1
W ostatnim dniu życia, mając dwieście czterdzieści siedem lat, oślepiona
poetka, cudotwórczyni i prorokini Pampa Kampana ukończyła swój wielki
epos o Bisnadze i zakopała go w zalepionym woskiem glinianym naczyniu w ruinach kompleksu królewskiego metropolii, w samym jego sercu, jako
wiadomość dla przyszłości. Czterysta pięćdziesiąt lat później
znaleźliśmy to naczynie i po raz pierwszy przeczytaliśmy nieśmiertelne
arcydzieło zatytułowane Dźajaparadźaja, co znaczy "Zwycięstwo i porażka", ułożone w sanskrycie, nie krótsze niż Ramajana, bo liczące
dwadzieścia cztery tysiące strof, i wtedy poznaliśmy tajemnice imperium,
które autorka ukrywała przed historią ponad sto sześćdziesiąt tysięcy
dni. Znaliśmy tylko szczątki pozostałe po owym mocarstwie, a nasza
wiedza o jego dziejach także rozpadła się w gruzy za sprawą mijającego
czasu, niedoskonałości pamięci i kłamstw tych, którzy przyszli później.
Czytając księgę Pampy Kampany, odzyskiwaliśmy przeszłość, Bisnaga
odrodziła się w dawnej postaci, ze swymi wojowniczkami, górami złota,
wielkodusznością i okresami małoduszności, wszystkimi słabymi i mocnymi
stronami. Usłyszeliśmy po raz pierwszy pełną opowieść o królestwie,
którego początek i kres wyznaczyły płonący ogień i ścięta głowa. Oto ta
historia, opowiedziana prostszym językiem przez obecnego autora, który
nie jest ani uczonym, ani poetą, jedynie gawędziarzem i który
przedstawia swoją wersję gwoli zwykłej rozrywki bądź uświadomienia
dzisiejszych czytelników, starych i młodych, bardziej lub mniej
wykształconych, tych poszukujących mądrości i tych, których bawi
głupota, mieszkańców północy i mieszkańców południa, wyznawców różnych
bogów i niewierzących, tych o szerokich i tych o wąskich horyzontach,
mężczyzn i kobiet oraz przedstawicieli płci między i poza tymi dwiema,
potomków szlachetnych rodów i prostych przedstawicieli ludu, ludzi
dobrych i nikczemników, szarlatanów i cudzoziemców, skromnych mędrców i egocentrycznych głupców.
Historia Bisnagi rozpoczęła się w czternastym wieku ery nowożytnej, na
południu kraju obecnie zwanego Indiami, Bharatem lub Hindustanem. Stary
król, od którego toczącej się głowy wszystko się zaczęło, nie był władcą
wybitnym, raczej tego rodzaju miernotą, która się trafia pomiędzy
upadkiem jednego a narodzinami drugiego mocarstwa. Na imię mu było
Kampila, Kampila Raja, gdzie raja to regionalna wersja słowa radźa -
władca - rządził zaś królestewkiem Kampili. Ów drugorzędny raja spędził
na swym trzeciorzędnym tronie dość czasu, by wybudować czwartorzędną
twierdzę nad rzeką Pampa, umieścić w niej piątorzędną świątynię i wykuć
kilka patetycznych inskrypcji na zboczu skalistego wzgórza, potem jednak
z północy nadeszła armia, żeby się z nim rozprawić. Bitwa, która się
rozegrała, była dla najeźdźców łatwym zwycięstwem, starciem tak mało
ważnym, że nikomu nie chciało się nawet nadawać mu nazwy. I gdy siły z północy rozgromiły wojska Kampili Raji i większość jego żołnierzy
poległa, schwytano tego władcę od siedmiu boleści i skrócono go o pozbawioną korony głowę. Następnie wypchano ją słomą i wysłano na
północ, by sprawić przyjemność sułtanowi Delhi. Tej bitwy bez nazwy, a także ściętej głowy nie wyróżniało nic szczególnego. W tamtych czasach
bitwy były czymś powszechnym i wielu z nich nikomu nie chciało się
wymyślać nazwy; a ścięte głowy podróżowały bezustannie po naszym wielkim
kraju ku uciesze tego czy innego władcy. Sułtan w swojej stolicy na
północy zgromadził całkiem imponującą ich kolekcję.
O dziwo, po tamtej mało znaczącej bitwie nastąpiło wydarzenie z rodzaju
tych, które zmieniają bieg historii. Legenda głosi, że kobiety z maleńkiego pokonanego królestwa, w większości niedawno owdowiałe na
skutek bitwy bez nazwy, opuściły czwartorzędną twierdzę, złożywszy
ostatnie ofiary w piątorzędnej świątyni, przeprawiły się małymi łódkami
przez rzekę, nieustraszenie stawiając czoło wodnym wirom, ruszyły dalej
na zachód wzdłuż południowego brzegu, po czym rozpaliły wielki stos i popełniły w płomieniach zbiorowe samobójstwo. Bez słowa skargi, z wielką
powagą żegnały się ze swymi towarzyszkami i pewnym krokiem wchodziły w ogień. Nie słychać też było żadnych krzyków, gdy ogień zajmował ich
ciała i swąd śmierci wypełniał powietrze. Płonęły w milczeniu; niósł się
tylko trzask ognia. Pampa Kampana widziała to wszystko na własne oczy.
Zupełnie jakby wszechświat przesyłał jej wiadomość - otwórz uszy,
wciągaj powietrze, pamiętaj. Miała dziewięć lat i przyglądała się temu
ze łzami w oczach, ściskając jak najmocniej dłoń suchookiej matki, gdy
wszystkie znane jej kobiety wchodziły w ogień i siadały, stawały i kładły się pośrodku tego stosu, buchając płomieniami z ust i uszu:
staruszka, która widziała już wszystko, i młoda kobieta zaczynająca
dopiero życie; dziewczyna, która nienawidziła ojca poległego podczas
bitwy, i żona wstydząca się za męża, bo ten nie oddał życia w boju;
kobieta o pięknym głosie i kobieta o przeraźliwym śmiechu; kobieta chuda
jak patyk i kobieta gruba jak melon. Szły w ogień jedna po drugiej, a swąd ich śmierci dławił Pampę, aż w końcu jej matka, Radha Kampana,
delikatnie wyswobodziła dłoń i ku przerażeniu córki bardzo powoli, lecz
z całkowitym przekonaniem odeszła od niej, by wstąpić z innymi kobietami
na stos śmierci, bez choćby słowa pożegnania.
Do końca życia Pampa Kampana o imieniu takim samym jak rzeka, nad którą
to wszystko się rozegrało, zachowała w nozdrzach odór palącego się ciała
matki. Stos ułożono z wonnego drzewa sandałowego z dodatkiem mnóstwa
goździków, czosnku, nasion kminu i lasek cynamonu, jak gdyby płonące
kobiety były dobrze przyprawionym daniem przyrządzanym na stół
zwycięskich dowódców sułtana, by zadowolić ich podniebienia, jednak te
wszystkie aromaty - kurkumy, kardamonu, zielonego i czarnego - nie
zdołały zagłuszyć jedynej w swym rodzaju kanibalskiej woni palących się
żywcem kobiet, sprawiały wręcz, że była ona trudniejsza do zniesienia.
Pampa Kampana nigdy już nie tknęła mięsa i nie była w stanie wysiedzieć
w żadnej kuchni, gdzie je przyrządzano. Dania te wyzwalały w niej
wspomnienie o matce i gdy inni posilali się martwymi zwierzętami, Pampa
Kampana musiała odwracać wzrok.
Ojciec Pampy zmarł młodo, na długo przed bezimienną bitwą, toteż jej
matka nie była jedną z niedawno owdowiałych kobiet. Ardźuna Kampana
zmarł tak dawno, że Pampa nie pamiętała jego twarzy. Wiedziała o nim
jedynie to, co usłyszała od Radhy Kampany: był dobrym człowiekiem,
powszechnie lubianym garncarzem z Kampili i zachęcał żonę, by też uczyła
się garncarstwa, więc gdy zmarł, wdowa przejęła warsztat i okazała się w tym fachu wcale nie gorsza niż on. Radha z kolei kierowała przy kole
rączkami małej Pampy i dziecko biegle już toczyło garnki i misy,
przyswoiło sobie również ważną lekcję, mianowicie że nie ma zawodów
wyłącznie męskich. Pampa Kampana myślała, że tak będzie wyglądało całe
jej życie, razem z matką, jedna obok drugiej, będą wytwarzać piękne
przedmioty przy kole garncarskim. Ten sen jednak się rozwiał. Matka
puściła jej dłoń i zostawiła ją na pastwę losu.
Przez dłuższą chwilę Pampa próbowała sobie wmówić, że matka po prostu
idzie w ślady innych kobiet, których przyjaźń miała dla niej zawsze
ogromne znaczenie. Dziewczynka przekonywała siebie, że falująca ściana
ognia to zasłona, za którą panie zebrały się na plotki, i wkrótce
wszystkie wymaszerują z płomieni bez szwanku, może tylko trochę
osmalone, zalatujące kuchennymi woniami, te jednak szybko wywietrzeją. I potem Pampa z matką wrócą do domu.
Dopiero gdy na jej oczach ostatnie kawałki spalonego mięsa odpadły od
kości Radhy Kampany, ukazując gołą czaszkę, zrozumiała, że dzieciństwo
dobiegło końca i od tej pory musi postępować jak osoba dorosła, i że nie
wolno jej nigdy popełnić ostatniego błędu matki. Będzie się śmiała
śmierci w twarz, a własną twarz zwróci ku życiu. Nie złoży ciała w ofierze po to tylko, by podążyć w zaświaty za poległymi mężczyznami. Nie
zgodzi się umrzeć młodo, będzie za to żyć i na przekór śmierci osiągnie
nieprawdopodobnie podeszły wiek. W tejże chwili otrzymała niebiańskie
błogosławieństwo, które miało zmienić wszystko, bo w tym właśnie
momencie z jej dziewięcioletnich ust zaczął się dobywać głos bogini
Pampy, stary jak Czas.
Był to głos potężny niczym grzmot wysokiego wodospadu w dolinie
wypełnionej echem subtelnych dźwięków. Miał w sobie muzykę, której nigdy
wcześniej nie słyszała, melodię, którą później nazwała łaskawością.
Przeraziło ją to, rzecz jasna, lecz także poczuła się pewniej. Nie
została opętana przez demona. W tym głosie pobrzmiewały dobroć i majestat. Radha Kampana powiedziała jej kiedyś, że nieopodal, nad
gniewnymi wodami rwącej rzeki, rozkwitła miłość między dwoma spośród
najwyższych bóstw panteonu. Może więc była to królowa wszystkich bogów
we własnej osobie, powracająca w chwili naznaczonej śmiercią do miejsca,
gdzie narodziła się jej miłość. Tak jak rzeka, Pampa Kampana dostała
imię na cześć owej bogini - jedno z miejscowych imion bogini Parwati
brzmiało bowiem Pampa, a jej kochanek Śiwa, potężny Pan Tańca, ukazał
jej się w miejscowej, trójokiej inkarnacji - toteż wszystko zaczęło
nabierać sensu. Tak więc Pampa, istota ludzka, zaczęła z łagodną rezerwą
słuchać, jak z jej ust płyną słowa Pampy, bogini. Nie miała nad nimi
władzy, tak jak widz w teatrze nie ma wpływu na monolog aktora, i tak
oto rozpoczęła się jej kariera prorokini i cudotwórczyni.
Fizycznie nie czuła się inaczej. Nie pojawiły się żadne nieprzyjemne
skutki uboczne. Nie miała drgawek, nie było jej słabo, nie doznawała
uderzeń gorąca ani nie występowały na nią zimne poty. Nie toczyła piany
z ust ani nie rzucała się w ataku epilepsji, co w takim przypadku mogło
się jej przytrafić i przytrafiało się innym ludziom, jak słyszała.
Oblekał ją jedynie niczym miękka peleryna wielki spokój, dając jej
pewność, że świat wciąż jest dobrym miejscem i wszystko jakoś się ułoży.
- Z krwi i ognia - powiedziała bogini - zrodzą się życie i moc. W tym
właśnie miejscu powstanie wielki gród, cud świata, a imperium jego
przetrwa ponad dwa stulecia. Ty zaś - bogini zwróciła się bezpośrednio
do Pampy Kampany, ofiarując dziewczynce niezwykłe wrażenie polegające na
tym, że przemawiała do niej osobiście przez jej własne usta istota
nadprzyrodzona - będziesz walczyć o to, by już nigdy żadna kobieta w ten
sposób nie spłonęła i by mężczyźni zaczęli traktować kobiety inaczej, i pożyjesz na tym świecie na tyle długo, że będziesz świadkiem zarówno
swego zwycięstwa, jak i porażki, doświadczysz tego wszystkiego i opowiesz o tym, chociaż gdy twoja opowieść dobiegnie końca, natychmiast
umrzesz i nikt nie będzie o tobie pamiętał przez czterysta pięćdziesiąt
lat.
W ten sposób Pampa Kampana przekonała się, że boski dar jest zawsze
obosiecznym mieczem.
Ruszyła w drogę, nie wiedząc, dokąd zmierza. Gdyby żyła w naszych
czasach, mogłaby powiedzieć, że krajobraz wyglądał jak powierzchnia
Księżyca: dziobate równiny, piaszczyste doliny, sterty skał, pustka,
poczucie melancholijnej próżni tam, gdzie powinno rozkwitać życie. Nie
miała jednak wyobrażenia o Księżycu jako konkretnym miejscu. Dla niej
był po prostu błyszczącym bogiem na niebie. Szła i szła przed siebie, aż
zaczęła dostrzegać cuda. Widziała kobrę, która swym kapturem osłaniała
przed słonecznym żarem brzemienną żabę. Widziała królika, który odwrócił
się i stanął przed goniącym go psem, po czym ugryzł go w nos i zmusił do
ucieczki. Pod wpływem tych cudów pomyślała, że zbliża się coś
niezwykłego. Niedługo po tych wizjach, które mogły być znakami zesłanymi
przez bogów, dotarła do małego matha w Mandanie.
Math można też określić słowem pitham, ażeby jednak uniknąć
nieporozumień, powiedzmy po prostu: była to siedziba mnicha. Później,
gdy imperium się rozrastało, mandański math stał się imponującym
kompleksem sięgającym aż do rwącej rzeki, rozległym centrum
zatrudniającym tysiące duchownych, sług, kupców, rzemieślników, stróżów,
kornaków, treserów małp, stajennych i robotników uprawiających wielkie
pola ryżowe należące do matha; miejsce to uważano za święte i przybywali
tam władcy szukający porady, lecz w tych zamierzchłych czasach, zanim
rozpoczął się początek, była to tylko skromna grota ascety z ogródkiem
warzywnym, a zajmujący ją myśliciel, wówczas wciąż jeszcze młody,
dwudziestopięcioletni uczony o długich kędziorach spływających po
plecach aż do pasa, nosił imię Widjasagar, które znaczyło, że w jego
dużej głowie mieści się ocean wiedzy, widja-sagara. Gdy spostrzegł, że
zbliża się dziewczyna z głodem na języku i szaleństwem w oczach, z miejsca zrozumiał, że była świadkiem potworności, napoił ją więc wodą i nakarmił, choć zapasy jadła miał skromne.
Później, przynajmniej w wersji wydarzeń Widjasagara, żyli razem całkiem
zgodnie, sypiając na ziemi po przeciwnych stronach groty, częściowo
dlatego, że mnich złożył uroczystą przysięgę cielesnej
wstrzemięźliwości, zatem nawet wtedy, gdy uroda Pampy Kampany rozkwitła
w pełni, nigdy nie tknął dziewczyny, chociaż grota nie była zbyt duża i leżeli sami w ciemności. Do końca to właśnie powtarzał wszystkim, którzy
pytali - a byli tacy, co pytali, świat jest bowiem miejscem cynicznym i podejrzliwym, a że jest zaludniony przez kłamców, wydaje mu się, że
wszystko jest kłamstwem. Ale tym właśnie była opowieść Widjasagara -
kłamstwem.
Pampa Kampana, gdy ją o to pytano, nie odpowiadała. Od wczesnych lat
nauczyła się odcinać w myślach od wielu niegodziwości, którymi
doświadczało ją życie. Nie rozumiała jeszcze mocy bogini ani jej nie
okiełznała, nie była więc w stanie się bronić, gdy rzekomo
wstrzemięźliwy uczony przekraczał niewidzialną linię między nimi i robił
to, co robił. Nie robił tego często, ponieważ zgłębianie wiedzy za
bardzo go wyczerpywało, żeby mógł wiele zdziałać w sprawach ciała, robił
to jednak wystarczająco często i za każdym razem Pampa aktem woli
wymazywała jego czyn z pamięci. Wymazała też swoją matkę, której ofiara
z samej siebie złożyła jej córkę na ołtarzu chuci ascety, i przez długi
czas próbowała sobie wmówić, że to, co się dzieje w grocie, jest
złudzeniem, i że nigdy nie miała matki.
W ten sposób była w stanie w milczeniu znosić swój los; zaczęła w niej
wszakże narastać jakaś gniewna siła, moc, z której miała się zrodzić
przyszłość. W swoim czasie. Wszystko w swoim czasie.
W ciągu następnych dziewięciu lat nie wypowiedziała ani jednego słowa,
co znaczyło, że Widjasagar, który wiedział wiele, nie znał nawet jej
imienia. Postanowił, że będzie ją wołał Gangadewi, a ona przyjęła to
imię bez skargi i pomagała mu zbierać jagody i korzonki, zamiatać ich
skromne mieszkanie i wciągać wodę ze studni. Jej milczenie pasowało mu
idealnie, bo w większość dni był pogrążony w medytacjach, zastanawiał
się nad znaczeniem świętych tekstów, których uczył się na pamięć, i szukał odpowiedzi na dwa wielkie pytania: czy istnieje mądrość czy tylko
głupota oraz czy jest coś takiego jak widja, prawdziwa wiedza, czy tylko
liczne rodzaje niewiedzy, a prawdziwą wiedzę, od której pochodzi jego
imię, posiedli jedynie bogowie. Dodatkowo jeszcze rozmyślał o pokoju i zadawał sobie pytanie, jak w tak brutalnych czasach doprowadzić do
triumfu niestosowania przemocy.
Tacy właśnie są mężczyźni, myślała Pampa Kampana. Mężczyzna snuje
filozoficzne rozważania o pokoju, w tym jednak, jak traktuje bezbronną
dziewczynę śpiącą u niego w grocie, jego czyny stoją w jawnej
sprzeczności z wyznawaną filozofią.
Chociaż dziewczyna, zamieniając się w młodą kobietę, cały czas
zachowywała milczenie, dużo pisała silnym i zamaszystym charakterem
pisma, co zdumiewało mędrca, który przypuszczał, że jest analfabetką.
Gdy już zaczęła mówić, przyznała, że ona też nie zdawała sobie sprawy z tego, że umie pisać, i cud ten łączyła w myślach z łaskawą interwencją
bogini. Pisała niemal codziennie i pozwalała Widjasagarowi czytać swoje
zapiski, toteż podczas tych dziewięciu lat zadziwiony mędrzec był
pierwszym świadkiem rozkwitu jej poetyckiego geniuszu. Ułożyła wtedy
coś, co stało się wstępem do Zwycięstwa i porażki. Tematem głównej
części poematu miała być historia Bisnagi od powstania imperium do jego
zniszczenia, to wszystko jednak jeszcze się nie zdarzyło. Wstęp skupiał
się na pradziejach, opowiadał o państwie Kiszkindha, królestwie małp,
które kwitło w tym regionie dawno temu, w czasach baśniowych, i zawierał
barwny opis życia i czynów Pana Hanumana, króla małp, który potrafił
urosnąć wielki jak góra i przeskoczyć morze. Zarówno uczeni, jak i zwykli czytelnicy zgadzają się co do tego, że jakość poezji Pampy
Kampany dorównuje stylowi samej Ramajany, a może nawet go przyćmiewa.
Gdy dziewięć lat dobiegło końca, przybyło w odwiedziny dwóch braci
Sangamów: jeden wysoki, siwowłosy i przystojny, który zastygał w bezruchu i patrzył głęboko w oczy, jak gdyby widział twoje myśli, oraz
jego dużo młodszy brat, niski i pulchny, który brzęczał wokół niego i wszystkich innych jak truteń. Byli pasterzami z górskiego miasteczka
Guti i wybrali się na wojnę, wojna była bowiem podówczas jedną z najdynamiczniej rozwijających się branż; dołączyli do armii miejscowego
książątka, a że byli amatorami w sztuce zabijania, zostali pojmani przez
wojska sułtana Delhi i wysłani na północ, gdzie dla ratowania skóry
udali, że się nawrócili na religię swych wrogów, i niedługo potem
zbiegli, zrzucając przyjętą religię jak niechcianą pelerynę, przy czym
zdążyli umknąć, zanim ich obrzezano zgodnie z wymogami wiary, której tak
naprawdę nie wyznawali. Są miejscowymi chłopakami, tłumaczyli teraz, i usłyszeli o mądrości Widjasagara, a szczerze mówiąc, słyszeli też o urodzie niemowy, która z nim mieszka, przybyli więc w poszukiwaniu
dobrych rad.
Nie przyszli z pustymi rękami. Mieli kosze świeżych owoców, worek
orzechów, dzban z mlekiem od ich ulubionej krowy, a także worek z nasionami, który okazał się tym, co odmieniło ich życie. Powiedzieli, że
noszą imiona Hukka i Bukka - Hukka, ten starszy i bardziej urodziwy, i Bukka, młodszy truteń - i po ucieczce z północy szukają w życiu nowego
kierunku. Wypasanie bydła już im nie wystarczało po wojskowej
eskapadzie, w której wzięli udział, twierdzili, że mają teraz szersze
horyzonty i większe ambicje, byliby wdzięczni za porady, najdrobniejsze
chociaż fale wypływające z obfitości Oceanu Wiedzy, najcichsze szepty z głębin mądrości, którymi mędrzec zechciałby ich obdarzyć, cokolwiek, co
mogłoby im wskazać drogę.
- Słyszeliśmy, że jesteś wielkim apostołem pokoju - rzekł Hukka Sangama.
- A my po naszych ostatnich doświadczeniach nie rwiemy się za bardzo do
wojaczki. Pokaż nam owoce, jakie może zrodzić życie bez przemocy.
Ku zdziwieniu wszystkich odpowiedział nie mnich, tylko jego
osiemnastoletnia towarzyszka, zwykłym głosem w tonie swobodnej rozmowy,
mocnym i cichym, głosem, który w żaden sposób nie wskazywał, że go od
dziewięciu lat nie używano. Był to także głos, który w okamgnieniu
oczarował obydwu braci.
- Załóżmy, że macie worek pełen nasion - zaczęła. - Następnie załóżmy,
że możecie je zasiać i wyrośnie z nich miasto, wyrosną z nich też
mieszkańcy, jak gdyby ludzie byli roślinami, które pączkują i rozkwitają
na wiosnę, a jesienią usychają. Załóżmy teraz, że z tych nasion mogą
wyrosnąć całe pokolenia, że powstanie z nich historia, nowa
rzeczywistość, imperium. Załóżmy, że wybiorą was na królów, a po was
wasze dzieci, a po nich dzieci waszych dzieci.
- Brzmi nieźle - stwierdził młodszy Bukka, ten bardziej bezpośredni -
ale gdzie mielibyśmy znaleźć takie nasiona? Jesteśmy zwykłymi
pasterzami, ale dobrze wiemy, że w bajki lepiej nie wierzyć.
- Wasze nazwisko, Sangama, to znak - odparła. - Słowo sangam to
połączenie, tak jak rzeka Pampa powstała ze zbiegu Tungi i Bhadry, które
zostały stworzone ze strużek potu spływających z obu stron głowy Wisznu,
znaczy więc też zlewanie się ze sobą różnych części, by utworzyć nową
całość. I to jest wasze przeznaczenie. Pójdźcie tam, gdzie kobiety
złożyły z siebie ofiarę, do świętego miejsca, gdzie zmarła moja matka,
które jest także miejscem, gdzie w pradawnych czasach Rama i jego brat
Lakszmana połączyli siły z potężnym Panem Hanumanem z Kiszkindhy i wyruszyli przeciwko wielogłowemu Rawanie z Lanki, porywaczowi Sity. Wy
dwaj jesteście braćmi tak jak braćmi byli Rama i Lakszmana. Tam
zbudujcie swoje miasto.
W tym momencie przemówił mędrzec.
- Jak na pastuchów to całkiem niezły początek - rzekł. - Wiecie,
sułtanat Golkondy zapoczątkowali pasterze, co więcej, jego nazwa oznacza
"pastusze wzgórze". Tylko że tamtym pasterzom się poszczęściło, bo
odkryli, że miejsce to jest bogate w złoża diamentów, i teraz są
diamentowymi władcami, właścicielami dwudziestu trzech kopalń,
odkrywcami większości różowych diamentów świata, posiadaczami diamentu
zwanego Wielkim Stołem, który trzymają w najgłębszym lochu twierdzy na
szczycie góry, najbardziej niedostępnej warowni w tym kraju,
trudniejszej do zdobycia nawet niż forteca Mehrangarh nad Dźodhpurem czy
pobliska Udajagiri.
- A wasze nasiona są lepsze niż diamenty - zaznaczyła dziewczyna,
oddając braciom worek, którzy przynieśli ze sobą.
- Co, te? - spytał zdumiony Bukka. - Ależ to tylko zwyczajne nasiona,
które wam przywieźliśmy w darze do waszego ogródka warzywnego,
zmieszane, żebyście mogli sobie posiać okrę, bób i gurdlinę.
Prorokini pokręciła głową.
- Już nie - rzekła. - Teraz są to nasiona przyszłości. Wyrośnie z nich
wasz gród.
Dwaj bracia zdali sobie w tym momencie sprawę, że są prawdziwie, głęboko
i na zawsze zakochani w tej dziwnej piękności, która była najwyraźniej
wielką czarodziejką, a przynajmniej osobą naznaczoną przez boginię i obdarzoną nadzwyczajnymi mocami.
- Mówią, że Widjasagar dał ci na imię Gangadewi - odezwał się Hukka. -
Ale jak ci naprawdę na imię? Bardzo bym chciał się tego dowiedzieć, żeby
cię zapamiętać tak, jak sobie tego życzyli twoi rodzice.
- Idźcie wznieść swoje miasto - odparła. - Wróćcie i ponownie zapytajcie
mnie o imię, gdy już wyrośnie ze skał i piasku. Może wtedy wam powiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki