Michael Vey. Bunt - Richard Paul Evans

-
Proszę czekać

COPYRIGHT ? 2012 BY Richard Paul EvansCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2014 COPYRIGHT ? FOR TRANSLATION BY Andrzej Sawicki

TYTUŁ ORYGINAŁU Michael Vey. Rise of the Elgen

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-954-0

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI ? Szymon Wójciak

ILUSTRACJE NA OKŁADCE ? by Matt Kohr

FOTOGRAFIA AUTORA ? by snaptitude - Fotolia.com Argus - Fotolia.com Dmytro Tolokonov - Fotolia.com

REDAKCJA Andrzej Sitek

KOREKTA Agnieszka Pawlikowska

SKŁAD "Grafficon" Konrad Kućmiński

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

 

Trudności

Lepiej niech to będzie coś ważnego - warknął mężczyzna. Była druga w nocy. Metaliczny dzwonek telefonu zagrzechotał na środku Morza Tyrreńskiego i właśnie zbudził śpiącego na jachcie właściciela.

- Mamy pewne... trudności - powiedział Hatch, starannie dobierając słowa. Odchylił się na oparcie skórzanego fotela w swoim prywatnym samolocie odrzutowym. - Przeprowadzka z siedziby w Pasadenie nie poszła tak gładko, jak się spodziewaliśmy.

- Jakie "trudności"?

- Był bunt.

- Bunt? A kto go wszczął?

- Michael Vey. I więźniowie.

- Czy któremuś udało się uciec?

- Wszyscy uciekli.

Ze słuchawki wysypał się stek przekleństw.

- Jak do tego doszło?!

- Ten szczeniak okazał się potężniejszy, niż myśleliśmy.

- I uciekł?

Hatch przez chwilę wstrzymywał się z odpowiedzią.

- Nie tylko on... Cała siódemka Lśniących.

Słuchawka zatrzeszczała od wściekłych krzyków.

- To całkowita klęska!

- Nie, to tylko pewne utrudnienie - stwierdził spokojnie Hatch. - Takie, z którym szybko się uporamy. Nawet w trakcie naszej rozmowy wyłapujemy więźniów. Odzyskaliśmy już trzech.

- Co będzie, jeśli zaczną mówić?

- Nikt im nie uwierzy. Po tym, co u nas przeszli, większość z nich to ledwo bełkoczący idioci.

- Nie możemy ryzykować. Znajdźcie wszystkich. A co z elektrycznymi dzieciakami?

- Śledzimy ich ruchy. Nadal trzymają się razem. Jadą do Idaho. Mamy już tam zespół, który ich przejmie.

- Dlaczego mam wierzyć, że tym razem się panu uda?

- Bo tym razem wiemy, z kim mamy do czynienia. I przygotowaliśmy kilka sztuczek, których nie będą się spodziewali.

- Będę musiał powiadomić o tym Radę - odezwał się głos w słuchawce.

- Niech pan poczeka z tym do rana - zaoponował Hatch. - Rano będzie to już wyglądało inaczej. Poza tym godnym pożałowania incydentem wszystko idzie zgodnie z planem.

- Oczekuję, że zadba pan o to, aby wszystko powróciło do pierwotnych założeń. - Głos umilkł na moment, a potem dodał: - Myślę, że nadszedł czas na uwolnienie matki Veya.

- Popełnilibyśmy błąd. Ona jest naszą jedyną gwarancją, że Vey nie zniknie. Chłopak jest ważny, może być odpowiedzią na nasze problemy z aparaturą. Poza tym w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin Vey i pozostali Lśniący ponownie trafią pod naszą straż.

- Byłoby lepiej, gdyby pan się nie mylił - stwierdził mężczyzna.

- Ma pan na to moją gwarancję - odpowiedział Hatch. - Vey znajdzie się w naszych rękach, zanim dzień dobiegnie końca.

 

Moja opowieść

W piątej klasie moja nauczycielka angielskiego, pani Berg, wyjaśniła nam, co to jest autobiografia, i kazała każdemu z nas spisać historię jego życia na jednej stronie poliniowanego papieru. Nie jestem pewien, co było bardziej żałosne:

A. Jej przekonanie, że życie każdego ucznia da się streścić na jednej stronie, czy...

B. Fakt, że zdołałem zapełnić jedynie połowę strony.

Spójrzmy prawdzie w oczy, w piątej klasie wciąż jakby czekasz, aż twoje życie naprawdę się zacznie. Owszem, niektórzy z nas robili ciekawe rzeczy, jak choćby ten chłopak, który skakał ze spadochronem, otwierając go tuż nad ziemią, albo inny, który był w Japonii. Ojciec jednej z dziewczynek był hydraulikiem, zaś ona, wymachując przetykaczem do rur, wystąpiła w telewizyjnej reklamie firmy swojego tatki. Czyli stała się jakby sławna - ale nikogo nie było stać na nic lepszego. Pamiętam, że moja autobiografia była wyjątkowo mizerna. Szło to jakoś tak:

Nazywam się Michael Vey i jestem z miasta, o którym pewnie nigdy nie słyszeliście - Meridian w Idaho. Mój ojciec umarł, kiedy miałem osiem lat, i od tamtego czasu razem z mamą nieustannie przeprowadzamy się z miasta do miasta. Lubię gry wideo i mam zespół Tourette'a. Nie usiłuję nikogo rozśmieszyć, naprawdę go mam.

Prawdopodobnie wiecie, że zespół Tourette'a sprawia, iż niektórzy z nas nieustannie przeklinają. Może ubarwiłoby to nieco moją opowieść albo nauczycielka zabroniłaby mi ją spisać, ale ja z Tourette'em nie przeklinam. W moim przypadku choroba przejawia się tym, że mam tiki nerwowe; mrugam oczami, przełykam ślinę, robię dziwaczne miny i takie tam. I to byłoby na tyle. Jak do tej pory, nikt się nie zgłosił, żeby kupić prawa do publikacji mojej biografii.

Pewnie byłbym gwiazdą, gdyby tylko filmowcy znali mój sekret i powód, dla którego oboje z matką ciągle się przeprowadzaliśmy.

Jestem elektryczny. Podobnie oczywiście jak wy. Na tej zasadzie działają wasze mięśnie i mózg. Sęk w tym, że we mnie elektryczność jest prawdopodobnie tysiące razy silniejsza niż w was. I wygląda na to, że ta moc wciąż rośnie. Mieliście kiedyś tak, że potarliście stopę o dywan, a potem kogoś poraziliście? Pomnóżcie to przez tysiąc i będziecie mieli pojęcie, jak to jest być mną. Albo zostać przeze mnie porażonym. Na szczęście nauczyłem się to kontrolować.

Teraz mam piętnaście lat i od czasów, gdy byłem w piątej klasie, sporo się wydarzyło. Chciałbym, żeby ktoś poprosił mnie o spisanie historii mojego życia teraz, bo wyszedłby z tego niezły film. I zajęłaby znacznie więcej miejsca niż jedną stronę. Wyglądałoby to jakoś tak:

Nazywam się Michael Vey i jestem bardziej elektryczny od drętwy. Zawsze myślałem, że na świecie istnieje tylko jeden ktoś taki jak ja, ale okazało się, że to nieprawda. Odkryłem, że na początku było siedemnaście takich osób. A ludzie, którzy uczynili nas takimi, jakimi jesteśmy, przedstawiciele korporacji Elgen, teraz chcą nas pojmać.

Moglibyście powiedzieć, że jesteśmy dziełem przypadku. Korporacja Elgen stworzyła machinę nazywaną MIE (skrót od magnetyczny induktor elektronów), przy pomocy której naukowcy spodziewali się odkryć u pacjentów choroby i nieprawidłowości. Zamiast tego STWORZYLI nieprawidłowość - nas.

Moja dziewczyna, Taylor Ridley, czirliderka o orzechowych oczach, normalnie będąca poza zasięgiem takich jak ja, też jest elektryczna. Ja porażam ludzi (nazywam to "pulsowaniem"), ona zaś potrafi uderzyć w ich mózgi i sprawić, że zapominają, co mieli zrobić. Taylor nazywa to "resetowaniem". Potrafi także odczytywać myśli, ale do tego musiałaby ofiarę dotknąć.

Przed miesiącem znaleźli nas ludzie dowodzeni przez budzącego przerażenie faceta o nazwisku doktor Hatch. Porwali Taylor i próbowali mnie, ale zamiast tego w ich łapy trafiła moja matka. Kilka dni później ruszyłem do Kalifornii w towarzystwie Ostina Lissa, mojego najlepszego przyjaciela (mieszka w tym samym budynku, co ja, i jest jednym z niewielu ludzi znających sekret mojej mocy), i dwoma kumplami z mojej szkoły, Jackiem i Wade'em, żeby uwolnić Taylor i moją matkę.

Nie poszło tak dobrze, jak myśleliśmy. Była tam Taylor, ale nie odnaleźliśmy mojej matki. A potem tamci nas złapali. Jacka i Wade'a przeznaczyli na LŚM, co jest skrótem od laboratoryjnych świnek morskich. Taką nazwę nadawali faceci z Elgen tym więźniom, na których przeprowadzali eksperymenty. W podziemiach zamknęli także mnie i Ostina, ale ja trafiłem do celi numer 25, przeznaczonej dla ludzi, którym chcieli złamać wolę i umysł.

Udało mi się jednak uciec i uratować moich przyjaciół. Zdołałem także oswobodzić czworo innych elektrycznych dzieciaków: Zeusa, Iana, McKennę i Abigail. Oni też mają zarąbiste moce. Zeus potrafi razić błyskawicami, stąd miano greckiego boga (niestety nie może dotknąć wody, bo poraziłby sam siebie, i z tego powodu właściwie w ogóle się nie myje i... jak by to powiedzieć... po prostu śmierdzi).

Ian jest ślepcem, ale w pewnym sensie widzi lepiej niż każdy z nas. Trochę jak rekiny i elektryczne węgorze, to znaczy dzięki elektrolokacji, co oznacza, że może zobaczyć rzeczy odległe o kilka mil i znajdujące się za ścianami.

McKenna potrafi wytworzyć ciepło i światło po prostu ze swojego ciała.

Abigail umie likwidować ból przez elektryczną stymulację zakończeń nerwowych.

Uratowaliśmy także Grace. Była jednym z elektrycznych dzieci lojalnych wobec Hatcha (który nazywa nas Lśniącymi). Nie wiem o niej za wiele poza tym, że potrafi się "ładować" danymi z komputerów i zanim uciekliśmy, przechwyciła informacje dotyczące struktury Elgenu. Mamy nadzieję, że jest tam też wiedza o tym, gdzie Hatch trzyma moją mamę.

Jest nas dziesięcioro (wliczając w to Ostina, Jacka i Wade'a). Nazywamy siebie Eklanem.

Jest jeszcze jedna sprawa, którą umieściłbym w mojej autobiografii, coś, co mnie przeraża, ale też dodaje całej historii smaku. Nie jestem pewien, ale być może umieram. Hatch mi powiedział, że czworo z elektrycznych dzieci już umarło na raka wywołanego ich elektrycznością - a ja mam jej w sobie więcej niż każde z nich. Nie wiem, czy to prawda, bo Hatch jest kłamcą. Myślę, że czas pokaże. Tymczasem zmierzamy do mojego domu w Meridian, Idaho. Zamierzamy odkryć, gdzie trzymają moją matkę, i zaplanować nasze następne posunięcia.

Jak już powiedziałem, moja opowieść - na razie - mogłaby stać się kanwą całkiem niezłego filmu. Może któregoś dnia tak się stanie. Na razie jednak nie, bo daleko jej do zakończenia. A mam wrażenie, że wszystko się jeszcze bardziej popieprzy.

Powrotna jazda

- Ja już jestem trupem - powiedział Ostin, pocierając dłońmi głowę tak mocno, że pomyślałem, iż zostaną mu łyse placki. - Ojciec powyrywa mi ręce i zatłucze nimi na śmierć.

Spojrzałem na Taylor, która wymownie uniosła wzrok w górę. Ostin od kilku godzin mówił o tym, jak bardzo podnieca go powrót do domu i dopiero, gdy zjechaliśmy z autostrady w stronę Meridian, dotarło do niego, że jego rodzice mogą być wściekli za to, że wyjechał z miasta, nic im nie mówiąc.

- Wyluzuj - powiedziałem. - Gdy cię zobaczą, będą tacy szczęśliwi, że zapomną o złości. A zresztą nigdy wcześniej nie miałeś szlabanu.

- No, z domu też nigdy wcześniej nie uciekałem.

- Pójdę z tobą - odezwał się siedzący z tyłu Zeus. - W charakterze wsparcia. Jak sprawy przyjmą zły obrót, to mogę ich załatwić.

Ostin wytrzeszczył oczy.

- Nie możesz porazić moich rodziców.

Zeus rozsunął dłonie o kilka cali. Pomiędzy jego palcami zaczęły przelatywać łuki błyskawic.

- Ależ oczywiście, że mogę. To łatwe.

- Chciałem powiedzieć, że to nie byłoby w porządku, jakbyś ich poraził.

Zeus zamrugał powiekami.

- Dlaczego nie?

- Bo to moi rodzice - odpowiedział Ostin.

Zeus nadal miał minę człowieka, który nie może czegoś zrozumieć.

- No to niech Taylor ich zresetuje, aż zapomną, kim jesteś.

- Na pewno tego nie zrobię - oznajmiła Taylor.

- Nie chcę, żeby oni zapomnieli, kim jestem - powiedział Ostin.

Zeus potrząsnął głową.

- No to się zdecyduj. Chcesz mieć kłopoty czy nie.

- Nie chcę mieć kłopotów i nie chcę krzywdzić rodziców.

- Czasami nie możesz zjeść ciastka i mieć ciastko - odpowiedział Zeus.

- Technicznie rzecz biorąc - odezwała się Taylor - nigdy nie możesz zjeść ciastka i mieć je nadal.

- Chciałbym jakieś ciacho - stwierdził Ostin, opierając głowę o oparcie siedzenia przed sobą.

Po kilku minutach minęliśmy E-11, gdzie zaczęła się nasza wyprawa, a potem skręciliśmy na parking przed budynkiem, w którym było moje mieszkanie. Jack zredukował bieg i wyłączył silnik.

- Jesteśmy na miejscu - stwierdził, choć w zasadzie rzecz była oczywista.

- Gdzie jest Wade? - zapytałem.

- Nie mam pojęcia - odpowiedział Jack. - Ostatni raz widziałem go mniej więcej pół godziny temu.

Nie spodobały mi się implikacje tego, co powiedział.

- Miał jechać za nami.

Opuściliśmy Pasadenę w samochodzie Jacka, zubażając przy okazji Akademię Elgen o jedną z furgonetek, którą poprowadził Wade. W jego wozie byli Ian, Abigail, Grace i McKenna. Jack prowadził camaro, do którego wsiedli Taylor, Ostin, Zeus i ja.

Zeus usiadł z przodu i pomagał Jackowi w prowadzeniu samochodu, podczas gdy nasza trójka stłoczyła się na tylnym siedzeniu, czego - ponieważ siedziałem obok Taylor - nie nazwałbym najgorszą przejażdżką w moim życiu. Gdzieś w okolicach Barstow usnąłem, opierając głowę o jej ramię. Gdy się obudziłem, Taylor szepnęła mi do ucha:

- To był niesamowity sen.

- Miałaś jakiś sen? - zapytałem.

- Nie - odpowiedziała. - To ty miałeś sen.

To niezwykłe doświadczenie: siedzieć obok kogoś, kto potrafi czytać twoje myśli. Ale przynajmniej nigdy nie musiała się zastanawiać nad tym, co do niej czuję.

Zamierzaliśmy wrócić do Idaho, ukryć się w moim mieszkaniu i przemyśleć sprawę uwolnienia mojej matki z łap Hatcha i Elgenu. Ale przedtem musiałem się dowiedzieć, gdzie ją przetrzymują. Korporacja miała globalny zasięg, co oznaczało, że moją matkę mogli ukryć wszędzie. Wszędzie.

Jak powiedziałem, zanim opuściliśmy Pasadenę, Grace ściągnęła dane z komputerów Elgenu. Liczyliśmy na to, że gdzieś tam znajdzie się informacja o miejscu uwięzienia mojej matki. Potrzebowaliśmy jedynie komputera o dostatecznej mocy obliczeniowej do przechowania danych z pamięci Grace.

Na całe szczęście siepacze korporacji nie wiedzieli, gdzie jesteśmy. No, przynajmniej tak myślałem. Co prawda i tego nie mogłem być pewien. Jedyną rzeczą, którą wiedziałem na pewno, było to, że muszę uratować moją mamę - albo zginąć podczas próby.

Pułapka

- Jestem już trupem - oznajmił ponownie Ostin.

- Wiemy - odpowiedziała Taylor. - Dość już o tym.

- Jak nie zabiją go rodzice, to może ja to zrobię - podsunął Zeus.

Spojrzałem na Ostina.

- Pójdę z tobą. Nie zabiją cię, gdy tam będę. A poza tym zrobi na nich wrażenie twój wygląd. - Podczas pobytu w Elgen Ostin zrzucił kilka kilogramów, co, biorąc pod uwagę okoliczności, nikogo nie dziwiło.

- Taaa... - stwierdziła Taylor. - Nieźle wyglądasz.

Twarz Ostina natychmiast się wygładziła.

- Naprawdę? Tak uważasz?

- Dieta Elgen - zaśmiał się Jack. - Gwarantuje odstraszanie tłuszczu.

- No pewnie - dodał Zeus. - Może powinieneś wrócić i zrzucić resztę tłuszczyku.

Ostin ponownie zmarszczył brwi.

Zeus i Jack otworzyli drzwi i wszyscy wysiedli.

Na parkingu Taylor zatrzymała się przy mnie.

- Jak sądzisz, gdzie się podział Wade?

Spojrzałem wstecz na podjazd i szosę.

- Nie wiem. I to mnie martwi.

Jack potrząsnął głową.

- Jak tu dotrze, to go stłukę. Wiedział, że powinien się nas trzymać.

- Może coś się z nimi stało - stwierdziła Taylor.

- Albo złapali ich ci z Elgenu - rzekł Ostin. - A może furgonetka miała mechanizm samozniszczenia.

Taylor zmarszczyła brwi.

- A jeśli po prostu złapali gumę? Zresztą jest z nimi Ian.

Mieli ze sobą Iana, co oznaczało, że ich trudniej byłoby złapać niż nas. Jego zdolność widzenia na wylot przez ciała stałe kilka razy uratowała nam życie.

- Jestem pewien, że da się to jakoś wyjaśnić - stwierdziłem, starając się, aby mój głos brzmiał pewnie i przekonująco, choć wcale się tak nie czułem. Nie martw się na zapas - powiedziałem sobie. Nie martw się na zapas. Czułem, że zaczyna mi drgać twarz. Mogłem udawać spokój, ale zdenerwowanie zawsze budziło Tourette'a.

Niemal kwadrans potem na parking zajechał Wade w białym furgonie Elgen. Podjechawszy do camaro Jacka, opuścił szybę.

- Hej - powiedział. - Jesteśmy.

Jack podszedł do niego i strzelił go w łeb.

- Auć! - stęknął Wade. - A to za co?

- Gdzie się podziewaliście? - zapytał Jack. - Mieliście się trzymać tuż za nami.

- Dziewczęta kazały mi się zatrzymać, bo zachciało im się czekoladowych delicji.

- A co, też byście chcieli? - zapytała jedna z siedzących z tyłu dziewcząt.

- Mam nadzieję, że coś nam zostawiliście - rzekł Ostin.

- Przykro mi, stary - odpowiedział Wade. - Zjedliśmy wszystkie.

- Były cholernie dobre - powiedziała Abigail.

- Dzięki, że o nas pomyśleliście - sarknął Ostin.

Wszyscy wysiedli z samochodu.

- Więc to jest Idaho? - zapytała Abigail, rozkładając ramiona nad głową. - To tu robicie ziemniaki?

- Uprawiamy ziemniaki - poprawił ją Ostin. - Ziemniaków się nie robi.

- Robicie frytki - odpowiedziała. Ostin potrząsnął głową.

I właśnie wtedy Ian powiedział:

- Jesteśmy pod obserwacją.

Obejrzałem się, ale nikogo nie spostrzegłem.

- Kto nas obserwuje?

- Facet z mieszkania w budynku po drugiej stronie ulicy - odpowiedział Ian. - Ma teleskop skierowany prosto w naszą stronę. Siedzi przy stole i wsuwa kanapkę. Już prawie ją zjadł.

- Co robimy? - zapytał mnie Jack.

- Gość jest sam? - zwróciłem się do Iana.

- Tak.

- Przede wszystkim dowiedzmy się, co on tu robi. Ostin, weź mój klucz i zabierz wszystkich do środka. Taylor, Zeus, Jack i Ian, wy chodźcie ze mną.

Ostin, Wade, Abigail, Grace i McKenna poszli do mojego mieszkania, a pozostali przebiegli przez ulicę. Znalazłszy się wewnątrz budynku, zatrzymałem Iana:

- W którym mieszkaniu siedzi ten facet?

- Na drugim piętrze. Nie wiem, w którym mieszkaniu, musiałbym zobaczyć numer.

Szybko wspięliśmy się po schodach. Gdy szliśmy korytarzem, Ian komentował to, co widział przez ściany:

- Oj, przepraszam bardzo... Pana też przepraszam. Jejku, nie jedz tego! A tu... Proszę, proszę...

Zatrzymał się przed mieszkaniem numer 314.

- O, jest tutaj, znów zajął się teleskopem. Właśnie spostrzegł nasz minibus. Wyjmuje telefon. Wybiera numer...

- Taylor, możesz go zresetować?

- Spróbuję. Ian, gdzie on jest?

Ian wskazał miejsce na lewo od drzwi.

- Właśnie tam.

Taylor przyłożyła czoło do ściany i skupiła się.

- Podziałało - stwierdził Ian. - Odłożył telefon.

- A teraz co robi?

- Ma taką minę, jakby się nad czymś zastanawiał.

Nacisnąłem klamkę.

- Zamknięte od środka.

Ian zbadał drzwi.

- Zasunięte rygle i łańcuch.

- No to użyjcie dzwonka - zaproponował Zeus. - Jak otworzy, to go porazimy.

- W drzwiach jest judasz - stwierdziła Taylor. - On nie otworzy, jak zobaczy nas wszystkich.

- Znowu gdzieś dzwoni - stwierdził Ian.

Taylor skupiła się jeszcze raz.

- Załatwione - powiedział Ian.

- Masz rację - zwróciłem się do Taylor. - Ale jak zobaczy tylko ciebie, to otworzy. Wszyscy pod ścianę.

- A co mam mu powiedzieć, gdy zapyta, kto dzwoni? - Taylor spojrzała na mnie.

- Wymyśl coś. Niech tylko otworzy drzwi. - Spojrzałem za siebie. - Wszyscy gotowi?

- Jazda z tym koksem! - Jack skinął głową.

Nacisnąłem klawisz dzwonka.

- Idzie do drzwi - stwierdził Ian po kilku sekundach. - I ma broń.

- Gotową do strzału? W dłoni? - zapytałem.

- Nie - odpowiedział Ian. - Ma ją w kaburze.

Otwór judasza pociemniał, a potem usłyszeliśmy ochrypły głos:

- Kto tam?

Spojrzeliśmy na Taylor.

- Hej! Witam - odezwała się. - Sprzedaję pierniki skauciki.

- Pierniki skauciki? - westchnąłem. Taylor wzruszyła ramionami.

- Nie jestem zainteresowany - padła odpowiedź.

- Odchodzi - powiedział Ian.

I w tejże chwili otworzyły się drzwi po drugiej stronie korytarza. Wyjrzał zza nich jakiś staruch w brązowym, wełnianym szlafroku.

- Co wy tu kombinujecie, smarkacze?

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Zeus poraził go błyskawicą. Dziadek zwalił się na ziemię niczym strącony kręgiel.

- Nie musiałeś go razić - stwierdziła Taylor.

- A co miałem zrobić? - odparł Zeus.

Przystawiłem ucho do piersi starego, żeby się upewnić, że żyje.

- Serce wciąż pracuje. Jack, pomóż mi wciągnąć go do jego mieszkania.

Zrobiliśmy to, a potem zamknęliśmy za sobą drzwi.

- Facet wrócił do okna - zameldował Ian.

- Mam go - powiedziała Taylor, resetując obserwatora. Odwróciła się do mnie. - Spróbujmy jeszcze raz. Myślę, że tym razem mam coś lepszego.

Zadzwoniłem ponownie.

- Idzie do drzwi - stwierdził Ian.

Wtuliliśmy się wszyscy w ścianę.

- Przełykasz ślinę - skarciła mnie Taylor.

- Przepraszam - szepnąłem.

- Kto tam jest? - zapytał obserwator.

- Przysyła mnie Hatch - odpowiedziała chłodno Taylor.

- Kto?

- Hatch.

Po krótkiej chwili milczenia obserwator zaczął przesuwać rygiel. Jack pochylił się ku przodowi, szykując atak na drzwi.

I nagle obserwator się zatrzymał.

- Nie powinnaś używać tego nazwiska - powiedział. - Skąd mam wiedzieć, że jesteś od Hatcha?

Taylor przełknęła ślinę.

- A skąd niby miałabym wiedzieć, że tu siedzisz?

- Podaj hasło.

- Hasło? - zapytała Taylor i spojrzała na mnie.

- Taylor - szepnął Ian. - On dotyka klamki.

- Aaa... - odezwała się powoli Taylor. - Hasło... - Dotknęła klamki i skupiła się. - Ono brzmi... brzmi... Idaho.

Po krótkiej chwili milczenia obserwator powiedział:

- W porządku. - Odsunął rygiel do końca. Gdy tylko zaczął otwierać drzwi, Jack uderzył w nie barkiem i zwalił mężczyznę z nóg. Facet sięgnął po broń, ale Zeus poraził go błyskawicą, przy okazji rażąc też Jacka.

- Stary - sapnął Jack, wstając z kolan - patrz, gdzie mierzysz.

- Przepraszam - powiedział Zeus.

Szybko wcisnęliśmy się do środka i zamknęliśmy za sobą drzwi. Klęknąłem obok obserwatora. Był to duży mężczyzna z czarnymi wąsami i brodą.

- Taylor, zobacz, co oni kombinują.

Taylor kucnęła obok mnie, przyłożyła dłonie do skroni nieprzytomnego i zamknęła oczy.

- On jest tylko wypatrywaczem - stwierdziła po chwili. - Ale po drugiej stronie ulicy zaczaili się na nas strażnicy Elgenu. Sześciu ludzi.

- W którym mieszkaniu?

- Chwileczkę. - Raz jeszcze dotknęła skroni leżącego bez ruchu obserwatora. - Siedemnaście. Mieszkanie numer jeden-siedem.

- Jesteś pewna?

Skinęła głową.

- To niedobrze - powiedziałem.

- A co jest złego w numerze jeden-siedem? - zapytał Zeus.

- To mieszkanie Ostina.

W domu i nie w domu

- Co z nim zrobimy? - zapytała Taylor, spoglądając na leżącego nieruchomo mężczyznę. - Nie możemy go tak zostawić. Jak się ocknie, ostrzeże innych.

Wziąłem komórkę obserwatora i zapulsowałem. Telefon rozświetlił się, a potem spalił, wypuszczając spod klawiatury smużkę dymu.

- Już tego nie użyje - powiedziałem, odrzucając aparat pod ścianę.

- Ale wciąż jeszcze może nas ścigać - oświadczył Ian.

- Zwiążemy go - powiedziałem. - Taylor, znajdź jakąś linę albo coś w tym rodzaju.

- Ian - odezwała się Taylor - pomóż mi szukać.

- Jak trzeba coś znaleźć, to najlepiej poprosić niewidomego - stwierdził Ian.

Pozostałem przy naszym jeńcu, gotów zapulsować, gdyby nagle się ocknął. Po kilku minutach wrócili Taylor i Ian.

- Coś znalazłam - stwierdziła Taylor i pokazała mi rolkę srebrnej taśmy do uszczelniania złączeń hydraulicznych. - Kto to zrobi?

- Ja - odezwał się Jack, klękając obok mnie. Taylor rzuciła mu taśmę, a Jack odwrócił leżącego na brzuch i przełożył mu ręce na plecy. - Hej, Zeus, nie stój jak kołek, przytrzymaj mu ramiona.

Zeus przycisnął ramiona leżącego do tułowia, a Jack zabrał się do owijania złączonych nadgarstków, aż dłonie znikły pod warstwami srebra. Kiedy skończył, spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko.

- No, z tego się nie uwolni.

- A co z nogami? - zapytałem.

- Po kolei. Zeusie, podnieś mu nogi.

Zeus podniósł nogi naszego jeńca, a Jack owinął je taśmą.

- Zostaw trochę na usta.

- Wystarczy, nie bój nic - powiedział Jack i resztkami taśmy owinął głowę jeńca, zalepiając mu połowę twarzy i zasłaniając oczy.

- Nie zatykaj mu nosa, bo się udusi - stwierdziła Taylor.

- Nie zamierzałem tego robić - żachnął się Jack.

Spojrzałem na leżącego.

- Mowy nie ma, żeby się uwolnił.

- Bracia raz mi to zrobili - powiedziała Taylor.

- Co?

- Owinęli mnie taką taśmą jak mumię. Miałam siedem lat. Gdy mi to zrobili, wyszli się pobawić i zapomnieli o mnie na blisko cztery godziny. Przypomnieli sobie dopiero, gdy mama zapytała przy kolacji, czy wiedzą, gdzie się podziałam. Gdy mnie znalazła, była wściekła. Dała im szlaban na dwa tygodnie.

- Ja bym ich poraził bez namysłu - powiedział Zeus.

- Chciałabym wtedy wiedzieć, jak resetować ludzi - powiedziała Taylor. - Ale wtedy dopiero zaczynałam się tego uczyć.

- Michaelu! - odezwał się Ian. - Ostin idzie do swojego mieszkania.

- Ale sobie wybrał czas na przypływ odwagi - mruknąłem. - Taylor, możesz go zatrzymać?

- Przez ulicę?

- Tylko spróbuj - poprosiłem.

Zamknęła oczy.

- Nic z tego - stwierdził Ian.

- To za daleko - powiedziała Taylor.

- Czas, żeby zjeść kilka bananów - stwierdził Zeus. - Zawarty w nich potas wzmoże twoje siły o dwadzieścia procent.

- No dalej - powiedziałem. - Musimy go zatrzymać.

- A co z tym staruszkiem po drugiej stronie korytarza?

- Zanim się ocknie, nas już tu dawno nie będzie. Może pomyśli, że wszystko mu się przyśniło.

Wypadliśmy z budynku i przebiegliśmy przez ulicę. Gdy dotarłem na korytarz, zobaczyłem stojącego przed drzwiami do swojego mieszkania Ostina, który zbierał odwagę na nieuniknione spotkanie z rodzicami. Podnosił już dłoń do klamki.

- Ostin!

Odwrócił się i popatrzył na nas.

- Co jest?

- Cyt! - Taylor przyłożyła palec do warg.

Skinieniem dłoni przywołałem go do nas.

Spojrzał wyraźnie zdziwiony, ale podszedł bliżej.

- Co się dzieje?

Taylor ponownie dała mu znak, żeby mówił ciszej. Wepchnąłem go do mojego mieszkania; pozostali wcisnęli się za nami.

- Co wy wyprawiacie? - zapytał Ostin, gdy znaleźliśmy się wewnątrz.

- Ratujemy cię - stwierdził Jack.

- Przed moimi rodzicami?

- Nie - odpowiedziałem. - W twoim mieszkaniu jest sześciu łapaczy.

- Z moimi rodzicami?

Ian potrząsnął głową.

- Nie ma ich tam. Chyba że są ubrani tak jak strażnicy Elgenu.

Ostin zbladł.

- Porwali moich rodziców?

- Tego nie wiemy - odpowiedziałem. - Ale musimy stąd wiać, zanim tamci się dowiedzą, że tu jesteśmy. Ian, co oni robią?

- Czterech ogląda telewizję. Jeden jest w łazience. Jeden czyta.

- Czy któryś z nich jest przy oknie?

- Owszem, ten, co czyta jakieś czasopismo.

- To lepiej będzie, jak wyjdziemy przez podwórko.

- Wade i ja zajmiemy się samochodami i podjedziemy z tyłu - stwierdził Jack. - Chodź, Wade. - Otworzywszy okno, wylazł na zewnątrz.

- Nie możemy zostawić moich rodziców - żachnął się Ostin.

- Ale tu ich nie ma - powiedział Ian.

- To musimy się dowiedzieć, gdzie są!

- Jak? - zapytał Zeus.

Po raz pierwszy za mojej pamięci Ostin nie umiał odpowiedzieć na pytanie.

- Chcesz zapytać strażników? - powiedziała Taylor. - Jazda, idź i pytaj. Z chęcią nam powiedzą.

Ostin spuścił nos na kwintę.

Położyłem mu dłoń na ramieniu.

- Jeżeli porwali ich ludzie Elgenu, znajdziemy ich. Ale jeżeli sami damy się złapać...

- Wiem - odpowiedział.

Chwilę później na podwórko zajechały nasze samochody. Zeus i cztery dziewczyny wyskoczyli przez okno mieszkania, za nimi Ian i Ostin. Gdy wszyscy już opuścili moje mieszkanie, rozejrzałem się dookoła. Okoliczności nie pozwoliły mi nacieszyć się tym, że znów jestem w domu. Szczerze mówiąc, podczas ostatnich kilku tygodni w ogóle wątpiłem w to, że uda mi się zobaczyć go jeszcze raz. Ale teraz, gdy już tu byłem, nie czułem, iż jestem w domu. Brakowało tu mojej mamy.

Z półki nad kuchennym blatem wziąłem oprawioną w ramkę fotografię nas dwojga - było to zdjęcie zrobione podczas spływu Splash Mountain w Disneylandzie. Oboje zmokliśmy jak kury i mama kupiła mi nową koszulkę. Wciąż jeszcze ją miałem, choć już nie mógłbym się w nią wcisnąć. Mama mocno się wykosztowała na tę wycieczkę - mój ojciec umarł niecały rok wcześniej i myślę, że mama chciała mi poprawić humor. Zawsze się o mnie troszczyła. Nie miałem wątpliwości, że i teraz się niepokoi.

Czy nasze życie znów będzie mogło toczyć się normalnie jak dawniej, zanim dowiedziałem się o Hatchu, Lśniących i Elgenie? Po tym, przez co przeszedłem, niełatwo było wyobrazić sobie, że kiedyś jeszcze usiądę przy kuchennym stole i będę rozmawiał o zwyczajnych rzeczach, takich jak szkoła czy filmy, z krzątającą się przy kuchni mamą.

Moje rozmyślania przerwał Ostin, zaglądający do środka przez okno.

- Michaelu, musimy wiać. Wszyscy na ciebie czekają.

- Przepraszam. - Wysunąłem fotografię z ramki, włożyłem ją do kieszeni na piersi, a potem wylazłem przez okno, zatrzaskując je za sobą.

Ostin wciąż stał na podwórku. Miał mocno przestraszoną minę.

- Dobrze się czujesz? - zapytałem go.

- Porwali moich rodziców.

Położyłem mu dłoń na ramieniu.

- Jeżeli to zrobili, znajdziemy ich. Obiecuję. Wszystko będzie dobrze.

Tak naprawdę nie wiedziałem, czy wszystko będzie dobrze, ale samo głośne wypowiedzenie tych słów sprawiło, że poczułem się raźniej. Sprawdziliśmy, czy nikt nas nie obserwuje, a potem kopnęliśmy się do wozu Jacka.

Gorące powitanie

- Macie jakieś pomysły, dokąd mielibyśmy się udać? - zwróciłem się do Jacka, zatrzaskując za sobą drzwi.

- Możemy pojechać do mnie - powiedział.

Dom kolegi byłby nie gorszą kryjówką od innych, szczególnie że sam nie mogłem wymyślić niczego lepszego.

- Świetnie - powiedziałem. - Znaczy do ciebie.

- Nie przejmujcie się moim starym - powiedział Jack. - Czasami sobie wypije. - Opuścił szybę w swoim wozie i walnął pięścią w drzwi, żeby zwrócić uwagę Wade'a. - Jedziemy do mnie.

- Kumam - odpowiedział Wade.

Jack wyjechał przed budynek, przepuścił jakiś samochód, a potem włączył się do ulicznego ruchu. Wade jechał tuż za nami.

Chłopak mieszkał po drugiej stronie Meridian High School, mniej więcej dwie mile od mojego mieszkania. Ostatnim razem byłem w jego domu, gdy poszedłem poprosić, żeby mnie zawiózł do Pasadeny. Ciekaw byłem, ile razy od tamtej pory żałował, że się zgodził.

Gdy zbliżaliśmy się do jego domu, Jack nagle krzyknął:

- Nie!

Dopiero po chwili dotarło do mnie, co jest nie tak. Ale gdy to zobaczyłem, serce zamarło mi w piersi. Dom mojego przyjaciela zamienił się w zgliszcza.

Jack dodał gazu, przejechał przecznicę jak burza i ostro zahamował tuż przed resztkami swojego domu. Z całej siły zaciągnął hamulec postojowy i wyskoczył z samochodu.

W pierwszej chwili nikt się nie odezwał. A potem Taylor zapytała cicho:

- Sądzicie, że to był wypadek?

Przyłożyłem dłoń do twarzy, by powstrzymać tiki.

- Nie.

- To nie był wypadek - odezwał się Zeus. - Ci z Elgenu kochają pożary i ogień. W ten sposób zacierają ślady.

Wygramoliłem się z wozu i podszedłem do Jacka. Zwinął dłonie w pięści i stał bez ruchu ze skamieniałą twarzą. Z domu zostały tylko betonowe schodki przed wejściem i fundamenty. Spalono nawet samochody przed posesją. Cały rejon otaczała żółta policyjna taśma.

- Jestem pewien, że twój stary się wydostał - powiedziałem.

Chłopak wepchnął dłonie głęboko w kieszenie.

- No, chyba że był pijany. Tak pewnie było i tym razem.

Nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć, ale musiałem się odezwać:

- Bardzo mi przykro. - Moje słowa zabrzmiały tak blado, że w innych okolicznościach byłoby to nawet zabawne. - To moja wina.

- Czy to ty podłożyłeś ogień pod mój dom? - zapytał Jack.

- Nie. Ale nie powinienem był cię w to wciągać.

- To ja wybrałem - stwierdził Jack. - I będę się tego trzymał. - Odwrócił się do mnie. - To nie twoja wina. To dzieło Hatcha. Zapłaci mi za to.

Przez minutę staliśmy w milczeniu. Tylko cichy gwizd późnego, letniego wiatru zakłócał dojmującą ciszę. Potem odwróciłem się i podszedłem do samochodu. Usadowiłem się na miejscu i spojrzałem na Taylor. Widać było, że jest naprawdę przerażona.

- W porządku z nim? - zapytała.

Potrząsnąłem głową. Po kilku minutach Jack wrócił do samochodu. Gdy zamknął drzwi, odezwał się Zeus:

- Przykro nam, chłopie.

Jack tylko chrząknął.

A potem Taylor powiedziała:

- Chcę do domu.

Odwróciłem się do niej.

- Jeżeli mieli na oku moje mieszkanie, mieszkanie Ostina i dom Jacka, idę o zakład, że obserwują i twój dom.

- Nic mnie to nie obchodzi! - powiedziała ostro. - Muszę zobaczyć mój dom!

- Taylor, tylko pomyśl. Jeżeli nas złapią, to twoi rodzice nie będę mieli szans. Najlepszą rzeczą, jaką możemy dla nich zrobić, to zachować ostrożność.

Odwróciła się do mnie tyłem.

- Przykro mi - powiedziałem.

- Wiem - odpowiedziała po chwili.

Jack uruchomił samochód.

- Możemy przejechać obok i sprawdzić, czy z domem Taylor wszystko w porządku - powiedział. - Jeżeli wszyscy się pochylimy, prawdopodobnie nie odkryją, że to my.

Taylor przemyślała propozycję i powiedziała:

- Zgoda.

- Potem możemy pojechać do mojej siostry - ciągnął Jack. - Ona ma solarium mniej więcej półtorej mili stąd. Może będzie wiedziała, co z moim staruszkiem - dodał ciszej i bardziej łagodnym głosem. Obejrzał się wstecz. - Jakieś obiekcje?

Przejeżdżanie obok domu Taylor stanowiło ryzyko, ale była tak wytrącona z równowagi i zaniepokojona, że nie mogłem się zdobyć na sprzeciw.

- Jedźmy - powiedziałem.

Jack zawrócił samochód i podjechał do wozu Wade'a. Gdy zrównał się z nim, krzyknął przez otwarte okno:

- Jedź do salonu mojej siostry, tam się spotkamy!

- A wy dokąd jedziecie? - zapytał Wade. Miał taką samą jak my przerażoną minę.

- Nieważne - stwierdził Jack. - Jedźcie już.

- Czy nie powinniśmy trzymać się razem?

- Nie - odpowiedział Jack i podniósł szybę. - Gdzie mieszkasz? - zwrócił się do Taylor.

- Za szkołą - odpowiedziała.

Jazda do jej domku trwała tylko kilka minut, podczas których nikt się nie odezwał. Cytując ulubione powiedzonko Ostina: napięcie było wielkie jak cycki wieloryba. Wiedziałem, że Taylor bała się tego, co może zobaczyć. Co będzie, jak się okaże, że i jej dom spalono?

Jack skręcił w jej ulicę, jadąc nieco wolniej, niż pozwalały na to miejskie przepisy - nie chciał zwracać niczyjej uwagi. Ostin i ja skuliliśmy się na tylnym siedzeniu, choć wciąż mogłem wyjrzeć na zewnątrz. Gdy zobaczyłem domek Taylor, odetchnąłem z ulgą. Wszystko wyglądało normalnie, choć spostrzegłem zaparkowaną na końcu ulicy białą furgonetkę z przyciemnionymi szybami. Gdy przejeżdżaliśmy, Taylor milczała i tylko patrzyła.

- Chyba widziałam mamę - odezwała się, gdy minęliśmy jej dom. W jej głosie brzmiały tęsknota i ból. Ale przynajmniej przestała się bać.

- Napatrzyłaś się? - zapytał Jack.

- Tak - odpowiedziała. - Dziękuję ci.

Kierowca dodał gazu i ruszyliśmy do salonu kosmetycznego jego siostry.

Solarium "Idaho - Opalamy na Brąz" i Głos

Są tacy ludzie, o których nigdy byś nie pomyślał, że mogą mieć siostrę - jak na przykład Hitler (chociaż Ostin powiedział mi kiedyś, iż Hitler miał siostrę o imieniu Paula). Jack był jednym z takich ludzi. Zastanawiałem się, jak może wyglądać jego siostra i jaka będzie jej reakcja, gdy zjawimy się w solarium. Przypomniałem sobie to, co Jack powiedział o niej, gdy jechaliśmy do Kalifornii - w zasadzie nie utrzymuje kontaktów z resztą rodziny. Może nas wyrzuci. Dokąd wówczas pójdziemy? I co będzie, gdy się okaże, iż ojciec Jacka nie żyje?

Wjechaliśmy na wąski odcinek podjazdu i zatrzymaliśmy się na parkingu obok auta Wade'a. Nad budynkiem umieszczono neon oznajmiający, że jesteśmy przed:

SOLARIUM "IDAHO - OPALAMY NA BRĄZ"

Nieco niżej błękitny neon informował, że salon jest otwarty.

Wade zaczął wysiadać, ale Jack go powstrzymał.

- Wy tu lepiej zaczekajcie chwilkę. Muszę się upewnić, że siostra jest w dobrym humorze.

- Dobra - odparł Wade. - My tymczasem popilnujemy wozu.

Reszta z nas ruszyła za chłopakiem przez frontowe drzwi. Główną salę ozdobiono hawajskimi motywami w postaci malunków palm i dziewcząt tańczących hula oraz daszku z bananowych liści nad biurkiem recepcyjnym.

Przy recepcji wpadliśmy wprost pod baczne spojrzenie rezydującej tu kobiety. Była żeńską, choć znacznie niższą wersją Jacka, przewyższała Taylor najwyżej o cal. Miała długie jasne włosy podkreślone pasmem fioletu, niewielkie kółeczko w nosie i liczne kolczyki w uszach. I - co nie powinno nikogo dziwić - była bardzo opalona.

- Siema, siostrzyczko - powitał ją Jack.

- Jack? - odpowiedziała z wyczuwalnym zaskoczeniem w głosie. - Gdzieś ty się podziewał? - Spojrzała przelotnie na pozostałych gości, a potem okrążyła biurko i uściskała Jacka.

- Przychodzę prosto z domu, a raczej tego, co z niego zostało - stwierdził Jack, gdy się rozdzielili. - Gdzie jest tatko?

Wstrzymałem oddech.

- Dopóki nie znajdzie mieszkania, zostanie u mnie.

Jack odetchnął z ulgą. Ja też.

- Gdzieś ty się podziewał? - siostra Jacka ponowiła pytanie.

- Byłem w Kalifornii.

- Co to za ludzie?

- To moi przyjaciele - powiedział. - Potrzebna nam jakaś kryjówka.

Widoczne na twarzy siostry Jacka zaciekawienie zastąpił gniew.

- Kryjówka? Co wyście zmalowali?

- Nic - odpowiedział Jack. - Nie zrobiliśmy niczego złego.

Spojrzała na mnie. Przytaknąłem Jackowi ruchem głowy.

- To dlaczego się ukrywacie?

- To długa historia - odparł Jack. - Im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie. Po prostu potrzebujemy miejsca, gdzie będziemy się mogli zatrzymać, dopóki nie wymyślimy, co robić dalej.

Przez chwilę patrzyła na niego bez słowa, a potem po prostu powiedziała:

- W porządku. Ale nie możecie zostać tutaj. Muszę się zająć solarium. I jesteś mi winien wyjaśnienie.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi wejściowe i do środka weszła wysoka kobieta. Obrzuciła nas szybkim spojrzeniem.

- Kolejka? - zwróciła się do Taylor.

- Nie - odpowiedziała moja dziewczyna. - Wpadliśmy ot tak. Zaraz się stąd wyniesiemy.

- Mogę w czymś pomóc? - zapytała siostra Jacka.

- Owszem - stwierdziła nieznajoma, podchodząc do niej. - Ma pani jakieś wolne stanowisko do opalania?

- Oczywiście, mam.

- Wspaniale - stwierdziła nieznajoma. - Może coś bardziej odosobnionego? W głębi?

- Tak. W ostatnim pomieszczeniu mamy stanowisko Ultra Ruva - jedno z naszych najlepszych. Czy pani należy do członków naszego Klubu Opalonych?

- Nie, jestem tu przejazdem.

- Dobrze. Na jak długo nastawić pani sesję?

- Dwadzieścia minut powinno wystarczyć.

- A zatem dwadzieścia. - Siostra Jacka podała nieznajomej klucz z breloczkiem: wyciętym w kształt ananasa kawałkiem sklejki z wypalonym na nim numerem 6. - Kabina numer sześć. Gdy będzie pani gotowa, wystarczy nacisnąć guzik przy łóżku.

- Dziękuję. Ma pani oliwkę do opalania?

- Mamy Kolor Miedzi i Plażowicza.

- Miedź wystarczy - odpowiedziała nieznajoma. Nagle odwróciła się i spojrzała na mnie. Przyglądała mi się przez chwilę, aż dostałem tików.

- Proszę bardzo. - Siostra Jacka podała nieznajomej buteleczkę olejku. - Płaci pani gotówką czy kartą kredytową?

- Gotówką. Ile to będzie?

- Razem z olejkiem dwadzieścia dziewięć dolarów.

Klientka podała siostrze Jacka kilka banknotów.

- Reszty nie trzeba - powiedziała, odchodząc od biurka. Mijając mnie, upuściła na ziemię telefon komórkowy. - Och, przepraszam - powiedziała.

- Nie ma sprawy - odparłem i pochyliłem się, żeby podnieść komórkę. - Proszę.

Nie uczyniła żadnego ruchu, by wziąć aparat z mojej dłoni.

- To nie moje.

Spojrzałem na nią ze zdziwieniem.

- Ale przecież...

- On jest twój, Michaelu - powiedziała, patrząc mi prosto w oczy. Potem podała mi klucz od kabiny numer sześć. - Weź go ze sobą do kabiny. Ktoś chce z tobą porozmawiać.

Poczułem, że serce wywija mi kozła.

- Pracuje pani dla Hatcha?

Dotknęła palcem warg, nakazując mi ciszę.

- Kabina numer sześć - powiedziała. - Włącz leżak. Ja popilnuję drzwi. - Poklepała się po żakiecie, dając mi do zrozumienia, że ma przy sobie broń.

Spojrzałem na przyjaciół. Nikt nie patrzył na mnie - poza Ostinem. Gotów byłem się założyć, że zastanawia się, co jest grane.

- Pospiesz się - ponagliła mnie nieznajoma. - Nie mamy za wiele czasu.

Spojrzałem w jej oczy. Było w nich coś, co sprawiło, że jej zaufałem.

- W porządku.

- Kabina numer sześć. Po wejściu nie zapomnij włączyć łóżka.

Udałem się do kabiny numer sześć. Kiedy znalazłem się w środku, starannie zamknąłem za sobą drzwi. Włączyłem łóżko i całe pomieszczenie wypełniło brzęczenie aparatury. Niemal natychmiast zadzwonił podany mi przez nieznajomą telefon. Przyłożyłem go do ucha.

- Halo?

- Witaj, Michaelu. Jesteś sam?

- Kto mówi?

- Jeden z niewielu ludzi na świecie, którzy mają pojęcie, na co się porywasz. Oni bacznie śledzą wszystko, co robicie.

- Jacy oni?

- Dobrze wiesz jacy. Nie mamy za wiele czasu. Jeżeli my mogliśmy was znaleźć, oni też mogą. Teraz posłuchaj, co powiem, i natychmiast zrób to, co ci każę. Musicie natychmiast stamtąd wyjść. Jak tylko znajdziesz się w samochodzie, wyślę ci SMS-a z adresem. Pojedźcie tam natychmiast i zostawcie swoje samochody. Zabrany przez was wóz Elgenu ma urządzenie śledzące i jestem pewien, że do tego czasu zidentyfikowali już camaro twojego przyjaciela.

- Skąd pan to wszystko wie?

- Nie ma czasu na wyjaśnienia - stwierdził Głos.

- Skąd mam wiedzieć, że to nie kolejna pułapka?

- Znikąd. Ale pomyśl tylko, gdybyśmy chcieli was złapać, już byśmy was mieli. Budynek, w którym teraz jesteś, to śmiertelna pułapka. Ma tylko dwa wyjścia: frontowe szklane drzwi i tylne, wychodzące na wąską alejkę. Jesteście jak kaczki na strzelnicy. Zaufaj mi. Jeżeli chcecie uciec ludziom z Elgenu, będziecie musieli skorzystać z naszej pomocy.

- A czemu nam pomagacie?

- Mamy swoje powody. I nawet lepiej od ciebie wiemy, co planuje Elgen oraz do czego są zdolni ci ludzie. Oni prą do władzy. Powinieneś też wiedzieć, że elektrycznych dzieci jest więcej. I mają straszliwe moce, bardziej przerażające niż te, z jakimi się do tej pory zetknąłeś.

- Cudownie - powiedziałem.

- Możesz ich pokonać, Michaelu. Nie jesteś chyba dostatecznie silny, żeby stawić im czoła dzisiaj, ale w swoim czasie będziesz i zaufaj mi, naprawdę będziesz gotowy. Ale żeby ich powstrzymać, musicie działać szybko.

- No przecież ich powstrzymaliśmy. Zamknęli akademię.

- I tak mieli ją zamknąć, wy tylko to przyspieszyliście. Chciałbym mieć więcej czasu na wyjaśnienia, ale na ten luksus nikt z nas nie może sobie pozwolić, spróbuj więc zrozumieć, co mówię. Teraz jest sprzyjający moment do uderzenia na Elgen. W korporacji nastąpił rozłam. Dla większości członków Rady to tylko interesy. Dla Hatcha i kilku innych Elgen jest czymś większym. Znacznie większym. Oni budują tajne stowarzyszenie, które rośnie w siłę. Zapewnili sobie wpływy w rządzie, policji i wojsku. Jeżeli mi nie wierzysz, możesz dotrzeć do stanowych dokumentów i dowiedzieć się, co spotkało mężczyznę, który obrabował twoją matkę.

- A co mu się stało?

- Już nie będzie sprawiał kłopotów Elgenowi.

- Skąd mam wiedzieć, że nie jest pan jednym z nich?

- Jak powiedziałem, musisz mi trochę zaufać. O nic więcej nie będę cię prosił.

- Jeżeli porzucimy samochody, jak będziemy się poruszali?

- W miejscu, gdzie zostawicie samochody, będą dwa inne pojazdy. Moja współpracowniczka dała ci kluczyki.

Spojrzałem na pęk kluczy, który trzymałem w dłoni.

- Zaprogramowałem trasę do bezpiecznego domu w systemie GPS żółtego pojazdu. Jedź tam i czekaj na mój telefon. Ale wyjść musicie już teraz. Policja zaraz będzie pod solarium.

- Policja? Z jakiego powodu?

- Oskarżą cię o podpalenie domu Jacka.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.