Kiedy pracowałam w start-upie zajmującym się wdrażaniem różnego rodzaju narzędzi dla miast, aby pomóc im usprawnić (czytaj: zoptymalizować) procesy planistyczne, byłam pod wrażeniem, ile potrafi współczesna technologia. Jak wiele da się zrobić, jeśli tylko wyposaży się gminę w odpowiednie czujniki, wprowadzi narzędzia do analizy, przekaże urzędnikom nowy program. Na każdej konferencji czy kongresie spotykałam mnóstwo firm, które miały własne, często bardzo oryginalne pomysły. Fascynujące było chłonięcie tych idei i obserwowanie, jak różne mogą być sposoby wykorzystania technologii. Miałam poczucie, że właśnie tak powinno się pożytkować kreatywność - tworzyć rozwiązania, które poprawiają funkcjonowanie instytucji, choćby urzędów.
Mój epizod działalności w start-upie pozwolił mi zobaczyć również, jak od środka tworzy się rozwiązania, co mówi się w kuluarach i na co faktycznie się stawia. Niezależnie od tego, czy mówimy o aplikacji społecznościowej, czy o systemie analitycznym, cel jest jeden - wysiłek jej tworzenia ma się zwrócić, a my mamy na tym zarobić. Dane to potężne i cenne zasoby, nic więc dziwnego, że wiele firm bardzo chętnie je zbiera. Czy działamy etycznie, to najczęściej sprawa drugorzędna. Witamy w późnym kapitalizmie.
Nie byłoby to możliwe, gdyby nie druga strona tej relacji - odbiorcy. To nas wykorzystuje się do zbierania informacji. Często nieświadomi zagrożeń i działania systemów pozwalamy, by kolejne technologie zagościły w naszym życiu. Nawet nie zauważamy, jak stopniowo uzależniają się od nich nasze nawyki. Ciekawa to dychotomia, bo przy tym chcemy się oddać naturze, zapomnieć o tym pędzącym, głośnym świecie. Jesteśmy zmęczeni szybkim tempem życia, lawiną powiadomień, przy czym jednocześnie coraz chętniej powierzamy technologiom kolejne obowiązki. Automatyczny odkurzacz sam sprząta o wyznaczonej porze, lodówka jest w stanie zrobić analizę własnej zawartości i listę zakupów, a podajnik z karmą uzupełnia się samodzielnie, dbając o naszego pupila. Z czasem powierzamy urządzeniom coraz więcej codziennych zadań i zauważamy, że coraz trudniej funkcjonowałoby się bez nich.
Rosnąca zależność od technologii sprawia, że jest nią wypełniona i nasza okolica, całe miasto. Jest to odbicie tego, co dzieje się w społeczeństwie. W miejskiej przestrzeni zaczęto implementować różne nowoczesne systemy: monitoring, algorytmizację, cyfrowe ułatwienia - najczęściej pod pretekstem podnoszenia efektywności lub optymalizacji. Przesunięciu uległ, jak zobaczymy, punkt ciężkości. Architektura, której z definicji zawdzięczamy dach nad głową, będąca narzędziem budowania wspólnoty, coraz silniej staje się podporządkowana zarówno logice rynku, jak i technologii. Logika ta wdziera się do wszystkich obszarów życia miejskiego, co czyni miasta bardziej przewidywalnymi i "sprzedawalnymi". Opisują je chwytliwe hasła wydmuszki, najczęściej odwołujące się do poczucia bezpieczeństwa. Dla przykładu - w 2017 roku firma Siemens przygotowała kampanię, w której porównano przebywanie w inteligentnym budynku do pozostawania... w łonie matki1. Zestawiono ze sobą sytuację dziecka rozwijającego się w brzuchu matki i człowieka przebywającego w budynku typu smart. W obu przypadkach chodzi o środowisko idealnie dostosowane do aktualnych potrzeb. Przyznajmy, że to naprawdę silna metafora - technologia się nami opiekuje, tworzy dla nas to, co najlepsze. Jest nam potrzebna, żebyśmy żyli komfortowo. Musimy ją mieć, a nawet w niej wzrastać.
Miasto stało się główną sceną prezentacji dwóch sprzecznych trendów wynikających z rozprzestrzeniania się technologii - z jednej strony technofobii, z drugiej technofilii. A ponieważ w miastach na stosunkowo małej powierzchni skupia się wiele osób i mamy możliwość ich łatwego badania - można traktować miasta jako żywe laboratoria.
W proces technologizacji miasta - bo do tego dąży się w mieście przyszłości - podręcznikowo powinny być angażowane cztery grupy: władze publiczne, sektor prywatny, jednostki naukowe oraz sami mieszkańcy. Taka struktura zapobiega tworzeniu rozwiązań niedostosowanych do ludzkich potrzeb i pozwala współdecydować społeczności lokalnej o kształcie swojego otoczenia. Problem jednak w tym, że to... utopia. Idea miasta jako laboratorium często staje się wytrychem pozwalającym firmom przemycać do tkanki miejskiej własne, korporacyjne "rozwiązania" lokalnych problemów. "Rozwiązania" te - jak przekonamy się za chwilę - wcale nie muszą jednak nic poprawiać. Skutecznie jednak będą nas obserwować i pozyskiwać dane, udając, że wnoszą coś dla społeczności. Pytanie więc: kto to z nas chciałby świadomie trwać w procesie, w którym zacierają się granice prywatności, a informacje na temat każdej sfery naszego życia są skrupulatnie zbierane, analizowane i magazynowane?
W tej książce chciałabym pokazać, co może nas czekać w przyszłości, niezależnie od tego, gdzie mieszkamy. Spoiler: nie będę tu pisać o mieszkaniu na Księżycu albo na Marsie, nie będę także snuć opowieści o fantastycznych wizjach nowej cywilizacji (poza ich rozbrajaniem). Według mnie przyszłość miast jest o wiele bliższa temu, co dzieje się obecnie. Starałam się zatem zbadać, w jaki sposób różnego rodzaju korporacje i ludzie u władzy podejmują decyzje i czy zawsze ustalenia te możemy nazywać demokratycznymi. Chcę też opowiedzieć o tym, jak to wpływa (i będzie wpływać) na życie nas, przeciętnych mieszkanek i mieszkańców miast, i jak obrany obecnie kierunek rozwoju może oddziaływać na obecne i przyszłe pokolenia.
Przyszłość nie jest odgórnie określona. Można ją zaprojektować. Wymaga to jednak bardzo konkretnych działań. Żeby jednak świadomie ją współtworzyć, najpierw trzeba zrozumieć siły, które już dziś nadają jej kierunek. Chcę Was zatem zabrać w podróż w meandry wpływów i zysków, nadzoru i kontroli, abyście mogli być nieco bardziej świadomymi użytkownikami i użytkowniczkami przestrzeni miasta - a nawet własnego domu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki