Miasto Popiołów - Cassandra Clare

Kup ebooka

33.15 zł
28.18 zł (26,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

4

Kukułka w gnieździe

- Sok pomarańczowy, melasa, jajka z terminem przydatności, który minął parę tygodni temu i... coś, co wygląda na sałatę.

- Sałatę? - Clary zajrzała do lodówki ponad ramieniem przyjaciela. - A, to mozzarella.

Simon zamknął kopniakiem drzwi lodówki.

- Zamówić pizzę? - spytał.

- Już to zrobiłem - powiedział Luke, wchodząc do kuchni z bezprzewodowym telefonem w ręce. - Jedna duża wegetariańska i trzy kole. Dzwoniłem do szpitala. U Jocelyn bez zmian.

- Aha - mruknęła Clary.

Siedziała przy drewnianym stole w jego kuchni. Odkąd znała Luke'a, zawsze panował tu porządek, ale w tym momencie na blacie leżała nieotwarta poczta, a obok stały stosy brudnych talerzy. Na oparciu krzesła wisiał zielony worek. Clary wiedziała, że powinna pomóc w sprzątaniu, ale ostatnio nie miała energii. Kuchnia była mała i trochę zapuszczona nawet w najlepszych czasach. Luke nie przepadał za gotowaniem. Półka na przyprawy wisząca nad staromodną kuchenką gazową służyła mu do przechowywania puszek z kawą i herbatą.

Kiedy Luke sprzątnął ze stołu brudne talerze i wstawił je do zlewu, Simon usiadł obok niej i zapytał cicho:

- Wszystko w porządku?

- Tak. - Clary zdobyła się na uśmiech. - Nie oczekiwałam, że mama dzisiaj się obudzi. Mam wrażenie, że ona... na coś czeka.

- Wiesz, na co?

- Nie. Po prostu czegoś brakuje. - Spojrzała na Luke'a, ale on był zajęty zmywaniem naczyń. - Albo kogoś.

Przyjaciel spojrzał na nią pytająco, a potem wzruszył ramionami.

- Coś mi się zdaje, że spotkanie w Instytucie było dość przykre.

Clary zadrżała.

- Mama Aleca i Isabelle jest straszna.

- Jak ma na imię?

- May-ris - odparła Clary, naśladując wymowę Luke'a.

- To stare imię Nocnych Łowców - powiedział Luke, wycierając ręce w ścierkę.

- Jace postanowił zostać i stanąć przed Inkwizytorem? Nie wolał odejść? - zapytał Simon.

- Musi to zrobić, jeśli chce pozostać Nocnym Łowcą - wyjaśnił Luke. - A bycie Nefilim jest dla niego wszystkim. Znałem w Idrisie podobnych do niego. Gdyby mu to zabrać...

W tym momencie zabrzęczał dzwonek. Luke rzucił ścierkę na ladę.

- Zaraz wracam.

Gdy tylko wyszedł z kuchni, Simon powiedział:

- Nie mogę oswoić się z myślą, że Luke kiedyś był Nocnym Łowcą. Fakt, że jest wilkołakiem, aż tak bardzo mnie nie dziwi.

- Naprawdę? Dlaczego?

Simon wzruszył ramionami.

- O wilkołakach słyszałem wcześniej. To coś znanego. Luke zmienia się w wilka raz w miesiącu, i w porządku. Ale Nocny Łowca... kojarzy mi się raczej z jakimś kultem.

- Wcale nie.

- Właśnie, że tak. Nocne polowania są całym ich życiem. Patrzą z góry na wszystkich innych, nazywają nas Przyziemnymi, zupełnie jakby sami nie byli ludzkimi istotami. Nie przyjaźnią się ze zwykłymi śmiertelnikami, nie chodzą w te same miejsca, uważają, że są lepsi od nas. - Simon wyciągnął przed siebie nogę i zaczął skubać postrzępiony brzeg dziury na kolanie dżinsów. - Dzisiaj poznałem innego wilkołaka.

- Nie mów mi, że zaprzyjaźniłeś się z Pete'em z "Księżyca Łowcy". - Clary poczuła nieprzyjemne ściskanie w żołądku.

- Nie. To dziewczyna. Mniej więcej w naszym wieku. Ma na imię Maia.

- Maia? - Luke wrócił do kuchni z pizzą.

Położył kartonowe pudełko na stole, a Clary je otworzyła. Zapach gorącego ciasta, sosu pomidorowego i sera uświadomił jej, jak bardzo jest głodna. Oderwała kawałek, nie czekając, aż Luke podsunie jej talerz. Usiadł, potrząsając głową i szeroko się uśmiechając.

- Maia należy do stada, tak? - zapytał Simon, biorąc kawałek pizzy.

- Tak. To dobry dzieciak. Przychodziła doglądać księgarni, kiedy byłem w szpitalu. Pozwala, żebym płacił jej książkami.

- Krucho u ciebie z pieniędzmi? - domyślił się Simon.

Luke wzruszył ramionami.

- Pieniądze nigdy nie były dla mnie ważne, a stado dba o swoich.

- Mama zawsze mówiła, że kiedy zabraknie nam pieniędzy, sprzeda jedną z akcji mojego taty - powiedziała Clary. - Ale ponieważ facet, którego uważałam za ojca, nie był moim ojcem, a wątpię, czy Valentine ma jakieś akcje...

- Twoja matka wyprzedawała swoją biżuterię - przerwał jej Luke. - Valentine dał jej trochę rodzinnych klejnotów, które od pokoleń należały do Morgensternów. Nawet za drobiazg można było dostać wysoką cenę na aukcji. - Westchnął. - Teraz wszystko przepadło... chyba że Valentine uratował je z waszego zniszczonego mieszkania.

- Cóż, mam nadzieję, że wyprzedawanie jego skarbów sprawiło jej trochę satysfakcji - rzucił Simon, biorąc trzeci kawałek pizzy.

Zadziwiające, pomyślała Clary, ile są w stanie zjeść nastoletni chłopcy, nie tyjąc ani nie dostając mdłości.

- Musiałeś dziwnie się poczuć, kiedy zobaczyłeś Maryse Lightwood po takim długim czasie - zwróciła się do Luke'a.

- Właściwie nie. Maryse aż tak się nie zmieniła. Prawdę mówiąc, jest bardziej sobą niż kiedykolwiek, jeśli to ma sens.

Rzeczywiście, Maryse Ligthwood wyglądała bardzo podobnie jak na zdjęciu, które pokazał jej Hodge: smukła, ciemnowłosa dziewczyna z dumnie uniesioną głową.

- A ona? - zapytała Clary. - Naprawdę mieli nadzieję, że nie żyjesz?

Luke się uśmiechnął.

- Może nie tyle z nienawiści, ile z wygody, byłoby dla nich mniej kłopotliwe, gdybym naprawdę umarł. A ja nie tylko żyję, ale przewodzę śródmiejskiemu stadu. Tego się nie spodziewali. Starają się zachować pokój między Podziemnymi, bo na tym polega ich praca, a tutaj zjawiam się ja i w dodatku mam wiele powodów, żeby pragnąć zemsty. Jestem dla nich niewiadomą.

- A jesteś? - zapytał Simon. Pizza się skończyła, więc sięgnął po jeden z brzegów zostawionych przez Clary. Wiedział, że ona ich nie lubi. - To znaczy niewiadomą.

- Wprost przeciwnie. Jestem solidnym, przewidywalnym człowiekiem w średnim wieku.

- Tyle że raz w miesiącu zmieniasz się w wilka i polujesz na różne stworzenia - zauważyła Clary.

- Mogło być gorzej - skwitował Luke. - Mężczyźni w moim wieku są znani z tego, że kupują drogie sportowe samochody i sypiają z supermodelkami.

- Masz dopiero trzydzieści osiem lat - zaprotestował Simon. - To nie jest średni wiek.

- Dziękuję, Simonie. Jestem ci wdzięczny. - Luke otworzył pudełko z pizzą, zobaczył, że jest puste, i zamknął je z westchnieniem. - Choć zjadłeś całą pizzę.

- Tylko pięć kawałków - obruszył się Simon, balansując niebezpiecznie na dwóch nogach krzesła.

- A jak myślisz, ile kawałków ma pizza, idioto? - warknęła Clary.

- Mniej niż pięć to nie posiłek, tylko przekąska. - Simon spojrzał z obawą na Luke'a. - Czy to oznacza, że zmienisz się w wilka i mnie zjesz?

- Z pewnością nie. - Luke wstał od stołu i wyrzucił pudełko do śmieci. - Byłbyś żylasty i twardy.

- Ale koszerny.

- Z pewnością napomknę o tobie żydowskim likantropom. - Luke oparł się o zlew. - Odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie, Clary, spotkanie z Maryse Lightwood rzeczywiście było dziwne, ale nie ze względu na nią, tylko na otoczenie. Instytut za bardzo przypomina mi Salę Anioła w Idrisie. Czułem wokół siebie moc runów Szarej Księgi po piętnastu latach prób zapomnienia o nich.

- Naprawdę udało ci się je zapomnieć?

- Są rzeczy, których nigdy się nie zapomina. Runy w Księdze to coś więcej niż ilustracje. One stają się częścią ciebie. Nigdy nie przestaje się być Nocnym Łowcą. To dar, który ma się we krwi, i nie można go zmienić, tak jak nie zmienisz swojej grupy krwi.

- Zastanawiałam się, czy sama nie mogłabym otrzymać Znaków.

Simon odłożył brzeg pizzy na stół.

- Chyba żartujesz.

- Nie. Dlaczego miałabym żartować w takiej sprawie? I dlaczego nie miałabym dostać Znaków? Jestem Nocnym Łowcą. Przyda mi się ochrona, którą zapewniają.

- Ochrona przed czym? - Simon pochylił się nad stołem, przednie nogi krzesła ze stukiem opadły na podłogę. - Myślałem, że już skończyłaś z zabawą w Nocnych Łowców. Myślałem, że starasz się prowadzić normalne życie.

- Nie jestem pewien, czy istnieje coś takiego jak normalne życie - rzekł Luke łagodnym tonem.

Clary spojrzała na swoje ramię, na którym Jace narysował jej jedyny Znak. Pozostała po nim biała koronkowa siateczka, bardziej wspomnienie niż blizna.

- Jasne, że chcę uciec od całej tej dziwaczności. Ale co będzie, jeśli ona mnie dopadnie? Jeśli nie będę miała wyboru?

- A może wcale nie chcesz od niej uciec - powiedział cicho Simon. - W każdym razie, dopóki jest w nią zamieszany Jace.

Luke odchrząknął.

- Większość Nefilim przechodzi szkolenie, zanim dostanie Znaki. Nie polecałbym ich, póki nie zdobędziesz podstawowej wiedzy. Ale, oczywiście, to zależy od ciebie. Jest jednak coś, co powinnaś mieć. Co powinien mieć każdy Nocny Łowca.

- Wyniosłą, arogancką postawę? - wtrącił Simon.

- Stelę. Każdy Nocny Łowca powinien mieć stelę.

- A ty masz? - spytała Clary, zaskoczona.

Luke bez słowa wyszedł z kuchni. Wrócił po chwili, trzymając w ręce jakiś przedmiot owinięty w czarną tkaninę. Położył go na stole i rozwinął materiał, odsłaniając narzędzie podobne do różdżki, zrobione z jasnego, matowego kryształu.

- Ładna - powiedziała Clary.

- Cieszę się, że tak uważasz, bo chcę, żebyś ją wzięła.

- Ja? - Clary popatrzyła na niego zdumiona. - Ale przecież jest twoja, prawda?

Luke pokręcił głową.

- Należała do twojej matki. Jocelyn nie chciała trzymać steli w mieszkaniu, żebyś jej nie znalazła, więc poprosiła mnie, żebym ją przechował.

Clary wzięła stelę do ręki. Początkowo chłodna w dotyku, używana rozgrzewała się i zaczynała jaśnieć. Była za krótka, żeby służyć jako broń, i za długa, żeby można się nią posługiwać jak przyborem do pisania.

- Naprawdę mogę ją zatrzymać?

- Jasne. To oczywiście stary model, prawie dwudziestoletni. Od tamtej pory je ulepszyli, ale nadal można na niej polegać.

Clary uniosła stelę jak batutę dyrygenta i nakreśliła w powietrzu niewidzialne wzory.

- Pamiętam, jak dziadek dawał mi stare kije golfowe - odezwał się Simon.

Clary się roześmiała i opuściła rękę.

- Tylko że ty ich nigdy nie używałeś.

- A ja mam nadzieję, że ty nigdy nie będziesz musiała użyć tego - rzucił Simon. I szybko odwrócił wzrok, zanim zdążyła coś odpowiedzieć.

***

Dym unosił się ze Znaków czarnymi spiralami, a on czuł dławiący zapach własnej spalonej skóry. Ojciec stał nad nim ze stelą. Jej czubek jarzył się czerwono jak koniec pogrzebacza zbyt dugo trzymanego w ogniu. "Zamknij oczy, Jonathanie" - powiedział. "Tylko od ciebie zależy, jak silny poczujesz ból". Ale jego dłoń sama się zwinęła, odruchowo, jakby uciekała przed stelą. Jace usłyszał trzask, jakby w ręce złamała mu się kość, potem następny...

Otworzył oczy i zamrugał w ciemności. Głos ojca oddalał się niczym unoszony przez wiatr. Jace poczuł na języku metaliczny smak. Przygryzł wargę i usiadł, krzywiąc się.

Trzask rozległ się znowu. Jace mimo woli spojrzał w dół na swoją rękę. Nie było na niej żadnego śladu. Uświadomił sobie, że dźwięk dochodzi z zewnątrz. Ktoś pukał - z wahaniem - do drzwi.

Jace stoczył się z łóżka i zadrżał, kiedy bosymi stopami dotknął zimnej podłogi. Spał w ubraniu. Spojrzał z odrazą na pogniecioną koszulę. Pewnie nadal cuchnął wilkiem. I był cały obolały.

Pukanie rozległo się znowu. Jace przeszedł przez pokój i otworzył drzwi. Zrobił zaskoczoną minę.

- Alec?

- Przepraszam, że tak późno. - Alec nieśmiało wzruszył ramionami, trzymając ręce w kieszeni dżinsów. - Mama mnie po ciebie przysłała. Czeka w bibliotece.

- Która godzina?

- Prawie północ.

- Więc co tutaj robisz, do diabła?

- Nie mogłem zasnąć. - Wyglądało na to, że mówi prawdę. Jego niebieskie oczy były podkrążone.

Jace przeczesał dłonią zmierzwione włosy.

- Dobrze, poczekaj chwilę, to się przebiorę.

Ruszył do szafy, przejrzał stosy starannie złożonych ubrań, aż znalazł granatowy T-shirt z długimi rękawami. Ostrożnie zdjął koszulę. Przywarła do skóry w miejscach, gdzie zaschła krew.

Alec odwrócił wzrok.

- Co ci się stało? - zapytał dziwnie zdławionym głosem.

- Wdałem się w bójkę ze stadem wilkołaków. - Jace wciągnął T-shirt przez głowę i wyszedł na korytarz. - Masz coś na szyi.

Alec odruchowo uniósł rękę.

- Co?

- Wygląda jak ślad po ugryzieniu. Co robiłeś przez całą noc?

- Nic. - Alec, czerwony jak burak, ruszył przed siebie, dotykając ręką szyi. - Spacerowałem w parku. Chciałem oczyścić umysł.

- I natknąłeś się na wampira?

- Co? Nie! Upadłem.

- Na szyję? - Gdy Alec prychnął, Jace doszedł do wniosku, że lepiej zostawić go w spokoju. - Mniejsza o to. W jakiej kwestii próbowałeś rozjaśnić sobie w głowie?

- Twojej. Moich rodziców. Matka wytłumaczyła mi, dlaczego była taka zła po tym, jak zniknąłeś. I powiedziała mi o Hodge'u. A tak przy okazji, dzięki, że nawet się o tym nie zająknąłeś.

- Przepraszam. - Teraz z kolei Jace się zarumienił. - Nie potrafiłem się do tego zmusić.

- Cóż, sytuacja nie wygląda dobrze. - Alec spojrzał na niego oskarżycielsko. - Zdaje się, że ukrywałeś różne rzeczy. Na temat Valentine'a.

Jace zatrzymał się raptownie.

- Myślisz, że kłamałem? Uważasz, że wiedziałem, że Valentine jest moim ojcem?

- Nie! - Alec wyglądał na przestraszonego jego gwałtownością. - Nie obchodzi mnie, kto jest twoim ojcem. Dla mnie to nie ma znaczenia. Nadal jesteś tą samą osobą.

- Kimkolwiek jestem. - Te słowa wyrwały się z ust Jace'a, zanim zdołał je powstrzymać.

- Właśnie to mówię. - Ton Aleca był pojednawczy. - Może bywasz... porywczy. Po prostu się zastanów, zanim coś powiesz, tylko o to cię proszę. Nikt tutaj nie jest twoim wrogiem.

- Dzięki za radę. Sam trafię do biblioteki.

- Jace...

Ale on już ruszył dalej, zostawiając Aleca. Nie znosił, kiedy ludzie się o niego martwili. Wydawało mu się wtedy, że rzeczywiście istnieje powód do zmartwienia.

Drzwi biblioteki były uchylone. Nie zadając sobie trudu, żeby zapukać, Jace wszedł do środka. Zawsze lubił ten pokój. Kojąco działało na niego połączenie drewna, mosiężnych elementów, książek oprawionych w skórę i aksamit, które jak starzy przyjaciele czekały na jego powrót. Teraz poczuł chłodny przeciąg. Zamiast ognia, który zwykle płonął w wielkim kominku przez całą jesień i zimę, ujrzał stos popiołu. Lampy były zgaszone. Jedyne światło wpadało przez wąskie, żaluzjowe okna i świetlik na wieży.

Jace, chcąc nie chcąc, pomyślał o Hodge'u. Gdyby nauczyciel tutaj był, ogień by się palił, lampy gazowe rzucałyby plamy złotego światła na parkiet. Hodge siedziałby w fotelu przy kominku, z Hugonem na ramieniu i książką w ręce...

Ale w starym fotelu Hodge'a siedział ktoś inny. Chudy i siwy. Ten ktoś wstał płynnym ruchem, rozwijając się jak kobra, i odwrócił do niego z zimnym uśmiechem.

To była kobieta, ubrana w długą, staromodną, ciemnoszarą szatę, sięgającą do czubków butów. Pod nią nieznajoma miała dopasowany szaroniebieski kostium z mandaryńskim kołnierzem, którego sztywne końce wpijały się jej w szyję. Spłowiałe blond włosy były gładko zaczesane do tyłu i upięte grzebieniami; miała szare oczy, jak kawałki krzemienia.

Kiedy przesunęła po nim wzrokiem - od ubłoconych dżinsów po posiniaczoną twarz - i tam go zatrzymała, Jace odniósł wrażenie, że dotknęły go sople lodu.

W jej spojrzeniu pojawił się błysk, niczym uwięziony pod lodem ogień, ale zaraz zgasł.

- Ty jesteś tym chłopcem?

Zanim Jace zdążył odpowiedzieć, od drzwi dobiegł głos Maryse, która weszła za nim do biblioteki. Nie słyszał jej kroków, bo zmieniła buty na obcasach na miękkie pantofle. Miała na sobie długą suknię z wzorzystego jedwabiu.

- Tak, Inkwizytorko. To jest Jonathan Morgenstern.

Kobieta zbliżyła się do niego niczym dryfujący szary dym. Wyciągnęła białą rękę o długich palcach. Ta dłoń skojarzyła się Jace'owi z pająkiem albinosem.

- Spójrz na mnie, chłopcze - powiedziała. Ujęła go pod brodę i uniosła mu głowę. - Będziesz nazywał mnie Inkwizytorką. Nie waż się zwracać do mnie inaczej. - Skórę wokół jej oczu przecinał labirynt drobnych zmarszczek, od kącików ust do podbródka biegły dwie wąskie bruzdy. - Rozumiesz?

Przez całe życie Inkwizytorka była dla niego odległą, na pół mityczną postacią. Jej tożsamość i dużą część obowiązków otaczała tajemnica. Jace zawsze wyobrażał ją sobie jako jedną z Cichych Braci, z ich sekretami, niezależnością i mocą. Nie przypuszczał, że zobaczy kogoś tak bezpośredniego i... wrogiego. Jej oczy jakby go przeszywały, obnażały do kości, krusząc zbroję jego pewności siebie i rozbawienia.

- Mam na imię Jace, a nie chłopiec - powiedział. - Jace Wayland.

- Nie masz prawa do nazwiska Wayland. Jesteś Jonathanem Morgensternem. Twierdząc, że nazywasz się Wayland, kłamiesz. Tak jak twój ojciec.

- Prawdę mówiąc, wolę myśleć, że jestem kłamcą jedynym w swoim rodzaju - odparował Jace.

- Rozumiem. - Nikły uśmieszek wykrzywił blade usta kobiety. Nie był miły. - Nie znosisz autorytetów, tak jak twój ojciec. I jak anioł, którego nazwisko obaj nosicie. - Ścisnęła mu brodę z taką gwałtownością, że paznokcie wbiły się w skórę. - Lucyfer został nagrodzony za swój bunt, kiedy Bóg wtrącił go do otchłani piekielnej. - Jej oddech był kwaśny jak ocet. - Jeśli sprzeciwisz się mojej władzy, obiecuję, że pozazdrościsz mu losu.

Puściła go i odsunęła się o krok. Jace poczuł ciepłą strużkę na podbródku, gdzie zadrapała go paznokciami. Ręce trzęsły mu się z gniewu, ale nie uniósł ich, żeby wytrzeć krew.

- Imogen... - zaczęła Maryse, ale zaraz się poprawiła: - Inkwizytorko Herondale, Jace zgodził się na próbę Miecza. Możesz się przekonać, czy mówi prawdę.

- O swoim ojcu? Tak, wiem, że mogę. - Sztywny kołnierz wpił się mocniej w szyję Herondale, kiedy się odwróciła, żeby spojrzeć na panią Lightwood. - Wiesz, że Clave nie jest zadowolone z ciebie i Roberta jako strażników Instytutu. Macie szczęście, że wasza kartoteka przez lata była w miarę czysta. Do niedawna tylko parę demonicznych incydentów, a przez kilka ostatnich dni panuje spokój. Żadnych meldunków, nawet z Idrisu, tak więc Clave jest wyrozumiałe. Czasami zastanawialiśmy się, czy rzeczywiście wyrzekliście się lojalności wobec Valentine'a. On zastawił na was pułapkę, a wy w nią wpadliście. Można by przypuszczać, że znacie go lepiej.

- Nie było żadnej pułapki - wtrącił się Jace. - Ojciec wiedział, że Lightwoodowie mnie wychowają, jeśli będą myśleli, że jestem synem Michaela Waylanda. To wszystko.

Inkwizytorka popatrzyła na niego jak na, nie przymierzając, karalucha.

- Wiesz coś o kukułkach, Jonathanie Morgenstern?

Jace zastanawiał się, czy funkcja Inkwizytora - a nie mogło to być przyjemne zajęcie - nie sprawiła, że Imogen Herondale trochę pomieszało się w głowie.

- Kukułki to pasożyty - mówiła dalej. - Składają jaja w gniazdach innych ptaków. Kiedy jajo pęka, świeżo wykluty pisklak wypycha rywali z gniazda. Biedni rodzice zaharowują się na śmierć, żeby wykarmić ogromne kukułcze pisklę, które zabiło ich dzieci i zajęło ich miejsce.

- Ogromne? Czyżby pani sugerowała, że jestem gruby?

- To była analogia.

- Nie jestem gruby.

- A ja nie chcę twojej litości, Imogen - odezwała się Maryse. - Nie wierzę, że Clave ukarze mnie albo mojego męża za to, że postanowiliśmy wychować syna zmarłego przyjaciela. Zresztą uprzedziliśmy was o naszych zamiarach.

- A ja nigdy nie skrzywdziłem żadnego z Lightwoodów - oświadczył Jace. - Pracowałem ciężko i pilnie trenowałem. Możecie mówić o moim ojcu, co chcecie, ale to on zrobił ze mnie Nocnego Łowcę. Zasłużyłem na swoje miejsce tutaj.

- Nie broń przede mną ojca - ostrzegła Inkwizytorka. - Znałam go. On był... jest najnikczemniejszym ze wszystkich ludzi na świecie.

- Najnikczemniejszym? Kto mówi "nikczemny"? Co to w ogóle znaczy?

Bezbarwne rzęsy Inkwizytorki musnęły policzki, kiedy zmrużyła oczy. Przez chwilę patrzyła na niego taksująco.

- Jesteś arogancki - stwierdziła w końcu. - I nietolerancyjny. To ojciec nauczył cię takiego zachowania?

- Nie wobec niego - odparł krótko Jace.

- Zatem małpujesz go. Valentine był jednym z najbardziej aroganckich i niegrzecznych ludzi, jakich znałam. Najwyraźniej wychował cię na swoje podobieństwo.

- Tak. - Jace nie zdołał się powstrzymać. - Od najmłodszych lat szkolił mnie jak być złym. Wyrywanie skrzydełek muchom, zatruwanie wody... robiłem to w już przedszkolu. Chyba wszyscy mieliśmy szczęście, że ojciec zainscenizował własną śmierć, zanim doszło do nauki gwałcenia i grabieży, bo inaczej nikt nie byłby bezpieczny.

Z gardła Maryse wyrwał się odgłos podobny do jęku.

- Jace...

- I podobnie jak twój ojciec nie umiesz się pohamować - przerwała jej Inkwizytorka. - Lightwoodowie tak cię rozpuścili, że do głosu doszły twoje najgorsze cechy. Może masz wygląd aniołka, Jonathanie Morgenstern, ale sam dobrze wiesz, jaki jesteś.

- To tylko chłopiec - odezwała się Maryse.

Czyżby go broniła? Jace na nią zerknął, ale ona odwróciła wzrok.

- Valentine też kiedyś był tylko chłopcem. A teraz, nim zaczniemy grzebać w tej blond głowie, żeby odkryć prawdę, proponuję, żebyś poskromił swój temperament. I wiem, gdzie najlepiej sobie z tym poradzisz.

Jace zamrugał.

- Odsyła mnie pani do mojego pokoju?

- Posyłam cię do więzienia w Cichym Mieście. Sądzę, że po spędzonej tam nocy będziesz bardziej skłonny do współpracy.

Maryse głośno wciągnęła powietrze.

- Imogen... nie możesz!

- Oczywiście, że mogę. - Oczy Inkwizytorki błysnęły niczym dwie brzytwy. - Masz mi coś do powiedzenia, Jonathanie?

Jace był w stanie tylko się na nią gapić. Ciche Miasto miało wiele poziomów, a on widział dotąd pierwsze dwa. Archiwum i miejsce posiedzeń rady Braci. Więzienne cele znajdowały się na najniższym poziomie, pod cmentarzyskiem, gdzie spoczywały w ciszy tysiące Nocnych Łowców. Lochy były przeznaczone dla najgorszych przestępców: zbuntowanych wampirów, czarowników, którzy złamali Prawo Przymierza, Nocnych Łowców, którzy przelali nawzajem swoją krew. Jace nie należał do żadnej z tych kategorii. Jak ona w ogóle mogła straszyć, że go tam pośle?

- Bardzo mądrze, Jonathanie. Widzę, że przyswoiłeś najlepszą lekcję, jakiej mogło ci udzielić Ciche Miasto. - Uśmiech nadał jej twarzy wygląd wyszczerzonej trupiej czaszki. - Jak trzymać język za zębami.

***

Clary pomagała Luke'owi sprzątnąć resztki kolacji, kiedy znowu rozległ się dźwięk dzwonka.

- Spodziewasz się kogoś? - zapytała.

Luke zmarszczył brwi i wytarł ręce w ścierkę.

- Nie. Zaczekaj tutaj. - Po drodze wziął coś z kuchennej półki. Coś błyszczącego.

- Widziałaś ten nóż? - Simon zagwizdał, wstając od stołu. - Spodziewa się kłopotów?

- Myślę, że ostatnio cały czas spodziewa się kłopotów - odparła Clary.

Wyjrzała z kuchni i zobaczyła Luke'a w otwartych frontowych drzwiach. Słyszała jego głos, ale nie odróżniała słów. Nie sprawiał jednak wrażenia zdenerwowanego.

Simon położył dłoń na jej ramieniu i odciągnął ją od drzwi.

- Oszalałaś? A jeśli to jakiś demon?

- Wtedy Luke pewnie będzie potrzebował pomocy. - Z uśmiechem spojrzała na jego rękę. - Jesteś opiekuńczy? Urocze.

- Clary! - zawołał Luke. - Chodź tutaj. Chcę, żebyś kogoś poznała.

Poklepała Simona po dłoni i zdjęła ją ze swojego ramienia.

- Zaraz wracam.

Luke miał ręce skrzyżowane na piersi i opierał się o framugę. Nóż zniknął w magiczny sposób. Na frontowych stopniach domu stała dziewczyna o kręconych kasztanowych włosach, zaplecionych w liczne warkoczyki, ubrana w jasnobrązową sztruksową kurtkę.

- To jest Maia - przedstawił ją Luke. - Właśnie o niej wam mówiłem.

Dziewczyna na nią spojrzała. Jej oczy w jasnym świetle dnia miały dziwny bursztynowy kolor.

- Ty musisz być Clary - powiedziała, a kiedy zobaczyła skinienie głową, dodała: - Więc ten blondyn, który wtargnął do "Księżyca Łowcy", to twój brat?

- Jace. - Clary nie podobało się wścibstwo tej dziewczyny.

- Maia? - Za plecamy Clary stanął Simon z rękami wciśniętymi w kieszenie dżinsów.

- Tak. A ty jesteś Simon, prawda? Mam kłopot z imionami, ale ciebie pamiętam. - Dziewczyna posłała mu uśmiech.

- Świetnie - powiedziała Clary. - Więc teraz wszyscy jesteśmy przyjaciółmi.

Luke wyprostował się i zakaszlał.

- Chciałem, żebyście się poznali, bo Maia będzie pracować w księgarni przez kilka następnych tygodni - wyjaśnił. - Jeśli zobaczycie ją, jak wchodzi i wychodzi, nie martwcie się. Ma klucz.

- Będę mieć oko na wszystkie dziwne rzeczy - obiecała Maia. - Demony, wampiry, cokolwiek.

- Dzięki - rzuciła Clary. - Teraz czuję się bezpieczna.

Maia zamrugała.

- To sarkazm?

- Wszyscy jesteśmy trochę spięci - odezwał się Simon. - Ja na przykład się cieszę, że ktoś będzie czuwał nad moją dziewczyną, kiedy zostanie sama w domu.

Luke uniósł brwi, ale nic nie powiedział.

- Simon ma rację - przyznała Clary. - Przepraszam, że na ciebie warknęłam.

- Nie szkodzi. - Maia zrobiła współczującą minę. - Słyszałam o twojej mamie. Przykro mi.

- Mnie również.

Clary odwróciła się i poszła do kuchni. Usiadła przy stole i ukryła twarz w dłoniach. Chwilę później zjawił się Luke.

- Przepraszam - powiedział. - Chyba nie byłaś w nastroju, żeby kogoś poznawać.

Clary spojrzała na niego spomiędzy palców.

- Gdzie Simon?

- Rozmawia z Maią. Ja tylko pomyślałem, że dobrze by było, gdybyś miała przy sobie kogoś znajomego.

- Mam Simona.

Luke podsunął okulary na czoło.

- Czy ja dobrze usłyszałam, że nazwał cię swoją dziewczyną?

Clary roześmiała się na widok jego miny.

- Chyba tak.

- To coś nowego czy powinienem o tym wiedzieć, ale zapomniałem?

- Dla mnie to też coś nowego. - Clary odsunęła ręce od twarzy i spojrzała na nie w zadumie. Pomyślała o Znaku, otwartym oku, które zdobiło wierzch prawej dłoni każdego Nocnego Łowcy. - Czyjaś dziewczyna, czyjaś siostra, czyjaś córka. Do niedawna nie miałam o tym wszystkim pojęcia i nadal nie wiem tak naprawdę, kim jestem.

- Odwieczny problem - stwierdził Luke.

Clary usłyszała szczęknięcie drzwi frontowych, a potem kroki Simona. Wraz z nim do kuchni napłynął zapach chłodnej nocy.

- Mogę tu dzisiaj przenocować? - zapytał. - Trochę późno, żeby wracać do domu.

- Wiesz, że zawsze jesteś mile widziany. - Luke spojrzał na zegarek. - Idę się przespać. Muszę wstać o piątej rano, żeby dojechać do szpitala na szóstą.

- Dlaczego na szóstą? - zapytał Simon.

- Wtedy zaczynają się godziny odwiedzin - wyjaśniła Clary. - Nie musisz spać na kanapie.

- Nie mam nic przeciwko temu, żeby zostać i jutro dotrzymać ci towarzystwa - powiedział Simon, niecierpliwym gestem odgarniając z oczu ciemne włosy. - Zupełnie nic.

- Wiem. Miałam na myśli to, że nie musisz spać na kanapie, jeśli nie chcesz.

- Więc gdzie... - Jego oczy rozszerzyły się za okularami. - Aha.

- W pokoju gościnnym jest podwójne łóżko.

Simon wyjął ręce z kieszeni. Na jego policzki wystąpiły jaskrawe rumieńce. Jace siliłby się na spokój, on nawet tego nie próbował.

- Jesteś pewna?

- Jestem pewna.

Przeszedł przez kuchnię, nachylił się i pocałował ją w usta, lekko i niezdarnie. Clary uśmiechnęła się i wstała z krzesła.

- Dość tych kuchni - powiedziała. - Idziemy.

Wzięła go za nadgarstki i pociągnęła za sobą w stronę pokoju gościnnego, w którym od jakiegoś czasu sypiała.

 

Prolog

Dym i diamenty

Wspaniała budowla ze szkła i stali wyrastała na Front Street niczym skrzący się obelisk przebijający niebo. Metropole, najdroższy nowy blok z mieszkaniami w centrum Manhattanu, liczył sobie pięćdziesiąt siedem pięter. Najwyższe, pięćdziesiąte siódme, zajmował luksusowy apartament Metropole, arcydzieło lśniącego, czarno-białego wzornictwa. Nagie marmurowe posadzki, zbyt świeże, żeby zgromadzić kurz, odbijały światło gwiazd widocznych przez ogromne okna sięgające od podłogi do sufitu. Dzięki idealnie przezroczystym szybom złudzenie, że między patrzącym a miastem nie ma nic, przyprawiało o zawrót głowy nawet tych, którzy nie cierpią na lęk wysokości.

Daleko w dole ciągnęła się srebrna wstęga East River, spięta rozjarzonymi mostami, upstrzona łodziami, które z tej odległości wyglądały jak muchy, oddzielająca dwa wielkie skupiska świateł: Manhattan i Brooklyn. W pogodne noce, na południu można było zobaczyć oświetloną Statuę Wolności, ale tego wieczoru całą Liberty Island zasłaniał biały wał mgły.

Choć widok był niezwykły, nie zrobił szczególnego wrażenie na mężczyźnie stojącym przy oknie. Kiedy odwrócił się od szyby i ruszył przez pokój, stukając obcasami po marmurze, na jego wąskiej, ascetycznej twarzy malowała się groźna mina.

- Jeszcze nie jesteś gotowy? - zapytał, przeczesując ręką włosy białe jak sól. - Jesteśmy tutaj już prawie godzinę.

Klęczący na podłodze chłopiec uniósł wzrok, zdenerwowany i skruszony.

- To marmur. Twardszy, niż myślałem. Trudno na nim narysować pentagram.

- Więc daj sobie spokój z pentagramem. - Z bliska było widać, że mimo siwych włosów mężczyzna nie jest stary. Twarz miał surową, ale bez zmarszczek, oczy czyste i spokojne.

Chłopiec głośno przełknął ślinę. Błoniaste czarne skrzydła wyrastające z jego wąskich łopatek (dżinsowa kurtka miała na plecach pionowe rozcięcia) zatrzepotały nerwowo.

- Pentagram jest niezbędną częścią każdego rytuału przywołania demona. Dobrze pan o tym wie. Bez niego...

- Nie będziemy chronieni. Wiem, młody Eliasie, ale kontynuuj. Znam czarowników, którzy potrafią wezwać demona, porozmawiać z nim i odesłać z powrotem do piekła w czasie, który tobie zabrało narysowanie połowy pięcioramiennej gwiazdy.

Chłopiec nic nie odpowiedział, tylko z nową energią i zawziętością zaatakował marmur. Pot ściekał mu z czoła. Elias odgarnął włosy. Palce jego dłoni były połączone delikatnymi jak pajęczyna błonami.

- Gotowe - oznajmił w końcu, z westchnieniem siadając na piętach.

- Dobrze. - W głosie mężczyzny brzmiało zadowolenie. - Zaczynajmy.

- Pieniądze...

- Mówiłem ci. Dostaniesz zapłatę dopiero po tym, jak porozmawiam z Agramonem. Nie wcześniej.

Elias wstał z podłogi i zdjął kurtkę. Mimo otworów, które w niej wyciął, nadal nieprzyjemnie uciskała mu skrzydła. Rozprostował je z ulgą i zaraz złożył, wprawiając w ruch zastałe powietrze. Były czarne i mieniły się tęczowymi kolorami jak plama ropy na wodzie. Mężczyzna odwrócił z niesmakiem wzrok, ale chłopiec nic nie zauważył. Zaczął okrążać pentagram zgodnie z ruchem wskazówek zegara i śpiewać w języku demonów, który brzmiał jak trzask płomieni.

Rysunek nagle buchnął płomieniami z takim sykiem, jaki wydaje uchodzące z opony powietrze. W dwunastu ogromnych oknach odbiło się dwanaście płonących pięcioramiennych gwiazd.

W pentagramie coś się poruszyło, coś czarnego i bezkształtnego. Elias śpiewał coraz szybciej, unosząc błoniaste ręce, palcami kreśląc w powietrzu delikatne wzory. W ich miejsce pojawiał się trzaskający niebieski ogień. Mężczyzna nie potrafił płynnie mówić po chtońsku, w języku czarowników, ale znał dość słów, żeby zrozumieć powtarzającą się pieśń: Agramonie, wzywam cię. Z przestrzeni między światami wzywam cię.

Mężczyzna wsunął rękę do kieszeni. Uśmiechnął się, gdy jego palce natrafiły na twardy, zimny metaliczny przedmiot.

Elias przestał chodzić wokół pięcioramiennej gwiazdy. Stanął przed nią, nadal powtarzając słowa monotonnej pieśni. Niebieskie płomienie trzaskały wokół niego jak błyskawice. Nagle ze środka pentagramu wzniósł się pióropusz dymu, popłynął spiralą do góry, rozrósł się i zestalił. W cieniu pojawiła się para oczu, błyszczących niczym klejnoty uwięzione w pajęczej sieci.

- Kto mnie przywołał poprzez światy? - zapytał Agramon głosem, który przypominał brzęk tłukącego się szkła. - Kto mnie wzywa?

Elias przestał śpiewać. Stał przed pentagramem, powoli poruszając skrzydłami. W pomieszczeniu cuchnęło rdzą i spalenizną.

- Agramonie, jestem czarownik Elias. To ja cię wezwałem.

Przez chwilę w pokoju panowała cisza. Potem demon się roześmiał - jeśli tak można nazwać unoszący się z jego ust i żrący jak kwas dym.

- Głupi czarownik - wysyczał Agramon. - Głupi chłopiec.

- To ty jesteś głupi, jeśli myślisz, że możesz mi grozić - odparł Elias, ale jego głos drżał, podobnie jak skrzydła. - Będziesz więźniem tego pentagramu, Agramonie, dopóki cię nie uwolnię.

- Naprawdę?

Dym ruszył do przodu, formując coś w rodzaju macki. Ta z kolei zmieniła się w ludzką rękę i musnęła brzeg płonącego pentagramu. Następnie chmura przekroczyła brzegi gwiazdy i rozlała się po niej jak fala przerywająca tamę. Płomienie zaskwierczały i zgasły, a Elias zatoczył się z krzykiem do tyłu. Zaczął szybko śpiewać po chtońsku zaklęcia uwięzienia i odegnania. Nic się nie stało. Czarny dym nieustępliwie sunął dalej, przybierając nowy kształt: zdeformowanej, ogromnej, szkaradnej postaci o oczach wielkich jak spodki, gorejących straszliwym blaskiem.

Mężczyzna obserwował z chłodnym zainteresowaniem młodego czarownika, który wrzasnął i rzucił się do ucieczki. Nie dotarł jednak do drzwi, bo Agramon pochłonął go jak jęzor wrzącej smoły. Elias jeszcze przez chwilę walczył słabo... a potem znieruchomiał.

Czarna postać cofnęła się, zostawiając na marmurowej podłodze wykrzywione ciało czarownika.

- Mam nadzieję, że nie zrobiłeś mu nic, co by sprawiło, że stanie się dla mnie bezużyteczny - powiedział mężczyzna. Już wcześniej wyjął z kieszeni zimny metalowy przedmiot i teraz się nim bawił. - Potrzebuję jego krwi.

Czarny słup odwrócił się i utkwił spojrzenie przerażających diamentowych oczu w mężczyźnie w drogim garniturze, o wąskiej, niewzruszonej twarzy, z czarnymi Znakami na skórze i lśniącym przedmiotem w dłoni.

- Zapłaciłeś dzieciakowi, żeby mnie wezwał? - spytał. - I nie powiedziałeś mu, co potrafię?

- Właśnie.

- To było sprytne - przyznał Agramon z niechętnym podziwem.

Mężczyzna zrobił krok w stronę demona.

- Jestem bardzo sprytny. I jestem teraz twoim panem. Mam Kielich Anioła. Musisz mnie słuchać albo pożałujesz.

Demon milczał przez chwilę, po czym opadł na podłogę w parodii poddańczego gestu... o ile istota pozbawiona ciała może uklęknąć.

- Jestem do twoich usług, panie...

Mężczyzna się uśmiechnął.

- Możesz nazywać mnie Valentine.

 

1

Strzała Valentine'a

- Nadal jesteś wściekły?

Alec, oparty o ścianę windy, spiorunował Jace'a wzrokiem.

- Nie jestem wściekły.

- Owszem, jesteś.

Jace oskarżycielskim gestem wycelował palec w przybranego brata i syknął, kiedy ból przeszył jego ramię. Cały był obolały po tym, jak po południu przeleciał przez trzy piętra zbutwiałego drewna i wylądował na stosie złomu. Nawet palce miał posiniaczone. Alec, dopiero niedawno odstawiwszy kule, których musiał używać po walce z Abbadonem, nie wyglądał dużo lepiej od niego. Jego ubranie pokrywały zaschnięte grudy błota, włosy wisiały w strąkach, na policzku widniała długa cięta rana.

- Nie jestem - rzucił Alec przez zęby. - Mówiłeś, że smocze demony dawno wymarły...

- Powiedziałem, że są prawie wymarłe.

- Prawie wymarłe to niedostatecznie wymarłe. - Głos Aleca drżał z wściekłości.

- Rozumiem. Każę zmienić wpis w podręczniku demonologii z "prawie wymarłe" na "niedostatecznie wymarłe zdaniem Aleca. On woli potwory, które naprawdę wymarły". Czy to cię uszczęśliwi?

- Chłopcy, chłopcy, nie kłóćcie się - skarciła ich Isabelle, przyglądając się swojej twarzy w lustrze windy. Odwróciła się do nich z promiennym uśmiechem. - Fakt, że było więcej akcji, niż się spodziewaliśmy, ale w gruncie rzeczy niezła zabawa.

Alec spojrzał na nią i pokręcił głową.

- Jak to robisz, że nigdy nie masz na sobie błota? - zapytał.

Jego siostra wzruszyła ramionami.

- Mam czyste serce - odparła filozoficznie. - To odpycha brud.

Jace prychnął tak głośno, że Isabelle łypnęła na niego, marszcząc brwi. Przybrany brat pomachał do niej umorusanymi palcami. Za paznokciami miał żałobę.

- Brud w środku i na zewnątrz.

Isabelle już miała mu coś odpowiedzieć, kiedy winda zatrzymała się z przeraźliwym zgrzytem.

- Czas ją wreszcie naprawić - stwierdziła, otwierając drzwi.

Jace wyszedł za nią na korytarz. Już nie mógł się doczekać, kiedy pozbędzie się broni, zrzuci zbroję i wskoczy pod gorący prysznic. Przekonał przybranego brata i siostrę, żeby wybrali się z nim na polowanie, choć oboje niechętnie opuszczali Instytut, odkąd zabrakło Hodge'a, udzielającego im instrukcji. Jace jednak pragnął odwrócenia uwagi, brutalnej rozrywki i zapomnienia, które mogła dać walka, a nawet odniesione rany. Alec i Isabelle się zgodzili, wiedząc, że właśnie tego mu potrzeba. Pełzli więc przez brudne, opuszczone tunele, aż znaleźli i zabili smoczego demona. We trójkę działali jak zgrany zespół. Jak rodzina.

Jace rozpiął kurtkę i powiesił ją na kołku wbitym w ścianę. Alec siedział obok niego na niskiej drewnianej ławie i zdejmował zabłocone buty. Nucił niemelodyjnie pod nosem, by pokazać, że wcale nie jest zły. Isabelle wyjmowała szpilki z długich ciemnych włosów. Kiedy opadły wokół niej jak kurtyna, oznajmiła:

- Jestem głodna. Chciałabym, żeby mama tu była i coś nam ugotowała.

- Lepiej, że jej tu nie ma - powiedział Jace, odpinając pas z bronią. - Już by krzyczała, że brudzimy dywany.

- Masz rację - usłyszał za plecami chłodny głos.

Jace znieruchomiał z rękami przy pasie i odwrócił głowę. W drzwiach, z rękoma skrzyżowanymi na piersi, stała Maryse Lightwood. Miała na sobie czarny strój podróżny. Jej włosy, czarne jak u Isabelle, były ściągnięte w gruby koński ogon sięgający połowy pleców. Spojrzenie lodowatych, błękitnych oczu przesunęło się po całej trójce, jak snop światła z reflektorów.

- Mama! - Isabelle pierwsza odzyskała zimną krew. Podbiegła do matki i uściskała ją serdecznie.

Alec wstał z ławy i dołączył do siostry, starając się nie utykać.

Jace został na swoim miejscu. W oczach Maryse dostrzegł wyraz, który go zmroził. Z pewnością to, co powiedział, nie było aż takie straszne. Często żartowali z jej obsesji na punkcie starych dywanów...

- Gdzie tata? - zapytała Isabelle, odsuwając się od matki. - I Max?

Maryse zawahała się ledwo dostrzegalnie.

- Max jest w swoim pokoju, a twój ojciec, niestety, nadal w Alicante. Pewna sprawa wymagała jego obecności.

- Coś się stało? - zainteresował się Alec, na ogół bardziej niż siostra wyczulony na wszelkie nastroje.

- To raczej ja mogłabym zadać ci to pytanie. - Ton matki był suchy. - Utykasz?

- Ja...

Alec był fatalnym kłamcą. Isabelle gładko wybawiła go z kłopotu.

- Mieliśmy starcie ze smoczym demonem w podziemnych tunelach. Ale to nic takiego.

- Zapewne Wielki Demon, z którym walczyliście w zeszłym tygodniu, to też nic wielkiego?

Nawet Isabelle straciła rezon. Spojrzała na Jace'a.

- To nie było zaplanowane. - Jace miał trudności ze skupieniem się. Maryse jeszcze się z nim nie przywitała, nie powiedziała mu nawet "cześć" i nadal spoglądała na niego oczami twardymi jak sztylety. Ucisk, który czuł w żołądku, powoli rozpływał się po całym brzuchu. Nigdy wcześniej tak na niego nie patrzyła, choćby nie wiadomo co zrobił. - To był błąd...

- Jace! - Najmłodszy z Lightwoodów przecisnął się obok matki i wpadł do pokoju, umykając przed jej ręką. - Wróciłeś? Wszyscy wróciliście. - Z zadowoleniem uśmiechnął się do Aleca i Isabelle. - Tak mi się wydawało, że słyszę windę.

- A mnie się wydawało, że miałeś zostać w swoim pokoju - powiedziała Maryse.

- Nie pamiętam - odparł Max z takim dostojeństwem, że nawet Alec się uśmiechnął.

Max był mały jak na swój wiek - wyglądał na siedem lat - ale tak poważny i samodzielny, że, zwłaszcza w połączeniu ze zbyt dużymi okularami, wydawał się starszy. Alec zmierzwił mu włosy, ale chłopiec wpatrywał się płomiennym wzrokiem w przybranego brata. Jace poczuł, że zimna pięść zaciśnięta w jego żołądku trochę się rozluźnia. Max zawsze wielbił jak bohatera właśnie jego, a nie Aleca, pewnie dlatego, że Jace lepiej tolerował jego obecność.

- Słyszałem, że walczyliście z Wielkim Demonem - powiedział chłopiec. - Był straszny?

- Był... inny - odparł Jace wymijająco. - Jak Alicante?

- Super. Widzieliśmy fajne rzeczy. W Alicante jest ten wielki arsenał. Zabrali mnie w parę miejsc, gdzie wyrabia się broń. Pokazali mi nowe sposoby robienia serafickich noży, żeby dłużej przetrwały. Spróbuję namówić Hodge'a, żeby mi pokazał...

Jace zerknął na Maryse z wyrazem niedowierzania na twarzy. Więc Max nie wiedział o Hodge'u? Nic mu nie powiedzieli?

Maryse dostrzegła jego spojrzenie i zacisnęła wargi.

- Wystarczy, Max. - Wzięła najmłodszego syna za ramię.

Chłopiec zadarł głowę i popatrzył na nią zaskoczony.

- Ale ja rozmawiam z Jace'em.

- Widzę. - Matka pchnęła go lekko w stronę siostry. - Isabelle, Alec, zaprowadźcie brata do jego pokoju. Jace - jego imię wymówiła tak, jakby niewidzialny kwas wypalił sylaby w jej ustach - doprowadź się do porządku i przyjdź do biblioteki najszybciej, jak będziesz mógł.

- Nie rozumiem - odezwał się Alec, przenosząc wzrok z matki na Jace'a i z powrotem. - Co się dzieje?

Jace poczuł zimny pot na plecach.

- Chodzi o mojego ojca? - zapytał.

Maryse drgnęła, jakby słowa "mój ojciec" były policzkiem.

- Biblioteka - rzuciła przez zęby. - Tam porozmawiamy.

-To, co się wydarzyło, kiedy was nie było, to nie wina Jace'a - powiedział Alec. - Wszyscy braliśmy w tym udział. A Hodge mówił...

- O Hodge'u też porozmawiamy później - przerwała mu matka ostrzegawczym tonem, zerkając na Maksa.

- Ale, mamo - zaprotestowała Isabelle. - Jeśli zamierzasz ukarać Jace'a, powinnaś ukarać również nas. Tak byłoby sprawiedliwie. Robiliśmy dokładnie to samo.

- Nie - rzekła Maryse po dłuższej chwili, kiedy już się wydawało, że nic nie powie. - Tak nie było.

***

- Zasada anime numer jeden - powiedział Simon. Siedział oparty o stos poduszek rzuconych na podłogę obok łóżka, z paczką chipsów ziemniaczanych w jednej ręce i pilotem w drugiej. Miał na sobie czarną bawełnianą koszulkę i dżinsy z dziurą na kolanie. - Nigdy nie zadzieraj ze ślepym mnichem.

- Wiem. - Clary wzięła chipsa z torebki i umoczyła go w misce z sosem stojącej na tacy między nimi. - Z jakiegoś powodu oni zawsze lepiej walczą niż mnisi, którzy widzą. - Zerknęła na ekran. - Czy ci faceci tańczą?

- Nie tańczą. Próbują się pozabijać. Ten gość jest śmiertelnym wrogiem tego drugiego, nie pamiętasz? Zabił jego tatę. Dlaczego mieliby tańczyć?

Clary chrupała chipsa, patrząc w zamyśleniu na ekran, gdzie między dwoma skrzydlatymi mężczyznami, którzy fruwali wokół siebie ze świetlnymi mieczami w rękach, falowały animowane kłęby różowo-żółtych chmur. Od czasu do czasu bohaterowie coś mówili, ale ponieważ był to japoński film z chińskimi napisami, dialogi niewiele wyjaśniały.

- Ten w kapeluszu to zły facet? - spytała.

- Nie, facet w kapeluszu był ojcem. Zły to ten z mechaniczną ręką, która mówi.

W tym momencie zabrzęczał telefon. Simon odłożył paczkę chipsów i zrobił ruch, jakby zamierzał wstać i go odebrać, ale Clary położyła dłoń na jego nadgarstku.

- Nie. Niech dzwoni.

- To może być Luke. Może dzwonić ze szpitala.

- To nie Luke - powiedziała Clary z przekonaniem, którego w rzeczywistości wcale nie czuła. - Zadzwoniłby na moją komórkę, a nie na twój domowy numer.

Simon patrzył na przyjaciółkę przez dłuższą chwilę, po czym opadł z powrotem na dywan obok niej.

- Skoro tak twierdzisz.

Clary słyszała powątpiewanie w jego głosie, ale również niewypowiedziane słowa: "Ja tylko chcę, żebyś była szczęśliwa". Nie wierzyła, że to w ogóle jest możliwe w sytuacji, kiedy matka leżała w szpitalu podłączona rurkami do piszczącej aparatury, a Luke siedział na twardym plastikowym krześle przy jej łóżku i wyglądał jak zombie. W dodatku Clary przez cały czas martwiła się o Jace'a. Dziesiątki razy sięgała po telefon, żeby zadzwonić do Instytutu, i odkładała słuchawkę, nie wykręciwszy numeru. Gdyby Jace chciał z nią rozmawiać, sam by się odezwał.

Może popełniła błąd, zabierając go ze sobą do szpitala, żeby zobaczył Jocelyn. Była pewna, że matka się obudzi, kiedy usłyszy głos pierworodnego syna. Niestety, nie obudziła się, a Jace stał sztywno obok łóżka, z pustym, obojętnym wzrokiem. Clary w końcu straciła cierpliwość i na niego nakrzyczała, na co on też zareagował krzykiem i wypadł z sali. Luke, który obserwował go z klinicznym zainteresowaniem malującym się na zmęczonej twarzy, zauważył:

- Po raz pierwszy zobaczyłem, że zachowujecie się jak brat i siostra.

Clary nie odpowiedziała. Nie było sensu mówić, jak bardzo chciała, żeby Jace nie okazał się jej bratem. Nie można zmienić DNA, choćby nie wiadomo jak się tego pragnęło. Choćby nie wiadomo jak by ją to uszczęśliwiło.

Ale nawet jeśli nie mogła być szczęśliwa, przynajmniej tutaj, u Simona, w jego sypialni, czuła się swobodnie, jak u siebie. Znała go dostatecznie długo, by pamiętać, że kiedyś miał łóżko w kształcie wozu strażackiego i stosy klocków lego leżące w kącie pokoju. Teraz miał futon z kołdrą w kolorowe paski, prezent od siostry, a na ścianach wisiały plakaty z zespołami takimi jak Rock Solid Panda i Stepping Razor. W kącie, gdzie kiedyś walały się klocki, teraz stał zestaw perkusyjny, a w drugim komputer, na którego ekranie widniał zamrożony obraz z "World of Warcraft". Czuła się tutaj prawie jak we własnym domu... który już nie istniał, więc dobrze, że przynajmniej miała tyle.

- Za dużo chibi - stwierdził ponurym tonem Simon. Wszystkie postacie na ekranie zmieniły się w calowe dziecięce wersje samych siebie i goniły się wokół garnków i patelni. - Zmieniam kanał. - Sięgnął po pilota. - Znudziło mi się już to anime. Nie wiem, na czym polega intryga, a w dodatku nikt tutaj nie ma płci.

- Oczywiście, że nie - powiedziała Clary, biorąc następnego chipsa. - Anime to zdrowa rodzinna rozrywka.

- Jeśli jesteś w nastroju do mniej zdrowej rozrywki, moglibyśmy spróbować kanałów porno - zaproponował Simon. - Wolisz "Czarownice z Cyckowa" czy "Kiedy kładę się z Dianne"?

- Daj mi to! - Clary sięgnęła po pilota, ale Simon ze śmiechem przerzucił na inny kanał.

Ucichł tak raptownie, że Clary spojrzała na niego zaskoczona. Zobaczyła, że przyjaciel gapi się tępo w telewizor. Leciał w nim stary, czarno-biały "Dracula". Oglądała kiedyś ten film razem z matką. Na ekranie akurat pojawił się Bela Lugosi, chudy, o białej twarzy, w znajomej szacie z wysokim kołnierzem. Pokazując w uśmiechu ostre zęby, oświadczył z twardym węgierskim akcentem:

- Nigdy nie piję... wina.

- Uwielbiam, kiedy pajęczyny są zrobione z gumy - powiedziała Clary, siląc się na lekki ton. - Od razu to widać.

Ale Simon już wstał z podłogi, rzucił pilota na środek łóżka i mruknął:

- Zaraz wracam.

Jego twarz miała barwę zimowego nieba tuż przed deszczem. Clary odprowadziła go wzrokiem, przygryzając wargę. Po raz pierwszy, odkąd jej matka znalazła się w szpitalu, uświadomiła sobie, że może Simon też nie jest zbyt szczęśliwy.

***

Wycierając włosy ręcznikiem, Jace z marsową miną patrzył na swoje odbicie w lustrze. Znak uzdrawiający poradził sobie z najgorszymi obrażeniami, ale nie pomógł na cienie pod oczami ani na drobne zmarszczki w kącikach ust. Głowa go bolała, był nieco oszołomiony. Powinien rano coś zjeść, ale zaraz po obudzeniu się miał mdłości i ciężko dyszał po nocnych koszmarach. Nie chciał tracić czasu na jedzenie, tylko rzucić się w wir fizycznej aktywności, żeby wymazać sny siniakami i potem.

Cisnął ręcznik na bok i pomyślał z tęsknotą o słodkiej czarnej herbacie, którą Hodge parzył z nocnych kwiatów rosnących w oranżerii. Napar łagodził skurcze głodowe i szybko dodawał energii. Po zniknięciu nauczyciela Jace próbował gotować liście w wodzie, żeby osiągnąć ten sam efekt, ale otrzymał w rezultacie gorzki płyn o smaku popiołu. Zakrztusił się nim i zaczął pluć.

Boso poszedł do sypialni, włożył dżinsy i czystą koszulkę. Odgarnął w tył mokre blond włosy, marszcząc brwi. Stwierdził, że są już za długie; wpadały mu do oczu. Za takie rzeczy Maryse zawsze go karciła. Choć nie był ich biologicznym dzieckiem, Lightwoodowie traktowali Jace'a jak syna, odkąd adoptowali go w wieku dziesięciu lat po śmierci jego ojca. Rzekomej śmierci, poprawił się w myślach Jace. Natychmiast wróciło uczucie pustki w brzuchu. Przez kilka ostatnich dni czuł się tak, jakby wyrwano mu widelcem wnętrzności, a zarazem przyklejony uśmiech nie schodził z jego twarzy. Jace często się zastanawiał, czy cokolwiek z tego, co wiedział o swoim życiu albo o sobie, w ogóle jest prawdą. Uważał, że jest sierotą, a wcale nim nie był. Sądził, że jest jedynakiem, a miał siostrę.

Clary. Ból wrócił, jeszcze silniejszy, ale Jace go zdusił. Jego wzrok padł na odłamek lustra leżący na komodzie. Zachował się w nim obraz zielonych gałęzi i kawałka błękitnego nieba. W Idrisie zapadał zmierzch. Niebo miało kobaltową barwę. Dręczony przez uczucie pustki, Jace wciągnął buty i ruszył na dół do biblioteki.

Zbiegając po kamiennych stopniach, zastanawiał się, co Maryse chce mu powiedzieć na osobności. Wyglądała, jakby chciała odciągnąć go na bok i uderzyć. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz podniosła na niego rękę. Ligthwoodowie nie uznawali kar cielesnych, co stanowiło odmianę po metodach wychowawczych Valentine'a, który wymyślał najróżniejsze bolesne sposoby, żeby wymusić posłuszeństwo. Skóra Nocnego Łowcy szybko sie goiła, nawet z najgorszych ran. W dniach i tygodniach po śmierci ojca Jace pamiętał, jak szukał blizn na ciele, śladów, które stanowiłyby pamiątkę wiążącą go fizycznie ze zmarłym rodzicem.

Gdy dotarł do biblioteki, zapukał raz i otworzył drzwi. Maryse już na niego czekała, siedząc w starym fotelu Hodge'a przy kominku. W świetle wpadającym przez wysokie okna Jace dostrzegł pasma siwizny w jej włosach. Trzymała w ręce kieliszek czerwonego wina. Na stoliku obok niej stała karafka z rżniętego szkła.

- Maryse - powiedział.

Drgnęła, rozlewając trochę wina.

- Jace. Nie słyszałam, jak wszedłeś.

- Pamiętasz piosenkę, którą śpiewałaś Isabelle i Alecowi, kiedy byli mali i bali się ciemności?

- O czym ty mówisz? - Maryse wyglądała na poruszoną.

- Słyszałem was przez ścianę - powiedział Jace. - Sypialnia Aleca była wtedy obok mojej.

Maryse milczała.

- Była po francusku. Ta piosenka.

- Nie wiem, dlaczego miałbyś coś takiego pamiętać. - Patrzyła na niego z taką miną, jakby o coś ją oskarżał.

- Mnie nigdy jej nie śpiewałaś.

- Ty nigdy nie bałeś się ciemności - odparła Maryse po chwili wahania.

- A jaki dziesięciolatek nie boi się ciemności?

Jej brwi powędrowały w górę.

- Siadaj, Jonathanie - rzuciła rozkazującym tonem.

Jace ruszył przez pokój. Szedł specjalnie wolno, po to, by ją zirytować. Opadł na jeden z foteli z wysokim oparciem, stojących przy biurku.

- Wolałbym, żebyś nie nazywała mnie Jonathanem.

- Dlaczego? To twoje imię. - Popatrzyła na niego badawczo. - Od jak dawna wiesz?

- Co wiem?

- Nie udawaj głupiego. Dobrze wiesz, o co pytam. - Obróciła kieliszek w palcach. - Od jak dawna wiesz, że Valentine jest twoim ojcem?

Jace zastanowił się nad kilkoma odpowiedziami i wszystkie odrzucił. W takich sytuacjach zwykle radził sobie, rozśmieszając przybraną matkę. Należał do nielicznych osób, które potrafiły pobudzić ją do śmiechu.

- Prawie od tak dawna jak ty.

Maryse pokręciła głową.

- Nie wierzę.

Jace usiadł prosto. Dłonie spoczywające na oparciach fotela zacisnęły się w pięści. Widział, że jego palce lekko drżą, i zastanawiał się, czy kiedykolwiek wcześniej przytrafiło mu się coś takiego. Nie sądził. Zawsze miał ręce pewne jak bicie serca.

- Nie wierzysz mi?

Usłyszał niedowierzanie we własnym głosie i skrzywił się. Oczywiście, że mu nie wierzyła. To było oczywiste od chwili, kiedy wróciła do domu.

- To nie ma sensu, Jace. Jak mogłeś nie wiedzieć, kto jest twoim ojcem?

- Mówił mi, że jest Michaelem Waylandem. Mieszkaliśmy w wiejskim domu Waylandów...

- A twoje imię? Jak brzmi twoje prawdziwe imię.

- Przecież je znasz.

- Jonathan. Wiedziałam, że tak miał na imię syn Valentine'a. Wiedziałam, że Michael również miał syna o imieniu Jonathan. To imię dość powszechne wśród Nocnych Łowców. Nigdy nie uważałam za dziwne tego, że dwaj chłopcy noszą takie samo imię, a jeśli chodzi o drugie imię syna Michaela, nie zapytałam o nie nigdy. Nie mogę jednak przestać się zastanawiać. Jak brzmiało drugie imię syna Michaela Waylanda? Jak długo Valentine snuł swój plan? Od kiedy wiedział, że zamorduje Jonathana Waylanda...? - Maryse umilkła, wpatrując się w Jace'a. - Nigdy nie byłeś podobny do Michaela. Choć czasami dzieci nie są podobne do rodziców. Nie myślałam o tym wcześniej, lecz teraz dostrzegam w tobie Valentine'a. W tym, jak na mnie patrzysz. Wyzywająco. Nie obchodzi cię to, co mówię, prawda?

Obchodziło, ale skutecznie to przed nią ukrywał.

- A to jakaś różnica?

Maryse odstawiła na stolik pusty kieliszek.

- Odpowiadasz pytaniem na pytanie, żeby mnie zbyć, tak jak zawsze robił Valentine. Powinnam była się domyślić.

- Może nie. Nadal jestem tym samym człowiekiem, którym byłem przez ostatnie siedem lat. Nic się we mnie nie zmieniło. Jeśli wcześniej nie przypominałem ci Valentine'a, dlaczego teraz miałoby być inaczej?

Przesunęła po nim wzrokiem, jakby nie potrafiła spojrzeć mu w oczy.

- Z pewnością, kiedy rozmawialiśmy o Michaelu, musiałeś wiedzieć, że nie mamy na myśli twojego ojca. To, co o nim mówiliśmy, zupełnie nie pasowało do Valentine'a.

- Mówiliście, że był dobrym człowiekiem. - W Jasie narastał gniew. - Dzielnym Nocnym Łowcą, kochającym ojcem. Myślałem, że to dość dokładny opis.

- A co ze zdjęciami? Musiałeś widzieć zdjęcia Michaela Waylanda i zorientować się, że to nie człowiek, którego nazywałeś ojcem. - Maryse przygryzła wargę. - Pomóż mi, Jace.

- Wszystkie zdjęcia przepadły w czasie Powstania. Tak mi powiedzieliście. Teraz się zastanawiam, czy to nie Valentine je spalił, żeby nikt nie wiedział, kto należał do Kręgu. Nigdy nie miałem żadnej fotografii - oświadczył Jace. Zastanawiał się, czy gorycz, którą czuł, słychać również w jego głosie.

Maryse pomasowała skronie, jakby bolała ją głowa.

- Nie mogę w to wszystko uwierzyć - powiedziała bardziej do siebie. - To niedorzeczne.

- Więc uwierz mnie. - Jace'owi coraz bardziej drżały dłonie.

Przybrana matka opuściła rękę.

- Myślisz, że nie chcę?

Przez chwilę Jace jakby słyszał dawną Maryse, która przychodziła w nocy do jego sypialni, kiedy miał dziesięć lat i wpatrywał się w sufit, myśląc o ojcu. Siadała na brzegu łóżka i czekała, aż Jace wreszcie zaśnie, tuż przed świtem.

- Nie wiedziałem - powtórzył. - A kiedy poprosił mnie, żebym wrócił z nim do Idrisu, odmówiłem. Nadal jestem tutaj. Czy to o niczym nie świadczy?

Przybrana matka spojrzała na karafkę, jakby się zastanawiała, czy nie dolać sobie wina, ale najwyraźniej się rozmyśliła.

- Chciałabym, żeby tak było. Ale jest tyle powodów, dla których twój ojciec mógł chcieć, żebyś został w Instytucie. Nie mogę pozwolić sobie na ufanie komuś, na kogo Valentine miał wpływ.

- Na ciebie też miał wpływ - zauważył Jace i, gdy zobaczył wyraz jej twarzy, natychmiast tego pożałował.

- Ja się od niego uwolniłam - oświadczyła Maryse. - A ty? Potrafiłbyś? - Jej niebieskie oczy miały taki sam kolor jak u Aleca, ale przybrany brat nigdy nie patrzył na niego w taki sposób. - Powiedz mi, że go nienawidzisz, Jace. Powiedz, że nienawidzisz tego człowieka i wszystkiego, co on reprezentuje.

Minęła dłuższa chwila. Jace opuścił wzrok i zobaczył, że knykcie ma całkiem zbielałe. Tak mocno zaciskał pięści.

- Nie mogę tego powiedzieć.

Maryse wciągnęła z sykiem powietrze.

- Dlaczego?

- A dlaczego ty nie możesz zapewnić, że mi ufasz? Mieszkałem z wami przez pół swojego życia. Chyba powinnaś mnie już poznać?

- Wydajesz się taki szczery, Jace. Zawsze byłeś uczciwy, nawet wtedy, gdy jako mały chłopiec próbowałeś zrzucić winę, za to, co zrobiłeś, na Isabelle albo Aleca. Spotkałam tylko jedną osobę, która potrafiła być równie przekonująca jak ty.

Jace poczuł w ustach smak miedzi.

- Masz na myśli mojego ojca.

- Dla Valentine'a istniały na świecie tylko dwa rodzaje ludzi - powiedziała Maryse. - Ci, którzy należeli do Kręgu, i ci, którzy występowali przeciwko niemu. Ci drudzy byli wrogami, ci pierwsi bronią w jego arsenale. Widziałam, jak próbował uczynić ze wszystkich swoich przyjaciół, nawet z własnej żony, broń w walce o Sprawę, i ty chcesz, bym uwierzyła, że nie zrobił tego samego ze swoim synem. - Potrząsnęła głową. - Znałam go lepiej. - Po raz pierwszy Maryse spojrzała na niego bardziej ze smutkiem niż z gniewem. - Jesteś strzałą wypuszczoną prosto w serce Clave, Jace. Jesteś strzałą Valentine'a. Czy zdajesz sobie z tego sprawę, czy nie.

***

Clary zamknęła drzwi sypialni, w której ryczał telewizor, i poszła szukać Simona. Znalazła go w kuchni, pochylonego nad zlewem. Rękami ściskał jego brzegi, z kranu płynęła woda.

- Simon?

Kuchnia była jasna, pomalowana na wesoły żółty kolor, na ścianach wisiały oprawione w ramki szkolne prace Simona i Rebekki. Rebecca miała trochę talentu plastycznego, natomiast na rysunkach jej brata ludzie wyglądali jak parkometry z kępkami włosów.

Przyjaciel nie spojrzał na nią, ale po napięciu mięśni jego ramion Clary zorientowała się, że ją usłyszał. Podeszła do zlewu i położyła dłoń na plecach Simona. Przez cienką bawełnianą koszulkę wyczuła kręgi i zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem ostatnio nie schudł. Patrząc na niego, nie potrafiła tego stwierdzić, ale z drugiej strony, widywała go prawie codziennie, więc mogła nie zauważyć drobnych zmian w jego wyglądzie.

- Dobrze się czujesz?

Zakręcił wodę gwałtownym ruchem.

- Jasne. Wszystko w porządku.

Ujęła go pod brodę i odwróciła do siebie jego twarz. Pocił się, ciemne włosy miał przyklejone do czoła, choć powietrze wpadające przez uchylone kuchenne okno było chłodne.

- Nie wyglądasz dobrze. Chodzi o film?

Nie odpowiedział.

- Przepraszam - bąknęła Clary. - Nie powinnam była się śmiać. To tylko...

- Nie pamiętasz? - Mówił ochrypłym głosem.

- Ja... - Clary urwała. Kiedy spoglądała wstecz, z tamtej nocy zostały jej niewyraźne wspomnienia ucieczki, krwi i potu, cieni w drzwiach, spadania. Pamiętała białe twarze wampirów, niczym papierowe wycinanki na tle ciemności, i Jace'a, który ją trzymał i krzyczał jej coś do ucha. - Niezupełnie. Wszystko jest zamazane.

Simon się zawahał.

- Wydaję ci się inny? - spytał w końcu.

Clary uniosła wzrok. Jego oczy miały kolor mocnej kawy, były nie całkiem czarne, tylko ciemnobrązowe z domieszką szarej albo orzechowej barwy. Czy wydawał się inny? Może miał trochę więcej pewności siebie od dnia, kiedy zabił Abbadona. Ale była w nim również czujność, jakby na coś czekał albo czegoś wypatrywał. Zauważyła ją również u Jace'a. A może po prostu uświadomił sobie własną śmiertelność.

- Nadal jesteś Simonem.

Przymknął oczy, jakby z ulgą. Clary zauważyła, jakie wydatne są jego kości policzkowe. A jednak schudł, pomyślała, i już miała to powiedzieć, kiedy nachylił się i ją pocałował.

Gdy poczuła dotyk jego ust, była taka zaskoczona że zesztywniała i chwyciła się brzegu zlewu. Nie odepchnęła go jednak, a on najwyraźniej wziął to za zachętę, bo objął dłonią tył jej głowy i rozchylił jej wargi swoimi. Usta miał miękkie, delikatniejsze niż Jace, a ręka spoczywająca na jej szyi była ciepła i delikatna. Smakował solą.

Clary zamknęła oczy i przez chwilę czuła się jak pijana, kiedy Simon przeczesywał palcami jej włosy. Ze stanu oszołomienia wyrwał ją ostry dzwonek telefonu. Odskoczyła do tyłu, jakby Simon ją odepchnął, choć nawet się nie poruszył. Patrzyli na siebie przez chwilę, jak ludzie, którzy nagle znaleźli się w całkiem obcej okolicy.

Simon pierwszy się odwrócił i sięgnął po telefon wiszący na ścianie, obok półki na przyprawy.

- Halo? - Mówił normalnym głosem, ale jego pierś unosiła się i opadała szybko. Podał jej słuchawkę. - To do ciebie.

Clary nadal czuła dudnienie serca aż w gardle, niczym trzepot skrzydeł owada uwięzionego pod skórą.

To Luke. Dzwoni ze szpitala. Coś się stało mamie.

Przełknęła ślinę.

- Luke? To ty?

- Nie. Tu Isabelle.

- Isabelle? - Clary uniosła wzrok i zobaczyła, że Simon ją obserwuje. Rumieniec już zszedł z jego policzków. - Dlaczego... to znaczy... o co chodzi?

- Jest u was Jace? - Głos Isabelle brzmiał tak, jakby powstrzymywała płacz.

Clary odsunęła od ucha słuchawkę i popatrzyła na nią ze zdziwieniem.

- Jace? Nie. Dlaczego miałby tu być?

Oddech Isabelle niosący się echem przez linię telefoniczną przypominał stłumiony okrzyk.

- Chodzi o to, że on... zniknął.

 

2

"Księżyc Łowcy"

Maia nigdy nie ufała pięknym chłopcom i dlatego znienawidziła Jace'a Waylanda od chwili, kiedy go ujrzała.

Jej starszy brat Daniel urodził się ze skórą koloru miodu, po matce, i z wielkimi ciemnymi oczami, a okazał się osobnikiem, który podpalał skrzydła motylom, żeby obserwować, jak płoną i umierają w locie. Ją również dręczył, wymyślając różne wredne sposoby. Szczypał ją w takich miejscach, że nie zostawiał żadnych śladów, zamieniał szampon w butelce na wybielacz. Szła wtedy na skargę do rodziców, lecz oni jej nie wierzyli. Nikt nie wierzył, patrząc na Daniela; wszyscy mylili jego urodę z niewinnością i łagodnością. Kiedy złamał jej rękę w dziewiątej klasie, uciekła z domu, ale rodzice sprowadzili ją z powrotem. W dziesiątej klasie potrącił go na ulicy samochód. Daniel zginął na miejscu, a kierowca uciekł. Stojąc obok rodziców nad jego grobem, Maia wstydziła się, że czuje ulgę.

Bóg, pomyślała, z pewnością ukarze mnie za to, że cieszę się ze śmierci brata.

W następnym roku rzeczywiście tak zrobił. Poznała Jordana: długie, ciemne włosy, wąskie biodra w wytartych dżinsach, podkoszulki z nazwami zespołów grających alternatywny rock i rzęsy jak u dziewczyny. Nigdy nie sądziła, że się nią zainteresuje - tego typu chłopcy zwykle wolą chude, blade dziewczyny w okularach z grubymi oprawkami - ale wyglądało na to, że jemu podobają się jej zaokrąglone kształty. Między pocałunkami mówił jej, że jest piękna. Pierwsze kilka miesięcy upłynęło jak sen, kilka ostatnich - jak koszmar. Jordan stał się zazdrosny, zaborczy. Kiedy się na nią rozgniewał, warczał i wymierzał jej policzki grzbietem dłoni, zostawiając ślady podobne do rumieńców. Gdy próbowała z nim zerwać, popchnął ją i zdzielił pięścią na jej własnym podwórku, zanim zdążyła wbiec do domu i zatrzasnąć drzwi.

Później specjalnie pozwoliła, żeby zobaczył, jak całuje się z innym. Nie pamiętała nawet imienia tego chłopca. Pamiętała tylko, że kiedy tamtej nocy wracała do domu na skróty przez park, deszcz pokrywał jej włosy mgiełką drobnych kropelek, błoto brudziło nogawki dżinsów. Pamiętała ciemną postać, która wyskoczyła tuż przed nią zza metalowej karuzeli. Wielkie i mokre wilcze cielsko powaliło ją na trawę. Pamiętała potworny ból, kiedy szczęki zacisnęły się na jej gardle. Krzyczała i walczyła, czuła w ustach własną krew, a głos w jej umyśle krzyczał: "To niemożliwe! Niemożliwe!". W New Jersey nie było wilków, nie na zwykłych przedmieściach, nie w dwudziestym pierwszym wieku.

Jej wrzaski sprawiły, że w okolicznych domach zapaliły się światła. Wilk ją puścił. Z pyska stwora skapywały strużki krwi i strzępki ciała.

Dwadzieścia cztery szwy później leżała w swojej różowej sypialni, a koło niej skakała zaniepokojona matka. Lekarz z pogotowia powiedział, że to wygląda na pogryzienie przez dużego psa, ale Maia wiedziała swoje. Zanim wilk rzucił się do ucieczki, usłyszała znajomy szept przy uchu:

- Teraz jesteś moja na zawsze.

Nigdy więcej nie zobaczyła Jordana. On i jego rodzice spakowali się i wynieśli z mieszkania, żaden z jego przyjaciół nie wiedział, dokąd pojechali, albo się do tego nie przyznał. Maia nie była zaskoczona, kiedy przy następnej pełni księżyca poczuła tak silne i rozrywające bóle w nogach, że aż padła na ziemię, a jej kręgosłup wygiął się jak łyżeczka pod okiem magika. Gdy jej zęby wyskoczyły z dziąseł i zagrzechotały o podłogę jak rozsypane pastylki gumy do żucia, zemdlała. Albo tak jej się wydawało. Obudziła się wiele mil od domu, naga, umazana krwią. Blizna na szyi pulsowała do rytmu jej serca. Tamtej nocy wsiadła do pociągu jadącego na Manhattan. Nie była to trudna decyzja. Życie mieszańca na konserwatywnych przedmieścia nie należało do łatwych. Bóg wie, jak ich mieszkańcy potraktowaliby wilkołaka.

Nie miała trudności ze znalezieniem stada. Na samym Manhattanie było ich kilka. Przyłączyła się do sfory ze śródmieścia, która zajmowała stary budynek komisariatu policji w Chinatown.

Przywódcy się zmieniali. Pierwszym był Kito, potem Veronique, po niej Gabriel i wreszcie Luke. Owszem lubiła Gabriela, ale Luke okazał się lepszy. Miał wygląd godny zaufania, łagodne niebieskie oczy i nie był zbyt przystojny, więc nie znielubiła go z miejsca. Czuła się dobrze w stadzie, nocowała w starym komisariacie, grała w karty, jadła chińskie potrawy w te noce, kiedy księżyca przybywało lub ubywało, w czasie pełni polowała w parku, a następnego dnia leczyła kaca Przemiany w "Księżycu Łowcy", jednym z najlepszych w mieście podziemnych barów dla wilkołaków. Serwowano tam piwo w wysokich szklanicach i nikt nie sprawdzał, czy zamawiający ma dwadzieścia jeden lat. Likantrop szybko dojrzewa, a dopóki raz w miesiącu wyrastają mu sierść i kły, może spokojnie popijać w "Księżycu", nieważne ile lat skończył według ludzkich kryteriów.

W tamtych czasach Maia rzadko myślała o rodzinie, ale kiedy do baru wkroczył chłopak w długim, czarnym płaszczu, zesztywniała. Niezbyt przypominał Daniela. Jej brat miał ciemne włosy, kręcone na karku, i miodową skórę, a ten chłopak był blondynem. Obaj jednak mieli takie same szczupłe ciała, taki sam sposób chodzenia, jak pantera szukająca zdobyczy, tę samą pewność siebie i przekonanie o własnej atrakcyjności. Maia kurczowo zacisnęła palce na szklance i nakazała sobie spokój. On nie żyje. Daniel nie żyje.

Po wejściu nowego klienta przez bar przebiegł szmer, niczym spieniona fala rozchodząca się przed dziobem łodzi. Chłopak zachowywał się tak, jakby niczego nie zauważył. Nogą odsunął stołek barowy i usiadł na nim, opierając łokcie na kontuarze. W ciszy, która zapadła po szeptach, Maia usłyszała, że zamówił single malt. Trunek miał taki sam kolor jak jego włosy. Blondyn wprawnym ruchem uniósł szklaneczkę i wychylił pół drinka. Kiedy odstawiał naczynie na ladę, Maia zobaczyła grube, spiralne, czarne Znaki na jego nadgarstkach i grzbietach dłoni.

Bat siedzący obok niej - kiedyś się z nim umawiała, ale teraz byli tylko przyjaciółmi - mruknął pod nosem coś, co zabrzmiało jak Nefilim.

A więc to tak. Nieznajomy wcale nie był wilkołakiem, tylko Nocnym Łowcą, członkiem tajnej światowej policji, która dbała o przestrzeganie Prawa i Przymierza. Nikt nie mógł do niej wstąpić tylko dlatego, że tego chciał; musiał pochodzić z rodu Nocnych Łowców. Krążyło o nich wiele plotek, większość niepochlebnych. Wyniośli, dumni i okrutni, patrzyli z góry na przyziemnych i pogardzali nimi. Niewielu istot likantrop nie znosił bardziej od nich, może z wyjątkiem wampirów.

Mówiono również, że Nocni Łowcy zabijają demony. Maia dobrze pamiętała, kiedy pierwszy raz usłyszała o istnieniu demonów i o tym, co robią. Przyprawiło ją to o ból głowy. Wampiry i wilkołaki to byli po prostu chorzy ludzie, tyle rozumiała, ale jak uwierzyć w całe to gadanie o niebie i piekle, diabłach i aniołach, skoro nikt nie potrafił jej zapewnić, że istnieje Bóg, albo wyjaśnić, gdzie idzie się po śmierci? Teraz wierzyła w demony - widziała, co potrafią, nie mogła więc zaprzeczyć ich istnieniu - ale żałowała, że wie.

- Pewnie nie podajecie tutaj srebrnej kuli - odezwał się chłopak, oparty łokciami o bar. - Za dużo złych skojarzeń? - Jego oczy się jarzyły, wąskie i błyszczące jak księżyc w trzeciej kwadrze.

Barman, Freaky Pete, tylko na niego spojrzał i zdegustowany potrząsnął głową. Gdyby gość nie był Nocnym Łowcą, przypuszczała Maia, Pete wyrzuciłby go z "Księżyca", ale w tej sytuacji przeszedł do drugiego końca baru i zajął się wycieraniem kieliszków.

- Nie serwujemy tego piwa, bo to wyjątkowe świństwo - odezwał się Bat, który nie potrafił się nie wtrącać.

Chłopak zwrócił ku nim błyszczące oczy i uśmiechnął się. Większość ludzi nie uśmiechała się, kiedy Bat na nich patrzył. Miał sześć i pół stopy wzrostu, połowę jego twarzy szpeciła gruba blizna w miejscu, gdzie srebrny proch wypalił mu skórę. W przeciwieństwie do innych członków stada, którzy nocowali w starych celach komisariatu, miał swoje mieszkanie, a nawet pracę. Był dobrym przyjacielem do chwili, kiedy rzucił Maię dla rudowłosej wiedźmy o imieniu Eve, mieszkającej w Yonkers i wróżącej z ręki w swoim garażu.

- A ty co pijesz? - zapytał chłopak, przysuwając się tak blisko do Bata, że wyglądało to na prowokację. - Trochę sierści psa, który wszystkich gryzie?

- Naprawdę myślisz, że jesteś zabawny?

W tym momencie reszta stada nadstawiła uszu, gotowa wesprzeć Bata, gdyby postanowił przytrzeć nosa aroganckiemu smarkaczowi.

- Bat - rzuciła ostrzegawczo Maia. Zastanawiała się, czy tylko ona z całego stada wątpi w to, że Bat potrafi pozbawić chłopaka przytomności do następnego tygodnia. Nie dlatego, że nie wierzyła w przyjaciela. Chodziło o oczy nieznajomego. - Nie rób tego.

Bat ją zignorował.

- Tak? - rzucił zaczepnie.

- Kimże jestem, żeby zaprzeczać temu co oczywiste? - Wzrok Nocnego Łowcy przesunął się po Mai, jakby była niewidzialna, i wrócił do wilkołaka. - Pewnie nie zechcesz mi powiedzieć, co się stało z twoją twarzą? Wygląda, jakby... - Nachylił się do Bata i powiedział coś tak cicho, że Maia nie usłyszała.

W następnej chwili Bat zamachnął się do ciosu, który powinien roztrzaskać chłopakowi szczękę, ale jego już nie było przy barze. Stał dobre pięć stóp dalej i roześmiał się, kiedy pięść wilkołaka trafiła w jego szklankę i posłała ją łukiem przez całą salę. Naczynie uderzyło w przeciwległą ścianę i roztrzaskało się w drobny mak.

Freaky Pete znalazł się w dwóch susach przy Bacie i chwycił go za koszulę, zanim Maia zdążyła mrugnąć powieką.

- Wystarczy - syknął. - Nie powinieneś się przejść, żeby ochłonąć?

Bat wykręcił się z jego uścisku.

- Przejść się? Słyszałeś...

- Słyszałem. - Pete mówił cichym głosem. - On jest Nocnym Łowcą. Idź lepiej na spacer, szczeniaku.

Bat zaklął i odsunął się od barmana. Dumnym krokiem, sztywno wyprostowany, ruszył do wyjścia. Trzasnął drzwiami.

Chłopiec przestał się uśmiechać i popatrzył na barmana z urazą, jakby Freaky Pete zabrał mu sprzed nosa zabawkę.

- To nie było konieczne - powiedział. - Sam umiem sobie radzić.

Pete zmierzył go wzrokiem.

- Martwię się o bar - wyjaśnił krótko. - Może poszedłbyś gdzie indziej, Nocny Łowco, jeśli nie chcesz kłopotów.

- Nie mówiłem, że nie chcę kłopotów. - Chłopak usiadł z powrotem na stołku przy kontuarze. - Poza tym, jeszcze nie skończyłem drinka.

Maia obejrzała się na mokrą od alkoholu ścianę.

- Wygląda na to, że skończyłeś - zauważyła.

Przez chwilę blondyn patrzył na nią pustym wzrokiem. Potem w jego złotych oczach pojawiła się iskra rozbawienia. W tym momencie tak przypominał Daniela, że Maia miała ochotę uciec.

Zanim chłopak zdążył coś odpowiedzieć, Pete postawił przed nim następną szklaneczkę bursztynowego płynu.

- Proszę - burknął i przesunął wzrok na Maię. Czyżby w jego oczach malowała się nagana?

- Pete... - zaczęła Maia, ale nie dokończyła zdania, bo drzwi baru otworzyły się szeroko.

W progu stał Bat. Minęła chwila, zanim Maia spostrzegła, że przód jego koszuli i rękawy są czerwone od krwi.

Zsunęła się ze stołka i podbiegła do przyjaciela.

- Bat! Jesteś ranny?

Jego twarz była szara, srebrna blizna przecinająca policzek wyglądała jak skręcony drut.

- Atak - wykrztusił. - W zaułku leży ciało. Martwy dzieciak. Krew... wszędzie. - Potrząsnął głową i spojrzał na siebie. - To nie moja krew. Nic mi nie jest.

- Ciało? Ale kto...

Odpowiedź Bata zagłuszyło szuranie krzeseł, kiedy stado zerwało się od stolików i popędziło do drzwi. Pete też wybiegł zza kontuaru i pognał do wyjścia. Tylko Nocny Łowca został na swoim miejscu i spokojnie sięgnął po drinka.

W drzwiach kłębił się tłum, tak że Maia dostrzegła jedynie szare płyty chodnikowe zbryzgane krwią, która jeszcze nie zdążyła skrzepnąć; spływała w pęknięcia niczym czerwone pędy jakiejś rośliny.

- Ma poderżnięte gardło? - spytał Pete, zwracając się do Bata, któremu tymczasem wróciły kolory. - Jak...

- Ktoś był w alejce. Ktoś nad nim klęczał. - Bat mówił zdławionym głosem. - Nie wyglądał jak człowiek, raczej cień. Uciekł, kiedy mnie zobaczył. Chłopak jeszcze żył. Ledwo. Pochyliłem się nad nim, ale... - Bat wzruszył ramionami. Żyły na jego szyi nabrzmiały niczym grube korzenie oplatające pień drzewa. - Nic nie powiedział. Umarł.

- Wampiry - skwitowała piersiasta likantropka stojąca przy drzwiach. Miała na imię Amabel. - Nocne Dzieci. Nikt inny.

Bat spojrzał na nią, po czym odwrócił się i pomaszerował do baru. Chwycił Nocnego Łowcę za tył płaszcza... albo przynajmniej próbował, bo chłopak zeskoczył ze stołka i obrócił się płynnym ruchem.

- O co chodzi, wilkołaku?

Bat stał z wyciągniętą ręką.

- Ogłuchłeś, Nefilim? - warknął. - W uliczce leży martwy chłopak. Jeden z naszych.

- Masz na myśli likantropa czy jakiegoś innego Podziemnego? - Blondyn uniósł brwi. - Wszyscy jesteście dla mnie jednakowi.

Maia usłyszała ciche warczenie i z lekkim zdziwieniem stwierdziła, że wydobywa się ono z gardła Freaky Pete'a, który już wrócił do baru i, otoczony przez resztę stada, wpatrywał się w Nocnego Łowcę.

- Był jeszcze szczeniakiem - powiedział. - Miał na imię Joseph.

Imię nic nie mówiło Mai, ale widząc zaciśnięte szczęki Pete'a, poczuła skurcz żołądka. Stado wstąpiło na ścieżkę wojenną i jeśli Nocny Łowca miał choć odrobinę rozsądku, powinien natychmiast uciekać gdzie pieprz rośnie. Ale on stał bez ruchu i patrzył na nich złotymi oczami, z uśmieszkiem na twarzy.

- Mały likantrop? - rzucił chłopak.

- Należał do stada - odparł Pete. - Miał dopiero piętnaście lat.

- A czego właściwie ode mnie oczekujecie? - zapytał Nocny Łowca.

Barman spojrzał na niego z niedowierzaniem.

- Jesteś Nefilim - przypomniał. - W tych okolicznościach należy się nam ochrona Clave.

Chłopak powoli rozejrzał się po barze, z tak bezczelną miną, że na twarzy Pete'a rozlał się rumieniec.

- Nie widzę tutaj nic, co wymagałoby ochrony - stwierdził Nocny Łowca. - Chyba że przed kiepskim wystrojem i grzybem na ścianach. Ale na to drugie wystarczy trochę wybielacza.

- Pod drzwiami baru leży martwy chłopiec - odezwał się Bat, starannie formułując słowa. - Nie sądzisz...

- Sądzę, że dla niego jest już za późno na ochronę, skoro nie żyje - stwierdził chłopak.

Pete nie spuszczał z niego wzroku. Jego uszy zrobiły się spiczaste, zęby przybrały kształt wilczych kłów.

- Doradzam ci ostrożność - wywarczał. - Dużą ostrożność.

Chłopak odwzajemnił spojrzenie.

- Naprawdę?

- Więc nic nie zamierzasz zrobić? - zapytał Bat.

- Zamierzam dokończyć drinka - odparł Nocny Łowca, zerkając na prawie pełną szklaneczkę stojącą na kontuarze. - Jeśli mi pozwolicie.

- Więc tak wygląda postawa Clave tydzień po Porozumieniach? - skomentował z oburzeniem Pete. - Śmierć Podziemnego nic dla ciebie nie znaczy?

Gdy chłopak się uśmiechnął, po plecach Mai przebiegł dreszcz. Wyglądał dokładnie jak Daniel tuż przed wyrwaniem skrzydełek ważce.

- Czy Podziemni oczekują, że Clave posprząta za nich bałagan? Myślicie, że można nam zawracać głowę tylko dlatego, że jakiś głupi szczeniak postanowił zabrudzić swoją krwią ulicę...

I zakończył słowem, którego wilkołaki nigdy nie używały, brzydkim, nieprzyjemnym określeniem sugerującym niewłaściwe relacje między wilkami a ludzkimi kobietami.

Zanim ktokolwiek zdążył się ruszyć, Bat skoczył na intruza, ale Nocny Łowca zniknął. Bat potknął się i rozejrzał, wytrzeszczając oczy. Stado zgodnie westchnęło.

Maia rozdziawiła usta. Chłopak stał na barze, na szeroko rozstawionych nogach. Wyglądał jak anioł zemsty szykujący się do wymierzenia boskiej sprawiedliwości, co należało do zadań Nocnych Łowców. Ale on wykonał ręką gest znany jej z podwórkowych zabaw: "Złap mnie". Sforze to wystarczyło.

Bat i Amabel wskoczyli na bar. Chłopak okręcił się tak szybko, że jego odbicie w lustrze za barem wyglądało jak rozmyte. Wymierzył kopniaka i dwójka wilkołaków runęła na podłogę pośród brzęku tłuczonego szkła. Nocny Łowca się roześmiał. Ktoś próbował ściągnąć go z kontuaru, ale on rzucił się w tłum z lekkością, która świadczyła, że zrobił to z własnej woli. Potem Maia już go nie widziała w plątaninie wymachujących rąk i nóg. Zdawało jej się jednak, że nadal słyszy jego śmiech. Zobaczyła błysk stali i z sykiem wciągnęła powietrze.

- Dość tego!

Głos był cichy i spokojny jak bicie serca. Głos przywódcy. Maia odwróciła się i zobaczyła, że w drzwiach baru stoi Luke, jedną ręką oparty o ścianę. Wyglądał nie tyle na zmęczonego, ile na wyniszczonego, jakby coś zżerało go od środka. Mimo to powtórzył opanowanym tonem:

- Wystarczy. Zostawcie chłopaka.

Stado odsunęło się od Nocnego Łowcy. Został przy nim tylko Bat, który jedną ręką nadal ściskał tył jego koszuli, a w drugiej trzymał nóż o krótkim ostrzu. Chłopak miał zakrwawioną twarz, ale nie wyglądał na kogoś, kto potrzebuje ratunku. Uśmiechał się ironicznie. Podłogę baru zaściełało rozbite szkło.

- To nie jest żaden chłopiec, tylko Nocny Łowca - zaprotestował Bat.

- Nocni Łowcy są tutaj mile widziani - rzekł Luke neutralnym tonem. - Są naszymi sojusznikami.

- Powiedział, że to nie ma znaczenia - rzucił z gniewem Bat. - O Josephie...

- Wiem - przerwał mu Luke i przeniósł spojrzenie na niesfornego klienta. - Przyszedłeś tutaj, żeby wywołać bójkę, Wayland?

Nocny Łowca uśmiechnął się, a z rozciętej wargi pociekła mu na brodę wąska strużka krwi.

- Luke.

Kiedy z ust Nocnego Łowcy padło imię przywódcy stada, zaskoczony Bat puścił jego koszulę i bąknął:

- Nie wiedziałem...

- Nie szkodzi - uspokoił go Luke znużonym głosem.

- Powiedział, że Clave nie obchodzi śmierć jednego likantropa, nawet dziecka - wtrącił grzmiącym basem Freaky Pete. - Jest tydzień po Porozumieniach, Luke.

- Jace nie występuje w imieniu Clave - odparł Luke. - I nic nie mógłby zrobić, nawet gdyby chciał. - Spojrzał na Nocnego Łowcę. - Zgadza się?

Chłopak był bardzo blady.

- Skąd...

- Wiem, co się stało - przerwał mu Luke. - Wiem o Maryse.

Jace zesztywniał, a Maia dostrzegła pod maską dzikiego rozbawienia mrok i udrękę. Wyraz oczu Nocnego Łowcy przypominał jej raczej ten, który widywała, przeglądając się w lustrze, niż kiedyś u brata.

- Kto ci powiedział? Clary?

- Nie Clary.

Maia nigdy wcześniej nie słyszała tego imienia, ale obaj wymówili je tonem, który sugerował, że jest to dla nich ktoś szczególny.

- Jestem przywódcą stada, Jace. Słyszę różne rzeczy. Chodźmy do biura Pete'a i porozmawiajmy.

Jace wahał się przez chwilę, a potem wzruszył ramionami.

- Dobrze, ale jesteś mi winien za szkocką, której nie wypiłem.

***

- To był mój ostatni domysł - powiedziała Clary z westchnieniem rezygnacji. Opadła na stopnie przed Metropolitan Museum of Art i ze smutkiem spojrzała na Piątą Aleję.

- Całkiem dobry. - Simon usiadł obok niej, wyciągając przed siebie długie nogi. - To facet, który lubi broń i zabijanie, więc dlaczego nie największa kolekcja broni w całym mieście? Zresztą ja zawsze chętnie odwiedzam ten dział muzeum. Nasuwają mi się tam dobre pomysły do mojej kampanii.

Clary spojrzała na niego zaskoczona.

- Nadal grasz z Erikiem, Kirkiem i Mattem?

- Jasne. Dlaczego miałbym nie grać?

- Myślałam, że gra straciła dla ciebie atrakcyjność, odkąd...

Odkąd nasze życie zaczęło przypominać jedną z twoich kampanii. Dobrzy i źli faceci, groźna magia i bardzo ważne zaczarowane przedmioty, które trzeba znaleźć, żeby wygrać.

Tyle że w grze dobrzy faceci zawsze wygrywali, pokonywali złych i wracali do domu ze skarbami. Natomiast w prawdziwym życiu tracili skarby, a w dodatku czasami nie było nawet wiadomo, kto jest dobry, a kto zły.

Clary spojrzała na Simona i ogarnął ją smutek. Gdyby zrezygnował z grania, byłaby to jej wina, tak jak wszystko, co mu się przydarzyło w ostatnich tygodniach. Pamiętała jego bladą twarz nad zlewem tego ranka, tuż przed tym, jak ją pocałował.

- Simon... - zaczęła.

- Teraz gram duchownego, półtrolla, który chce się zemścić na orkach, którzy zabili jego rodzinę - wyjaśnił wesołym tonem. - Świetne.

Zaśmiała się i w tym momencie zabrzęczała jej komórka. Clary wyłowiła ją z kieszeni i otworzyła. To był Luke.

- Nie znaleźliśmy go - powiedziała, zanim zdążył się przywitać.

- Ale ja znalazłem.

Usiadła prosto.

- Żartujesz. Jest obok ciebie? Mogę z nim porozmawiać? - Dostrzegła spojrzenie Simona i ściszyła głos. - Wszystko z nim w porządku?

- Raczej tak.

- Co to znaczy raczej?

- Wdał się w bójkę ze stadem wilkołaków. Ma parę ran i siniaków.

Clary przymknęła oczy. Dlaczego, och, dlaczego Jace wdał się w bójkę ze stadem wilkołaków? Co go opętało? Z drugiej strony, to był Jace. Wszcząłby bójkę z ciężarówką, gdyby naszła go taka ochota.

- Myślę, że powinnaś tutaj przyjechać - stwierdził Luke. - Ktoś musi przemówić mu do rozumu, bo mnie się nie udało.

- Gdzie jesteś? - zapytała Clary.

Odparł, że w "Księżycu Łowcy" na Hester Street. Clary była ciekawa, czy bar jest zaczarowany. Wyłączyła telefon i odwróciła się do Simona, który patrzył na nią z uniesionymi brwiami.

- Powrót marnotrawnego?

- Coś w tym rodzaju. - Dźwignęła się ze chodów i rozprostowała nogi, w myślach obliczając, ile czasu zajmie im dotarcie do Chinatown metrem i czy warto wybulić na taksówkę kieszonkowe, które dał jej Luke. Jednak nie, doszła do wniosku... Jeśli utkną w korku, dojazd potrwa dłużej niż metrem.

- ...pójść z tobą? - dokończył Simon, też się podnosząc. Stał stopień niżej, dzięki czemu byli tego samego wzrostu. - Jak myślisz?

Clary otworzyła usta i szybko je zamknęła.

- Eee...

- Nie słyszałaś ani słowa z tego, co mówiłem przez ostatnie dwie minuty - stwierdził Simon zrezygnowany.

- To prawda - przyznała Clary. - Myślałam o Jasie. Zdaje się, że jest w kiepskim stanie. Przepraszam.

Brązowe oczy przyjaciela pociemniały.

- Domyślam się, że pędzisz, żeby opatrzyć jego rany?

- Luke prosił mnie, żebym przyjechała. Miałam nadzieję, że pojedziesz ze mną.

Simon kopnął stopień.

- Pojadę, ale... po co? Luke nie może odwieźć Jace'a do Instytutu bez twojej pomocy?

- Pewnie może, ale uważa, że ze mną Jace porozmawia chętniej o tym, co się dzieje.

- Myślałem, że moglibyśmy zrobić coś razem dzisiaj wieczorem - powiedział Simon. - Obejrzeć film. Zjeść kolację na mieście.

Clary zmierzyła go wzrokiem. W oddali słyszała plusk wody w fontannie. Pomyślała o kuchni Simona, o jego wilgotnych rękach w jej włosach, ale to wszystko wydawało się bardzo odległe, nawet kiedy próbowała przywołać ten obraz w pamięci, tak jak się ogląda zdjęcia z wypadku, choć samego wypadku już się nie pamięta.

- On jest moim bratem - powiedziała w końcu. - Muszę iść.

Simon sprawiał wrażenie, jakby był zbyt zmęczony nawet na to, żeby westchnąć.

- Więc pojadę z tobą.

***

Biuro "Księżyca Łowcy" znajdowało się na końcu wąskiego korytarza wysypanego trocinami. W niektórych miejscach trociny były poplamione ciemnym płynem, który nie wyglądał jak piwo. Cuchnęło tu dymem i czymś jakby... mokrym psem, stwierdziła Clary, ale nie podzieliła się z Lukiem tą obserwacją.

- Nie jest w dobrym nastroju - uprzedził Luke, zatrzymując się pod drzwiami. - Zamknąłem go w biurze Freaky Pete'a po tym, jak omal nie zabił gołymi rękami połowy mojego stada. Nie chciał ze mną rozmawiać, więc... - wzruszył ramionami - pomyślałem o tobie. - Przeniósł wzrok ze skonsternowanej Clary na Simona. - O co chodzi?

- Nie mogę uwierzyć, że tutaj przyszedł - powiedziała Clary.

- Nie mogę uwierzyć, że znasz kogoś o imieniu Freaky Pete - dodał Simon.

- Znam wielu ludzi - odparł Luke. - Co prawda Freaky Pete nie jest człowiekiem, ale to nieistotne.

Otworzył drzwi. Za nimi znajdował się pokój bez okna, o ścianach obwieszonych sportowymi proporczykami. Na biurku zarzuconym papierami stał mały telewizor, a za nim, na krześle obitym skórą popękaną tak, że wyglądała jak żyłkowany marmur, siedział Jace.

W chwili, gdy drzwi się otworzyły, sięgnął po żółty ołówek leżący na biurku i cisnął nim z całej siły. Ołówek poleciał łukiem przez pokój i trafił w ścianę tuż obok głowy Luke'a. Utkwił w niej, wibrując. Oczy Luke'a się rozszerzyły.

Jace uśmiechnął się słabo.

- Przepraszam. Nie wiedziałem, że to ty.

Clary ścisnęło się serce. Nie widziała Jace'a od wielu dni. Wyglądał jakoś inaczej i nie chodziło tylko o zakrwawioną twarz i siniaki, które teraz były wyraźnie widoczne, ale o to, że skóra na jego policzkach wydawała się ściągnięta, kości mocniej zaznaczone.

Luke wskazał ręką na Simona i Clary.

- Przyprowadziłem ich, żeby z tobą porozmawiali.

Jace powiódł po nich wzrokiem. Jego spojrzenie było puste, oczy wyglądały jak namalowane.

- Niestety, miałem tylko jeden ołówek.

- Jace... - zaczął Luke.

- Nie chcę go tutaj. - Jace wskazał brodą na Simona.

- To niesprawiedliwe. - Clary była oburzona. Czyżby zapomniał, że Simon uratował życie Alecowi, a może i im wszystkim?

- Wynocha, Przyziemny - rzucił Jace, pokazując mu drzwi.

Simon machnął ręką.

- W porządku. Zaczekam na korytarzu.

Wyszedł z pokoju. Clary wyczuła, że z trudem powstrzymał się od trzaśnięcia drzwiami. Odwróciła się do Jace'a.

- Musisz być taki... - Urwała na widok jego miny. Sprawiał wrażenie... obnażonego, podatnego na zranienie.

- Nieprzyjemny? - dokończył za nią. - Tylko w te dni, kiedy moja przybrana matka wyrzuca mnie z domu z żądaniem, żebym nigdy więcej nie przekroczył jego progu. Zwykle jestem bardzo pogodny. Sprawdź innego dnia, który nie kończy się na "a" albo "k".

Luke zmarszczył brwi.

- Nie przepadam za Lightwoodami, ale nie mogę uwierzyć, że Maryse to zrobiła.

Jace wyglądał na zaskoczonego.

- Znasz ich? Lightwoodów?

- Byli ze mną w Kręgu - odparł Luke. - Zdziwiłem się, kiedy usłyszałem, że kierują tutejszym Instytutem. Zdaje się, że po Powstaniu zawarli umowę z Clave, zapewniając sobie coś w rodzaju łagodniejszej kary, podczas gdy Hodge... no, cóż, wiemy, co się z nim stało. - Milczał przez chwilę. - Czy Maryse mówiła, dlaczego skazuje cię na wygnanie, że się tak wyrażę?

- Nie wierzy, że byłem przekonany, że jestem synem Michaela Waylanda. Oskarżyła mnie, że przez cały czas wspierałem Valentine'a i pomogłem mu uciec z Kielichem Anioła.

- Więc dlaczego nadal tutaj jesteś? - obruszyła się Clary. - Dlaczego nie uciekłeś razem z nim?

- Nie powiedziała tego wprost, ale pewnie uważa, że zostałem jako szpieg. Żmija wyhodowana na ich łonie. Co prawda nie użyła tego określenia, ale tak właśnie myśli.

- Szpieg Valentine'a? - W głosie Luke'a brzmiała konsternacja.

- Według niej Valentine założył, że ze względu na ich uczucia do mnie ona i Robert uwierzą we wszystko, co im powiem, tak więc Maryse doszła do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem jest nie żywić do mnie żadnych uczuć.

- To tak nie działa. - Luke potrząsnął głową. - Uczuć nie można wyłączyć jak światła. Zwłaszcza jeśli jest się rodzicem.

- Oni nie są moimi prawdziwymi rodzicami.

- Rodzicielstwo to nie tylko więzy krwi. Lightwoodowie byli twoimi rodzicami przez siedem lat. Pod każdym względem, który się liczy. Maryse po prostu została zraniona.

- Zraniona? - powtórzył z niedowierzaniem Jace. - Ona jest zraniona?

- Kochała Valentine'a, pamiętaj - powiedział Luke. - Tak jak my wszyscy. On bardzo ją zranił i teraz Maryse nie chce, żeby jego syn zrobił to samo. Zadręcza się myślą, że ich okłamałeś. Że oszukiwałeś ich przez wiele lat. Musisz ją uspokoić i odzyskać zaufanie.

Na twarzy Jace'a upór mieszał się ze zdumieniem.

- Maryse jest dorosła! Nie potrzebuje ode mnie żadnego uspokajania.

- Och, daj spokój, Jace - powiedziała Clary. - Nie możesz oczekiwać od wszystkich idealnego zachowania. Dorośli też potrafią wiele rzeczy schrzanić. Wróć do Instytutu i porozmawiaj z nią rozsądnie. Bądź mężczyzną.

- Nie chcę być mężczyzną - oświadczył Jace. - Chcę być gniewnym nastolatkiem, który nie umie poradzić sobie z wewnętrznymi demonami i dlatego wyżywa się werbalnie na innych.

- Cóż, świetnie ci idzie - zauważył Luke.

- Jace - rzuciła Clary pospiesznie, nim zaczęli się kłócić na poważnie. - Musisz wrócić do Instytutu. Pomyśl o Alecu i Izzy.

- Maryse jakoś ich uspokoi. Może powie, że uciekłem.

- Nie uwierzą - stwierdziła Clary. - Isabelle wydawała się bardzo zdenerwowana, kiedy z nią rozmawiałam przez telefon.

- Isabelle zawsze wydaje się zdenerwowana - odparował Jace, ale sprawiał wrażenie zadowolonego. Odchylił się na oparcie krzesła. Siniaki na jego szczęce i kościach policzkowych wyglądały jak ciemne, bezkształtne Znaki. - Nie wrócę tam, gdzie mi nie ufają. Nie mam już dziesięciu lat. Potrafię o siebie zadbać.

Luke zrobił taką minę, jakby wcale nie był tego pewien.

- Dokąd pójdziesz? Z czego będziesz żył?

Oczy Jace'a rozbłysły.

- Mam siedemnaście lat. W zasadzie jestem dorosły. Każdy dorosły Nocny Łowca ma prawo do...

- Każdy dorosły. Ale ty nim nie jesteś. Nie możesz brać pensji od Clave, bo jesteś za młody, a Lightwoodowie są przez Prawo zobowiązani do opieki nad tobą. Jeśli nie będą tego robić, zostanie wyznaczony ktoś inny albo...

- Albo co? - Jace zerwał się z krzesła. - Pójdę do sierocińca w Idrisie? Zostanę podrzucony rodzinie, której nie znam? W świecie Przyziemnych mogę dostać pracę na rok, jak oni wszyscy...

- Nie możesz - odezwała się Clary. - Wiem, co mówię, bo też byłam Przyziemną. Jesteś za młody na pracę, która by ci odpowiadała, a twoje umiejętności... cóż, większość zawodowych zabójców jest od ciebie starsza. I są kryminalistami.

- Nie jestem zabójcą.

- Gdybyś żył w świecie Przyziemnych, tym właśnie byś był - powiedział Luke.

Jace zesztywniał, zacisnął zęby. Clary wiedziała, że słowa Luke'a trafiły w czuły punkt.

- Nie rozumiecie. - W głosie Jace'a raptem zabrzmiała desperacja. - Nie mogę tam wrócić. Maryse chce, żebym powiedział, że nienawidzę Valentine'a, a ja nie mogę tego zrobić.

Uniósł głowę i spojrzał na wilkołaka, jakby się spodziewał, że ten zareaguje drwiną albo zgrozą. Ostatecznie Luke miał więcej powodów, żeby nienawidzić Valentine'a, niż wszyscy inni na świecie. Ale on powiedział tylko:

- Wiem. Ja też kiedyś go kochałem.

Jace odetchnął niemal z ulgą, a Clary nagle pomyślała: Nie przyszedł tutaj, żeby zacząć bójkę, tylko żeby porozmawiać z Lukiem. Bo wiedział, że on go zrozumie.

Nie wszystko, co robił Jace, było szalone i samobójcze, a jedynie takie się wydawało.

- Nie powinieneś być zmuszony do składania oświadczenia, że nienawidzisz swojego ojca - stwierdził Luke. - Nawet po to, żeby uspokoić Maryse. Ona powinna to zrozumieć.

Clary uważniej przyjrzała się Jace'owi, starając się odczytać coś z jego twarzy. Ale oblicze chłopaka było jak książka napisana w obcym języku, który Clary studiowała zbyt krótko.

- Naprawdę powiedziała, że nie chce, żebyś wracał? - zapytała. - Czy tylko uznałeś, że to miała na myśli, więc odszedłeś?

- Powiedziała, że byłoby lepiej, gdybym na jakiś czas znalazł sobie inne miejsce - odparł Jace. - Nie dodała, jakie.

- A dałeś jej szansę? - zapytał Luke. - Posłuchaj, Jace. Oczywiście możesz zostać u mnie, jak długo będzie trzeba. Chcę, żebyś o tym wiedział.

Żołądek Clary wykonał podskok. Myśl o Jasie mieszkającym w tym samym domu, zawsze blisko, napełniła ją radością i jednocześnie przerażeniem.

- Dzięki - mruknął Jace.

Jego głos był spokojny, ale spojrzenie pomknęło na chwilę ku Clary, a ona dostrzegła w jego oczach mieszaninę emocji, które sama odczuwała. Luke, czasami chciałabym, żebyś nie był taki wspaniałomyślny. Albo taki ślepy.

- Powinieneś jednak wrócić do Instytutu, żeby porozmawiać z Maryse i dowiedzieć się o, co naprawdę chodzi - oznajmił Luke. - Wydaje mi się, że ona nie mówi ci wszystkiego. Może jest w tym coś więcej, niż chciałbyś usłyszeć.

Jace oderwał spojrzenie od Clary.

- Dobrze. - Jego głos był zachrypnięty. - Ale pod jednym warunkiem. Nie chcę iść tam sam.

- Pójdę z tobą - zaproponowała szybko Clary.

- Wiem i chcę, żebyś ze mną poszła - zapewnił ją Jace i dodał cicho: - Ale chcę również, żeby poszedł z nami Luke.

Luke wyglądał na zaskoczonego.

- Jace... mieszkam tutaj od piętnastu lat i nigdy jeszcze nie byłem w Instytucie. Ani razu. Wątpię, czy Maryse lubi mnie bardziej...

- Proszę - przerwał mu Jace, a Clary od razu wyczuła, ile wysiłku kosztowało go przełknięcie dumy i wymówienie tego jednego słowa.

- Dobrze. - Luke skinął głową jak przywódca stada przyzwyczajony do robienia tego, co musi, a nie tego, na co ma ochotę. - Pójdę z wami.

***

Simon opierał się o ścianę korytarza pod biurem Pete'a i starał się nie użalać nad sobą.

Dzień zaczął się dobrze. Dość dobrze. Najpierw był przykry epizod z "Draculą", kiedy to zrobiło mu się niedobrze i słabo, bo film lecący w telewizji przywołał wszystkie emocje i tęsknoty, które on od dawna starał się w sobie zdusić. Mdłości na tyle wytrąciły go z równowagi, że pocałował Clary, na co od lat miał ochotę. Ludzie mówią, że to, o czym marzyli, w rzeczywistości nigdy nie okazuje się takie, jak sobie wyobrażali. Ludzie się mylili.

A Clary odwzajemniła pocałunek...

Teraz jednak była z Jace'em, a Simon czuł w żołądku sensacje, jakby połknął miskę robaków. Do tego nieprzyjemnego wrażenia musiał się ostatnio przyzwyczaić. Wcześniej go nie znał, nawet po tym, jak sobie uświadomił, co czuje do Clary. Nigdy jej nie naciskał, nigdy nie wyjawiał swoich uczuć. Zawsze był pewien, że pewnego dnia ona otrząśnie się z mrzonek o księciu z bajki albo o ożywionych bohaterach kung-fu i zrozumie, co ma w zasięgu ręki. Uważał, że są sobie przeznaczeni. A jeśli nie wydawała się nim zainteresowana, to przynajmniej nie przejawiała zainteresowania nikim innym.

Dopóki nie poznała Jace'a. Pamiętał, jak siedział na schodach ganku Luke'a, a Clary wyjaśniała mu, kim jest nowy znajomy i co zrobił, podczas gdy Jace z wyniosłą miną oglądał swoje paznokcie. Simon prawie jej nie słuchał, pochłonięty obserwowaniem, jak ona gapi się na blondyna z dziwnymi tatuażami i kościstą, ładną twarzą. Zbyt ładną jego zdaniem, ale Clary najwyraźniej tak nie uważała. Wpatrywała się w niego, jakby był jednym z jej ożywionych bohaterów. Simon nigdy nie widział, żeby wcześniej tak na kogoś patrzyła, i zawsze się łudził, że może kiedyś tak spojrzy na niego. Stało się inaczej, i to zabolało go bardziej, niż się spodziewał.

Gdy się dowiedział, że Jace jest bratem Clary, poczuł się tak, jakby stanął przed plutonem egzekucyjnym i w ostatniej chwili wręczono mu ułaskawienie. Nagle świat znowu stał się pełen możliwości.

Teraz nie był już tego taki pewien.

- Hej. - Ktoś szedł korytarzem, ktoś niezbyt wysoki, i ostrożnie stąpał między plamami krwi. - Czekasz na Luke'a? Jest w środku?

- Niezupełnie. - Simon odsunął się od drzwi. - To znaczy, coś w tym rodzaju. Jest z moimi znajomymi.

Osoba, która właśnie do niego dotarła, zatrzymała się i zmierzyła go wzrokiem. Simon zobaczył, że jest to dziewczyna w wieku mniej więcej szesnastu lat, o gładkiej jasnobrązowej skórze. Kasztanowo-złote włosy, zaplecione w dziesiątki warkoczyków przy samej głowie, okalały twarz w kształcie serca. Miała drobne, krągłe ciało, szerokie biodra i wąską talię.

- Z tym facetem z baru? Z Nocnym Łowcą?

Simon tylko wzruszył ramionami.

- Cóż, niechętnie ci to mówię, ale twój przyjaciel to dupek.

- Nie jest moim przyjacielem - odparł Simon. - I nie mogę się z tobą nie zgodzić.

- Ale mówiłeś, że...

- Czekam na jego siostrę - wyjaśnił Simon. - To moja najlepsza przyjaciółka,

- Jest tam z nimi? - Dziewczyna wskazała kciukiem drzwi. Na wszystkich palcach miała pierścionki, proste obrączki z brązu i złota. Jej dżinsy były wytarte, ale czyste, a kiedy odwróciła głowę, Simon zobaczył bliznę przecinającą szyję, tuż nad kołnierzykiem T-shirtu. - Co nieco wiem o braciach, którzy są dupkami - dodała z niechęcią w głosie. - Chyba to nie jej wina.

- Istotnie - zgodził się Simon. - Ale zdaje się, że jest jedyną osobą, której on może posłuchać.

- Nie zrobił na mnie wrażenia kogoś, kto potrafi słuchać - stwierdziła dziewczyna i zerknęła na niego z ukosa. Gdy przyłapała go na podobnym spojrzeniu, na jej twarzy pojawił się wyraz rozbawienia. - Patrzysz na moją bliznę. Właśnie tam zostałam ugryziona.

- Ugryziona? Masz na myśli, że...

- Jestem wilkołakiem - oznajmiła dziewczyna. - Jak wszyscy tutaj. Z wyjątkiem ciebie i dupka. I siostry dupka.

- Ale nie zawsze byłaś wilkołakiem. To znaczy, nie urodziłaś się taka.

- Jak większość z nas. I to nas różni od twoich kumpli, Nocnych Łowców.

- Co?

Uśmiechnęła się przelotnie.

- My kiedyś byliśmy ludźmi.

Simon nie odpowiedział. Po chwili dziewczyna wyciągnęła do niego rękę.

- Jestem Maia.

- Simon. - Jej dłoń była sucha i miękka. Dziewczyna patrzyła na niego przez złoto-brązowe rzęsy, barwy tostu z masłem. - Skąd wiedziałaś, że Jace to dupek? A może powinienem raczej zapytać, jak to odkryłaś?

Maia zabrała rękę.

- Zdemolował bar. Uderzył mojego przyjaciela. Znokautował parę osób ze stada.

- Nic im nie jest? - Simon był szczerze zaniepokojony. Nie miał wątpliwości, że Jace mógł zabić kilka osób w jeden poranek, a potem spokojnie wybrać się na gofry. - Poszli do lekarza?

- Chyba do czarownika? - powiedziała Maia. - Raczej nie miewamy do czynienia z Przyziemnymi lekarzami. Nasz gatunek.

- Czyli Podziemni?

Dziewczyna uniosła brwi.

- Ktoś nauczył cię żargonu?

Simon się zirytował.

- Skąd wiesz, że nie jestem jednym z nich? Albo z was? Nocnym Łowcą, Podziemnym albo...

Maia potrzasnęła głową, aż zakołysały się jej warkoczyki.

- To widać z daleka. Twoje ludzkie pochodzenie.

Nuta goryczy w jej głosie przyprawiła Simona o dreszcz. Nagle poczuł się niezręcznie.

- Mógłbym zapukać do drzwi, jeśli chcesz porozmawiać z Lukiem - zaproponował.

Maia wzruszyła ramionami.

- Powiedz mu, że przyjechał Magnus. Bada, co się stało w zaułku. - Simon chyba wyglądał na zaskoczonego, bo wyjaśniła: - Magnus Bane to czarownik.

"Wiem", chciał powiedzieć, ale tego nie zrobił. Cała ta rozmowa była już dostatecznie dziwna.

- Dobrze.

Maia odwróciła się, jakby chciała odejść, ale jeszcze się zatrzymała, kładąc rękę na futrynie drzwi.

- Myślisz, że przemówi mu do rozsądku? - spytała. - Jego siostra?

- Jeśli Jace kogokolwiek posłucha, to właśnie jej.

- To słodkie - stwierdziła Maia. - Że tak kocha siostrę.

- Rzeczywiście wzruszające.

 

3

Inkwizytor

Kiedy Clary pierwszy raz zobaczyła Instytut, wyglądał jak zniszczony kościół z zapadniętym dachem i żółtą policyjną taśmą naklejoną na drzwiach. Teraz już nie musiała się koncentrować, odganiając złudzenie. Nawet z drugiej strony ulicy widziała wysoką gotycką katedrę z iglicami, które wyglądały, jakby przebijały granatowe niebo.

Luke milczał. Po jego twarzy było widać, że toczy jakąś wewnętrzną walkę. Kiedy weszli po stopniach, Jace z nawyku sięgnął pod koszulę, ale kiedy wyciągnął rękę, była pusta. Zaśmiał się bez cienia wesołości.

- Zapomniałem, że Maryse zabrała mi klucze, zanim odszedłem.

- Oczywiście, że tak. - Luke delikatnie dotknął symboli wyrytych w drewnie, tuż pod architrawem. - Te drzwi są identyczne z tymi w Sali Anioła w Idrisie. Nigdy nie sądziłem, że jeszcze kiedyś takie zobaczę.

Clary niemal czuła się winna, że przerywa wspomnienia Luke'a, ale musiała omówić praktyczne sprawy.

- Skoro nie mamy klucza...

- Nie jest konieczny. Instytut powinien być otwarty dla każdego Nefilim, który nie zamierza zrobić krzywdy jego mieszkańcom.

- A jeśli to oni zamierzają nas skrzywdzić? - mruknął Jace.

Kącik ust Luke'a zadrżał.

- Nie sądzę, żeby to coś zmieniało.

- Tak, Clave zawsze tasuje karty na swój sposób. - Jace mówił trochę niewyraźnie. Jego dolna warga była spuchnięta, lewa powieka robiła się fioletowa.

Dlaczego się nie uzdrowi?

- Stelę też ci zabrała? - domyśliła się Clary.

- Nie wziąłem jej - odparł Jace. - Nie chciałem niczego brać od Lightwoodów.

Luke popatrzył na niego z troską.

- Każdy Nocny Łowca powinien mieć stelę.

- Zdobędę inną - powiedział Jace, kładąc dłoń na drzwiach Instytutu. - "W imieniu Clave proszę o wejście do tego świętego miejsca. W imię anioła Razjela proszę o pobłogosławienie mojej misji przeciwko...".

Drzwi się otworzyły. Clary zobaczyła mroczne wnętrze katedry, które miejscami rozjaśniały świece umieszczone w wysokich żelaznych świecznikach.

- Wygodne - stwierdził Jace. - Dzięki błogosławieństwu jest tu łatwiej wejść, niż sądziłem. Może powinienem poprosić o błogosławieństwo dla mojej misji przeciwko tym wszystkim, którzy noszą białe rzeczy po Świecie Pracy.

- Anioł wie, na czym polega twoja misja - skarcił go Luke. - Nie musisz wypowiadać tych słów na głos, Jonathanie.

Przez chwilę Clary zdawało się, że przez twarz Jace'a przemyka cień... niepewności, zaskoczenia, może nawet ulgi? Ale on tylko burknął:

- Nie nazywaj mnie tak. To nie jest moje imię.

***

Ruszyli nawą, mijając puste ławki i ołtarz, na którym zawsze paliły się lampki. Luke'a, który rozglądał się z ciekawością, zadziwiła winda przypominająca złotą klatkę dla ptaków.

- To musiał być pomysł Maryse - stwierdził, kiedy wchodzili do środka. - Całkiem w jej stylu.

- Jest tutaj, odkąd pamiętam - powiedział Jace, kiedy drzwi zamknęły się za nimi z trzaskiem.

Jazda w górę była krótka. Nikt się nie odzywał. Clary nerwowo skubała brzeg szalika. Miała wyrzuty sumienia, że kazała Simonowi iść do domu i czekać na telefon. Kiedy oddalał się Canal Street, widziała po napięciu jego pleców, że poczuł się bezceremonialnie odprawiony. Nie mogła jednak wyobrazić sobie, że on, Przyziemny, słucha, jak Luke wstawia się za Jace'em u Maryse Lightwood. Sytuacja byłaby bardzo niezręczna.

Winda zatrzymała się ze zgrzytem. Pod drzwiami czekał na nich Church z lekko podniszczoną czerwoną obróżką na szyi. Jace schylił się i pogłaskał go po głowie.

- Gdzie jest Maryse?

Kot wydał gardłowy dźwięk, coś pomiędzy pomrukiem a warknięciem, i ruszył korytarzem. Poszli za nim. Jace milczał, Luke nadal się rozglądał.

- Nigdy nie sądziłem, że zobaczę to miejsce w środku - powiedział.

- Wygląda tak, jak się spodziewałeś? - zapytała Clary.

- Byłem w Instytutach w Londynie i Paryżu. Ten jest inny. Jakoś...

- Co? - rzucił Jace przez ramię.

- Tutaj jest zimniej - odparł Luke.

Jace nic nie odpowiedział. Gdy dotarli do biblioteki, Church usiadł, jakby dawał im do zrozumienia, że dalej nie zamierza iść. Zza grubych drewnianych drzwi dobiegały słabe głosy, ale Jace otworzył je bez pukania i wmaszerował do środka.

Clary usłyszała okrzyk zaskoczenia. Serce jej się ścisnęło, kiedy pomyślała o Hodge'u i o jego stałym towarzyszu, kruku Hugonie, który na rozkaz swojego pana omal nie wydrapał jej oczu.

Oczywiście Hodge'a nie było w pokoju. Za ogromnym mahoniowym biurkiem wspartym na dwóch klęczących, kamiennych aniołach siedziała kobieta w średnim wieku, o kruczoczarnych włosach jak u Isabelle i chudej, żylastej budowie jak u Aleca. Miała na sobie czarny kostium, bardzo prosty, kontrastujący z licznymi jaskrawymi pierścionkami zdobiącymi jej palce.

Obok niej stał smukły nastolatek o kręconych ciemnych włosach i skórze koloru miodu. Na jego widok Clary nie zdołała powstrzymać okrzyku zdumienia:

- Raphael?

Przez chwilę chłopak wyglądał na zaskoczonego. Potem się uśmiechnął. Zęby miał bardzo białe i ostre. Nic dziwnego, skoro był wampirem.

- Dios, co ci się stało, bracie? - zapytał, patrząc na Jace'a. - Wyglądasz, jakby stado wilków próbowało cię rozerwać na strzępy.

- Zadziwiająco trafny domysł - skwitował Jace. - Albo słyszałeś, co się stało.

Uśmiech Raphaela stał się szerszy.

- Słyszy się różne rzeczy.

Kobieta siedząca dotąd za biurkiem wstała.

- Jace, coś się stało? - W jej głosie brzmiał niepokój. - Dlaczego tak szybko wróciłeś? Myślałam, że zostaniesz u... - Spojrzała na pozostałych gości. - A ty kim jesteś?

- Siostrą Jace'a - odparła Clary.

Pani Lightwood wbiła w nią wzrok.

- Tak, widzę. Jesteś podobna do Valentine'a. - Odwróciła się z powrotem do Jace'a. - Przyprowadziłeś ze sobą siostrę? To Przyziemna, tak? Teraz nie jesteście tutaj bezpieczni. Zwłaszcza Przyziemni...

Luke uśmiechnął się słabo i powiedział:

- Ale ja nie jestem Przyziemnym.

Na twarzy Maryse najpierw odmalowała się konsternacja, a potem szok, kiedy przyjrzała się Luke'owi.

- Lucian?

- Cześć, Maryse. Kopę lat.

***

Twarz Maryse była nieruchoma. W tym momencie pani Lightwood wyglądała na dużo starszą od Luke'a. Usiadła powoli.

- Lucian - powtórzyła, kładąc ręce płasko na biurku. - Lucian Graymark.

Raphael, który obserwował ich zaciekawionym ptasim spojrzeniem, zwrócił się do Luke'a i rzucił oskarżycielskim tonem:

- Zabiłeś Gabriela.

Kto to był Gabriel? Clary ze zdziwieniem popatrzyła na Luke'a, a on tylko wzruszył ramionami.

- Owszem. Podobnie jak on wcześniej zabił przywódcę stada. Tak to jest u likantropów.

Maryse uniosła wzrok znad biurka.

- Przywódca stada?

- Skoro ty teraz dowodzisz sforą, czas, żebyśmy porozmawiali - stwierdził Raphael, z wdziękiem skłaniając głowę, ale jego oczy pozostały czujne. - Choć może nie w tym momencie.

- Przyślę kogoś, żeby zaaranżował spotkanie - obiecał Luke. - Ostatnio dużo się działo. Być może jestem do tyłu, jeśli chodzi o konwenanse.

- Być może - zgodził się Raphael i zwrócił do Maryse: - Omówiliśmy już nasze sprawy?

- Skoro twierdzisz, że Nocne Dzieci nie są zamieszane w te zabójstwa, wierzę ci na słowo - odparła z wysiłkiem pani Lightwood. - Muszę wierzyć, chyba że wyjdą na jaw jakieś dowody.

Raphael zmarszczył brwi.

- Wyjdą na jaw? Nie podoba mi się to określenie.

Kiedy się odwrócił, Clary zauważyła ze zdziwieniem, że jego kontury rozmywają się jak na starej fotografii. Lewą rękę miał zupełnie przezroczystą, tak że widziała przez nią duży metalowy globus, który Hodge zawsze trzymał na biurku. Gwałtownie wciągnęła powietrze, gdy ta przejrzystość objęła ramię, a potem pierś. Chwilę później Raphael zniknął jak postać wymazana z rysunku. Maryse odetchnęła z ulgą.

Clary rozdziawiła usta.

- On nie żyje?

- Raphael? - zapytał Jace. - To była tylko jego projekcja. On nie może przyjść do Instytutu w swojej cielesnej postaci.

- Dlaczego?

- Bo to poświęcona ziemia, a on jest przeklęty - wyjaśniła Maryse. Jej lodowate spojrzenie nie straciło nic ze swojego chłodu, kiedy skierowała wzrok na Luke'a. - Ty głową stada? Chyba nie powinnam być zaskoczona. Zdaje się, że to twoja metoda, prawda?

Luke zignorował gorycz w jej głosie.

- Raphael był tu w sprawie szczeniaka, który został dzisiaj zabity?

- I w sprawie martwego czarownika również - odparła Maryse. - Zamordowanego w śródmieściu dwa dni temu.

- Ale po co zjawił się tu Raphael?

- Z czarownika utoczono całą krew. Zdaje się, że temu, kto zabił wilkołaka, przeszkodzono, zanim zdążył zrobić to samo, ale podejrzenie naturalnie padło na Nocne Dzieci. Wampir przybył tutaj, by mnie zapewnić, że jego lud nie ma z tym nic wspólnego.

- Wierzysz mu? - spytał Jace.

- Nie mam ochoty omawiać z tobą spraw Clave, Jace, zwłaszcza w obecności Luciana Graymarka.

- Teraz jestem Luke. Luke Garroway.

Maryse potrząsnęła głową.

- Ledwo cię poznałam. Wyglądasz jak Przyziemny.

- I o to chodzi.

- Myśleliśmy, że nie żyjesz.

- Mieliście nadzieję - poprawił ją spokojnie Luke. - Mieliście nadzieję, że nie żyję.

Maryse miała taką minę, jakby połknęła coś ostrego.

- Usiądźcie - rzekła w końcu, wskazując na krzesła ustawione przed biurkiem, i poczekała, aż zajmą miejsca. - A teraz może mi powiesz, z czym przychodzicie.

- Jace chce procesu przed Clave, a ja zamierzam za niego poręczyć - oznajmił bez wstępów Luke. - Byłem tamtej nocy w Renwick, kiedy pojawił się Valentine. Walczyłem z nim. Omal się nie pozabijaliśmy. Mogę potwierdzić, że wszystko, co mówił Jace, jest prawdą.

- Nie jestem pewna, ile jest warte twoje słowo - stwierdziła Maryse.

- Może jestem likantropem, ale również Nocnym Łowcą - odparł Luke. - Jestem gotowy poddać się próbie Miecza, jeśli to pomoże.

Próbie Miecza? To zabrzmiało groźnie. Clary spojrzała na Jace'a. Splótł na kolanach palce i miał kamienny wyraz twarzy, ale wyczuła w nim napięcie, jakby był o włos od wybuchu. Pochwycił jej spojrzenie i wyjaśnił:

- Miecz Dusz, drugi z Darów Anioła. Używa się go w czasie procesów, żeby ustalić, czy Nocny Łowca nie kłamie.

- Nie jesteś Nocnym Łowcą - powiedziała Maryse, zwracając się do Luke'a i ignorując Jace'a. - Od bardzo dawna nie postępujesz zgodnie z Prawem Clave.

- Był czas, kiedy ty też go nie przestrzegałaś - odparował Luke. - Można by sądzić, że do tej pory wyrosłaś z nieufności do wszystkich, Maryse.

- Niektórych rzeczy nigdy się nie zapomina. - Na jej policzkach wykwitły rumieńce, głos pobrzmiewał zwodniczo miękko. - Myślisz, że udawanie własnej śmierci jest największym kłamstwem Valentine'a? Myślisz, że wdzięk jest tym samym co uczciwość? Kiedyś tak sądziłam. Myliłam się. - Wstała z fotela i oparła na biurku szczupłe dłonie. - Mówił, że odda życie dla Kręgu i że oczekuje od nas tego samego. I poświęcilibyśmy życie, wszyscy. Ja omal tego nie zrobiłam. - Zerknęła na Jace'a i Clary, a następnie wróciła spojrzeniem do Luke'a. - Pamiętasz, jak nam mówił, że Powstanie to będzie nic, krótka walka, paru nieuzbrojonych ambasadorów przeciwko całej potędze Kręgu. Byłam taka pewna naszego szybkiego zwycięstwa, że kiedy pojechałam do Alicante, zostawiłam Aleca w domu w kołysce. Poprosiłam Jocelyn, żeby przypilnowała moich dzieci, kiedy mnie nie będzie. Odmówiła. Teraz rozumiem dlaczego. Ona wiedziała. Ty też, ale nas nie ostrzegłeś.

- Próbowałem was ostrzec przed Valentine'em - oświadczył Luke. - Nie chcieliście mnie słuchać.

- Nie chodzi mi o Valentine'a, tylko o Powstanie! Gdy przybyliśmy na miejsce, okazało się, że jest nas pięćdziesięcioro przeciwko pięciu tysiącom Podziemnych...

- A kiedy myślałaś, że będzie ich tylko pięciu, byłaś gotowa wyrżnąć ich nieuzbrojonych - przypomniał Luke spokojnie.

Maryse zacisnęła dłonie spoczywające na biurku.

- To na nas dokonano rzezi - powiedziała. - Szukaliśmy Valentine'a, żeby nami dowodził, ale jego tam nie było. Tymczasem Clave otoczyło Salę Anioła. Myśleliśmy, że Valentine został zabity, byliśmy gotowi oddać życie w ostatecznym desperackim zrywie. I wtedy przypomniałam sobie o Alecu. Gdybym zginęła, co by się stało z moim synkiem? - Jej głos się załamał. - Tak więc złożyłam broń i poddałam się Clave.

- Postąpiłaś słusznie - zapewnił ją Luke.

Maryse spojrzała na niego płonącym wzrokiem.

- Nie bądź protekcjonalny, wilkołaku. Gdyby nie ty...

- Niech pani na niego nie krzyczy! - wtrąciła się Clary, niemal wstając z krzesła. - To pani wina, że uwierzyła pani Valentine'owi...

- Myślisz, że tego nie wiem? - Do głosu Maryse wkradł się ton znużenia. - Clave wyraźnie dało nam to do zrozumienia, kiedy nas przesłuchiwało. Mieli Miecz Dusz i wiedzieli, kiedy kłamiemy, ale nie potrafili zmusić nas do mówienia. Nic nie mogło nas zmusić do mówienia, aż...

- Aż co? - spytał Luke. - Zawsze się zastanawiałem, co takiego wam powiedzieli, że obróciliście się przeciwko niemu.

- Tylko prawdę - odparła Maryse, nagle zmęczona. - Że Valentine nie zginął w Sali Anioła. Uciekł i zostawił nas, żebyśmy zginęli bez niego. Powiedziano nam, że później spłonął w swoim domu. Inkwizytor pokazał nam jego kości. Oczywiście to było kolejne oszustwo... - Urwała, a po chwili podjęła rzeczowym tonem: - Do tej pory i tak wszystko się skończyło. Wreszcie zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, my z Kręgu. Przed bitwą Valentine odciągnął mnie na bok i powiedział, że mnie ufa najbardziej z całego Kręgu, że jestem jego prawą ręką. Kiedy Clave nas przesłuchiwało, okazało się, że to samo powiedział wszystkim.

- Nie zna piekło straszliwszej furii... - mruknął Jace tak cicho, że usłyszała go tylko Clary.

- Okłamał nie tylko Clave, ale również nas. Wykorzystał naszą lojalność i uczucia. Podobnie jak wtedy, gdy przysłał cię do nas - powiedziała Maryse, patrząc na Jace'a. - A teraz wrócił i ma Kielich Anioła. Planował to od lat, przez cały czas. Nie mogę pozwolić sobie na to, żeby ci zaufać, Jace. Przykro mi.

Jace nic nie odpowiedział. Jego twarz pozostała bez wyrazu, ale jeszcze bardziej zbladł. Świeże siniaki wyraźnie odznaczały się zielenią na jego szczęce i policzku.

- Więc czego od niego oczekujesz? - zapytał Luke. - Dokąd ma pójść?

Pani Lightwood zerknęła na Clary.

- Może do swojej siostry? Rodzina...

- Siostrą Jace'a jest Isabelle - przerwała jej Clary. - Alec i Max są jego braćmi. Co im pani powie? Znienawidzą panią, jeśli wyrzucicie Jace'a z domu.

Maryse zmierzyła ją wzrokiem.

- A co ty o tym wiesz?

- Znam Aleca i Isabelle - odparła Clary. Przez głowę przemknęła jej myśl o Valentinie, ale ją odepchnęła. - Rodzina to coś więcej niż więzy krwi. Valentine nie jest moim ojcem. Jest nim Luke. Podobnie jak Alec, Max i Isabelle są rodziną Jace'a. Jeśli spróbuje pani wyrwać go z waszej rodziny, pozostanie rana, która nigdy się nie zagoi.

Luke patrzył na nią z lekkim zdziwieniem, ale i z szacunkiem. W oczach Maryse ukazał się błysk... niepewności?

- Clary, wystarczy - odezwał się cicho Jace. Sprawiał wrażenie pokonanego.

Clary odwróciła się do pani Lightwood.

- A co z Mieczem? - zapytała.

Maryse patrzyła na nią przez chwilę ze szczerym zdumieniem.

- Mieczem?

- Mieczem Dusz - wyjaśniła Clary. - Tym, którego używacie, żeby stwierdzić, czy Nocny Łowca kłamie. Możecie sprawdzić nim Jace'a.

- To dobry pomysł. - W głosie Jace'a pojawiła się nuta ożywienia.

- Clary, chcesz dobrze, ale nie wiesz, co to oznacza - wtrącił się Luke. - Miecza może używać tylko Inkwizytor.

Jace usiadł prosto na krześle.

- Więc ją wezwijcie. Wezwijcie Inkwizytorkę. Chcę zakończyć tę sprawę.

- Nie - powiedział Luke.

Pani Lightwood spojrzała na Jace'a.

- Inkwizytorka już jest w drodze...

- Maryse! - Głos Luke'a się załamał. - Powiedz, że jej nie wezwałaś!

- Nie wezwałam! Myślałeś, że Clave nie zainteresuje się samo szalonymi historiami o Wyklętych, Bramach i upozorowanych zgonach? Po tym, co zrobił Hodge? Wszyscy jesteśmy teraz objęci śledztwem, dzięki Valentine'owi. - Popatrzyła na bladego i zaskoczonego wychowanka. - Inkwizytorka może wtrącić Jace'a do więzienia. Może pozbawić go Znaków. Pomyślałam, że byłoby lepiej...

- Gdyby Jace zniknął, zanim ona tu przybędzie - dokończył Luke. - Nic dziwnego, że tak szybko chciałaś się go pozbyć.

- Kim jest Inkwizytorka? - spytała Clary. Słowo kojarzyło się jej z hiszpańską inkwizycją, torturami i stosami. - Czym się zajmuje?

- W imieniu Clave prowadzi śledztwa w sprawach związanych z Nocnymi Łowcami - wyjaśnił Luke. - Dba o to, żeby Nefilim nie łamali prawa. Przesłuchiwała wszystkich członków Kręgu po Powstaniu.

- Rzuciła klątwę na Hodge'a? - spytał Jace. - Zesłała was tutaj?

- Wybrała miejsce naszego wygnania i karę dla niego. Nie kochała nas i nienawidzi twojego ojca.

- Nigdzie nie idę - oświadczył Jace, nadal bardzo blady. - Co zrobi Inkwizytorka, jeśli tutaj dotrze, a mnie nie będzie? Pomyśli, że uknuliście spisek, żeby mnie ukryć. Ukarze was. Ciebie, Aleca, Isabelle i Maksa.

Pani Lightwood nic nie odpowiedziała.

- Maryse, nie bądź głupia - odezwał się Luke. - Jeśli pozwolisz Jace'owi odejść, ona cię o to obwini. Zatrzymując go tutaj i pozwalając na proces Miecza, wykażesz się dobrą wolą.

- Chyba nie mówisz poważnie, Luke! - wykrzyknęła Clary. Użycie Miecza to był jej pomysł, ale teraz zaczynała żałować, że z nim wyskoczyła. - Ona wygląda mi na groźną.

- Ale jeśli Jace odejdzie, może nigdy nie wrócić - zauważył Luke. - Już nigdy nie będzie Nocnym Łowcą. Podoba ci się to czy nie, Inkwizytorka pilnuje przestrzegania Prawa. Jeśli Jace chce pozostać częścią Clave, musi z nią współpracować. Ma po swojej stronie to, czego nie mieli po Powstaniu członkowie Kręgu.

- Co takiego? - zapytała Maryse.

Luke uśmiechnął się słabo.

- W przeciwieństwie do was, Jace mówi prawdę.

Maryse wzięła głęboki wdech i zwróciła się do przybranego syna.

- To twoja decyzja - orzekła. - Jeśli chcesz procesu, możesz tu zostać, dopóki nie przybędzie Inkwizytorka.

- Zostanę - postanowił Jace.

Jego głos zabrzmiał twardo, a nie gniewnie, co zaskoczyło Clary. Patrzył gdzieś poza przybraną matkę, a w jego oczach jaśniał blask, jakby odbitego ognia. W tym momencie wydawał się bardzo podobny do ojca.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Gorzki język

Prolog: Dym i diamenty

Część pierwsza: Sezon w piekle

1: Strzała Valentine'a

2: "Księżyc Łowcy"

3: Inkwizytor

4: Kukułka w gnieździe

5: Grzechy ojców

6: Miasto Popiołów

7: Miecz Anioła

Część druga: Bramy Piekła

8: Jasny Dwór

9: Śmierć nie będzie miała władzy

10: Ładne i spokojne miejsce

11: Dym i stal

12: Wrogie sny

13: Zastęp zbuntowanych aniołów

Część trzecia: Dzień gniewu

14: Nieustraszony

15: Ząb węża

16: Serce z kamienia

17: Na wschód od Edenu

18: Widoczna ciemność

19: Dies Irae

Epilog

Podziękowania