Michaś. Wywiad rzeka z Michałem Urbaniakiem - Jacek Górecki

Kup ebooka

51.90 zł
42.04 zł (40,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NA PO­CZĄTKU BYŁ JAZZ

"Sny są je­dyną rze­czy­wi­sto­ścią", ma­wiał Fe­de­rico Fel­lini. We śnie mo­żesz wszystko. Im­pro­wi­zo­wać. Pod­ska­ki­wać na kil­ku­ty­sięcz­niki. No­sić dłu­gie wąsy z mleka. Mieć wszystko. Mieć każ­dego. Mieć i być. Mo­żesz od­być nie­odbyte roz­mowy albo te w cza­sie daw­nym urwane do­koń­czyć. Prze­rwane ob­ję­cia we śnie się sca­lają. Skle­jają lep­kim le­pem. Za­po­mnie­nie za­mie­nia się w usza­no­wa­nie. Prze­grana w zwy­cię­stwo. Wczo­raj w ju­tro. A po­dróż na mroźną Pół­noc jest upal­nym Po­łu­dniem. Lu­dzie się go­dzą, prze­ba­czają, mó­wią naj­pięk­niej­sze słowa, nie­rzadko mó­wią po raz pierw­szy: "Ko­cham cię". W ta­kim śnie masz wła­dzę nad swoim ży­ciem. Tylko we śnie mo­żesz do­ko­nać naj­więk­szego. Osią­gnąć speł­nie­nie. Od­po­wie­dzieć na py­ta­nie o sens ży­cia. Ta­kim snem jest nie­wąt­pli­wie ży­cie Mi­chała Urba­niaka. Ar­ty­sty. Jazz­mana. Pre­kur­sora. Nie­po­praw­nego ro­man­tyka. Mo­men­tami bluź­nier­czego. Nie­win­nego ma­rzy­ciela. Cza­ro­dzieja dźwię­ków. Stwo­rzo­nego z ko­biet. Moż­liwe, że po­dob­nie jak w przy­padku Fel­li­niego, Urba­niak jest ko­bietą. A przy­naj­mniej jego du­sza. To cho­lerny wraż­li­wiec. Ame­ry­ka­nin uro­dzony w War­sza­wie, wy­cho­wany w Ło­dzi. Ale przede wszyst­kim czło­wiek, który ko­cha. Ko­cha ży­cie. He­do­ni­sta. Sma­kosz. Dla nie­któ­rych bluź­nierca.

Po­mysł do­tknię­cia Mi­chała Urba­niaka po­ja­wił się je­sie­nią 2021 roku. Je­sienne li­ście jak w szla­gie­rze Jo­se­pha Ko­smy po­trzą­sał wiatr. Spo­tka­li­śmy się wtedy pod­czas ja­kie­goś wy­wiadu, do ja­kiejś ga­zety. Ty­tuły nie mają zna­cze­nia. Wszystko tylko gdzieś, coś, na chwilę, na mo­ment. Pod­czas tego spo­tka­nia zro­zu­mia­łem, że ta jedna roz­mowa wy­maga roz­sze­rze­nia. Po­więk­sze­nia. Do­ty­kam bo­wiem au­to­ry­tetu, a o au­to­ry­te­tach się za­po­mina. Je­rzy Trela, wy­bitny ak­tor, po­wie­dział kie­dyś: "Nie rób­cie z te­atru ham­bur­gera". I wła­śnie o ten sza­cu­nek i au­to­ry­tety cały czas mi cho­dzi. Żeby oca­lić od za­po­mnie­nia... Żeby pro­wo­ko­wać ko­lejne po­ko­le­nia do za­glą­da­nia tam, gdzie się nie za­gląda. To tak jak z le­gen­darną pri­ma­ba­le­riną Niną No­vak, ba­let­mi­strzy­nią oraz pe­da­gożką Bal­let Russe de Monte-Carlo, która otwo­rzyła znaną na cały świat szkołę ba­le­tową w Ca­ra­cas. Cały świat oprócz Pol­ski. Kiedy spo­tka­łem się z nią na rok przed jej śmier­cią, opo­wia­dała mi, że ma żal do kraju, w któ­rym się uro­dziła, a w któ­rym czuje się nie­po­trzebna, za­po­mniana, nie­znana. Nie­pa­mięć jest po­cząt­kiem końca. Po­cząt­kiem za­głady. A jak po­wie­działa mi nie­gdyś Gołda Ten­cer: "Do­póki jest pa­mięć, jest czło­wie­czeń­stwo".

O Mi­chale Urba­niaku po­nad dzie­sięć lat temu po­wstała już jedna książka - Ja, Urba­na­tor. Awan­tury mu­zyka jaz­zo­wego. Wy­bit­nie na­pi­sana przez An­drzeja Ma­ko­wiec­kiego. Dla mnie ważne było, by do­pu­ścić do głosu czło­wieka, bez au­to­cen­zury, bez nie­wy­god­nych te­ma­tów. Za­dać mu przy oka­zji ju­bi­le­uszu osiem­dzie­sią­tych uro­dzin naj­waż­niej­sze py­ta­nia i po­do­ty­kać wspól­nie ta­kich ha­seł jak mi­łość, oj­czy­zna, śmierć, roz­cza­ro­wa­nie, suk­ces, pie­nią­dze, zdrada. Kiedy oka­zało się, że za­czy­namy pracę po snach Mi­chała, jego pa­mięci, wie­dzia­łem, że in­te­re­suje mnie tylko on. Jego głowa. Du­sza. To, co chce po­wie­dzieć, wy­kre­ować, prze­mil­czeć. In­te­re­sują mnie jego prawdy i wer­sje wy­da­rzeń. Jego fan­ta­zje na swój wła­sny te­mat. Wszyst­kie żony, dzieci, przy­ja­ciele, prze­chod­nie na ulicy, osoby trze­cie, czwarte i dal­sze w epo­kach zo­sta­wiam na zdję­ciach. Na wer­sal­kach, w kry­no­li­nach, ca­ło­do­bo­wych im­pre­zach do rana. Nie­ru­chome. Wy­cho­dzę z za­ło­że­nia, że bio­gra­fie nie mają w so­bie wiele z prawdy. Są fan­ta­sma­go­rią au­tora, po­pi­sem i wer­sją wy­da­rzeń wielu lu­dzi. Czę­sto to, co czy­tamy, jest tylko ułam­kiem wy­rzu­co­nej tre­ści, nie­zgodną z wi­ze­run­kiem brudną plamką, rąb­kiem spód­nicy. Przez lata pracy zro­zu­mia­łem, że je­dyną i praw­dziwą roz­mowę otrzy­muję tylko ja. Na miej­scu. Na go­rąco. Na tu i te­raz. A po­tem wcho­dzi au­to­cen­zura, która na ka­na­pach w te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej lśni, ucie­ka­jąc od praw­dzi­wego zda­nia, ła­piąc się na po­praw­no­ści po­li­tycz­nej. Au­to­kre­acja.

Mi­chał mógłby być moim oj­cem. Może na­wet dziad­kiem. W końcu w pa­pie­rach róż­nica wieku mię­dzy nami jest im­po­nu­jąca. Jed­nak tu nie cho­dzi o liczby, ale o po­wią­za­nie. A zwią­za­li­śmy się na tyle sil­nie, że po­mię­dzy roz­mo­wami pa­dły słowa naj­waż­niej­sze, któ­rych tu nie ma. Nie ma. Nie wszystko jest na sprze­daż. Dla wielu sprze­da­jemy tu i tak za dużo, bo le­piej jest mil­czeć. Ale Mi­chał Urba­niak jako czło­wiek stwo­rzony z jazzu nie ucieka od nie­wy­god­nych te­ma­tów, ma wła­sne zda­nie, a to w dzi­siej­szych cza­sach nie jest po­wszechne - dla mnie jest to war­tość. Zda­nie dla wielu mocne, kon­tro­wer­syjne, prze­mą­drzałe, mą­dre, in­spi­ru­jące - niech każdy do­pi­sze, co chce. Ale je ma. Od­daję w wa­sze ręce zbiór dzie­się­ciu roz­mów, które - ni­czym przy­ka­za­nia - mogą być za­równo in­spi­ra­cją, jak i - w wielu wy­pad­kach - prze­strogą. Przede wszyst­kim wie­rzę, że będą pre­tek­stem do roz­mowy i próbą od­po­wie­dze­nia so­bie na py­ta­nia: kim je­stem?; kim chciał­bym być?; a kim inni chcą, że­bym był? No i słu­chaj­cie jazzu! Urba­niaka też.

I . LE­GENDA

Masz świa­do­mość tego, kim je­steś?

Je­stem Mi­cha­łem Urba­nia­kiem, wszel­kie ha­sła typu "le­genda" mnie nie in­te­re­sują. Oczy­wi­ście, znam swoją war­tość i cią­gle się szczy­pię, spraw­dzam, czy aby przy­pad­kiem moje ży­cie to nie sen. Sen, który nad ra­nem na­gle za­mieni się w bru­talną rze­czy­wi­stość. Piękny sen o we­so­łym mia­steczku, w któ­rym dziecko z otwartą bu­zią za­li­cza po ko­lei wszyst­kie atrak­cje, od ró­żo­wej waty cu­kro­wej, gi­gan­tycz­nych lo­dów z po­lewą cze­ko­la­dową po ga­bi­net stra­chu i dia­bel­ski młyn. Rol­ler­co­aster. Kie­dyś Ro­man Po­lań­ski po­wie­dział mi, że ży­cie to jest cyrk. I ja się z nim zga­dzam. W tym cyrku wy­stę­puję jako Mi­chał Urba­niak.

Fe­de­rico Fel­lini ma­wiał, że sny są je­dyną rze­czy­wi­sto­ścią. O czym te­raz śnisz?

Za­czy­namy na­sze roz­mowy pod ko­niec pan­de­mii, w cza­sie, kiedy za wschod­nią gra­nicą to­czy się wojna. Ro­sja za­ata­ko­wała Ukra­inę. Cyrk! I jak wi­dzisz po mo­ich oczach, to py­ta­nie mnie wzru­szyło, bo śnię te­raz o nie­moż­li­wym. Od paru mie­sięcy prze­śla­duje mnie taki sen, w któ­rym nie mogę grać, nie po­tra­fię wy­do­być żad­nego dźwięku. Mę­czę się, pocę i nic. Ci­sza. Za­bi­ja­jąca ci­sza. Pa­ra­li­żu­jąca ci­sza. Kie­dyś obu­dzi­łem się w środku nocy z krzy­kiem, po­czu­ciem, jakby ktoś mi coś za­brał, wy­rwał ze środka coś, bez czego nie od­dy­cham. Serce. Du­szę. Mnie. Urba­niaka. A po­tem spo­strze­głem, że tak się rzu­ca­łem we śnie, że roz­bi­łem sto­jącą na sto­liku noc­nym lampę. Mia­łem w tym cza­sie w snach wiele po­wro­tów do prze­szło­ści, spo­tkań z moją mamą, No­wym Jor­kiem, ko­le­gami z Ame­ryki. Sny po­ma­gały mi prze­trwać ten okres. Kie­dyś przy­śnił mi się Her­bie Han­cock, z któ­rym gra­łem tak jak daw­niej; za­py­ta­łem go pod­czas na­szej ga­ra­żo­wej próby, czy za­gramy wspól­nie ja­kie­goś ma­zurka, on roz­ło­żył ręce, że nie zna nut, i się obu­dzi­łem.

A dzi­siaj co ci się śniło?

Wy­grana w lotto. Sie­dem­dzie­siąt je­den mi­lio­nów, które po­sta­no­wi­łem prze­zna­czyć na sty­pen­dia dla mło­dych skrzyp­ków. To był aku­rat piękny sen, ale wia­do­mość o wy­gra­nej mo­gła do­pro­wa­dzić mnie we śnie do za­wału. Żyję, cho­ciaż też mocno się na­po­ci­łem!

Jak po­ru­szasz się po obec­nej rze­czy­wi­sto­ści?

W ostat­nich trzech la­tach po raz pierw­szy w ży­ciu by­łem spa­ra­li­żo­wany na gra­nie. Spu­chły mi palce, mia­łem pro­blemy reu­ma­to­lo­giczne. A prze­cież zda­rzały się ta­kie mo­menty w moim dłu­gim ży­ciu, że gra­łem bez prze­rwy, po kilka ty­go­dni. Mó­wię o tym dla­tego, że nie­rzadko śle­dzimy losy ar­ty­sty, który do­cho­dzi do ta­kiego punktu w ży­ciu, że ciało od­ma­wia mu po­słu­szeń­stwa i nie może two­rzyć. To jest pa­ra­liż. Zde­rze­nie się ze ścianą. Ko­niec. I co mu wtedy zo­staje? Ga­pie­nie się w okno? Prze­glą­da­nie wspo­mnień, tego, co było i nie wróci? Nie dla mnie ta­kie atrak­cje. Je­stem ty­pem czło­wieka, który nie może mieć za dużo wol­nego czasu, wtedy wkrada się nie­po­trzebne my­śle­nie, a ja za dużo my­śleć nie mogę, bo się w tym gu­bię i za­tra­cam. Moje serce nie ma ro­zumu, kie­ruje się uczu­ciami. Wiąże się to nie­jed­no­krot­nie z kon­se­kwen­cjami, ale taki już je­stem ko­chliwy. Ko­cham ży­cie i czer­pa­nie z niego peł­nymi gar­ściami. Dla­tego nie­ustan­nie i per­ma­nent­nie mu­szę two­rzyć.

Je­steś tro­chę ma­so­chi­stą, lu­bisz ży­cie na kra­wę­dzi.

Może nie na kra­wę­dzi, ale w za­wrot­nym tem­pie, a to jest róż­nica. Szybko, ale bez­piecz­nie. Tego na­uczył mnie Nowy Jork: jak nie pę­dzisz, nie do­bie­gniesz do celu jako pierw­szy. Co cie­kawe, jako dzie­wię­cio­la­tek na­ry­so­wa­łem z ko­legą pro­jekt po­ciągu, który po­mię­dzy Ło­dzią a War­szawą jeź­dziłby za darmo. Lo­ko­mo­tywa na koło za­ma­chowe roz­pę­dza­łaby po­ciąg. Lu­bię tempo, ad­re­na­linę, kre­owa­nie, wy­my­śla­nie, szu­ka­nie od­po­wie­dzi. Ta­kie dzi­waczne po­my­sły, jak ta lo­ko­mo­tywa, do dzi­siaj cho­dzą mi po gło­wie. Nie­stety, czę­sto przez to się nie wy­sy­piam. Jest noc, a ja włą­czam kom­pu­ter, spraw­dzam pocztę, no­tuję szkice mu­zyczne i nim się po­łożę, sło­neczko za oknem.

Pan­de­mia nie była dla cie­bie ła­skawa.

Tuż przed pan­de­mią za­ry­so­wał się plan: War­ner Bros miał ro­bić o mnie film do­ku­men­talny, trasę kon­cer­tową mia­łem za­czy­nać od Blue Note w No­wym Jorku, a w maju mie­li­śmy le­cieć na do­ku­men­ta­cję. Przy­szedł lock­down. Plany za­częły się roz­wie­wać. Po­cząt­kowo co­vid na­wet mnie ucie­szył. Do­sta­łem wolny czas, który chcia­łem prze­zna­czyć na to, czego nie mo­głem zro­bić, bę­dąc przez sześć­dzie­siąt lat w tra­sie kon­cer­to­wej. Upo­rząd­ko­wa­nie ca­łego ar­chi­wum, na­pi­sa­nie no­wych nut, prze­or­ga­ni­zo­wa­nie stu­dia, do­krę­ca­nie ja­kichś nie­do­krę­co­nych rze­czy. Chuj. Nic z tego nie wy­szło. Trzy ty­go­dnie póź­niej wsta­wa­łem wła­ści­wie po to, żeby się po­ło­żyć. Prze­le­ża­łem wiele dni, oglą­da­jąc ka­nały in­for­ma­cyjne, za­pa­da­jąc w dość długi zi­mowy sen. Kiedy w tym cza­sie dzwo­ni­li­śmy do sie­bie z Wojt­kiem Ka­ro­la­kiem, czę­sto śmia­li­śmy się, że je­ste­śmy w ja­kimś ma­ra­zmie te­le­wi­zyj­nym. I tak mi­jały noce i dnie, po­goda za oknem nie miała zna­cze­nia, nic mnie nie mo­ty­wo­wało, aż w końcu od tego spa­nia wy­sia­dło mi serce. W ciągu ostat­nich kil­ku­na­stu lat prze­sze­dłem dwa­na­ście ope­ra­cji. Serce, prze­pu­klina, bio­dra, sprawy, które mnie do tej pory nie do­ty­czyły. Ni­gdy wcze­śniej nie mia­łem czasu na cho­ro­wa­nie. Gra­łem kon­certy z go­rączką, wzmac­nia­jąc się pi­wem z wódką, i by­łem nie­znisz­czalny jak Ka­pi­tan Ame­ryka! Aż tu na­gle pi­żamka i Mi­chaś kła­dzie się do szpi­tala. Nie dla mnie cho­ro­wa­nie i le­że­nie w łóżku!

Mu­zyka jako nar­ko­tyk two­jego ży­cia, wierna ko­chanka, nie po­mo­gła ci się z tego wy­do­stać?

Mu­zyka po raz pierw­szy ze­szła na bok. Za­kła­da­łem słu­chawki i za­czy­na­łem oglą­dać TVN24 lub CNN. Ska­ka­łem po ka­na­łach in­for­ma­cyj­nych i po­pa­da­łem we fru­stra­cję przez świat, który roz­pada się na ka­wałki. I z po­zy­cji le­żą­cej, w izo­la­cji, za­mknię­ciu nie da się tego świata po­skła­dać. Na ko­niec by­łem już tak zmę­czony cię­ża­rem tra­ge­dii i bez­na­dziej­nych wia­do­mo­ści, które pły­nęły ze wszyst­kich stron, że nie mia­łem siły na mu­zykę. Nie dzi­wię się, że wielu lu­dzi cierpi na de­pre­sję, sa­mot­ność to naj­po­tęż­niej­sza cho­roba XXI wieku. Wina w du­żej mie­rze leży wła­śnie po stro­nie me­diów, które bom­bar­dują na­sze umy­sły przy­gnę­bia­ją­cymi in­for­ma­cjami, nie ma miej­sca na pa­sję i opo­wieść o sztuce. Edu­ka­cja stała się wro­giem spo­łe­czeń­stwa. Gdyby za­miast cięż­kich, smut­nych new­sów stwo­rzyć pro­gram o mu­zyce, jaz­zie, przy­ro­dzie czy hi­sto­rii świata, lu­dzie nie by­liby tacy zdo­ło­wani ży­ciem, a wręcz prze­ciw­nie, by­liby go cie­kawi.

Bez­piecz­niej jest nie wie­dzieć?

Nie chcę na­rze­kać, bo spo­ty­kam na swo­jej dro­dze wielu lu­dzi, z któ­rymi pro­wa­dzę świetne roz­mowy, mło­dych, któ­rzy mnie in­spi­rują i za­ska­kują, od­kry­wa­jąc przede mną mu­zykę, o któ­rej nie wie­dzia­łem. Lu­bię no­wo­ści i lu­bię być za­ska­ki­wany. Ale w te­ma­cie me­diów, ka­na­łów in­for­ma­cyj­nych, te­le­wi­zji śnia­da­nio­wych i tak da­lej jest nie­stety źle. Sprze­daje się po­pe­lina, au­to­ry­tety są za­sy­py­wane po­pio­łem. Jak nie po­każe się go­łej dupy czy kilku tru­pów, to nie ma pro­gramu, te­le­wi­zja nie ist­nieje. A gdzie war­tość, edu­ka­cja?

Nie za­po­mnę, jak pre­zen­terka w te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej jed­nym tchem po­in­for­mo­wała o śmierci wiel­kich mi­strzów te­atru, Je­rzego Treli i Igna­cego Go­go­lew­skiego, po czym szybko prze­szła do go­rą­cych new­sów z burz­li­wego ży­cia Brit­ney Spe­ars.

Ogłu­pia­nie za­stą­piło war­tość. Ta­kim lu­dziom jak Je­rzy Trela po­winno się po­świę­cić pół pro­gramu. Cza­sem mnie korci, żeby stwo­rzyć ja­kie­goś newsa na pierw­szą stronę wszyst­kich tych szma­tław­ców, które pod­eks­cy­to­wane będą go prze­dru­ko­wy­wać, a po­tem po­ka­zać środ­kowy pa­lec i po­wie­dzieć, że to był żart.

Nie­dawno w me­diach po­ja­wiła się in­for­ma­cja, że umie­rasz.

By­łem w szpi­talu w Ani­nie na za­biegu, ktoś po­wie­dział dwa zda­nia za dużo i po­szła wia­do­mość do me­diów, że trzeba się za mnie mo­dlić, bo umie­ram. Do­sia, moja żona, miała te­le­fo­niczny ar­ma­ge­don przez trzy dni. Uprze­dziła mnie, że za­czną wy­dzwa­niać z dziw­nymi py­ta­niami. Ju­rek Owsiak przy­je­chał do szpi­tala spraw­dzić, co się dzieje. A ja nie umar­łem. Zmar­twych­wsta­łem i mam ochotę na dużo sza­leń­stwa.

Prze­czy­ta­łeś kie­dyś o so­bie coś, co cię za­bo­lało?

Mam do tego dy­stans, więc mnie to nie boli. Może je­dyne, co jest uciąż­liwe, to ar­ty­kuły o moim sta­nie zdro­wia, bo wtedy za­czy­nają się nie­koń­czące się te­le­fony od bli­skich zna­jo­mych i tych, któ­rzy przez lata do mnie nie dzwo­nili. A tu na­gle te­le­fon, żeby za­py­tać, jak się czuję. I każ­demu trzeba tłu­ma­czyć, jak jest na­prawdę. Wszyst­kich, któ­rzy chcie­liby mnie po­cho­wać, in­for­muję, że sak­so­fony za­częły z po­wro­tem fru­wać, a wa­lizki cią­gle się nie do­my­kają. Nie za­mie­rzam zejść ze sceny.

W książce Ja, Urba­na­tor. Awan­tury mu­zyka jaz­zo­wego, wy­da­nej dwa­na­ście lat temu, au­tor­stwa two­jego przy­ja­ciela z dzie­ciń­stwa, An­drzeja Ma­ko­wiec­kiego, wy­zna­jesz: "Je­stem Ame­ry­ka­ni­nem". Ale Ame­ryka w ostat­nich la­tach od­dala się od cie­bie.

Przez cały okres pan­de­mii cią­gle za­da­wa­łem so­bie py­ta­nia: "Co ja ro­bię w Pol­sce?" i "Po co tu je­stem?". Za­dzwo­ni­łem na­wet kie­dyś do Uli Du­dziak, mo­jej pierw­szej żony, z którą cały czas mam do­bry kon­takt. Za­czą­łem się jej zwie­rzać, że ta pan­de­mia i za­mknię­cie mnie nisz­czą, a przez to wszyst­kie cho­roby, które się uak­tyw­niły, mnie wy­koń­czą. Ona mi wtedy na­ka­zała: "Pa­kuj się i za­pier­da­laj na lot­ni­sko!". Nie było to moż­liwe z po­wodu mo­jego stanu zdro­wia. Po­wie­dzia­łem jej, że bra­kuje mi gra­nia w Ame­ryce, że przez cho­robę boję się się­gnąć po in­stru­ment. Krzyk­nęła wtedy na mnie, że jak to, ja nie dam rady? "Przy­po­mnij so­bie, ile razy się pod­nio­słeś". Nie­raz się bu­dzę i my­ślę, żeby się spa­ko­wać i uciec.

Wie­sław My­śliw­ski na­pi­sał, że nie­zwy­kle ważne jest mieć po­czu­cie, że ma się dom. Nie­ko­niecz­nie musi to być ten, z któ­rego po­cho­dzisz. Po­dob­nie jak z oj­czy­zną - trzeba zna­leźć taką, która jest na­sza, nie­ko­niecz­nie tę, w któ­rej przy­szli­śmy na świat. Gdzie jest twój praw­dziwy dom?

Ze mną nie da się w Pol­sce zbu­do­wać domu, a może wła­ści­wie ni­g­dzie się nie da skon­stru­ować tak so­lid­nych ścian, które za­trzy­ma­łyby mnie na za­wsze. Cho­ciaż miej­sce, które stwo­rzy­li­śmy z Do­sią na war­szaw­skiej Woli, daje mi po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i jest pod­stawą do tego, bym mógł się speł­niać. Mój pierw­szy dom jest jed­nak w No­wym Jorku. Do­mem jest mia­sto, dziel­nice są po­ko­jami, a lu­dzie mo­imi są­sia­dami, do któ­rych za­wsze mogę za­ga­dać. Nie po­trze­buję ścian, po­trze­buję wol­nej prze­strzeni Man­hat­tanu. Być może za bar­dzo żyję prze­szło­ścią. Ale to Ame­ryka była moim ży­cio­wym ma­rze­niem, które się speł­niło. Dla­tego obecna roz­łąka z nią jest nie­ła­twa. Mija rok, mi­jają dwa, trzy lata, moi przy­ja­ciele od­cho­dzą, osoby, z któ­rymi gra­łem, zni­kają z mapy No­wego Jorku i po­wrót do ją­dra i sensu ży­cia się od­dala. Jest jak od­pły­wa­jący sta­tek na oce­anie; ten sta­tek z cza­sem jest co­raz mniej­szy i tra­cimy go z za­sięgu wzroku.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki