Miasto widmo. Część 1 z 4 - Agatha Dauntless

Reflow text when sidebars are open.
Przeanalizowaliśmy szczegóły trasy. Droga do naszego celu wiedzie pośród pól i łąk. Drzewa w tej okolicy to rzadkość, ciężko zatem będzie o kawałek cienia, jeśli dzień będzie słoneczny.
Przed południem zorganizowaliśmy wszystkie potrzebne rzeczy. W markecie rozpoczęliśmy od półek ze sprzętem turystycznym. Wybraliśmy czteroosobowy namiot w kolorze granatowym, by w nocy zlewał się z ciemnością i pozostał niezauważony przez niektóre stworzenia (nie mam tu na myśli komarów). Następnie śpiwory, plastikowe bidony, otwieracz do puszek, lina, noże harcerskie i latarki (zakup najważniejszy).
Następnie przeszliśmy do działu z żywnością. Do kosza z zakupami wrzucaliśmy głównie przetwory konserwowe w puszkach z uwagi na ich dłuższą trwałość, łatwość transportu i wytrzymałość. Dalej zapasy wody mineralnej, kiełbaski, ketchup, pieczywo i trochę słodyczy.
Wspólnie ustaliliśmy, że wyruszymy jutro z samego rana, spod budynku poczty.
*
Stado wampirów otoczyło mnie z każdej strony i nie mam już drogi ucieczki. Za chwilę zginę lub stanę się wampirem. Z opresji ktoś mnie ratuje, ale nie widzę kto, bo właśnie budzik postanowił zadzwonić. W pierwszym momencie przebudzenia nie wiem jeszcze, co się dzieje, gdzie jestem i czy jestem bezpieczna. A potem, jak już nawiążę kontakt z rzeczywistością, rozpoczyna codzienny rytuał porannej toalety. Mycie zębów, twarzy. Rozczesywanie włosów, które sterczą we wszystkie strony. Dziś pozostało mi wypocząć i zebrać siły na jutrzejszy dzień. Plecak spakowałam wczoraj. Jeszcze przez jakiś czas studiowałam trasę naszej wyprawy.
*
- Czy wszyscy wzięli potrzebne rzeczy?
- Jasne. Spakowałem nawet aparat fotograficzny. Wszystko zostanie udokumentowane.
- Ciekawe czy odwaga nie opuści cię krytycznym momencie. - Na te słowa Andrzej zmarszczył czoło, ale po chwili wróciło ono do normalnego stanu.
- Zatem ruszajmy, przed nami długa droga i musimy rozbić namiot przed zmierzchem. - Podążyliśmy za Markiem. Miał coś w sobie z przewodnika, posiadał bardzo dobrą orientację w terenie.
Z nieba lał się żar słoneczny. Od promieni chroniły nas jedynie czapki na głowach. Teren naszej trasy był zróżnicowany. Pokonaliśmy po drodze niewielką górkę, płytki i wąski strumień, przy którym trochę się ochłodziliśmy. Przeszliśmy parę metrów starym kanałem, przez który ciągnęły się nieużywane od wielu lat tory. W kanale było pełno nieczystości. Puste butelki po napojach walały się nam pod nogami. Pełno petów po papierosach, papierków po batonikach. Jednym słowem czułam się, jakbym brodziła w pojemniku na śmieci.
Po wyjściu z niego znaleźliśmy się na niewielkim pagórku, z którego w dali dostrzegliśmy polanę i średniej wielkości jeziorko. Słońce powoli chowało się za horyzont, więc przyspieszyliśmy kroku, by zdążyć przed zmrokiem.
- Nareszcie dotarliśmy. Zróbmy tak: ja z Andrzejem pójdę po chrust, a wy rozbijecie namiot.
- Jeśli natkniecie się na dzika, to zwiewajcie na drzewo i nie liczcie, że poczekamy na was z kolacją. - Monika rzuciła chłopakom na odchodne.
- Jak spotkamy dzika, to on będzie na kolację. - Marek naprężył klatkę piersiową, jakby przyjął postawę bojową i miał już upatrzoną zwierzynę, a w głowie układał plan schwytania ofiary.
Na granicy z polaną rozpościerał się las mieszany, który w ciemności sprawiał jeszcze straszniejsze wrażenie. Dobrze, że chłopaków nie trzeba było specjalnie namawiać do tego zadania. Chyba nie miałabym odwagi wejść o tej porze między te straszne drzewa, które sprawiały wrażenie, że za chwilę wstaną ze swoich miejsc i zaczną nas gonić.
Złożenie namiotu nie było jednak takie proste. Tu powinien być ten pręt, tamten się dołoży w tym miejscu. To wszystko pasuje do siebie, skrzyżować jeszcze wszystko trzeba. Tak. To tak działa. Udało się. Jeszcze tropik przymocować śledziami i można się wprowadzać.