Michael Vey. Więzień celi 25 - Richard Paul Evans

Reflow text when sidebars are open.
COPYRIGHT ? 2011 BY Richard Paul EvansCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2013 COPYRIGHT ? FOR TRANSLATION BY Patryk Sawicki
TYTUŁ ORYGINAŁU Michael Vey. The Prisoner of Cell 25
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-863-5
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
ILUSTRACJA NA OKŁADCE ? by Matt Kohr
FOTOGRAFIA AUTORA ? by Debra MacFarlane
REDAKCJA Andrzej Sitek
KOREKTA Magdalena Grela-Tokarczyk, Agnieszka Pawlikowska
SKŁAD ORAZ PROJEKT OKŁADKI "Grafficon" Konrad Kućmiński
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Znalazłeś dwoje ostatnich? - Głos rozmówcy w telefonie był gniewny i szorstki, niczym dźwięk opon przejeżdżających po odłamkach szkła.
- Jeszcze nie - odpowiedział dobrze ubrany mężczyzna po drugiej stronie połączenia. - Jeszcze nie, ale myślę, że jesteśmy blisko. A oni wciąż nie wiedzą, że na nich polujemy.
- Myślisz, że jesteś blisko?
- To dwoje dzieci pośród miliarda, zlokalizowanie ich jest niczym odnalezienie zgubionej pałeczki do jedzenia w Chinach.
- Czy chcesz, żebym właśnie to powiedział Radzie?
- Przypomnij Radzie, że już znalazłem piętnaścioro z siedemnaściorga dzieci. Za dwójkę ostatnich wyznaczyłem milion dolarów nagrody, szperacze przeczesują sieć internetową, zaś cały zespół śledczych przeszukuje globalne archiwa w celu ustalenia miejsca ich pobytu. Znalezienie ich to kwestia czasu... albo wdepną w jedną z naszych pułapek.
- Czas nie jest po naszej stronie - odpowiedział rozmówca ostrym tonem. - Te dzieciaki już są za stare. Wiesz, jak trudno je przemienić w tym wieku.
- Wiem to lepiej niż ktokolwiek inny - powiedział dobrze ubrany mężczyzna, stukając swoim zwieńczonym rubinem piórem o biurko. - Ale mam swoje sposoby. A jeżeli się nie przemienią, zawsze pozostaje cela 25.
Nastąpiła długa przerwa, a potem głos w słuchawce odpowiedział złowrogo:
- Tak. Zawsze pozostaje cela 25.
PoczątekNie to, żebym szukał kłopotów. Nie musiałem. Przy moim wzroście to po prostu one zawsze znajdowały mnie.
Nazywam się Michael Vey, a historia, którą zamierzam wam opowiedzieć, jest dziwna. Bardzo dziwna. I jest to moja historia.
Gdybyście minęli mnie idącego ze szkoły do domu, pewnie nawet nie zwrócilibyście na mnie uwagi. To dlatego, że jestem dzieckiem takim jak wy. Tak samo jak wy chodzę do szkoły i znęcają się nade mną. Ale w przeciwieństwie do was żyję w Idaho. Nie pytajcie mnie, w jakim stanie leży Idaho. Wiadomość z ostatniej chwili: Idaho jest stanem. (Przeprowadziliśmy się tutaj z moją mamą właśnie dlatego, że większość ludzi nie wie, gdzie leży Idaho. Żeby inni ludzie nas nie znaleźli). Ale to część mojej historii.
Poza życiem w Idaho różnię się od was i na inne sposoby. Po pierwsze, mam zespół Tourette'a. Pewnie wiecie o nim jeszcze mniej niż o Idaho. Zwykle gdy widzicie kogoś w telewizji udającego, że ma zespół Tourette'a, wykrzykuje przekleństwa albo szczeka jak pies. Większość z nas, mających Tourette'a, tak nie robi. Ja zazwyczaj po prostu często mrugam oczami. Jeżeli jestem naprawdę niespokojny, będę też odchrząkiwać albo wydawać odgłos przełykania. Czasami to boli. Czasami dzieciaki stroją sobie ze mnie żarty. Posiadanie Tourette'a to nie udział w pikniku, ale są gorsze rzeczy, które mogą się wam przydarzyć - na przykład tata umierający na zawał serca, gdy macie osiem lat. Uwierzcie mi, to o wiele gorsze. Jeszcze się z tym nie pogodziłem. Być może nigdy mi się to nie uda.
Jest jeszcze coś, czego o mnie nie wiecie. To moja tajemnica. Coś, co przeraża ludzi bardziej, niżbyście uwierzyli. Ta tajemnica to powód, dla którego w ogóle przeprowadziliśmy się do Idaho. Ale to również jest częścią mojej historii. Więc równie dobrze mogę ją wam opowiedzieć.
PachaGabinet pana Dallstroma jest równie dobrym miejscem do rozpoczęcia mojej opowieści, jak każde inne. Albo równie złym. Pan Dallstrom to dyrektor Meridian High School, gdzie chodzę do szkoły. Jeżeli chcecie znać moje zdanie, dziewiąta klasa jest pachą życia. Ja zaś znajdowałem się w najbardziej śmierdzącym miejscu owej pachy, a mianowicie w gabinecie dyrektora. Siedziałem w gabinecie pana Dallstroma i mrugałem jak najęty.
Możecie się domyślać, że nie lubię pana Dallstroma, co jest równie oczywiste jak stwierdzenie "oddychanie jest ważne" albo "chrupki Rice Krispies są najwspanialszym jedzeniem, jakie kiedykolwiek wymyślono". Nikt w Meridian nie lubił pana Dallstroma poza panią Duncan, kierowniczką kółka muzycznego. Miała zdjęcie dyrektora szkoły na biurku i czasami wpatrywała się w nie swoimi łagodnymi, wytrzeszczonymi oczami. Za każdym razem, gdy głos pana Dallstroma rozlegał się w radiowęźle, wściekle uderzała batutą w pulpit, żeby nas uciszyć. Potem, gdy dyrektor kończył mówić, robiła się czerwona na twarzy i pocąc się, przypominała nam, jakie mamy szczęście, że przez zdradliwe bezdroża szkoły średniej prowadził nas tak męski i nieugięty obrońca edukacji publicznej.
Pan Dallstrom jest łysym, chudym niczym strach na wróble mężczyzną z wystającym brzuszkiem. Wyobraźcie sobie Abrahama Lincolna w ciąży, bez brody i z żółtą peruką zamiast wysokiego kapelusza, a będziecie wiedzieli, o co chodzi. Wygląda też, jakby miał co najmniej sto lat.
Gdy byłem w piątej klasie, nasz nauczyciel powiedział nam, że "najprostszym sposobem zapamiętania różnicy pomiędzy PRYNCYPIUM (fundamentalnym prawem bądź zasadą) a PRYNCYPAŁEM (głównym zarządcą szkoły) jest to, że pryncypał nie jest PAŁĄ. Co w przypadku pana Dallstroma nie było prawdą.
Już drugi raz w tym miesiącu zostałem wezwany do jego gabinetu za coś, co zrobił mi ktoś inny. Pan Dallstrom był zwolennikiem karania ofiar.
- Zdaje się, że to drugi raz, jak jesteś w moim gabinecie w tym miesiącu - powiedział do mnie pan Dallstrom z półprzymkniętymi oczami. - Czy dobrze mówię, panie Vey?
To była druga cecha pana Dallstroma: lubił zadawać pytania, na które już znał odpowiedź. Nigdy nie byłem pewien, czy mam na nie odpowiadać, czy nie. Przecież znał odpowiedź tak samo dobrze, jak ja, więc jaki był w tym cel? Ważne było to, że już drugi raz w tym miesiącu Jack Vranes i jego kumple zamknęli mnie w mojej szafce. Tym razem umieścili mnie do góry nogami i prawie zemdlałem, zanim dozorca otworzył szafkę i zaciągnął mnie do gabinetu pana Dallstroma.
Jack Vranes miał jakieś siedemnaście lat i ciągle chodził do dziewiątej klasy. Zostawiali go na kolejny rok tak często, że miał już prawo jazdy, samochód, wąsy i tatuaż. Czasami mówił na siebie Szakal, co było całkiem adekwatnym określeniem, gdyż zarówno on, jak i to zwierzę żerują na mniejszych ssakach. Miał bicepsy rozmiarów pomarańczy z Florydy i nie bał się ich używać. Prawdę rzekłszy, uwielbiał robić z nich użytek. Wraz ze swoją bandą, Mitchellem i Wade'em, oglądali transmisje walk pozbawionych reguł, a Jack pobierał lekcje brazylijskiego jujitsu na siłowni niedaleko od szkoły. Jego życiowym marzeniem była walka na ośmiokątnym ringu, gdzie mógłby tłuc ludzi i dostawać za to pieniądze.
- Czy dobrze mówię? - powtórzył Dallstrom, ciągle wpatrując się we mnie.
Zanim odpowiedziałem, mrugnąłem z musu prawie dwanaście razy.
- Ale proszę pana, to nie moja wina. Wepchnęli mnie do szafki do góry nogami. - Dyrektor nie wyglądał na bardzo poruszonego moją niedolą, więc kontynuowałem: - Było ich trzech, wszyscy trzej więksi ode mnie. O wiele więksi.
Moja nadzieja na współczucie natknęła się na niesławne "spojrzenie śmierci" pana Dallstroma. Naprawdę, musielibyście je zobaczyć, żeby to zrozumieć. W zeszłym kwartale, gdy uczyliśmy się mitologii greckiej i dotarliśmy do fragmentu o Meduzie, gorgonie, która potrafiła zamieniać ludzi w kamień, patrząc im w oczy, domyśliłem się, skąd pochodzi pan Dallstrom. Może miało to coś wspólnego z moim Tourette'em.
- To musi być praprapraprababcia pana Dallstroma - wyrzuciłem wtedy z siebie.
Wszyscy się śmiali. Wszyscy poza panem Dallstromem, który wybrał właśnie ten moment, żeby wślizgnąć się do naszej klasy. Przez tydzień zostawałem w szkolnym areszcie po zajęciach, co nie było aż tak złe, gdyż przynajmniej byłem bezpieczny od Jacka i jego bandy, bo oni jakimś cudem nigdy nie lądowali w ciupie niezależnie od tego, ile dzieciaków wsadzili do koszy na śmieci w stołówce albo zamknęli w ich szafkach. Tak czy siak, zostałem oficjalnie umieszczony na liście rozrabiaczy pana Dallstroma.
- Panie Vey, nie można zostać wepchniętym do szafki bez własnego przyzwolenia - powiedział pan Dallstrom, co mogło być najgłupszą rzeczą kiedykolwiek wypowiedzianą w szkole. - Powinien był pan stawiać opór. - Było to niczym obwinianie kogoś trafionego przez piorun, że stanął mu na drodze.
- Proszę pana, ale ja próbowałem.
- Najwyraźniej nie dość mocno. - Wyciągnął długopis. - Kim są ci chłopcy, którzy rzekomo wepchnęli pana do pańskiej szafki? - Pan Dallstrom przechylił głowę na bok, niecierpliwie machając przed sobą długopisem w powietrzu. Wpatrywałem się zahipnotyzowany w trajektorię przyboru do pisania.
- Czekam, panie Vey. Jak brzmią ich nazwiska?
Nie było mowy, żebym mu powiedział. Po pierwsze, już wiedział, kto to zrobił. Wszyscy wiedzieli, że Jack nawsadzał do szafek więcej dzieciaków niż podręczników. Po drugie, kablowanie na Jacka było najprostszą drogą do śmierci. Więc po prostu patrzyłem na pana Dallstroma, mrugając jak najęty.
- Skończ z tymi tikami i odpowiedz na moje pytanie.
- Nie mogę panu powiedzieć - odpowiedziałem w końcu.
- Nie może pan czy nie chce?
Sam zdecyduj, pomyślałem.
- Zapomniałem, kto to zrobił.
Dyrektor dalej wpatrywał się we mnie swoimi na wpół zamkniętymi oczyma.
- Czyżby? - Przestał machać długopisem i położył go na biurku. - Przykro mi to słyszeć, panie Vey. Teraz będzie pan musiał przyjąć również ich karę. Cztery tygodnie w szkolnym areszcie po zajęciach. Jak rozumiem, wie pan, gdzie on się znajduje.
- Tak, proszę pana. W stołówce.
- Dobrze. Więc nie będzie miał pan problemu ze znalezieniem drogi.
Jak już mówiłem, pan Dallstrom celował w karaniu ofiar. Podpisał usprawiedliwienie spóźnienia i podał mi je.
- Proszę dać to nauczycielowi. Może pan teraz wrócić do swojej klasy, panie Vey.
- Dziękuję, proszę pana - powiedziałem, choć nie byłem do końca pewny, za co mu dziękuję. Wyszedłem z gabinetu dyrektora i wolno ruszyłem długim, pustym korytarzem na zajęcia biologii. Hol upstrzony był plakatami wykonanymi przez kółko kibiców koszykówki z wypisanymi krzykliwymi barwami farb przesłaniami w stylu "Naprzód Wojownicy" albo "Zatopić Wikingów".
Wziąłem plecak ze swojej szafki, a potem udałem się na zajęcia.
Mój nauczyciel biologii, pan Poulsen, niski, łysiejący mężczyzna z gęstymi brwiami i mocno zaczesanymi na czubek głowy dla ukrycia sporej już łysinki włosami, prowadził lekcję i gdy wszedłem do klasy, urwał w pół zdania.
- Panie Vey, cieszę się, że zdecydował się pan do nas dołączyć.
- Przepraszam, byłem w gabinecie dyrektora. Pan Dallstrom powiedział, żeby panu to dać. - Podałem mu usprawiedliwienie, które wziął, nie zaszczycając kartki jednym spojrzeniem. - Siadaj. Powtarzamy materiał przed jutrzejszym testem.
Gdy szedłem do swojej ławki, oczy wszystkich w klasie były skupione na mnie. Siadłem w drugim rzędzie od tyłu, zaraz za moim najlepszym przyjacielem Ostinem Lissem, który jest jednym z najmądrzejszych dzieciaków we wszechświecie. Imię Ostina wygląda na europejskie albo coś w tym stylu, ale tak nie jest. Jego matka dała mu tak na imię dlatego, że urodził się w Austin w Teksasie. Fakt, iż źle przeliterowała nazwę stolicy stanu, był jego prywatną klątwą. Podejrzewałem, że Ostin został adoptowany, gdyż nie mogłem sobie wyobrazić, jak ktoś tak mądry mógł być synem kogoś, kto nie potrafił przeliterować nazwy miasta, w którym mieszka. Ale choć mama Ostina nie należała do najbystrzejszych, i tak bardzo ją lubiłem. Mówiła z teksańskim akcentem i do wszystkich zwracała się "kochanie", co może brzmieć wkurzająco, ale tak nie było. Zawsze była miła i trzymała w spiżarni zapas czerwonej lukrecji po prostu dlatego, że wiedziała, iż lubię ten smakołyk, a moja mama nie kupowała mi słodyczy.
Ostina nigdy nie wsadzono do szafki, pewnie dlatego, że był szerszy ode mnie, choć nie oznaczało to, że Jack i reszta zostawili go w spokoju. Nic z tych rzeczy. Prawdę rzekłszy, Ostin doznał ze strony Jacka i jego kliki ostatecznego upokorzenia, a mianowicie publicznego zdjęcia spodni.
- Jak poszło z Dallstromem? - zapytał szeptem Ostin.
Potrząsnąłem głową.
- Ostro.
Gdy siadałem, Taylor Ridley, która zajmowała ławkę po mojej lewej stronie, odwróciła się i posłała mi uśmiech. Taylor jest czirliderką i jedną z najładniejszych dziewczyn w Meridian. Gdzie tam, jest jedną z najładniejszych dziewczyn ze wszystkich szkół średnich świata. Ma twarz, która z powodzeniem mogłaby zdobić okładkę czasopisma dla pięknych kobiet, długie, jasnobrązowe włosy i duże oczy koloru syropu klonowego. Jako że jestem tu absolutnie szczery, przyznaję, że zadurzyłem się w niej od pierwszej sekundy, kiedy ją zobaczyłem. Zrozumienie, iż podobne odczucia żywią wszyscy inni w Meridian, zajęło mi mniej niż jeden dzień.
Taylor zawsze była dla mnie miła. Na początku miałem nadzieję, że jest miła dlatego, że mnie lubi, ale tak naprawdę jest jedną z tych osób, które są miłe dla wszystkich. Choć nie miało to większego znaczenia. Była poza moim zasięgiem, gdzieś tak o tysiąc mil. Tak więc nigdy nie powiedziałem nikomu o moim sekretnym zadurzeniu, nawet Ostinowi, któremu mówiłem wszystko. Niektóre marzenia są po prostu zbyt krępujące, aby się nimi dzielić.
W każdym razie ilekroć Taylor patrzyła na mnie, moje tiki dostawały bzika. Stres działa tak na ludzi mających Tourette'a. Siadając i wyciągając książkę do biologii z plecaka, zmusiłem się, żeby nie mrugać. Z moimi tikami jest tak, że jeżeli postaram się naprawdę mocno, mogę je opóźnić, ale nie ma możliwości, żebym całkiem je odegnał. To trochę jak ciężki przypadek swędzenia. Możesz je przez pewien czas ignorować, ale będzie się rozkręcało tak długo, aż się w końcu podrapiesz. W celu ukrycia swoich tików nauczyłem się różnych sztuczek. Na przykład czasami upuszczam ołówek na podłogę, a kiedy schylam się, żeby go podnieść, mrugam albo robię grymasy jak szalony. Jestem pewien, że dzieciaki dookoła mają mnie za prawdziwą niezdarę, bo czasami zdarza mi się upuścić ołówek cztery albo pięć razy podczas jednych zajęć. Zaś w towarzystwie pana Dallstroma, Jacka albo Taylor mrugałem jak stary, zepsuty neon.
Poulsen wrócił do przerwanych zajęć.
- No dobrze, przyjaciele, rozmawialiśmy o elektryczności i ciele. "Śpiewam o elektrycznym ciele", powiedział poeta Walt Whitman. Któż może mi wytłumaczyć rolę, jaką elektryczność odgrywa w ciele człowieka?
Potoczył po klasie tym swoim mętnym wzrokiem, najwyraźniej zawiedziony brakiem udziału uczniów.
- Lepiej, żebyście o tym wiedzieli. To będzie na waszym jutrzejszym teście.
- Elektryczność napędza nasze serce - powiedziała siedząca w pierwszym rzędzie dziewczyna z dużym aparatem korekcyjnym na zębach.
- Dokładnie - skwitował nauczyciel. - I co jeszcze?
Taylor podniosła rękę.
- Przesyła w naszym ciele sygnały nerwowe i myśli.
- Zgadza się, panno Ridley. A skąd bierze się ta elektryczność? - Pan Poulsen rozejrzał się po klasie. - Skąd bierze się elektryczność? No dalej, myślcie. - Gdy nikt nie odpowiadał, robiło się niebezpiecznie, ponieważ wtedy belfer zaczynał polować na tych, którzy mieli najmniejsze szanse na poprawną odpowiedź. - Może pan, panie Morris?
- E, z baterii?
Uczniowie roześmiali się.
- Genialne - powiedział Poulsen, potrząsając głową. - Z baterii. Dobrze, panie Morris, może czas, żeby wymienił pan swoje baterie, bo najwyraźniej się panu kończą. Skąd bierze się elektryczność, panie Vey?
Przełknąłem ślinę.
- Z elektrolitów? - zapytałem.
- Panie Vey, gdyby był pan węgorzem, byłaby to prawda.
Wszyscy ponownie parsknęli śmiechem. Taylor spojrzała na mnie ze współczuciem w oczach tak, że musiałem zrzucić ołówek na podłogę.
Ostin podniósł dłoń.
- Pan Liss - odezwał się Poulsen. - Niechże nas pan oświeci.
Nie wstając z krzesła, Ostin wyprostował się, jakby zamierzał wygłosić wykład, co zresztą zrobić zamierzał.
- Ludzkie ciało generuje prądy elektryczne przez zmianę stężenia chemikaliów w nerwach; ten proces nazywamy bioelektrogenezą. Za każdym razem, gdy wysyłany jest impuls nerwowy, komórki nerwowe oddają jon potasu i przyjmują jon sodu. Oba jony mają nieco inne ładunki elektryczne, więc różnica koncentracji jonów na zewnątrz i wewnątrz komórek nerwowych tworzy ładunek, który nasze ciało przetwarza w elektryczność.
- Brawo, panie Liss. Czeka na pana Harvard. Dla tych, co nie mają pojęcia, o czym mówił pan Liss, zapiszę to na tablicy. Bio-e-lek-tro-ge-ne-za.
Podczas gdy Poulsen, odwróciwszy się plecami do klasy, zapisywał to na tablicy, Ostin odwrócił się i zapytał szeptem:
- Jak poszło z Dallstromem? Ukarał Jacka?
Potrząsnąłem głową.
- Nie, to ja zostałem ukarany.
Ostin uniósł brwi.
- Za to, że dałeś się zamknąć w swojej własnej szafce?
- Taaa...
- Dallstrom to dupek.
- Jakbym nie wiedział.
CzirliderkaTa środa zdawała się być jednym z najdłuższych dni, jakie kiedykolwiek spędziłem w szkole. Nie miałem też pojęcia, że ów dzień nie jest nawet bliski zakończenia. Po ostatnim dzwonku Ostin i ja ruszyliśmy do swoich szafek, które stały obok siebie.
- Chcesz iść do mnie i pograć w "Halo"? - zapytał Ostin.
- Nie mogę. Mam szlaban, pamiętasz?
- A tak.
- Wpadnę do ciebie, jak wrócę.
Ostin i ja mieszkaliśmy dwa mieszkania od siebie w tym samym bloku.
- Nie będzie mnie. O czwartej mam lekcje cloggingu1.
- Aha - powiedziałem. Trudno było wyobrazić sobie Ostina oddającego się jakiejkolwiek aktywności fizycznej, ale tańczenie z gromadą siedmioletnich dziewczyn noszących czarne buty do stepowania z lakierowanej skóry było niczym poważny wypadek samochodowy - obrzydliwe, ale po prostu musisz to zobaczyć. - Chłopie, musisz się z tego wykręcić. Jeżeli ktokolwiek tutaj się o tym dowie, będziesz miał przekichane do końca życia.
- Wiem. Ale nauczycielka cloggingu jest kuzynką mojej mamy, a mama mówi, że kuzynka potrzebuje pieniędzy, a ja ruchu.
- Tak czy siak, to okrutne - powiedziałem, zamykając swoją szafkę. - Do zobaczenia jutro.
Wyciągnął pięść.
- Żółwik.
- Żółwik - odpowiedziałem, uderzając swoją pięścią w jego, choć miałem już tego serdecznie dosyć. W sensie: to było fajne tylko pierwsze milion razy.
Gdy szedłem z plecakiem w kierunku stołówki, na korytarzach tłoczyli się uczniowie. Panna Johnson, młoda, nowa nauczycielka angielskiego, właśnie została przydzielona do nadzorowania szkolnego aresztu, co, jak mniemałem, było dobrą rzeczą. Miała reputację fajnej i miłej, a ja miałem nadzieję, iż oznacza to, że może nas wcześniej wypuścić.
Podszedłem do niej. Zmusiłem się, żeby nie dostać tiku.
- Jestem Michael Vey, przyszedłem na odsiadkę.
Uśmiechnęła się do mnie, jakbym właśnie przybył na przyjęcie.
- Cześć, Michael. Witaj. - Zerknęła na podkładkę do pisania i odznaczyła moje nazwisko na liście. - Idź i wybierz sobie stolik.
Zapach obiadu ciągle unosił się w powietrzu (co było karą samą w sobie) i słyszałem, jak przygotowujący jedzenie za metalowymi żaluzjami sposobią się na jutrzejszą katastrofę.
W areszcie było jeszcze troje innych uczniów: dwóch chłopców i jedna dziewczyna. Byłem mniejszy od każdego z nich i jako jedyny nie wyglądałem jak morderczy psychopata. Gdy rozglądałem się po pomieszczeniu w poszukiwaniu miejsca do siedzenia, dziewczyna spojrzała na mnie i wykrzywiła twarz, ostrzegając, bym trzymał się z dala od jej stolika. Znalazłem wolne miejsce w rogu i usiadłem.
Nienawidziłem siedzenia w areszcie, ale przynajmniej dzisiaj miała nie być to kompletna strata czasu. Musiałem przygotować się do testu Poulsena. Gdy wyciągałem książki z plecaka, poczułem, że od siedzenia w ciasnej szafce ciągle pobolewa mnie ramię. Pociągnąłem za kołnierzyk i odsłoniłem jasnoczerwone otarcie. Na szczęście udało mi się schować palce, zanim zatrzasnęły się na nich drzwiczki. Zastanawiałem się, czy ktokolwiek zadzwoni do mojej mamy, żeby poinformować ją o incydencie. Liczyłem na to, że nie. Miała głupią pracę, której nie lubiła, i nie chciałem jej bardziej uprzykrzać i tak kiepskiego dnia.
Zaledwie dwadzieścia minut po rozpoczęciu odsiadki panna Johnson powiedziała:
- No dobrze, wystarczy. Czas iść do domu.
Zgarnąłem książki do plecaka i przerzuciłem go sobie przez ramię.
- Do zobaczenia jutro - rzuciłem do panny Johnson.
- Do zobaczenia jutro, Michael - odpowiedziała miłym tonem.
Gdy opuściłem stołówkę, w holu nie było nikogo poza ekipą dozorców, którzy po przybyciu na miejsce zaczęli zamiatać kafelki korytarzy wzdłuż i wszerz szerokimi miotłami. Zatrzymałem się przy swojej szafce i capnąłem laskę lukrecji, którą schowałem tam po obiedzie i o której spałaszowaniu marzyłem przez cały dzień. Rozdarłem opakowanie i wziąłem pyszny, solidny kęs. Ktokolwiek wymyślił lukrecję, był geniuszem. Uwielbiałem ją prawie tak bardzo, jak chrupki Rice Krispies. Zarzuciłem plecak na ramię i wyszedłem przez południowe wejście rad, że w końcu idę do domu.
Zdążyłem dopiero skręcić za róg szkoły, gdy zza dwóch kontenerów na śmieci wychynęli Jack i jego goryle, Mitchell i Wade. Jack złapał mnie za przód koszuli i upuściłem swoją lukrecję.
- Nakablowałeś na nas Dallstromowi, prawda? - powiedział Jack.
Spojrzałem w górę na niego, mrugając oczami jak szalony.
- Nie, nic mu nie powiedziałem.
- Akurat, już ci wierzę, ty mały tchórzu. - Jack popchnął mnie do tyłu na krzew ognika.
Ostre kolce dziabnęły mnie w szyję, ramiona i nogi. Jedyne miejsce, które mnie nie szczypało, znajdowało się tam, gdzie skórę chronił plecak.
- Zapłacisz za to - powiedział Jack, wskazując na mnie palcem. - Słono. - Obrócił się do Mitchella, który prawie dorównywał mu wzrostem, ale nie miał tak szerokich ramion ani rozwiniętej muskulatury jak on. - Pokaż mu, co robimy z kablarzami.
- Nie naskarżyłem na was - powtórzyłem. - Daję słowo.
Zanim zdążyłem wyplątać się z krzaka, Mitchell pociągnął mnie do góry i rąbnął porządnie w oko. Zobaczyłem jaskrawy rozbłysk i natychmiast poczułem, że oko zaczyna puchnąć. Zasłoniłem je ręką, starając się utrzymać równowagę.
- Przywal mu jeszcze raz - powiedział Jack.
Następny cios wylądował na moim nosie. Bolało jak cholera. Czułem, jak krew spływa po ustach i brodzie. Oczy zaczęły mi łzawić. Potem podszedł Jack i walnął mnie prosto w brzuch. Upadłem na kolana, nie mogąc złapać oddechu. Gdy w końcu udało mi się napełnić płuca powietrzem, zacząłem jęczeć. Nie mogłem przestać mrugać oczami.
- Płacze jak dzieciuch - powiedział radośnie Mitchell. - Płacz, dziecino, płacz.
Potem zbliżył się Wade. Wade West miał blond włosy i krzywy nos. Był najmniejszy i najbrzydszy z całej trójki, co prawdopodobnie tłumaczyło, dlaczego był też najbardziej wredny - miał najwięcej do udowodnienia innym.
- Twierdzę, że powinniśmy go ospodniować.
To była specjalność Wade'a. Miał na myśli ściągnięcie moich spodni, co było ostatecznym aktem upokorzenia. W zeszłym roku w ósmej klasie Wade ospodniował Ostina za budynkiem szkoły, ściągając mu spodnie oraz majtki przed kilkoma tuzinami kolegów z klasy. Ostin musiał biec do domu goły od pasa w dół. Było to coś, z czym do tej pory się nie pogodził.
- Tak - zgodził się Mitchell. - To go oduczy kablowania.
- Nie! - krzyknąłem, gramoląc się na nogi. - Nie wsypałem was.
I wtedy ktoś krzyknął:
- Zostawcie go w spokoju.
Taylor Ridley stała samotnie w pobliżu drzwi do szkoły, ubrana w purpurowo-złoty strój czirliderki.
- Hej, patrzcie na czirliderkę - powiedział Wade.
- Akurat będziesz miała okazję zobaczyć, jak ospodniujemy tego gościa - powiedział Mitchell.
- Tak, pomachaj nam pomponami - powiedział Jack, śmiejąc się jak wariat. Potem ułożył własną przyśpiewkę, co jak na niego, było wyjątkowym przejawem mądrości. - Z jagód mamy słodkie dżemy, kogo dzisiaj skremujemy? - Roześmiał się ponownie. - Łapcie go.
Zanim mogłem choćby spróbować uciec, cała trójka chwyciła mnie. Pomimo tego, iż mój nos dalej krwawił i ledwie widziałem na jedno oko, wściekłem się i zacząłem wić, choć trzymali mnie jak w kleszczach. Uwolniłem jedną rękę i uderzyłem Jacka w szyję, choć efektem było tylko głuche plaśnięcie. Trafiony zrewanżował się, waląc mnie jak młotem w ucho.
- No dalej, mięczaki! - krzyknął do Mitchella i Wade'a. - Nie możecie utrzymać tego cherlaka? - Przygwoździli mnie twarzą do ziemi i z całą siłą wgniatali w trawę.
- Głupi, mały kujon - powiedział Mitchell. - Myślisz, że możesz na nas bezkarnie kablować?
Starałem się zwinąć w kłębek, żeby nie zabrali mojego ubrania, ale byli za silni. Jack ciągnął moją koszulę tak długo, aż zaczęła się drzeć.
- Zostawcie go w spokoju albo pójdę po panią Shaw! - krzyknęła Taylor. - Jest blisko, w środku. - Pani Shaw była opiekunką czirliderek i uczyła zajęć praktycznych. Stateczna kobieta o łagodnym głosie, wzbudzała w uczniach mniej więcej tyle strachu, co poduszka. Myślę, że wszyscy wiedzieliśmy, iż tak naprawdę nie było jej w środku, inaczej Taylor po prostu od razu by do niej poszła.
- Zamknij się - powiedział Jack.
Rozwścieczyło mnie, gdy usłyszałem, jak zwraca się do Taylor.
- Sam się zamknij, nieudaczniku - powiedziałem do Jacka.
- Musisz nauczyć się manier, mrugający chłopczyku.
- Przepłucz sobie ryj - odpowiedziałem.
Jack złapał mnie za włosy i odwrócił moją głowę.
- Będziesz żałował, że nie trzymałeś gęby na kłódkę. - Ponownie walnął mnie w nos i moje ciało przeniknęły igły bólu. I wtedy coś we mnie pękło. Wiedziałem, że nie będę się już mógł dłużej powstrzymywać.
- Puśćcie mnie! - krzyknąłem. - Ostrzegam was.
- Ooch... - powiedział Wade. - On nas ostrzega.
- Tak, co zamierzasz zrobić? - zapytał Mitchell. - Napłaczesz na nas?
- Nie, wytrze sobie nami nos - roześmiał się Wade. Zdjął mi buty, podczas gdy Mitchell złapał mnie za pasek i zaczął szarpać za spodnie. Ciągle starałem się zwinąć w kłębek.
- Przestań się szarpać - powiedział Jack. - Albo zabierzemy wszystko, co masz, i zmusimy, żebyś leciał do domu na golasa.
- Zostawcie go w spokoju! - krzyknęła raz jeszcze Taylor.
- Mitch, pośpiesz się i zdejmij mu spodnie - powiedział Wade.
Przez moje ciało przetoczyła się tak silna fala gniewu, że nie mogłem jej opanować. Nagle powietrze przecięło ostre, elektryczne BZZ!, czemu towarzyszył odgłos lodu spadającego na rozgrzaną patelnię. Błysnęło jak przy uderzeniu pioruna, a Jack i jego banda z dzikimi wrzaskami frunęli wstecz i wylądowali na wznak w trawie, podrygując niczym ryby wyrzucone na ląd.
Przewróciłem się na drugi bok i starłem krew z nosa kantem dłoni. Podniosłem się, czerwony na twarzy i wściekły. Stanąłem nad Jackiem, który toczył pianę z ust.
- Mówiłem ci, żebyś zostawił mnie w spokoju. Jeżeli jeszcze kiedykolwiek mnie tkniesz, zrobię ci większą krzywdę. Rozumiesz czy chcesz jeszcze? - Podniosłem rękę.
Jego oczy były pełne skrajnego strachu.
- Nie, proszę, nie rób tego.
Obróciłem się i spojrzałem na jego bandę. Obaj leżeli na ziemi, drżąc i pochlipując. Prawdę rzekłszy, Wade kwiczał niczym dziecko i pojękiwał.
- To boli... to tak bardzo boli.
Podszedłem do niego.
- Ażebyś wiedział, że boli. A to była tylko niewielka próbka. Jeżeli następnym razem będziecie próbowali znęcać się nade mną albo którymkolwiek z moich znajomych, zaboli trzy razy bardziej.
Wszyscy trzej leżeli, drżąc i pojękując, a ja usiadłem na ziemi, wzułem buty i zawiązałem je. Potem przypomniałem sobie o Taylor.
Spojrzałem w kierunku drzwi, mając nadzieję, że weszła do środka. Nie zrobiła tego. Wyraz jej twarzy powiedział mi, że wszystko widziała. Niedobrze, psiakość. Matka mnie zabije. Ale teraz nic już nie mogłem na to poradzić. Złapałem swój plecak i pobiegłem do domu.
Ukrywanie dowodówGdy dotarłem do domu, lewym okiem prawie niczego już nie widziałem. Zostawiłem plecak na kuchennym stole i ruszyłem do łazienki, żeby obejrzeć się w lustrze. Opuchlizna wyglądała niczym dorodna śliwka. Nie było mowy, żeby udało mi się ukryć ją przed matką. Wziąłem ściereczkę i otarłem krew z nosa i podbródka.
Moja matka zazwyczaj wraca do domu koło 18:30, więc podgrzałem puszkę spaghetti na kolację, złapałem niebieski woreczek z lodem, który trzymała w zamrażalniku na wypadek okazjonalnych bólów głowy, a potem przyłożyłem go do oka, drugą ręką grając na komputerze. Wiedziałem, że powinienem uczyć się na test z biologii, ale po dniu takim jak ten po prostu nie miałem na to siły.
Naprawdę nie chciałem rozmawiać z mamą na temat mojego dnia, więc kiedy usłyszałem, że przekręca klucz w zamku, pobiegłem do swojego pokoju, zamknąłem drzwi, zgasiłem światła, zdjąłem koszulę i wczołgałem się do łóżka.
Zawołała mnie z salonu:
- Michael? - Dwanaście sekund później zastukała do moich drzwi, a potem otworzyła je. Udawałem, że śpię, ale nie dała się na to nabrać. - Hej, kolego, co robisz w łóżku?
- Nie czuję się dobrze - odpowiedziałem, naciągając pościel na głowę.
- Co się stało?
Włączyła światło w sypialni i natychmiast zobaczyła moją podartą i zakrwawioną koszulę na podłodze. - Michael, co się stało? - Podeszła do łóżka. - Michael, spójrz na mnie.
- Nie chcę.
- Michael.
Niechętnie odciągnąłem pościel. Gdy zobaczyła moją twarz, jej usta rozchyliły się lekko.
- Och, mój... co się stało?
Coś utkwiło mi w gardle.
- Jack i jego znajomi nie chcieli zostawić mnie w spokoju.
- Och, skarbie - powiedziała, siadając na boku łóżka. - Czy to się... stało? - zapytała po minucie.
Nie chciałem jej mówić. Nie chciałem jej jeszcze bardziej denerwować.
- Przepraszam, mamo. Starałem się powstrzymać. Ale oni nie chcieli zostawić mnie w spokoju. Próbowali ściągnąć mi spodnie.
Delikatnie odgarnęła mi włosy z twarzy.
- Głupie chłopaki - powiedziała cicho. Widziałem zmartwienie na jej twarzy. - Cóż, należało im się, prawda? - Zamilkła na chwilę. - Przepraszam, Michael. Żałuję, że nie wiem, co zrobić.
- Dlaczego po prostu nie zostawią mnie w spokoju?
Delikatnie przesunęła kciukiem po moim drgającym policzku. Potem pochyliła się i pocałowała mnie w czoło.
- Chciałabym to wiedzieć, synku. Chciałabym to wiedzieć.
Następny poranekMój budzik w radiu zadzwonił o zwyczajowej porze, to jest 7:11. Nastawiłem radio na odbiór audycji Morning Zoo. Prowadzący, Frankie i Danger Boy, opowiadali o ludziach cierpiących na bananofobię, a mianowicie silny strach przed bananami.
Delikatnie dotknąłem swojego oka. Opuchlizna trochę zeszła, ale ciągle bolało. Tak samo jak moje serce. Miałem wrażenie, że zdradziłem swoją mamę, i martwiłem się perspektywą kolejnej przeprowadzki. Znowu. Myśl o zaczynaniu wszystkiego od nowa napełniła mnie lękiem. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak trudne byłoby to dla niej. Poszedłem do łazienki i spojrzałem w lustro. Wyglądasz dość kiepsko, pomyślałem. Wziąłem prysznic, ubrałem się i poszedłem do kuchni.
Mama stała przy lodówce. Miała na sobie swój pomarańczowy fartuch do pracy. Była kasjerką w miejscowym Smith's Food Mart. Właśnie robiła gofry z dżemem truskawkowym i bitą śmietaną. Ucieszyłem się nie tylko dlatego, że uwielbiam gofry. Oznaczało to też, że nie jest na mnie zła.
- Jak twoje oko? - zapytała.
- W porządku.
- Chodź tutaj, sama zobaczę. - Podszedłem do niej i pochyliła się, żeby dokładniej mnie obejrzeć. - Okazały siniak. - Wyciągnęła gofra z gofrownicy. - Zrobiłam ci coś słodkiego.
- Dzięki.
Usiadłem przy stole, zaś mama przyniosła talerz.
- Będziesz pił sok pomarańczowy czy mleko?
- Mogę dostać mleko czekoladowe?
- Jasne. - Wróciła do lady kuchennej i nalała mi szklankę mleka, a potem wyciągnęła z szafki czekoladę w proszku i wsypała trochę do naczynia. Przyniosła szklankę do stołu, a potem usiadła obok mnie.
- Więc ci chłopcy, którzy ci dokuczali...
- Jack i jego znajomi.
- Czy muszę zadzwonić do ich rodziców?
- Nie sądzę, żeby Jack miał rodziców. Myślę, że wylągł się z jaja.
Mama wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
- A co z pozostałymi chłopcami?
- Wypełzli z kanałów.
- No tak... Czy to by coś pomogło, gdybym zadzwoniła do rodziców tych kanałowych stworzeń?
Odciąłem kawałek wafla i nadgryzłem go.
- Nie, to tylko pogorszyłoby sprawy. Poza tym nie sądzę, żeby chcieli jeszcze ze mną zadzierać.
- Myślisz, że powiedzą komuś o tym, co się stało?
- I tak nikt by im nie uwierzył.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz. - Spojrzała nad stołem. - Jak wafle?
- Dziękuję, dobre. - Wziąłem kolejnego gryza.
- Nie ma za co. - Jej głos był pełen obawy. - Czy ktokolwiek inny widział, co się stało?
- Dziewczyna.
- Jaka dziewczyna?
- Chodzimy razem na jedne zajęcia. Gdy to się stało, mówiła im, żeby zostawili mnie w spokoju.
Niepokój malujący się na jej twarzy sprawiał, że aż ścisnęło mnie w dołku. Po chwili wstała.
- Cóż, myślę, że po prostu będziemy musieli przekroczyć ten most, gdy już do niego dotrzemy. - Pocałowała mnie w czoło. - Lepiej już pójdę. Podrzucić cię do szkoły?
- Nie, poradzę sobie.
Właśnie wtedy rozległo się pukanie i mama otworzyła drzwi. W korytarzu stał Ostin.
- Dzień dobry, pani Vey.
- Dzień dobry, Ostinie. Nieźle dzisiaj wyglądasz.
Ostin wciągnął brzuch. Uważał, że moja mama jest "niezłą sztuką", co doprowadzało mnie do szału. Ostin miał piętnaście lat i fioła na punkcie dziewczyn; w sumie kiepsko na tym wychodził, bo był niskim kujonem przy kości, a to w zupełności wystarcza, żeby odstraszyć dziewczyny w naszym wieku. Nie miałem wątpliwości, że pewnego dnia zostanie dyrektorem naczelnym jednej z pięciuset największych firm według magazynu Fortune, będzie jeździł ferrari i dziewczyny zaczną wychodzić z siebie, żeby się do niego dobrać. Ale obecnie wyglądało to zupełnie inaczej.
- Dziękuję, pani Vey - odpowiedział. - Czy Michael jest gotowy?
- Prawie. Wejdź do środka.
Ostin przekroczył próg; ze swoim plecakiem wydawał się jeszcze niższy.
- Hej, Ostin - powiedziałem.
Spojrzał na moje sine oko.
- Chłopie, co się stało?
- Jack i jego kumple mnie napadli.
Otworzył szeroko oczy.
- Ospodniowali cię?
- Próbowali.
- Szkoła średnia - powiedziała moja mama. - Nie wróciłabym tam nawet za milion dolarów. - Wzięła swoje klucze i torebkę. - No dobrze. Miłego dnia, chłopcy... i trzymajcie się z dala od kłopotów.
- Dziękuję, pani Vey.
- Do zobaczenia, mamo.
Zatrzymała się przy drzwiach.
- Och, Michael, robimy dzisiaj w sklepie remanent, więc będę późno, najprawdopodobniej koło ósmej. Zrób sobie makaron z serem.
- Nie ma sprawy.
- Na pewno nie chcecie, żebym was podwiozła?
Ostin prawie zdążył coś powiedzieć, ale uprzedziłem go.
- Poradzimy sobie - odparłem.
- W porządku, to do zobaczenia - odpowiedziała i wyszła.
- Twoja mama jest taka seksy - powiedział Ostin, siadając przy stole.
- Chłopie, zamknij się. To moja mama.
Wskazał na moją twarz.
- Więc co się stało?
- Jack myślał, że nakablowałem na niego Dallstromowi. Więc wraz ze swoją bandą dorwał mnie za szkołą.
- Wade... - powiedział Ostin gorzkim tonem. - Powinieneś był po prostu go porazić.
Położyłem mu dłoń na ustach.
- Zamknij się. Wiesz, że nie powinieneś o tym wiedzieć.
- Wiem, przepraszam. - Spojrzał w kierunku drzwi. - I tak już poszła - dodał. - Jego twarz rozjaśniła się. - Hej, wziąłem od wujka miernik, więc możemy cię przetestować. - Ostin miał pomysł, żeby zmierzyć, ile woltów elektryczności mogę wygenerować. Prawdę rzekłszy, też byłem tego ciekaw.
- Ekstra.
- Chłopie, serio, nie wiem, dlaczego ukrywasz swoją moc. To tak, jakbyś miał samochód wyścigowy i musiał trzymać go cały czas w garażu. Po co w ogóle go mieć? Mógłbyś być najpotężniejszym dzieciakiem w szkole, a zamiast tego cię biją.
- Cóż, Jack i jego znajomi nie będą nas już niepokoili.
Ostin spojrzał na mnie zaskoczony.
- Zrobiłeś to?
- Tak.
- Ekstra! Chłopie, chciałbym tam być i zobaczyć, jak im dajesz to, co dawno im się należało.
Wziąłem kolejnego kęsa.
- Gdybyś tam był, też miałbyś sine oko. Jeżeli Wade najpierw by cię nie ospodniował.
Na myśl o tym Ostin zmarszczył brwi.
- Więc czy twoja mama wie, że tego użyłeś?
- Tak.
- Wpadła w panikę?
- Tak, ale teraz już się z tym oswoiła. Martwi się, że ktoś się o tym dowie, ale też nie chce, żebym ciągle dostawał cięgi. To oni zaczęli, ja po prostu zakończyłem sprawę.
- A propos, zamierzasz dokończyć te gofry?
- Są jeszcze dodatkowe w kuchni.
- Świetnie. Moja mama zrobiła na śniadanie płatki owsiane.
- Płatki owsiane?
- To kara. Serio... chłopie, smakują jak klej do tapet. Myślę, że karmią nimi więźniów syberyjskich gułagów.
- Więc czemu je robi?
- Bo jadła je, gdy była dzieckiem. Ale gofry twojej mamy... o, stary. Jedyną rzeczą lepszą od jej urody jest umiejętność gotowania.
- Chłopie, po prostu przestań.
Ostin potrząsnął głową.
- Urodziłem się w złym domu. - Rzucił dwa wafle na talerz i przyniósł go na stół, po czym utopił w morzu syropu. - Czy ktoś jeszcze widział, jak to robisz?
- Taylor.
- Taylor Ridley? Ta czirliderka?
- Tak.
- I co zrobiła?
- Po prostu patrzyła.
- Łał. Szkoda, że mnie tam nie było. - Odgryzł pokaźny kawałek gofra, aż syrop pociekł mu po policzku. - Uczyłeś się na test z biologii?
- Trochę, w areszcie. A ty?
- Nie musiałem. Wszystko mam tutaj. - Wskazał na swoją głowę. Ostin miał średnią 6.0 tylko dlatego, że nie było wyższych ocen na skali. Gdyby jego ciało dorównywało umysłowi, byłby panem wszechświata. - Dzisiaj też masz karne zajęcia?
- Mam szlaban przez następne cztery tygodnie... chyba że wykombinujesz sposób, żeby mnie z tego wykaraskać.
- Może powinieneś po prostu porazić pana Dallstroma.
- Chyba w snach.
W tym momencie drzwi wejściowe otworzyły się i do środka zajrzała moja mama.
- Michael, mógłbyś mi pomóc?
- Jasne, o co chodzi?
- Po prostu chodź na zewnątrz.
- Potrzebuje pani pomocy, pani Vey? - zapytał Ostin.
- Ty zostań. Chcę porozmawiać z Michaelem na osobności.
Ostin zmarszczył brwi. Wstałem i wyszedłem na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi.
- Co się stało?
- Zostawiłam na noc zapalone światła w samochodzie i padł akumulator. Możesz pomóc mi odpalić?
- Jasne.
Wyszedłem za nią z budynku i przeszedłem przez parking do naszego samochodu, dziesięcioletniej toyoty corolli. Mama rozejrzała się dookoła, żeby być pewną, że nikt nas nie obserwuje, a potem wsiadła do środka i otworzyła maskę. Podniosłem ją do końca i chwyciłem klemy akumulatora.
- Do dzieła - powiedziałem.
Rozrusznik kaszlał, dopóki nie zapulsowałem (bo tak nazywam to, co robię, pulsowaniem bądź wezbraniem) i silnik zaskoczył. Puściłem akumulator. Mama przez chwilę gazowała silnikiem, a potem wystawiła głowę przez okno.
- Dziękuję, skarbie.
Zatrzasnąłem maskę.
- Nie ma sprawy.
- Miłego dnia.
Gdy wchodziłem do domu, właśnie wyjeżdżała z parkingu. Ostin ciągle siedział przy stole i kończył swoje wafle.
- O co chodziło? - zapytał z pełnymi ustami.
- Akumulator padł.
- A ty go odpaliłeś?
- Tak.
- Superrr.
- To moje elektryczenie przynajmniej czasami do czegoś się przydaje.
- Możesz postraszyć Jacka - powiedział Ostin radośnie.
Spojrzałem na niego i zmarszczyłem brwi.
- Kończ jedzenie, bo się spóźnimy.
Szybko wsunął jeszcze dwa kęsy, a potem wstał. Zarzuciłem plecak na ramię i przeszliśmy z Ostinem do odległej o pięć przecznic szkoły.
Szkoła średnia w Meridian była czwartą budą, do której chodziłem, odkąd przeprowadziliśmy się do Idaho pięć lat wcześniej. Pierwszego dnia mama powiedziała mi: "Nie pakuj się w kłopoty i nikogo nie krzywdź", co - jak mniemam - zabrzmiałoby niedorzecznie dla każdego, kto nie znał mojego sekretu. Znaczy tak, jestem niższy od prawie wszystkich w szkole, wliczając dziewczęta, i nigdy nie sprawiałem kłopotów poza tym, że jestem mały i wyglądam na bezbronnego.
Gdy byłem w szóstej klasie szkoły średniej w Churchill, grupka zapaśników wsadziła mnie do kosza na śmieci w stołówce i turlała po całym pomieszczeniu. To był dzień kurczaka po królewsku, więc cały upaćkałem się w ryżu i żółtym sosie z marchewkami i groszkiem. Minęło pięć minut, zanim nie wytrzymałem i "odpaliłem", jak określa to moja mama.
Wtedy nie byłem tak dobry w kontrolowaniu swoich odruchów i jednego z chłopców zabrano do szpitala. Wszyscy nauczyciele i administracja ocipieli. Nauczyciele mnie przepytywali, zaś dyrektor i szkolny policjant przeszukali mnie. Myśleli, że mam przy sobie jakiś paralizator, taser albo coś w ten deseń. Przejrzeli zawartość mojego płaszcza i kieszeni spodni, a nawet kosza na śmieci, lecz, rzecz jasna, niczego nie znaleźli. Zamknęli dochodzenie, konkludując, że chłopcy musieli dotknąć kabla zasilającego czy czegoś innego. Żaden z zapaśników nie odpowiedział za to, co zrobili, i wszystko poszło w niepamięć. Kilka miesięcy później mama i ja przeprowadziliśmy się ponownie.
Historia czirliderkiJeżeli kiedyś mieliście podbite oko, to będziecie wiedzieć, jak wyglądał mój dzień. Wszyscy po prostu gapili się na mnie, jakbym był dziwolągiem albo czymś podobnym. Pod koniec dnia chodziłem ze spuszczoną głową i kryjąc twarz za egzemplarzem szkolnej gazety Meridian Warwhoop. Dzionek jednak wcale nie był aż taki zły. Ani razu nie widziałem pana Dallstroma, nigdzie też nie natknąłem się na Jacka ani jego kumpli. Doszedłem do wniosku, że odstraszyłem ich przynajmniej na kilka dni.
Gdy poszedłem na biologię, ostatnie zajęcia tego dnia, zauważyłem, że Taylor Ridley wpatruje się we mnie. Zignorowałem jej spojrzenie i usiadłem.
- Hej - powiedziała. - Dobrze się czujesz?
Nie popatrzyłem na nią. Jak zwykle, moje tiki zaczęły odstawiać harce.
Pochyliła się w moją stronę.
- Michael.
Nie miałem nawet pojęcia, że ona wie, jak mam na imię.
Zabrzmiał spóźniony dzwonek i pan Poulsen zaczął przechadzać się w górę i w dół pomiędzy ławkami, rozdając nam testy.
- Słuchajcie, dzisiejszy test stanowi jedną piątą waszej końcowej oceny z przedmiotu, więc nie odpowiadajcie na chybił trafił. Oczekuję kompletnej ciszy, nie chcę słyszeć ani jednego słowa. Znacie karę za ściąganie, więc nie będę się nad tym rozwodził, przypomnę wam tylko, że przyłapanie jest równoznaczne z uzyskaniem oceny niedostatecznej i odbyciem nieprzyjemnej wizyty u pana Dallstroma. - To są jakieś inne? - zapytałem w myślach. Pan Poulsen przeszedł na przód sali. - Gdy skończycie test, przynieście go do mnie, a potem wróćcie do swojej ławki i siedźcie cicho.
Widziałem, jak Ostin wierci się w ławce przede mną, szczęśliwy niczym świnia w błocie. Uwielbiał testy. Czasami dla zabawy ściągał je z sieci i sprawdzał samego siebie. Nie ulegało wątpliwości, że coś jest z nim nie tak. Wyciągnąłem ołówek i wziąłem się do roboty.
1. Która definicja najlepiej opisuje chromatydę?
A. Proteina/kompleks DNA tworzący chromosom.
B. Molekuły DNA ze specyficznymi proteinami odpowiedzialnymi za magazynowanie i transport informacji genetycznej u eukariot.
C. Pięć rodzajów protein formujących kompleksy z eukariotycznym DNA.
D. Każda z identycznych par molekuł DNA po replikacji DNA, połączonych w centromerze.
Pomyślałem, że D. D? A może A? Głowiłem się nad odpowiedzią, gdy na mojej ławce wylądowała złożona kartka. Rozwinąłem ją.
Jak to zrobiłeś?
Rozejrzałem się, żeby zobaczyć, kto rzucił kartkę. Taylor wbijała we mnie wzrok.
Odpisałem.
Co zrobiłem?
Spojrzałem na Poulsena, który siedział przy swoim biurku i czytał książkę, a potem odrzuciłem kartkę, która po kilku sekundach znów znalazła się na mojej ławce.
Wiesz, o co chodzi. Widziałam, jak coś zrobiłeś tym chłopcom.
Podrzuciłem jej kolejną odpowiedź.
Nic nie zrobiłem.
Taylor odpisała.
Możesz mi zaufać.
Pisałem właśnie kolejne zaprzeczenie, gdy usłyszałem chrząkanie pana Poulsena. Spojrzałem w górę. Nauczyciel stał na początku mojego rzędu i patrzył na mnie.
- Panie Vey, mam nadzieję, że ta korespondencja nie ma nic wspólnego z testem, który rozwiązujemy?
Przełknąłem ślinę.
- Nie, proszę pana.
- Więc wybrał pan sobie kiepski moment na dzielenie się swoimi uczuciami z panną Ridley.
Zaczerwieniłem się, a wszyscy w klasie parsknęli śmiechem. Pan Poulsen podszedł do mnie. Mrugałem jak wariat.
- Wydaje mi się, że wyraziłem się wyraźnie w kwestii zasad. Proszę oddać mi tę kartkę. - Spojrzałem na papier. Nie mogłem go mu oddać. Jeżeli przeczyta zawartość na głos, wszyscy się dowiedzą.
- Chwileczkę - powiedziała Taylor. - On nic nie zrobił. To ja podawałam kartkę.
Pan Poulsen spojrzał na Taylor i wyraz jego twarzy się zmienił: surowy rygorysta stał się nagle dobrodusznym nauczycielem. Myślę, że nawet on się w niej podkochiwał.
- Co pani powiedziała, panno Ridley?
- To ja napisałam te wiadomości.
Nauczyciel z niedowierzaniem spojrzał na Taylor. Była wzorową uczennicą, niezdolną do popełnienia tak haniebnego czynu. A potem, gdy pan Poulsen patrzył na nią, Taylor zrobiła coś przedziwnego. Posłała nauczycielowi pewny siebie uśmiech, a potem przekrzywiła głowę na bok i zmrużyła oczy. Pan Poulsen zrobił nagle zdezorientowaną minę; wyglądał teraz jak człowiek właśnie obudzony z drzemki. Mrugnął kilka razy, a potem spojrzał na Taylor i uśmiechnął się.
- Przepraszam, co ja takiego mówiłem?
- Powiedział pan, że zostało nam jeszcze czterdzieści minut do końca testu - odpowiedziała Taylor.
Nauczyciel potarł czoło.
- A tak. Dziękuję, Taylor. - Odwrócił się w kierunku klasy. - Piszcie dalej. Zostało czterdzieści minut. - Wrócił do swojego biurka, podczas gdy wszyscy inni w klasie patrzyli na siebie z osłupieniem w oczach. Nie mogłem uwierzyć w to, co się właśnie stało. Odwróciłem się i spojrzałem na Taylor.
- Możesz mi zaufać - powiedziała bezgłośnie.
Ukończenie testu zajęło mi całą lekcję. Prawdę rzekłszy, na trzy ostatnie pytania zabrakło mi czasu i zakreśliłem odpowiedzi na chybił trafił. Ostin skończył wszystko w mniej niż piętnaście minut i dumnym krokiem ruszył w kierunku biurka, żeby oddać swój test, nie zdając sobie sprawy, że reszta klasy sztyletuje go spojrzeniami. Do końca lekcji słyszałem, jak chyłkiem podjada prażynki serowe z plecaka.
Po dzwonku razem z Ostinem skierowaliśmy się do naszych szafek.
- Chłopie, ten test był bułką z masłem - powiedział Ostin. - Nie mogę doczekać się następnego.
- Dziwak z ciebie - skwitowałem.
Nagle za ramię złapała mnie Taylor.
- Michael, musimy pogadać.
- Nie, nie musimy - odrzekłem. Poszedłem dalej, zostawiając ją stojącą na korytarzu.
Ostin spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Chłopie, właśnie spławiłeś Taylor Ridley.
Spojrzałem na niego.
- No i?
Uśmiechnął się.
- To było takie super.
Taylor wybiegła przede mnie i zatrzymała się. Spojrzała na Ostina.
- Proszę, daj nam chwilkę.
- Jasne - powiedział Ostin; wyglądał na podekscytowanego, że Taylor się do niego odezwała. Gdy cofnął się o kilka kroków, Taylor ponownie zwróciła się do mnie:
- Proszę.
- Nie mogę - odpowiedziałem.
- Muszę wiedzieć - naciskała Taylor. - Naprawdę, naprawdę muszę wiedzieć.
Przez chwilę patrzyłem na nią bez słowa.
- Co zrobiłaś Poulsenowi?
- Nie wiem, o czym mówisz - odpowiedziała, odpłacając się mi pięknym za nadobne za to, co napisałem do niej na kartce.
- Coś zrobiłaś - powiedziałem. - Widziałem.
- Naprawdę? Cóż, ty też coś zrobiłeś.
- Nic, o czym mogę ci opowiedzieć.
- Michael, proszę, to ważne. - Wykrzywiła twarz. - Błagam cię.
- Chłopie, ona cię błaga - powiedział Ostin, zapominając, że miał nie słuchać.
Taylor odwróciła się do niego.
- Możemy cię przeprosić? - zapytała ostrym tonem.
Pod wpływem jej spojrzenia Ostin sflaczał.
- Przepraszam. - Tym razem przeszedł pod przeciwległą ścianę korytarza.
Przez chwilę patrzyłem na dziewczynę.
- Za powiedzenie ci o tym mogę zginąć.
- Nikt się nigdy nie dowie. Obiecuję. - Przyłożyła dłoń do piersi. - Z ręką na sercu.
Przeniosłem wzrok na Ostina, który dalej udawał, że nie podsłuchuje. Potrząsnął głową.
Taylor spojrzała na niego, a potem znów na mnie i westchnęła.
- Michael, ja naprawdę muszę wiedzieć. Obiecuję, że nikomu nic nie powiem. - Nachyliła się bliżej. - Zdradzę ci nawet mój sekret. - Po prostu stała tam, patrząc na mnie tak, jak Ostin patrzy na pączki z galaretką, a potem położyła dłoń na moim ramieniu. - Michael, proszę. To ważniejsze, niż możesz sobie wyobrazić.
Wyglądała na tak zdesperowaną, że nie bardzo wiedziałem, co zrobić.
- Tutaj i tak nie mógłbym ci o tym powiedzieć - odezwałem się w końcu.
- Możemy pójść do mnie - odpowiedziała szybko. - Mieszkam kawałek dalej. Nikogo nie ma w domu.
Ostin spojrzał na mnie oszołomiony. Mogłem wyobrazić sobie, co teraz myśli. Chłopie, Taylor Ridley właśnie zaprosiła cię do swojego domu!
- Nie mogę - odpowiedziałem. - Po zajęciach muszę zostać w ciupie.
- Nic nie szkodzi, poczekam na ciebie - odpowiedziała ochoczym tonem.
- Nie masz zajęć z czirlidingu albo coś w tym stylu?
- Tylko w poniedziałki i środy. I w piątki, jeżeli jest jakiś mecz. - Spojrzała mi głęboko w oczy. - Proszę.
Odmówienie dziewczynie, w której się podkochujecie, jest wystarczająco trudne samo w sobie, zwłaszcza gdy was o coś błaga, a mnie na dodatek skończyły się wymówki. Głośno westchnąłem i poddałem się.
- Gdzie chcesz się spotkać?
Taylor uśmiechnęła się.
- Po prostu pójdę z tobą.
- Do aresztu?
- Chyba mnie wpuszczą, prawda?
- Nie wiem. Nikt nigdy nie próbuje się tam dostać. To jak włamywać się do więzienia.
Taylor uśmiechnęła się.
- No to się przekonamy.
- Hej - powiedział Ostin, który z powrotem wkręcił się do naszej rozmowy. - A co ze mną?
Taylor obrzuciła go wzrokiem.
- Co z tobą?
- Jestem Ostin, najlepszy przyjaciel Michaela - powiedział, skwapliwie wyciągając dłoń do uściśnięcia. Taylor po prostu dalej patrzyła na niego.
- Jest moim przyjacielem - powiedziałem.
- Czego chcesz? - zapytała Ridley.
- Chcę iść z wami.
- Możemy mu zaufać - dodałem.
Obejrzała go od stóp do głów, a potem odwróciła się do mnie.
- Przepraszam, ale ja nie mogę.
Spojrzałem na Ostina i wzruszyłem ramionami.
- Przykro mi, chłopie.
Ostin zmarszczył brwi.
- W porządku. Do zobaczenia później.
Gdy Ostin oddalał się korytarzem, Taylor zwróciła się do mnie.
- Chodźmy, młodociany przestępco.
Zdarzyło się coś, czego nigdy w życiu bym się nie spodziewał: szliśmy razem przez szkołę. Zastanawiałem się, czy Taylor nie będzie się bała, że ktoś ją zobaczy w moim towarzystwie i na przykład współczynnik jej popularności nie spadnie o punkt albo dwa (nie byłem do końca pewien, jak to działa), ale zdawała się nic sobie z tego nie robić. W drodze od mojej szafki do kozy powiedziała do przechodzących "cześć" chyba ze sto razy. Jak zwykle, ja czułem się niewidoczny.
Kiedy weszliśmy do stołówki, panna Johnson spojrzała ze zdziwieniem na Taylor, która była jedną z tych uczennic zawsze będących pupilkami nauczycieli: miała nienaganne maniery, zawsze odrabiała zadania domowe, zgłaszała się do odpowiedzi i nigdy nie sprawiała kłopotów. Raz podsłuchałem, jak pewien nauczyciel powiedział: "Chciałbym mieć całą klasę takich jak panna Taylor".
- Czy potrzebuje pani czegoś, panno Taylor? - zapytała panna Johnson.
- Nie, pani Johnson. Przyszłam tu posiedzieć.
- Jestem zaskoczona. - Panna Johnson spojrzała do swoich notatek. - Nie mam pani na swojej liście.
- Wiem. Nie wpadłam w kłopoty ani nic z tych rzeczy. Po prostu czekam na mojego przyjaciela Michaela.
Panna Johnson skinęła głową.
- To bardzo miłe z twojej strony, że chcesz wspierać swojego kolegę, ale szkolny areszt nie jest dobrym miejscem na spędzanie czasu.
Taylor po prostu wpatrywała się w nią swoimi dużymi, łagodnymi brązowymi oczami.
- Proszę? Naprawdę wydaje mi się, że mogę pomóc zmienić jego nastawienie.
Obróciłem się i spojrzałem na nią.
Panna Johnson uśmiechnęła się.
- Cóż, skoro naprawdę chcesz pomóc, to nie widzę przeciwwskazań. Ale nie możecie siedzieć razem. Tu nie wolno rozmawiać.
Taylor posłała jej uśmiech.
- Nic nie szkodzi, panno Johnson, mam do nadrobienia sporo zadań domowych. - Pomachała w moją stronę. - Zachowuj się - powiedziała, a potem posłała mi szeroki uśmiech i usiadła przy stoliku panny Johnson.
1 Clogging - irlandzki taniec polegający na rytmicznym stukaniu butami w parkiet całej tanecznej grupy.