Miasto Śmierci - Michał Śmielak

Reflow text when sidebars are open.
Śmierć wracała do tego miasta jak do siebie. Miała utarte ścieżki, swoje ulubione miejsca, ukochane uliczki, ale mężczyzna znał je doskonale i podążał po jej śladach. A może tylko tak mu się wydawało i pamięć go zawodziła? Przecież trochę czasu już minęło, a ludzki umysł to nie komputer. Nie, takich rzeczy się nie zapomina, można utracić wspomnienia z dzieciństwa, z mało ważnych wydarzeń całego życia, ale nie z tych dni, kiedy to śmierć bawiła się tutaj jak na dobrym weselu, a ty byłeś panem młodym.
Jak to było? Sięgnął do swojej pamięci niczym do starego albumu z wyblakłymi fotografiami i przerzucał kartę po karcie. Wszystko wracało. To dobrze i niedobrze, bo obok śmiechów zasiadał płacz, okrzyki radości mieszały się z wyciem konających, a rzadkie chwile szczęścia ulatujące do nieba łapała za nogi żałoba i ciskała nimi o ziemię. Skrwawioną ziemię.
Śmierć najpierw przyglądała się miastu zza szerokiej rzeki, potem przekroczyła ją i poczuła się jak w domu. Dawno jej tutaj nie było, trochę czasu minęło, choć to był przecież moment, iskra strzelająca z płomienia wieczności. Po każdej wizycie pozostawiała pamiątki, a kości tych, na czyich głowach złożyła pocałunek, nie mieściły się już na siedmiu wzgórzach.
Kiedyś, dawno temu, mężczyzna przyglądał się miastu razem z nią, ale przypominał sobie każdy oddech tych sierpniowych dni. Dziś było inaczej, po brukowanych uliczkach harcowały spokój i szczęście. I bardzo dobrze, tak powinno być. On nigdy nie był mściwy, nie krzywdził nikogo i do dziś był dumny z tego, że nie odebrał ani jednego życia bez potrzeby.
Ruszył przez most, po którym pędził sznur aut. Ile tak szedł? Może z pięć minut, a kiedyś? Było, minęło. Ale czy aby na pewno? Ruszył zaniedbaną drogą, po czym zobaczył przycupnięte nad Wisłą wzgórza, dziś piękne i zielone. Zresztą wtedy też takie były. Przystanął. Nie był już młodzieniaszkiem, szybko się męczył. Wyciągnął z plecaka manierkę, starą towarzyszkę, pociągnął z niej łyk chłodnej wody. Ulga, którą przy tym poczuł, ponownie przypomniała mu dawne czasy. Jak to śpiewali Polacy w tym śmiesznym filmie: "góry przejdziemy, wodą popijemy, ona po walce ma jak wino smak". Autor tych słów nie kłamał. Nic a nic.
Mężczyzna ruszył wałem porośniętym soczyście zieloną trawą. Minął się z młodą dziewczyną spacerującą z psem. Wymienili się uśmiechami. Pieprzówki, jak je nazywano, były coraz bliżej. Musiał sprawdzić, czy w nich wszystko po staremu. A potem odwiedzić przyjaciela.
Oby tylko nie dołączyła do nich śmierć.
1.
Mężczyzna stał na czołgu i zdawało się, że siłuje się ze stalową bestią. Ile mógł ważyć, z siedemdziesiąt kilogramów? Dobra waga jak na czterdziestolatka, a jednak w starciu z ponad trzydziestoma tonami zamienionymi w maszynę niosącą śmierć to niewiele, bez szans. Poprawił hełm, a wszyscy musieli zadrzeć głowy, by dobrze mu się przyjrzeć. Zielony potwór robił wrażenie, lufa mierzyła gdzieś ponad nimi, jakby szukała kolejnego celu, a gąsienice zapowiadały niezbyt przyjemną śmierć każdemu, kto w porę nie usunie się z drogi tej bestii.
- Może użyjemy ognia? - zapytał sierżant, którego imienia nikt nie znał, i wiadomo było, że dopóki ten nie awansuje, to raczej nikt nie zechce go zapamiętać.
- Ognia? - zakpił kapitan Samborski i poprawił czapkę. - Palnikiem chcesz go napoczynać? Człowieku, zapomnij...
- No ale jakoś musimy go rozwalić - nie ustępował młodziak.
- Musimy nie musimy - odpowiedział oficer. - Czasem można sprytem.
Spojrzeli ponownie na czołg, który górował nad nimi. W palącym słońcu jego oliwkowy pancerz przypominał potężnego dinozaura, który przysnął na chwilę, lecz gdy tylko ktoś go tknie, rzuci się do ataku.
- A to nie jest jakiś zabytek? - zapytała prokurator Maria Hojda, przez przyjaciół zwana Maszą.
- Cholera wie - odparł komisarz Bruno Kowalski.
- Dajcie spokój - wtrącił się strażak. - To nie jest samochód, żebyśmy wzięli i tak go po prostu rozcięli. Nawet palnikiem to byłaby kupa roboty. Na wieży jest minimum dwa centymetry, a w innych miejscach chyba do dziewięciu. Posłałem po jednego takiego, najmniejszego w naszej jednostce, to wlezie do środka. Podepniemy uprząż i wyjmiemy.
Problem, przed którym stanęły sandomierska policja oraz straż pożarna, polegał na wydobyciu z wnętrza czołgu ustawionego przy Cmentarzu Żołnierzy Armii Czerwonej ciała zamordowanej kobiety. Tak się składało, że Bruno dobrze ją znał, a może nawet lepiej, niżby chciał. Spędzili wspólnie ostatnią noc i było nadspodziewanie przyjemnie. Niefart. Kolejną kwestią, która go czekała, było powiadomienie przyjaciela, Krzysztofa Szorcy, który też pozostawał w dość zażyłych stosunkach z profesor Kamilą Szafarz, medialną osobą, kontrowersyjną historyczką, ale akurat tę dwójkę łączyły relacje zawodowe, może nawet na poziomie mistrz i uczeń. W każdym razie należało go powiadomić i jakoś mu to powiedzieć, patrząc prosto w oczy.
- Panie Adamie - odezwała się prokuratorka. - Zabezpieczył pan wszystko? Mogę dać zgodę na wydobycie zwłok?
Adam Gniewosz, szef sandomierskich techników, zmarszczył nos, po czym upił długi łyk wody z butelki. Było gorąco mimo zbliżającego się wieczoru. Niby normalnie, jak to w lecie, ale ostatnie dwie godziny spędził we wnętrzu czołgu i wyglądał jak po kilku sesjach saunowania.
- Ja to bym chciał, żebyście mi go przecięli na pół i odstawili na parking - powiedział. - Ale co mogłem, to zrobiłem. Mamy to obfotografowane, próbki pobrane, niestety dużo śmieci w środku. Ogólnie syf.
- To jak? - dopytała Hojda.
- Nie no, wyciągajcie ją i niech jedzie na stół - zdecydował Gniewosz.
- Kapitanie, do dzieła - zwróciła się pani prokurator do zarządzającego akcją strażaka.
- Tak jest - odpowiedział mężczyzna i ruszył w stronę czołgu.
- Pomogę wam - rzucił technik, po czym poszedł za kapitanem.
Bruno odkręcił swoją butelkę z wodą, nalał trochę na dłoń i przetarł twarz, ale niewiele to dało, wciąż czuł się tak, jakby trawiła go gorączka.
- Adam będzie patrzył im na ręce - skomentowała Hojda. - Cały chory jest, że nie może spokojnie tego wszystkiego zabezpieczyć.
- Ten typ tak ma - odparł zdawkowo Kowalski.
- Może nie chcesz robić tej sprawy, co?
- Daj spokój, Masza. Przecież to przyjaciółka Krzyśka. Tylko ja będę w stanie go okiełznać na tyle, żeby nie przeszkadzał, ale pomagał. Ogarniemy.
- Może powinieneś odpocząć, co? - zagaiła Hojda.
- Od czego?
- No od pracy. Ledwo zakończyłeś jedno śledztwo, teraz drugie, i to...
- Dam radę.
- Zaczynasz być opryskliwy.
- Oho.
- Serio, młodzi na komendzie podobno marudzą, że wprowadzasz napiętą atmosferę, niezdrową, toksyczną.
- Jaką, kurwa?
- Wiesz, to pokolenie jest inne. - Masza poprawiła włosy, chociaż zupełnie tego nie potrzebowały. - To już nie te czasy, gdy przełożony darł się na podwładnych, wyzywał ich od debili i groził wypierdoleniem. Trochę się pozmieniało.
- Przesadzasz, nigdy aż tak nie było - zaprotestował Bruno. - A ja nikogo nie nazywam debilem, bez przesady. I nie wypierdalam.
- Ja tylko mówię, żebyś nieco wyluzował. Czasem ugryź się w język.
Bruno westchnął, ale akurat nie z powodu tego, co usłyszał, lub przeczucia, że czeka ją go ciężkie śledztwo i przeprawa z przyjacielem, ale z obawy, że i tak zostanie odsunięty od postępowania. Tak naprawdę to powinien się przyznać, że ostatnią noc spędzili we dwójkę, co by go dyskwalifikowało jako prowadzącego sprawę, a nawet stawiało w kręgu podejrzanych. Co z tego, że nie miało to żadnego znaczenia, regulamin to regulamin. Co prawda zabezpieczyli się prezerwatywą, więc nie będzie śladów jego nasienia, a rano obydwoje wzięli kolejno prysznic, ale może ktoś ich widział albo, co gorsza, słyszał, bo Kamila nie należała do najcichszych w trakcie zbliżenia.
- Dzwoniłeś do niego? - zapytała Hojda.
- Nie, jeszcze nie.
- Ale może warto. Przecież on jest historykiem, tak jak ona. A czy jak ostatnio spotkaliśmy się na piwie, to nie wspominała, że zajmuje się tematem drugiej wojny światowej w Sandomierzu? I właśnie jego wyzwoleniem przez Armię Czerwoną? A jesteśmy chyba na cmentarzu ofiar tych wydarzeń, co nie? No i ten czołg, to też radziecki.
- Może i racja.
- No to dzwoń.
- Nie chciałem, żeby widział, jak ją wyciągają.
- O ile mi wiadomo, to on w życiu był świadkiem dużo gorszych rzeczy, co nie?
Bruno z westchnieniem dziecka zaganianego do odrabiania pracy domowej wyjął telefon z kieszeni i wybrał numer kolegi. Ten odebrał niemal natychmiast. Okazało się, że jest w pobliżu, bo właśnie jeździ po okolicy motocyklem. Gdy się rozłączyli, komisarz podszedł do sierżanta, który doradzał im w kwestii dostania się do wnętrza czołgu, i polecił, aby poinformowano drogówkę o wpuszczeniu Szorcy na teren zamknięty.
Cmentarz leżał przy końcu ulicy Mickiewicza stanowiącej wylotówkę na Opatów, a dalej na Kielce. Musieli ją zamknąć, bo czołgów ustawionych na wysokich postumentach nie dało się zasłonić żadnymi parawanami. Na szczęście ruch łatwo było przekierować na ulicę obok, więc nie zakorkowali miasta.
Krzysiek zjawił się z rykiem silnika swojego Kawasaki po dziesięciu minutach. Nie zeskakiwał nagle z maszyny, nie rzucał kaskiem, nie biegł do czołgu. Zachował się niemal jak kolejny policjant przybywający na miejsce zdarzenia. Zdjął kurtkę motocyklową, poprawił włosy zmierzwione przez kominiarkę zakładaną pod kask, po czym podszedł do komisarza i prokuratorki. Tylko jego twarz jasno mówiła tym, którzy go znali, że jest przybity. Zawsze błądził po niej kpiący uśmieszek, a dziś usta zamieniły się w wąską kreskę, a oczy były chyba nieco wilgotne.
- Jak zginęła? - zapytał sucho, gdy już przywitał się ze znajomymi.
- Nie mamy pewności - przyznała Hojda. - Lekarz stwierdził, że ma rozległy uraz czaszki, nieco szarpane krawędzie. Technicy zaraz ruszają sprawdzać cmentarz, bo istnieje podejrzenie, że to od którejś z płyt nagrobnych.
Szorca spojrzał w stronę ludzi uwijających się na pancerzu czołgu. Wyglądali jak ekipa przygotowująca maszynę do kolejnej walki. Strażacy w kombinezonach i kaskach przypominali żołnierzy.
- Jest w środku? - zapytał Krzysiek.
- Tak - odpowiedział Bruno.
- Dziwne. - Historyk przetarł spocone czoło. - Przecież włazy są zaspawane.
- Zazwyczaj tak, ale młodzież co jakiś czas je odrywa. Taka lokalna tradycja. Sam pamiętam, jak były jeszcze otwarte i w środku można było imprezować.
- Ale faktycznie dziwne - zgodziła się Hojda. - To nie była łatwa sprawa wnieść tam ciało, co nie?
- Chyba że zabito ją w środku - wtrącił Bruno.
- W tej ciasnocie? - Prokuratorka pokręciła głową z powątpiewaniem.
Była zobowiązana zanurkować do wnętrza czołgu w celu oględzin miejsca zbrodni i niemal natychmiast dostała ataku klaustrofobii. Jak ci żołnierze tam wytrzymywali, a jeszcze w dodatku walczyli?
- Zobaczymy, co nam powiedzą technicy - skwitował Bruno. - Krzysiek, czy myślisz, że to mogło mieć jakiś związek z jej działalnością zawodową? Publikowała niewygodne rzeczy.
- Historycy to furiaci i maniacy, ale raczej nie mordercy - odparł Szorca. - W obronie swoich dokonań i teorii gotowi podpalić świat i zwyzywać każdego, kto im się sprzeciwi, ale nie sądzę, żeby ktoś z tego powodu miał ją zabić. Prędzej jakiś nadpobudliwy wojownik o źle pojmowany patriotyzm. Przeszłość zawsze wzbudza emocje. Szczególnie w tym miejscu, gdzie stoimy.
- Możecie mnie wprowadzić? - przerwała mu Masza. - Wiecie, że ja nietutejsza.
- Krzysiek, czyń honory. - Komisarz podał mu swoją butelkę z wodą.
- No to tak w skrócie - zaczął Szorca. - Sandomierz został wyzwolony czternastego sierpnia czterdziestego czwartego roku, czyli mamy właściwie rocznicę tych wydarzeń. I teraz są dwie narracje. Pierwsza, będąca już po części legendą, mówi o bohaterskim pułkowniku Wasylu Skopence, wtedy jeszcze w stopniu podpułkownika, który dowodził atakiem na miasto. Podobno stanął na drugim brzegu Wisły, spojrzał na przepiękną panoramę sandomierskiej starówki i zarządził, aby nie ostrzeliwać miasta. Pisał o tym nawet w liście do żony. Tak też się stało, ostatecznie ani jedna bomba nie spadła na kamienice. Po wygonieniu Niemców podjęto go z honorami, Skopenko otrzymał tytuł Bohatera Związku Radzieckiego, a jego pułk przemianowano na Sandomierski. Zginął bohatersko chyba podczas walk o Wrocław. Na łożu śmierci zażyczył sobie, aby pochować go w Sandomierzu właśnie, co też uczyniono. Jego grób znajdował się przy ratuszu, a dzisiejsza ulica Opatowska nazywała się Skopenki, postawiono mu pomnik u stóp Bramy Opatowskiej. Po zmianie ustrojowej przeniesiono jego szczątki i sam pomnik właśnie tutaj.
- A druga wersja? - zapytała Hojda. - Bo rozumiem, że to raczej akcja propagandowa.
- Przeciwnicy legendy o Skopence utrzymują, że samo Stare Miasto nie miało taktycznego znaczenia, Rosjanie postanowili się przeprawić na przyczółek sandomiersko-baranowski, w okolicach Nagnajowa, gdzie dziś jest most na Wiśle. Armia Czerwona szła już do nas również od strony Annopola i Opatowa. Sandomierz był właściwie otoczony, a linia obrony kończyła się na Salve Reginie i po drugiej stronie jaru, na tak zwanej Łysej Górze. Sami Niemcy nie widzieli potrzeby czynić z miasta twierdzy, czyli festung, jak chociażby we Wrocławiu. Skopenko niczym nie dowodził, był jednym z oficerów, a resztę dorobiono pod legendę, aby wyzwolony lud chętniej przyjął jarzmo narzucone przez komunistów. I bomby jednak spadły na miasto, ale były to śladowe zniszczenia.
- A jak było faktycznie? - odezwał się Bruno. - Która wersja jest tą prawdziwą?
- Nie zajmowałem się tą kwestią - odparł Krzysiek. - Historia najnowsza mnie nie kręci. Ale chyba będę musiał. Wiem tylko, że współcześnie były próby przywrócenia popiersia i kultu Skopenki, choć z kolei posłanka PiS żądała likwidacji pamiątki totalitaryzmu. Po ataku Rosji na Ukrainę czołgi wymalowano hasłami o Putinie i, co ciekawe, gwiazdami Dawida.
- Żydzi zawsze winni - wtrącił Bruno.
- Zawsze. Jak zawsze - przytaknął Krzysiek.
- Czyli lewica swoje, prawica swoje, a debile swoje - podsumowała prokuratorka.
- Zgadza się - powiedział Szorca. - Zresztą dewastowanie wszelkich pomników ma długą tradycję. Samego Skopenkę trzykrotnie nękano, oczywiście już tego na postumencie. Pewnego razu zawieszono na nim krawat, potem napisano farbą "Nie masz czapki i kołnierza, wypierdalaj z Sandomierza", a najmocniej ubodło komunę, gdy ktoś powiesił na nim martwego kota i napisał "Za Bieruta żył, za Gomułki sechł, a za Gierka zdechł".
- Kota tylko szkoda. - Masza westchnęła.
- Wiem, że Kamila mocno weszła w to zagadnienie - kontynuował Krzysiek. - A zawsze lubiła drażnić opinię publiczną. Zdawała sobie sprawę, że szczególnie teraz, po napaści Rosji na sąsiada, temat jest lotny, więc zaczęła się kręcić przy tym wszystkim, chciała coś napisać o Skopence. Mówiła, że ma jakieś materiały, które nieźle namieszają.
- Zleciłem już zabezpieczenie jej pokoju w hotelu - odparł komisarz, jednocześnie w duchu dziękując opatrzności, że noc spędzili w jego mieszkaniu, a nie w Małym Rzymie. - Jeśli miała coś przy sobie, to do tego dotrzemy. Jako nasz konsultant dostaniesz pełen wgląd.
- Jasne. Ale będę musiał się nieco podszkolić.
Tymczasem strażacy zamontowali na wieżyczce czołgu stelaż z bloczkiem i przystąpili do operacji wyciągnięcia ciała zamordowanej Kamili Szafarz. Pojawił się też drobny strażak, który w samej koszulce i spodniach, bez regulaminowego stroju ochronnego, zanurkował we wnętrzu pojazdu. Po minucie wysunął głowę przez właz, zamienił kilka słów z kolegami, po czym zniknął ponownie w środku, a bloczek napędzany elektrycznym silnikiem zamruczał cicho i linka zaczęła nawijać się na kołowrót.
- Chcesz na to patrzeć? - zapytał Krzyśka Bruno.
- Daj spokój. - Chłopak machnął ręką. - Nie takie rzeczy...
Strażacy działali bardzo sprawnie i bezwładne ciało wysunęło się z czołgowego włazu niczym ulatująca w kierunku nieba dusza świętej, a już po minucie leżało na noszach przykryte czarną folią w oczekiwaniu na samochód z zakładu pogrzebowego.
- Nie trzeba jej zidentyfikować czy coś? - odezwał się Szorca.
- Miała przy sobie portfel i dokumenty - odpowiedziała mu Hojda. - Twarz jest cała.
- Bruno, ty to będziesz prowadził, tak? - Krzysiek zwrócił się do komisarza.
- Zgadza się.
- Znajdziemy skurwysyna. - Historyk podał mu rękę, po czym skinął na Maszę i skierował się do swojego motocykla.
Adam Gniewosz podszedł do nich, gdy dźwięk odjeżdżającego Kawasaki utonął w gorącym powietrzu. Technik mokrymi chusteczkami wycierał dłonie.
- Ruszamy na rekonesans cmentarza - oznajmił. - Idziecie z nami?
- Ta - rzucił krótko Kowalski. - Skoro mogła uderzyć o nagrobek, trzeba go poszukać.
Przeszli między dwoma czołgami strzegącymi dostępu do miejsca pochówku dwunastu tysięcy żołnierzy poległych w walce z Niemcami. Główna aleja wiodła do obelisku upamiętniającego wydarzenia z czasów drugiej wojny światowej. Cmentarzysko było niezwykle zaciszne i Bruno musiał przyznać, że jest chyba najpiękniejszym z sandomierskich. Pełne zieleni, brzóz i wierzb zdawało się tym, czym właśnie takie miejsce być powinno.
- Uważacie, że ją zabito poza czołgiem? - zapytała Hojda, która nie znosiła ciszy, a cmentarze najzwyczajniej w świecie powodowały u niej uczucie zlokalizowane dokładnie pośrodku pomiędzy dyskomfortem a strachem.
- Ma dziwnie rozmazaną krew na twarzy i włosach - odpowiedział technik. - Jeśli miałbym zgadywać, to dostała mocno w tył czaszki, a gdy sprawcy postanowili ją przenieść, założyli jej na głowę reklamówkę albo worek, który potem ze sobą zabrali. Musiała mocno krwawić, może jeszcze żyła. Przetransportowali ją do czołgu, ale nie chcieli zostawiać śladów, więc worek sprawdził się znakomicie, chociaż najprawdopodobniej doprowadził do zgonu. Zobaczymy, co powie lekarz.
- Mówisz "sprawcy" - odezwała się Masza. - Uważasz, że w pojedynkę to było nie do zrobienia?
- No raczej - odparł Gniewosz. - Nie dałoby się samemu wciągnąć ją tam na górę, szczególnie bezwładnej.
- Niemożliwa rzecz - zgodził się Bruno. - Mogło ich być nawet więcej niż dwóch. Uważam, że ktoś jeszcze musiał stać na czatach przy ulicy. Tędy mało kto chodzi, ale ruch uliczny jest całkiem spory.
- Nawet w nocy? - Masza starała się nie patrzeć na mogiły, które zdawały się wręcz krzyczeć oskarżycielsko do niej, że jak śmie żyć, kiedy ci pod ziemią nie mają takiego szczęścia.
- Z pewnością można wykluczyć działanie jednej osoby - kontynuował Gniewosz. - No i jeszcze dochodzi kwestia wiedzy, że do czołgu da się wejść. Co prawda wszyscy robiący sobie tutaj zdjęcie wchodzą na pancerz, ale przecież nie każdy szarpie za klapę włazu.
- Fakt - przytaknęła Hojda.
- Czyli trzech sprawców. - Bruno zatrzymał się przed pomnikiem postawionym w centralnym punkcie cmentarza. - Miejscowi. Silni. Zgrani. Sprytni, bo pomyśleli o ewentualnych śladach, zabrali reklamówkę ze sobą.
- Dlaczego tak się kłopotali? - zapytała Masza. - Mogli schować ją w krzakach. Albo porzucić. I co tu robili?
- Znalazł ją jakiś mężczyzna z psem - powiedział Kowalski. - Zwierzę zaczęło szczekać na czołg i nie chciało przestać, właściciel nie mógł go odciągnąć. W końcu zajrzał na górę, zobaczył trochę krwi na włazie, szarpnął za niego, no i już. Ale gdyby nie to, mogłaby tu leżeć długo. Ludzie nie odwiedzają masowo tego cmentarza. A nawet jakby smród rozkładu jakimś cudem wydostał się na zewnątrz, to w pierwszym odruchu raczej szukamy potrąconego kota albo psa, a nie człowieka. Przy dobrych wiatrach mogłaby tam tkwić nawet i tydzień.
- Nie ma tu zbyt wielu nagrobków - stwierdziła prokuratorka.
- To mogiły zbiorowe - wyjaśnił Gniewosz. - Szczątki zebrano z całego terenu, z okolic Sandomierza. Tylko jeśli rodzina danego żołnierza albo przyjaciele się o to postarali, to postawiono nagrobek.
- To co, panowie na lewo, panie na prawo? - zaproponował Bruno.
- Spory teren - skomentował technik. - Szybciej pójdzie, jeśli się rozdzielimy. Chłopaków musiałem odesłać, bo mamy jakiś włam do magazynu przeciwpowodziowego.
- Co za czasy - odparł komisarz. - Idziemy.
Skręcił w prawo, obszedł pomnik Wasyla Skopenki, ale nie zauważył na nim ani kropli krwi. Ruszył dalej, niemal rozkoszując się ciszą panującą na nekropolii. Zdawało mu się do tej pory, że to właśnie na cmentarzu, gdzie spoczywa jego żona, jest odludnie, ale tutaj miało się wrażenie, że człowiek przebywa w jakimś parku przygotowanym dla tych, którzy chcą odpocząć od miejskiego zgiełku. Chociaż trudno było mówić o hałasie wielkiego miasta w Sandomierzu.
Mogiły przypominały wielkie trawniki okolone niskimi krawężnikami. Tylko co jakiś czas pojawiały się krzyż prawosławny albo nieduża tablica zapisana cyrylicą, często ze zdjęciem spoczywającego pod nią żołnierza. Bez wyjątku młodzi chłopcy, przystojni, u progu życia. Co najważniejsze, na żadnym Bruno nie znalazł śladów krwi. Gdy dotarł do muru będącego granicą cmentarza, dostrzegł większą płytę. Była dość nowa, przypominała współczesne gładkie nagrobki. Nie zauważył krwi, ale teren wokół był poruszony, jakby ktoś tutaj kilka razy uderzył nogą, próbując odsłonić ziemię.
Podszedł bliżej, ale nie na tyle, aby zadeptać ewentualne ślady. Na pionowej płycie widniało zdjęcie mężczyzny w kasku czołgisty z charakterystycznymi trzema pasami chroniącymi głowę. Jego imię i nazwisko było wykonane cyrylicą, której Bruno nie znał, ale od czego jest nowoczesna technika? Wyciągnął z kieszeni telefon, uruchomił tłumacza i skierował obiektyw aparatu na nagrobek.
"Sierżant Kilianow Wadim Antonowicz, 1923-1944. Cześć jego pamięci".
Komisarz bardzo ostrożnie podszedł o krok bliżej, po czym okrążył pomnik. Nie było krwi, ale dostrzegł coś, co dobrze znał. Zacieki, które pozostają na granicie po myciu, widział takie zawsze po sprzątaniu na grobie swojej żony. Gdyby nie to, że znajdowali się niemal w rogu cmentarza, w zacienionym miejscu, mogłoby to wyschnąć, ale przetrwało. Świadczyło o tym, że coś się tutaj wydarzyło, i chyba wiedział, co takiego. Wyciągnął telefon i zadzwonił do Maszy.
- Chodźcie do mnie, coś mam - rzucił krótko.
Odszedł kilka kroków i przyjrzał się temu miejscu dokładniej. Dlaczego akurat tutaj? Może Kamila uciekała i dotarła właśnie do tego punktu, próbowała przesadzić murek, ale napastnik, lub też napastnicy, ją dopadł. Szamotanina, upada na nagrobek, uderza o płytę, leje się krew. Przysypali ją ziemią? A może wzburzyli grunt, aby ukryć ten ślad?
- Sierżancie Kilianowie Wadimie Antonowiczu - powiedział na głos. - Co widziałeś dzisiejszej nocy?
Śmierć przyciąga śmierć.
Spojrzał w stronę nadchodzącej dwójki. Mieli sprawę. I punkt zaczepienia.
18 sierpnia 1944 roku
Wadim spojrzał przez wizjer czołgu i z przerażeniem musiał stwierdzić, że nie dostrzegł niczego, oprócz czarnego dymu z dwóch maszyn trafionych przez wroga w poprzednim natarciu. To był zła wiadomość, ale i trochę dobra. Wiadomo, zginęli ludzie, jego kompani, ale ten dym kompletnie oddzielał ich od przeciwnika i byli przez pewien czas niewidzialni.
- Przeżył ktoś? - krzyknął z wieżyczki dowódca.
- Wyjdę sprawdzić - zaoferował się Wadim.
- Głupiś. Zakazuję.
- Ogień ustał.
- Bo oszczędzają amunicję. Szwabom ciepło, kuso u nich z pociskami. Nie walą na ślepo.
- No to pójdę.
- A idź - zgodził się w końcu dowódca.
Sierżant odblokował właz i pchnął go dwiema nogami, potem odwrócił się i wystawił ostrożnie głowę. Cisza. To znaczy wciąż terkotały karabiny maszynowe, słychać było nieustanny grzmot dział, gdzieś nad nimi zawodził samolot, ale wokół nich nic nie wybuchało, a silnik wiernego T-34 chodził na jałowym biegu. W sumie spokój.
Wadim ześliznął się z płyty przedniego pancerza i dotknął stopami zielonej trawy. Niesamowite uczucie. Zamiast drgającej podłogi czołgu miękka ziemia, soczysta trawa i chyba... jabłonki. O tak, co prawda ziemia była poorana lejami i śladami gąsienic, wokół niczym rozstrzelani leżały pnie, gałęzie i drzazgi zniszczonych drzew, ale jedna jabłoń dumnie stała i zapraszała, aby zerwać soczyste jabłko. To był już ten czas? Wadim podszedł i sięgnął po owoc, szarpnął i przetarł go o mundur, a potem wgryzł się w żółtą skórkę. Aż się skrzywił, bo jabłko było kwaśne jak diabli, ale żywe, a od kilkunastu miesięcy tak nieczęsto widywał coś żywego i pięknego.
Usłyszał stuk otwieranego włazu i obejrzał się w kierunku wieżyczki czołgu. Głowa oficera wystawała z ciekawością.
- A narwij i nam - rzucił porucznik Iwan Karczenko, dowódca ich maszyny.
- Kwaśne - skomentował Wadim.
- Rwij.
Chłopak złapał kilka najbliższych owoców, zdjął hełmofon i wrzucił je do środka. Podbiegł do czołgu, wdrapał się na niego i przekazał jabłka kolegom. Zeskoczył ponownie na ziemię, włożył czapkę i ruszył do zniszczonych pojazdów. Pierwszy dostał prosto we właz kierowcy, dziura w powyginanej stali nie wyglądała groźnie, ale żołnierz dobrze wiedział, że w środku nie znajdzie niczego, co przypominało człowieka. To był starszy model niż ich, w wieży siedziało dwóch, w kadłubie też dwóch. Ci na dole zginęli od razu, dwaj pozostali sekundę później. No może trzy sekundy. Drugi z czołgów płonął jak pochodnia. Dostał z boku w silnik, a że był zatankowany po korek, to miało się co palić, ale zaraz przestanie, a oni będą widoczni, dym już stawał się rzadszy. Włazy były pootwierane, zatem załoga zdążyła się ewakuować. Nie widział ciał koło maszyny, więc może nawet i uciekli.
- Po nich - zakomunikował Wadim.
- To wracaj - rzucił dowódca. - Jedziemy dalej. Na most.
Czekała ich przeprawa przez Wisłę drogą pontonową postawioną przez wojska inżynieryjne. Wadim bał się, że stoczą się z mostu i wpadną pod wodę. Dziwna sprawa, bo przecież mógł zginąć każdego dnia na dziesiątki sposobów, zastrzelony, rozerwany, upieczony, zmiażdżony, uduszony dymem, zatruty gazami, a jednak tej rzeki bał się najbardziej. Była szeroka i głęboka. Kiedy był dzieckiem, widział, jak tonie dwóch jego braci, znaleźli ich kilka dni później napuchniętych jak dmuchane świńskie pęcherze. Strasznie wyglądali. Nie chciał, aby tak właśnie go znaleźli, może zrobią mu zdjęcie i wyślą do matuli, a ta pokaże je jego narzeczonej, Galinie, pięknej jak kwiat wiśni.
Wskoczył na pancerz i zanurkował we wnętrzu pojazdu, po czym zamknął klapę włazu. Zasiadł za sterami i wbił bieg, na szczęście wszedł gładko, ruszyli. Siedzący obok Dima drzemał, ale on spał cały czas. Dopiero gdy dochodziło do walki, to się budził i pruł serią z karabinu, w co tylko się dało. Wadim zazdrościł mu tego spania, bo sam budził się od byle hałasu, a na wojnie nigdy cicho nie jest.
Wyjechali przez dym i wyświetlił się przed nimi niemy film, jaki nieraz puszczano im w koszarach podczas szkolenia, tylko że na tym tutaj dużo błyskało, dymiło, spadające pociski wyrzucały w powietrze ziemię. Ostrzał nie był jednak zbyt mocny, Wadim widział gorsze rzeczy, chociażby w bitwie o Dniepr. Jechali dalej wprost do przeprawy. Sygnalista skierował ich na drogę i trzeba było zredukować bieg. Ręce go bolały, ale to po wczorajszym, gdy dużo jeździli, a biegi w tej francy ciężko wchodziły. Wczoraj w ogóle mieli trudny dzień, pierwsza przeprawa piechoty była straszna. Widział żołnierzy zaganianych wprost do wody. Jeśli któryś miał szczęście, to udało mu się złapać jakąś gałąź albo coś innego, po czym wskakiwał do rzeki i płynął. Serie z karabinów maszynowych ścinały ich dziesiątkami, bębniły o pancerz czołgu.
Wycofali się w końcu, bo Niemcy przekierowali na nich ogień artylerii, piekielnie mocny, zdawało się przecież, że już po szwabach, powinni podkulić ogony i spieprzać do dziadka Adolfa, a jednak walili z mocą stu diabłów. Padł rozkaz o zatrzymaniu przeprawy. Dziś już było lżej, według tego, co przekazał im dowódca, batalion kapitana Mulikowa miał lada moment zająć wzgórze Salve Regina, z którego nękał ich najgorszy ogień. Od zachodu szedł słynny 1178. pułk Barbasowa, wspomagany przez 1180. pułk piechoty pod dowództwem podpułkownika Skopenki. Wadim widział go kilka razy, przystojny mężczyzna, w wiecznym rozmarzeniu, w każdej chwili spokoju pisał listy do żony.
Sygnalista machnął chorągiewką i Wadim dodał gazu, po czym wjechał na most. Niemcy już nie walili z całą mocą, ale ogień zaporowy zbierał swoje żniwo.
Przy wjeździe na most widział dziesiątki ciał, nie wszystkie kompletne. Tu głowa, gdzieś tam noga, na osmalonym drzewie chyba jelita. Nic nowego. Zdawało mu się każdorazowo, że to ludzie spać poszli, ale zapomnieli ze sobą zabrać jakiejś części ciała. Jakie to szczęście, że martwi nie krzyczą.
Czołg przed nim dostał trafienie w górny pancerz, który błysnął niczym lampa przy robieniu zdjęcia, po czym wieża pojazdu wyfrunęła w powietrze na dobre kilkanaście metrów. Wadim dałby sobie rękę uciąć, że widział wierzgające nogi załogi. Wiedział, co się stało, wybuchł magazyn amunicyjny, w tym pociski zamontowane wewnątrz wieży. Czasem tak się zdarzało. Czołg jechał dalej mimo trafienia, pewnie kierowca, a było mu chyba Iwan, grał na harmoszce i śmiesznie tańczył, martwy zablokował sprzęt do kierowania i maszyna bezwiednie zaczęła skręcać w lewo, po czym zjechała do wody. Niemal w tym samym czasie wpadła obok niej lecąca z nieba wieża.
- Dawaj, dawaj! - krzyczał dowódca w wewnętrznym radiu.
- Tak jest!
Wadim zamknął na sekundę oczy, a potem przypomniał sobie, że są na moście, trzeba jechać prosto. No to jechali. Silnik ryczał jak lew, sierżant pocił się, jakby go włożyli do garnka z barszczem, ale jechał. Połowa mostu. Pocisk uderza w wodę obok i wizjer zalewa woda, a potem coś czerwonego, chyba krew. Z końca mostu sygnalista macha do nich chorągiewką, ale zaraz wylatuje w powietrze i zbliża się, zbliża, aż uderza w pancerz, łomotu nie słychać, zagłusza ją silnik i wybuchy. Ale widać, jak próbuje się czegoś złapać, jednak zjeżdża pod czołg. Czy przejechali po nim? Może. Nie ma jak sprawdzić, zatrzymać się nie wolno.
Trzy czwarte mostu, widać go dobrze, bo ktoś biegnie i cały się pali. Co tam za ogień, skąd? Pewnie chce dobiec do wody; Wadim, jakby się palił, to by właśnie tam zasuwał, ale tamten pada na środku drogi i jeszcze nogami macha. Niech macha. Tyle jego.
Z wykopu wystaje sygnalista, który pokazuje, żeby w prawo skręcać. Wadim zamyka oczy, bo przed nim leży ten, co się jeszcze pali. Czy macha nogami? Może i macha.
Skręcił i przez wizjer ujrzał odległy średniowieczny zamek, ledwo majaczący na horyzoncie. Ostrzał zrobił się mocniejszy i Wadim prze naprzód. Widzi wbitą po lewej stronie chorągiewkę ostrzegawczą, a zaraz za nią utopiony w jakimś płytkim bagnie czołg. Zdradliwy teren. Pocisk walnął o ich pancerz, aż tankiem szarpnęło w prawo, a on sam uderzył głową w coś twardego.
- Cali, cali! - krzyczy dowódca. - Dawaj.
Nie był to pierwszy raz, gdy dostali. Jeśli to był moździerz, to tylko dzwoniło w uszach, ale tym razem chyba odłamkowy albo burzący, choć nie bezpośrednio w nich. Taki pocisk potrafił przewrócić czołg. To akurat dobre, bo w podłodze jest ciasny właz, przez który da się wyjść. Gorzej, jak wpadnie kula do środka i lata po wnętrzu, szatkuje wszystko. Najlepiej według Wadima, gdy wybucha amunicja, bo to chwila. Najgorzej, jak w środku zaczyna się palić, bo wyjść nie sposób. Człowiek smaży się jak kiełbasa na ognisku. Kiedy jadł kiełbasę? Już nie pamięta.
Wadim ponownie przywarł do wizjera i wyrównał tor jazdy. Nagle wyłonił się jakiś leśny zagajnik pełen brzóz, za którym czekało kilka czołgów. Skierowali się w to miejsce. Tutaj byli dobrze ukryci przed szwabskimi obserwatorami, można było się przegrupować. Tank się zatrzymał.
- Czekajcie! - rozkazał dowódca, po czym otworzył klapę i wysunął się na zewnątrz.
Wadim odblokował swój właz i wypchnął go, po czym wystawił głowę, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Dokładnie przed nim między czołgami kilku oficerów coś sprawdzało na mapie. Spojrzał na zegarek, osiemnasta.
Jeden z mężczyzn wymachiwał ręką w stronę miasta. Wadim go znał, kapitan Piotr Koryszew, który dowodził batalionem piechoty. Zawsze pierwszy w boju. Przekazał coś pozostałym, bo ich dowódca odwrócił się i podbiegł do czołgu.
- Mulikow podobno już wchodzi na to cholerne wzgórze - zaraportował. - Jak ono tam się nazywa?
- Salve Regina - rzucił Dima, który przykładał ucho do słuchawki radiostacji.
- No tak, właśnie. - Porucznik pokiwał głową. - Jak je przejmą, to uderzamy. Inaczej nas wystrzelają, bo tu wypłaszczenie. Gaś maszynę, odpoczynek.
Odpoczynek, dobre sobie. Krew buzowała, serce waliło, a w powietrzu słychać było jeden wizg pocisków. Co kilka minut któryś przecinał korony brzóz, czasem uderzył niedaleko i wyrzucał fontannę ziemi. Wadimowi przypomniało się powiedzenie jego kolegi z Polski, z którym szkolili się na kierowców czołgu. Spokojnie jak na wojnie, tu pierdolnie, tam pierdolnie.
Kolejne maszyny dotarły na miejsce, zatrzymały się, z niektórych wyciągano rannych. Nie trzeba było przebić pancerza, aby zabić czołgistę, czasem siła uderzenia odrywała fragmenty metalu w środku, a te hulały wtedy niczym wiatr po stepie i cięły miękkie ciała. Maszyn przybywało, żołnierze wyskakiwali, zapalali papierosy, sikali, witali się, sprawdzali stan swoich żelaznych trumien. W tle leniwie toczyła swe wody potężna rzeka. Nie była tak duża jak Dniepr, ale mało co jest takie wielkie jak w Rosji.
- Widzieliście te wielkie Tygrysy? - zapytał Stiopa, który był kierowcą jednej z maszyn i zawsze najwięcej gadał.
- Jeszcze nie - odparł Wadim.
- Nowe czołgi mają niemiaszki - stwierdził żołnierz. - Opowiadał Wołodia, że walczyli z takimi. Podobno wielkie jak dom, a armata taka, że jak trafiła w czołg dowódcy, to go rozerwało. Nie idzie się przebić, pancerz jak skała.
- Gadanie... - skomentował jakiś sierżant. - Gówno mają. Wieją jak lisy z kurnika, co psa zobaczą. Zresztą walczyliśmy z Tygrysami i co? I nic. Czołg jak czołg, jak dostanie, to się pali.
- Ale to nowe potwory - nadawał wciąż Stiopa. - Nie przebijesz.
- Niedużo ich mają - dołączył do dyskusji starszy porucznik Astanow. - Nowe, prawda, mówili w dowództwie. Wielkie, z potężną armatą, ale powolne, zakopują się w ziemi, kiepsko skręcają, wieża wolno chodzi. Chłopaki je objeżdżały jak krowę na rowerze i waliły w tył. Wszystkie zniszczone.
- Swołocz - skomentował jeden z żołnierzy.
Wadim napił się wody z manierki. Dobrze, że je zniszczyli, nie chciałby na takiego potwora trafić. Kiedyś stary czołgista na szkoleniu zapytał ich, czy wiedzą, ile będą żyć. No niby skąd? No to im wyłożył, że czołg, zanim zostanie zniszczony, to przejeżdża wedle ich wyliczeń sześćdziesiąt sześć kilometrów, więc tyle ich dzieli od śmierci. Oni mieli szczęście, bo naliczyli już dwieście dwadzieścia kilometrów w boju. Sporo. Właściwie wszyscy, z którymi ruszali po zasileniu po zasileniu dywizji, już zostali trafieni. Ich pojazd też był remontowany, ale załoga cudem ostała się w komplecie.
Nagle nastąpiło poruszenie, nadano jakiś komunikat i zebrani zaczęli wiwatować.
- Kapitan Mulikow zdobył wzgórze! - przekazał radosną wiadomość jeden z oficerów.
- Wiwat Mulikow!
- Wiwat!
- Chwała!
Kilka minut później oficerowie mieli kolejne wieści. Wydzielili grupy szturmowe i oznajmili, że uderzenie na miasto nastąpi o północy.
- Będzie nami dowodził bezpośrednio major Gajdaj - oznajmił porucznik Iwan Karczenko, otwierając konserwę. - Pojedziemy wzdłuż Wisły, artyleria po lewej została uciszona. Mulikow zaraportował, że na wzgórzu Salve Regina kończą się umocnienia. Wjazd do miasta nie powinien być pod ostrzałem. Szczególnie w nocy. Niemcy nie ufortyfikowali miasta, pociągnęli okopy do swoich koszar. Jednocześnie uderzą pozostałe bataliony.
- Tak jest - rzucili zgodnie.
Poszli spać. Pierwsze, czego człowiek uczy się na froncie, to że się śpi, kiedy tylko można. Wadim wcisnął sobie w uszy kłęby trawy i naciągnął mocniej hełmofon. Wlazł pod tył czołgu, umościł się na ciepłej ziemi i z lubością wciągnął w nos zapach smaru swojej maszyny. Chwila odpoczynku.