Miasto w chmurach. Miasta. Tom 1 - Kristýna Sněgoňová

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ PIERWSZA

NA GÓRZE

1.

[...] wiemy, gdzie leży korzeń zła. Za murem, zza którego tylko się bierze, nie dając nic w zamian. Głodujemy, umieramy na suchoty, a nasze dzieci krzyczą, ale ci po drugiej stronie Miasta tego nie słyszą. Tuczą się na nas w bezpiecznym pałacu, utrzymując nas w nieświadomości, ponieważ gdybyśmy wiedzieli, moglibyśmy wrócić tam, gdzie nasze miejsce, a gdzie nie pozwalają nam odejść, aby nie stracić nad nami władzy. Do domu. Na Ziemię. Gdyby całe Zewnętrzne Miasto powstało jako jeden człowiek, wyłamało kraty swojego więzienia i zasmakowało wolności, byłby to koniec Gustava Gaucka [...]

- z ulotki znalezionej przez Wydział

ds. Przestępstw Politycznych

podczas przeprowadzania rewizji

w Wewnętrznym Mieście

- Jest w środku - wyszeptał Utto.

Ahrens nie docenił jego wysiłków.

- Wiem, że przywykłeś zgłaszać to babom, ale nam nie musisz. Widzimy to samo, co ty.

Lewenhart wątpił, by Utto miał jakiekolwiek doświadczenia z kobietami, a wnioskując po tym, jak chłopak oblał się rumieńcem, prawdopodobnie się nie mylił. Utto nie miał jeszcze osiemnastu lat, a w oddziale służył marne dwa tygodnie. Wzięli go ze sobą tylko dlatego, żeby sprawdzić, co potrafi i pozbyć się go w miarę szybko, gdyby się okazało, że nie potrafi niczego. Lewenhart na razie się wahał, podczas gdy Ahrens sformułował swoją ocenę z typową dla siebie bezpośredniością:

- Jest do dupy.

Lewenhart pozwolił chłopcu się rumienić. Oparł czoło o szybę i wyjrzał w półmrok miękki jak włosy Gretel, w którym Siegwart, agent Wydziału ds. Przestępstw Politycznych, wszedł do pobliskiej księgarni.

Wszystko, co możemy teraz zrobić, to czekać - pomyślał Lewenhart.

Od rana padał deszcz. Nocna burza zamieniła się w ulewę, a ulewa znów w burzę, woda lała się ulicami, a kanał zasysał ją jak usta. I choć spragniony to nie mógł połknąć wszystkiego, więc nieliczni ludzie brodzili w lepkim szlamie, który woda wypłukiwała z przepełnionej kanalizacji. Resztki zepsutego jedzenia, stare szmaty, odchody - cały ten strumień płynący ulicą zdawał się być wyczuwalny nawet przez okno, ale Lewenhart nie spodziewał się po tej części Miasta niczego lepszego. Wilgoć przenikała przez ściany starego domu i wgryzała się we wszystkich tu obecnych niczym bestia. Z przeżartej przez robactwo podłogi unosił się gryzący chłód, a powietrze we wszystkich pomieszczeniach przesiąknięte było zapachem stęchlizny, od czego zbierało się na wymioty. Lewenhartowi wydawało się, że stąpają po czymś od dawna martwym. Utto chyba też miał takie wrażenie. I chociaż nie było konieczności mówić szeptem - bo nikt nie mógł ich zobaczyć przez pokryte rosą okno, nie mówiąc już o tym, by ktokolwiek mógł ich usłyszeć - to on jednak szeptał.

Lewenhart spojrzał na poczerniały od pleśni sufit. Kropla wody wpadła mu do oka. Przetarł je i poczuł, jak ogarnia go zmęczenie. Choć było mu zimno, rozpiął i zdjął płaszcz - miał wrażenie, że ściska go w podobny sposób, w jaki jego samego ściskały otaczające ściany.

Monotonne bębnienie kropel o szkło.

Bum. Bum. Bum.

- Coś długo tam jest - powiedział, czując, że każda sekunda spędzona w tym zrujnowanym domu wysysa z nich siły.

- Nie jest. - Ahrens potrząsnął głową, jakby chciał ogarnąć wzrokiem całe to pomieszczenie, przegniły sufit i popękaną podłogę, a może po prostu zapragnął rozluźnić zesztywniały kark. - Ciągnie się to, bo wybraliśmy tak gówniane miejsce. Czuję się, jakbym postarzał się tu o dwadzieścia lat. Ty też tak wyglądasz.

Lewenhart pokazał swojemu zastępcy, co o nim myśli, choć o domu, w którym się ukrywali, myślał dosłownie to samo. Ponownie odwrócił się do okna.

Blisko Małego Muru, który oddzielał Wewnętrzne Miasto od Zewnętrznego, budynki zostały zniszczone przez czas i biedę. W takim stanie był nawet ten, z którego żołnierze Lewenharta obserwowali księgarnię Lubberta - pokryty kurzem i pajęczynami, rozpościerającymi się między framugami powyważanych drzwi, które zdawały się mówić: nie idź dalej. Jednak gdyby Lewenhart wszedł na strych i rękawem koszuli starł z okna warstwę martwych owadów, zobaczyłby szczyty zabezpieczających konstrukcji skąpanych w deszczu, metalowe potwory na tle burzowego nieba.

Jeszcze mocniej przycisnąwszy się do szyby, za dachem sąsiedniego domu dostrzegł część masywnego metalowego ramienia, które za każdym razem przypominało mu, jak w rzeczywistości ludzie są mali. Ramię wznosiło się ku ciemnoszaremu niebu, daleko od domu księgarza, z którego komina właśnie zaczął unosić się dym. Agent, który został wysłany do środka, najprawdopodobniej przez cały czas stał przy ladzie, czekając, aż Lubbert do niego wróci...

- A to sukinsyn! - warknął w końcu Ahrens.

Sukinsyn prawdopodobnie przejrzał Siegwarta i właśnie próbował spalić wszystko, co mogłoby świadczyć o tym, że dopuścił się zdrady stanu, podczas gdy Lewenhart, Utto i Ahrens ciągle tam stali, obserwowali brudną ulicę i narzekali.

Wreszcie wyszli z domu.

Sznury wody z okapu oślepiły Lewenharta, a pierwszy oddech sprawił, że zakłuło go w płucach - tak, jakby nawet w powietrzu, w pobliżu drugiego z Murów, unosiło się coś brudnego - ale nie zwolnił i wszedł do księgarni. Siegwart odwrócił się od lady, a jego ręka ześlizgnęła się do płaszcza. Lewenhart nie czekał, czy wyciągnie odznakę, czy broń, tylko przeskoczył prędko przez ladę i ruszył korytarzem wypełnionym książkami.

Nie zwolnił, zamachnął się ramieniem i pchnął drzwi na końcu korytarza. Leżący obok stos książek rozsypał się po podłodze. Jeden trzask, potem drugi, po czym dołączył do niego Siegwart, który zakumał, o co chodzi. Razem wyważyli drzwi od mieszkania. Księgarz klęczał przy kominku z pogrzebaczem w jednej ręce i papierami w drugiej. Kiedy funkcjonariusze Politu wtargnęli do pokoju, upuścił narzędzie i gołymi rękami zaczął wrzucać papiery do kominka.

Lewenhart podszedł do niego, chwycił za kołnierz podartej marynarki i odciągnął od ognia. Lubbert upadł na podłogę, jego głowa odbiła się od desek, aż zadzwoniły zęby.

- Tancredzie Lubbert, jesteś aresztowany za zdradę...

- Ty brudna świnio!

- Dawaj!

- Cesarska dziwko!

Lewenhart jedną ręką uniósł go na kolana, a krawędzią drugiej trzepnął dwa razy w ucho.

Z ust pociekła mu krwawa ślina.

- Kur... Kurwo.

Lewenhart pozwolił mu upaść na podłogę.

- Po molu książkowym spodziewałem się jednak czegoś więcej.

Utto chwycił pogrzebacz i zaczął wyciągać papiery z kominka. Były poczerniałe i poskręcane, ale przynajmniej częściowo czytelne. A na to, żeby skazać Lubberta, było ich aż nadto.

Ahrens spojrzał na dyszącego Siegwarta.

- Ty złamasie, czekałeś sobie spokojnie przy ladzie, aż to wszystko się spali?!

- Użyłem haseł, a ten drań twierdził, że idzie po paczkę. - Siegwart usiłował się bronić.

- Ty też pracujesz w Policie przez dwa tygodnie czy co?

- Pracuję w Policie od lat, ale po raz pierwszy dostałem od was hasła kompletnie z dupy!

Ahrens splunął.

- Sam jesteś do dupy.

- Tancredzie Lubbert, aresztuję cię... - Lewenhart spróbował jeszcze raz, ale i tym razem księgarz nie pozwolił mu dokończyć.

- Wy nie aresztujecie, wy od razu...

Siegwart doskoczył do Lubberta, być może w celu udowodnienia, że Ahrens się mylił, i kopnął księgarza.

- Będziesz mówić, dopiero kiedy cię o to poprosimy!

- I zrobimy to, więc się nie martw. - Ahrens wziął do ręki papiery, które Utto zdołał wyciągnąć z ognia. - Powrót na Ziemię jest naszym prawem i obowiązkiem.

- Gustav Gauck i jego zbrodnie przeciwko ludzkości - Lewenhart przeczytał z innego. - To ci dopiero news.

Znali już większość pamfletów znalezionych podczas przeszukań. Tylko od czasu do czasu docierało do nich coś nowego, ale główne idee były powtarzane z uporem ma­niaka.

Cierpimy.

Umieramy z głodu.

Chcemy wrócić do domu.

Ahrens ostrożnie schował ocalałe strony do teczki, ale Lewenhart wątpił, by czas poświęcony na ich czytanie przyniósł im cokolwiek innego niż ból głowy. Długie lata pracy w Wydziale ds. Przestępstw Politycznych spowodowały, iż Powracających znali chyba lepiej niż samych siebie, a tych kilka ulotek ze zliftingowanymi nagłówkami z pewnością nie dostarczy im nowych informacji.

Lewenhart schylił się do kominka i sprawdził, czy jest pusty. Lubbert drukował te pamflety i zajmował się ich dystrybucją. Pół roku temu Polit zainstalował mu w charakterze pomocnika niejakiego Paula Schmidta i zadbał o to, by stał się on ulubieńcem Lubberta. Po trzech miesiącach księgarz zaczął subtelnie wypytywać o poglądy polityczne Schmidta, a miesiąc temu zwierzył mu się ze swoich antycesarskich działań. W niektóre z nich go nawet wtajemniczył.

Lewenhart sięgnął do znajdującej się na piersi bezwładnego księgarza kieszeni, a ten nagle rzucił się i z całej siły ugryzł go w ramię. Mężczyzna poczuł, jak zęby zatapiają się w jego ciele.

Wbił Lubbertowi kciuk w oko, ale ten nie popuścił ani na milimetr.

- Kurwa!

Siegwart chwycił pogrzebacz i przeciągnął nim po plecach księgarza. Lubbert jęknął, a Lewenhart strącił go z siebie. Księgarz upadł na podłogę. Próbował wstać, ale jego ręce się pod nim ugięły, a z ust wypłynęła strużka spienionej krwi.

Czołgał się przez chwilę, po czym Ahrens kopnął go w brzuch, a gdy Lubbert przewrócił się na plecy, uderzył go w twarz.

- Pieprzone bydlaki!

Podniósł nogę po raz drugi, ale Lewenhart go powstrzymał.

- Zostaw go!

- Jasne...

- Serio mówię. Ze złamaną szczęką nam za wiele nie powie.

- Już ja bym mu rozwiązał język.

Lewenhart pomacał swoje przedramię - koszula była przesiąknięta krwią.

- Cholera.

Siegwart odłożył pogrzebacz na kominek.

- Mam nadzieję, że nie ma wścieklizny.

- Dzięki.

- Nie ma za co. Powracający to straszne gnoje.

- Ten jest wykształciuchem - przypomniał Utto.

Ahrens miał to w nosie.

- Gabriela cię opatrzy.

Lewenhart przywołał w myślach pielęgniarkę ze swojego oddziału - kobietę o szorstkich dłoniach i kompletnym braku delikatności. Uprzejmość uważała za słabość, z czym zasadniczo się zgadzał, ale wolałby, gdyby myśl o zranieniu nie wywoływała przerażenia u większości jego ludzi tylko dlatego, że to właśnie ona miała udzielić im pomocy.

- Boli wystarczająco i bez jej pomocy.

Ahrens wzruszył ramionami.

- Albo ona, albo zakażenie. Wybieraj.

- Już wybrałem.

Dwóch mężczyzn chwyciło księgarza pod pachy i podniosło na nogi. Przetarli jego rozbitą twarz, doprowadzając do takiego stanu, by nikt na pierwszy rzut oka nie zorientował się, co się stało. Jedno z jego oczu zdążyło już napuchnąć, a drugie wpatrywało się bezmyślnie w podłogę. Wydawał się nieświadomy tego, co działo się wokół.

Ahrens podał Lewenhartowi chusteczkę, którą ten wytarł sobie krew z ręki.

- Musimy chwilę zaczekać.

- No więc rozejrzyjmy się tu trochę.

Nie mogli pozwolić sobie na to, by Lubbert został przez kogoś zauważony. Nie mogli sobie pozwolić na to, aby zauważono także ich.

Dla niewtajemniczonych klientów księgarnia będzie wyglądać, jakby nic się nie wydarzyło. Schmidt poprowadzi sklep do czasu powrotu Lubberta z "podróży służbowej za Małym Murem". Często wykupowano tam książki. Biedota raczej była niegramotna, ale od czasu do czasu coś wpadło mu w ręce. W rzeczywistości Lubbert już nigdy nie wróci, ale może znajdzie się ktoś, kto zechce z nim porozmawiać. Może nie będzie mógł czekać i chętnie porozmawia nawet z pomocnikiem, któremu zaufał księgarz.

Kontynuowali przeszukanie - pomieszczenie za pomieszczeniem. Za każdym razem, gdy natknęli się na coś, co mogło pomóc w walce z Powrotem - nabazgraną mapę Wewnętrznego Miasta, stare dokumenty, notatki na okładce książki o konstrukcjach - zaznaczali to dla drugiej grupy. Kiedy Lewenhart i Ahrens zaczynali, doświadczeni koledzy zostawiali im przeprowadzanie rewizji, ale po siedemnastu latach spędzonych w Policie już tylko prowadzili ją na wstępnym etapie. Jako szef wydziału zajmującego się śledztwem w sprawie Powrotu, Lewenhart nie musiał już robić nawet tego, ale czuł, że jeśli dotknie wszystkiego, czego dotknęli Powracający, nigdy nie zapomni, jak bardzo są niebezpieczni. I jak bardzo byli rzeczywiści.

Wychodząc, Ahrens zwrócił się do Lewenharta:

- Idź do Gabrieli natychmiast! Bez jaj. Te szumowiny są nosicielami takich chorób, że sobie nawet nie wyobrażasz.

Ale Lewenhart miał wielką wyobraźnię. Nawet cesarz byłby nią zaskoczony.

Brudną ulicą szło tylko kilka osób. Kulili się z zimna. Utto i pozostali wmieszali się między nich, ponieważ byli w tym świetni - a jeśli potrzebowali, aby w tłumie zgubiła się kolejna osoba, to po prostu to robili. Tym razem jest to Tancred Lubbert. Wynieśli go tylnymi drzwiami i z chwilą, gdy zamkną się za nim drzwi powozu, nie zobaczy go już nikt inny poza inspektorami.

Podczas gdy przeszukiwali księgarnię, wyszło słońce. Lewenhart wrócił do zrujnowanego domu po płaszcz. Gdy opuszczał brudne, zniszczone mury, poczuł niemal namacalną ulgę. Ahrens w międzyczasie zatrzymał tanią miejską dorożkę, którą przejechali większy kawałek drogi, po czym wysiedli w pobliżu swojej placówki i jak zawsze pokręcili się chwilkę po ulicach, by upewnić się, że nikt ich nie śledzi. Dopiero wtedy korytarzem prowadzącym z nieoznakowanego domu ruszyli do Politu.

W holu gwardzista w ciemnoniebieskim uniformie opierał się o blat biurka. Jak tylko weszli, natychmiast się wyprostował.

- Nadinspektor Lewenhart?

Młody inspektor za biurkiem wykonał subtelny ruch, wskazujący, że wszystko jest w porządku, więc Lewenhart podszedł bliżej, przejeżdżając ręką po swoich wilgotnych blond włosach. Miał wrażenie, że zatęchły smród opuszczonego domu wżarł się w nie i ciągnął za nimi aż tutaj.

- Tak?

Bez względu na to, co gwardzista myślał o Policie - a często nie było to nic dobrego, nawet o ludziach, których faktycznie chronił - przed inspektorami stuknął obcasami.

- Mam pana doprowadzić do pałacu.

Lewenhart spojrzał na Ahrensa, ale ten tylko wzruszył ramionami.

- Zdążę jeszcze... - zaczął Lewenhart, ale gwardzista nie pozwolił mu dokończyć.

- Jego cesarska mość życzy sobie z panem rozmawiać. Natychmiast i osobiście.

- No, to już coś znaczy - gwizdnął Ahrens.

Nie jestem pewien co - pomyślał Lewenhart. - Ale mam zajebiście wielką wyobraźnię.

Gdy wychodził, jego zastępca obserwował go zza kontuaru gwardzisty niemal z zazdrością.

Lewenhart nie był pewien, czy rzeczywiście jest czego zazdrościć.

2.

Jako jedna z zaledwie dwóch osób z Wydziału ds. Przestępstw Politycznych Lewenhart nosił czerwoną wstążkę z herbem cesarskim na swojej odznace, która pozwalała mu na bezproblemowe poruszanie się i przechodzenie zarówno przez Wielki, jak i Mały Mur. Gdyby tylko zechciał, mógłby właściwie w każdej chwili wejść do pałacu przez Wielki Mur. Ale nie chciał. Fakt, że cesarz go nie wzywał, oznaczał, że wszystko jest w porządku. Że nie miał powodu, by go wzywać, bo był zadowolony z jego pracy. Do tego, aby wysłać po Lewenharta gwardzistę, mogła skłonić cesarza chęć osobistego poinformowania go o swoim zadowoleniu z pracy Politu, ale raczej chodziło o coś zupełnie innego.

Gwardzista odprowadził Lewenharta do powozu i sam wsiadł bez słowa. Lewenhart wyjął odznakę z czerwoną wstążką z kieszeni płaszcza i przypiął ją sobie do klapy. Spocone dłonie mu tego nie ułatwiały, a podejrzenie, że gwardzistę bawi jego zdenerwowanie, budziło w nim gniew, na który nie mógł sobie pozwolić przed cesarzem. Powóz ruszył w kierunku Wielkiego Muru.

W Mieście znajdowały się dwa mury. Lewenhart nieczęsto przechodził przez ten pierwszy - Mały. Za nim, między monstrualnymi konstrukcjami zabezpieczającymi, mieszkały szumowiny - ludzkie odpadki Zewnętrznego Miasta, o których Lewenhart nie miał dobrego zdania, ponieważ nie było w nich nic dobrego. Gdyby Miasto pewnego dnia przechyliło się i zburzyło wszystko, co znajdowało się między Małym Murem a obrzeżami, odetchnąłby z ulgą. Czasami czuł, że to jedyna rzecz, która nie pozwala innym swobodnie oddychać, a szczerze mówiąc, z tej biedoty często wywodzili się Powracający, którzy tęsknili za ziemią, więc może wszyscy byliby nareszcie szczęśliwi.

To, co leżało za Wielkim Murem, było nieporównywalne z brudem za Małym, a mimo to Lewenhart wcale nie czuł się lepiej, kiedy przez niego przechodził. Przez cały czas spędzony w Policie był w pałacu tylko kilka razy - z czego raz, kiedy został powołany przez cesarza do służby, a potem, kiedy Strauss mianował go na stanowisko nadinspektora. Na jego wezwanie Lewenhart posłusznie się stawiał - inaczej się nie dało, bo nie było możliwości, by odmówić - ale kiedy nie musiał, to nic nie ciągnęło go do Wielkiego Muru. Jego życiem było Wewnętrzne Miasto, wszystko inne wydawało się dziwne i tak samo niepokojące. Zarówno obrzeża pełne chorób i desperacji, jak i sam pałac.

Podróż do Muru trwała długo i gdy tam zmierzali, Lewenhart myślał o Lubbercie. O tym, czy to właśnie nieostrożny księgarz doprowadzi Powrót do upadku. Nawet jeśli nie znaleźli niczego kluczowego, nie oznaczało to, że czegoś nie przeoczyli. Że za sprawą Schmidta nie pójdą dalej. Że Lubbert nic nie powie, a Ahrens zakończy przesłuchanie wstępne i przekaże go mistrzowi prawa tortur, inspektorowi Rottowi, który na pewno rozwiąże mu język, bo jak dotąd rozwiązał język każdemu. Lewenhart przypomniał sobie, jak po osiągnięciu pełnoletności, w wieku piętnastu lat, dołączył do Politu i już podczas pierwszego roku musiał poznać wszystkie techniki przesłuchań. Doświadczył prawa tortur na własnej skórze, kościach i umyśle - a zwłaszcza na tym ostatnim. Na wypadek gdyby kiedykolwiek był torturowany, musiał znać swoje granice i potrafić zdecydować, kiedy i jak ujawnić nieistotne informacje, aby zminimalizować szkody dla siebie i Politu. To, jak słabo tolerował ból, a zwłaszcza strach przed nim, okazało się dla niego większym szokiem i upokorzeniem niż same tortury. Od tego dnia często był obecny przy wykonywaniu prawa tortur i za każdym razem uważał, aby nikt nie zauważył, jak bardzo jest tym zniesmaczony. Ahrens podziwiał jego obojętne przyglądanie się okaleczaniu mężczyzn, kobiet i dzieci, co samego Lewenharta w pewien sposób zarówno niepokoiło, jak i bawiło.

Przy bramie wjazdowej pokazał z okna powozu swoją czerwoną wstążkę, aby straż ich przepuściła. Przejechali przez jedyny tunel prowadzący przez Mur. Po dwudziestu metrach ciemności ich oczom ukazała się druga brama. Stacjonujący przy niej patrol uchylił ją już bez żadnego zatrzymywania, a Lewenhart, który nie mógł powstrzymać się od wyglądania przez okno, został oślepiony przez słońce. Zupełnie jakby opuścił ponurą, zimną sobotę Wewnętrznego Miasta. Jakby wszystko wokół pałacu było inne, jakby sam cesarz promieniował czymś, w porównaniu z czym nawet słońce wydawało się blade.

Następnie dotarli do końca strefy buforowej, a niebo zaciągnęło się tymi samymi chmurami burzowymi, które wisiały nad Wewnętrznym Miastem.

Za Wielkim Murem zaczynały się pola i pastwiska, ogrody oraz sady, które żywiły Miasto, a za nimi pierwsze domy, w których mieszkali chłopi i rolnicy nigdy nieopuszczający pałacowej części Miasta.

Nadinspektor Strauss pewnego razu upił się i wyrzygał wszystkim, co w sobie dusił, wprost przed Lewenharta, wtedy jeszcze jego zastępcę, jakby potrzebował wyrzucić z siebie to, co przez lata trawiło go od środka. Twierdził, że cesarz dysponował techniką, o której inni nie mogli nawet pomarzyć, patrzył przy tym na podkomendnego zaczerwienionymi oczami, rozchlapywał wokół siebie tanią gorzałkę i chichotał:

- A może myślisz, że gdyby nie ogrzewał swoich pól od spodu, mielibyśmy chleb? Piwo? Karmilibyśmy zwierzęta i robili te gówna ze słomy? Nie bądź idiotą, Eldric!

Lewenhart przypomniał sobie to, a potem także pamflet o zbrodniach Gustava Gaucka. To, że każdego ranka miał na śniadanie owoce, a na obiad mięso, podczas gdy biedota za Małym Murem marzyła, by zjeść cokolwiek chociaż raz dziennie, dla Powracających niewątpliwie było jedną z największych jego zbrodni. Być może dlatego wyobrażali sobie, że lepszy los czeka ich na ziemi. Lewenhartowi wydawało się to równie kretyńskie jak pijacki bełkot Straussa, ale w tym zaciemnionym gabinecie nie oponował i skupił się tylko na tym, aby Strauss nie domyślił się, że jest mu go żal, a jednocześnie nim gardzi.

Gwardzista milczał, ale Lewenhartowi to nie przeszkadzało. Przynajmniej mógł przygotować się na spotkanie z cesarzem. Pomimo osobistego zaproszenia istniała możliwość, że spotka się tylko z kimś z jego gabinetu - być może z Axelem Sievertem, urzędnikiem odpowiedzialnym za wszystkich ludzi w służbie cesarskiej, który oznajmi mu, że zawiódł jako nadinspektor. A potem pozbawią go funkcji szefa, zwolnią z Politu, a nawet każą ściąć, ponieważ żadna kara za rozczarowanie cesarza nie była wystarczająco duża. Lewenhart był tego aż nazbyt dobrze świadomy. Nie mógł jednak pojąć, dlaczego mieliby go zwolnić lub pozbawić życia akurat teraz, gdy wydział zaczynał pracować coraz efektywniej. Ostatnie dwa lata były bardzo owocne - im więcej osób dołączało do Powrotu, tym więcej udawało się ich zdemaskować.

Nadinspektor ponownie wyjrzał przez okno. Dojechali do części pałacu, która błyszczała pośród okalającej ją szarości zimnego dnia.

Jak wszyscy na służbie, także on podczas swej nominacji przysięgał - jeśli rozkażesz mi przebić mieczem pierś mego brata i gardło mego ojca oraz brzuch mojej brzemiennej żony, choć będzie mi ciężko, to jednak uczynię to - i tę przysięgę traktował poważnie.

Czuł pot spływający po plecach, a widok tego wszystkiego, czego w Wewnętrznym Mieście nie mogli sobie nawet wyobrazić, czyli oczek wodnych, marmurowych kolumn i łuków z herbami rodowymi rodziny Gauck, nie sprawiał mu tym razem żadnej radości.

Wchodząc po pałacowych schodach z gwardzistą u boku, sięgnął do kieszeni na piersi i niezdarnie przypiął do klapy płaszcza również zieloną wstążkę Politu. Ręka go bolała. Zacisnął i wyprostował palce, zastanawiając się, czy nie wolałby jednak spędzić tego popołudnia z Gabrielą. Przypomniał sobie, jak Ahrens mówił, że biedota jest nosicielem wszelkiego rodzaju chorób. Ręka rozbolała go jeszcze bardziej.

Przeszli przez hol, po czym zaczęli kroczyć głównym korytarzem, a następnie mniejszymi przejściami, w których Lewenhart nie mógł się połapać, i byli poddawani rewizjom, przy których musiał okazywać swoją odznakę, a przy ostatniej oddać pistolet wraz z kaburą. Zatrzymali się w pokoju wyposażonym w białe, tapicerowane złotem meble i czekali przez jakiś czas, aż dołączyła do nich ochrona w ciemnoniebieskich uniformach i zaprowadziła dalej.

W końcu Lewenhart wszedł do przedpokoju, tym razem już sam. Gdy drzwi zamknęły się za nim, uklęknął z jedną ręką za plecami. Drugą zaś przyłożył sobie do piersi.

Klęczał tak przez dłuższy czas.

W ciszy, której nie mogło zagłuszyć nawet bicie jego serca, poczuł na głowie spojrzenie cesarza, a po czasie, który wydawał mu się nieskończony, poczuł również jego palce. Kosztowało go wiele wysiłku, by nie odetchnąć z ulgą. Przypuszczał, że gdyby cesarz zamierzał ukarać go za złe wyniki, powitanie wyglądałoby inaczej.

- Wstań!

Lewenhart posłusznie złożył ręce za plecami i po raz pierwszy od dwóch lat spojrzał cesarzowi w twarz.

Gustav Gauck stał bosy, a na ramiona miał narzucony skromnie haftowany, pozbawiony ozdób płaszcz. Z biegiem lat zmarszczka nad grzbietem jego nosa pogłębiła się, włosy przedwcześnie posiwiały, a w jego uśmiechu nie było radości.

- Nie spieszyłeś się, Eldricu - kontynuował cesarz.

- Proszę wybaczyć, wasza cesarska mość, obserwowaliśmy w Nivie jednego...

- Pamflecistę?

- To zbyt słabe określenie.

Cesarz przyglądał się przez chwilę nadinspektorowi, po czym skinął na niego i podszedł do okna. Lewenhart podążył za nim i zza jego ramienia wyjrzał na pałacowe ogrody oraz szczyt muru okalającego Miasto, z którego wyłaniały się wielkie metalowe konstrukcje.

- Czy wiesz, co chroni nasze Miasto? - zapytał cesarz.

- Struktury zabezpieczające - odpowiedział automatycznie Lewenhart.

Władca uśmiechnął się pobłażliwie.

- Chronią je ludzie. Dokładnie cztery osoby. Jedną z nich jesteś ty.

Coś podobnego powiedział kiedyś nadinspektorowi również Strauss, gdy przekazywał mu swój gabinet. Był wówczas wyjątkowo trzeźwy.

- Gauck polega tylko na czterech osobach. Od teraz jedną z nich będziesz ty.

Pozostałymi dwiema znanymi Lewenhartowi osobami byli - według Straussa - Adler Hertschläger, dowódca gwardii, a także Hans Lindner, administrator systemu konstrukcyjnego, który utrzymywał Miasto w powietrzu. Nazwiska tego ostatniego Lewenhart nie znał, a być może nie znał go nikt poza cesarzem. Był to człowiek dowodzący oddziałem zaopatrzeniowym, grupą ludzi owianych tajemnicą, jedynym, którym pozwolono opuszczać Miasto. Oddział zaopatrzeniowy regularnie schodził na zawrotną głębokość dwóch kilometrów, poszukując surowców, których Miasto potrzebowało, a których nie mogło zdobyć w inny sposób, a przy tym nigdy nie zdradzając niczego, co widział i czego doświadczył na dole. Nawet jako nadinspektor Lewenhart nie dowiedział się czegoś więcej o zaopatrzeniowcach niż w dniu, w którym zaczął służbę w Policie.

- Nie wiem... co powiedzieć, wasza cesarska mość.

- Wszystko, co musisz zrobić, to uświadomić sobie, jak bardzo ci ufam. Jak bardzo ufam twoim umiejętnościom i poświęceniu. Zastąpienie Straussa twoją osobą było najlepszym możliwym wyborem. - Cesarz odwrócił się od okna. - Nigdy tego nie żałowałem. Wiem, że mogę ci powierzyć wszystko, na czym mi zależy.

W odpowiedzi Lewenhart skłonił się.

Cesarz chwycił go za ramiona. Nadinspektor przygryzł wargę tak mocno, że poczuł krew na języku. Uścisk nie był silny, ale ból przeszył jego dłoń niczym ostrze noża.

Nie uszło to uwadze cesarza.

- Jesteś ranny?

- To nic takiego, wasza cesarska mość.

- Nic? Chodź za mną.

Lewenhart udał się korytarzem za Gauckiem do pomieszczenia z rzędami wanien przy ścianach. Największa opierała się na mosiężnych nóżkach w kształcie konstrukcji zabezpieczających. Jedna ze ścian była oknem, które pomimo zimnego powietrza zostało uchylone, a na pozostałych ścianach znajdowała się mozaika - czarny orzeł na żółtym polu. Tak wyglądał herb rodziny cesarskiej. Z okna nadinspektor mógł zobaczyć ogromny metalowy szkielet, częściowo przykryty białą tkaniną, który sterczał pośrodku cumowiska wyposażonego w skomplikowany system kół pasowych. Nie był pewien, czy cesarz przyprowadził go tutaj, aby pokazać mu swoją łazienkę, czy kadłub sterowca zadokowanego za pałacem. Słyszał o nim, być może jako jeden z nielicznych, ale nigdy go nie widział i nie potrafił sobie wyobrazić, do czego służył. Mimo że nie był gotowy do lotu, jego rozmiary na chwilę zaparły Lewenhartowi dech w piersiach. Prawdopodobnie pewnego dnia, gdy konstrukcja się poluzuje, gdy pęknie, a Miasto straci jedyną podporę, cesarz i jego rodzina wejdą na pokład statku i...

Pod oknem stał stolik z lustrem oraz wygodny fotel z ramą ozdobioną misternymi rzeźbieniami, na który wskazał cesarz.

- Usiądź, Eldricu.

- Nie mogę siedzieć, gdy cesarz stoi - sprzeciwił się Lewenhart.

- Usiądź - powiedział cicho Gauck. - Nie będę tego powtarzał po raz drugi. I zdejmij płaszcz. Chcę spojrzeć na tę rękę.

Nadinspektor położył płaszcz na stole, rozpiął mankiet i podwinął zakrwawiony rękaw koszuli. Widok własnego ramienia zaskoczył go - rana była czerwona, a ślady po zębach głębokie i nabiegłe krwią. Ahrens prawdopodobnie miał rację.

- Zwierzę? - zapytał Gauck.

- Pamflecista. - Lewenhart posłużył się określeniem, którego użył cesarz i rozsiadł się w tapicerowanym fotelu.

Cesarz wyciągnął zwitek waty z lakierowanego pudełka na stole, zanurzył go w misce z wodą i przyłożył do rany. Dopiero po chwili Lewenhart zdał sobie sprawę, że czyści mu ranę. Próbował wstać, ale cesarz drugą ręką popchnął go z powrotem na fotel. Jak na swój wiek miał niesamowitą siłę.

- Wasza cesarska...

- Dzięki tobie to Miasto funkcjonuje. Do tego potrzebne ci są obie ręce.

- Nie...

- Eldricu - powiedział cicho Gauck. - Ty też jesteś jednym z moich dzieci.

Tych kilka słów wystarczyło, by kłujący ból w ramieniu stał się nagle mało ważny. Lewenhart poczuł, jak krew napływa mu do głowy. Miał jednak całe życie, aby się do tego przyzwyczaić - wszystkie bękarty i sieroty po urodzeniu były symbolicznie adoptowane przez cesarza, a na ich wychowanie przeznaczano niewielki datek. Bękartom takim jak Lewenhart wiodło się może trochę lepiej niż innym podrzutkom, ale bycie jednym z dzieci cesarza nie było żadnym powodem do dumy. Nawet bójka, przez którą został dawno temu wyrzucony ze szkoły, zaczęła się od tego, że inni wołali na niego "brudny bękart".

Nawet jeśli cesarz wyczuł, że nadinspektor zesztywniał, nie okazał tego. Zmył krew i posmarował mu ranę kojącą maścią. Z pewnością było to coś, za co Gabriela, a może i każda pielęgniarka z Wewnętrznego Miasta, oddałaby wszystko - ona sama używała cuchnącej zielonej mikstury, która u większości ludzi wywoływała uporczywie swędzącą wysypkę. Gabriela jednak uznawała to za znak, że leczenie przynosi efekty.

- Znasz Dietera Wernera? - zapytał cesarz, wycierając palce w ręcznik.

Lewenhart sięgnął do zakamarków pamięci:

- Nadinspektora Wydziału ds. Osób Zaginionych?

- Tak, jego.

- Nie osobiście.

- Jego wydział szuka pewnej dziewczyny...

- Czy jest to związane z przestępstwami politycznymi?

- Przestań mi przerywać, a się dowiesz - powiedział Gauck niskim, miękkim głosem, który przyprawiał o dreszcze. - Ta dziewczyna, Hannelore Schiller, zniknęła bez śladu. Może przepadła gdzieś za obrzeżem. Kto wie...

- Wydział ds. Osób Zaginionych powinien wiedzieć. - Lewenhart nie mógł się powstrzymać.

- Znajdą ją? - spytał cesarz.

Oto jest pytanie.

Lewenhart nie wiedział nic o Wydziale ds. Osób Zaginionych. O Wydziale ds. Osób Zaginionych nikt nic nie wiedział, możliwe, że nawet sam wydział. Jeśli w ogóle prowadzili jakąś czynności, zachowywali to dla siebie. Lewenhart nie słyszał o nikim, kogo by odnaleźli, a jeśli nawet, to prawdopodobnie nie jako żywego. Mieli siedzibę w pobliżu Małego Muru, a większość zaginionych pochodziła właśnie zza niego. Chociaż ich pewnie nikt nie szukał. A może Dieter Werner po prostu nie czuł się wystarczająco zmotywowany, by ich szukać? Lewenhart był na tyle uczciwy, że sam przed sobą potrafił przyznać, że on z całą pewnością nie szukałby nikogo z Zewnętrznego Miasta, a gdyby tak za obrzeżem przepadli absolutnie wszyscy, to byłoby jeszcze lepiej. Werner prawdopodobnie podzielał to pragnienie.

- To ich praca, wasza cesarska mość.

- Ale oni nie wykonują jej tak dobrze jak ty. - Gauck stwierdził to, co Lewenhart uznawał za oczywiste.

Nadinspektor miał nadzieję, że się myli, ale nie mógł o to nie zapytać.

- Czy wasza cesarska mość chce, aby Wydział ds. Przestępstw Politycznych szukał zaginionego dziecka?

Cesarz uśmiechnął się.

- Chcę, żebyś dołączył do wydziału Wernera.

Nadinspektor zamarł. Czuł, że już nigdy nie będzie mógł nabrać powietrza. A kiedy spróbował, to zaświszczało mu ono między zębami.

- Odwołuje mnie pan ze stanowiska, wasza cesarska mość?

- Przenoszę cię tylko tymczasowo. Pod twoją nieobecność wydziałem pokieruje zastępca. Przypomnij mi, jak się nazywa.

- Hraban Ahrens.

- Hraban Ahrens, w porządku. Jak tylko uda ci się znaleźć Hannelore Schiller, wrócisz na swoje miejsce.

- Mógłbym wysłać Wernerowi Hrabana...

- Nie wybrałem jego, tylko ciebie.

- Mam obowiązki, które...

I tym razem cesarz nie pozwolił nadinspektorowi dokończyć zdania.

- ...które zostaną przejęte przez inspektora Ahrensa. Ufam ci, pamiętasz o tym? Zatem powierzę ci również to, czego nie powierzyłbym innym, Eldricu.

Być może dlatego, że Lewenhart już stał i nie mógł wbić palców w oparcie fotela, słowo to wyleciało z niego z gwałtownością, która w innych okolicznościach mogłaby kosztować go więcej niż tylko zezwolenie na przechodzenie między Murami:

- Dlaczego?!

- Zniknęła bez śladu. Jeśli ktoś może ją znaleźć, to właśnie ty. Ty przecież to robisz najlepiej.

Jeśli była to próba powiedzenia komplementu, to okazała się chybiona. Jedyną rzeczą, którą Lewenhart z tego zrozumiał, było to, że nadinspektor wzbudzającego respekt Wydziału ds. Przestępstw Politycznych będzie szukał dziecka, które nic nie znaczyło najprawdopodobniej nawet dla własnej rodziny i na którego odnalezieniu cesarzowi w ogóle nie powinno zależeć. Podczas gdy Powracający zaczną się plenić po Mieście jak epidemia, Lewenhart skupi się na szukaniu dziewczynki, która zapewne dawno temu została wyruchana na śmierć w podziemnym burdelu, do którego sprzedała ją jej własna matka.

Ale przecież złożył przysięgę.

- Dlaczego ona? - zapytał.

- Ponieważ jest dla mnie ważne, aby została odnaleziona - odpowiedział Gauck. - Czy to nie jest wystarczający powód, by zacząć jej szukać?

Lewenhart ukłonił się sztywno.

- Zrobię, co w mojej mocy.

Cesarz odłożył ręcznik.

- Niczego więcej nie oczekuję od ciebie.

3.

[...] inspektorzy z Wydziału ds. Przestępstw Politycznych, we współpracy z jednostką Gwardii Cesarskiej służącą w Pierwszej Strefie Buforowej, rozbili zorganizowaną grupę, której członkowie zostali następnie oskarżeni o szczególnie niebezpieczną próbę przemytu ludzi. Grupa składała się z dwudziestu pięciu osób, z których większość była członkami tak zwanego Powrotu, czyli zakazanej organizacji, której dążeniem jest opuszczenie Miasta. W wyniku przesłuchań przeprowadzono prawie dwadzieścia rewizji, podczas których skonfiskowano dużą liczbę obciążających dokumentów i nielegalnie posiadanej broni. W czasie gdy grupa znajdowała się pod obserwacją, wykryto dziesięć przypadków planowania zejścia na Ziemię za pomocą konstrukcji wind towarowych. Według pracowników Wydziału ds. Przestępstw Politycznych jest to najbardziej rozległa [...]

- z komunikatu prasowego Wydziału ds. Przestępstw Politycznych przeznaczonego dla

cesarskiego sekretarza Clausa Waltrauda

Lewenhart umieścił akta śledztwa w skrytce depozytowej. Następnie odpiął od klapy zieloną wstążkę i położył ją na górnej teczce. W schowku znajdowała się również kabura z pistoletem - inspektorom z większości wydziałów nie wolno było nosić broni palnej, a jeśli miał tymczasowo służyć w Wydziale ds. Osób Zaginionych, to mógł zapomnieć o swojej służbowej spluwie. Na nowym stanowisku będzie mieć dostęp tylko do małego pistoletu na flary sygnalizacyjne, którego używało się do wzywania pomocy w razie niebezpieczeństwa, więc zostawił sobie właśnie taką wątpliwą broń przy pasie.

Lewenhart zamknął skrzynkę i przekazał klucz Ahrensowi.

- Spróbuj wykończyć tego księgarza. Weź ze sobą też to.

Z szuflady biurka wyciągnął książkę z przysięgą służby, którą Strauss dał mu przed swym odejściem i wysunął kartkę papieru zza tylnej okładki.

- Donosiciele? - zapytał Ahrens.

- Informatorzy - poprawił go Lewenhart.

Spędził dwa lata jako nadinspektor, tworząc tę listę. Gdyby coś mu się stało - w przypadku Małego Muru wszystko było możliwe - a Ahrens zająłby jego miejsce na stałe, informacje z listy bardzo mu się przydadzą.

Ahrens odłożył książkę.

- Postaraj się wrócić jak najszybciej.

- Nie zamierzam tego przeciągać, ale... kto wie, kiedy to nastąpi.

Lewenhart powiedział o Hannelore tylko swojemu zastępcy. W końcu im mniej osób wiedziało o jego wyjeździe, tym lepiej dla wydziału, Ahrensa i samego Lewenharta. A jeśli cesarz pozwoli, wróci za kilka dni, niezależnie od tego, czy Hannelore się znajdzie, czy nie. I nikt nawet nie będzie wiedział o jego nieobecności.

- Kiedy dwunastoletnia dziewczynka zaginie tak blisko Wewnętrznego Miasta, zwykle nigdy nie zostaje odnaleziona - zauważył Ahrens.

- Zwykle nikt jej nawet nie szuka - poprawił go nadinspektor - Przynajmniej tyle wiem o ludziach z tamtego wydziału.

- Kiedy tu zaczynałem, przezywano ich Biurem Rzeczy Znalezionych. Tylko że nigdy nikogo nie znaleźli, więc stali się Biurem Rzeczy Zagubionych.

- Brzmi coraz lepiej...

- Wieland u nich zaczynał - przypomniał Ahrens.

Nadinspektor poprawił kamizelkę, wygładził rękawy świeżej koszuli - tej zakrwawionej się pozbył, a u Gabrieli się nie pokazał - i zarzucił płaszcz na ramiona.

- Mówił coś o nich?

- Z lekceważeniem. Podobno kiedy przechodził do nas, był drugi pod względem wyników.

- Ale?

- No, przez cały ten czas odnalazł dwóch ludzi. Jednego, który ukrywał się w burdelu przed swoją starą, a drugiego upchniętego w kanalizacji. Tego drugiego nie było nawet na liście osób zaginionych.

- I na tej podstawie Strauss przyjął go do Politu?

Ahrens wzruszył ramionami.

- Myślę, że jak na Biuro Rzeczy Zagubionych był to zajebisty wynik. Werner napisał mu wspaniałą opinię.

Lewenhart westchnął i się rozejrzał.

- W takim razie powodzenia.

- To raczej ty będziesz go potrzebować.

Nadinspektor opuszczał wydział bez radości. Próbował przekonać samego siebie, że niezależnie od tego, co myślał o odnalezieniu Hannelore - a myślał o wielu rzeczach, ale nie odważył się powiedzieć o żadnej z nich cesarzowi - poprzysiągł sobie, że da z siebie wszystko, bez względu na to, jak bezcelowa wydawała mu się współpraca z Biurem Rzeczy Zagubionych. Miała ona sens dla cesarza i tylko to się liczyło. Co prawda powtarzał sobie, że cesarz wybrał go, ponieważ wiedział, że zawsze dokończy to, co zaczął, jednak wcale nie było mu od tego lepiej.

Hannelore musiała mieć dla cesarza jakieś szczególne znaczenie, którym nie podzielił się z Lewenhartem. Nadinspektor oczywiście sprawdził ją w aktach Politu na wypadek, gdyby jej rodzina miała coś wspólnego z Powrotem, ale Schiller było tak pospolitym nazwiskiem, że te poszukiwania nie dały żadnych rezultatów. Zresztą cesarz potrzebował Lewenharta gdzie indziej. Być może nie zdawał sobie z tego sprawy, ale za każdy dzień, w którym nadinspektor nie poświęcał się poszukiwaniom Powracających, zarówno gryzoń Tancred Lubbert, jak i wszyscy jemu podobni by mu tylko podziękowali.

Lewenhart postawił kołnierz płaszcza i zamiast skręcić w swoją ulicę, poszedł dalej wzdłuż Głównej. Powietrze było chłodne, a po zmroku zaczęło mżyć. Nie przeszkadzało mu to, bo oznaczało, że nawet ci, którzy zwykle włóczyli się po ulicach, woleli się teraz gdzieś schronić. A im mniej ludzi spotka tego wieczoru, tym lepiej. Wysoko nad jego głową lampy zapalały się jedna po drugiej, jakby chciały wskazać mu drogę. Nie potrzebował tego, mógł iść w ciemno. Ktoś otworzył poobijane drzwi knajpy i krętą uliczkę wypełniły pijackie wrzaski i suchy, chrapliwy śmiech. Potem rozległ się trzask i znowu zapadła cisza.

To były dźwięki, które Lewenhart uwielbiał. Kochał mieć pod stopami wytarte kamienie bruku, po których stąpał tysiące razy, rozkoszując się mieszanką zapachów w zimnym wieczornym powietrzu, które raczej cuchnęło, niż pachniało, ale mimo to przypominało mu coś znajomego i pięknego.

Wyobrażał sobie życie na drugim końcu Wewnętrznego Miasta, gdzie mieścił się Wydział ds. Osób Zaginionych, nieistotna placówka pełna ludzi niezdolnych nawet do udawania, że wykonują pracę, na której wynikach zależało niewielu. Tam również złotawe światło lamp okalało całą okolicę. Tam także drzwi knajp otwierały się, wypuszczając krzyki na ulice. Mimo tego drugi koniec Miasta wydawał mu się bardziej odległy, niż był w rzeczywistości. Jakby nawet nie był jego częścią, jakby wszystko w cieniu Małego Muru zostało dziwnie zniekształcone.

Zszedł po schodach i znalazł się na ulicy Wałowej. Następnie wszedł do domu, do którego chodził od trzech miesięcy, za każdym razem po zmroku i za każdym razem z okropnym uczuciem, że popełnia błąd, za który będzie musiał odpokutować. Może jutro, może pojutrze, ale z pewnością ten czas nadejdzie. A jednak nie mógł przestać tam chodzić.

Gretel czekała na niego, piękna i delikatna jak zawsze. Zaprowadziła go do alkierza, a on starał się nie myśleć o tym, że dzieli sypialnię z kimś innym, choć lubił sobie wyobrażać, że nikt inny tak naprawdę nie istnieje. Potem, gdy leżeli obok siebie nadzy i odpoczywali, a ona przeczesywała palcami jego zwilgotniałe włosy, wsłuchiwał się w bicie jej serca i zastanawiał się, czy mogliby się poznać wcześniej i czy byliby razem, gdyby poznali się wcześniej. Może się już kiedyś spotkali - myślał czasami. Może minęła go, gdy gdzieś obserwował podejrzanego po drugiej stronie ulicy przez brudne okno opuszczonego domu. Być może nawet dostrzegł blask jej włosów, ale potem przypomniał sobie, gdzie jest i skupił się na swojej pracy, a ją dostrzegł ktoś inny.

Pamiętał, jak spotkali się po raz pierwszy - przypadkiem na ulicy, kiedy wiatr zrzucił jej kapelusz z głowy, a on go złapał i oddał właścicielce. Spojrzała na niego, a jej rozpuszczone włosy były tak rude, że nigdy takich wcześniej nie widział.

I tak się to zaczęło.

Od pierwszej chwili, choć zajęło mu trochę czasu, zanim zdał sobie z tego sprawę, a jeszcze dłużej, zanim zdołał przyznać przed samym sobą, że jej pragnie, nawet jeśli będzie tego żałował.

Delikatnie dotknęła jego zranionego ramienia:

- Co ci się stało?

Lewenhart poczuł, że zaczyna zapadać w sen, na który nie mógł sobie pozwolić. Odwrócił się do niej i zaczął ssać jej sutek.

- Hm?

- Co się... Przestań. Co ci się stało?

- Zostałem zaatakowany przez psa.

- To nie są psie zęby. - Gretel uśmiechnęła się do niego, a jej długie czarne rzęsy na chwilę przesłoniły spojrzenie cieniem niczym welon. Lewenhartowi wydawała się wówczas dziwnie obca, więc wolał skupić się na jej piersi. Spojrzała na niego szyderczo.

- Chyba mnie nie oszukujesz, co?

Brzmiało to żartobliwie, ale kiedy spojrzał na nią, cień wciąż tam był. Zaskoczyła go jego własna szczerość:

- Zostałem ugryziony przez księgarza.

Było to zaskakujące nawet dla Gretel. Przewróciła się na brzuch, opierając głowę na rękach i pomachała nogami w powietrzu.

- Takie rzeczy się zdarzają?

- Nie wiem jak innym - Lewenhart wskazał bliznę na piersi - chwilę przed tym, jak zostałem nadinspektorem, żona jednego z Powracających dźgnęła mnie drutem do szydełkowania między żebra.

- To samo mi zrobiła sprzedawczyni w pasmanterii.

- Musisz być wymagającym klientem.

- Albo wybieram kiepskie sklepy.

Lewenhart wpatrywał się w nią, w rude włosy wokół niej. Jakby krwawiła. Nagle pomyślał, że jest już tu zbyt długo. Rana po zębach Lubberta zaczęła boleć, a powietrze w pokoju stało się cięższe. Mężczyzna wstał, podniósł koszulę z podłogi i zaczął się ubierać.

- Muszę już iść. Nie chciałbym się spotkać z twoim mężem.

Spojrzała na niego przez włosy, które opadły jej na policzki.

- Nie musisz wychodzić. Wiesz, że wróci dopiero rano.

Nie mógł się powstrzymać i odgarnął jej włosy do tyłu.

- Dlaczego to robisz?

Gretel wzruszyła nagimi ramionami, po czym przewróciła się na bok.

- Bawi mnie to. Ty mnie bawisz.

- Zauważyłem.

- Życie jest zbyt krótkie, aby robić to, co musisz i bać się robić to, co chcesz. A może czekasz, aż ktoś inny powie ci, co jest właściwe? Czy nie ufasz sobie, swoim własnym pragnieniom i marzeniom?

- Czy to ma znaczenie? - Lewenhart nigdy nie rozmawiał z nią o tym, co robił. W oczach Gretel mógł być cyrkowcem, alfonsem lub członkiem gabinetu cesarza. Ona na samym początku powiedziała mu, że jej mąż jest gwardzistą i większość nocy spędza poza domem. Od tego czasu kilka razy zastanawiał się, czy przypadkiem się z nim nie spotkał, bo kto wie - spokojnie mógł to być na przykład ten facet, który towarzyszył mu po południu w drodze do pałacu. Teraz jednak po prostu wolał się pochylić i pocałować ją w szyję.

- A co jest złego w wypełnianiu swoich obowiązków?

Gretel pogłaskała go po skroni.

- To całe twoje życie? Obowiązki?

- Raczej tak.

- A twoja praca?

- To znaczy?

- Czy to też jest obowiązek? Czy dlatego to robisz?

Lewenhart przyglądał się Gretel, ale ona nie wydawała się nawiązywać do niczego konkretnego.

- Płacą mi za to.

- I to wszystko? - W jej głosie zabrzmiało rozczaro­wanie.

Oczywiście, że nie. Lojalność wobec cesarza. Miłość do Miasta. Przysięga. I nawet to nie było wszystko.

- Dobrze mi płacą.

Gretel przyglądała mu się przez chwilę, po czym potrząsnęła głową.

- Wiesz, ja ufam swoim decyzjom. I nie obchodzi mnie, co inni o nich myślą. Robię to, co chcę i wszystko, co robię, ma sens.

Wspaniale.

Wyszedł bez pożegnania, ale oboje wiedzieli, że nie na długo. W domu położył się z rękami założonymi za głowę i zastanowił się nad tym, co powiedziała - że ufa temu, co robi.

Może powinienem spróbować spojrzeć na moje przeniesienie w ten sposób - pomyślał.

Już próbował, lecz na próżno.

Lewenhart dołączył do Wydziału ds. Przestępstw Politycznych siedemnaście lat temu i przez cały ten czas nigdy nie wstawał z taką niechęcią, jak tego ranka, gdy po raz pierwszy miał iść do Biura Rzeczy Zagubionych. Już samo miejsce, w którym się mieściło, wywarło na nim takie wrażenie, że wolałby być gdzieś indziej - kamienny budynek otoczony popękanym murem, z którego wystawały kępy chwastów. Z jednej strony przylegał do archiwum, które po tym, jak prawie całkowicie zostało strawione przez pożar, a wraz z nim przechowywane tam akta większości mieszkańców Miasta, cesarz kazał wyremontować i wykorzystywać już tylko jako magazyn - a z drugiej do dawno zamkniętego teatru. Pomiędzy Małym Murem a placówką znajdowała się tylko jedna ulica o wiele mówiącej nazwie Krematoryjna. Na niej ulokowano cmentarz miejski. W powietrzu, które w pobliżu muru wydawało się jeszcze mroźniejsze, niż było w rzeczywistości, unosił się ostry gryzący smród.

Zapłacił za dorożkę, która podwiozła go do pobliskiego zajazdu, jednego z niewielu w Wewnętrznym Mieście. Obsługująca tu babka, która zakwaterowała Lewenharta, wyglądała na czystą, wiec zdecydował się tu zostać. O wszy i pluskwy już nie pytał, chociaż obawiał się, że należało brać je pod uwagę. Sprawdził pokój - grube pajęczyny pod łóżkiem i zaschnięte owadzie gniazda na dnie szafy - zapłacił z góry i udał się do roboty w nastroju, który nie był najweselszy.

Nie znał tej części Miasta tak dobrze, jak powinien. W powietrzu mieszały się różne wyziewy - zapach pobliskiej piekarni, duszące gorąco pralni, fetor źle utrzymanej kanalizacji oraz coś starego i stęchłego z cmentarza. Choć może mu się tylko wydawało, bo pod kamiennymi nagrobkami niczego nie było.

Wszedł po schodach. Gdy przekroczył próg, natychmiast uderzył go chłód, jakby zszedł do nieużywanej piwnicy z nutą wilgoci, która gdzieś w magazynie prawdopodobnie pożerała akta śledztwa.

Ruszył przez pusty korytarz do biurka strażnika, za którym nie było nic poza pustką. Nie spodziewał się wiele po tym, co usłyszał o tym wydziale, ale mimo tego był zaskoczony, że Ahrens nie przesadzał. Nikt się nie pojawił, nawet gdy Lewenhart pokasływał przez chwilę. Ostatecznie więc podniósł pulpit, wszedł za biurko i zaczął przeglądać porzucone akta. Podniósł książkę, w której rejestrowano patrole - należała do Stefana Malgera, ale kimkolwiek on był, jeśli tak lekceważąco podchodził do swoich obowiązków, to nic dziwnego, że odnalezienie dwóch zaginionych osób zostało uznane za sukces.

Nadinspektor spojrzał na listę dyżurów pod spodem. Nazwiska jeszcze nic dla niego nie znaczyły, ale według rozpiski w dyżurce powinien się ktoś znajdować i z całą pewnością nie powinien to być Lewenhart.

Przeglądając książkę, nie mógł wyjść ze zdumienia - była pełna notatek, liczb i symboli, których nie rozumiał, a także współrzędnych, które znajdowały się dość daleko od Biura Rzeczy Zagubionych. Wiele stron zajmował spis ulic Wewnętrznego Miasta, opatrzonych datami i godzinami. Większość z nich była przekreślona, ostatnio wczoraj zrobiono to z ulicą Wąska. Dalej następowała ulica Warsztatowa - niegdyś przemysłowa część Wewnętrznego Miasta, która w ostatnich latach już tylko niszczała. Był to zapomniany, brudny i przygnębiający rejon przylegający do strefy buforowej konstrukcji, który zawsze przypominał Lewenhartowi raczej Zewnętrzne Miasto.

To może jest po prostu pozbawiony jakiejkolwiek koncepcji harmonogram nocnych patroli Malgera związany ze sprawą, której nie znam - pomyślał Lewenhart, jednocześnie uznając, że naiwnym byłoby oczekiwać od inspektorów z tego obskurnego wydziału czegoś więcej.

Opuścił miejsce za pulpitem i poszedł dalej w głąb budynku. Z każdym krokiem coraz bardziej żałował, że nie ma tu Ahrensa - pragnął podzielić się z nim swoimi wrażeniami. Budowla nie wyglądała na zaniedbaną, tylko jakby senną - wprowadzała umysł w jakieś otępienie, czego nie powinna robić żadna placówka tego typu. Promienie zamglonego słońca wpadały przez długie okno pod kamiennym sufitem korytarza, odbijając się od ścian i padając na Lewenharta, który przez ten cały czas słyszał tylko samotne rżenie z dziedzińca. Biuro Rzeczy Zagubionych miało przynajmniej własnego konia, lecz najwyraźniej żadnych inspektorów.

Może Malger jest tu jedynym pracownikiem? - pomyślał Lewenhart. - To by wszystko wyjaśniało.

Właściwie nie był zaskoczony, że nikogo tu nie ma. Znajdował się w tej placówce tylko przez krótki czas i nie chciał niczego więcej, niż wrócić do zajazdu, wymieść pajęczyny spod łóżka i wyciągnąć się z rękami za głową. Może to nie protokoły rozkładały się w magazynie, ale sami inspektorzy?

Lewenhart przypomniał sobie słowa Gretel.

Wszystko, co robię, ma sens.

Wtedy drzwi przed nim otworzyły się i na korytarz wyszły dwie osoby.

- Już myślałem, że nie istniejecie - zwrócił się do nich Lewenhart.

Były zaskoczone. Absolutnie nie spodziewały się tutaj spotkać innego człowieka.

- Czego chcesz? - zapytał mężczyzna.

Lewenhart od dawna nie spotkał nikogo tak dużego - ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, z pewnością powyżej stu kilogramów żywej wagi, szerokie bary, potężne dłonie. Krótko przystrzyżone włosy i wyraz twarzy, który sugerował, że facet jest tak samo podekscytowany widokiem Lewenharta, jak Lewenhart całą placówką.

Nie wyglądał na kogoś, kto poszukuje ludzi. Raczej na kogoś, kto ich porywa.

- Żebyście lepiej wykonywali swoją pracę - odpowiedział Lewenhart. - Ale nie sądzę, aby tak się stało.

- Przepraszam, potrzebuje pan czegoś? - Kolejna osoba, młoda kobieta z blond włosami spiętymi w kok, stanęła między nimi. W przeciwieństwie do Gretel nie była oszałamiającą pięknością, ale i tak należała do bardzo ładnych.

- Nie. - Lewenhart wskazał za siebie. - Przeczytałem już wszystko, czego potrzebowałem.

- Grzebał pan w naszych rzeczach? - doszło w końcu do mężczyzny.

- Nie musiałem tego robić, leżały sobie na pulpicie do wglądu. Jesteście najbardziej otwartym wydziałem, jaki kiedykolwiek widziałem.

Kobieta zaczerwieniła się lekko. Nagle przestała być tylko ładna. Lewenhart ponownie pożałował, że nie ma tu z nim Ahrensa - gdyby ją zobaczył, być może spojrzałby na wydział łaskawiej, podczas gdy sam nadinspektor miał ogromną chęć go rozwiązać. Na nieszczęście dla cesarza brakowało mu odpowiednich prerogatyw.

- Przepraszam, że nikogo tu nie było. - Kobieta próbowała usprawiedliwić ich nieobecność. - Inspektor Malger wróci za chwilę.

A w tym czasie każdy mógłby wyrządzić w placówce nieodwracalne szkody - pomyślał Lewenhart, odwracając się do mężczyzny.

- A więc pan nie jest Stefanem Malgerem.

- Nie, jestem Dieter Werner, nadinspektor.

Mając pod sobą taki wydział, Lewenhart z pewnością by się tym nie chwalił.

- Nie na długo.

Kąciki ust Wernera drgnęły.

- Dlaczego nie wejdziesz na stołek i nie powiesz mi tego prosto w twarz?

Lewenhart sięgnął do kieszeni na piersi i wyciągnął odznakę oraz pomiętą nominację.

- Da pan radę to przeczytać z tej wysokości?

Werner zerknął na odznakę z symbolem Politu i czerwoną wstążkę z herbem cesarskim, potem na właściciela odznaki, aż w końcu się wyprostował i bez słowa przeszedł obok. Lewenharta to trochę wyprowadziło z równowagi, ale nie próbował go zatrzymać. Werner nie miał dokąd uciec, a poza tym nie wyglądał na kogoś, kto by uciekał.

Lewenhart schował odznakę wraz z nominacją i odwrócił się do blondynki.

- Decyzją Jego Cesarskiej Mości Gustava Gaucka przejmuję dowództwo nad waszym wydziałem.

Kobieta była pojętna i, w przeciwieństwie do Dietera Wernera, dobrze znała swoje obowiązki.

- Wiemy o tym. I jesteśmy w pełni do pańskiej dyspozycji.

- Jak masz na imię?

- Anneliese Ursel.

- W czasie, gdy będę tu dowodził, będziesz moim zastępcą - zdecydował Lewenhart.

W jej oczach zarysowało się zdziwienie.

- A Dieter... proszę pana?

- Mam nadzieję, że Dieter pokaże mi, co zrobił, by zasłużyć na swoje miejsce. Ilu was tu jest?

- Czworo, proszę pana.

- Mam na myśli cały wydział, a nie ilu was jest w tej chwili.

- Czworo, proszę pana. Nadinspektor Werner, ja oraz inspektorzy Malger i Amalric.

Ich beznadziejne wyniki nagle stały się jasne.

- Mamy trzy wakaty. Jeden już od dłuższego czasu, a drugi od niedawna. A Teo Wieland przeniósł się do... - w ostatniej chwili Ursel ugryzła się w język - ...do pańskiego wydziału. Obawiam się, że minie trochę czasu, zanim znajdziemy zastępstwo. Praca u nas nie jest zbyt atrakcyjna.

- Nie sądzę, żeby problem tkwił w samej pracy, pani inspektor.

- Sam pan będzie mógł to zweryfikować.

Lewenhart przyglądał się Anneliese przez chwilę. W końcu przestała się rumienić. Jej oczy miały w sobie coś nieprzyjemnego, podobnie jak oczy Wernera.

- Możemy porozmawiać o waszym wydziale gdzieś w spokoju?

- Teraz to także pański wydział - przypomniała kobieta i wskazała na znajdujące się za nią drzwi. - Proszę.

Przeszli razem przez drugi korytarz i przez uchylone drzwi weszli do biura. Było tak samo nijakie i szare jak reszta pomieszczeń w tej placówce, ale jednocześnie tak samo dokładnie wysprzątane.

Anneliese stanęła przy stole i zabębniła palcami o blat.

- To jest mój gabinet. Najlepiej będzie, jeśli będzie pan z niego korzystał, zanim dostanie własny. Nie zdążyliśmy wszystkiego przygotować.

Lewenhart pomyślał, że właściwie to nie udało im się niczego przygotować, ale nie powiedział tego głośno. Zdjął płaszcz, przerzucił go przez oparcie krzesła i usiadł. Anneliese musiała być zaskoczona tym, że przyjął jej propozycję bez żadnego sprzeciwu - zakłopotana przyglądała mu się przez chwilę, po czym obeszła stół i zatrzymała się przed nim, z rękami założonymi za plecami.

- Ile osób jest obecnie zaginionych? - zapytał.

- Pięćdziesiąt dwie.

- Ile z nich to dzieci?

Anneliese się zawahała.

- Musiałabym sprawdzić.

- Bardzo proszę - ponaglił ją.

- Ja... nie mam tutaj całej dokumentacji.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym Lewenhart zapytał:

- Kto zajmuje się przypadkiem Hannelore Schiller?

- O ile sobie przypominam, to Stefan, czyli inspektor Malger.

Właściciel porzuconej książki, w której rejestrowano patrole. Lewenhart nie mógł sobie życzyć nikogo gorszego. A przecież jeszcze nie znał ostatniego członka wydziału, czyli Amalrica.

Wyciągnął notatnik z kieszeni płaszcza i coś w nim zanotował.

- Przejmę tę sprawę.

Zaskoczona Anneliese zamrugała.

- Dlaczego?

- Ponieważ chcę, żeby została rozwiązana. - Lewenhart schował notatnik i oparł dłonie o blat biurka. - Nie muszę pani przypominać, że moja obecność tutaj pozostanie między naszą czwórką.

- Piątką, proszę pana. W takim razie powinien się pan przebrać.

- Nie rozumiem.

- Pracując, przebywamy często za Murem. Staramy się ubierać tak, by się nie wyróżniać.

Lewenhart otworzył usta, chcąc odpowiedzieć jej kąśliwie, ale ponieważ i tak jego współpraca z Anneliese nie zaczęła się najlepiej, ugryzł się w język i wstał.

- Pani inspektor, wiem, że jestem tu nieproszonym gościem. I dlatego dołożę wszelkich starań, aby nasza współpraca była krótka i bezproblemowa. Tego samego oczekuję od pani.

- Może pan na to liczyć - odpowiedziała Anneliese bez choćby cienia uśmiechu. - Może pan liczyć na nas wszystkich.

Dalsza część w wersji pełnej