Kadr z dzieciństwa
Dzieciństwo i jakże inne miasto.
Kamienice bardziej szare
i domy, które już nie istnieją,
za to park w zieleń bogatszy.
Na rynku rosły wysokie drzewa;
stał smukły Krzyż pod Kościołem;
duża restauracja "Pod Lipami";
lokal taki znakomitszy.
Koło Kościoła Piotra i Pawła
na rogu fryzjer nam znany,
a dalej niepozorny budynek,
w którym wystawowe okna;
duże, obszerne i bardzo nisko,
a na wystawie cudeńka.
Następnie szewc, wesoły, serdeczny
i ciągle młoteczkiem stukał.
Dalej mały targ z warzywami,
na który lubiłam chodzić
i między pełnymi straganami
owoce wypatrywałam:
tu malinówki, a tam kosztele,
na drugim straganie gruszki;
duże i żółte, soczyste klapsy;
tak się nimi zajadałam!
A Krakowska...Cała kolorowa;
pełno tam różnych sklepików:
były z obuwiem i ubraniami
i "Delikatesy" duże.
Jeden "Jubiler" z kosztownościami,
schowany sklep w podwórzu,
a wystawy zrobione na zewnątrz,
szklane, okrągłe, w murze.
Niżej Krakowskiej mała lodziarnia,
w której stoliki okrągłe,
a krzesełka, jakby wyrzeźbione;
blaty stołów marmurowe.
Tam wchodziliśmy na smaczne lody
i bitą śmietanę w waflach;
niezapomniany aromat lodów;
pyszne były waniliowe.
Takie to były Tarnowskie Góry,
wtulone w zielone łąki...
Można dużo o nich pięknie pisać:
"Kolejarzu", starej poczcie,
dużej stacji, pociągach piętrowych,
które z kominów dymiły
i o Miasta pięknej panoramie,
w całej malowniczej szacie.
Wspomnienia z przed lat
Kiedy słyszę bicie dzwonów
w Kościele Piotra i Pawła,
wspominam ten zimowy dzień,
kiedy byłam jeszcze dzieckiem.
Szłam chodnikiem z moją mamą
trzymając się jej za rękę.
Dookoła było biało;
miasto przysypane śniegiem.
W miejskim parku spały drzewa
i ławeczki też drzemały.
Było cicho i spokojnie,
a ja szłam rozradowana,
bo do Domu Katechety
miał przyjechać wnet Mikołaj...
I przyjechał; było pięknie,
lecz ja byłam zszokowana!
Z Mikołajem na swych skrzydłach
Aniołowie przylecieli;
wszystkim dzieciom w białych workach
prezenciki rozdzielili.
Było ciasto i pierniki,
ktoś na skrzypcach grał kolędę.
Śmiech i radość tam gościły
i konfetti rozrzucili.
Zapadł zmrok; wracam do domu,
blask lamp pada na ślizgawki,
które dzieci wyślizgały
idąc do Parkowej Szkoły.
Ja biegnę przed swoją mamą
i każdą z nich zaliczam,
patrząc w górę, w ciemne niebo,
z którego sypie śnieg biały.
Zapatrzona w srebrne gwiazdki
nie zauważyłam kiedy
nagle znikła moja mama,
a ja na Krakowskiej stojąc,
dałam taki głośny koncert,
że w przestrachu kamienice
otwarły zaspane oczy
w mój ryk okna swe wtapiając.
Mama zaraz się znalazła,
wychodząc z delikatesów
i mi gniewnie przykazała,
że mam słuchać, kiedy woła,
a nie chodzić z głowa w chmurach
i później taki cyrk robić,
stawiając na równe nogi
Tarnowskie Góry dokoła.
Taka była ta przygoda,
która zaczęła się pięknie
z Mikołajem, Aniołami
w mroźny pokryty śniegiem dzień.
Nigdy później moje Miasto
wstrząsu większego nie znało,
bo dostałam swą nauczkę,
a dał mi ją tamten grudzień.