spać.
- Dziwnie. Jest mi z tym dziwnie - odpowiadam. - Po pierwsze, wszystko się zmieni. Po drugie, martwię się o kasę. Po trzecie, mam wyrzuty sumienia, że mama się cieszy, a ja martwię się o kasę. Czuję się jak jakaś totalna egoistka i materialistka. Po czwarte, wszystko się zmieni.
- Już to mówiłaś.
- Ach. A mówiłam może, że wszystko się zmieni?
Kiedy się śmieję, łza skapuje mi z nosa na koszulkę.
Przez chwilę mam nadzieję, że James przytuli mnie na pocieszenie, ale on tylko niezręcznie klepie mnie po barku.
- Pozwalasz mojej siostrze zrobić tysiąc zdjęć na Insta, zanim w ogóle zaczniesz jeść. I kiedy zaśnie ci na kolanach, nie ruszysz się, chociaż nogi ci drętwieją, bo tak bardzo nie chcesz jej obudzić. Nie wydaje mi się, abyś miała trafić na listę największych egoistów tego świata.
- Ostatnio zjadłam wszystkie KitKaty z szafki i jak mama się wkurzyła, to zwaliłam winę na mojego ojczyma - mówię.
James teatralnie się ode mnie odsuwa.
- A, to zmienia postać rzeczy. Złota odznaka egoistki już do ciebie jedzie.
Uśmiecham się krzywo. James taki jest, zachowuje się jak uziemienie. Gdy tylko ponoszą nas z Ellie emocje, łapie nas za kostki i sprowadza do parteru.
- Słuchaj, wszystko się zmieni, to prawda. Ale czy to coś złego? Niektóre zmiany są dobre. Oddałbym lewą rękę i nerkę, aby zmienić kilka rzeczy.
- Jakich? - pytam szczerze zaskoczona. Nie spodziewałam się takiego wyznania. Szczególnie z ust kogoś, kto moim zdaniem ma wszystko.
Na chwilę zapada między nami cisza. Dopiero teraz dostrzegam, jak blisko siebie siedzimy. Czy zawsze tak było? A może to jedna z tych zmian, które zaszły w ciągu ostatniego roku?
James widzi iskierki w moich oczach i natychmiast zamyka tę furtkę.
- To rozmowa na inny dzień - mówi tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Trącam jego kostkę brzegiem swojej stopy.
- Ej, no! Ja ci się zwierzyłam!
- I wyczerpałaś limit ckliwych rozmów na jeden dzień.
Nadymam policzki oburzona. Brak filtra jest chyba u Lancasterów rodzinny. Ja mu dam nazywać moje zwierzenia ckliwymi.
- Zapytam cię o to jutro!
James kręci głową. Kiedy to robi, jego ciemne włosy wpadają mu w oczy. To też coś nowego, wcześniej były na to za krótkie.
- Możesz próbować. Dobranoc, Ferb.
Wstaje i zaczyna wchodzić po schodach do swojego pokoju.
- Dobranoc, Fretko! - wołam za nim.