Miasto smoków (#2). Miasto Smoków. Mróz i mrok - Beata Park

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (37,58 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Patrzy­łam na jego twarde mię­śnie wysta­jące spod pucho­wej koł­dry. Nie­czę­sto uda­wało mi się widzieć go tak zre­lak­so­wa­nego, więc chło­nę­łam ten widok. Nie mogłam omi­nąć wzro­kiem blizn, które pokry­wały jego plecy. Ni­gdy nie pyta­łam, jak powstały. O tę na twa­rzy też nie. Cie­ka­wość zże­rała mnie od środka, ale wie­dzia­łam, że i tak nic mi nie powie. To on decy­do­wał, ile mam wie­dzieć. Prze­cze­sa­łam pal­cami jego mięk­kie włosy, które w nocy były ciem­niej­sze. Gdy jego oddech stał się spo­kojny i mia­rowy, a barki opa­dły, wsta­łam i nało­ży­łam aksa­mitny lawen­dowy szla­frok. Twier­dził, że ten kolor naj­bar­dziej do mnie pasuje, choć sama tak nie sądzi­łam. Mówił, że wyglą­dam jak pierw­szy z kwia­tów wio­sny prze­bi­ja­jący się po sro­giej zimie, jak nadzieja na speł­nie­nie marzeń. Jego marzeń. Pode­szłam do okna, deli­kat­nie roz­chy­li­łam zasłony i usia­dłam na drew­nia­nym para­pe­cie, któ­rego chłód prze­ni­kał moją roz­grzaną skórę. Musiało być już naprawdę późno, bo z ulicy do nędz­nych chat zwle­kli się nawet uza­leż­nieni od alrauny. To oni wyzna­czali godziny w porach noc­nych. Gdy budzili się po ostat­nich daw­kach nar­ko­ty­ków, wia­domo było, że wschód słońca jest coraz bli­żej. Nie­na­wi­dzi­łam ich. Gar­dzi­łam ich słabą wolą i eska­pi­zmem. Na początku, gdy tu tra­fi­łam, prze­ra­żali mnie - brudni, zanie­dbani i agre­sywni. Teraz zwy­czaj­nie się nimi brzy­dzi­łam. Na szczę­ście byli zale­d­wie garstką nic nie­zna­czą­cych odpad­ków. Reszta miesz­ka­ją­cych tu Dra­ka­nów była gotowa do walki o wol­ność. Cze­kali, aż pojawi się odpo­wied­nia osoba, aby nimi pokie­ro­wać. Wybawca odna­lazł ich w odpo­wied­nim momen­cie. Już pra­wie wszystko było gotowe. Tylko jedna rzecz nie dawała mi spo­koju... Dla­czego to musiał być aku­rat ojciec Anny? Wes­tchnę­łam.

Mrok pochła­nia­jący stare, pod­nisz­czone budynki wyda­wał się inny niż ten, który widzia­łam na Ziemi. Nie tylko cie­nie, ale wszystko na tej wyspie wyda­wało się bar­dziej żywe i bar­dziej nie­bez­pieczne. Lecz już nie­długo ujaw­nimy światu praw­dziwą moc. Ludzie na Ziemi zoba­czą smoki, nie­któ­rzy pierw­szy i ostatni raz. Jesz­cze chwila i ten świat oraz każdy inny będą nale­żeć do niego. A ja będę u jego boku, gotowa na każdy roz­kaz. Będzie Kró­lem nowego Świata Smo­ków.

- Wra­caj, Mia. Ppalli1 - szep­nął przez sen.

A ja każ­dej nocy będę jego Kró­lową.

Z kore­ań­skiego "szybko". [wróć]

Rozdział 1

1

Kwiaty bzu, które mama tak lubiła, kwi­tły w pełni. Na roz­ło­żo­nym na tra­wie kocu sie­dział tata, a mama leżała obok z głową na jego kola­nach i czy­tała książkę. On zaś wpa­try­wał się w bez­chmurne niebo. Dawno nie widzia­łam ich tak szczę­śli­wych. Chwile, w któ­rych byli­śmy razem, nale­żały do rzad­ko­ści z powodu czę­stych wyjaz­dów taty. Chło­nę­łam ten widok, chcąc zatrzy­mać go w sercu na zawsze. Prze­szedł mnie dreszcz nie­po­koju, gdy nad nami zawisł cień. Spoj­rza­łam w górę. W naszą stronę leciał czarny smok. Pysk miał pokryty licz­nymi rogami, a wzdłuż krę­go­słupa niczym ostre szpi­kulce wyra­stały płyty kostne. Wyglą­dał, jakby każdy frag­ment jego ciała stwo­rzony był do zabi­ja­nia. Dopiero po chwili dostrze­głam, że za sze­roką głową, na grzbie­cie sie­dział Dra­kan o wło­sach bia­łych jak śnieg.

Will?

Nagle smok zaczął piko­wać. Był na tyle bli­sko, że dostrze­głam jego oczy. Nie musia­łam być z nim połą­czona, żeby zoba­czyć w nich nie­na­wiść.

- Ucie­kaj­cie!

Obu­dził mnie krzyk. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że pocho­dził z mojego gar­dła. Mia­łam nadzieję, że nie obu­dzi­łam Vicky. Nie chcia­łam, żeby znowu się mar­twiła. Rozej­rza­łam się po ską­pa­nym w świe­tle księ­życa pokoju. To była ostat­nia noc w domu Elianny. Razem z opie­kunką zde­cy­do­wa­ły­śmy, że mogę już zamiesz­kać sama. Przez ostat­nich kilka dni oglą­da­łam dostępne miesz­ka­nia w oko­licy rynku, ale osta­tecz­nie wybra­łam jeden z drew­nia­nych domów znaj­du­ją­cych się nie­da­leko. Ponie­waż na wyspach nie ist­niała żadna waluta, każdy Dra­kan, gotowy zamiesz­kać sam, mógł wybrać jeden z nie­użyt­ków. Elianna zasu­ge­ro­wała mi miesz­ka­nie obok Wichro­wego Wzgó­rza, ale po tym wszyst­kim, co się wyda­rzyło, nie mogłam żyć w hała­śli­wym miej­scu. Hałas spra­wiał, że wra­ca­łam do tam­tej chwili... Do zatło­czo­nej sali, do dnia, kiedy wykrzy­cza­łam, że Naczelna Alche­miczka jest zdraj­czy­nią. Ostat­nie spoj­rze­nie Wil­liama, które spra­wiło, że na moment zatrzy­mało mi się serce. Cią­gle nie mogłam uwie­rzyć, że razem z Linn sta­nęli po stro­nie Kiho­ona, porwali mojego tatę i chcą ujaw­nić świat smo­ków.

Choć bar­dziej od hała­śli­wego dnia oba­wia­łam się nocy. Za każ­dym razem w kosz­ma­rach widzia­łam ojca. Cza­sem tylko patrzył na mnie pustym wzro­kiem, a ja kuli­łam się w środku, czu­jąc, że go zawio­dłam. Cza­sem leżał nie­przy­tomny w lochach, a jego ręce i nogi były skute sta­lo­wymi kaj­da­nami. Budzi­łam się wtedy, a moja poduszka była mokra od potu i łez. Nie wie­dzia­łam, czy to tylko moja wyobraź­nia, czy jedna z wizji, które zda­rzały mi się już wcze­śniej. Modli­łam się do wszyst­kich zna­nych mi bogów, aby to było to pierw­sze. Nie mogłam znieść myśli, że tata może cier­pieć przeze mnie. Po takich kosz­ma­rach leża­łam nie­spo­koj­nie, ni to we śnie, ni na jawie, czu­wa­jąc do rana, z nadzieją, że zoba­czę przy moim łóżku bia­ło­wło­sego męż­czy­znę, który powie, że to wszystko było kosz­ma­rem, że ni­gdy mnie nie zdra­dził i że wszystko będzie dobrze. Pra­gnę­łam poczuć jego dotyk, zatra­cić się w jego poca­łun­kach. Ale z każ­dym dniem nadzieja gasła, a pra­gnie­nia zastę­po­wały złość i czarne myśli.

Dziś była jedna z takich nocy. Z pul­su­ją­cym bólem głowy pode­szłam do okna i deli­kat­nie je uchy­li­łam. Rześ­kie powie­trze wpa­dło do środka, roz­wie­wa­jąc resztki zarówno kosz­ma­rów, jak i nadziei. Słońce wze­szło już nad hory­zont, a jego cie­płe świa­tło prze­ga­niało mrok. W ciągu kilku ostat­nich dni poranki i wie­czory robiły się coraz chłod­niej­sze, a zie­lone zbo­cza gór zaczęły powoli zmie­niać kolory, szy­ku­jąc się do jesieni. Pierwsi Dra­ka­nie wznie­śli się na swo­ich smo­kach, sunąc po nie­bie, a sło­neczne pro­mie­nie tań­czyły na łuskach ich smo­ków. Usły­sza­łam ciche brzdęki za ścianą, co zna­czyło, że Vic­to­ria też już wstała. Cze­ka­łam, aż wej­dzie do mojego pokoju, co robiła ostat­nio każ­dego dnia, jakby chciała spraw­dzić, czy na pewno prze­trwa­łam noc. Po upadku ze skały, mimo pomocy alche­mi­ków, na­dal przy więk­szym wysiłku czu­łam lek­kie kłu­cie w żebrach, więc nie pozwo­lono mi jesz­cze latać ani nad­wy­rę­żać sił. Wzię­łam więc z biurka naczy­nie z elik­si­rem rege­ne­ra­cji i wypi­łam go dusz­kiem. Mie­niący się zie­lo­no­złoty płyn był jedną z wielu mik­stur uzdra­wia­ją­cych, które kazano mi jesz­cze przyj­mo­wać. Miał gorzki smak, ale czu­łam się po nim o wiele lepiej. Zer­k­nę­łam odru­chowo na Tako, któ­rym wcze­śniej komu­ni­ko­wa­łam się z mamą. Niby wie­dzia­łam, że nic tam nie będzie, ale nie mogłam się powstrzy­mać, aby nie spraw­dzać.

- Anna, wcho­dzę! - usły­sza­łam głos przy­ja­ciółki, która ostat­nio prze­stała już nawet pukać przed wej­ściem. - Widzia­łaś? - zapy­tała, prze­stę­pu­jąc próg.

Zdzi­wiona unio­słam brwi.

- Patrz na to - zawo­łała, macha­jąc gazetą.

- Co tam?

Zła­pa­łam szybko z biurka swoją, a po chwili na wierz­chu uka­zał się arty­kuł ozdo­biony wiel­kim zdję­ciem Mistrza. Nie spo­dzie­wa­łam się żad­nych zaska­ku­ją­cych infor­ma­cji. Wła­ści­wie nie spo­dzie­wa­łam się już niczego. Przez kilka dni po wyj­ściu ze szpi­tala codzien­nie rano uważ­nie stu­dio­wa­łam infor­ma­cje w poszu­ki­wa­niu cze­go­kol­wiek na temat buntu, Linn czy Wil­liama, ale na pierw­szych stro­nach gazet nie znaj­do­wa­łam niczego. Na kolej­nych zresztą też nie. Potem stu­dio­wa­łam uważ­nie każde zda­nie, pró­bu­jąc odczy­tać coś mię­dzy wier­szami. Coś, co mogła­bym zro­zu­mieć tylko ja. Ale codzien­nie prze­ży­wa­łam roz­cza­ro­wa­nie. Życie toczyło się dalej, jak gdyby nic się nie stało. Zupeł­nie jakby każdy zapo­mniał o sta­ro­żyt­nym smoku i Linn krzy­czą­cej o prze­ję­ciu Ziemi. Mistrz poka­zał się publicz­nie tylko raz, uspo­ka­ja­jąc miesz­kań­ców i zapew­nia­jąc, że straż­nicy robią wszystko, aby zła­pać zdraj­ców. Wyja­śniał, że nie ist­nieją żadne dowody potwier­dza­jące, że Linn jest jego sio­strą. Więk­szość Dra­ka­nów na wyspie zwy­czaj­nie uwie­rzyła w jego słowa i krę­ciła z nie­sma­kiem głową, że jego syn Wil­liam sta­nął po stro­nie buntu. Dla­tego teraz też bez nadziei zer­k­nę­łam na pierw­szą stronę.

Rebe­lia pod kon­trolą!

Wczo­raj wie­czo­rem Czwarty Oddział Straży poj­mał kolej­nych rebe­lian­tów. Grupa zatrzy­ma­nych była odpo­wie­dzialna za roz­po­wszech­nia­nie tre­ści nawo­łu­ją­cych do buntu. To już kolejni, któ­rzy poniosą sro­gie kon­se­kwen­cje swo­ich czy­nów. Mistrz razem ze Strażą kon­tro­lują sytu­ację, więc pro­simy o zacho­wa­nie spo­koju.

Jeśli jesteś świad­kiem podej­rza­nego zda­rze­nia lub ktoś z two­jego oto­cze­nia nawo­łuje do rebe­lii, zgłoś się do naj­bliż­szego poste­runku Straży. Obie­cu­jemy ano­ni­mo­wość.

- Kogo zła­pali? Wiesz coś wię­cej? Co z moim tatą? Co z Wil­lia­mem? - wyrzu­ci­łam, zaci­ska­jąc palce na gaze­cie.

- Nie, prze­pra­szam, nie wiem - pokrę­ciła ener­gicz­nie głową, aż jej rude loki zafa­lo­wały. Na moment opu­ściła wzrok, ale szybko spoj­rzała na mnie i uśmiech­nęła się deli­kat­nie. - Cho­dziło mi o to.

Poka­zała swoją gazetę, odwró­coną na kolej­nej stro­nie i wbiła palec w sam śro­dek.

Weź udział w Raj­dzie Smo­ków!

Z powodu rezy­gna­cji jed­nego z zawod­ni­ków Rajdu ogła­szamy nabór do dru­żyny.

Zawody spraw­dza­jące indy­wi­du­alne zdol­no­ści oraz wie­dzę odbędą się w try­bie natych­mia­sto­wym, jutro na rynku. Wszyst­kich chęt­nych zapra­szamy!

Pamię­taj­cie, że nie pono­simy odpo­wie­dzial­no­ści za wyrzą­dzone szkody.

Rzu­ci­łam jesz­cze raz okiem na ogło­sze­nie i zdzi­wiona pod­nio­słam wzrok na Vic­to­rię.

- Zgło­śmy się! Od kiedy wyszłaś ze szpi­tala, jesteś wła­snym cie­niem. Pra­wie nie wycho­dzisz, z nikim nie roz­ma­wiasz... - zawa­hała się. - Wiem, że nie jest ci łatwo, że czu­jesz się zdra­dzona i mar­twisz się o tatę, ale sie­dze­nie w pokoju w niczym ci nie pomoże. Spró­bujmy, może któ­raś z nas się dosta­nie? Pomyśl, spo­tkasz Dra­ka­nów z innych wysp, może ktoś będzie wie­dział coś wię­cej?

Opa­dłam bez­sil­nie na sto­jące przy biurku drew­niane krze­sło i rzu­ci­łam gazetę na pusty blat.

- Wybacz, naprawdę nie mam ochoty na żadne rywa­li­za­cje.

Vic­to­ria zła­pała mnie za ramiona i potrzą­snęła lekko.

- Nie możesz tu spę­dzić reszty życia! - powie­działa drżą­cym z eks­cy­ta­cji gło­sem, a oczy jej zabły­sły.

- Tak, wiem. Ale potrze­buję jesz­cze tro­chę czasu. Muszę spo­tkać się z Mistrzem...

- Ile już razy pró­bo­wa­łaś się z nim spo­tkać?

Przy­gry­złam wargę i, nie odpo­wia­da­jąc, skrzy­żo­wa­łam ramiona na piersi.

- Widzisz? Sama już nie wiesz. Znik­nął gdzieś albo cię olewa - rzu­ciła, krę­cąc głową.

- Na pewno jest zajęty łapa­niem rebe­lian­tów, jutro spró­buję ostatni raz.

- Mam iść z tobą?

- Nie, lepiej, żeby nie wie­dział, że wszystko ci powie­działam. Tylko ja, ty i Mistrz wiemy, co naprawdę się wyda­rzyło, a to wszystko, co pisali do tej pory - doda­łam, wska­zu­jąc na gazetę - to tylko pro­pa­ganda.

- O Willu też za dużo, jak dotąd, nie napi­sali, prawda? Jak to szło? "Syn Mistrza, podej­rzany o udział w rebe­lii, na­dal poszu­ki­wany w celu prze­słu­cha­nia".

Wes­tchnęła gło­śno z rezy­gna­cją, a ja poczu­łam ulgę. Mia­łam nadzieję, że przez kilka dni da mi spo­kój. Odsu­nęła się ode mnie, pode­szła do okna i roz­su­nęła koron­kowe firanki.

- A nie myśla­łaś, że Wil­liam miał w tym jakiś inny cel? - zapy­tała, otwie­ra­jąc okno na oścież, a wiatr owiał moje policzki.

Zamy­śli­łam się.

Tak, myśla­łam. Myśla­łam o tym, kła­dąc się spać. Śni­łam o tym. Może tak naprawdę nas nie zdra­dził? Może cią­gle jest po naszej stro­nie?

- Chcia­ła­bym, aby tak było.

Naprawdę nie wie­dzia­łam, co o tym myśleć. Cią­gle gdzieś we mnie w środku tliła się iskierka nadziei, że na to wszystko ist­nieje jakieś wytłu­ma­cze­nie.

Vicky odwró­ciła się od okna, okryła szczel­niej mięk­kim szla­fro­kiem, prze­szła w głąb pokoju i usia­dła ciężko na łóżku. Spoj­rzała na mnie z tro­ską, co robiła noto­rycz­nie, od kiedy wyszłam ze szpi­tala.

- Jesteś pewna, że chcesz zamiesz­kać sama?

- Tak, potrze­buję tego. A ty nie myśla­łaś, żeby zamiesz­kać ze swoim chło­pa­kiem?

Jej oczy roz­sze­rzyły się na moment, a dolna warga zadrżała.

- Chris... - zro­biła nie­na­tu­ral­nie długą prze­rwę i opu­ściła wzrok. - Wczo­raj nagle prze­nie­śli go na Dzi­ban. Mają tam jakieś pro­blemy ze smo­kami, jesz­cze nie wiem, kiedy wróci.

- Pokłó­ci­li­ście się?

Nic dziw­nego, że myśli o Raj­dzie, pew­nie chce zająć czymś głowę, skoro jej chło­pak znik­nął na jakiś czas, pomy­śla­łam.

- Nie, nie, wszystko jest w porządku.

Poki­wa­łam głową.

- Muszę iść na chwilę do Wieży - powie­działa. - Wpadnę potem do two­jego nowego domu, okej? Jak­byś potrze­bo­wała poga­dać, to pamię­taj, że jestem.

- Jasne, tylko kup coś słod­kiego w mie­ście.

Puści­łam do niej oko, a przy­ja­ciółka uśmiech­nęła się pro­mien­nie i wyszła, zosta­wia­jąc mnie samą z cha­osem zarówno w gło­wie, jak i w pokoju. Nie chcąc wię­cej myśleć o arty­kule, zaczę­łam upy­chać roz­rzu­cone na pod­ło­dze ubra­nia do wiel­kiego lnia­nego worka, który przy­go­to­wała dla mnie Elianna. Dotarło do mnie, jak mało mam rze­czy. Spa­ko­wa­łam pra­wie wszystko, a w worku na­dal było sporo miej­sca. Upew­ni­łam się, że wszyst­kie szafki są puste, i rozej­rza­łam się po pokoju. Miesz­ka­łam na Elta­ni­nie dopiero od kilku mie­sięcy, a tyle się zdą­żyło wyda­rzyć. Pozna­łam przy­ja­ciół, opa­no­wa­łam żywioły powie­trza i wody, prze­ko­na­łam do sie­bie smoka, zako­cha­łam się i zosta­łam zdra­dzona. Spoj­rza­łam na ostat­nią rzecz do spa­ko­wa­nia - krysz­tał zawie­szony na oknie, przez który codzien­nie wpa­dały pro­mie­nie słońca, two­rząc w pokoju kolo­rową tęczę. Pre­zent od Wil­liama. Sta­nę­łam na krze­śle i zdję­łam kamień, a migo­czące w pokoju świa­tła znik­nęły.

Zaci­snę­łam dłoń na krysz­tale tak mocno, że jego wyszli­fo­wane krańce bole­śnie wbiły mi się w skórę. Czę­sto myślami wra­ca­łam do mamy i Mii, które zosta­wi­łam na Ziemi, do Oli­wera, a przede wszyst­kim do Wil­liama. Gdy tylko poja­wiał się w moich wspo­mnie­niach, wście­kłość mie­szała się z roz­pa­czą. Co w ogóle do niego czu­łam? Czy to była ta jedna jedyna miłość, o któ­rej piszą w książ­kach? Czy zaufa­łam mu, bo w jego spoj­rze­niu zoba­czy­łam coś, czego nie dostrze­głam ni­gdy wcze­śniej? Tak. Choć­bym się sta­rała, nie mogłam zaprze­czyć, jak na mnie dzia­łał, jak serce biło mi szyb­ciej na jego widok, jak czu­łam się bez­piecz­nie i swo­bod­nie w jego ramio­nach. Dla­tego nie mogłam go znie­na­wi­dzić. Gdy byłam przy nim, czu­łam coś, czego nie dozna­łam ni­gdy wcze­śniej. I chcia­łam się dowie­dzieć, co to jest. Już mia­łam wci­snąć krysz­tał do reszty rze­czy, gdy nagle jakiś impuls kazał mi zatrzy­mać kamień przy sobie. To jedyna rzecz, która mi po nim pozo­stała. Nie­wiele myśląc, prze­ło­ży­łam rze­myk przez głowę, a chłodny kamień dotknął mojej skóry. Sta­nę­łam w drzwiach i rozej­rza­łam się po pokoju. Był pusty, zupeł­nie jak­bym ni­gdy tu nie miesz­kała.

- Elianna? - zapy­ta­łam gło­śno, scho­dząc po scho­dach.

- Tutaj! - w salo­nie roz­legł się głos opie­kunki.

Weszłam do pomiesz­cze­nia, w któ­rym patrzyły na mnie oczy osób z por­tre­tów wiszą­cych na ścia­nach. Tylu oso­bom pomo­gła w pierw­szych dniach życia na wyspie. Kobieta sie­działa na kana­pie, włosy miała zwią­zane wysoko i szybko poru­szała dru­tami w dło­niach.

- To dla cie­bie - powie­działa, nie prze­ry­wa­jąc dzier­ga­nia, i głową wska­zała paku­nek leżący na stole.

Odwi­nę­łam szary papier i zanu­rzy­łam palce w mięk­kiej weł­nie. Wycią­gnę­łam z paczki długi, czer­wony sza­lik.

- Kolor Suli­rada - wyszep­ta­łam ze wzru­sze­niem.

- Podoba ci się? Nie­długo zrobi się zimno, pomy­śla­łam więc, że ci się przyda.

- Sama to zro­bi­łaś? Dzię­kuję!

Uśmiech­nę­łam się i owi­nę­łam szal wokół szyi. Włóczka była tak przy­jemna w dotyku, że mia­łam ochotę cała owi­nąć się sza­lem i scho­wać przed świa­tem. Elianna odło­żyła druty i spoj­rzała na mnie błysz­czą­cymi oczyma.

- Chcesz, żebym poszła z tobą?

- Nie trzeba, ale możesz przyjść jutro na her­batę.

Wstała i pode­szła do mnie, a w kąci­kach jej oczu zbie­rały się łzy.

- Prze­pra­szam, że nie mogłam ci bar­dziej pomóc...

Zanim powie­działa coś wię­cej, wycią­gnę­łam ręce i mocno ją przy­tu­li­łam. Nie chcia­łam jej dłu­żej obar­czać swoją obec­no­ścią i zwy­czaj­nie potrze­bo­wa­łam być sama.

- Pomo­głaś wystar­cza­jąco. Bez cie­bie pew­nie umar­ła­bym z głodu i przez cały czas przy­cho­dziła wszę­dzie spóź­niona. No i przy­go­to­wa­łaś mi wszystko w nowym domu.

Uśmiech­nęła się deli­kat­nie, a na jej policz­kach poja­wiły się małe dołeczki.

- Daj znać, gdyby ci cze­goś zabra­kło.

- Dzię­kuję za wszystko.

Wypu­ści­łam ją z objęć i wyszłam z pokoju, zabie­ra­jąc swoje rze­czy. Opu­ści­łam dom, jesz­cze raz zer­ka­jąc za sie­bie. Tu wszystko się zaczęło, a teraz cze­kał mnie nowy roz­dział.

***

Szłam z całym dobyt­kiem w jed­nym worku zarzu­co­nym na plecy wzdłuż zbo­cza gór, mija­jąc jaski­nię, w któ­rej znaj­do­wały się jaja smo­ków. Ostat­nie codzienne wędrówki, żeby spraw­dzić, czy nie wykluły się smoki, były moją główną moty­wa­cją do wsta­nia z łóżka.

Dotar­łam do brzegu stru­myka i ruszy­łam teraz jego brze­giem. Kawa­łek dalej, na nie­du­żym wznie­sie­niu, gdzie zaczy­nał się las, stał mały dom z pod­da­szem. Zbu­do­wany z dębo­wych bali, pokryty sza­rymi cera­micz­nymi dachów­kami, miał nie­wiel­kie okna z ażu­ro­wymi okien­ni­cami - z pozoru niczym się nie wyróż­niał, ale gdy kilka dni wcze­śniej przy­szłam tu z Elianną, od razu mnie zauro­czył.

Coś mnie do niego przy­cią­gało, jakby nie­wi­dzialna ener­gia zapra­szała mnie do środka. Sil­nie wie­rzy­łam swo­jej intu­icji, więc od razu pod­ję­łam decy­zję. Elianna i Vic­to­ria pomo­gły mi zor­ga­ni­zo­wać prze­pro­wadzkę oraz ścią­gnęły kogoś, kto spraw­dził stan tech­niczny domu i zro­bił kilka nie­zbęd­nych napraw. A gdy oka­zało się, że dom jest gotowy do zamiesz­ka­nia, wypo­sa­żyły mnie we wszystko, czego potrze­bo­wa­łam, a nawet wię­cej. Weszłam na ganek, na któ­rym stały krze­sła i sto­lik, a po dru­giej stro­nie dwu­oso­bowa huś­tawka, na którą namó­wiła mnie Vicky. Byłam im ogrom­nie wdzięczna za pomoc. Meblo­wa­nie czy deko­ra­cja wnętrz ni­gdy nie były moją mocną stroną. To mama miała hopla na tym punk­cie, więc to ona dbała o takie rze­czy jak nowe ręcz­niki, dobie­ra­nie podu­szek do pościeli czy detale na każdą porę roku.

Spoj­rza­łam na drzwi, na któ­rych wid­niał prze­cięty trój­kąt - sym­bol żywiołu wia­tru. Znak, że mieszka tu osoba wła­da­jąca tym żywio­łem. Prze­je­cha­łam po nim opusz­kami pal­ców, nie mogąc powstrzy­mać uśmie­chu. Zasta­na­wia­łam, się, czy nie dodać jesz­cze znaku wody, ale stwier­dzi­łam, że zro­bię to po tre­ningu, który mnie cze­kał.

Mój dom. Jesz­cze kilka mie­sięcy temu nic nie zwia­sto­wało, abym w ogóle miała wypro­wa­dzić się od rodzi­ców, a teraz mia­łam wła­sny dom. I to w sto­licy Smo­czych Wysp. Cią­gle trudno mi było uwie­rzyć, jak szybko zmie­niło się moje życie. Dziś, zamiast iść na stu­dia, musia­łam zna­leźć spo­sób, aby ura­to­wać tatę i zapo­biec kata­stro­fie. Na samą myśl o cią­żą­cym na mnie brze­mie­niu poczu­łam uścisk w klatce pier­sio­wej i przy­śpie­szone bicie serca. To wszystko mnie przy­tła­czało. Z Wil­lia­mem u boku czu­łam się pew­niej, teraz jed­nak musia­łam pora­dzić sobie sama. No, pra­wie sama.

Pora poka­zać Suli­ra­dowi mój nowy dom.

Zamknę­łam oczy i pozwo­li­łam zadzia­łać intu­icji. Przy­po­mnia­łam sobie, co czu­łam, gdy go widzia­łam. Mia­łam wra­że­nie, że za każ­dym razem łatwiej było mi nawią­zać z nim połą­cze­nie, jakby sta­wało się ono natu­ralną czę­ścią mnie samej.

Musiał być nie­da­leko, bo po chwili doj­rza­łam czer­wony kształt prze­ci­na­jący ciemne chmury. Smok roz­ło­żył skrzy­dła, zato­czył nade mną koło, po czym wylą­do­wał nie­da­leko, a powie­trze poru­szone jego skrzy­dłami roz­wiało mi włosy. Serce waliło mi z eks­cy­ta­cji, gdy ruszy­łam do niego szyb­kim kro­kiem, podzi­wia­jąc mie­niące się kolo­rami ognia łuski. Skie­ro­wał na mnie wzrok i poczu­łam prze­szy­wa­jące mnie jed­no­cze­śnie uczu­cia nie­po­koju i ulgi.

- Jak skrzy­dło?

Zbli­żył się do mnie, po czym roz­pro­sto­wał je, roz­cią­ga­jąc błonę. Po chwili prze­krzy­wił głowę, jakby chciał zapy­tać o moje zdro­wie.

- Coraz lepiej. Myślę, że nie­długo będę mogła już latać.

Pode­szłam do niego tak bli­sko, że jed­nym ruchem ręki mogłam dotknąć jego noz­drzy. Owio­nął mnie zapach siarki pomie­sza­nej z dymem. Zapach smoka. Suli­rad poło­żył się na tra­wie, a jego ogromne ciel­sko zmiaż­dżyło drobne rośliny. Wycią­gnę­łam dłoń i pogła­dzi­łam opusz­kami śli­skie łuski. Nie­ważne, ile razy to robi­łam, ist­nie­nie tego stwo­rze­nia cią­gle wyda­wało mi się nie­re­alne. A jed­nak leżał przede mną, deli­kat­nie pochy­la­jąc głowę. Bli­skość smoka, zamiast prze­ra­że­nia, dawała mi poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Przy­tknę­łam czoło do chłod­nych łusek pomię­dzy noz­drzami. Oto­czyło mnie gorące powie­trze, gdy Suli­rad zro­bił wydech.

Mia­łam zamknięte oczy, a w gło­wie zaczęły mi się poja­wiać nie­znane obrazy. Widzia­łam małe smoki lata­jące wokół mnie. Potem obraz się zmie­nił i lecia­łam nad zie­mią, spo­glą­da­jąc na nie­skoń­czoną wodę. A gdy znów się zmie­nił - zoba­czy­łam sie­bie. Mia­łam czer­wony płaszcz i szłam do baru spo­tkać się z Oli­we­rem i Mią. Wtedy, ten czer­wony kształt na nie­bie...

To musiał być Suli­rad, co zna­czyło, że widzia­łam wła­śnie jego...

- Wspo­mnie­nia? - zapy­ta­łam gło­śno.

Nagle poczu­łam coś dziw­nego, jakby ktoś ści­skał mi mózg. Tępy ból głowy pro­mie­nio­wał przez skro­nie na całe ciało. Czu­łam coś takiego już wcze­śniej, ale o wiele lżej, tylko raz - kiedy smok wyja­wił mi swoje imię. Teraz ból był tak silny, że osu­nę­łam się na kolana, opie­ra­jąc się ręką o smo­czy pysk.

- To... ty? - wydu­si­łam z sie­bie.

- Tak, usły­sza­łam w gło­wie niski, wibru­jący głos.

- Dla­czego...?

- Masz... ener­gii...

Słowa wybu­chały w mojej gło­wie nie­skład­nie. Nie mogłam zro­zu­mieć, co chce powie­dzieć. Nagle uścisk zelżał, choć żyły dalej pul­so­wały, jakby miały wybuch­nąć.

Czy to w ogóle moż­liwe? Czy można roz­ma­wiać ze smo­kiem?, pomy­śla­łam.

Krę­ciło mi się w gło­wie. Nikt mi nie wspo­mi­nał o roz­mo­wie. Komu­ni­ko­wa­li­śmy się poprzez intu­icję, ale słowa? I te wspo­mnie­nia, które widzia­łam? Pół­przy­tomna popa­trzy­łam w oczy smoka, który napiął wszyst­kie mię­śnie, gotowy zare­ago­wać.

- Już... mi lepiej - wyszep­ta­łam, nabie­ra­jąc powie­trza w płuca, choć czu­łam, jak­bym wypeł­niała je ogniem.

Suli­rad roz­luź­nił się, choć jego inten­sywne spoj­rze­nie skie­ro­wane było pro­sto na mnie.

- Anna! - usły­sza­łam zna­jomy głos.

Suli­rad natych­miast napiął wszyst­kie mię­śnie. Odwró­cił głowę, a następ­nie, roz­pro­sto­wu­jąc skrzy­dła, odbił się od ziemi, spra­wia­jąc, że drzewa wokół zako­ły­sały się.

Vicky bie­gła w moją stronę.

- Wszystko w porządku? Wyglą­dasz blado - powie­działa, przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie.

- Tak, chyba tak...

Powie­dzieć jej?, zawa­ha­łam się, ale posta­no­wi­łam, że zatrzy­mam dla sie­bie to, co się przed chwilą wyda­rzyło. Zmu­si­łam się do uśmie­chu i gestem zapro­si­łam ją do środka. Vicky wrę­czyła mi cia­sto cze­ko­la­dowe, na któ­rego widok ślinka napły­nęła mi do ust, i weszły­śmy do małej kuchni połą­czo­nej z salo­nem.

Kiedy szy­ko­wa­łam kawę, przez cały czas czu­łam na ple­cach spoj­rze­nie przy­ja­ciółki, a gdy odwró­ci­łam się w jej stronę, otwo­rzyła usta, jakby chciała coś powie­dzieć, ale spu­ściła wzrok i zaczęła nakła­dać cia­sto na por­ce­la­nowe tale­rzyki.

- Coś się stało?

Znów ucie­kła wzro­kiem i nie­zdar­nie zało­żyła rudy kosmyk wło­sów za ucho.

- Byłam w Małym co nieco po cia­sto i usły­sza­łam, jak Alojzy mówił, że spo­tkał Zenka...

- Zenka? - odsta­wi­łam kubek z kawą, żeby mi nie wypadł z ręki. - Gdzie? Tyle razy pró­bo­wa­łam się z nim spo­tkać! Bez słowa zamknął Wichrowe Wzgó­rze i znik­nął. Prze­cież byłam przed jego domem tyle razy, ale nikt nie otwie­rał...

- Wiem - powie­działa cicho i dopiero zda­łam sobie sprawę z tego, że pod­nio­słam głos. - Wiem, że go szu­ka­łaś, ale nie o to cho­dzi. On podobno... nie był w naj­lep­szym sta­nie.

Zmru­ży­łam oczy i opar­łam się o blat.

- Co masz na myśli?

- Był pijany i no... zanie­dbany.

Wypu­ści­łam gło­śno powie­trze. Tego się oba­wia­łam.

- Wiesz, kiedy Alojzy go widział?

- Chyba wczo­raj, ale lepiej będzie, jak go sama zapy­tasz. Chcesz to spraw­dzić?

Poki­wa­łam głową.

- Pójdę z tobą do rynku. Muszę przy­go­to­wać kilka rze­czy na jutrzej­szy kon­kurs. Może jed­nak pój­dziesz ze mną na eli­mi­na­cje?

- Prze­pra­szam cię, Vicky, ale to ostat­nie, na co mam teraz ochotę. Może nie­długo pozwolą mi w końcu lecieć na Alra­kis, żeby spo­tkać się z Oli­we­rem.

Od kiedy Mistrz potwier­dził, że mój przy­ja­ciel znaj­duje się na innej wyspie, nie mogłam się docze­kać, aż odzy­skam cał­ko­witą spraw­ność i wyru­szę w podróż. Mia­łam szcze­rze dość letargu, w który ostat­nio zapa­dłam.

***

Vicky zosta­wiła mnie przed pie­kar­nią, a gdy weszłam do środka, zabur­czało mi w brzu­chu od zapa­chu słod­kich bułe­czek. Ten aro­mat pobu­dził moje śli­nianki jak nic do tej pory, a pozy­tywna ener­gia, która biła od wła­ści­ciela, spra­wiła, że nie mogłam powstrzy­mać uśmie­chu. Nie ja jedyna, bo w środku zasta­łam śmie­jącą się gło­śno Esterę, na któ­rej widok zrze­dła mi mina. Jeśli kogoś na wyspie szcze­rze nie­na­wi­dzi­łam, to była to wła­śnie ta kobieta. Cią­gle nie mogłam zro­zu­mieć, czemu Alojzy się z nią spo­ty­kał. Odwró­ci­łam się ple­cami, pra­gnąc, żeby nie zauwa­żyła mnie zza zie­lo­nego filaru. Uda­wa­łam, że limon­kowe dropsy są nad­zwy­czaj inte­re­su­jące, żeby tylko nie napo­tkać jej smo­czych oczu.

- Anno, to ty? Dobrze, że przy­szłaś.

I na tyle zdała się moja kry­jówka, pomy­śla­łam, siląc się na lekki uśmiech.

- Dzień dobry - przy­wi­ta­łam się, zer­ka­jąc na weso­łego sta­ruszka za ladą i prze­nio­słam wzrok na Esterę. Gdy tylko nasze spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały, prze­szedł mnie zimny dreszcz. Estera natych­miast wykrzy­wiła usta i wes­tchnęła gło­śno.

Nie dam się, posta­no­wi­łam z mocą. Wypchnę­łam klatkę pier­siową do przodu i zadar­łam brodę. Nie będę się kuliła jak owieczka przed bestią.

- To ja już pójdę - rzu­ciła Estera, mie­rząc mnie wzro­kiem z góry na dół z nie­ukry­waną pogardą.

Zaci­snę­łam mocno pię­ści. Mia­łam ochotę podejść i nią potrzą­snąć. Nic jej prze­cież nie zro­bi­łam, a mimo to ona otwar­cie oka­zy­wała mi nie­chęć. Wstrzy­ma­łam oddech, dopóki drzwi za nią się nie zamknęły, i - uspo­ka­ja­jąc się w myślach - zwró­ci­łam się do Aloj­zego, który gła­skał swoją kozią bródkę.

- To prawda, że widzia­łeś Zenka? - spy­ta­łam pro­sto z mostu.

Alojzy spu­ścił głowę, a zmarszczki mię­dzy jego brwiami się pogłę­biły.

- Tak, wpadł na mnie, dosłow­nie wpadł, wczo­raj wie­czo­rem. Chcia­łem mu pomóc, ale dał się tylko odpro­wa­dzić do domu, a potem mnie prze­go­nił... Wyglą­dał, jakby dawno nie jadł nic porząd­nego. Wró­ci­łem do niego rano, ale już nie otwo­rzył.

Pokrę­cił głową i ruszył do gabloty z bułecz­kami wypeł­nio­nymi mię­snym far­szem.

- Poma­ga­łaś mu w barze, prawda? Mia­łem zamiar spo­tkać się z tobą po zamknię­ciu i popro­sić cię, żebyś do niego zaj­rzała. Może tobie otwo­rzy?

- Mam taką nadzieję. Pró­bo­wa­łam skon­tak­to­wać się z nim kilka razy, nie­stety bez­sku­tecz­nie.

Wrę­czył mi papie­rową torbę wypeł­nioną po brzegi jesz­cze cie­płymi wypie­kami.

- Może dzi­siaj się uda - uśmiech­nął się cie­pło.

Podzię­ko­wa­łam mu i wyszłam, kie­ru­jąc się w stronę miesz­ka­nia Zenka. Minę­łam po dro­dze bar, który teraz odstra­szał ciem­nymi szy­bami. Jesz­cze nie­dawno o tej porze zaczy­na­li­śmy pracę. To tęt­niące życiem miej­sce spo­tkań teraz stało się ponu­rym nie­użyt­kiem. Niebo zasnuły ciemne chmury zapo­wia­da­jące ulewę, a poje­dyn­cze smoki prze­ci­nały niebo, wra­ca­jąc do swo­ich jaskiń. Szłam wzdłuż kolo­ro­wych kamie­nic i skrę­ci­łam we wzno­szącą się w górę uliczkę. Na jej końcu dostrze­głam sym­bol kufla na drzwiach. Dom jako jedyny pokryty był blusz­czem, któ­rego liście zaczęły już żółk­nąć. Pod­nio­słam rękę i zawa­ha­łam się.

A co, jeśli nie otwo­rzy? A jeśli otwo­rzy, a ja wcale nie jestem gotowa na to, co mnie czeka w środku?

Potrzą­snę­łam głową i z całej siły zapu­ka­łam. Przez dłuż­szą chwilę nic się nie działo. Zer­k­nę­łam w okna, ale w żad­nym nie dostrze­głam ruchu. Zapu­ka­łam ponow­nie. Niebo zaczęło już sza­rzeć. Latar­nie przy głów­nej ulicy się włą­czyły, a ich skąpe świa­tło led­wie tu docie­rało, spra­wia­jąc, że cie­nie wykrzy­wiały się nie­na­tu­ral­nie. Na­dal sta­łam przed tymi drzwiami, z nadzieją cze­ka­jąc, aż Zenek mi otwo­rzy. Mijały minuty i robiło się coraz ciem­niej. Nagle pod­sko­czy­łam, gdy usły­sza­łam dźwięk roz­bi­ja­nych naczyń. Więc jed­nak ktoś był w środku.

- Daj mi spo­kój! - usły­sza­łam zza drzwi.

Mało mnie to obcho­dziło, że nie chciał nikogo widzieć. Już się­ga­łam do klamki, gdy drzwi otwo­rzyły się z hukiem i wyle­ciał z nich Ste­fan. Szybko machał skrzy­dłami, pró­bu­jąc utrzy­mać się w powie­trzu na wąskim kory­ta­rzu. Czu­łam, że jest wście­kły, ale mia­łam nadzieję, że nie byłam tego powo­dem.

- Cześć - rzu­ci­łam zasko­czona do smoka, na co przy­wi­tał mnie stru­mie­niem iskier i prze­su­nął się, żebym mogła wejść.

- To ja, Anna, wcho­dzę! - krzyk­nę­łam w głąb domu.

- Jestem w kuchni - dotarło do mnie ciche mam­ro­ta­nie, które led­wie zro­zu­mia­łam.

Zmarsz­czy­łam nos, pró­bu­jąc nie wdy­chać kwa­śnego zapa­chu, który uno­sił się w całym domu. Prze­szłam kory­tarz, lawi­ru­jąc pomię­dzy ubra­niami i pustymi butel­kami, przez cały czas czu­jąc na ple­cach gorący oddech Ste­fana. Zro­bi­łam duży krok, prze­stę­pu­jąc plamę nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nego płynu roz­la­nego w przej­ściu, i weszłam do kuchni. Zamar­łam, kiedy zoba­czy­łam przy­ja­ciela. Nie­gdyś schlud­nie przy­cięta broda skła­dała się teraz z ciem­nych wywi­nię­tych we wszyst­kie strony kosmy­ków, wręcz bła­ga­ją­cych o nożyczki. Sińce pod oczami kon­tra­sto­wały z bladą twa­rzą, lecz naj­bar­dziej prze­ra­ziły mnie same oczy. Rado­sne iskry, które przy­cią­gały tłumy, znik­nęły, a zastą­pił je odstra­sza­jący chłód. Bar­man sie­dział na kra­wę­dzi stołka z kuflem w ręce.

- Przy­nio­słam ci jedze­nie od Aloj­zego - powie­dzia­łam cicho i poło­ży­łam torbę na stole, ale nawet na nią nie spoj­rzał. Usia­dłam po dru­giej stro­nie, sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na kle­jący się obrus. Teraz do mnie dotarło, że nawet nie wie­dzia­łam, od czego zacząć roz­mowę.

- Żeż nic nie zauwa­ży­łem! - wark­nął z wście­kło­ścią i drżącą ręką pod­niósł kufel, a jego zawar­tość zafa­lo­wała, wyle­wa­jąc się na stół. Przy­ci­snął szklankę do ust i pił tak zachłan­nie, że płyn kapał mu na koszulkę, two­rząc nowe plamy obok star­szych kolo­ro­wych.

- Prze­pra­szam... - wyszep­ta­łam, nie wie­dząc, gdzie skie­ro­wać wzrok.

- Za co? - bek­nął prze­cią­gle. - Prze­cież to nie ty pla­no­wa­łaś prze­wrót za moimi ple­cami. Nie ty nas zdra­dzi­łaś i opu­ści­łaś.

- Tak, ale... - zamil­kłam.

Trudno mi było na niego patrzeć. Mia­łam ochotę uciec i zosta­wić go samego w roz­pa­czy. Byłam taka naiwna. Jak mogłam go pocie­szyć, skoro sama byłam w roz­sypce?

Nagle Zenek zako­ły­sał się nie­bez­piecz­nie na stołku, a moje ciało natych­miast zare­ago­wało. Rzu­ci­łam się w jego kie­runku, ale Ste­fan był szyb­szy. Zła­pał bar­mana, zanim ten wylą­do­wał na drew­nia­nych bel­kach. Chwy­cił go pazu­rami za popla­mioną koszulę i wywlókł z kuchni. Zosta­łam sama.

Sie­dzia­łam tak jesz­cze przez chwilę, patrząc bez­myśl­nie na pusty kufel. Po zapa­chu róż roz­po­zna­łam Płynną Radość.

O iro­nio!

Cze­ka­łam na powrót Ste­fana. Usły­sza­łam kilka prze­kleństw, huk i po chwili smok poja­wił się w kuchni. Nie mógł wle­cieć przez otwarte drzwi, więc zło­żył skrzy­dła i wszedł na czte­rech łapach, macha­jąc wście­kle głową na boki. Zawa­ha­łam się. Nie mogłam spy­tać nikogo innego.

- On... długo już tak?

Smok kłap­nął szczę­kami.

No tak, czego ja się spo­dzie­wa­łam? Że zacznie gadać?

Ste­fan wpa­try­wał się we mnie inten­syw­nie, jakby na coś cze­kał. Nie wie­dzia­łam, czy mnie zro­zu­mie, ale warto było spró­bo­wać.

- Zosta­wiam jedze­nie i notatkę z moim nowym adre­sem. Daję mu ostat­nią szansę, zanim podejmę kon­kretne środki i zapro­wa­dzę go do Wieży na lecze­nie. Niech się ze mną skon­tak­tuje, jak wytrzeź­wieje.

Wyszłam, zosta­wia­jąc jesz­cze odręczną notatkę. Wie­dzia­łam, że to nie mogło dłu­żej tak wyglą­dać. Zarówno ja, jak i on musie­li­śmy zacząć wal­czyć z przy­tła­cza­jącą nas rze­czy­wi­sto­ścią.

Rozdział 2

2

Zimno prze­szy­wało mnie do kości. Było tak ciemno, że dopiero po chwili gdzieś nie­da­leko mnie dostrze­głam ruch. Skrzy­wi­łam się, gdy roz­legł się zgrzyt metalu.

- Ucie­kaj... - dotarł do mnie szept.

- Tato, to ty?

Nagle wszystko znik­nęło, ota­czała mnie ciemna otchłań.

- Tato? Tato!

Gwał­tow­nie usia­dłam na łóżku i odru­chowo zaci­snę­łam dłoń na kamie­niu scho­wa­nym pod koszulą nocną i puści­łam dopiero wtedy, gdy oddech mi się uspo­koił.

To tylko sen, pomy­śla­łam.

Cią­gle zasta­na­wia­łam się, co zro­bić z tym krysz­ta­łem. Z jed­nej strony nie chcia­łam, żeby coś przy­po­mi­nało mi o Wil­lia­mie, ale nie mogłam tak po pro­stu się pozbyć tego kamie­nia. Jakaś część mnie chciała mieć go przy sobie, czu­jąc, że daje mi nie­ra­cjo­nalne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Posta­no­wi­łam więc nosić go jak tali­zman, dopóki nie spo­tkam się z chło­pa­kiem i nie zade­cy­duję, co zro­bić z tymi wszyst­kimi uczu­ciami, które w sobie tłam­si­łam.

Wsta­łam z łóżka i narzu­ci­łam na ramiona cie­pły szla­frok. Mała sypial­nia przy­po­mi­nała pokój w domu Elianny, w któ­rym spa­łam przez ostat­nich kilka mie­sięcy. Wcale mi to nie prze­szka­dzało, wręcz prze­ciw­nie, poma­gało poczuć się jak u sie­bie. Tym, co odróż­niało to pomiesz­cze­nie od tam­tego, był sko­śny sufit, który doda­wał uroku siel­skiemu domowi. Na pod­da­szu znaj­do­wała się tylko sypial­nia i łazienka, więc poszłam zmyć z sie­bie resztki kosz­maru. Potem zeszłam stro­mymi scho­dami. Chcia­łam pobie­gać, co robi­łam regu­lar­nie od momentu, kiedy alche­micy w Wieży pozwo­lili mi ćwi­czyć. Musia­łam jak naj­szyb­ciej wró­cić do formy, żeby utrzy­mać się na smoku pod­czas lotu. Gdy byłam w poło­wie klatki scho­do­wej, zatrzy­ma­łam się. Wyczu­łam czy­jąś obec­ność. Zaczę­łam gorącz­kowo myśleć, kto mógł przyjść do mnie o tak wcze­snej porze i do tego nie­pro­szony. Wezwa­łam żywioł wia­tru, żeby mieć jakąś prze­wagę. Czu­łam deli­katny powiew na twa­rzy, gotowy, by zamie­nić się w wichurę na mój roz­kaz.

- To ja.

Wzię­łam głę­boki wdech. Zbyt dobrze zna­łam ten niski, pewny sie­bie głos. Nie spodo­bało mi się, że wszedł tu bez uprze­dze­nia i bez pozwo­le­nia.

Co chciał przez to poka­zać?

- Pro­szę, czuj się jak u sie­bie, Mistrzu - wyce­dzi­łam z iro­nią, uspo­ka­ja­jąc żywioł i wcho­dząc do kuchni.

Przy małym kwa­dra­to­wym stole, na jed­nym z krze­seł sie­dział wysoki męż­czy­zna, który zupeł­nie nie paso­wał do tego zwy­czaj­nego pomiesz­cze­nia. Ostatni raz widzia­łam go, gdy odwie­dził mnie w szpi­talu. W ogóle się nie zmie­nił. Nie zdzi­wił mnie już ani jego nie­ska­zi­telny wygląd, ani dłu­gie, białe włosy, zle­wa­jące się z długą szatą o tym samym kolo­rze.

Co on tu robi, do cho­lery?

Nawet brew mi nie drgnęła. Nie chcia­łam dać po sobie poznać zasko­cze­nia, czu­łam, że nie mogę do końca mu ufać po tym, jak okła­mał mnie na temat miej­sca pobytu mojego ojca.

- Podać coś do picia?

- Nie trzeba, nie zostanę długo.

Usia­dłam naprze­ciwko, pró­bu­jąc uspo­koić oddech. Gdy roz­ma­wia­łam z nim ostat­nio w szpi­talu, wyda­wał się bar­dziej... ludzki. Teraz ponow­nie zało­żył maskę. Jego oczy nie wyra­żały żad­nych emo­cji, co mocno mnie nie­po­ko­iło. Był jak rzeźba wyryta w mar­mu­rze.

- Od wyj­ścia ze szpi­tala byłam w zamku kilka razy, ale podobno Mistrza nie było.

- Tak, byłem w podróży.

Jego spo­kój zaczy­nał mnie iry­to­wać.

- Co z moim ojcem? Czy moja mama nie jest w nie­bez­pie­czeń­stwie? Co z Wil­lem? Czemu okła­mu­jesz Dra­ka­nów, że kon­tro­lu­je­cie rewo­lu­cję?

Wybu­chłam i zaci­snę­łam mocno pię­ści. Zda­wało mi się, że przez twarz prze­mknął mu gry­mas, ale trwało to tak krótko, że mogło mi się wyda­wać.

- Pomi­ja­jąc prawdę, zapo­bie­gam kata­stro­fie. Wyobra­żasz sobie setki smo­ków z każ­dej wyspy, spa­ni­ko­wa­nych Dra­ka­nów, szu­ka­ją­cych... Czego wła­ści­wie? Jestem za nich odpo­wie­dzialny i zro­bię wszystko, żeby zacho­wać sta­tus quo oraz zapew­nić oby­wa­te­lom bez­pie­czeń­stwo. Do tej pory Kihoon nie wyko­nał żad­nego kroku i liczę, że tak zosta­nie.

Skrzy­wi­łam się. Ta odpo­wiedź mnie nie satys­fak­cjo­no­wała i nie wyja­śniała zupeł­nie nic.

- Chcia­ła­bym zoba­czyć się z moją mamą i Mią, moją przy­ja­ciółką.

Odchy­lił się nie­znacz­nie do tyłu, a jego włosy zafa­lo­wały.

- To obec­nie nie­moż­liwe. Skoro Kihoon zaata­ko­wał cie­bie, zde­cy­do­wa­łem się zapew­nić ochronę two­jej matce. Prze­nie­śli­śmy ją w bez­pieczne miej­sce, moi ludzie jej pil­nują.

- Tak samo jak wcze­śniej mojego taty? - wark­nę­łam.

- Zdaję sobie sprawę, że nad­uży­łem two­jego zaufa­nia, lecz pro­szę cię, żebyś dała mi jesz­cze jedną szansę. Nie musisz wszyst­kiego rozu­mieć. Ja wiem, co robię, i robię to dla dobra nas wszyst­kich. Zaufaj mi.

Wpa­try­wa­łam się w niego, szu­ka­jąc jakich­kol­wiek emo­cji, gestu, cze­goś, co pomo­głoby mi go odczy­tać. Nie zoba­czy­łam nic oprócz czar­nych oczu, które odzie­dzi­czył po nim Wil­liam. W końcu pod­da­łam się, wypusz­cza­jąc powie­trze z płuc i roz­luź­nia­jąc barki.

- W czym mogę pomóc w takim razie?

- Chciał­bym, abyś wzięła udział w Raj­dzie Smo­ków.

Mru­gnę­łam kilka razy, mając nadzieję, że tylko się prze­sły­sza­łam, ale on dalej patrzył na mnie z tym kamien­nym wyra­zem twa­rzy.

- Słu­cham? W tym raj­dzie, w któ­rym miał brać udział... - prze­łknę­łam gło­śno ślinę - Ham­ming?

Serce mnie zabo­lało na samo wspo­mnie­nie o nim. Gdy tylko zaczy­na­łam o nim myśleć, fizycz­nie wręcz czu­łam cię­żar jego mar­twego ciała na moich bar­kach.

- Dla­czego ja? Widzia­łam ogło­sze­nie o eli­mi­na­cjach i się nie zgło­si­łam. Muszę spo­tkać się z Oli­we­rem, zna­leźć tatę i Wil­liama, a nie bawić się w rajdy - mówi­łam coraz gło­śniej.

Chcia­łam kon­ty­nu­ować, ale nagle uniósł dłoń, uci­sza­jąc mnie. Po raz pierw­szy na jego twa­rzy poja­wił się gry­mas jakichś emo­cji.

- Czy jesteś wystar­cza­jąco silna, by poko­nać Kiho­ona? Czy pra­wie nie umar­łaś ostat­nim razem? Czu­jesz się na tyle odważna, żeby z nim wal­czyć? Wiesz, gdzie go szu­kać? To pro­szę, leć!

Zaci­snę­łam zęby i zamil­kłam z rezy­gna­cją. Wie­dzia­łam, że ma rację. Opa­dłam na opar­cie krze­sła, roz­luź­ni­łam ramiona i nabra­łam głę­boko powie­trza. Poczu­łam jakieś dziwne uczu­cie satys­fak­cji, że udało mi się go wypro­wa­dzić z rów­no­wagi.

Czyli jed­nak są w nim jakieś uczu­cia.

- Zapew­nię ci odpo­wiedni tre­ning, naj­lep­szych ludzi, wszystko, czego będziesz potrze­bo­wała. Jeśli zechcesz, będziesz potężna. Nikt cię nie pokona. Ale naj­pierw weź­miesz udział w Raj­dzie.

- Czemu to muszę być ja?

- Bo tobie ufam naj­bar­dziej, tylko ty znasz całą prawdę i wiem, że zależy ci na moim synu. Podej­rze­wam, że w dru­ży­nie repre­zen­tu­ją­cej naszą wyspę mogą być szpie­dzy Linn. Ona rekru­to­wała trójkę zawod­ni­ków, a jeden z nich już oka­zał się zdrajcą. Chcę, żebyś miała oko na pozo­stałą dwójkę. Nie mogę nikogo o nic oskar­żyć, bo nie mam dowo­dów, ale jeśli moje podej­rze­nia się spraw­dzą, możemy to wyko­rzy­stać. Będziesz jego cie­niem i dowiesz się, gdzie jest Kihoon oraz twój ojciec.

- Czemu po pro­stu nie odwo­łasz całej tej imprezy?

Pochy­lił się do przodu i złą­czył dło­nie, opie­ra­jąc łok­cie o blat.

- Anno... - zaczął ciężko. - Jestem odpo­wie­dzialny za wiele ist­nień. Gdy­bym to zro­bił, wybu­chłoby ogromne zamie­sza­nie. Dra­ka­nie od dawna cze­kali na to wyda­rze­nie. Dodat­kowo ostat­nie tygo­dnie wpro­wa­dziły nie­po­trzebny nie­po­kój, więc przyda się, żeby­śmy o tym wszyst­kim zapo­mnieli.

Prze­krzy­wi­łam lekko głowę i skrzy­żo­wa­łam ręce na piersi. Z tru­dem powstrzy­ma­łam się przed powie­dze­niem, co naprawdę o tym myślę.

- A jeśli się nie zgo­dzę?

- Na twoim miej­scu bym nie odma­wiał. Zwol­niły się dwa miej­sca w dru­ży­nie. Twoja przy­ja­ciółka wła­śnie bie­rze udział w eli­mi­na­cjach i zapewne zaj­mie jedno z nich. Czy nie chcia­ła­byś jej pomóc i mieć pew­ność, że nie będzie gro­ziło jej nie­bez­pie­czeń­stwo? Jeśli znaj­dziesz szpiega i dowiesz się cze­goś poży­tecz­nego, obie­cuję, że zapew­nię two­jej mamie nale­żyte bez­pie­czeń­stwo i po Raj­dzie będziesz mogła się z nią spo­tkać.

Z każ­dym jego sło­wem serce biło mi coraz szyb­ciej, a krew szu­miała w uszach.

Skąd wie, że Vicky się dosta­nie? Prze­cież nie zapla­no­wał tego, żeby... żeby mi gro­zić, prawda?

Znów patrzy­łam w jego bez­denne, puste oczy, mając nadzieję, że podejmę dobrą decy­zję.

- Dobrze zatem. Zga­dzam się.

Drgnął mu kącik ust.

- Cie­szy mnie to - powie­dział. - Jutro rano przy­ślę do cie­bie Inez, która też bie­rze udział w Raj­dzie. To jedna z nie­wielu osób, któ­rym cał­ko­wi­cie ufam. Jest też naj­lep­szą z wojow­ni­czek Straży. Pole­ci­cie na wyspę Alra­kis, gdzie będziesz się uczyła wal­czyć. Spo­tkasz się tam z Beatry­cze. Ona pomoże ci kon­tro­lo­wać żywioł wody. Ma swoje lata i pro­blemy z roz­sąd­kiem, ale jest nie­za­stą­piona w swoim fachu. Będziesz mogła też się zoba­czyć ze swoim kolegą. Masz mało czasu, ale wie­rzę - zro­bił długą pauzę - że dasz z sie­bie wszystko.

- Na pewno mogę ufać tej Inez?

- Tak - odparł krótko, ale nie brzmiało to dla mnie prze­ko­nu­jąco.

Kiw­nę­łam głową, oba­wia­jąc się, że gdy tylko otwo­rzę usta, wypły­nie z nich potok nie­cen­zu­ral­nych słów.

- Będziemy w kon­tak­cie - rzu­cił i, nie cze­ka­jąc na moją odpo­wiedź, wstał i wyszedł, zosta­wia­jąc mnie z mętli­kiem w gło­wie.

Pomy­śla­łam, że zamiast bie­gać, lepiej będzie teraz pola­tać. Skoro jutro wybie­ra­łam się na inną wyspę, wypa­dało spraw­dzić, jak pora­dzę sobie pod­czas krót­kiego lotu. Ale przede wszyst­kim chcia­łam na chwilę uciec od myśli o odby­tej roz­mo­wie. Zamknę­łam oczy i pomy­śla­łam o Suli­ra­dzie. Wyobra­zi­łam sobie, jak ląduje przed domem, a kiedy wyszłam na zewnątrz, już tam na mnie cze­kał. Tym razem mil­czał, ale nie spusz­czał ze mnie wzroku.

Bez zbęd­nej zwłoki wsko­czy­łam mu na grzbiet. A on jakby wie­dział, czego mi potrzeba, bo natych­miast wypro­sto­wał skrzy­dła i już po chwili byli­śmy w powie­trzu, prze­bi­ja­jąc się przez kłę­bia­ste chmury sunące powoli po nie­bie. Po krót­kim cza­sie, kiedy zna­leź­li­śmy się nad kra­wę­dzią wyspy, a przed nami roz­po­ście­rało się morze chmur, poczu­łam wol­ność. Krzy­cza­łam, ile sił w płu­cach. Wypu­ści­łam z sie­bie cały gniew, żal, smu­tek i ból. Wszystko, co towa­rzy­szyło mi od tylu dni, w końcu zna­la­zło ujście. Choć przez chwilę byłam wolna jak wiatr. Gdzieś w środku poja­wiła się myśl, żeby uciec, zosta­wić to wszystko, pole­cieć gdzieś daleko i nie wró­cić. Jed­nak poczu­cie roz­sądku wygrało. Wie­dzia­łam, że wol­ność trwa­łaby chwilę, a odpo­wie­dzial­ność nie dałaby mi spo­koju. Gdy tro­chę się uspo­ko­iłam, krzyk­nę­łam do Suli­rada:

- Ląduj!

Kiedy byli­śmy już bli­sko domu, zoba­czy­łam na łące pod lasem zna­jo­mego smoka, a na ganku mojego domu Vicky. Kiedy Suli­rad gładko wylą­do­wał, moja przy­ja­ciółka też nas dostrze­gła, więc zerwała się z krze­sła i pobie­gła w naszą stronę, macha­jąc trzy­ma­nym w ręce papie­rem i uśmie­cha­jąc się sze­roko. Suli­rad spoj­rzał mi w oczy, a jego źre­nice się zwę­ziły. Wpa­try­wa­łam się w niego, szu­ka­jąc jakiejś wska­zówki, cze­goś, co pomoże mi zro­zu­mieć więź mię­dzy nami. Wciąż patrzył na mnie wycze­ku­jąco, aż w końcu szturch­nął mnie w bok pyskiem, na pozór deli­kat­nie, ale pod jego naci­skiem lekko się prze­su­nę­łam. Nie mia­łam poję­cia, czego może ode mnie chcieć. W jego oczach widzia­łam zawód. Ponie­waż nie reago­wa­łam, w końcu obró­cił się i wzbił się w niebo.

- Udało mi się! - zawo­łała Vicky i rzu­ciła mi się w ramiona. - Wygra­łam eli­mi­na­cje!

Zabra­kło mi tchu, gdy ści­snęła mnie mocno, a w gar­dle poczu­łam gulę. Nie wie­dzia­łam, jak zare­ago­wać.

Czy powie­dzieć jej o wizy­cie Mistrza? Czy on to zaaran­żo­wał? Nie, nie mogę jej tego zdra­dzić. Tak długo jej zajęło, żeby uwie­rzyć w sie­bie, nie mogę jej teraz tego ode­brać. Gdy­bym wyja­wiła jej prawdę, pew­nie zaczę­łaby wąt­pić we wła­sne zdol­no­ści, a prze­cież jest tak dobrą alche­miczką i szybko się uczy.

- Gra­tu­la­cje! - przy­tu­li­łam przy­ja­ciółkę i uśmiech­nę­łam się szcze­rze. - Należy ci się.

Spoj­rzała na mnie, a jej oczy lśniły z rado­ści.

- Myśla­łam, że mi się nie uda, było tylu zdol­nych Dra­ka­nów! Cią­gle nie wie­rzę! Patrz!

Wypro­sto­wała ręce, macha­jąc mi przed twa­rzą dyplo­mem, na któ­rym wid­niał tytuł Repre­zen­tanta Wyspy Elta­nin.

- Opo­wiesz mi, jak było? Chodźmy do środka.

Słu­cha­łam rela­cji o pisem­nym egza­mi­nie z geo­gra­fii świata i Smo­czych Wysp i kiwa­łam głową, pró­bu­jąc zacho­wać entu­zjazm. Czu­łam się nie­zręcz­nie ze świa­do­mo­ścią, że ja rów­nież wezmę udział w Raj­dzie, ale bez eli­mi­na­cji. Co Vicky wtedy o mnie pomy­śli?

Może jed­nak powie­dzieć jej teraz? Nie, to jej chwila.

Uśmiech­nę­łam się więc sze­roko i poda­łam her­batę z korze­nia łopianu. Skoń­czyła opo­wia­dać o teście spraw­no­ścio­wym, przy­gry­zła wargę i popa­trzyła na mnie dziw­nie.

- A wiesz, że pod­czas eli­mi­na­cji przy­cze­piła się do mnie jakaś dziew­czyna i cią­gle wypy­ty­wała o cie­bie?

- O mnie? - zdzi­wi­łam się.

- Tak. Pytała, kiedy poja­wi­łaś się na wyspie, czy masz jakieś spe­cjalne zdol­no­ści. Zby­łam ją, zanim zupeł­nie się roz­krę­ciła.

- Dziwne. A jak wyglą­dała?

- Drobna blon­dynka z takim śmiesz­nym, mocno zadar­tym nosem... Ale jej spoj­rze­nie... - prze­rwała i się wzdry­gnęła. - Patrzyła, jakby chciała mnie prze­szyć na wylot.

Ogar­nęło mnie jakieś nie­przy­jem­nie uczu­cie nie­po­koju, lecz nie dałam tego po sobie poznać.

- Mówi­łaś już Chri­sowi? Musi być wam ciężko na odle­głość.

- Roz­ma­wiamy tylko przez Tako, więc no... jako tako - uśmiech­nęła się, roz­ba­wiona grą słów. - O, wła­śnie odpi­sał.

Wycią­gnęła z kie­szeni drew­nianą tabliczkę do prze­sy­ła­nia wia­do­mo­ści i napi­sała coś, uśmie­cha­jąc się przy tym od ucha do ucha.

- Jutro lecę na Alra­kis zoba­czyć się z Oli­we­rem - wypa­li­łam.

Unio­sła brwi i spoj­rzała na mnie.

- Możesz już latać?

- Naj­wy­raź­niej tak. Cie­szę się. W końcu będę mogła zacząć dzia­łać.

- Pole­cia­ła­bym z tobą, ale muszę zacząć tre­ningi do Rajdu - ucie­kła spoj­rze­niem.

- No co ty, dam sobie radę, mam tylko jedną prośbę. Czy możesz odwie­dzać Zenka, jak mnie nie będzie? Jest w cho­ler­nie złym sta­nie - popu­ka­łam ner­wowo paznok­ciami w kubek. - Mogła­byś przy­no­sić mu jedze­nie i spraw­dzić cza­sem, jak się czuje.

- Udało ci się z nim zoba­czyć?

Kiw­nę­łam głową i opo­wie­dzia­łam o tej nie­przy­jem­nej wizy­cie. Patrzyła na mnie z nie­do­wie­rza­niem, a na koniec zakryła zszo­ko­wana usta.

- Jeśli dzia­łoby się coś dziw­nego, napisz, pro­szę - skoń­czy­łam, czu­jąc się okrop­nie, że sama nie będę mogła tego dopil­no­wać.

- Jasne, nie przej­muj się. Dam ci znać. Jego dom jest po dro­dze do zamku, gdzie mam tre­no­wać, więc będę do niego zaglą­dać.

- Dzię­kuję - szep­nę­łam, czu­jąc, jak nie­wi­dzialny cię­żar na moich bar­kach znowu urósł.

***

Szłam ciem­nym tune­lem i choć na­dal nie było to dla mnie naj­przy­jem­niej­sze zada­nie, nie bałam się już tak panicz­nie jak daw­niej. Z wła­snej woli za nic nie weszła­bym do cia­snego kory­ta­rza, ale musia­łam spraw­dzać, czy nie wykluły się smoki. Poczu­łam się pew­niej, gdy po dru­giej stro­nie zoba­czy­łam nie­bie­ską poświatę pocho­dzącą z jaj uło­żo­nych na skal­nych pół­kach.

Sku­pi­łam się, wytę­ża­jąc zmy­sły i intu­icję. Czu­łam, że ktoś jest w jaskini, i jakaś nie­wi­dzialna nić cią­gnęła mnie w stronę kamien­nych rega­łów. Minę­łam pokry­wa­jące całą ścianę malo­wi­dło i zer­k­nę­łam na postać wzno­szącą się nad zie­mią. Duch.

Co o nim mówił Wil­liam? Miał się poja­wiać w cza­sach kry­zysu. Czy tym razem też nam ktoś pomoże? Wes­tchnę­łam cicho.

Na kamien­nej pły­cie leżały sko­rupki jaja, a na półce wyżej dostrze­głam śpią­cego smoka. Wyję­łam z torby koc, który zawsze zabie­ra­łam do jaskini, i owi­nę­łam smoka ostroż­nie, aby go nie wybu­dzić. Na szczę­ście bez pro­ble­mów udało mi się go ścią­gnąć i wyszłam z jaskini, kie­ru­jąc się w stronę Jaja, gdzie zaj­mo­wano się małymi smo­kami. Już mia­łam pukać do drzwi, gdy te otwo­rzyły się i poja­wił się w nich Joachim.

- Anno, dobrze, że cię widzę, wła­śnie mia­łem do cie­bie iść.

- Coś się stało? Wyglą­dasz na zanie­po­ko­jo­nego.

Przy­gła­dził ciemne włosy zwią­zane w kucyk i spoj­rzał na smoka, któ­rego trzy­ma­łam na rękach.

- To przez Rajd... Mam sporo pracy.

- Przy­go­to­wu­jesz coś?

Kiw­nął głową.

- Tak, jako Żywio­łak wia­tru poma­gam przy jed­nej z kon­ku­ren­cji. Słu­chaj, dosta­łem pole­ce­nie od Mistrza, że od jutra zosta­niesz zwol­niona ze spraw­dza­nia jaskini i to ja mam cał­ko­wi­cie prze­jąć to zada­nie.

No tak, jutro mam wyle­cieć na Alra­kis i nie wiem, kiedy wrócę, pomy­śla­łam.

- Naj­pierw Wil­liam, teraz ty - wes­tchnął cicho, a ja poczu­łam się winna, że zosta­wiam go z tym samego. - No nic, jakoś dam radę.

Obró­cił głowę, jakby spraw­dzał, czy nikt nas nie obser­wuje, i zbli­żył się do mnie.

- I powo­dze­nia w Raj­dzie - mruk­nął cicho.

Wytrzesz­czy­łam oczy.

Mistrz mu powie­dział?

Nikt nie powi­nien jesz­cze o tym wie­dzieć. W ogóle do mnie nie docie­rało, że naprawdę będę w tym brała udział.

- Dzię­kuję - ode­zwa­łam się, a męż­czy­zna uśmiech­nął się smutno. Minął mnie, gdy nagle naszła mnie pewna myśl.

- Nauczy­cielu!

Joachim odwró­cił głowę i uniósł brwi zdzi­wiony.

- Tak?

- Czy... - zawa­ha­łam się. - Czy wiesz coś o poro­zu­mie­wa­niu się ze smo­kami?

Skrzy­żo­wał ręce i spoj­rzał w bok, zasta­na­wia­jąc się.

- Nic mi nie świta. Jak chcesz wie­dzieć coś kon­kret­nego, powin­naś iść do Estery. Jeśli coś zostało zba­dane, ona będzie o tym wie­działa.

Poma­chał mi na poże­gna­nie i odszedł, zosta­wia­jąc mnie w osłu­pie­niu. Estera była ostat­nią osobą, od któ­rej mogłam chcieć cze­go­kol­wiek. Pokrę­ci­łam głową i odrzu­ci­łam od sie­bie myśl, żeby ją zna­leźć.

Drzwi do Jaja otwo­rzył mi męż­czy­zna, któ­rego kilka razy widzia­łam w Wichro­wym Wzgó­rzu z Chri­sem. Miał ciemne włosy i kil­ku­dniowy zarost, pod któ­rym kryły się pełne usta, a ręce i nogi chro­niła skó­rzana zbroja.

- Hej, przy­szłam z mło­dym - wska­za­łam głową na smoka zwi­nię­tego w moich ramio­nach, które zaczy­nały już drżeć z wysiłku.

- Wchodź. Anna, prawda? Nazy­wam się Jack.

Prze­szłam przez bramę i ruszy­łam za nim.

- Widzia­łem cię kilka razy za barem. Wiesz, czy Zenek otwo­rzy?

- Nie­stety, nic mi nie wia­domo.

- Szkoda. Młody dawno się wykluł? - wska­zał na smoka, który zaczął ruszać ryt­micz­nie łapą przez sen.

- W nocy albo z samego rana. Jak przy­szłam, już spał.

Kiw­nął głową i powoli wziął ode mnie smoka, który poru­szył się ner­wowo, ale ponow­nie zapadł w sen. Z ulgą poma­cha­łam rękoma i roz­luź­ni­łam barki. W myślach ukła­da­łam argu­menty za i prze­ciw spo­tka­niu Estery. Zawa­ha­łam się. Tak bar­dzo nie chcia­łam widzieć tej kobiety po tym, jak potrak­to­wała mnie i Eliannę. Jed­nak nie mia­łam wyj­ścia, jeśli chcia­łam się dowie­dzieć cze­goś o komu­ni­ka­cji ze smo­kiem. Cie­ka­wość wygrała.

- Czy jest Estera? - zapy­ta­łam z waha­niem.

- Tak, jest u sie­bie. Zapro­wa­dzić cię do niej?

- Tak, jeśli możesz.

Powstrzy­my­wa­łam wyle­wa­jącą się ze mnie nie­chęć i szłam za męż­czy­zną wzdłuż drew­nia­nego kory­ta­rza.

- To tu - powie­dział, zatrzy­mu­jąc się przed drzwiami, na któ­rych wyrzeź­bione były dwa lata­jące smoki. - Pójdę odnieść mło­dego i wrócę po cie­bie.

Podzię­ko­wa­łam i pocze­ka­łam, aż znik­nie za zakrę­tem. Wzię­łam głę­boki wdech. Potem kolejny. W końcu, choć na­dal nie czu­łam się gotowa na to spo­tka­nie, pod­nio­słam rękę, aby zapu­kać, lecz zanim to zro­bi­łam, z wnę­trza dole­ciał mnie nie­przy­jemny głos.

- Wejdź.

Uchy­li­łam drzwi i od razu poża­ło­wa­łam swo­jej decy­zji. Kobieta wpa­try­wała się we mnie, marsz­cząc brwi i wykrzy­wia­jąc usta w dziwny spo­sób. Jej źre­nice, pio­nowe jak u smo­ków, przy­pra­wiały mnie o dresz­cze, ale sta­ra­łam się nie dać tego po sobie poznać.

- Przy­szłam o coś zapy­tać.

- Jeśli musisz - wark­nęła nie­przy­jaź­nie.

Dotarło do mnie, że kobieta pra­wie nie mruga, co jesz­cze bar­dziej mnie nie­po­ko­iło. Naprawdę, co Alojzy w niej widzi?

- Podobno wiesz wszystko o smo­kach... więc tak sobie pomy­śla­łam... Skoro smoki prze­ka­zują nam swoje imiona, to czy mogą się z nami komu­ni­ko­wać?

Zmru­żyła oczy, prze­szy­wa­jąc mnie wzro­kiem na wskroś. Mimo że chcia­łam ucie­kać jak naj­da­lej i ni­gdy nie wra­cać, nie stra­ci­łam z nią kon­taktu wzro­ko­wego.

- Czemu pytasz?

Prze­wi­dzia­łam takie pyta­nie, więc powie­dzia­łam przy­go­to­waną wcze­śniej odpo­wiedź.

- Chcia­ła­bym się lepiej komu­ni­ko­wać z Suli­ra­dem i zasta­na­wia­łam się, czy to moż­liwe.

Przy­glą­dała mi się przez chwilę i czu­łam, że mi nie uwie­rzyła. Gdy prze­je­chała dło­nią po ide­al­nie gład­kich wło­sach i przy­mknęła oczy, spo­dzie­wa­łam się, że zaraz wybuch­nie i wyrzuci mnie z gabi­netu, ale gdy znów na mnie spoj­rzała, poczu­łam coś dziw­nego, jakby coś nas łączyło. Zanim zdą­ży­łam się nad tym zasta­no­wić, pode­szła do regału.

- Teo­re­tycz­nie jest to moż­liwe. Według oca­la­łych po Smo­czej Woj­nie doku­men­tów kie­dyś wszyst­kie smoki potra­fiły się komu­ni­ko­wać, choć w różny spo­sób. Sta­ro­żytne smoki miały wła­sny język i poro­zu­mie­wały się z ludźmi. Podobno smoki wyspiar­skie - jak je nazy­wam - komu­ni­ko­wały się tylko z wybra­nymi Dra­ka­nami, choć nie zna­la­złam na ten temat wielu infor­ma­cji. Po woj­nie ener­gia smo­ków sta­ro­żyt­nych, które zde­cy­do­wały się zostać na Ziemi, została odcięta. One same wygi­nęły, jak sądzi­li­śmy do tej pory, a wraz z nimi ich język. Ist­nieją zapisy, że po Smo­czej Woj­nie pierwsi miesz­kańcy wysp komu­ni­ko­wali się ze swo­imi smo­kami za pomocą słów, ale kolejne poko­le­nia już nie mogły tego robić. Nie zba­dano, co było tego przy­czyną.

Chło­nę­łam każde słowo, pró­bu­jąc zapa­no­wać nad przy­śpie­szo­nym biciem serca.

A jed­nak JA usły­sza­łam Suli­rada, grzmiało w mojej gło­wie. Wie­dzia­łam, że nie mogę nikomu zdra­dzić tej tajem­nicy. Estera wpa­try­wała się we mnie, zapewne pró­bu­jąc wyczy­tać coś z mojej twa­rzy. Zapa­no­wa­łam nad emo­cjami i choć chcia­łam zadać jesz­cze kilka pytań, oba­wia­łam się, że wtedy zacznie się cze­goś domy­ślać.

- Na pewno nie chcesz mi nic powie­dzieć?

Się­gnęła ręką po książkę w zie­lo­nej skó­rza­nej opra­wie i znów wbiła we mnie wzrok.

- Nie, już wszystko wiem - skła­ma­łam.

- W takim razie weź to - wycią­gnęła rękę z książką. - I zejdź mi z oczu. Przy­po­mi­nasz mi o wszyst­kim, od czego ucie­kłam.

Tym razem nie mogłam powstrzy­mać zdzi­wie­nia. Drżącą ręką się­gnę­łam po książkę, która bar­dziej przy­po­mi­nała zeszyt, i zapy­ta­łam:

- Co masz na myśli?

Kącik jej ust uniósł się w zło­śli­wym uśmie­chu.

- Tajem­nica za tajem­nicę.

- Nie mam nic do wyja­wie­nia - wark­nę­łam, chwy­ta­jąc bru­lion. Skoro ona tak się zacho­wy­wała, jak też nie musia­łam uda­wać miłej.

- Oddaj, jak skoń­czysz, to są moje odręczne notatki.

Pod­nio­słam ze zdzi­wie­niem brew, kiw­nę­łam głową i wyszłam. Gdy drzwi się za mną zamknęły, wzię­łam głę­boki wdech i szybko prze­kart­ko­wa­łam zeszyt. Rze­czy­wi­ście, w środku zna­la­złam rysunki i odręczne zapi­ski. Coś mi to przy­po­mi­nało, ale nie mogłam sobie przy­po­mnieć co.

- Wszystko w porządku? Wyglą­dasz na wstrzą­śniętą - powie­dział Jack, który zja­wił się już bez smoka na rękach.

- Tak reaguję na tę kobietę za każ­dym razem, kiedy ją spo­ty­kam - wci­snę­łam notes do torby. - Już mi lepiej. Ze smo­kiem wszystko w porządku?

- Tak, od razu się zaadap­to­wał. Chodźmy, zapro­wa­dzę cię do wyj­ścia.

Męż­czy­zna opo­wia­dał o pro­ce­sie adap­ta­cji mło­dych smo­ków, jed­nak moje myśli odla­ty­wały do słów Estery. Od czego ucie­kła? Nie dawało mi to spo­koju aż do wie­czora, gdy kła­dłam się spać. Przy­po­mnia­łam sobie o note­sie, który mi poda­ro­wała, dopiero gdy czu­łam nad­cho­dzący sen, więc posta­no­wi­łam do niego zaj­rzeć z samego rana, przed wylo­tem na Alra­kis.

Rozdział 3

3

Gdy upew­ni­łam się, że spa­ko­wa­łam do czar­nego ple­caka wszyst­kie nie­zbędne rze­czy, usia­dłam przy stole z kub­kiem gorą­cej kawy i otwo­rzy­łam notes Estery. Okładka nie wyróż­niała się niczym szcze­gól­nym, ale po otwar­ciu od razu zachwy­ciło mnie sta­ranne pismo, z ide­al­nie wywi­nię­tymi ogon­kami lite­rek. Gdyby przy­kuli mnie na mie­siąc do biurka, nawet w poło­wie nie potra­fi­ła­bym tego odwzo­ro­wać. Dotknę­łam opusz­kami twar­dego papieru i prze­je­cha­łam po sło­wie na pierw­szej stro­nie.

- Smoki sta­ro­żytne i wyspiar­skie. Histo­ria i cha­rak­te­ry­styka - prze­czy­ta­łam cicho tytuł. Led­wie przej­rza­łam kilka stron, które zawie­rały szkice poszcze­gól­nych smo­ków, gdy wyczu­łam, że ktoś się zbliża. Wyj­rza­łam przez okno w salo­nie i zoba­czy­łam, że przed moim domem ląduje śred­niej wiel­ko­ści smok o łuskach kolo­rem przy­po­mi­na­ją­cych burzowe chmury. Z jego grzbietu zesko­czyła młoda Dra­kanka. Miała na sobie strój dosto­so­wany do dłuż­szych lotów - kom­bi­ne­zon i pas z kie­sze­niami na wszystko, co trzeba mieć pod ręką. Zło­ci­ste włosy śred­niej dłu­go­ści opa­dały jej na ramiona, a na policz­kach pokry­tych licz­nymi pie­gami poja­wiły się rumieńce. Nie była pięk­no­ścią, ale nie można było odmó­wić jej atrak­cyj­no­ści. Poru­szała się z gra­cją i pew­no­ścią sie­bie. Wrzu­ci­łam szybko książkę do ple­caka i otwo­rzy­łam drzwi, gdy tylko roz­le­gło się gło­śne puka­nie.

- Cześć, jestem Inez. Mistrz o mnie wspo­mi­nał, prawda? Gotowa do drogi?

Nawet ton jej głosu wyra­żał pew­ność sie­bie. Uśmiech­nęła się do mnie tak szcze­rze, że mimo­wol­nie unio­słam kąciki ust. Zapro­si­łam ją gestem do środka. Zrzu­ciła czarny ple­cak, zaraz obok mojego.

- Tak, mówił, że masz lecieć ze mną. Jestem Anna. Pocze­kasz chwilę? Wezmę rze­czy i przy­wo­łam Suli­rada.

- Jasne, nie śpiesz się.

Zaczęła się roz­glą­dać po salo­nie, ale o nic nie zapy­tała. Następ­nie usia­dła przy stole, a krze­sło zaskrzy­piało deli­kat­nie. Przez cały czas ruszała to nogą, to ręką, jakby przedaw­ko­wała kofe­inę.

- Może się cze­goś napi­jesz?

- Nie dzięki, długa trasa przed nami.

Lustro­wała mnie badaw­czo, co tro­chę mnie ziry­to­wało.

- Masz zastą­pić Ham­minga w Raj­dzie?

Zamar­łam na moment. No tak, Ham­ming był masyw­nym męż­czy­zną z nad­ludzką siłą, a zamiast niego dostała do dru­żyny chu­chro. Nic dziw­nego, że w jej gło­sie wyczu­łam nutkę żalu. Nie wie­działa, że to ja go zna­la­złam, ja go pocho­wa­łam i wola­łam, żeby tak zostało. Kiw­nę­łam głową.

- Przed nami tro­chę roboty. Jakie masz zdol­no­ści? Muszę wie­dzieć, zanim zacznę z tobą tre­no­wać. Lecimy do Beatry­cze, więc zapewne żywioł wody.

- Wła­dam też żywio­łem powie­trza. Po spo­tka­niu smoka polep­szył mi się wzrok.

- Umiesz wal­czyć?

Przy­po­mnia­łam sobie lek­cje samo­obrony, na które zapi­sał mnie tata, gdy cho­dzi­łam do liceum. Nauczy­łam się wtedy pod­sta­wo­wych uni­ków i odkry­wa­nia sła­bych punk­tów prze­ciw­nika. Nie tak dawno przez kilka tygo­dni ćwi­czy­łam też z Wil­lia­mem. Myśla­łam wtedy, że cał­kiem nie­źle mi idzie, moje ciało stało się sil­niej­sze. Ale natych­miast pomy­śla­łam o Kiho­onie, który pod­niósł mnie jedną ręką. Byłam pewna, że mógł zła­mać mi krę­go­słup. Prze­ła­mać go jak cienki paty­czek. Odru­chowo prze­je­cha­łam dło­nią po szyi, jak­bym chciała się upew­nić, że nikt mnie nie dusi.

- Nie bar­dzo.

Zaczęła ruszać ner­wowo nogą, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzroku.

- Cho­ler­nie mnie to drę­czy. Dla­czego ty? Nie obraź się, ale znam kilku Dra­ka­nów, któ­rzy bar­dziej by się nada­wali do tur­nieju. Wiem, że ty zdra­dzi­łaś prawdę o Linn, byłam wtedy na sali, ale... Dla­czego?

Odwró­ci­łam się do niej ple­cami, paku­jąc pro­wiant, nie chcia­łam, żeby zoba­czyła, jak bar­dzo dotknęła mnie tym pyta­niem.

- Nie wiem, musia­ła­byś zapy­tać Mistrza, to on pod­jął decy­zję.

Jesz­cze przez moment czu­łam na sobie jej wzrok, ale nie dane jej było zapy­tać o nic wię­cej, bo z dworu zaczęły docho­dzić dziwne dźwięki.

Wybie­głam. Suli­rad uno­sił się kilka metrów nad zie­mią, macha­jąc skrzy­dłami. Naprę­żył wszyst­kie mię­śnie, a z jego noz­drzy wydo­by­wał się dym.

- Garielo, uspo­kój się! - zawo­łała Inez i pod­bie­gła do swo­jej smo­czycy, która szcze­rzyła kły, a w jej gar­dle iskrzyło. Uspo­ko­iła się pod wpły­wem Dra­kanki, a Suli­rad wylą­do­wał kilka metrów dalej, nie spusz­cza­jąc z nich wzroku.

- Chyba za sobą nie prze­pa­dają - stwier­dzi­łam ponuro, pod­cho­dząc do swo­jego smoka. Owiał mnie lekki dym wydo­by­wa­jący się z jego noz­drzy.

- Świet­nie. Będę musiała teraz zno­sić jej humory - Inez wes­tchnęła gło­śno. - Daj dłoń.

Wycią­gnę­łam rękę i pozwo­li­łam nakłuć sobie palec, a Inez zro­biła to samo. Gdy wycią­gnęła rękę, rękaw kom­bi­ne­zonu prze­su­nął się, odsła­nia­jąc kawa­łek tatu­ażu na jej przed­ra­mie­niu, przed­sta­wia­ją­cego głowę nie­bie­skiego smoka.

- Piękny - kiw­nę­łam głową w jej stronę. - Kto cię tatu­ował?

- Beatry­cze. Jest w tym naj­lep­sza. Jak ład­nie popro­sisz, to może też cię wydziara.

Wzru­szy­łam ramio­nami.

- Ni­gdy wcze­śniej o tym nie myśla­łam.

- To będziesz miała czas do namy­słu, bo przed nami kilka godzin lotu. Jesteś gotowa?

Kiw­nę­łam głową i, zapa­ko­waw­szy wszystko, wyru­szy­ły­śmy. Zanim wsko­czy­łam na smoka, musia­łam się zmie­rzyć z jego peł­nym wyrzutu spoj­rze­niem. Podróż ze smo­kiem, na któ­rego tak zare­ago­wał, musiała być dla niego udręką, ale ja nie potra­fi­łam się prze­stać uśmie­chać na myśl, że nie­długo zoba­czę Oli­wera.

***

Lecie­li­śmy za Inez i jej smo­kiem, choć Suli­rad przez cały czas utrzy­my­wał spory dystans, a na każdy nie­spo­dzie­wany ruch bestii przed nami reago­wał napię­ciem mię­śni i falą gorąca prze­cho­dzącą przez jego ciało. Mistrz twier­dził, że można jej zaufać, ale nie mia­łam pew­no­ści, zwłasz­cza po tym, jak Suli­rad zareago­wał na Garielę. Na szczę­ście lot był spo­kojny i po kilku godzi­nach na hory­zon­cie poja­wiła się wyspa oto­czona gęstymi, burzo­wymi chmu­rami, dokład­nie tak jak Elta­nin.

Gdy prze­bi­li­śmy się na drugą stronę, ujrza­łam Alra­kis w całej oka­za­ło­ści. Na zaję­ciach z geo­gra­fii wysp Eusta­chy nazwał ja Wyspą Jezior. Tylko jedno spoj­rze­nie wystar­czyło, aby zro­zu­mieć, dla­czego - aż po hory­zont pokry­wały ją dzie­siątki zbior­ni­ków wod­nych. Nie­które połą­czone mostami, do innych wpa­dały wodo­spady, a każde wolne pasmo lądu pora­stały lasy. Gdzie­nie­gdzie spo­mię­dzy drzew wysta­wały gli­niane dachówki świad­czące o tym, że wyspa jest zamiesz­kała. Od razu poczu­łam, że powie­trze się zmie­niło - było nasą­czone wil­go­cią, która od razu pokryła moją skórę.

Smok przed nami zanur­ko­wał, na co Suli­rad zwol­nił i rów­nież obni­żył lot. Wylą­do­wa­li­śmy przed małym drew­nia­nym dom­kiem, bar­dzo podob­nym do tego, który sama nie­dawno opu­ści­łam. Oto­czony był niskim pło­tem, znad któ­rego wyła­niały się krzaki pokryte owo­cami i kwia­tami. Na małym ganku, na któ­rym z tru­dem mie­ściły się sto­lik i krze­sła, sie­działa kobieta. Czas nie był dla niej łaskawy. Zde­cy­do­wa­nie była naj­star­szą osobą, którą spo­tka­łam na wyspach, a przy­naj­mniej na taką wyglą­dała. Twarz pokry­wała pomarsz­czona, obwi­sła skóra, a siwe włosy wyle­wały się spod sza­rej chu­sty zawią­za­nej na gło­wie. Sku­liła się na krze­śle i naj­wy­raź­niej musiała przy­snąć, zosta­wia­jąc paru­jącą zawar­tość kubka na sto­liku.

Ona ma mnie uczyć?, wes­tchnę­łam cicho.

Prze­rzu­ci­łam nogę przez twardy grzbiet i, uwa­ża­jąc na wysta­jące płyty kostne, zesko­czy­łam. Poczu­łam dumę, że przy­cho­dzi mi to cał­kiem natu­ral­nie, jak­bym robiła to od zawsze. Suli­rad odwró­cił głowę i wbił we mnie wzrok. Przez moment prze­szedł mnie dreszcz nie­po­koju, ocze­ki­wa­łam bólu głowy, który poja­wił się wtedy, gdy wdarł się w moje myśli. Jed­no­cze­śnie eks­cy­to­wało mnie, że coś do mnie powie, ale tylko kiw­nął lekko głową i buch­nął mi w twarz parą, przez co tro­chę mnie zemdliło od zapa­chu siarki.

- Bądź nie­da­leko w razie czego, dobrze? - szep­nę­łam.

Gariela wark­nęła na Suli­rada, ale on odbił się od ziemi, nie zaszczy­ca­jąc jej nawet spoj­rze­niem.

Inez naj­wy­raź­niej znała kobietę, bo zesko­czyła ze swo­jego smoka i pew­nym kro­kiem ruszyła w stronę domu.

- Bea!

Sta­ruszka poru­szyła się lekko i uchy­liła cięż­kie powieki. Przez chwilę wpa­try­wała się w prze­strzeń, jakby nie do końca zda­wała sobie sprawę, gdzie się znaj­duje. Zasko­czyły mnie jej puste, białe oczy, pozba­wione źre­nic.

- Beatry­cze, to ja, Inez.

Spoj­rzała na dziew­czynę, a jej usta wykrzy­wiły się w gry­ma­sie, który naj­wy­raź­niej był uśmie­chem.

- Gru­bo­skórna! - jej głos przy­po­mi­nał skrzek. - Co tu robisz?

Gru­bo­skórna? Pod­nio­słam brwi, zapa­mię­tu­jąc ten przy­do­mek.

- Jestem z Anną, nowym Żywio­ła­kiem wody, masz ją tre­no­wać, pamię­tasz?

- Tak, tak... - spoj­rzała na mnie bla­dymi oczyma. Zasta­na­wia­łam się, czy sta­ruszka cokol­wiek widzi, ale prze­cież wpa­try­wała się pro­sto w moje oczy. To spoj­rze­nie spra­wiało, że poczu­łam się nie­kom­for­towo. Bla­do­nie­bie­ski kolor jej tęczó­wek był led­wie zauwa­żalny i pokry­wał pra­wie całą powierzch­nię oka. Zupeł­nie jakby sama zamie­niała się w prze­zro­czy­stą wodę. Mia­łam nadzieję, że to nie była typowa cecha dla Żywio­ła­ków wody.

- Co my tu mamy? - wstała powoli i nie­śpiesz­nie zeszła po schod­kach, a jej kości gło­śno trza­snęły. - Podejdź no tu.

Zro­bi­łam, jak kazała. Wycią­gnęła rękę w moją stronę, na co odru­chowo odsu­nę­łam się lekko. Cmok­nęła z obu­rze­niem i kiw­nęła, żebym pode­szła bli­żej. Zro­bi­łam krok i pochy­li­łam się. Zamknęła oczy i poło­żyła mi dłoń na czole. Jej palce były lodo­wate i lekko wil­gotne. Skrzy­wi­łam się, powstrzy­mu­jąc chęć odsu­nię­cia się.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki