rozdział 1
AMY
-?Kiedy znalazłaś... -?policjant Neworth
umilkł na chwilę, nim dodał: -?...szczątki?
Ściśle biorąc, dłoń i stopę. Amy przypuszczała, że była również stopa.
Nie zaglądała do buta, ale ponieważ Neworth powiedział "szczątki",
przyjmowała, że musiała być stopa: spuchnięta, odpiłowana i fioletowa.
Wyrzygałaby się, gdyby ją zobaczyła.
-?Wczoraj około jedenastej rano -?odpowiedziała. Była pewna, że podała
godzinę co najmniej sześć razy. Myślała, że zwolnienie z lekcji algebry
będzie fajne, teraz jednak zaczynała mieć wątpliwości.
Pamiętała, że but wydawał się nowy. Pokryty błotem i brudem, ale
podeszwy nie były wytarte, a sznurowadła postrzępione. Ale nie
powiedziała o tym Neworthowi. Próbowała mówić jak najmniej, odpowiadać:
"Tak", "Nie" i "Nie wiem".
Amy Lin popatrzyła na Newortha i zakola na jego głowie, po czym doszła
do wniosku, że nie należy mu ufać. Po pierwsze, miał złoty zegarek.
Mężczyzna noszący złoty zegarek zawsze wydaje się trochę podejrzany. Po
drugie, jeśli ktoś zadaje kilka razy z rzędu te same pytania i spodziewa
się różnych odpowiedzi, nie ma do ciebie zaufania, więc ty też nie
powinnaś mu ufać. Poza tym Neworth przyjechał z Anchorage, a mieszkańcy
Point Mettier zwykle nie zdradzali swoich tajemnic "owcom". Dzieci
nazwały tak ludzi spoza swojej miejscowości, zniekształcając słowo
"obcy".
-?Opowiedz jeszcze raz, z kim byłaś -?poprosił Neworth.
Amy westchnęła w duchu i obrzuciła go wściekłym spojrzeniem. Czy ma być
jak papuga w klatce powtarzająca w nieskończoność to samo?
Neworth poruszył się na krześle i poprawił skórzany pas obciążony
mnóstwem śmiercionośnych przedmiotów -?pałką, kajdankami, pokrowcem na
magazynek, latarką, paralizatorem, gazem pieprzowym i oczywiście
glockiem. Mimo całego wyposażenia wydawał się niepewny w obecności
siedemnastolatki mającej niespełna sto sześćdziesiąt centymetrów
wzrostu. W końcu odwrócił oczy i spojrzał na notes.
-?Z Celine Hoffler i Marco Salongą?
-?Tak -?odpowiedziała w końcu Amy, jakby pytanie było nieco obraźliwe.
-?Co robiliście w zatoce?
-?Po prostu spacerowaliśmy. -?Amy nie zamierzała opowiadać o prawdziwej
przyczynie wyprawy nad zatokę, gdzie palili trawkę. Marihuana była
legalna na Alasce, ale oni nie mieli jeszcze osiemnastu lat.
Była niedziela, chwilowo przestał padać deszcz, więc wzięli płaszcze
przeciwdeszczowe, parki i czapki narciarskie, po czym popłynęli kajakami
do Ukrytej Zatoki. W słoneczne letnie dni po drugiej stronie przesmyku
lśnił na tle nieba Lodowiec Sandersa; błękitne i białe czapy lodowe
przypominały gigantyczny mrożony koktajl wypełniający dolinę górską. W sezonie do Point Mettier przybywały tłumy turystów. Amy wiedziała, że
"Mettier" prawdopodobnie należy wymawiać po francusku, z niemym "r" i akcentem na drugiej sylabie, ale każdy kaleczył nazwę i mówił po prostu
"metjer". Przybysze zawsze chcieli oglądać lodowce z morza -?dobrze
płacili za wycieczki kutrami i łodziami. Amy nie rozumiała, dlaczego tak
im na tym zależy. Wspięła się na kilka lodowców, w tym Lodowiec
Sandersa, i doszła do wniosku, że lepiej wyglądają z daleka. W tę
niedzielę w październiku nad zatoką wisiały gęste chmury i Sanders
wyglądał jak wielki potwór spowity mgłą.
Sezon turystyczny już się skończył. Umilkł warkot motorówek i kutrów
wypływających w morze, więc na wodzie było dość cicho. Słychać było
tylko plusk wioseł i mewy piszczące na niebie. Gdy dotarli na plażę,
usiedli i wypalili jointa. Prawie nie rozmawiali; nie robili niczego
konkretnego. Celine wskoczyła na pień wyrzucony przez morze i balansowała na nim jak akrobatka. Wiatr rozwiewał jej jasne, piaskowe
włosy; wyglądała jak na filmie. Amy zawsze zazdrościła Celine włosów;
jej własne były czarne i matowe. Chciała je ufarbować na kolor
platynowoniebieski, ale matka prawdopodobnie by ją zabiła -?i to
dosłownie. Marco zbierał kamienie, a może rzucał nimi w ptaki; Amy nie
pamiętała dokładnie.
Zaczęła szukać na plaży pamiątek, by dodać je do swojej kolekcji: rybich
ości, monet, biżuterii i innych drobiazgów pozostawionych przez
nieuważnych turystów. Nagle zauważyła coś w południowej części zatoki -
słabe błyski podobne do komunikatu alfabetem Morse'a -?więc poszła
sprawdzić, co to takiego.
Było to słońce odbijające się od gumowej podeszwy buta turystycznego. Na
początku nie zdawała sobie sprawy, że to nie tylko but. Szkoda,
pomyślała, że ktoś zgubił zupełnie dobry but. Ale kiedy się pochyliła,
aby lepiej się mu przyjrzeć, zauważyła na pokrytym żwirem brzegu coś
jeszcze. O mało na to coś nie nadepnęła.
Była to ucięta ręka do połowy zakopana w piasku. Przynajmniej wyglądała
jak ręka; była zielona i prawie przezroczysta; przypominała barwą
neonowe nalepki fosforyzujące w ciemności. Amy widziała zarys kości i stawów; dłoń była spuchnięta, jakby tłusta. Miała wrażenie, że stała na
miejscu dłuższą chwilę, po prostu się gapiąc, choć w rzeczywistości
minęło prawdopodobnie dziesięć sekund, nim w końcu zamrugała i odzyskała
głos.
-?Hej, patrzcie! -?Zdobyła się tylko na tyle.
Koledzy natychmiast znieruchomieli, a potem podeszli do niej, by
popatrzeć. Celine głośno krzyknęła: wydała z siebie okropny,
przeszywający pisk, który odbił się echem w górach i sprawił, że Amy
przeszedł dreszcz.
-?Co zrobiliście, gdy znaleźliście szczątki? -?Neworth przerwał myśli
Amy i kontynuował przesłuchanie. Bo Amy czuła się jak na przesłuchaniu,
choć składała zeznania jako świadek.
Chciała odpowiedzieć: "A jak pan myśli? Że postanowiliśmy je wykorzystać
jako dekoracje na Halloween?", lecz zamiast tego odrzekła:
-?Wróciliśmy do Dave-Co i powiedzieliśmy policjantowi Borkowskiemu.
-?Do Dave-Co?
Amy westchnęła.
-?Do budynku, w którym teraz jesteśmy. Davidson Condos.
Davidson Condos rzekomo nosiły nazwisko generała, który uczestniczył w drugiej wojnie światowej, ale Amy słyszała plotki, że chodzi o Randolpha
Davidsona, słynnego oszusta z Alaski, który założył fikcyjny urząd
telegraficzny i zarabiał pieniądze, wysyłając wiadomości donikąd.
Neworth się roześmiał, słysząc nazwę Dave-Co.
-?Tak go nazywacie? Jak długo mieszkasz... w Dave-Co?
Wiedziała, że to pytanie nie ma nic wspólnego z ludzkimi szczątkami.
-?Czternaście lat -?odparła.
-?O cholera... -?rzekł ze współczuciem.
Przybysze z Anchorage zawsze współczuli dzieciom z Point Mettier. "Point
Mettier to koszmar", mówili. Minus trzydzieści pięć stopni Celsjusza i zima trwająca osiem miesięcy. Wszyscy uważali mieszkańców osady za
kompletnych wariatów, bo żyli w jednym budynku: Dave-Co.
Point Mettier miało dwustu pięciu stałych mieszkańców. W Dave-Co
znajdowały się poczta, kościół, ośrodek zdrowia, a także sklep
wielobranżowy sprzedający od lat dziewięćdziesiątych te same pamiątki
dla turystów: kubki z wizerunkami Lodowca Sandersa, korkowe podkładki z łosiami, niedźwiedziami albo mewami. W pobliżu znajdowała się szkoła -
prowadził do niej podziemny tunel.
W dawnych czasach, kiedy w Point Mettier mieściła się baza wojskowa, w pobliskim Walcott Building znajdowały się kręgielnia, sala wykładowa,
kino, a nawet kryty basen, lecz budynek został prawie w całości
zniszczony przez wielkie trzęsienie ziemi w 1964 roku i zmienił się w opuszczoną ruinę. W Dave-Co nie było podobnych luksusów, nawet salonu
fryzjerskiego, gdzie ludzie mogliby porządnie się ostrzyc.
Dave-Co był potwornie nudny dla siedemnastolatki. Przypominał więzienie,
nie dom. Amy pomyślała, że gdyby nie internet, zabiłaby się z rozpaczy.
Większość rodzin, które osiedlały się w Point Mettier, wyjeżdżała po
roku albo dwóch latach. Nikt nie urodził się w tej miejscowości i nikt
nie chciał przebywać w niej zbyt długo. Celine przyjechała przed dwoma
laty z Minnesoty. Rodzina Marco Salongi pochodziła z Filipin. Amy i jej
matka prawdopodobnie przybyły z najdalszego zakątka globu; należały do
klubu długoletnich mieszkańców, bo znalazły się w Point Mettier, gdy Amy
miała zaledwie trzy lata. Amy nie znała żadnych młodych ludzi, którzy
mieszkali w Point Mettier równie długo. Nawet Spence Blackmon i jego
młodszy brat Troy trafili tu znacznie później, kiedy Spence miał
dziesięć lat, a Troy chyba sześć.
Ludzie przeprowadzali się do Point Mettier z wielu powodów. Niektórzy
utrzymywali, że zakochali się w krajobrazach, że lubią izolację albo
życie w zamkniętej społeczności. Amy nie wierzyła w historyjki tego
rodzaju. Wiedziała, że ludzie przenoszą się do Point Mettier, bo przed
kimś albo przed czymś uciekają. Dla jakiej innej przyczyny mieszkają w samotnym budynku na pustkowiu, gdzie wszyscy się znają, a przez większą
część roku panuje lodowaty ziąb? Niedawno odkryła prawdziwy powód, który
sprawił, że Ma przeprowadziła się z nią do Point Mettier, by prowadzić
restaurację sprzedającą kiepskie imitacje chińskich potraw. Znowu
pomyślała, że nie powie tego Neworthowi.
W Point Mettier było zaledwie dwóch funkcjonariuszy policji: szeryf
Sipley i Joe Barkowski. Amy oglądała wystarczająco dużo filmów
telewizyjnych, by wiedzieć, że komisariat policji, w którym się
znalazła, to nędzna klitka w porównaniu z tego rodzaju miejscami w innych miastach. Recepcja z mikroskopijnymi biurkami, tak zwany pokój
przesłuchań wielkości szafy i jedna cela służąca jako areszt. Kiedy
podejrzewano, że doszło do poważnego przestępstwa (pewnego lata turystka
zabiła męża, wielokrotnie dźgając go nożem podanym do kolacji w jednej z restauracji na wybrzeżu), wzywano policję z Anchorage. Właśnie dlatego
do Point Mettier przyjechał Neworth i wypytywał Amy o ludzkie szczątki.
Rozległo się pukanie do drzwi i do pokoju wsunął głowę policjant
Barkowski.
-?Skończył pan, Neworth? A może przed chwilą pan odkrył, że Amy Lin to
maniakalna seryjna morderczyni?
Mrugnął przyjaźnie do Amy, która mimo woli się uśmiechnęła. Barkowski
przyjechał do Point Mettier rok temu. Lubił rozmawiać z młodymi ludźmi,
udawał, że jest jednym z nich, zachowywał się przyjaźnie. Amy wiedziała,
że to gra, ale przynajmniej traktował ich jak dorosłych, a nie głupich,
niedouczonych smarkaczy z zapadłej dziury. Ogólnie rzecz biorąc, uważała
go za fajnego faceta, co nie oznaczało, że zamierza zdradzać mu jakieś
sekrety. Szeryf Sipley mieszkał w Point Mettier dłużej niż wszyscy. Nie
znała jego prawdziwej historii. Z pozoru wyglądał jak łysy, wiecznie
podpity Święty Mikołaj. Wydawał się dobroduszny, lecz Amy wiedziała, że
w głębi duszy jest inteligentny, czujny i zawsze coś kalkuluje.
-?Szeryf Sipley przed chwilą zgłosił się przez radio z zatoki i powiedział, że materiał dowodowy jest zabezpieczony i spakowany -
zameldował Barkowski.
Neworth zamknął notes. Wyglądał, jakby na coś czekał.
-?Myślę, że skończyliśmy.
Barkowski spojrzał na notatnik, do którego bardzo chciał zajrzeć.
-?Podobno na wybrzeżu zdarzało się sporo takich przypadków. To prawda?
-?Tak, było kilka w Kanadzie i w stanie Waszyngton -?przyznał Neworth. -
To trzeci podobny wypadek na Alasce w ciągu roku.
-?Jakieś poszlaki?
-?Nie. -?Neworth wstał z krzesła. -?Przypuszczamy, że to samobójcy albo
ludzie, którzy przypadkiem wypadli za burtę.
-?Jezu, to smutne.
Neworth skinął głową.
-?Plastikowe buty unoszą się na wodzie i morze wyrzuca je na brzeg.
Jednak nie znaleźliśmy wielu rąk, więc ten przypadek jest trochę
nietypowy. -?Zastanawiał się przez chwilę. -?Cóż, nie znamy rozwiązania
zagadki i wątpię, czy kiedyś je poznamy. Nie możemy zidentyfikować zwłok
ani udowodnić, że doszło do przestępstwa, więc nie da się wszcząć
śledztwa kryminalnego.
Barkowski zerknął na Amy.
-?Zajęcia w szkole ciągle trwają. Jeśli skończył pan przesłuchiwać pannę
Lin...
-?Och, jasne. -?Neworth nagle przypomniał sobie o trzeciej osobie
obecnej w pokoju. -?Możesz iść, Amy. Dzięki za pomoc.
Amy powoli wstała. Poczuła ulgę. Wyszła z posterunku na żółtawy betonowy
korytarz; miała wrażenie, jakby przed chwilą oszukała wykrywacz
kłamstwa. Cóż, może tak naprawdę nie kłamała? Po prostu pominęła kilka
informacji. W końcu to bez znaczenia, czy było trzech, czy czterech
świadków, zwłaszcza teraz, gdy wiedziała, że prawdopodobnie nie chodzi o morderstwo, tylko jakiś cierpiący na depresję turysta wyskoczył za burtę
ze statku wycieczkowego.
rozdział 2
CARA
Wycieraczki na przedniej szybie
chevroleta suburbana poruszały się w szybkim tempie, gdy Cara jechała w gęstej mgle Sanders Glacier Road. Radio powtórzyło informację, że do
Point Mettier zbliża się wczesny front zimowy z opadami śniegu. Pragnęła
odwiedzić miejscowość i wyjechać przed jego nadejściem -?to powinno
wystarczyć, by przekonać się, czy należy wznowić śledztwo.
Nie zwróciła jej uwagi odnaleziona stopa. Mogła przyjąć hipotezę, że
chodzi o szczątki samobójcy i że stopa oddzieliła się od rozkładających
się zwłok, po czym dryfowała na wodzie w lekkim bucie. Nie wyjaśniało to
jednak, dlaczego obok znaleziono rękę wyrzuconą przez morze. Właśnie z tego powodu postanowiła pojechać do miasta odciętego od świata.
Jazda nie była nieprzyjemna. Podążała autostradą wzdłuż malowniczej
Zatoki Cooka -?wąskiego pasa wody biegnącego od zatoki Alaska w stronę
majestatycznych gór Kenai. Przez chwilę jazda dawała jej nawet poczucie
wolności, a widok pustkowi łagodził ciężkie myśli. Później jednak
przypominała sobie stojące przed nią zadanie, możliwość morderstwa i wracała do rzeczywistości.
W końcu dotarła do budki strażnika przy wlocie tunelu prowadzącego do
Point Mettier. Z ogrzewanego pomieszczenia wystawił głowę Aleuta w neonowozielonej kamizelce odblaskowej. Miał przeszło pięćdziesiątkę,
pomarszczone czoło, kosmyki siwizny we włosach i brązowe oczy. Nosił
okulary do czytania.
-?Trochę późno pani przyjechała -?powiedział. -?Większość hoteli i sklepów zamknięto do wiosny.
-?Nie jestem turystką -?odpowiedziała Cara. Wyjęła z kurtki odznakę i pozwoliła mężczyźnie jej się przyjrzeć.
-?Śledztwo w sprawie ludzkich szczątków?
Skinęła głową.
-?Zdaje się, że przyjeżdżała ekipa z Anchorage?
-?Jestem ekipą drugiego rzutu -?odrzekła Cara.
Strażnik spoglądał na nią przez chwilę.
-?Proszę zaczekać. -?Cofnął głowę i Cara usłyszała, jak mówi przez
telefon: "Przyjechał gliniarz".
Bębniła palcami w kierownicę, zastanawiając się, komu przekazuje te
informacje. W końcu znowu wystawił głowę z budki.
-?Kierunek ruchu zmieni się na wschodni za pięć minut. Proszę czekać na
zielone światło. -?Później dał znak, że może jechać.
W wąskim jednopasmowym tunelu biegnącym przez góry co pół godziny
zmieniano kierunek ruchu. W sezonie turystycznym na zewnątrz czekałaby
kolejka samochodów, ale teraz był początek listopada, więc granatowy SUV
Cary był jedynym pojazdem. Ruszyła, gdy podniósł się semafor pomalowany
w czerwone pasy. Znalazła się w trójkątnym tunelu wybitym w skale, który
po chwili zaczął przypominać chodnik w kopalni -?na suficie wisiały
nagie żarówki połączone kablem; z nierównych ścian sączyła się woda. Z radia dobiegały tylko trzaski, a opony podskakujące na podkładach
kolejowych wydawały miarowe dźwięki: kaczank, kaczank... A może to
głośniejsze bicie jej serca? Z przodu panowały ciemności i zastanawiała
się, czy naprawdę jedzie tunelem, czy wpada w otchłań.
Nigdy nie czuła się dobrze w zamkniętych pomieszczeniach, ale nauczyła
się panować nad klaustrofobią; jakoś jej się to udawało. Po przebyciu
pięciu kilometrów na przednią szybę w końcu padło blade, szare światło;
pojawiła się ciężarówka, z pozoru wynurzająca się z wody. Cara wypuściła
z płuc powietrze i znowu mogła normalnie oddychać.
Minęła port pełen zacumowanych kutrów rybackich i jachtów. Niektóre już
wyciągnięto na zimę na brzeg; stały na asfalcie, przypominając stado
wielorybów wyrzuconych przez morze. Nad zatoką znajdowały się puste
kawiarnie, bary i restauracje. Na jednej z nich kobieta wieszała
tabliczkę: ZAMKNIĘTE DO MAJA. Przed lokalem stał wyładowany pikap,
którym najwyraźniej zamierzała odjechać, by spędzić gdzieś czas poza
sezonem. Pobliskie sklepy były ciemne. Wydawało się oczywiste, że Point
Mettier zapada w stan hibernacji.
Po chwili Cara zauważyła na horyzoncie monstrualny budynek rzucający
cień na resztę miasteczka. Był szeroki, lecz niezbyt wysoki. Wiedziała,
że muszą to być osławione Davidson Condos.
"A więc tak wygląda ten dom -?pomyślała, zatrzymując się na asfaltowym
parkingu przed gmachem. -?To tu spędza zimę całe miasto... no przynajmniej
ci, którzy chcą w nim mieszkać.
Po wejściu do gmachu Cara krążyła korytarzami na parterze, aż znalazła
zielone drzwi z napisem: "Komenda Policji, Point Mettier, Alaska". Nie
była to tabliczka, tylko nalepka, co sugerowało, że prawo i porządek są
w tym miejscu tymczasową fasadą.
Zastukała i weszła, nie czekając na zaproszenie. W środku siedziało
dwóch mężczyzn, którzy unieśli wzrok znad szarych metalowych biurek.
Cara odgadła, że starszy, tęgi to szeryf Sipley. Wstał i obszedł biurko.
Sądząc po szpakowatej rudawej brodzie i łysinie na czubku głowy,
przekroczył sześćdziesiątkę.
Odgadła, że drugi funkcjonariusz ma około trzydziestu lat. Wydawał się
miły; kojarzył się z typowym policjantem z małego miasteczka. Był
wysoki, wysportowany i nieco niezgrabny. Kiedy wstał, by ją powitać, o mało nie przewrócił krzesła. Miał ciemne, niemal kruczoczarne włosy i zaczęła się zastanawiać, czy nie jest mieszańcem tak jak ona: potomkiem
Anglików, Indian, może Włochów?
Najpierw zwróciła się do starszego policjanta.
-?Szeryf Sipley? Nazywam się Cara Kennedy. Jestem detektywem.
Wyciągnął dużą dłoń i uścisnął jej rękę.
-?Przegrała pani zakład i musiała pani do nas przyjechać, prawda? -
Pozostawiła pytanie bez odpowiedzi, co nie zraziło Sipleya. -?Cóż, muszę
powiedzieć, detektyw Kennedy, że pobyt w Point Mettier ma zarówno plusy,
jak i minusy. Wada polega na tym, że po zakończeniu sezonu wszyscy
wyjeżdżają i zostaje tylko dwustu stałych mieszkańców. Zaleta polega na
tym, że po sezonie zostaje tylko dwustu stałych mieszkańców. -?Roześmiał
się z własnego dowcipu. Był to głęboki, ochrypły śmiech palacza.
Odwrócił się w stronę młodszego współpracownika, który wcześniej się nie
odzywał. -?J.B., przywitaj się z panią detektyw. Ale nie zbliżaj się za
bardzo. Ma obrączkę na palcu.
Cara odruchowo splotła dłonie za plecami.
-?Joe Barkowski -?przedstawił się młody człowiek. -?Łatwiej mówić J.B.
Skinęła głową. Zarumienił się bez powodu.
-?Czy szczątki mogą należeć do osoby zaginionej w tym rejonie? -
spytała, wyjmując notatnik.
-?Chce pani od razu przejść do rzeczy, co? -?rzucił uszczypliwie szeryf
Sipley.
-?Przykro mi. Nie lubię banalnych pogaduszek.
Sipley zaśmiał się szorstko.
-?Cóż, szybko się pani zaaklimatyzuje. Ciągle nie zidentyfikowaliśmy
ofiary.
-?To na pewno żaden z mieszkańców Point Mettier -?wtrącił J.B. -?I nie
zniknął żaden z gości hotelowych.
-?Myślałem, że policja z Anchorage zamknęła tę sprawę. Powiedzieli, że
to prawdopodobnie kolejny samobójca, prawda, J.B.? Jak inne szczątki,
które znajdowaliśmy. -?Sipley zachowywał się swobodnie, ale Cara
wyczuwała, że próbuje ją ocenić.
J.B. nie wydawał się przekonany, że chodzi o samobójstwo.
-?To jednak dość dziwne, że morze wyrzuciło te części ciała tak blisko
siebie.
-?Przysłano panią z konkretnego powodu? Dowody są już w magazynie. Nie
znaleźliśmy niczego, co wskazywałoby na przestępstwo. -?Sipley z powrotem usiadł za biurkiem.
-?Chciałabym się bliżej przyjrzeć tej sprawie -?powiedziała rzeczowo
Cara, lecz nie rozwijała tematu. Nie chciała marnować czasu na
pogawędki, więc dodała niecierpliwie: -?Możecie pokazać mi miejsce,
gdzie znaleziono szczątki?
Szeryf Sipley odwrócił się w stronę J.B.
-?Jasne... oczywiście -?odparł młodszy mężczyzna.
J.B. i Cara wsiedli do samochodu policyjnego i pojechali w stronę
zatoki. Już wcześniej włożyła do bagażnika aparat fotograficzny i zestaw
do zbierania dowodów rzeczowych.
J.B. próbował prowadzić uprzejmą rozmowę.
-?Od jak dawna jest pani detektywem?
-?Siedem lat w policji, cztery jako detektyw -?odpowiedziała. Było to
tylko częściowo kłamstwo.
-?Zastanawiałem się, czy nie zająć się czymś podobnym. Mógłbym panią
obserwować? Nauczyć się fachu? -?Tryskał entuzjazmem.
-?Naturalnie.
-?A pani... eee... mąż? Też służy w policji? -?Starał się być uprzejmy.
-?Nie. Był menedżerem w firmie biotechnologicznej. -?Na chwilę zapadło
milczenie. Cara wiedziała, że powinna wyjaśnić, dlaczego używa czasu
przeszłego. -?Zginął przed rokiem razem z moim synem w czasie wyprawy
turystycznej -?dodała. Z czasem nauczyła się mówić to spokojnie, nie
płacząc.
-?O Boże... Bardzo mi przykro. -?Wydawało się, że mówi szczerze. Umilkł.
Zatrzymał się, gdy przez drogę przechodziło duże zwierzę. Cara miała
wrażenie, że płynie wraz z mgłą. Był to łoś -?potrząsał rosochatym
porożem, stąpając po asfalcie. Później Cara zauważyła, że ma na szyi
obrożę ze smyczą, którą trzymała młoda kobieta. Prawdopodobnie nie
przekroczyła trzydziestego roku życia, ale zaniedbany ubiór sprawiał, że
wydawała się starsza. Była ubrana w kraciastą parkę, wysokie buty i brązowy, za duży beret. Nosiła odblaskowe okulary przeciwsłoneczne i miała krótko ostrzyżone włosy. Zatrzymała się na chwilę, dziwnie
spojrzała na Carę i przeprowadziła łosia przez szosę.
-?To Lonnie Mercer -?powiedział J.B., kiwając głową w stronę młodej
kobiety. -?Ona i Denny mieszkają u nas od dawna.
-?Denny to jej mąż? -?spytała Cara.
-?Denny to łoś.
Weszli na pokład kutra z napisem: "JEDNOSTKA POMOCNICZA STRAŻY
PRZYBRZEŻNEJ". Cara domyślała się, że miejscowej policji brak funduszy
na własną łódź. J.B. wręczył jej regulaminową korkową kamizelkę w neonowo pomarańczowym kolorze, po czym stanął za sterem. Wypłynęli z warkotem z zatoki, pozostawiając za sobą szeroki ślad torowy. Po drodze
minęli wąski wodospad i kolonię mew latających nad klifami wznoszącymi
się w górze. Po dziesięciu minutach przybyli do Ukrytej Zatoki. Cara
zeszła z kutra z aparatem fotograficznym na szyi; niosła torbę z zestawem do zbierania dowodów. Przystanęła na chwilę, podziwiając górę
pokrytą lodowcem po drugiej stronie cieśniny.
J.B. się uśmiechnął.
-?Po zakończeniu sezonu turystycznego mamy to tylko dla siebie.
Cara zastanawiała się przez chwilę, że natura może być czasem
jednocześnie piękna i przerażająca. Czy może jednocześnie dawać i odbierać? Odepchnęła te myśli.
-?Długo tu mieszkasz? -?spytała.
-?Rok i dwa miesiące. Wstąpiłem do policji w Montanie. -?Mówił dalej,
prowadząc ją plażą. -?Kilka osób się tu urodziło, ale większość to
przybysze tacy sami jak ja. Przyjeżdżają z różnych stanów, a nawet z zagranicy, z Samoa, z Litwy. Niektórzy zostają. Wielu wyjeżdża po kilku
latach.
-?Nie mogą znieść izolacji?
J.B. zastanawiał się nad odpowiedzią.
-?Wszyscy mieszkamy w jednym budynku, więc bardzo dobrze się znamy. Na
początku wydaje się to miłe. Po jakimś czasie zaczynamy się znać coraz
lepiej, co przestaje być miłe. -?Zaśmiał się. -?Tam. -?Wskazał ustronne
miejsce nad zatoką.
Idąc plażą, Cara porównywała w wyobraźni zdjęcia z policyjnej bazy
dowodów rzeczowych z rzeczywistym wyglądem okolicy. W jej umyśle
pojawiały się obrazy: ręka do połowy zakopana w piasku, brudny but
leżący na boku w odległości metra. Położyła torbę na ziemi, po czym
zdjęła osłonę z obiektywu cyfrowego nikona i zaczęła fotografować
otoczenie.
J.B. stał na miejscu, usiłując nie przeszkadzać. Zaczął mówić o banalnych sprawach.
-?Szeryf Sipley opowiadał mi o dwóch starszych paniach, wdowach, które
mieszkały w Davidson Condos i były naprawdę dobrymi przyjaciółkami. Jak
siostry. Ich mieszkania sąsiadowały ze sobą. Pewnego dnia o coś się
pokłóciły. Nikt nie wie, o co. Nie rozmawiały ze sobą przez dwa lata.
Mijały się na korytarzach, jeździły tą samą windą i nawet na siebie nie
spojrzały.
Cara zrobiła fotografie morza, brzegu, okolicznych drzew, po czym poszła
dalej, szukając śladów, które mogła przeoczyć ekipa z Anchorage.
-?Szukasz czegoś konkretnego? -?spytał J.B., gdy rozglądała się po
ziemi.
-?Nie, niczego konkretnego -?odparła, w dalszym ciągu robiąc zdjęcia. -
Te kobiety ciągle tu mieszkają?
-?W końcu się pogodziły i dalej były najlepszymi przyjaciółkami. Kiedy
jedna wyprowadziła się z miasta, druga płakała jak bóbr. Chyba tak można
opisać większość tutejszych relacji. Najpierw najlepsi przyjaciele,
potem śmiertelni wrogowie. To się w kółko powtarza.
Cara zauważyła błysk metalu. Strzykawkę umazaną błotem. Włożyła gumowe
rękawiczki i wyjęła z torby plastikową torebkę.
-?Często je znajdujemy -?powiedział J.B. -?Wiesz, jak to jest.
Oksykodon, metamfetamina, whisky, trawka. Wszystkie możliwe nałogi.
Szkoda, że traktują to pustkowie jak śmietnik.
Prawdopodobnie miał rację. Nic ważnego, ale Cara mimo to wrzuciła
strzykawkę do foliowej torebki i przykleiła nalepkę z opisem. Kiedy w dalszym ciągu przeszukiwała plażę, zauważyła kilka kamieni o dziwnym
kształcie. Były czarne jak smoła, długie i cienkie, wystawały z piasku
jak palce wynurzające się spod ziemi. Schowała dwa do kieszeni. Nie jako
dowód rzeczowy, lecz raczej na pamiątkę.
Nagle spośród drzew zsunęła się kaskada kamieni i innych śmieci. Cara
gwałtownie obróciła głowę w stronę źródła hałasu. Zauważyła coś
kolorowego i kolejną niewielką lawinę wywołaną przez człowieka, który
uciekł wyżej, między drzewa. W głębi lasu rozległ się trzask łamanych
gałęzi.
-?Hej! -?krzyknęła, odłożyła zestaw do zbierania dowodów i pobiegła
plażą w stronę drzew spowitych mgłą.
J.B. ruszył za nią.
-?Kto tam? -?wrzasnął, ale nikt nie odpowiedział.
Cara goniła przez las uciekającą postać. Atakowały ją wilgotne sosnowe
igły. Gęste, splątane gałęzie utrudniały poruszanie się; uciekająca
postać znajdowała się za daleko, aż wreszcie odgłosy ruchu ucichły.
Wróciła na polanę, pochyliła się i oparła dłonie na kolanach. Czekała na
J.B., usiłując złapać oddech. Młody policjant ciągle był gdzieś w dole.
-?Złapałaś go? -?krzyknął.
-?Nie -?odpowiedziała, odrzucając z twarzy wilgotne włosy. Później coś
zwróciło jej uwagę. Podeszła do ciemnej plamy na ziemi, na której widać
było rysunek przypominający ślady pozostawione przez mrówki. Odciski
butów.
Uniosła aparat i zrobiła kilka fotografii.
J.B. w końcu wrócił. Spojrzał nad jej ramieniem.
-?Ciekawe -?powiedział. -?Myślisz, że zostawił je nasz podglądacz?
-?Nie sądzę -?odpowiedziała, próbując zidentyfikować trasę, którą
przybył nieznajomy. Większość śladów była zbyt słabo widoczna; wydawało
się, że znikają w gęstwinie. -?Wygląda na to, że te odciski mają kilka
dni, może nawet tydzień. I nie są blisko miejsca, gdzie biegł nasz
intruz.
-?Pięć dni temu padało -?zauważył J.B. -?Ślady nie mogą być starsze.
Znalazła dobry odcisk, prawie nietknięty, i położyła obok niego skalówkę
fotograficzną, po czym zrobiła kilka następnych fotografii. Wyprostowała
się zadowolona.
J.B. zerknął na zegarek.
-?Skoro mówimy o pogodzie, jest ona dość przewidywalna i niedługo
zacznie padać śnieg. Powinnaś wcześniej wrócić do Anchorage, bo mogą
zamknąć tunel i utkniesz w Point Mettier.
Cara popatrzyła na ciemne chmury zbierające się na niebie. Prawie jak na
dany znak nad zatoką rozległ się głuchy grzmot zapowiadający nadchodzącą
burzę.
-?Możemy wracać -?powiedziała.
Ruszyli w stronę kutra.
-?Założę się, że to jakiś wścibski smarkacz. W tej okolicy morze rzadko
wyrzuca na brzeg ludzkie szczątki -?zauważył J.B.
Cara skinęła głową i popatrzyła na brzeg, wypatrując łodzi albo kajaków,
lecz zauważyła tylko kuter straży przybrzeżnej, którym przypłynęli.
-?Przypuszczam, że masz w pracy częsty kontakt ze zwłokami -?odezwał się
J.B. -?Przyzwyczaiłaś się do tego?
Cara po raz pierwszy widziała zwłoki na długo przed awansem na detektywa
wydziału zabójstw. Wysłano ją na miejsce wypadku drogowego. Okazało się,
że pijany kierowca uderzył w latarnię uliczną; samochód owinął się wokół
niej i zmienił w poskręcaną masę metalu. Ofiara zmarła przed przybyciem
Cary. Najbardziej uderzyło ją to, że zwłoki wydawały się dziwnie
nierzeczywiste. Przypominały woskową figurę. Pomyślała, że to śmieszne,
jak śmierć zmienia wygląd ciała.
W trakcie służby w policji w Anchorage przywykła do widoku ofiar
zabójstw. Kolejna sprawa. Kolejne zadanie. Coś, co należy obiektywnie
zbadać.
Wszystko się zmieniło, gdy zobaczyła szczątki własnego męża i syna -
plątaninę ogryzionych kości, rozrzuconych, pokrytych sadzą. Czuła
straszliwy ból. Nigdy nie wymazała tego obrazu z pamięci. Ból nigdy nie
zniknął.
-?Nie -?odpowiedziała w końcu. -?Nie można się do tego przyzwyczaić.
rozdział 3
LONNIE
Ludzie zawsze mówili o niej za jej
plecami. Lonnie dobrze o tym wiedziała. Tak jak kobieta z pokoju numer
706. Lonnie wyobrażała sobie słowa, które wypowiada w myślach. "Suka.
Kurwa. Wiedźma. Dziwka. Kretynka. Wariatka. Świruska. Wariatka". Mówiła
o niej za jej plecami, bo Lonnie przyjechała z Instytutu.
Nie lubiła Instytutu. Było w nim mnóstwo strasznych ludzi. Zawsze ją
obserwowali. Dawali jej tabletki, które jej szkodziły. Były tam kamery i dzwonki. Odzywały się w nocy. Korytarzami biegali ludzie. Pędzili jak
psy goniące koty. Robili mnóstwo hałasu. Lonnie go nienawidziła.
"Jazgot, wrzask, zgiełk, harmider, krzyki, wrzawa, raban, krzyk, trzask,
huk, cisza".
Dobrze, że opuściła Instytut. Wiedziała, że nie powinna tam przebywać.
Musiała odejść.
Musiała znaleźć Denny'ego. Był łosiem. Należał do niej.
Miał miłą, miękką sierść. Inną niż u psa albo kota. Była gęstsza i twardsza. Lonnie lubiła głaskać Denny'ego po grzbiecie. Szczególnie
lubiła go dotykać między oczami. Codziennie rano starannie szczotkowała
Denny'ego i karmiła go owsem jak konia. Nigdy nie miała konia, ale była
prawie pewna, że posiadanie konia i łosia niczym się nie różni. W nocy
przykrywała go kocami, by było mu ciepło, i poiła go wodą. W obecności
Denny'ego czuła się spokojniejsza i wszystko mniej ją denerwowało.
Znalazła go pewnego ranka w lesie, gdy szła po śniegu tropem królików.
Nie polowała na zwierzęta. Szeryf nie dałby jej strzelby. Ale lubiła
patrzeć na ślady. Znała tropy różnych zwierząt -?królików, lisów, łosi,
niedźwiedzi. I, oczywiście, ludzi. Tego dnia było ich mnóstwo. Mężczyźni
polowali. Kiedy naciskali spust, rozlegał się straszny huk. "Trzask,
huk, trach, bum". Z drzew spadał śnieg, a zwierzęta uciekały i dygotały
ze strachu.
Widziała myśliwych. Nie znała żadnego z nich, więc musieli być
turystami. Ciągnęli mamę Denny'ego, zostawiając na śniegu czerwony ślad.
Przypomniało to Lonnie dzień, gdy jej mamie rozbito głowę i spływająca
krew utworzyła podobną linię na podłodze.
Mama Denny'ego nie żyła. Tak jak mama Lonnie.
Ludzie zawsze gadali za jej plecami.
Lonnie miała mnóstwo beretów -?niebieskie, żółte, fioletowe, ale dziś
postanowiła włożyć brązowy. Wzięła Denny'ego i poszli tam gdzie zwykle.
Do chińskiej restauracji. W sezonie turystycznym była zawsze otwarta,
ale kiedy turyści wyjechali, czasem ją zamykano. Lonnie chciała zjeść
smażony ryż. "Ryż to ryż. Pod szafą jest mysz! A kysz! A kysz!"
Weszła na szosę, prowadząc Denny'ego. Stał na niej samochód. Pomyślała,
że wszyscy turyści już wyjechali, ale ten samochód nie należał do
turystów, tylko do policji. Lonnie nie lubiła samochodów policyjnych.
Ich koguty przypominały światła w Instytucie. Migały i wyły. Mnóstwo
hałasów, krzyków i wrzasków. Wszyscy ją szpiegowali. Obserwowali.
Za kierownicą siedział J.B. Lonnie go lubiła, ale obok znajdowała się
obca kobieta. Dlaczego siedzi obok niego kobieta? Popatrzyła na Lonnie,
która zrozumiała, że na pewno opowiada o niej różne rzeczy za jej
plecami. Mówi o niej. "Kurwa. Dziwka. Głupia". Lonnie chciała, żeby
kobieta odeszła. "Zniknęła, przepadła, ulotniła się, rozwiała".
Lonnie popatrzyła na samochód i przeprowadziła Denny'ego przez szosę.
Potem J.B. i obca kobieta odjechali.
Przywiązała Denny'ego do słupka przed chińską restauracją. Zamierzała
zjeść miskę smażonego ryżu.
Byli tam Amy i pani Lin. Lonnie lubiła Amy i panią Lin.
-?Cześć, Lonnie! -?powiedziała Amy. Amy znała jej imię. Amy wiedziała,
że Lonnie lubi stół w pomarańczowym boksie na tyłach. Amy nie zapytała,
co Lonnie zamawia, bo ta zawsze jadła to samo. Jedzenie było okropne.
Smakowało jak tektura, pocięta tektura "Wytnij to! Wytnij to!" -
krzyczała na nią mama.
Jedzenie w restauracji było koszmarne, ale i tak lepsze niż w Instytucie. Amy przyniosła do stołu duży imbryk herbaty jaśminowej i miseczkę smażonego ryżu.
Lonnie spojrzała na zegarek. Dał go jej szeryf.
-?Uważaj, co mówisz -?zawsze powtarzał. -?Uważaj, z kim rozmawiasz. Nie
zdradzaj nikomu naszych sekretów. -?Mieli ich mnóstwo.
Popatrzyła na zegarek. Wszyscy zawsze ją obserwowali.
rozdział 4
CARA
Zapadała głęboka ciemność i z nieba sypał
śnieg, wirując w powietrzu. Cara była zadowolona, że opuszcza ponure
Point Mettier.
-?Masz mój numer -?powiedział J.B., kiedy przyjechali na parking
Davidson Condos. -?Po prostu daj mi znać, czy jeszcze czegoś
potrzebujesz.
-?Dzięki, J.B.
-?Zawsze chętnie ci pomogę... -?W jego głosie zabrzmiał cień desperacji,
co uznała za miłe, a zarazem smutne.
-?Tak -?odparła. Wsiadła do SUV-a i uśmiechnęła się do J.B., nie
okazując zachęty. Spojrzała na swoje dłonie na kierownicy i na obrączkę
na palcu. Nie chodziło tylko o to, że prawdopodobnie nigdy więcej nie
zobaczy J.B.; nie chciała nikogo zapraszać, by towarzyszył jej w ciemności, w której się znalazła.
Mimo upływu roku miała w głębi duszy wrażenie, że jej mąż Aaron ciągle
żyje, choć widziała jego szczątki grzebane w ziemi. Nawet teraz,
wchodząc do sypialni, czuła niekiedy ostry zapach jego wody kolońskiej;
czasami wydawało jej się, że przed chwilą siedział na kanapie w salonie,
gdzie lubił ucinać sobie drzemkę w sobotnie albo niedzielne popołudnia.
Ich syn Dylan też żył. Słyszała na korytarzu kroki jego małych stóp lub
dostrzegała go na huśtawce przed domem. gdzie metalowe łańcuchy
popiskiwały napięte pod jego ciężarem, choć inni widzieli opadłe liście
unoszone przez wiatr. Nigdy się nie pożegnali, nigdy nie uścisnęli, nie
przewidywali, że więcej się nie zobaczą. Spalone kości, które oglądała,
nie mogły należeć do żywych, tryskających energią ludzi, do ukochanego
męża i syna. Kiedy wyjechała z parkingu i ruszyła w stronę autostrady,
otarła łzę i włączyła odmgławiacz szyb.
Reflektory samochodu przebijały śnieg wirujący na Curve Back Road, która
biegła w stronę tunelu. Po dziesięciu minutach nacisnęła hamulce i poczuła zawód, gdy zobaczyła pomalowany na żółto szlaban blokujący wjazd
na parking przy tunelu. Był ciągle wczesny wieczór -?zbyt wczesny, by
tunel był nieczynny, lecz tablica obwieszczała: NIEBEZPIECZEŃSTWO! DROGA
ZAMKNIĘTA.
-?Cholera! -?krzyknęła. Przez chwilę zastanawiała się, czy po prostu nie
staranować szlabanu, który wydawał się niezbyt solidny, wykonany z łamliwych desek. Ale przeraziła ją myśl, że mogłaby utknąć w ciemnym
tunelu pozbawionym monitoringu. Musiała przyznać, że po śmierci męża i syna jej klaustrofobia się pogłębiła. Dlatego zawróciła i pojechała do
miasta, czując mieszaninę frustracji i niepokoju na myśl, że musi
spędzić noc w Point Mettier.
Po drodze zauważyła samochód policyjny J.B. Oboje się zatrzymali i J.B.
wysiadł, ciasno okręcając się kurtką. Po zachodzie słońca temperatura
musiała spaść do minus dwudziestu stopni.
-?Zawiadomiono mnie przez radio o zamknięciu drogi. Chciałem cię
poinformować, że za nabrzeżem znika sygnał komórkowy -?powiedział,
pochylając się w stronę okna jej wozu.
-?Dzięki -?odpowiedziała Cara. -?Można się stąd wydostać inną drogą?
-?Prom przestał kursować w zeszłym miesiącu, więc tunel to jedyna droga,
niestety. -?Nagle zerwał się wiatr, niosąc poziomo fale śniegu. -?Chyba
warto przeczekać zamieć w Point Mettier -?dodał. -?W tunelu wiatr może
wyrwać drzwi samochodu.
-?O której otwierają tunel? -?spytała Cara.
-?Normalnie o szóstej rano, ale przy tej pogodzie najlepiej zadzwonić i sprawdzić.
Cara skinęła głową. Sytuacja stawała się coraz bardziej ponura.
-?W Dave-Co są mieszkania do wynajęcia. Zaprowadzę cię po powrocie. -
J.B. przynosił złe nowiny, ale wydawał się prawie rozpromieniony.
Kiedy wrócili do Davidson Condos, Cara najpierw wstąpiła do sklepu
wielobranżowego, gdzie kupiła niezbędne artykuły toaletowe i zbyt
obszerny T-shirt. Ekspedient, Afroamerykanin, miał wielką siwą brodę i filcową czapeczkę bejsbolową. Zatopiony w lekturze gazety prawie nie
zwracał uwagi na Carę, dopóki nie położyła zakupów na ladę. Za jego
plecami widać było wypchane zwierzęta zastygłe na całą wieczność w efektownych pozach -?rudy lis na kłodzie, szary wilk z wyszczerzonymi
kłami. Na ścianie wisiały łby łosi z rosochatymi porożami, cenione
trofea myśliwskie.
J.B., który czekał przed sklepem, zaprowadził Carę do szarych metalowych
wind oświetlonych jarzeniówkami. Nacisnął guzik ósmego piętra. Kiedy
jechali do góry w ciasnej, nieprzyjemnej kabinie, Cara poczuła dziwne
dreszcze, które nie miały nic wspólnego z temperaturą panującą na
zewnątrz.
Na ósmym piętrze, naprzeciwko wind, znajdowało się mieszkanie
przekształcone w biuro z tabliczką z napisem: "COZY CONDO INN". Drzwi
były lekko uchylone; kiedy weszli do środka, zobaczyli przysadzistą
kobietę po sześćdziesiątce ze sztucznym rudym kokiem. Miała zbyt
krzykliwy makijaż, oczy podkreślone niebieską kredką, spierzchnięte,
umalowane usta i nadmiar różu na policzkach, ale wydawała się dumna ze
swego wyglądu. Była ubrana w obszerny dziergany sweter ozdobiony
serduszkami. Trzymała w ręku lornetkę. "Dziwne" -?pomyślała Cara, bo na
zewnątrz było ciemno. Po chwili zrozumiała, że to noktowizor.
-?Witamy w Cozy Condo Inn -?powiedziała kobieta.
-?To Ellie Wright -?odezwał się J.B.
-?Cara Kennedy -?przedstawiła się Cara, pozdrawiając kobietę skinieniem
głowy.
-?Kiedy już się rozgościsz, pokażę ci, gdzie możesz coś zjeść -?rzekł
J.B.
-?Dzięki, ale nie jestem głodna. -?Carze było prawie przykro, że sprawia
mu zawód.
Spuścił wzrok.
-?W porządku. No cóż, rano pokażę ci, gdzie możesz dostać śniadanie.
Jadasz śniadania, prawda?
Cara uśmiechnęła się do niego z autentyczną wdzięcznością.
-?Tak, byłabym ci bardzo wdzięczna.
Po wyjściu J.B. Ellie położyła na kontuarze kilka formularzy, które Cara
powinna wypełnić.
-?Spodziewałam się pani -?rzekła.
Cara zastanawiała się dlaczego, bo nie rezerwowała pokoju, ale potem
przypomniała sobie noktowizor.
-?Zawsze obserwuje pani gości? -?spytała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki