Między aktami - Virginia. Woolf

Kup ebooka

29.90 zł
23.32 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Był letni wieczór, a oni siedzieli w dużym pokoju, z oknami otwartymi na ogród, i rozmawiali o kanalizacji. Zarząd hrabstwa obiecał, że doprowadzi wodę do wioski, ale nie zrobiono tego.

Pani Haines, żona ziemianina, kobieta o gęsiej twarzy i wyłupiastych oczach, jakby właśnie dojrzały w rynsztoku coś, co można połknąć, powiedziała z emfazą:

- Cóż za temat do rozmowy w taki wieczór!

Potem zapadła cisza; zakaszlała krowa; co skłoniło panią Haines do uwagi, że to dziwne, ale jako dziecko nigdy nie bała się krów, tylko koni. No, ale kiedy była maleńkim dzieckiem, jeszcze w wózku, potężny perszeron przecwałował dosłownie cal przed jej twarzą. Jej rodzina, zwróciła się do starszego pana siedzącego w fotelu, od stuleci mieszka w pobliżu Liskeard. Groby na cmentarzu mogą o tym zaświadczyć.

Na zewnątrz zachichotał ptak.

- Słowik? - spytała pani Haines. Słowików nie ma, słowiki nie docierają tak daleko na północ. To był ptak dzienny, który nawet przez sen chichotał nad soczystą treścią dnia, nad robakami, ślimakami i kurzem.

Starszy pan w fotelu - pan Oliver, emerytowany urzędnik kolonialny z Indii - powiedział, że jeśli dobrze słyszał, to miejsce, które wybrali pod zbiornik kanalizacyjny, znajduje się na rzymskiej drodze. Z samolotu, powiedział, nadal wyraźnie widać bruzdy pozostawione przez Brytów, Rzymian, przez elżbietańskie dwory i przez pługi, które orały wzgórza pod pszenicę w czasach wojen napoleońskich.

- Ale pan nie pamięta... - zaczęła pani Haines. Nie, tego nie. Pamięta jednak... - i już miał im powiedzieć co, kiedy z zewnątrz dobiegł hałas i weszła Isa, żona jego syna, z włosami splecionymi w warkoczyki, w spłowiałym szlafroku w pawie. Weszła niczym płynący łabędź, ale zawahała się i zatrzymała nagle, zaskoczył ją widok zebranych w pokoju ludzi, zapalone lampy. Siedziała przy swoim synku, który źle się czuje, przeprasza. A o czym rozmawiają?

- Rozmawiamy o kanalizacji - powiedział pan Oliver.

- Cóż to za temat do rozmowy w taki wieczór! - znów wykrzyknęła pani Haines.

A co on mówił o kanalizacji lub o czymkolwiek innym? - zastanawiała się Isa, zwracając głowę w stronę ziemianina, Ruperta Hainesa. Spotkała go kiedyś na kiermaszu dobroczynnym i na towarzyskim turnieju tenisowym. Podał jej wtedy filiżankę i rakietę - to wszystko. Ale w jego pobrużdżonej twarzy zawsze wyczytywała tajemnicę, a w milczeniu - namiętność. Czuła to wtedy, na turnieju i na kiermaszu. Teraz, po raz trzeci, nawet może trochę silniej, poczuła to znowu.

- Pamiętam - wtrącił starszy pan - jak moja matka...

Pamiętał, że matka była bardzo tęga, że puszkę z herbatą zamykała na kluczyk, ale właśnie w tym pokoju ofiarowała mu tomik Byrona. Ponad sześćdziesiąt lat temu, powiedział, matka ofiarowała mu dzieła Byrona właśnie w tym pokoju. Zawahał się.

- "Idzie w Piękności, jak noc, która kroczy"[1] - zacytował. A po chwili jeszcze: - "Nigdy już nie wypłyniem łodzią przy księżyca blasku".

Isa uniosła głowę. Słowa utworzyły dwa kręgi, idealne kręgi, które niosły ich, ją i Hainesa, niczym parę łabędzi po strumieniu. Ale jego śnieżnobiałą pierś otaczała brudna plątanina rzęsy wodnej, a jej błoniaste stopy były uwięzione przez męża, maklera giełdowego. Zakołysała się na trójkątnym taborecie, obwisły jej ciemne warkoczyki, ciało w wypłowiałym szlafroku było jak wałek.

Pani Haines zdała sobie sprawę z uczucia, które tamtych wiązało, a ją wykluczało. Czekała, jak czeka się, aż wybrzmi dźwięk organów, zanim się wyjdzie z kościoła. W samochodzie, w drodze powrotnej do czerwonej willi, wśród łanów zboża, zniszczy to uczucie, jak drozd, który dziobem rozdziera motyle skrzydła. Odczekała dziesięć sekund, po czym wstała, zatrzymała się, a następnie, jakby dosłuchała do końca ostatniego dźwięku, wyciągnęła rękę do pani Gilesowej Oliverowej.

Isa, choć powinna była podnieść się w tej samej chwili, w której wstała pani Haines, siedziała nadal. Pani Haines popatrzyła na nią łapczywie z głębi swych gęsich oczu. "Bardzo panią proszę, pani Oliver, proszę mi zrobić ten zaszczyt i zauważyć moje istnienie..." - do czego Isa została ostatecznie zmuszona. Podniosła się wreszcie z krzesła, w wypłowiałym szlafroku, z warkoczykami opadającymi na ramiona.

?