Rozdział 2 - Otchłań
Następnego dnia...
- Jeszcze raz, tym razem na spokojnie, przeanalizujmy całą sytuację.
Siedzieliśmy teraz na strychu dwukondygnacyjnego domu Moniki. Od jakiegoś czasu ów pomieszczenie było miejscem naszych spotkań. Znajdowało się tu mnóstwo gratów. Jej rodzice nie wyrzucali niepotrzebnych rzeczy, a gromadzili je właśnie tu. Na szczęście znalazło się też miejsce na niewielki stolik i parę krzeseł, z których korzystaliśmy.
- Jak dobrze pamiętacie, trzy lata temu mieliśmy do czynienia z niezwykłym zjawiskiem. Pamiętacie kamieniołom i zombie?
- Ta sprawa jest już zamknięta.
- Nie byłabym taka pewna mój drogi kolego.
- Co masz na myśli?
- Pamiętacie tamtą sprawę. Wyszukaliśmy o tym wiele informacji, ale uznawszy, że wiemy już wszystko, zaprzestaliśmy dalszych przeszukiwań, a było jeszcze gdzie szukać. Pominęliśmy kilka spraw i te niedociągnięcia teraz się ujawnią.
- Możesz mówić nieco jaśniej?
- Ależ proszę. Przeanalizowałam resztę informacji i jak się okazało później... istnieje jeszcze jedno tajemnicze miasto, miasto widmo.
- Ładne mi rzeczy...
- Wejście do niego jest w innym miejscu, w okolicy tego zalanego kamieniołomu. Jest bardziej tajemnicze i wiadomo o nim o wiele mniej. Istnieje niewielka szansa, że Nancy ma jakiś związek z tym miastem. Ale to miasto istnieje.
- Nie wiem, czy jest sens tracić czas na to. Powoli opuszcza mnie już nadzieja, że rozwiążemy zagadkę z krypty i że odnajdziemy Nancy.
- Marku, nie załamuj się. Jesteśmy z tobą i my nadal wierzymy.
- W takim razie pakujemy się i ruszamy do celu. Mam przeczucie, że wiele się wydarzy...
Na miejscu...
Ten kamieniołom nie był tak rozległy jak poprzedni. Kiedyś wydobywano tu wapień, teraz jest zalany wodą. Ciekawe czy dokopano się do wód gruntowych, czy zalano go celowo. A jeśli to drugie, to jaka była tego przyczyna. - Dziwne, ale tu nie ma żadnych drzwi.
- Gdzieś musi być wejście. Pewnie nie każdy może je zobaczyć.
- Może nie każdy martwy, który jest martwy...
- Ale jesteście tajemniczy. Lepiej pomóżcie mi dostać się na dół. Może coś zauważymy, gdy będziemy bliżej wody?!
Monika przypięła się do liny, którą wcześniej przywiązaliśmy mocno do drzewa i powoli opuszczała się w dół.
- Widzicie, to był dobry pomy... - Nie dokończyła, bo jej noga nie znalazła oparcia i dziewczyna straciła równowagę. Lina nie wytrzymała napięcia i uległa rozerwaniu. Nie zdołałem jej złapać. Monika spadła kilka metrów w dół na wystającą skałę. Krzyczeliśmy do niej z góry, ale musiała stracić przytomność. Nie otworzyła oczu, nie poruszyła nawet palcem. Skała w każdej chwili mogła się oderwać. Andrzej zdecydował się opuścić po linie. - Moniko, już idę po ciebie!
Czas płynął teraz bardzo szybko. Liczyła się każda minuta, a nawet sekunda. Andrzej był niezły we wspinaczce. Trenował to od dziecka.