Rozdział pierwszy
Walizka nie chciała się dopiąć.
Edyta wstała z klęczek i z impetem na niej usiadła. Pomogło.
"A więc to by było na tyle. Jestem spakowana. Zaraz, zaraz! Czy ja
wzięłam ten sweter w paski?"
Nie mogła sobie tego przypomnieć, więc po raz kolejny rozpięła zamki.
Sweter, złożony w idealną kostkę, leżał na samym wierzchu.
"Nie biorę go".
Ostrożnie, żeby się nie rozwinął, odniosła sweter do komody.
"Po co chciałam go zabrać, skoro go nie lubię? Owszem, jest ładny, ale
przecież gryzie. A walizka musi się zapinać bez problemu, bo ojciec na
pewno sprawdzi".
Wyjeżdżała do Warszawy, do cioci, a raczej do wujostwa. Miała tam
chodzić do trzeciej klasy gimnazjum, a potem... to się jeszcze okaże, co
będzie potem. Rok był dla Edyty takim samym odcinkiem czasu jak
sześćdziesiąt pięć milionów lat, czyli niewyobrażalnie długim.
Edyta zaczęła kolejną selekcję. Najchętniej pozbyłaby się sztywnych od
nowości lektur szkolnych, ale tego ojciec by jej nie darował. Na samo
dno wrzuciła więc trzy książki. Do Mitów greckich Parandowskiego
ojciec włożył kartkę, na której wykaligrafował:
Czas pokaże, czy będziesz córką moich marzeń. Nie zawiedź mnie.
Edyta spojrzała na okładkę i aż się wzdrygnęła.
"Czas już pokazał, tatusiu - pomyślała i zapatrzyła się w okno. -
Koniec. Mam się tylko spakować, żadnych rozmyślań. Skarpetki. Które
wziąć, a które zostawić? Brać raczej wygodne czy raczej ładne?".
Dlaczego ładne tak rzadko są wygodne?
Bluzki.
Najchętniej zabrałaby wszystkie, ale wtedy nie zmieszczą się buty.
Trudno. Na razie zabierze tylko letnie pantofle i jedne na deszcz. Były
większe zmartwienia. Na przykład takie, żeby w drodze na dworzec nie
spotkać nikogo znajomego. A przynajmniej nikogo, kto będzie wiedział o tym, co się stało.
Edyta znów się wzdrygnęła.
"Nie wiem, czy kogokolwiek na świecie spotkało coś tak okropnego jak
mnie".
Na szczęście wypracowała bardzo skuteczną metodę: gdy tylko opadały ją
myśli o sprawie Łukasza - o tym, co przez niego musi znosić, językiem
zaczynała liczyć sobie zęby. Górna lewa jedynka, górna lewa dwójka,
górna lewa trójka ... Przy dolnych prawych czwórkach niemiłe wspomnienia
znikały. Tym razem wystarczyło doliczyć do górnej prawej trójki.
Jeszcze raz zajrzała do walizki.
"Chyba wszystko. Tak, na pewno już wszystko". Kapcie dorzuci w ostatniej
chwili.
- Dzień dobry, Edyto. - W drzwiach jej pokoju stanął ojciec.
- Dzień dobry, tato. - Podniosła się z kolan i nadstawiła ojcu czoło.
Pocałował ją.
- Widzę, że się szykujesz. Bardzo dobrze. A gdzie mama?
- U sąsiadki.
- U której?
- U Malczewskiej. Pomaga jej wieszać firanki. - Ktoś inny może by nie
zauważył, że ojciec zmarszczył brwi, ale Edyta zauważyła od razu. Czym
prędzej więc dodała: - Zaraz ci odgrzeję obiad. Mamy dziś krupnik, zrazy
z kaszą i buraczki.
Ojciec nic nie powiedział. Jak zawsze zamknął się na kilka minut w łazience, a potem usiadł przy stole i sięgnął po przygotowaną dla niego
gazetę.
- Proszę, tato. - Edyta wniosła talerz z dymiącą smakowicie zupą.
Ociec sięgnął po chleb i nie odrywając wzroku od gazety, zaczął jeść.
Edyta wróciła do kuchni przypilnować kaszy i zrazów. Nawet nie chciała
myśleć, co by się stało, gdyby coś przypaliła.
- Edytko!
- Tak, tato?
- I pamiętaj, żebym nie usłyszał słowa skargi na ciebie. A chleb krój
cieniej. Zobacz, jak niezdarnie to zrobiłaś...
Edyta przepraszająco kiwnęła głową.
- Tato, to ja pójdę się dopakować.
- Nie. Miałaś na to czas. Za chwilę znikasz z domu. Chcę się tobą
jeszcze nacieszyć.
Edyta usiadła na brzegu krzesła i patrzyła, jak ojciec bez słowa je
kaszę i zrazy.
Zazgrzytał klucz w zamku i weszła mama Edyty. Pulchna, zadbana, była
lekko zaczerwieniona i zdyszana, jakby po biegu.
- O, jesteś już, kochanie.
- Jestem. Możesz już iść się pakować, Edyto. Potem zobaczę, czy nie za
dużo rzeczy tam ze sobą ciągniesz.
Edyta czym prędzej poszła do swojego pokoju, z nawyku jak najciszej
zamykając drzwi. Usłyszała jeszcze, jak mama szepcze:
- Wybacz mi, kochanie. Tak jakoś się zasiedziałam. Nie gniewasz się,
prawda?
Edyta wyjęła wszystkie rzeczy z walizki i spojrzała na nie oczami ojca.
Od razu wiedziała, co zakwestionuje. Bez wahania odłożyła na bok
spranego pajaca, cienie do powiek, puder, lakier do paznokci i wszystkie
jaskrawe bluzki. Sweter w paski położyła na samym wierzchu - to był
prezent od ojca.
Gotowe. Teraz powinno mu się spodobać.
Usiadła po turecku na dywanie i spojrzała w okno.
"Jak mi tam będzie? Czy znajdę sobie jakąś przyjaciółkę? Czy nie będę
gorsza od innych? Dam sobie radę? I najważniejsze: czy na pewno nie
sprawię wujostwu kłopotu? I czy nie będą mnie czasem wykorzystywać,
żebym im bawiła dzieci?"
Była im tak wdzięczna, że zechcieli po tych wszystkich przykrościach
zabrać ją do siebie, że zaczęła sobie wyobrażać, jak oni szykują się do
jej przyjazdu. Ciocia na pewno od tygodnia sprząta cały dom. Biedna
ciocia.
*
- Czy widział ktoś mój depilator?
Joanna Gwidosz miotała się między łazienką a kuchnią, co chwila z trzaskiem otwierając szuflady. Przerzucała tłuczek do mięsa, łyżkę
cedzakową i korkociągi. Depilatora nigdzie jednak nie było.
- Mamuś, a czy przewidujesz nagrodę? - zapytała niewinnie ośmioletnia
Marysia.
- Tu cię mam! - Joasia wycelowała palcem w tors córki. - Jeśli pytasz o nagrodę, to zapewne wiesz, gdzie jest mój depilator.
- Wiem. Tam gdzie zawsze - odpowiedziała spokojnie Marysia.
- Czyli gdzie?
- W naszym pokoju. W skrzynce z zabawkami Celi.
Joasia czym prędzej pognała do pokoju córek. Siedząca przy stole w kuchni Marysia usłyszała, jak mama z hukiem wyrzuca zawartość skrzyni,
po czym wykrzykuje radośnie: "Jest!".
Potem w pokoju zapanowała nagła cisza. Marysia wiedziała dlaczego.
Uprzedzając pytanie matki, krzyknęła:
- Sama go dałaś Celi, wtedy jak sobie wróżyłaś przez telefon. Żeby ci
nie przeszkadzała.
- Czyje to kłaki?
- Bawiłyśmy się w gabinet kosmetyczny. Cela wydepilowała Misia.
Joasia jęknęła.
- Ja się zabiję. Za kilka godzin przyjeżdża Edytka, a my jesteśmy
zupełnie niegotowi. Wiesz co? Wzięłabyś Celę na spacer, a ja tu wszystko
przyszykuję.
- Wszystko przyszykujesz... - mruknęła Marysia z przekąsem, ale wstała z krzesła i bez słowa podeszła do swojej dwuletniej siostry.
- Idziemy na spacer, ubieraj się.
- Hmbr um aha? - mruknęła dwulatka.
- Które chcesz. Jest ciepło, weź sandały - odparła spokojnie Marysia.
Joasia rozejrzała się po mieszkaniu. Na pierwszy rzut oka było widać, że
konieczne jest odkurzenie, umycie okien, upranie firanek, ogarnięcie
wszystkich trzech pokoi, pozbieranie rozmaitych rupieci, poskładanie
rozwleczonych gazet oraz odzieży dziecięcej. Jednak Joasia za pomocą
szpilki zaczęła wywlekać brązowe kłaki z depilatora.
Gdy się z tym uporała, znów rozejrzała się po mieszkaniu. Jej wzrok padł
na coś dziwnego na podłodze. Był to wystający fragment jej ukochanej
spódnicy.
- A ty co tu robisz, złociutka? Takie buty... - dodała, widząc że na końcu
spódnicy śpi Pies, czyli ich kot.
Pogłaskała kota, który lekko uchylił powieki, przeciągnął się i zaczął
mruczeć.
- No dobrze, dobrze, pańcia na pewno nie zabierze. A Łapa tu czego?
Czego pies chciał? Moje kochane psisko. Waruj!
Łapa natychmiast padła na podłogę.
Asia poszła do kuchni. Wyjęła książkę kucharską, mrucząc pod nosem:
- Najważniejsze jest pierwsze wrażenie...
Zaczęła szukać, co wytwornego można by wyczarować z kurczaka, ziemniaków
i kapusty kwaszonej.
Otworzyła książkę na chybił trafił i zaczęła czytać:
Rydze w sosie śmietanowym.
Świeżo zebrane rydze oczyścić starannie, uważając, żeby nie uszkodzić
blaszek...
Joasia miała bujną wyobraźnię i już po chwili poczuła w swojej kuchni
cudowny zapach świeżo zebranych rydzów. Do przepisów dotyczących drobiu
nie udało jej się dotrzeć. Lektura wciągnęła ją bez reszty.
*
- Co ty tu robisz, wariatko?
- Uspokój się, przecież nie możesz wyjechać bez pożegnania. Siadaj.
Przejście blokujesz.
Gdy Edyta wsunęła się na siedzenie autobusu koło przyjaciółki, na skraju
jezdni zamajaczyła jej tablica z przekreślonym napisem Łomża.
- Gdyby twoja mama... - Edyta aż bała się myśleć, jak zareagowaliby jej
rodzice.
- Gdyby, gdyby... A gdybym to ja wyjeżdżała, ty byś nie przyszła, co?
- Przyszłabym.
- Już za tobą tęsknię. - Renata mocno uścisnęła przyjaciółkę. - A widziałaś na liście, kto doszedł do naszej klasy? Nie widziałaś, bo nic
cię to już nie obchodzi. Z jednej strony jesteś szczęściarą, że
nareszcie się stąd wyrwiesz... Nie patrz tak. Powiedziałam przecież: z jednej strony. Wiesz... - ściszyła głos do szeptu - że on na miesiąc
jedzie do sanatorium?
- A szkoła?!
- Co tam szkoła! Zwolnią go. Słyszałam, jak Malczewska mówiła Siudymce,
że dostał skierowanie od psychiatry. Wyobrażasz sobie?! No dobrze,
kończę ten temat. Jak się tylko czegoś o nim dowiem, to zaraz ci
napiszę. Masz adres do nich?
- Renia, boję się, że ojciec się dowie, że piszesz do mnie.
- Bo mogłabyś nauczyć się mejlować, wiesz? No dobra, nie rób takiego
dzioba. Musisz szybko poznać tam kogoś, do kogo mogłabym pisać. To
znaczy będę pisać do ciebie, tylko na adres... O kurczę, Śniadowo. Muszę
tu wyskoczyć.
- Jak wrócisz? Pieszo?
- Coś ty, czternaście kilometrów? Namówiłam Romana, żeby przyjechał po
mnie na rowerze. No, daj pyska. I nic się nie martw.
- Ja wcale się nie martwię - wydusiła przez łzy Edyta.
- I nie myśl o Łukaszu.
- Ja wcale o nim nie myślę.
- I bardzo dobrze. Podaj adres w tej zakichanej Warszawie. I szybko
napisz. A zresztą... może cię odwiedzę, jeśli... trzymaj się!
Edyta nie dosłyszała ostatnich słów. Załzawionymi oczami patrzyła tylko
na przyjaciółkę, która jeszcze kilka metrów biegła wzdłuż jezdni.
Krzyczała coś z całych sił, machała rękami, a na koniec zdarła z głowy
kapelusik i machała nim tak długo, aż autobus zniknął jej z oczu.
- Odjechała?
Roman, ich kolega z klasy, wyciągnął rower z krzaków koło przystanku.
- Teraz już nic nie będzie tak samo. - Renata wcisnęła sobie kapelusik
na głowę. - Nie chce mi się jeszcze wracać.
- To chodź na grzyby.
- Biedna Edi. W tej Warszawie nawet grzybów nie ma. Tylko spaliny.
- A wiesz, Łukasza podobno zamykają w wariatkowie. Słyszałem plotkę, że...
- Biedna Edyta... W Warszawie na pewno nawet dobrych plotek nie mają. Co
się tak gapisz? Ty nigdy nie płaczesz?
- Jasne, że płaczę. Nawet bardzo często.
- Chłopak i płacze? Baba jesteś! - Renia prychnęła i wgramoliła się na
bagażnik.
*
- ...i teraz po raz kolejny okazuje się, że... Zaraz! - krzyknęła Joanna
Gwidosz, a potem słodkim głosem przemówiła do słuchawki: - Słuchaj,
Lenuś, muszę kończyć. Chyba Mariusz idzie. To pa!
Rzuciła szybko słuchawkę i dopadła drzwi. Na progu stał Mariusz Gwidosz
uginający się pod ciężarem walizki, a koło niego z nieco spłoszoną miną
stała Edyta.
- Edytko! - Joasia kordialnie rozłożyła ramiona. - Witam cię, kochanie!
- Obejmując Edytę, wprowadziła ją do mieszkania. - Daj spokój, u nas nie
zdejmuje się butów.
- To znaczy, gdy się kąpiesz, możesz ewentualnie zdjąć - wtrącił ze
śmiechem. - Jeśli chcesz... Przymusu nie ma.
- Oczywiście.
Gdy oszołomiona Edyta weszła do łazienki, Asia szepnęła do męża:
- Uważaj, co mówisz. Te twoje niezrozumiałe żarty...
- Wszystkie moje żarty są superzrozumiałe, a poza tym to inteligentna
dziewczyna. Jest coś do jedzenia?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi, a Mariusz od razu się jej domyślił.
Ponad ramieniem żony rozejrzał się po mieszkaniu. Łapa i Pies tarzali
się po dywanie tuż koło jakiejś znajomej mu ciemnej szmaty. Na stole
stały talerze po śniadaniu i po wczorajszej kolacji. Poukładane
grzbietami do góry książki leżały na stole, parapecie, podłodze, na
krzesłach, na szerokim wazonie i w dziecięcych łóżeczkach. Na wszystkich
krzesłach poniewierały się należące nie wiadomo do kogo dziwne rzeczy w rodzaju drewnianego dziadka do orzechów z namalowaną flamastrami twarzą
lub pochlapanego zieloną farbą smoka z tekturowego pojemnika po jajkach.
Grały radio i odtwarzacz CD, oczywiście każde co innego. Na telewizorze
wisiała podarta już gdzieniegdzie kartka z krzywym napisem: "Nie
oglądać!", a od strony otwartego okna słychać było rytmiczne walenie
drągiem w kraty i głos Marysi:
- Czy ktoś może otworzyć kratę? Trzeba wziąć Celę, bo musi szybko do
łazienki. O rany! Tylko nie w moje buty! Nie na bluzeczkę! No, teraz już
możemy się nie śpieszyć.
- Ham brik?
- Słucham? - Edyta z trudem przełknęła ślinę.
- Ona pyta, czy się z nią pobawisz - przetłumaczyła od niechcenia
Marysia, a kiedy Edyta odpowiedziała, że tak, Cela klasnęła w ręce i oznajmiła:
- Glapum rew.
- Ma czas po piątej - mruknęła Marysia.
Edycie z przerażenia zabrakło tchu.
*
- Dzień dobry, tato. Tak, już dojechałam. Wszystko minęło bez problemu.
Wujek czekał na dworcu... ledwo się znaleźliśmy... straszny tłum... tak,
spaliny też... jest bardzo miło... oczywiście, tato, pamiętam, co mi
mówiłeś... już daję ciocię do telefonu. Ciociu, mój tatuś chce... tatusiu,
ciocia wyszła z pokoju. Zaraz ją znajdę.
Edyta delikatnie odłożyła słuchawkę na stół i wyszła do przedpokoju.
Usłyszała krzyki z kuchni:
- To nie jest wsza, tylko wesz!
- Nie wiesz, że to wesz?
- Wesz to! Wesz tamto! Wesz mnie i nie gadanto! - podśpiewywała Marysia.
- Ka ka wermai.
- Cela pyta, czy zostało jeszcze trochę ryżu.
- Zostało, ale na jutro. Które z was wyjada Celi odżywkę? Widzę
wyraźnie, że jest mniej.
Edyta spojrzała na leżącą na stole słuchawkę, zastanawiając się, ile z tego dotarło do jej ojca.
- Przepraszam, ciociu...
- O, Edytka! - Ciocia Joasia ucieszyła się tak, jakby nie widziała jej
od roku. - No, chodź, chodź. Skończyłaś już, to teraz pogadamy. Ocaliłam
dla ciebie makaron... Zobacz, jaką fajną sztuczną wesz przysłała nam
Malwina. Jak żywa, prawda? Co tak patrzysz?
- Mój tatuś chciałby jeszcze dwa słowa...
- Już lecę.
Asia wstała z wysokiego sosnowego stołka i poszła do dużego pokoju,
krzycząc w stronę kuchni:
- Czy ktoś może zobaczyć, o co chodzi Psu? Strasznie miauczy. Pewnie
znów mu mysz wpadła pod wersalkę. Cela, wszystko widzę! Natychmiast
wyjmij wesz z ucha Łapy. Uszkodzisz psa! Tak, Andrzejku, co tam?
Oczywiście, cała i zdrowa! Ależ najmniejszego... Awantura? Nie, dlaczego
tak sądzisz?
Kiedy skończyła rozmawiać, wróciła do kuchni.
- Fajnie, że z nami jesteś. Gdzie moja wesz?
*
W tym samym czasie w Łomży Andrzej Januszewski odłożył słuchawkę i zwrócił się do żony:
- Twoja kuzynka jest jednak.... a zresztą nic. Nie wiem, czy dobrze
zrobiłem, wysyłając ją do tych ludzi. I ta Warszawa... Pamiętam, jak raz
musiałem tam jechać. To było... Zaraz, kiedy to właściwie było?
Mama Edyty bardzo chciała usłyszeć głos córki, dowiedzieć się, jak ją
przywitano, jakie są jej pierwsze wrażenia, ale skoro mąż nic o tym nie
wspomniał, nie zapytała.
- Chcesz kawy?
- Przecież już piłem. - Andrzej Januszewski zmarszczył brwi. - Co się z tobą dzieje, kobieto?
- Przepraszam - szepnęła mama Edyty i podreptała do kuchni. Zaczęła
zmywać.
*
- Pogadamy? - zaproponowała Marynia i nie czekając na odpowiedź,
wskoczyła na łóżko Edyty.
- A o czym chcesz pogadać, Marysiu? - Edyta czuła się dość niepewnie w towarzystwie chudziutkiej wielkookiej kuzynki.
- Temat nie ma znaczenia, ale skoro pytasz... - Marysia chwilę się
zastanowiła. - Gdybyś miała popełnić samobójstwo, to jaki sposób byś
wybrała?
Edyta zamarła. A więc jej podejrzenia były słuszne. Oni tylko udawali,
że nic nie wiedzą o tym, co się stało. Mama dała nabrać się na słowa
cioci, która podobno wcale nie chciała wiedzieć, jak to Edyta
skompromitowała rodzinę.
"Ta mała najwyraźniej wie wszystko, bo skąd by akurat ten temat
przyszedł jej do głowy!"
- Wiesz, co to jest onomatopeja?
- Słucham? - Edyta uważnie spojrzała na kuzynkę. - Ile ty masz właściwie
lat?
- Osiem. Mama mówi, że onomatopeja to jest coś takiego: kap, kap albo
syyy... A tatuś mówi że to jest klap, klap albo fiu... O, jest Celusia. A co
to? O, jaki śliczny rysunek. Celusia narysowała go na dokumentach taty...
Ale mu się spodoba!
- Bedzium bedzium tpu. - Celinka wskazała na zaschnięte na środku
koszulki resztki jedzenia.
- Tak, tak, widzimy, co jadłaś ostatnio - oświadczyła słodko Marysia i szybko obejrzała się na drzwi. - Mama ma fajną książkę: Kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa. Chowa ją pod ręcznikami w łazience. Jak
będzie ci brakować książek, to zawsze szukaj pod ręcznikami. Malwina mi
zdradziła tę skrytkę w prezencie na siódme urodziny - szepnęła
konfidencjonalnie.
- Nie przepadam za książkami.
- Nie? To co robisz w wolnym czasie?
- Paw ona kib! - wykrzyknęła Cela radośnie, po czym padła na podłogę i błyskawicznie schowała głowę pod róg dywanu.
- Cela, uspokój się! Tyle razy cię prosiłam, żebyś nie przeklinała. I nie kręć się tak, bo wzbijasz kurz. Weź flamastry i powal w stół. Puk,
puk, puk... bawisz się w onomatopeję, wiesz? Edyta, a ty byłaś już
zakochana?
- A ty? - szybko odpowiedziała Edyta.
- O, sprytna jesteś! - Marysia zmrużyła oczy i z uznaniem popatrzyła na
kuzynkę.
- O czym gadacie, dziewczyny? Chcecie trochę? - Joasia wyciągnęła w ich
stronę wielką miskę z domowym popcornem.
- A więc to tak śmierdziało! - Marysia zmarszczyła nos. - Wiecie, co
zauważyłam? Że jak my robimy popcorn i ja o tym wiem, to mi ten smród
nie przeszkadza, a jak robi ktoś inny, to zaraz się wściekam. Mamo, czy
to można nazwać prawem Kalego?
- Chyba tak. A jak ty myślisz, Edytko? - Joasia chciała tym pytaniem
zachęcić kuzynkę do rozmowy, ale wywołała tylko jej zmieszanie.
- Ja nie wiem... - wydukała niepewnie Edyta.
- Więc o czym gadałyście? - Asia się roześmiała, bo Cela podciągnęła
koszulkę i czarnym flamastrem malowała sobie na brzuchu rozmaite
esy-floresy.
- O chłopakach - odpowiedziała Marysia.
- I co?! - Mamie zaświeciły się oczy.
- Nic. Edyta na razie nie chce się zwierzać. Za krótko jest u nas.
- Fuurm - oświadczyła stanowczo dwulatka, nie przerywając rysowania
flamastrem po brzuchu.
- Nie ty jedna - mruknęła w jej stronę Marysia. - Masz fajnie, bo
zostało tyle książek po Malwinie. Ona czyta najfajniejsze książki z nas
wszystkich. - Rzuciła wyzywające spojrzenie matce. - A co do chłopaków,
u mnie w klasie jest taki jeden...
- O! No mów, mów, córeczko.
- Z wyglądu to nawet może być, choć zważywszy na to, że ma dopiero osiem
lat, nie można jeszcze jednoznacznie przesądzać, jak ostatecznie będzie
wyglądał, ale psychicznie... Mamo, jak się mówi, gdy ktoś jest bardziej
dziecinny niż powinien?
- Infantylny.
- No właśnie, on jest infantylny.
- A co konkretnie ci się w nim nie podoba?
- Nie mam o czym z nim rozmawiać. On nawet nie wie, jak się nazywa takie
coś, co się dostaje, jak rodzice umrą. No ta... ta...
- Scheda...
- No właśnie. On nie wie, co to jest scheda.
- No tak, to go rzeczywiście dyskwalifikuje. - Joasia się roześmiała.
- Na pewno nie zna słowa "dyskwalifikuje". I jak ja mogę wiązać się z kimś takim?
- Czemu masz taką minę, Edytko? - zapytała ciotka.
"To istny dom wariatów" - pomyślała Edyta, a głośno powiedziała:
- Bardzo tu u was miło.
*
- Sorry, że tak pytam, ale czego ty szukasz? Zgubiłaś klucze?
Edyta, którą od schylania się już rozbolały plecy, podniosła głowę i zobaczyła przed sobą chłopaka. Miał gładką twarz i ciemne sympatyczne
oczy. Bluza, spodnie i nawet buty były w różnych odcieniach beżu. Fajnie
wyglądał. Zdecydowanie jeszcze nigdy nie widziała tak fajnie ubranego
chłopaka. Całość psuła tylko ponad miarę wypchana kieszeń.
- Ja? Niczego nie szukam... - Poczuła, jak oblewa ją rumieniec.
Chłopak najzwyczajniej i bez skrępowania gapił się na jej nogi.
- Słuchaj, mieszkam tu na szóstym i obserwuję cię od kwadransa. Siedzisz
z nosem w trawie. Czy mogę ci jakoś pomóc?
- Nie. Ja tylko... tak. Nie jestem z Warszawy - wypaliła nagle.
- I szukasz znajomych w trawie? - spytał ze śmiechem, ale Edyta wyczuła
w jego głosie serdeczność, nie drwinę.
- W trawie? Dlaczego w trawie? A tak, w trawie! No jasne, żartujesz.
Edyta usiłowała się roześmiać, ale marnie jej to wychodziło. Czuła się
idiotycznie. Stać tak na chodniku z jakimś chłopakiem, którego nie zna...
To było okropne. Nie mogła się powstrzymać, żeby nie oglądać się za
siebie i nie sprawdzać, czy nikt ich nie obserwuje. W sercu czuła dziwny
ucisk.
"Jeśli ktoś powie mojemu ojcu, jeśli mu ktoś powie..."
Nic dziwnego, że policzki paliły ją żywym ogniem. Udając, że coś ją
zaswędziało w okolicach oczu, próbowała zakryć dłońmi kompromitujące
rumieńce.
"On sobie pomyśli, że mi się podoba! Widać to po mnie na kilometr!"
Zapadło niezręczne milczenie. Edyta bardzo chciała wyciągnąć rękę,
przedstawić się i mieć tu już kogoś znajomego, do kogo Renia mogłaby
pisać listy do niej, ale jakoś nie mogła się na to zdecydować.
- To cześć. Nie będę się narzucać. W zasadzie to chciałem cię o coś
spytać, ale... To cześć.
Chłopak włożył ręce do kieszeni opadających beżowych spodni i odszedł
wolnym krokiem.
Edyta zadarła głowę. Odliczyła piętra i zaczęła lustrować balkony na
szóstym. Nie zauważyła nic specjalnego do czasu, gdy na jednym z nich
nagle pojawiła się chłopięca sylwetka. Edyta błyskawicznie odwróciła
wzrok i skierowała się do parku.
Przeszła kawałeczek alejką, cały czas się rozglądając, żeby nie stracić
z oczu drogi powrotnej, gdy doszły ją głośne chóralne okrzyki. Grupa
chłopców, chyba w jej wieku, grała w kosza. Żaden z nich nie wydawał się
martwić jutrzejszym rozpoczęciem roku albo tym, czy ktoś zechce usiąść z nim w ławce. W ogóle wyglądali tak, jakby nie martwili się jeszcze nigdy
w życiu.
"Jak im dobrze... Nie mają żadnych trosk ani zmartwień. I jak oni się
ruszają, z jaką pewnością siebie... Tak, ci ludzie nie mają żadnych
kłopotów" - pomyślała i nagle zrobiło jej się okropnie żal samej siebie.
*
Kochani Tato i Mamo!
Bardzo serdecznie Was pozdrawiam. U mnie wszystko w najlepszym
porządku. Ciocia i wujek przywitali mnie z honorami. Pytałaś, Mamo, co
ciocia zrobiła na moje powitanie, więc piszę: rosół z makaronem (chyba
własnej roboty) i, tak jak Tatuś lubi, natką pokrojoną bardzo cienko. Na
drugie kotlety z piersi kurczaka, kapustę zasmażaną i ziemniaczki. Na
deser sernik na zimno i kompot z mieszanych owoców. Ciocia niczego nie
soli, bo to niezdrowo, ale mi pozwoliła. Tak samo jak u nas, ciocia
wyszorowała całe mieszkanie, jak to mówi Tatuś: "po kobiecemu". Wujek
jest bardzo miły. Obie dziewczynki są dobrze wychowane. O wszystkim, co
mi mówiliście, pamiętam i wannę zawsze od razu myję po sobie. Chciałam
też zawsze zmywać, ale ciocia powiedziała, żebym się nie brała za męskie
zajęcia. Chyba żartowała... Nie wiem, czy Ci się, Tato, to spodoba, ale tu
zmywa wujek. Na razie nie wiem i nie rozumiem dlaczego, ale myślę, że
może ciocia ma uczulenie na detergenty. Na razie nie wypada mi pytać,
prawda?
Byłam już w nowej szkole. To dość blisko mieszkania wujostwa. Jestem na
liście dziesiąta. Pomyślałam, że to dobry znak. W klasie są trzydzieści
trzy osoby.
Bardzo za Wami tęsknię. Kocham Was. Jeszcze raz dziękuję Tacie za
wszystkie wskazówki...
- Piszesz list? - Marysia weszła do jej pokoju. - A nie wolisz na
komputerze?
- To do rodziców - powiedziała Edyta, jakby to wszystko wyjaśniało.
Dyskretnie przykryła kartkę dłonią.
- To co, że do rodziców? Podaj swój adres e-mail.
- Nie mam w domu komputera.
- Teraz już masz. Wiesz co? Cela śpi, niech ci teraz mama założy
skrzynkę.
Nie minęło dziesięć minut, a Edyta siedziała przed klawiaturą, usiłując
ukryć oszołomienie. Ojciec był śmiertelnym wrogiem komputerów i internetu.
- To ja idę, a ty sobie pisz do znajomych - powiedziała ze zrozumieniem
Marysia.
- Ale...
- Co?
- Nic - odparła Edyta, a w duchu pomyślała:
"Gdyby to widział mój ojciec... Dobre sobie! W tym domu nie ma żadnej
kontroli, a to przecież strasznie niebezpieczne".
- A do tego chłopaka też napiszesz? - spytała obcesowo Marysia.
- Do jakiego chłopaka? - Edyta poczuła, że znów dopadł ją ten piekielny
raczek.
- Dobra. Jak nie chcesz, to nie mów. W końcu ja ci też o sobie
wszystkiego nie mówię - oświadczyła ośmiolatka i wyszła.
*
Kochana Reniu!
Na razie jakoś nie umarłam. I mam dostęp do komputera!!!
Tu oczywiście jest okropnie. Nawet w nocy nigdy nie jest cicho.
Chciałam gdzieś sobie pojechać, ale na razie boję się, że zabłądzę. Do
mojej szkoły jest niby blisko, jak na tutejsze warunki. Wczoraj szukałam
czterolistnej koniczyny. Porządnej trawy to tu nie ma, ale coś tam
zawsze znajdę, chociaż wszystko obrobione przez psy. Pomyślałam sobie,
że jak znajdę, to w tej nowej szkole nikt na mnie nie zwróci uwagi.
Denerwuję się okropnie. A na dodatek śniła mi się dziś Malczewska, że
skacze z okna. Ciocia i wujek dali mi osobny pokój, ale i tak cały czas
ktoś do mnie wchodzi. Trochę wstydzę się chodzić przy wujku w szlafroku,
ale staram się tym nie przejmować. Jak na razie nie kazali mi opiekować
się dziećmi, ale nie wiem, co będzie, jak zacznie się rok szkolny. Ta
starsza, Marysia, jest okropnie przemądrzała i nachalna. Taka stara
malutka z niej. Ciągle mi docina. Wywyższa się, że jest z Warszawy. Taka
gówniara, a już ma to we krwi.
Ta młodsza jest... nie uwierzysz, ale ona robi takie rzeczy, że jakby się
o tym dowiedział mój ojciec, to byłby koniec świata. Cały czas gada
jakieś dziwne wyrazy, a ta Marysia udaje, że ją rozumie. Zwariować
można. Wczoraj na oczach matki pomazała sobie brzuch czarnym pisakiem. A oni, zamiast ją zlać, zrobili jej zdjęcia. Albo gdy wujek spał, one
pomalowały mu czerwonym lakierem paznokcie u nóg, założyły jakby nigdy
nic skarpetki i, Ty wiesz, że on poszedł tak na basen?! A jak wrócił, to
tak się śmiał, że aż się tarzał po podłodze.
Oni są chyba nienormalni. Nic nie mówię, bo i tak do domu nie mogę
wrócić, ale moja ciotka nawet nie odkurzyła na mój przyjazd, a jak ją
wujek zapytał, co jest na obiad, to powiedziała, że nie samym chlebem
człowiek żyje. Musiałam nazmyślać rodzicom, jak tu jest, bo bałam się,
że ojciec od razu mnie zabierze. O tych paznokciach to nawet nie
wspomniałam. Myślałam, że zaraz się pokłócą, ale oni zaczęli się całować
i wyrzucili nas z kuchni. Wujek machał ręką, jak Malczewska na kury, i mówił: "sio, sio". Ty sobie wyobrażasz coś takiego?! Oni się kompletnie
nie nadają na rodziców! Jaki oni dają przykład dzieciom?
Prawie poznałam jednego chłopaka. Nie wiem, jak się nazywa, ale wygląda
mniej więcej tak: jest wysoki, ma krótkie włosy i ładne oczy, ale nie
wiem w jakim kolorze, bo się nie przyglądałam. Nosi supermodne spodnie i buty. Mieszka na szóstym piętrze i ma balkon. Jutro ma przyjść Kuba, to
jest ten najstarszy kuzyn. Pamiętasz chyba, co Ci o nim opowiadałam? Że
związał się z kaleką dziewczyną. Wszystko Ci opiszę. Wujek pytał mnie,
czy nie chcę posiedzieć przy komputerze, ale wstydziłam się przyznać, że
nie umiem. Założyli mi konto internetowe. Zresztą na pewno po to, żeby
czytać, co piszę. Niedoczekanie! Pozdrów Romana.
Twoja Edyta
PS Błagam, tylko nie wspominaj mi nic o Łukaszu. Jestem ciekawa, czy
rzeczywiście pojechał do tego sanatorium i czy dobrze wygląda po tym
wszystkim, ale poza tym nic mi o nim nie pisz. Zupełnie o nim
zapomniałam.
Rozdział drugi
- Co chcesz na śniadanie, Edytko?
Wujek Gwidosz, w pasiastym szlafroku, z drewnianą łyżką w dłoni stał
przy kuchence gazowej i czuwał, żeby za bardzo nie spiec jajek
sadzonych.
- Ja? Cokolwiek.
- Ale co byś chciała? Jajeczko? - Uśmiechnął się zachęcająco i wskazał
skwierczące biało-żółte placuszki. - A może płatki z mlekiem, jeśli są.
Albo paróweczki, albo klopsiki w sobie pieczarkowym, albo ciasto
drożdżowe, albo...
- Skąd masz tyle jedzenia? - spytała Marysia.
- Byłem wczoraj u babci.
- Aha! - Skinęła głową, jakby nagle wszystko stało się jasne.
- No to co ci, Edytko, podać? Dziś pierwszy dzień twojej szkoły.
Rozkazuj.
- Nie męcz jej. Ja poproszę jajko albo dwa, bo muszę mieć siłę, żeby
przeżyć ten dzień. Mama jeszcze śpi?
Marysia była ubrana w galowe kolory. Jedynym zgrzytem był wielki
naszyjnik z ogromnymi różnokolorowymi paciorkami.
- Śpi. Oglądała w nocy jakiś melodramat. Niech sobie pośpi.
Edyta przycupnęła na krześle i z niedowierzaniem pokręciła głową.
"Rodzina wstała, a ona śpi. Co tu się dzieje?".
- Tato, a co to znaczy vice versa, bo ja słyszałam taki dowcip. Do
kierownika podchodzi jego pracownik i mówi: "Panie dyrektorze, wie pan,
ten Kowalski to mówi o panu, że pan używa słów, których znaczenia pan
nie rozumie". A dyrektor, wściekły mówi na to: "Proszę powiedzieć
Kowalskiemu, żeby mnie pocałował w cztery litery i vice versa!".
Mariusz Gwidosz, wymachując drewnianą łyżką, skulił się ze śmiechu.
- Dobre, dobre!
Edyta uśmiechnęła się taktownie, ale uważnie słuchała, gdy wuj, jeszcze
się śmiejąc, wyjaśniał, co oznacza to sformułowanie. Potem wyobraziła
sobie swojego ojca. Gdyby on usłyszał z ust dziecka zwrot "cztery
litery", to byłby koniec świata.
- Cztery litery i vice versa... ha, ha, ha... Edytko... - wykrztusił
Gwidosz, opanowując śmiech - a może chcesz zaprowadzić Marysię do
szkoły? U niej zawsze jest tak wesoło.
Edyta zmrużyła oczy.
"Wiedziałam, że tak będzie. Po co innego by mnie brali?" - pomyślała, a głośno powiedziała:
- Oczywiście, wujku. Bardzo chętnie.
- Him work ubak.
- O, przepraszam, teraz nie możesz rozłożyć się z zabawkami, bo zaraz do
nas przyjdzie Dawid Ludwik ze swoją mamą.
- Czy to prawdziwy arystokrata?
- Nie wiem, ale mam zamiar dźgnąć go dzisiaj nożem i jak popłynie
błękitna krew, to będzie wiadomo.
- Dobra myśl - stwierdził bez emocji Gwidosz, a Edyta aż sapnęła z oburzenia.
*
Edyta wracała do domu, wlokąc nogę za nogą. Jej gimnazjum było oddalone
o niecały kilometr od bloku wujostwa, ale szła najwolniej, jak mogła. W głowie miała kompletny mętlik. Dotychczas każde rozpoczęcie roku to była
wielka pompa, wszyscy na galowo, akademia, śpiewał szkolny chór, kilka
osób wygłaszało przemówienia, stojąc na baczność, śpiewali hymn
państwowy... A tutaj?
Gdyby nie data i to, że uczniowie byli na galowo, trudno byłoby w ogóle
poznać, że to pierwszy września. Piętnastominutowe powitanko na sali
gimnastycznej i zaraz wszyscy do klas, a potem normalne trzy lekcje. Już
ma zadane. Poza tym stało się to, czego tak się bała: nie poznała żadnej
fajnej koleżanki.
Nawet kilka osób się do niej uśmiechnęło, ale potem taka jedna
dziewczyna z długimi prostymi włosami pokazała na nią palcem, mruknęła:
"parzy", i coś kilku osobom powiedziała.
Trzecia klasa gimnazjum; oni wszyscy już się znali. Edyta pierwszy raz
widziała, żeby tak na środku korytarza, przy nauczycielach, wszyscy ze
wszystkimi się całowali na powitanie. Rzucali się sobie na szyję i obejmowali ramionami. Kilka razy Edyta zauważyła, jakie te powitania
były czułe. Myślała najpierw, że to może zakochani, ale potem okazało
się, że nie.
"Jak oni wszyscy się tu lubią! To paczka zgranych ludzi. A ta długowłosa
jest szczególnie lubiana. Każdy podchodził najpierw do niej. Każdy
chwalił, jak pięknie jest opalona. Tylko dlaczego wszyscy opowiadają o jakichś kotach?".
Gdy przechodzili z jednej pracowni do drugiej, odezwała się do niej ta
długowłosa:
- Skąd jesteś?
- Z Łomży.
- Dobrze wiedzieć - mruknęła i odeszła, jakby nagle tracąc
zainteresowanie Edytą. A potem razem z kilkoma osobami stanęła przy
parapecie. Chyba o niej rozmawiali, bo chłopak z aparatem na zębach
najpierw ukradkiem się jej przyglądał, a później nagle wskazał ją palcem
i wszyscy się roześmiali. I zaraz Edyta poczuła na skórze lodowaty
dreszcz. To długowłosa blondynka tak na nią spojrzała.
"Jestem po prostu przewrażliwiona. Przecież nic jej nie zrobiłam" -
usiłowała się uspokoić.
A jednak ta Olga co chwila rzucała na nią dziwne spojrzenia, a gdy
wchodzili do sali, Edyta usłyszała:
- Moim zdaniem nic specjalnego. Masz plebejski gust.
Mówiąc to, wyraźnie patrzyła na Edytę.
"Gdyby tu byli Renia i Roman... Gdyby oni byli..."
Te cztery godziny były dla niej pasmem tortur. Oddałaby wszystko, żeby
mieć na sobie coś kolorowego. Niestety, jedyne co mogła zrobić, to
rozpuścić włosy. Zrobiła to już po pierwszej lekcji, ale gdy wychodziła
z łazienki, wpadła na nią otoczona koleżankami Olga. Zmierzyła ją
wzrokiem i syknęła:
- Nie denerwuj mnie. Zwiąż włosy!
Edyta znalazła się nagle pod ostrzałem wrogich spojrzeń.
- No! - warknęła Olga i Edyta szybko sięgnęła po gumkę. - I żeby mi się
to nie powtórzyło. Na to trzeba mieć moje pozwolenie. A teraz spadaj,
wieśniaczko!
Do końca lekcji nikt się do Edyty nie odezwał. I ona też nie szukała z nikim kontaktu.
"I co ja teraz powiem wujostwu? Na pewno będą mnie dręczyć pytaniami,
jak było i czy poznałam kogoś miłego. A Marysia nie da mi spokoju.
Trudno, trzeba jakoś wytrzymać. Nakłamię po prostu i z głowy. Przecież
im tego nie opowiem" - postanowiła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki