Michael Collins - Tim Pat Coogan

-
Proszę czekać
?

WSTĘP

Michael Collins - to nazwisko przewijało się w tle za mojego dzieciństwa w kategorii "opowiem ci o tym, jak będziesz starszy", tak samo jak czasami widywane rewolwery ukryte w szufladzie pod lustrem toaletki. Jednakże mój ojciec, Eamon Coogan, zmarł, zanim osiągnąłem wiek świadomości politycznej takich zjawisk, jak Podział, IRA albo fakt, że podczas gdy niektórzy niemal czynili znak krzyża, inni spluwali, gdy tylko wspominano nazwisko de Valery. Musiałem więc sam się dowiedzieć, co Collins miał z tym wszystkim wspólnego.

David Neligan, przyjaciel ojca i jeden z największych mistrzów opowieści w całej Irlandii, najbardziej rozpalił moją wyobraźnię w 1965 roku, w rozmowie, która miała być krótkim wywiadem na temat "Kłopotów", ale rozwinęła się w trwającą całe życie fascynację historią najnowszą. Przy tej okazji czytałem wszystko, co tylko mogłem znaleźć na temat Collinsa, uzupełniając informacje z wielu źródeł - od dwóch mężczyzn spotkanych na pogrzebie po jego byłych przyjaciół lub wrogów, jak Eamonn Broy, Gerry Boland czy Vivion de Valera.

Vivion de Valera pojawił się w moim życiu, gdy przypadkiem rozstrzygał w jedynej debacie, w jakiej uczestniczyłem jako student Blackrock College. Następnie zwrócił się do niego - nie uprzedziwszy mnie o tym - mój profesor historii, ojciec Michael O'Carroll Cssp., mówiąc, że ma tu "chłopca, który albo wyjdzie na geniusza, albo złamie mu serce". Nie zrobiłem ani jednego, ani drugiego, ale w końcu zostałem redaktorem "Irish Press", gazety założonej przez największego przeciwnika Collinsa, a ojca Viviona, Eamona de Valerę. Trzydzieści trzy lata po tamtym telefonie ojca O'Carrolla dawny nauczyciel znowu stanowczo wkroczył w moje życie: "Twoim następnym zadaniem musi być napisanie biografii Michaela Collinsa" - zawyrokował. Wtedy już usłyszałem z pierwszej ręki, jak dwunastoletni Vivion musiał siedzieć cicho, kiedy Collins, ryzykując życiem, pojawiał się co tydzień w ich domu w Greystones - z pieniędzmi, za które żywiła się rodzina, gdy de Valera odbywał swój osiemnastomiesięczny propagandowy objazd Ameryki.

Wiedziałem, że Mao Zedong studiował taktykę Collinsa i że premier Izraela Icchak Szamir używał pseudonimu "Micail" podczas izraelskiej wojny o niepodległość. Pewnego wieczora w Jerozolimie redaktor "Jerusalem Post" Ari Nath posumował pozycję państwa, które Szamir pomógł założyć, słowami: "Jeżeli oni kiedykolwiek znajdą swojego Michaela Collinsa, obudzimy się pewnego ranka i zobaczymy, że w całym Izraelu nie został ani jeden supermarket". Bo Michael Collins był twórcą nowoczesnej walki partyzanckiej, pierwszym bojownikiem o wolność lub miejskim terrorystą. Była to rola, która czasami brała górę nad wrażliwością. Kiedy usłyszał, że jego kuzynka Nancy wraca do ich rodzimego Cork, ponieważ jej ojciec jest umierający, wyrazom współczucia towarzyszyły dwie duże paczki broni przeznaczonej dla tamtejszej IRA. Niespokojna z powodu przewożenia broni w swoim bagażu oraz zapłakana z powodu ojca Nancy przeżyła kolejny wstrząs, gdy pod koniec podróży brytyjskie oddziały zatrzymały pociąg, jakkolwiek udzieliło jej się trochę legendarne szczęście Collinsa - z powodu łez i galanterii brytyjskiego oficera jej bagaż jako jedyny ominęło przeszukanie.

Oddziały Collinsa były nieliczne: jedna z jego głównych jednostek - "Szwadron" - liczyła wszystkiego dwunastu ludzi uzbrojonych tylko w rewolwery. Kiedy oglądałem tę broń - parabella, .45, mausery i lugery - przeszył mnie dreszcz na słowa: "Każdy z nich zabił co najmniej sześciu ludzi". W skali ofiar wojennych nie są to jednak wielkie liczby. Jak Collins uzyskał wpływ na tyle duży, że doprowadził go na Downing Street, by tam negocjować z liderami supermocarstwa, jakim było ówczesne imperium brytyjskie? Część odpowiedzi leży w doborze celów - ludzi wybranych dzięki informacjom dostarczonym przez zaprzyjaźnionych detektywów, jak Neligan. Inne przyczyny to okoliczności tamtych czasów, proirlandzkie sentymenty w Ameryce i w Dominiach, a także szerokie poparcie publiczne w samej Irlandii. Ale kluczowym czynnikiem była energia i zdolności organizacyjne Collinsa, jego odwaga i charyzma, sposób, w jaki wykorzystywał te cechy do wyplątywania się z kłopotów i dokonywania herkulesowych wyczynów, jak udane wprowadzenie nielegalnej pożyczki narodowej, której nie można było ani reklamować, ani oficjalnie subskrybować. A jednak wszyscy dostali pokwitowania.

Dla Brytyjczyków był najbardziej poszukiwanym człowiekiem w całym imperium. Ale zwykli Irlandczycy karmili go, ukrywali i przenosili dla niego wiadomości. Bez ich zaufania i wsparcia nie osiągnąłby niczego. "Ryby w morzu" Mao, "bezpieczne domy" Michaela Collinsa to niezbędne elementy wojny partyzanckiej - to, co wojskowi nazywają "cywilnym wsparciem". Co widzieli cywile? Ważni zwolennicy Collinsa, O'Donovanowie z Rathgar, widzieli chłopięcego, przyjacielskiego, ale hałaśliwego człowieka. Eileen O'Donovan - w chwili pisania tej książki elegancka, atrakcyjna kobieta po osiemdziesiątce - pamięta, jak bawił się z jej rodzeństwem i dzielił pokój na tyłach z Gearoidem O'Sullivanem, dalekim krewnym matki. Collins musiał spać w pokoju na tyłach, daleko od drogi, bo miał zwyczaj rozpoczynania hałaśliwych, spontanicznych zapasów, stosując tak paskudne sztuczki, jak wyrywanie komuś włosów z nogi lub wylewanie na śpiącego dzbanka zimnej wody. Wciąż z podziwem wspominała dzień metamorfozy zapaśników. Trzy imponujące postaci zajechały pod jej dom państwowym samochodem. Michael Collins, głównodowodzący pierwszej Irlandzkiej Armii Narodowej, przyjechał ze swoimi generałami, O'Sullivanem i Eoinem O'Duffym (drużbą na ślubie mojego ojca), by pokazać jej matce ich nowe mundury. Pamięta także przerażający poranek rok później, kiedy o świcie O'Sullivan przyprowadził do jej domu kolejną grupę, by powiedzieć, że Collins nie żyje.

W mikrokosmosie codzienny "stół" jej matki stanowi idealną ilustrację tragedii, która spadła na Irlandię i tych irlandzkich Gaskończyków. W niedziele pani O'Donovan szykowała obiad dla towarzyszy Collinsa - zazwyczaj byli tam Neil Kerr i Sam Maguire - z Liverpoolu i Londynu, aby omówić przemyt broni, a do tego osoby z Dublina, takie jak Dick McKee, Rory O'Connor, Emmet Dalton i Kevin O'Higgins. Atmosfera na tych obiadach była pogodna, gościnna; Collins hojnie lał whiskey pani O'Donovan, każdemu oprócz siebie. Nikt jednak nigdy nie wiedział, czy nie będzie nalotu albo nagłego telefonu - jak wiadomość odebrana pewnego popołudnia od jednego z tych nieistotnych, ale odgrywających ważną rolę ludzi, którzy pomagali Collinsowi: bagażowego ze stacji kolejowej Kingsbridge. "Rozbiła się paczka jajek, a on nie dowierzał temu, co zaczyna dyżur". Jej dwunastoletni brat zaprzągł rodzinnego kucyka i wyruszył odebrać przesyłkę karabinów w rozdartym opakowaniu, prosto spod nosów uzbrojonych detektywów, żołnierzy i szpiegów, zauważając: "Cóż, przynajmniej jeden kucyk będzie mógł powiedzieć, że zginął za Irlandię".

Kucyk przeżył, ale los nie był łaskawy dla żadnego z gości obiadów. Collins zginął w zasadzce w Cork z rąk kilku ludzi spośród tych, dla których Nancy przemycała broń. Uwielbiający go przyjaciel Emmet Dalton błagał, by nie wyruszał tego dnia, ale Collins się uparł. Ironia losu sprawiła, że na skutek tego uporu Dalton zawsze był potem niesprawiedliwie obwiniany o przyczynienie się do jego śmierci. Dick McKee był torturowany i zastrzelony w dublińskim Zamku przez Brytyjczyków. Rory O'Connor został stracony przez Irlandczyków na rozkaz innego spośród częstych gości, Kevina O'Higginsa. A syn Neila Kerra zginął przypadkowo, testując rewolwer przeznaczony dla Collinsa.

Historia takich ludzi byłaby godna osobnej książki. Miałem jednak jeszcze jeden powód, by pójść za propozycją ojca O'Carrolla - i tu dochodzimy do prawdziwego znaczenia Collinsa dla nowoczesnej Irlandii, jak również Anglii. Pomimo krzywd, jakich doznał, od jego czasu nikt nie zdołał polepszyć warunków, jakie wywalczył dla irlandzkiego rządu w Dublinie. Im więcej myślałem o Collinsie, tym bardziej dostrzegałem, że powód jego upadku i rozpadnięcia się przyjaźni ugruntowanych przy stole O'Donovanów jest także jednym z powodów, dla których w obu państwach eksplodują dziś bomby. Nie podobał mu się traktat podpisany z Anglią, ale zarówno on, jak i większość jego najbliższych przyjaciół i doradców uważali go za krok na drodze do pełnej niepodległości i zjednoczonej Irlandii oraz za najlepsze, co mógł w danej chwili osiągnąć. Jego śmierć spowodowała, że chwila okazała się długa, a obecne pokolenie wciąż doświadcza jej skutków. Wybory, jakich Collins dokonał, napięcie i gorycz, które doprowadziły do powstania dzisiejszej Irlandii, wywierają wpływ na obecne zbrodnie i - co chyba ważniejsze - także na jutrzejsze. Jeżeli chcemy zrozumieć współczesne tragedie i może zapobiec podobnym, należy zrozumieć historię Michaela Collinsa i wyciągnąć z niej naukę. Dedykuję tę książkę, w stulecie wielkiego Irlandczyka, zarówno jego rodakom i rodaczkom, na północ i południe od Granicy, jak i mieszkańcom Anglii, w nadziei, że są w stanie ogarnąć umysłem i pojąć sposób na rozwiązanie naszych problemów.

TIM PAT COOGAN

Dublin, czerwiec 1990 r.

?

WSTĘP DO WYDANIA Z 2015 ROKU

Nie ma nic dziwnego w tym, że wydawnictwo Random House zdecydowało się na drugie wydanie biografii Michaela Collinsa, gdy nadchodzi stulecie powstania 1916 roku, które w tak wielkim stopniu ukształtowało przyszłość zarówno jego samego, jak i Irlandii.

Żyjemy w czasach tumultu gospodarczego, gdy trwają dyskusje na temat pomocy Unii Europejskiej dla państw takich jak Grecja i - niestety - Irlandia. Żargon ekonomiczny atakuje nasze uszy: "nadzwyczajne finansowanie płynności", Międzynarodowy Fundusz Walutowy, "zmiana warunków spłaty zadłużenia" i tak dalej.

Jednakże wśród tej kakofonii jedno słowo wyróżnia się swoją nieobecnością. Jest to pojęcie, które - gdyby się go trzymano - pozwoliłoby całej tej kakofonii uniknąć, pojęcie, które uosabia wręcz krótka, meteoryczna kariera Michaela Collinsa i wielu mu współczesnych.

Ten termin to idealizm. Chodzi tu o szczególny rodzaj idealizmu - twarde jak stal zdecydowanie, by podjąć czyn i okazać wytrwałość - ale był on niewątpliwy. Za sprawę - naród - walczyło się z poświęceniem i w sposób na tyle ludzki, na jaki sytuacja pozwalała.

Ten stalowy element filozofii Michaela Collinsa zaczął się kształtować jeszcze przed jego narodzeniem w 1890 roku. Bez świadomości klęski głodu, którą przeżył jego ojciec, trudno sobie wyobrazić postawy i opowieści, z jakimi stykał się rozkwitający intelekt bystrego chłopca, dorastającego w zachodnim Cork pod koniec XIX wieku. Rodzinie Collinsa powodziło się stosunkowo nieźle w porównaniu z większością katolików w tamtym miejscu i czasie. Chociaż w wieku sześciu lat stracił ojca, został wychowany w atmosferze pełnej miłości, jaką zapewniała klasyczna irlandzka matka i duża rodzina pełna zdrowych córek.

"Książki, książki" były gwiazdami przewodnimi, za którymi należało podążać według zasad domu i szkolnej klasy. Na gwiazdy padały cienie historii opowiadanych przy ogniu, szczególnie tym płonącym w miejscowej kuźni, w tamtych czasach ważnym miejscu spotkań - a do tego miejscu, gdzie produkowano piki na potrzeby odległych rebelii, efektu pełnej nieszczęść kolonialnej rzeczywistości, która spowodowała klęskę głodu.

Można zabrać człowieka z zachodniego Cork, ale zachodniego Cork się z niego nie wyciągnie. Kiedy niespełna 20-letni Collins przeniósł się do Londynu, mieszkał ze swoją najstarszą siostrą Hannie w światku irlandzkich emigrantów, którzy widzieli w sobie nie migrantów ekonomicznych, ale wygnańców. Collins żarłocznie pochłaniał książki i z zapałem chodził do teatru, ale był także zagorzałym członkiem Gaelickiego Stowarzyszenia Sportowego (Gaelic Athletic Association), gdzie grał w futbol gaelicki oraz zwłaszcza w irlandzką grę hurling. Spędzał także sporo wolnego czasu na lekcjach irlandzkiego i na irlandzkich tańcach. Dla wielu młodych mężczyzn i kobiet w tamtym świecie - a dla Collinsa szczególnie - dom był nie tylko w sercu, lecz także w znacznej części głowy. Irlandczycy tworzyli naród, który miał swoje prawa i zasługiwał na niepodległość od kolonialnych władców z Londynu.

Doświadczenia, jakie zyskał dzięki zatrudnieniu w finansach, bardzo przydały mu się później, w czasie krótkiego, ale wielce skutecznego okresu spędzonego na stanowisku irlandzkiego ministra finansów. Jak się okaże w toku dalszej lektury, Collins wykazał niezwykłą biegłość w tej dziedzinie podczas wojny angielsko-irlandzkiej, uruchamiając pożyczkę narodową, zakazaną przez Brytyjczyków jako nielegalny sposób zbierania środków przez morderczych rebeliantów. Niemniej pożyczka została zrealizowana skutecznie i bez korupcji, każdy subskrybent otrzymywał rachunek, czasami dosłownie z siodełka roweru.

Reputacja Collinsa wynika jednak nie tyle z biegłości w sprawach finansowych, ile z jego zdolności wojskowych. To on stworzył nowoczesną miejską walkę partyzancką, wzorując się na dowódcach burskiej partyzantki z Afryki Południowej, takich jak de Wet.

A przy tym jego edukacja wojskowa, jakkolwiek skąpa, podobnie jak edukacja finansowa, była całkiem konwencjonalna. W Londynie został zaprzysiężony do Irlandzkiego Bractwa Republikańskiego (Irish Republican Brotherhood, IRB) przez rodaka z Corku, Sama Maguire'a, którego pamięć czczona jest dzisiaj w formie głównej irlandzkiej nagrody sportowej - Pucharu Sama Maguire'a przyznawanego co roku zwycięzcom ogólnoirlandzkich finałów w futbolu gaelickim. Szkolenie Collinsa składało się przede wszystkim z ćwiczeń z karabinem i musztry w wynajętych salach, od czasu do czasu jakiegoś obozu, gdzie wprawiano się w strzelaniu i produkcji bomb.

Dowiedziawszy się o planowanym powstaniu, Collins wrócił do Dublina i wziął udział w jednym z bardziej pamiętnych obozów szkoleniowych. Odbył się on na terenie Larkfield w Kimmage, domu rodziny Plunkettów, której członkowie odegrali kluczową rolę w przygotowaniu rebelii. Joseph Plunkett za tę rolę drogo zapłacił: został rozstrzelany przez pluton egzekucyjny dziesięć minut po tym, jak w celi zawarł ślub ze swoją narzeczoną, Grace Gifford.

Po powstaniu Collins - w odróżnieniu od niektórych swoich najbliższych przyjaciół przetrwał to bolesne wydarzenie bez szwanku, unikając zarówno płomieni w gmachu Poczty Głównej, jak i późniejszych plutonów egzekucyjnych - nie wspominał walk tak samo jak większość jego towarzyszy. Oczywiście, wraz z nimi bolał nad porażką, dzielił żal za poległych i dumę z tego, że zachowali irlandzką tradycję wzniecania powstań, nawet beznadziejnych, w każdym pokoleniu. Tym jednak, co wyróżniało Collinsa, był fakt, że w więzieniu - obozie Frongoch w Walii - zabrał się za reorganizację IRB, by przygotować je do nowego rodzaju wojny. Rok 1916 miał stać się nie tylko kamieniem milowym w historii republikanów, lecz także odskocznią do drugiej rundy, w której Irlandczycy mieli zerwać z tradycją, tym razem wygrywając wojnę.

Collins dostrzegał bezsens zdobywania stałego stanowiska, jak to było z Pocztą Główną w Dublinie lub - jak się stało w powstaniu w 1798 roku - heroicznej obrony wzgórza (Vinegar Hill w hrabstwie Wexford), by potem zostać rozniesionym w pył przez nowoczesną artylerię i potężniejsze siły wojskowe.

Zamiast tego zastosował taktykę należącą właściwie do arsenału tajnych służb, a polegającą na eliminacji kluczowych agentów i tajnej policji, aby odebrać brytyjskim siłom oczy i uszy, zmusić ich wojska do błądzenia na ślepo w sposób coraz bardziej krwawy i nieskuteczny w kraju, gdzie śmierć obleczona w codzienny strój wychylała się zza stogów siana i skrzynek pocztowych.

W końcu to ta właśnie taktyka doprowadziła Brytyjczyków do stołu konferencyjnego, przy którym ukształtowała się nowoczesna Irlandia. I to na tej arenie, a także podczas wojny domowej, która nastąpiła potem, Collins zyskał status międzynarodowego męża stanu.

Musiał stanąć w szranki z najsilniejszym zespołem negocjacyjnym, jaki Brytania kiedykolwiek wystawiła. Na jego czele stał Lloyd George, premier, który pokonał Niemcy w niedawnej wojnie światowej. Winston Churchill zajmował dopiero czwartą pozycję w zespole, w którego skład wchodzili jeszcze przywódca brytyjskiej Partii Konserwatywnej Austen Chamberlain oraz Lord Kanclerz Birkenhead.

Collins wiedział, że jadąc z Arthurem Griffithem do Londynu negocjować traktat, podpisuje na siebie wyrok śmierci. Wiedział także, że oprócz wojskowych oponentów w IRB, działa przeciw niemu politycznie jeszcze ktoś, kto także przeżył rok 1916: Eamon de Valera, wówczas prezes Sinn Féin, który - jak zobaczymy - we wcześniejszych miesiącach podejmował starania, aby ograniczyć wpływy Collinsa, a nawet wręcz go upokorzyć. Collins nie wszedł w skład delegacji de Valery do Londynu w lipcu poprzedniego roku, kiedy Lloyd George jasno powiedział, na ile Brytyjczycy są gotowi się zgodzić albo - co ważniejsze w ówczesnej fazie dla opinii publicznej imperium - na ile są gotowi się nie zgodzić w kwestii irlandzkich aspiracji dotyczących Wszechirlandzkiej Republiki, której domagali się ludzie roku 1916.

Collins jednak udał się do Londynu nie po to, jak oznajmił, aby osiągnąć pełną wolność, do której Irlandia miała prawo, ale aby uczynić krok w stronę wolności. Wiedział, tak samo jak de Valera, że ogłoszony w lipcu rozejm to koniec jego tajnej armii. Bojownicy podziemia byli teraz jak "króliki wychodzące z nor". Mimo to 6 grudnia 1921 roku podpisał traktat. Jak wyjaśnił de Valerze Lloyd George w lipcu poprzedniego roku w Londynie, utworzono w ten sposób Wolne Państwo Irlandzkie na południu i południowym zachodzie, składające się z 26 hrabstw, mające taki sam status konstytucyjny, jak Australia i Kanada. Sześć północno-wschodnich hrabstw protestanckich, tworzących część północnej prowincji Ulsteru, otrzymało własny parlament, opisany przez pierwszego ich premiera, Jamesa Craiga, jako "protestancki parlament protestanckiego ludu".

Skutek tego sformułowania był taki, że na katolików spadły wszystkie sankcje, na jakie prawo pozwalało, ale nie doczekali się zapewnianej przez nie ochrony. Stworzono niesprawiedliwe, niespokojne, sekciarskie społeczeństwo, które skończyło się dopiero pod koniec wieku, po 30 latach walki partyzanckiej, eufemistycznie określanej jako "Kłopoty".

Ponieważ Dublin nie miał ani środków, ani woli, by walczyć z podziałem, de Valera zignorował ten aspekt traktatu. Skoro został podpisany bez jego zgody, odrzucił ten dokument z furią i podjął zakrawającą na farsę próbę doprowadzenia do aresztowania Collinsa i Griffitha. To się nie udało, a traktat został ratyfikowany przez dubliński parlament niewielką większością. Podczas debaty w tej sprawie główny sprzeciw ze strony de Valery nie dotyczył podziału, ale faktu, że tak jak Australia czy Kanada Wolne Państwo Irlandzkie miało mieć Generalnego Gubernatora, a wybrani do parlamentu deputowani mieli składać przysięgę wierności królowi brytyjskiemu.

Traktat ledwo przeszedł przez Dáil (parlament). Został uznany przez znacznie większy segment irlandzkiej populacji po pełnej goryczy kampanii wyborczej, która zademonstrowała, że niezależnie od jego niedociągnięć większość Irlandczyków pragnie pokoju i uważa, że lepszy wróbel w garści.

Jednakże opowiedziawszy się po stronie odrzucających traktat, de Valera wsparł swoim ogromnym prestiżem ekstremistów i podróżował po kraju, z jednej strony podburzając do rozlewu krwi, z drugiej zaś wypierając się jakiejkolwiek odpowiedzialności za wojnę domową.

Collins nie dożył kolejnego grudnia. Zginął w sierpniu 1922 roku podczas wojny domowej - jednej z najbardziej niepotrzebnych, jakie kiedykolwiek miały miejsce. Nie zmieniła ani o milimetr postanowień traktatu i zakończyła się w maju kolejnego roku, pozostawiając po sobie dziedzictwo goryczy, które na ponad 50 lat zatruło życie polityczne Irlandii.

Niemniej to po wojnie domowej powstały dwie do dziś najważniejsze irlandzkie partie: Fine Gael i Fine Fáil. Wyłoniła się także działająca irlandzka demokracja. Co by się wydarzyło, gdyby Collins przeżył? To jedno z najważniejszych pytań irlandzkiej historii politycznej.

W rządzie byłby skuteczniejszy i bardziej innowacyjny niż jego koledzy z szeregów konserwatystów. Chociaż nie był socjalistą, śledził nowe idee, od duńskiego rolnictwa po elektrownie wodne, od armii obywatelskiej na wzór modelu szwajcarskiego po opracowanie nowego stylu architektury irlandzkiej, aby odmienić ówczesne okropne miasteczka.

Przede wszystkim zdecydowanie sprzeciwiał się korupcji. Jego hasłem była odpowiedzialność za swoje czyny, a rozmiary kłopotów finansowych aktualnie gnębiących Irlandię można w znacznej mierze przypisać temu, jak daleko nasi decydenci od tej koncepcji odeszli.

Pytanie "Co, gdyby?" wybrzmiewa najgłośniej w związku ze sprawą Irlandii Północnej. Pomimo traktatu Collins wspierał rajdy przez granicę na złożone z sześciu hrabstw nowe państwo, by uzyskać poparcie dla traktatu wśród republikańskiej części Dáilu. Obiecywał - i wierzę, że dotrzymałby słowa - pomóc nacjonalistom z Północy, kiedy już wojna domowa na Południu zakończy się zwycięstwem. Można debatować, czy rzeczywistość lub poparcie, jakim cieszyli się unioniści w ówczesnej Anglii - która podejmowała główne decyzje - udaremniłyby te próby, nawet kosztem rozpętania kolejnej wojny domowej, tym razem między Północą a Południem.

Collins z pewnością nie pozwoliłby na to, aby północne państewko trwało w odrętwiałej i niesprawiedliwej egzystencji, która w końcu przerodziła się w "Kłopoty", a te doprowadziły wreszcie do dzisiejszego mile widzianego, ale dość chwiejnego pokoju.

Gdy nadchodzi setna rocznica wydarzeń z 1916 roku, ta niepewność oraz - co ważniejsze - ogromne, konkretne osiągnięcia Michaela Collinsa sprawiają, że jest on dzisiaj zarówno odpowiednim, jak i godnym tematem studiów.

Tim Pat Coogan

wrzesień 2015 roku

?

PROLOG

Dublin, maj 1916 roku. Kolumna więźniów maszeruje wzdłuż wybrzeża w stronę statku, który ma ich zabrać do więzienia gdzieś w Anglii. Nie była to najprzyjemniejsza perspektywa, ale przynajmniej bezpiecznie wyszli z walk, po których centrum miasta legło w gruzach, i żaden z nich nie stanął przed plutonem egzekucyjnym. Niektórzy ich przyjaciele nie mieli tyle szczęścia. Właściwie to sporo przechodniów, których mijali na ulicy, uważało, że wywinęli się zbyt małym kosztem. Tu czy tam jakiś mężczyzna wykrzyknął drwinę lub obelgę. Może miał brata czy syna na froncie. Zazwyczaj bardziej zajadłe były kobiety. To "separatki". Ich jedyny dochód stanowiło wynagrodzenie za rozłąkę wypłacane przez rząd brytyjski, gdy ich mężowie gdzie indziej walczyli za prawa małych narodów. Wyrażały z jednej strony oburzenie na zniszczenia spowodowane przez trwające tydzień powstanie, z drugiej zaś obawy, że rząd zareaguje pozbawieniem ich jedynego źródła utrzymania.

"Dranie przeklęte, mój mąż tam za was walczy na wojnie, a wy mu tak nóż w plecy!". "Zbyt wielkimi jesteście tchórzami, żeby walczyć, i za dużymi leniami, żeby pracować!" Jedna pani owinięta szalem krzyczy coś o swoich dwóch dorodnych synach i biegnie wzdłuż szeregu żołnierzy strzegących więźniów, by zawołać: "Każdy z was powinien dostać karę śmierci, a potem jeszcze kopa w tyłek na dokładkę".

Ale tu czy tam więźniowie słyszą też słowa zachęty. Z dachu tramwaju nobliwie wyglądający mężczyzna w meloniku krzyczy: "Niech Bóg ma was w opiece, chłopcy - niech żyje Republika". Inny, w uwalanym mąką fartuchu - najwyraźniej piekarz - przepycha się między żołnierzami, by wcisnąć garść czekolady i papierosów w ręce więźnia, który jest tym tak zaskoczony, że przypomina sobie o okrzyku podziękowania dopiero, gdy ofiarodawca wtopił się już w tłum. Kiedy kolumna mija ruiny Liberty Hall, zniszczonego doszczętnie podczas walk przez pociski z kanonierki Helga, przystojna i dobrze ubrana młoda kobieta, Nancy O'Brien, dogania wreszcie więźnia, którego szukała, swojego kuzyna.

Kilka tygodni wcześniej on i jego przyjaciel Sean MacDiarmada uczestniczyli w powstaniu wielkanocnym - jej kuzyn wymaszerował do walki z Liberty Hall w nowym mundurze Ochotnika. Przez tydzień wchodziła na szczyt Howth Head, by słuchać strzałów i patrzeć na płomienie buchające z budynku Poczty Głównej. Przynajmniej część jej modlitw została wysłuchana. Chociaż MacDiarmada został skazany na śmierć, jej kuzyn Michael bezpiecznie wydostał się z pożogi, nawet jeżeli skończył w niewoli.

Lekko dysząc, gdyż musiała biec, by dotrzymać im kroku, zawołała nad głową żołnierza: "Co zrobisz teraz?". "Zrobię?" - spytał ironicznie wysoki młodzieniec o szerokich ramionach, z akcentem z zachodniego Cork. - Zrobię? Będę się szykował do następnej rundy, co innego? Mam już zapisanych parę nazwisk" - powiedział, machając dziennikiem - "najlepsi ludzie". Nancy była zdumiona. "Ale... co?... Jak będziesz ich szkolić?" - zawołała w końcu, gdy kolumna zbliżała się do statku dla bydła, czekającego na więźniów. "A czyż rząd Jego Wysokości nie wyszkoli ich dla mnie?"

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

PODZIĘKOWANIA

Kiedy mówię, że ze wszystkich książek i projektów badawczych, nad którymi pracowałem, właśnie przy pracy nad tą biografią otrzymałem najwięcej nieograniczonej pomocy z materiałami i informacjami, świadczy to o pozycji Michaela Collinsa w oczach jego rodaków, niesłynących z nadmiaru łaskawości dla reputacji swoich bliźnich.

Jednakże na tym jasnym obrazie powszechnej życzliwości położyła się cieniem wielka tragedia. Przed ukazaniem się amerykańskiego wydania wypadek samochodowy odebrał życie osobie, która była najsilniejszym źródłem zachęty oraz wsparcia edytorskiego i psychologicznego od chwili rozpoczęcia zbierania materiałów do odesłania jej ostatniej korekty do druku: Barbarze Hayley, profesor filologii angielskiej w St Patrick's College, Maynooth. Była cudowną osobą, nauczycielką z powołania, a jej wkład w to dzieło może służyć za ilustrację znaczenia łacińskiego słowa educare, od którego wywodzi się "edukacja" - "oprowadzać". To Barbara doprowadziła tę książkę do końca.

Rodzina Collinsów była nieodmiennie uprzejma i chętna do współpracy. Pragnę szczególnie podziękować panom Michaelowi Collinsowi, Liamowi Collinsowi, pułkownikowi Patowi Collinsowi, generałowi Seanowi Collinsowi-Powellowi, pani Nancy Hurley i pani Mary-Clare O'Malley za wszystkie przekazane mi informacje i materiały. Przyjaciel rodziny Collinsów i historyk, nieżyjący już pan Liam O'Donnadcha, także udostępnił mi bezcenne notatki i rady. Również zmarły historyk Leon O'Broin okazał się źródłem siły i inspiracji, zanim zawiodło go zdrowie. Wspomnienia z pierwszej ręki Vinniego Byrne'a, siostry Margaret Mary i pani Eileen O'Donovan były nie tylko bardzo cenne, lecz także fascynujące. Pan Eamonn de Barra przekazał mi oprócz wspomnień również niezwykle cenne dokumenty. Lord Longford oddał mi do dyspozycji swoją niezrównaną wiedzę na temat negocjacji w sprawie traktatu i ogólnie spraw Irlandii. Mam także ogromny dług wdzięczności wobec pani Maire Molloy, która pozwoliła mi skopiować listy Michaela Collinsa pisane do jej matki, oraz córek Liama Tobina, pań Ann Thornton i Marie Tobin, za powierzenie mi papierów ich ojca i jego bliskiego towarzysza, Franka Thorntona; pana Feliksa Cronina za udostępnienie mi niepublikowanych listów Collinsa do jego matki (Kitty Kiernan), a także profesor Edith Sagarra za dane dotyczące korespondencji między Churchillem i Collinsem.

Nigdy nie będzie dość podziękowaniom za uprzejmość i pomoc, które otrzymałem od pracowników i kierowników rozmaitych bibliotek i archiwów, gdzie poszukiwałem informacji. Chociaż wymieniam kilka nazwisk szczególnie, mogę z całą szczerością powiedzieć, że spotkałem się z niemal uniwersalną gotowością do pomocy. Dziękuję doktorowi Donalowi MacCartneyowi i panu Seamusowi Helferty'emu z University College Dublin, a także pani Kerry Holland z Archives Department za udostępnienie mi bezcennych zbiorów Mulcahy'ego i O'Malleya oraz innych pism; na Dublin University doktor Bernard Meehan, kustosz Działu Rękopisów, oraz pani Felicity O'Mahony byli niezawodnie pomocni; jak również pracownicy Biblioteki Narodowej Irlandii, szczególnie pan Gerry Lyne. Dziękuję także dyrektorowi Archiwum Narodowego, doktorowi Davidowi Craigowi oraz jego uprzejmym i pełnym wiedzy podwładnym w State Paper Office i Public Records Office; panu Johnowi Toolinowi i panu Patrickowi Longowi z muzeum w Kilmainham; byłemu ministrowi obrony, ministrowi sprawiedliwości, panu Brianowi Lenihanowi za udostępnienie mi materiałów Departamentu Obrony; panu Gregoirowi O'Duillowi za jego pomoc związaną z archiwami Departamentu Finansów; panu Johnowi Teehanowi z Muzeum Narodowego za umożliwienie mi przejrzenia zbiorów po Collinsie w czasie remontu muzeum; panu Davidowi C. Sheehy'emu, archiwiście diecezjalnemu archidiecezji dublińskiej za jego pomoc w pracy z niezwykle cennymi kolekcjami arcybiskupów Byrne'a i Walsha; panu Trevorowi Parkhillowi za pomoc w Archiwum Państwowym (Public Record Office) Irlandii Północnej; pani Hilary Jones, jej kolegom z Archiwum Państwowego (Public Records Office) w Londynie oraz Johnowi i Angeli Heuston, którzy wspólnie uczynili mój pobyt w Kew zarówno przyjemnym, jak i pouczającym; panu Nicholasowi B. Scheetzowi za pomocność w przeszukiwaniu dokumentów Shane'a Leslie'ego w Georgetown University; lady Leslie za wyrażenie zgody na obejrzenie kolekcji; dr Margaret O'Donoghue za pozwolenie mi na skorzystanie z kolekcji Florriego O'Donoghue w Bibliotece Narodowej Irlandii; panu Paddy'emu Cooneyowi za możliwość przejrzenia dokumentów MacEoina w archiwum franciszkanów w Killiney, kanonikowi Johnowi Brennanowi za przekazanie mi niepublikowanych wspomnień Kathleen Napoli McKenny, arcybiskupowi Ryanowi z Perth za pomoc związaną z historią misji pokojowej doktora Clune'a; wydawnictwu Faber & Faber za pozwolenie mi na cytowanie poematu Louisa MacNeice'a Dublin.

Za uprzejmą zgodę na reprodukcję ilustracji zawartych w tej książce chciałbym podziękować także Joemu Cashmanowi; rodzinie Collinsów; Feliksowi Croninowi, Kolekcji Hulton-Deutsch; Kilmainham Jail Historical Museum; George'owi Morrisonowi; Bibliotece Narodowej Irlandii; Muzeum Narodowemu Irlandii; pani Eileen O'Donovan; pani Essie Driscoll; dr. C. O'Reilly'emu; Popperfoto; a także State Paper Office w Dublinie. Szczególnie wdzięczny jestem Kennethowi Griffithowi za jego fachową pomoc w zestawieniu ilustracji.

Za ogólne wskazówki dotyczące materiału źródłowego oraz pomoc z korektą mam dług większy, niż słowa mogą wyrazić wobec dr. Michaela Hopkinsona, pana Johna O'Mahony'ego, a także Brid i Michaela O'Siadhail, którzy wielce mi pomogli w tym zakresie. Pan Uinseann MacEoin, pan Harold O'Sullivan, dr Maurice O'Connell, dr Dermot Keogh oraz ojciec F.X. Martin także zapewnili bezcenne wskazówki i materiały. Pomoc otrzymałem ponadto od profesora J.B. Lyonsa, pani Sinead Derrig (z domu Mason), dr. Martina Gilberta, dr. Eamonna Phoenixa, dr. Johna Dalata, panów Liama MacAndrews, Liama Flynna oraz Liama Mohera. Najgorętsze podziękowania należą się lordowi Longfordowi, autorowi klasycznego studium o negocjacjach w sprawie Traktatu, Peace by Ordeal, za jego rady i zachęty. Pan Rory Brady B.L. był wielce uprzejmy przeczytać książkę pod kątem kwestii prawnych, a pani Carmel Frawley w krytycznej chwili pomogła mi z maszynopisaniem. Chciałbym także wspomnieć z dumą i wdzięcznością o pomocy w zbieraniu materiałów udzielonej przez dwójkę znakomitych dziennikarzy, moją córkę Jackie i syna Toma.

Chciałbym wyrazić szczere podziękowania Frankowi Delaneyowi za pomoc w rozpoczęciu książki oraz szczególnie Richardowi Cohenowi z Hutchinson za jego taktowne i pouczające zachęty na etapie pisania i redakcji - piszę to jako człowiek, który sam był przez 20 lat redaktorem - przed przekazaniem jej Annelise Evans, która okazała się wzorem redaktorki.

Chciałbym wreszcie oficjalnie docenić wielce irlandzkie rozwiązanie jeszcze bardziej irlandzkiego problemu polegającego na tym, że papiery de Valery w archiwum franciszkańskim w Killiney są niedostępne dla badaczy do czasu zakończenia katalogowania, co potrwa jeszcze kilka lat. Do ostatniej chwili wydawało się, że uniemożliwi mi to dostęp do dokumentów Seana MacEoina, także tam przechowywanych, ale w ostatniej chwili, gdy książka szła do druku, dzięki dobroczynnemu wpływowi ojca Benignusa Milleta OFM, pana Liama O'Lonargaina oraz pana Brendana MacGiolli Choille'a i jego żony Eilis otrzymałem dostęp do kolekcji MacEoina. Pan MacGiolla Choille, były kustosz archiwów państwowych, pozwolił mi także skorzystać ze swojej bezcennej osobistej wiedzy na tematy związane z de Valerą. Wcześniej miałem zaszczyt otrzymać pomoc z dwóch ważnych źródeł, jednego tajemniczego, ale mile widzianego - anonimowego daru w postaci fotokopii ciekawych listów de Valery, "od wielbiciela", które nadeszły po moim występie w telewizyjnym programie dokumentalnym o Collinsie; drugiego większego i jeszcze milej widzianego - nieustannie płynących rad, dokumentów i oryginalnych rękopisów własnych na temat de Valery od dr. T.P. O'Neilla, autora jego oficjalnej biografii. Dr O'Neill mężnie zapewnił cenną pomoc podczas całego okresu powstawania tej książki, chociaż zasadniczo się nie zgadzamy w sprawie roli de Valery w opisanych wydarzeniach. Jego nieustanne wsparcie i przyjaźń, a także jego żony Marie, dowodzi, że chociaż idee się ścierają, ludzie nie muszą. Gdyby tylko podążano za tym przykładem w innych częściach naszego kraju.