I . LEGENDA
Masz świadomość tego, kim jesteś?
Jestem Michałem Urbaniakiem, wszelkie hasła typu "legenda" mnie nie interesują. Oczywiście, znam swoją wartość i ciągle się szczypię, sprawdzam, czy aby przypadkiem moje życie to nie sen. Sen, który nad ranem nagle zamieni się w brutalną rzeczywistość. Piękny sen o wesołym miasteczku, w którym dziecko z otwartą buzią zalicza po kolei wszystkie atrakcje, od różowej waty cukrowej, gigantycznych lodów z polewą czekoladową po gabinet strachu i diabelski młyn. Rollercoaster. Kiedyś Roman Polański powiedział mi, że życie to jest cyrk. I ja się z nim zgadzam. W tym cyrku występuję jako Michał Urbaniak.
Federico Fellini mawiał, że sny są jedyną rzeczywistością. O czym teraz śnisz?
Zaczynamy nasze rozmowy pod koniec pandemii, w czasie, kiedy za wschodnią granicą toczy się wojna. Rosja zaatakowała Ukrainę. Cyrk! I jak widzisz po moich oczach, to pytanie mnie wzruszyło, bo śnię teraz o niemożliwym. Od paru miesięcy prześladuje mnie taki sen, w którym nie mogę grać, nie potrafię wydobyć żadnego dźwięku. Męczę się, pocę i nic. Cisza. Zabijająca cisza. Paraliżująca cisza. Kiedyś obudziłem się w środku nocy z krzykiem, poczuciem, jakby ktoś mi coś zabrał, wyrwał ze środka coś, bez czego nie oddycham. Serce. Duszę. Mnie. Urbaniaka. A potem spostrzegłem, że tak się rzucałem we śnie, że rozbiłem stojącą na stoliku nocnym lampę. Miałem w tym czasie w snach wiele powrotów do przeszłości, spotkań z moją mamą, Nowym Jorkiem, kolegami z Ameryki. Sny pomagały mi przetrwać ten okres. Kiedyś przyśnił mi się Herbie Hancock, z którym grałem tak jak dawniej; zapytałem go podczas naszej garażowej próby, czy zagramy wspólnie jakiegoś mazurka, on rozłożył ręce, że nie zna nut, i się obudziłem.
A dzisiaj co ci się śniło?
Wygrana w lotto. Siedemdziesiąt jeden milionów, które postanowiłem przeznaczyć na stypendia dla młodych skrzypków. To był akurat piękny sen, ale wiadomość o wygranej mogła doprowadzić mnie we śnie do zawału. Żyję, chociaż też mocno się napociłem!
Jak poruszasz się po obecnej rzeczywistości?
W ostatnich trzech latach po raz pierwszy w życiu byłem sparaliżowany na granie. Spuchły mi palce, miałem problemy reumatologiczne. A przecież zdarzały się takie momenty w moim długim życiu, że grałem bez przerwy, po kilka tygodni. Mówię o tym dlatego, że nierzadko śledzimy losy artysty, który dochodzi do takiego punktu w życiu, że ciało odmawia mu posłuszeństwa i nie może tworzyć. To jest paraliż. Zderzenie się ze ścianą. Koniec. I co mu wtedy zostaje? Gapienie się w okno? Przeglądanie wspomnień, tego, co było i nie wróci? Nie dla mnie takie atrakcje. Jestem typem człowieka, który nie może mieć za dużo wolnego czasu, wtedy wkrada się niepotrzebne myślenie, a ja za dużo myśleć nie mogę, bo się w tym gubię i zatracam. Moje serce nie ma rozumu, kieruje się uczuciami. Wiąże się to niejednokrotnie z konsekwencjami, ale taki już jestem kochliwy. Kocham życie i czerpanie z niego pełnymi garściami. Dlatego nieustannie i permanentnie muszę tworzyć.
Jesteś trochę masochistą, lubisz życie na krawędzi.
Może nie na krawędzi, ale w zawrotnym tempie, a to jest różnica. Szybko, ale bezpiecznie. Tego nauczył mnie Nowy Jork: jak nie pędzisz, nie dobiegniesz do celu jako pierwszy. Co ciekawe, jako dziewięciolatek narysowałem z kolegą projekt pociągu, który pomiędzy Łodzią a Warszawą jeździłby za darmo. Lokomotywa na koło zamachowe rozpędzałaby pociąg. Lubię tempo, adrenalinę, kreowanie, wymyślanie, szukanie odpowiedzi. Takie dziwaczne pomysły, jak ta lokomotywa, do dzisiaj chodzą mi po głowie. Niestety, często przez to się nie wysypiam. Jest noc, a ja włączam komputer, sprawdzam pocztę, notuję szkice muzyczne i nim się położę, słoneczko za oknem.
Pandemia nie była dla ciebie łaskawa.
Tuż przed pandemią zarysował się plan: Warner Bros miał robić o mnie film dokumentalny, trasę koncertową miałem zaczynać od Blue Note w Nowym Jorku, a w maju mieliśmy lecieć na dokumentację. Przyszedł lockdown. Plany zaczęły się rozwiewać. Początkowo covid nawet mnie ucieszył. Dostałem wolny czas, który chciałem przeznaczyć na to, czego nie mogłem zrobić, będąc przez sześćdziesiąt lat w trasie koncertowej. Uporządkowanie całego archiwum, napisanie nowych nut, przeorganizowanie studia, dokręcanie jakichś niedokręconych rzeczy. Chuj. Nic z tego nie wyszło. Trzy tygodnie później wstawałem właściwie po to, żeby się położyć. Przeleżałem wiele dni, oglądając kanały informacyjne, zapadając w dość długi zimowy sen. Kiedy w tym czasie dzwoniliśmy do siebie z Wojtkiem Karolakiem, często śmialiśmy się, że jesteśmy w jakimś marazmie telewizyjnym. I tak mijały noce i dnie, pogoda za oknem nie miała znaczenia, nic mnie nie motywowało, aż w końcu od tego spania wysiadło mi serce. W ciągu ostatnich kilkunastu lat przeszedłem dwanaście operacji. Serce, przepuklina, biodra, sprawy, które mnie do tej pory nie dotyczyły. Nigdy wcześniej nie miałem czasu na chorowanie. Grałem koncerty z gorączką, wzmacniając się piwem z wódką, i byłem niezniszczalny jak Kapitan Ameryka! Aż tu nagle piżamka i Michaś kładzie się do szpitala. Nie dla mnie chorowanie i leżenie w łóżku!
Muzyka jako narkotyk twojego życia, wierna kochanka, nie pomogła ci się z tego wydostać?
Muzyka po raz pierwszy zeszła na bok. Zakładałem słuchawki i zaczynałem oglądać TVN24 lub CNN. Skakałem po kanałach informacyjnych i popadałem we frustrację przez świat, który rozpada się na kawałki. I z pozycji leżącej, w izolacji, zamknięciu nie da się tego świata poskładać. Na koniec byłem już tak zmęczony ciężarem tragedii i beznadziejnych wiadomości, które płynęły ze wszystkich stron, że nie miałem siły na muzykę. Nie dziwię się, że wielu ludzi cierpi na depresję, samotność to najpotężniejsza choroba XXI wieku. Wina w dużej mierze leży właśnie po stronie mediów, które bombardują nasze umysły przygnębiającymi informacjami, nie ma miejsca na pasję i opowieść o sztuce. Edukacja stała się wrogiem społeczeństwa. Gdyby zamiast ciężkich, smutnych newsów stworzyć program o muzyce, jazzie, przyrodzie czy historii świata, ludzie nie byliby tacy zdołowani życiem, a wręcz przeciwnie, byliby go ciekawi.
Bezpieczniej jest nie wiedzieć?
Nie chcę narzekać, bo spotykam na swojej drodze wielu ludzi, z którymi prowadzę świetne rozmowy, młodych, którzy mnie inspirują i zaskakują, odkrywając przede mną muzykę, o której nie wiedziałem. Lubię nowości i lubię być zaskakiwany. Ale w temacie mediów, kanałów informacyjnych, telewizji śniadaniowych i tak dalej jest niestety źle. Sprzedaje się popelina, autorytety są zasypywane popiołem. Jak nie pokaże się gołej dupy czy kilku trupów, to nie ma programu, telewizja nie istnieje. A gdzie wartość, edukacja?
Nie zapomnę, jak prezenterka w telewizji śniadaniowej jednym tchem poinformowała o śmierci wielkich mistrzów teatru, Jerzego Treli i Ignacego Gogolewskiego, po czym szybko przeszła do gorących newsów z burzliwego życia Britney Spears.
Ogłupianie zastąpiło wartość. Takim ludziom jak Jerzy Trela powinno się poświęcić pół programu. Czasem mnie korci, żeby stworzyć jakiegoś newsa na pierwszą stronę wszystkich tych szmatławców, które podekscytowane będą go przedrukowywać, a potem pokazać środkowy palec i powiedzieć, że to był żart.
Niedawno w mediach pojawiła się informacja, że umierasz.
Byłem w szpitalu w Aninie na zabiegu, ktoś powiedział dwa zdania za dużo i poszła wiadomość do mediów, że trzeba się za mnie modlić, bo umieram. Dosia, moja żona, miała telefoniczny armagedon przez trzy dni. Uprzedziła mnie, że zaczną wydzwaniać z dziwnymi pytaniami. Jurek Owsiak przyjechał do szpitala sprawdzić, co się dzieje. A ja nie umarłem. Zmartwychwstałem i mam ochotę na dużo szaleństwa.
Przeczytałeś kiedyś o sobie coś, co cię zabolało?
Mam do tego dystans, więc mnie to nie boli. Może jedyne, co jest uciążliwe, to artykuły o moim stanie zdrowia, bo wtedy zaczynają się niekończące się telefony od bliskich znajomych i tych, którzy przez lata do mnie nie dzwonili. A tu nagle telefon, żeby zapytać, jak się czuję. I każdemu trzeba tłumaczyć, jak jest naprawdę. Wszystkich, którzy chcieliby mnie pochować, informuję, że saksofony zaczęły z powrotem fruwać, a walizki ciągle się nie domykają. Nie zamierzam zejść ze sceny.
W książce Ja, Urbanator. Awantury muzyka jazzowego, wydanej dwanaście lat temu, autorstwa twojego przyjaciela z dzieciństwa, Andrzeja Makowieckiego, wyznajesz: "Jestem Amerykaninem". Ale Ameryka w ostatnich latach oddala się od ciebie.
Przez cały okres pandemii ciągle zadawałem sobie pytania: "Co ja robię w Polsce?" i "Po co tu jestem?". Zadzwoniłem nawet kiedyś do Uli Dudziak, mojej pierwszej żony, z którą cały czas mam dobry kontakt. Zacząłem się jej zwierzać, że ta pandemia i zamknięcie mnie niszczą, a przez to wszystkie choroby, które się uaktywniły, mnie wykończą. Ona mi wtedy nakazała: "Pakuj się i zapierdalaj na lotnisko!". Nie było to możliwe z powodu mojego stanu zdrowia. Powiedziałem jej, że brakuje mi grania w Ameryce, że przez chorobę boję się sięgnąć po instrument. Krzyknęła wtedy na mnie, że jak to, ja nie dam rady? "Przypomnij sobie, ile razy się podniosłeś". Nieraz się budzę i myślę, żeby się spakować i uciec.
Wiesław Myśliwski napisał, że niezwykle ważne jest mieć poczucie, że ma się dom. Niekoniecznie musi to być ten, z którego pochodzisz. Podobnie jak z ojczyzną - trzeba znaleźć taką, która jest nasza, niekoniecznie tę, w której przyszliśmy na świat. Gdzie jest twój prawdziwy dom?
Ze mną nie da się w Polsce zbudować domu, a może właściwie nigdzie się nie da skonstruować tak solidnych ścian, które zatrzymałyby mnie na zawsze. Chociaż miejsce, które stworzyliśmy z Dosią na warszawskiej Woli, daje mi poczucie bezpieczeństwa i jest podstawą do tego, bym mógł się spełniać. Mój pierwszy dom jest jednak w Nowym Jorku. Domem jest miasto, dzielnice są pokojami, a ludzie moimi sąsiadami, do których zawsze mogę zagadać. Nie potrzebuję ścian, potrzebuję wolnej przestrzeni Manhattanu. Być może za bardzo żyję przeszłością. Ale to Ameryka była moim życiowym marzeniem, które się spełniło. Dlatego obecna rozłąka z nią jest niełatwa. Mija rok, mijają dwa, trzy lata, moi przyjaciele odchodzą, osoby, z którymi grałem, znikają z mapy Nowego Jorku i powrót do jądra i sensu życia się oddala. Jest jak odpływający statek na oceanie; ten statek z czasem jest coraz mniejszy i tracimy go z zasięgu wzroku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki