Miasto pod jednym dachem - Iris Yamashita

Kup ebooka

34.99 zł
26.94 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

roz­dział 1

AMY

-?Kiedy zna­la­złaś... -?poli­cjant Neworth umilkł na chwilę, nim dodał: -?...szczątki?

Ści­śle bio­rąc, dłoń i stopę. Amy przy­pusz­czała, że była rów­nież stopa. Nie zaglą­dała do buta, ale ponie­waż Neworth powie­dział "szczątki", przyj­mo­wała, że musiała być stopa: spuch­nięta, odpi­ło­wana i fio­le­towa. Wyrzy­ga­łaby się, gdyby ją zoba­czyła.

-?Wczo­raj około jede­na­stej rano -?odpo­wie­działa. Była pewna, że podała godzinę co naj­mniej sześć razy. Myślała, że zwol­nie­nie z lek­cji alge­bry będzie fajne, teraz jed­nak zaczy­nała mieć wąt­pli­wo­ści.

Pamię­tała, że but wyda­wał się nowy. Pokryty bło­tem i bru­dem, ale pode­szwy nie były wytarte, a sznu­ro­wa­dła postrzę­pione. Ale nie powie­działa o tym Newor­thowi. Pró­bo­wała mówić jak naj­mniej, odpo­wia­dać: "Tak", "Nie" i "Nie wiem".

Amy Lin popa­trzyła na Newor­tha i zakola na jego gło­wie, po czym doszła do wnio­sku, że nie należy mu ufać. Po pierw­sze, miał złoty zega­rek. Męż­czy­zna noszący złoty zega­rek zawsze wydaje się tro­chę podej­rzany. Po dru­gie, jeśli ktoś zadaje kilka razy z rzędu te same pyta­nia i spo­dziewa się róż­nych odpo­wie­dzi, nie ma do cie­bie zaufa­nia, więc ty też nie powin­naś mu ufać. Poza tym Neworth przy­je­chał z Ancho­rage, a miesz­kańcy Point Met­tier zwy­kle nie zdra­dzali swo­ich tajem­nic "owcom". Dzieci nazwały tak ludzi spoza swo­jej miej­sco­wo­ści, znie­kształ­ca­jąc słowo "obcy".

-?Opo­wiedz jesz­cze raz, z kim byłaś -?popro­sił Neworth.

Amy wes­tchnęła w duchu i obrzu­ciła go wście­kłym spoj­rze­niem. Czy ma być jak papuga w klatce powta­rza­jąca w nie­skoń­czo­ność to samo?

Neworth poru­szył się na krze­śle i popra­wił skó­rzany pas obcią­żony mnó­stwem śmier­cio­no­śnych przed­mio­tów -?pałką, kaj­dan­kami, pokrow­cem na maga­zy­nek, latarką, para­li­za­to­rem, gazem pie­przo­wym i oczy­wi­ście gloc­kiem. Mimo całego wypo­sa­że­nia wyda­wał się nie­pewny w obec­no­ści sie­dem­na­sto­latki mają­cej nie­spełna sto sześć­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu. W końcu odwró­cił oczy i spoj­rzał na notes.

-?Z Celine Hof­fler i Marco Salongą?

-?Tak -?odpo­wie­działa w końcu Amy, jakby pyta­nie było nieco obraź­liwe.

-?Co robi­li­ście w zatoce?

-?Po pro­stu spa­ce­ro­wa­li­śmy. -?Amy nie zamie­rzała opo­wia­dać o praw­dzi­wej przy­czy­nie wyprawy nad zatokę, gdzie palili trawkę. Mari­hu­ana była legalna na Ala­sce, ale oni nie mieli jesz­cze osiem­na­stu lat.

Była nie­dziela, chwi­lowo prze­stał padać deszcz, więc wzięli płasz­cze prze­ciw­desz­czowe, parki i czapki nar­ciar­skie, po czym popły­nęli kaja­kami do Ukry­tej Zatoki. W sło­neczne let­nie dni po dru­giej stro­nie prze­smyku lśnił na tle nieba Lodo­wiec San­dersa; błę­kitne i białe czapy lodowe przy­po­mi­nały gigan­tyczny mro­żony kok­tajl wypeł­nia­jący dolinę gór­ską. W sezo­nie do Point Met­tier przy­by­wały tłumy tury­stów. Amy wie­działa, że "Met­tier" praw­do­po­dob­nie należy wyma­wiać po fran­cu­sku, z nie­mym "r" i akcen­tem na dru­giej syla­bie, ale każdy kale­czył nazwę i mówił po pro­stu "metjer". Przy­by­sze zawsze chcieli oglą­dać lodowce z morza -?dobrze pła­cili za wycieczki kutrami i łodziami. Amy nie rozu­miała, dla­czego tak im na tym zależy. Wspięła się na kilka lodow­ców, w tym Lodo­wiec San­dersa, i doszła do wnio­sku, że lepiej wyglą­dają z daleka. W tę nie­dzielę w paź­dzier­niku nad zatoką wisiały gęste chmury i San­ders wyglą­dał jak wielki potwór spo­wity mgłą.

Sezon tury­styczny już się skoń­czył. Umilkł war­kot moto­ró­wek i kutrów wypły­wa­ją­cych w morze, więc na wodzie było dość cicho. Sły­chać było tylko plusk wio­seł i mewy pisz­czące na nie­bie. Gdy dotarli na plażę, usie­dli i wypa­lili jointa. Pra­wie nie roz­ma­wiali; nie robili niczego kon­kret­nego. Celine wsko­czyła na pień wyrzu­cony przez morze i balan­so­wała na nim jak akro­batka. Wiatr roz­wie­wał jej jasne, pia­skowe włosy; wyglą­dała jak na fil­mie. Amy zawsze zazdro­ściła Celine wło­sów; jej wła­sne były czarne i matowe. Chciała je ufar­bo­wać na kolor platynowonie­bieski, ale matka praw­do­po­dob­nie by ją zabiła -?i to dosłow­nie. Marco zbie­rał kamie­nie, a może rzu­cał nimi w ptaki; Amy nie pamię­tała dokład­nie.

Zaczęła szu­kać na plaży pamią­tek, by dodać je do swo­jej kolek­cji: rybich ości, monet, biżu­te­rii i innych dro­bia­zgów pozo­sta­wio­nych przez nie­uważ­nych tury­stów. Nagle zauwa­żyła coś w połu­dnio­wej czę­ści zatoki - słabe bły­ski podobne do komu­ni­katu alfa­be­tem Morse'a -?więc poszła spraw­dzić, co to takiego.

Było to słońce odbi­ja­jące się od gumo­wej pode­szwy buta tury­stycz­nego. Na początku nie zda­wała sobie sprawy, że to nie tylko but. Szkoda, pomy­ślała, że ktoś zgu­bił zupeł­nie dobry but. Ale kiedy się pochy­liła, aby lepiej się mu przyj­rzeć, zauwa­żyła na pokry­tym żwi­rem brzegu coś jesz­cze. O mało na to coś nie nadep­nęła.

Była to ucięta ręka do połowy zako­pana w pia­sku. Przy­naj­mniej wyglą­dała jak ręka; była zie­lona i pra­wie prze­zro­czy­sta; przy­po­mi­nała barwą neo­nowe nalepki fos­fo­ry­zu­jące w ciem­no­ści. Amy widziała zarys kości i sta­wów; dłoń była spuch­nięta, jakby tłu­sta. Miała wra­że­nie, że stała na miej­scu dłuż­szą chwilę, po pro­stu się gapiąc, choć w rze­czy­wi­sto­ści minęło praw­do­po­dob­nie dzie­sięć sekund, nim w końcu zamru­gała i odzy­skała głos.

-?Hej, patrz­cie! -?Zdo­była się tylko na tyle.

Kole­dzy natych­miast znie­ru­cho­mieli, a potem pode­szli do niej, by popa­trzeć. Celine gło­śno krzyk­nęła: wydała z sie­bie okropny, prze­szy­wa­jący pisk, który odbił się echem w górach i spra­wił, że Amy prze­szedł dreszcz.

-?Co zro­bi­li­ście, gdy zna­leź­li­ście szczątki? -?Neworth prze­rwał myśli Amy i kon­ty­nu­ował prze­słu­cha­nie. Bo Amy czuła się jak na prze­słu­cha­niu, choć skła­dała zezna­nia jako świa­dek.

Chciała odpo­wie­dzieć: "A jak pan myśli? Że posta­no­wi­li­śmy je wyko­rzy­stać jako deko­ra­cje na Hal­lo­ween?", lecz zamiast tego odrze­kła:

-?Wró­ci­li­śmy do Dave-Co i powie­dzie­li­śmy poli­cjan­towi Bor­kow­skiemu.

-?Do Dave-Co?

Amy wes­tchnęła.

-?Do budynku, w któ­rym teraz jeste­śmy. David­son Con­dos.

David­son Con­dos rze­komo nosiły nazwi­sko gene­rała, który uczest­ni­czył w dru­giej woj­nie świa­to­wej, ale Amy sły­szała plotki, że cho­dzi o Ran­dol­pha David­sona, słyn­nego oszu­sta z Ala­ski, który zało­żył fik­cyjny urząd tele­gra­ficzny i zara­biał pie­nią­dze, wysy­ła­jąc wia­do­mo­ści doni­kąd.

Neworth się roze­śmiał, sły­sząc nazwę Dave-Co.

-?Tak go nazy­wa­cie? Jak długo miesz­kasz... w Dave-Co?

Wie­działa, że to pyta­nie nie ma nic wspól­nego z ludz­kimi szcząt­kami.

-?Czter­na­ście lat -?odparła.

-?O cho­lera... -?rzekł ze współ­czu­ciem.

Przy­by­sze z Ancho­rage zawsze współ­czuli dzie­ciom z Point Met­tier. "Point Met­tier to kosz­mar", mówili. Minus trzy­dzie­ści pięć stopni Cel­sju­sza i zima trwa­jąca osiem mie­sięcy. Wszy­scy uwa­żali miesz­kań­ców osady za kom­plet­nych waria­tów, bo żyli w jed­nym budynku: Dave-Co.

Point Met­tier miało dwu­stu pię­ciu sta­łych miesz­kań­ców. W Dave-Co znaj­do­wały się poczta, kościół, ośro­dek zdro­wia, a także sklep wie­lo­bran­żowy sprze­da­jący od lat dzie­więć­dzie­sią­tych te same pamiątki dla tury­stów: kubki z wize­run­kami Lodowca San­dersa, kor­kowe pod­kładki z łosiami, niedź­wie­dziami albo mewami. W pobliżu znaj­do­wała się szkoła - pro­wa­dził do niej pod­ziemny tunel.

W daw­nych cza­sach, kiedy w Point Met­tier mie­ściła się baza woj­skowa, w pobli­skim Wal­cott Buil­ding znaj­do­wały się krę­giel­nia, sala wykła­dowa, kino, a nawet kryty basen, lecz budy­nek został pra­wie w cało­ści znisz­czony przez wiel­kie trzę­sie­nie ziemi w 1964 roku i zmie­nił się w opusz­czoną ruinę. W Dave-Co nie było podob­nych luk­su­sów, nawet salonu fry­zjer­skiego, gdzie ludzie mogliby porząd­nie się ostrzyc.

Dave-Co był potwor­nie nudny dla sie­dem­na­sto­latki. Przy­po­mi­nał wię­zie­nie, nie dom. Amy pomy­ślała, że gdyby nie inter­net, zabi­łaby się z roz­pa­czy.

Więk­szość rodzin, które osie­dlały się w Point Met­tier, wyjeż­dżała po roku albo dwóch latach. Nikt nie uro­dził się w tej miej­sco­wo­ści i nikt nie chciał prze­by­wać w niej zbyt długo. Celine przy­je­chała przed dwoma laty z Min­ne­soty. Rodzina Marco Salongi pocho­dziła z Fili­pin. Amy i jej matka praw­do­po­dob­nie przy­były z naj­dal­szego zakątka globu; nale­żały do klubu dłu­go­let­nich miesz­kań­ców, bo zna­la­zły się w Point Met­tier, gdy Amy miała zale­d­wie trzy lata. Amy nie znała żad­nych mło­dych ludzi, któ­rzy miesz­kali w Point Met­tier rów­nie długo. Nawet Spence Black­mon i jego młod­szy brat Troy tra­fili tu znacz­nie póź­niej, kiedy Spence miał dzie­sięć lat, a Troy chyba sześć.

Ludzie prze­pro­wa­dzali się do Point Met­tier z wielu powo­dów. Nie­któ­rzy utrzy­my­wali, że zako­chali się w kra­jo­bra­zach, że lubią izo­la­cję albo życie w zamknię­tej spo­łecz­no­ści. Amy nie wie­rzyła w histo­ryjki tego rodzaju. Wie­działa, że ludzie prze­no­szą się do Point Met­tier, bo przed kimś albo przed czymś ucie­kają. Dla jakiej innej przy­czyny miesz­kają w samot­nym budynku na pust­ko­wiu, gdzie wszy­scy się znają, a przez więk­szą część roku panuje lodo­waty ziąb? Nie­dawno odkryła praw­dziwy powód, który spra­wił, że Ma prze­pro­wa­dziła się z nią do Point Met­tier, by pro­wa­dzić restau­ra­cję sprze­da­jącą kiep­skie imi­ta­cje chiń­skich potraw. Znowu pomy­ślała, że nie powie tego Newor­thowi.

W Point Met­tier było zale­d­wie dwóch funk­cjo­na­riu­szy poli­cji: sze­ryf Sipley i Joe Bar­kow­ski. Amy oglą­dała wystar­cza­jąco dużo fil­mów tele­wi­zyj­nych, by wie­dzieć, że komi­sa­riat poli­cji, w któ­rym się zna­la­zła, to nędzna klitka w porów­na­niu z tego rodzaju miej­scami w innych mia­stach. Recep­cja z mikro­sko­pij­nymi biur­kami, tak zwany pokój prze­słu­chań wiel­ko­ści szafy i jedna cela słu­żąca jako areszt. Kiedy podej­rze­wano, że doszło do poważ­nego prze­stęp­stwa (pew­nego lata turystka zabiła męża, wie­lo­krot­nie dźga­jąc go nożem poda­nym do kola­cji w jed­nej z restau­ra­cji na wybrzeżu), wzy­wano poli­cję z Ancho­rage. Wła­śnie dla­tego do Point Met­tier przy­je­chał Neworth i wypy­ty­wał Amy o ludz­kie szczątki.

Roz­le­gło się puka­nie do drzwi i do pokoju wsu­nął głowę poli­cjant Bar­kow­ski.

-?Skoń­czył pan, Neworth? A może przed chwilą pan odkrył, że Amy Lin to mania­kalna seryjna mor­der­czyni?

Mru­gnął przy­jaź­nie do Amy, która mimo woli się uśmiech­nęła. Bar­kow­ski przy­je­chał do Point Met­tier rok temu. Lubił roz­ma­wiać z mło­dymi ludźmi, uda­wał, że jest jed­nym z nich, zacho­wy­wał się przy­jaź­nie. Amy wie­działa, że to gra, ale przy­naj­mniej trak­to­wał ich jak doro­słych, a nie głu­pich, nie­do­uczo­nych smar­ka­czy z zapa­dłej dziury. Ogól­nie rzecz bio­rąc, uwa­żała go za faj­nego faceta, co nie ozna­czało, że zamie­rza zdra­dzać mu jakieś sekrety. Sze­ryf Sipley miesz­kał w Point Met­tier dłu­żej niż wszy­scy. Nie znała jego praw­dzi­wej histo­rii. Z pozoru wyglą­dał jak łysy, wiecz­nie pod­pity Święty Miko­łaj. Wyda­wał się dobro­duszny, lecz Amy wie­działa, że w głębi duszy jest inte­li­gentny, czujny i zawsze coś kal­ku­luje.

-?Sze­ryf Sipley przed chwilą zgło­sił się przez radio z zatoki i powie­dział, że mate­riał dowo­dowy jest zabez­pie­czony i spa­ko­wany - zamel­do­wał Bar­kow­ski.

Neworth zamknął notes. Wyglą­dał, jakby na coś cze­kał.

-?Myślę, że skoń­czy­li­śmy.

Bar­kow­ski spoj­rzał na notat­nik, do któ­rego bar­dzo chciał zaj­rzeć.

-?Podobno na wybrzeżu zda­rzało się sporo takich przy­pad­ków. To prawda?

-?Tak, było kilka w Kana­dzie i w sta­nie Waszyng­ton -?przy­znał Neworth. - To trzeci podobny wypa­dek na Ala­sce w ciągu roku.

-?Jakieś poszlaki?

-?Nie. -?Neworth wstał z krze­sła. -?Przy­pusz­czamy, że to samo­bójcy albo ludzie, któ­rzy przy­pad­kiem wypa­dli za burtę.

-?Jezu, to smutne.

Neworth ski­nął głową.

-?Pla­sti­kowe buty uno­szą się na wodzie i morze wyrzuca je na brzeg. Jed­nak nie zna­leź­li­śmy wielu rąk, więc ten przy­pa­dek jest tro­chę nie­ty­powy. -?Zasta­na­wiał się przez chwilę. -?Cóż, nie znamy roz­wią­za­nia zagadki i wąt­pię, czy kie­dyś je poznamy. Nie możemy ziden­ty­fi­ko­wać zwłok ani udo­wod­nić, że doszło do prze­stęp­stwa, więc nie da się wsz­cząć śledz­twa kry­mi­nal­nego.

Bar­kow­ski zer­k­nął na Amy.

-?Zaję­cia w szkole cią­gle trwają. Jeśli skoń­czył pan prze­słu­chi­wać pannę Lin...

-?Och, jasne. -?Neworth nagle przy­po­mniał sobie o trze­ciej oso­bie obec­nej w pokoju. -?Możesz iść, Amy. Dzięki za pomoc.

Amy powoli wstała. Poczuła ulgę. Wyszła z poste­runku na żół­tawy beto­nowy kory­tarz; miała wra­że­nie, jakby przed chwilą oszu­kała wykry­wacz kłam­stwa. Cóż, może tak naprawdę nie kła­mała? Po pro­stu pomi­nęła kilka infor­ma­cji. W końcu to bez zna­cze­nia, czy było trzech, czy czte­rech świad­ków, zwłasz­cza teraz, gdy wie­działa, że praw­do­po­dob­nie nie cho­dzi o mor­der­stwo, tylko jakiś cier­piący na depre­sję tury­sta wysko­czył za burtę ze statku wyciecz­ko­wego.

roz­dział 2

CARA

Wycie­raczki na przed­niej szy­bie che­vro­leta sub­ur­bana poru­szały się w szyb­kim tem­pie, gdy Cara jechała w gęstej mgle San­ders Gla­cier Road. Radio powtó­rzyło infor­ma­cję, że do Point Met­tier zbliża się wcze­sny front zimowy z opa­dami śniegu. Pra­gnęła odwie­dzić miej­sco­wość i wyje­chać przed jego nadej­ściem -?to powinno wystar­czyć, by prze­ko­nać się, czy należy wzno­wić śledz­two.

Nie zwró­ciła jej uwagi odna­le­ziona stopa. Mogła przy­jąć hipo­tezę, że cho­dzi o szczątki samo­bójcy i że stopa oddzie­liła się od roz­kła­da­ją­cych się zwłok, po czym dry­fo­wała na wodzie w lek­kim bucie. Nie wyja­śniało to jed­nak, dla­czego obok zna­le­ziono rękę wyrzu­coną przez morze. Wła­śnie z tego powodu posta­no­wiła poje­chać do mia­sta odcię­tego od świata.

Jazda nie była nie­przy­jemna. Podą­żała auto­stradą wzdłuż malow­ni­czej Zatoki Cooka -?wąskiego pasa wody bie­gną­cego od zatoki Ala­ska w stronę maje­sta­tycz­nych gór Kenai. Przez chwilę jazda dawała jej nawet poczu­cie wol­no­ści, a widok pust­kowi łago­dził cięż­kie myśli. Póź­niej jed­nak przy­po­mi­nała sobie sto­jące przed nią zada­nie, moż­li­wość mor­der­stwa i wra­cała do rze­czy­wi­sto­ści.

W końcu dotarła do budki straż­nika przy wlo­cie tunelu pro­wa­dzą­cego do Point Met­tier. Z ogrze­wa­nego pomiesz­cze­nia wysta­wił głowę Aleuta w neo­no­wo­zie­lo­nej kami­zelce odbla­sko­wej. Miał prze­szło pięć­dzie­siątkę, pomarsz­czone czoło, kosmyki siwi­zny we wło­sach i brą­zowe oczy. Nosił oku­lary do czy­ta­nia.

-?Tro­chę późno pani przy­je­chała -?powie­dział. -?Więk­szość hoteli i skle­pów zamknięto do wio­sny.

-?Nie jestem turystką -?odpo­wie­działa Cara. Wyjęła z kurtki odznakę i pozwo­liła męż­czyź­nie jej się przyj­rzeć.

-?Śledz­two w spra­wie ludz­kich szcząt­ków?

Ski­nęła głową.

-?Zdaje się, że przy­jeż­dżała ekipa z Ancho­rage?

-?Jestem ekipą dru­giego rzutu -?odrze­kła Cara.

Straż­nik spo­glą­dał na nią przez chwilę.

-?Pro­szę zacze­kać. -?Cof­nął głowę i Cara usły­szała, jak mówi przez tele­fon: "Przy­je­chał gli­niarz".

Bęb­niła pal­cami w kie­row­nicę, zasta­na­wia­jąc się, komu prze­ka­zuje te infor­ma­cje. W końcu znowu wysta­wił głowę z budki.

-?Kie­ru­nek ruchu zmieni się na wschodni za pięć minut. Pro­szę cze­kać na zie­lone świa­tło. -?Póź­niej dał znak, że może jechać.

W wąskim jed­no­pa­smo­wym tunelu bie­gną­cym przez góry co pół godziny zmie­niano kie­ru­nek ruchu. W sezo­nie tury­stycz­nym na zewnątrz cze­ka­łaby kolejka samo­cho­dów, ale teraz był począ­tek listo­pada, więc gra­na­towy SUV Cary był jedy­nym pojaz­dem. Ruszyła, gdy pod­niósł się sema­for poma­lo­wany w czer­wone pasy. Zna­la­zła się w trój­kąt­nym tunelu wybi­tym w skale, który po chwili zaczął przy­po­mi­nać chod­nik w kopalni -?na sufi­cie wisiały nagie żarówki połą­czone kablem; z nie­rów­nych ścian sączyła się woda. Z radia dobie­gały tylko trza­ski, a opony pod­ska­ku­jące na pod­kła­dach kole­jo­wych wyda­wały mia­rowe dźwięki: kaczank, kaczank... A może to gło­śniej­sze bicie jej serca? Z przodu pano­wały ciem­no­ści i zasta­na­wiała się, czy naprawdę jedzie tune­lem, czy wpada w otchłań.

Ni­gdy nie czuła się dobrze w zamknię­tych pomiesz­cze­niach, ale nauczyła się pano­wać nad klau­stro­fo­bią; jakoś jej się to uda­wało. Po prze­by­ciu pię­ciu kilo­me­trów na przed­nią szybę w końcu padło blade, szare świa­tło; poja­wiła się cię­ża­rówka, z pozoru wynu­rza­jąca się z wody. Cara wypu­ściła z płuc powie­trze i znowu mogła nor­mal­nie oddy­chać.

Minęła port pełen zacu­mo­wa­nych kutrów rybac­kich i jach­tów. Nie­które już wycią­gnięto na zimę na brzeg; stały na asfal­cie, przy­po­mi­na­jąc stado wie­lo­ry­bów wyrzu­co­nych przez morze. Nad zatoką znaj­do­wały się puste kawiar­nie, bary i restau­ra­cje. Na jed­nej z nich kobieta wie­szała tabliczkę: ZAMKNIĘTE DO MAJA. Przed loka­lem stał wyła­do­wany pikap, któ­rym naj­wy­raź­niej zamie­rzała odje­chać, by spę­dzić gdzieś czas poza sezo­nem. Pobli­skie sklepy były ciemne. Wyda­wało się oczy­wi­ste, że Point Met­tier zapada w stan hiber­na­cji.

Po chwili Cara zauwa­żyła na hory­zon­cie mon­stru­alny budy­nek rzu­ca­jący cień na resztę mia­steczka. Był sze­roki, lecz nie­zbyt wysoki. Wie­działa, że muszą to być osła­wione David­son Con­dos.

"A więc tak wygląda ten dom -?pomy­ślała, zatrzy­mu­jąc się na asfal­to­wym par­kingu przed gma­chem. -?To tu spę­dza zimę całe mia­sto... no przy­naj­mniej ci, któ­rzy chcą w nim miesz­kać.

Po wej­ściu do gma­chu Cara krą­żyła kory­ta­rzami na par­te­rze, aż zna­la­zła zie­lone drzwi z napi­sem: "Komenda Poli­cji, Point Met­tier, Ala­ska". Nie była to tabliczka, tylko nalepka, co suge­ro­wało, że prawo i porzą­dek są w tym miej­scu tym­cza­sową fasadą.

Zastu­kała i weszła, nie cze­ka­jąc na zapro­sze­nie. W środku sie­działo dwóch męż­czyzn, któ­rzy unie­śli wzrok znad sza­rych meta­lo­wych biu­rek. Cara odga­dła, że star­szy, tęgi to sze­ryf Sipley. Wstał i obszedł biurko. Sądząc po szpa­ko­wa­tej ruda­wej bro­dzie i łysi­nie na czubku głowy, prze­kro­czył sześć­dzie­siątkę.

Odga­dła, że drugi funk­cjo­na­riusz ma około trzy­dzie­stu lat. Wyda­wał się miły; koja­rzył się z typo­wym poli­cjan­tem z małego mia­steczka. Był wysoki, wyspor­to­wany i nieco nie­zgrabny. Kiedy wstał, by ją powi­tać, o mało nie prze­wró­cił krze­sła. Miał ciemne, nie­mal kru­czo­czarne włosy i zaczęła się zasta­na­wiać, czy nie jest mie­szań­cem tak jak ona: potom­kiem Angli­ków, Indian, może Wło­chów?

Naj­pierw zwró­ciła się do star­szego poli­cjanta.

-?Sze­ryf Sipley? Nazy­wam się Cara Ken­nedy. Jestem detek­ty­wem.

Wycią­gnął dużą dłoń i uści­snął jej rękę.

-?Prze­grała pani zakład i musiała pani do nas przy­je­chać, prawda? - Pozo­sta­wiła pyta­nie bez odpo­wie­dzi, co nie zra­ziło Sipleya. -?Cóż, muszę powie­dzieć, detek­tyw Ken­nedy, że pobyt w Point Met­tier ma zarówno plusy, jak i minusy. Wada polega na tym, że po zakoń­cze­niu sezonu wszy­scy wyjeż­dżają i zostaje tylko dwu­stu sta­łych miesz­kań­ców. Zaleta polega na tym, że po sezo­nie zostaje tylko dwu­stu sta­łych miesz­kań­ców. -?Roze­śmiał się z wła­snego dow­cipu. Był to głę­boki, ochry­pły śmiech pala­cza. Odwró­cił się w stronę młod­szego współ­pra­cow­nika, który wcze­śniej się nie odzy­wał. -?J.B., przy­wi­taj się z panią detek­tyw. Ale nie zbli­żaj się za bar­dzo. Ma obrączkę na palcu.

Cara odru­chowo splo­tła dło­nie za ple­cami.

-?Joe Bar­kow­ski -?przed­sta­wił się młody czło­wiek. -?Łatwiej mówić J.B.

Ski­nęła głową. Zaru­mie­nił się bez powodu.

-?Czy szczątki mogą nale­żeć do osoby zagi­nio­nej w tym rejo­nie? - spy­tała, wyj­mu­jąc notat­nik.

-?Chce pani od razu przejść do rze­czy, co? -?rzu­cił uszczy­pli­wie sze­ryf Sipley.

-?Przy­kro mi. Nie lubię banal­nych poga­du­szek.

Sipley zaśmiał się szorstko.

-?Cóż, szybko się pani zaakli­ma­ty­zuje. Cią­gle nie ziden­ty­fi­ko­wa­li­śmy ofiary.

-?To na pewno żaden z miesz­kań­ców Point Met­tier -?wtrą­cił J.B. -?I nie znik­nął żaden z gości hote­lo­wych.

-?Myśla­łem, że poli­cja z Ancho­rage zamknęła tę sprawę. Powie­dzieli, że to praw­do­po­dob­nie kolejny samo­bójca, prawda, J.B.? Jak inne szczątki, które znaj­do­wa­li­śmy. -?Sipley zacho­wy­wał się swo­bod­nie, ale Cara wyczu­wała, że pró­buje ją oce­nić.

J.B. nie wyda­wał się prze­ko­nany, że cho­dzi o samo­bój­stwo.

-?To jed­nak dość dziwne, że morze wyrzu­ciło te czę­ści ciała tak bli­sko sie­bie.

-?Przy­słano panią z kon­kret­nego powodu? Dowody są już w maga­zy­nie. Nie zna­leź­li­śmy niczego, co wska­zy­wa­łoby na prze­stęp­stwo. -?Sipley z powro­tem usiadł za biur­kiem.

-?Chcia­ła­bym się bli­żej przyj­rzeć tej spra­wie -?powie­działa rze­czowo Cara, lecz nie roz­wi­jała tematu. Nie chciała mar­no­wać czasu na poga­wędki, więc dodała nie­cier­pli­wie: -?Może­cie poka­zać mi miej­sce, gdzie zna­le­ziono szczątki?

Sze­ryf Sipley odwró­cił się w stronę J.B.

-?Jasne... oczy­wi­ście -?odparł młod­szy męż­czy­zna.

J.B. i Cara wsie­dli do samo­chodu poli­cyj­nego i poje­chali w stronę zatoki. Już wcze­śniej wło­żyła do bagaż­nika apa­rat foto­gra­ficzny i zestaw do zbie­ra­nia dowo­dów rze­czo­wych.

J.B. pró­bo­wał pro­wa­dzić uprzejmą roz­mowę.

-?Od jak dawna jest pani detek­ty­wem?

-?Sie­dem lat w poli­cji, cztery jako detek­tyw -?odpo­wie­działa. Było to tylko czę­ściowo kłam­stwo.

-?Zasta­na­wia­łem się, czy nie zająć się czymś podob­nym. Mógł­bym panią obser­wo­wać? Nauczyć się fachu? -?Try­skał entu­zja­zmem.

-?Natu­ral­nie.

-?A pani... eee... mąż? Też służy w poli­cji? -?Sta­rał się być uprzejmy.

-?Nie. Był mene­dże­rem w fir­mie bio­tech­no­lo­gicz­nej. -?Na chwilę zapa­dło mil­cze­nie. Cara wie­działa, że powinna wyja­śnić, dla­czego używa czasu prze­szłego. -?Zgi­nął przed rokiem razem z moim synem w cza­sie wyprawy tury­stycz­nej -?dodała. Z cza­sem nauczyła się mówić to spo­koj­nie, nie pła­cząc.

-?O Boże... Bar­dzo mi przy­kro. -?Wyda­wało się, że mówi szcze­rze. Umilkł.

Zatrzy­mał się, gdy przez drogę prze­cho­dziło duże zwie­rzę. Cara miała wra­że­nie, że pły­nie wraz z mgłą. Był to łoś -?potrzą­sał roso­cha­tym poro­żem, stą­pa­jąc po asfal­cie. Póź­niej Cara zauwa­żyła, że ma na szyi obrożę ze smy­czą, którą trzy­mała młoda kobieta. Praw­do­po­dob­nie nie prze­kro­czyła trzy­dzie­stego roku życia, ale zanie­dbany ubiór spra­wiał, że wyda­wała się star­sza. Była ubrana w kra­cia­stą parkę, wyso­kie buty i brą­zowy, za duży beret. Nosiła odbla­skowe oku­lary prze­ciw­sło­neczne i miała krótko ostrzy­żone włosy. Zatrzy­mała się na chwilę, dziw­nie spoj­rzała na Carę i prze­pro­wa­dziła łosia przez szosę.

-?To Lon­nie Mer­cer -?powie­dział J.B., kiwa­jąc głową w stronę mło­dej kobiety. -?Ona i Denny miesz­kają u nas od dawna.

-?Denny to jej mąż? -?spy­tała Cara.

-?Denny to łoś.

Weszli na pokład kutra z napi­sem: "JED­NOSTKA POMOC­NI­CZA STRAŻY PRZY­BRZEŻ­NEJ". Cara domy­ślała się, że miej­sco­wej poli­cji brak fun­du­szy na wła­sną łódź. J.B. wrę­czył jej regu­la­mi­nową kor­kową kami­zelkę w neo­nowo poma­rań­czo­wym kolo­rze, po czym sta­nął za ste­rem. Wypły­nęli z war­ko­tem z zatoki, pozo­sta­wia­jąc za sobą sze­roki ślad torowy. Po dro­dze minęli wąski wodo­spad i kolo­nię mew lata­ją­cych nad kli­fami wzno­szą­cymi się w górze. Po dzie­się­ciu minu­tach przy­byli do Ukry­tej Zatoki. Cara zeszła z kutra z apa­ra­tem foto­gra­ficz­nym na szyi; nio­sła torbę z zesta­wem do zbie­ra­nia dowo­dów. Przy­sta­nęła na chwilę, podzi­wia­jąc górę pokrytą lodow­cem po dru­giej stro­nie cie­śniny.

J.B. się uśmiech­nął.

-?Po zakoń­cze­niu sezonu tury­stycz­nego mamy to tylko dla sie­bie.

Cara zasta­na­wiała się przez chwilę, że natura może być cza­sem jed­no­cze­śnie piękna i prze­ra­ża­jąca. Czy może jed­no­cze­śnie dawać i odbie­rać? Ode­pchnęła te myśli.

-?Długo tu miesz­kasz? -?spy­tała.

-?Rok i dwa mie­siące. Wstą­pi­łem do poli­cji w Mon­ta­nie. -?Mówił dalej, pro­wa­dząc ją plażą. -?Kilka osób się tu uro­dziło, ale więk­szość to przy­by­sze tacy sami jak ja. Przy­jeż­dżają z róż­nych sta­nów, a nawet z zagra­nicy, z Samoa, z Litwy. Nie­któ­rzy zostają. Wielu wyjeż­dża po kilku latach.

-?Nie mogą znieść izo­la­cji?

J.B. zasta­na­wiał się nad odpo­wie­dzią.

-?Wszy­scy miesz­kamy w jed­nym budynku, więc bar­dzo dobrze się znamy. Na początku wydaje się to miłe. Po jakimś cza­sie zaczy­namy się znać coraz lepiej, co prze­staje być miłe. -?Zaśmiał się. -?Tam. -?Wska­zał ustronne miej­sce nad zatoką.

Idąc plażą, Cara porów­ny­wała w wyobraźni zdję­cia z poli­cyj­nej bazy dowo­dów rze­czo­wych z rze­czy­wi­stym wyglą­dem oko­licy. W jej umy­śle poja­wiały się obrazy: ręka do połowy zako­pana w pia­sku, brudny but leżący na boku w odle­gło­ści metra. Poło­żyła torbę na ziemi, po czym zdjęła osłonę z obiek­tywu cyfro­wego nikona i zaczęła foto­gra­fo­wać oto­cze­nie.

J.B. stał na miej­scu, usi­łu­jąc nie prze­szka­dzać. Zaczął mówić o banal­nych spra­wach.

-?Sze­ryf Sipley opo­wia­dał mi o dwóch star­szych paniach, wdo­wach, które miesz­kały w David­son Con­dos i były naprawdę dobrymi przy­ja­ciół­kami. Jak sio­stry. Ich miesz­ka­nia sąsia­do­wały ze sobą. Pew­nego dnia o coś się pokłó­ciły. Nikt nie wie, o co. Nie roz­ma­wiały ze sobą przez dwa lata. Mijały się na kory­ta­rzach, jeź­dziły tą samą windą i nawet na sie­bie nie spoj­rzały.

Cara zro­biła foto­gra­fie morza, brzegu, oko­licz­nych drzew, po czym poszła dalej, szu­ka­jąc śla­dów, które mogła prze­oczyć ekipa z Ancho­rage.

-?Szu­kasz cze­goś kon­kret­nego? -?spy­tał J.B., gdy roz­glą­dała się po ziemi.

-?Nie, niczego kon­kret­nego -?odparła, w dal­szym ciągu robiąc zdję­cia. - Te kobiety cią­gle tu miesz­kają?

-?W końcu się pogo­dziły i dalej były naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Kiedy jedna wypro­wa­dziła się z mia­sta, druga pła­kała jak bóbr. Chyba tak można opi­sać więk­szość tutej­szych rela­cji. Naj­pierw naj­lepsi przy­ja­ciele, potem śmier­telni wro­go­wie. To się w kółko powta­rza.

Cara zauwa­żyła błysk metalu. Strzy­kawkę uma­zaną bło­tem. Wło­żyła gumowe ręka­wiczki i wyjęła z torby pla­sti­kową torebkę.

-?Czę­sto je znaj­du­jemy -?powie­dział J.B. -?Wiesz, jak to jest. Oksy­ko­don, metam­fe­ta­mina, whi­sky, trawka. Wszyst­kie moż­liwe nałogi. Szkoda, że trak­tują to pust­ko­wie jak śmiet­nik.

Praw­do­po­dob­nie miał rację. Nic waż­nego, ale Cara mimo to wrzu­ciła strzy­kawkę do folio­wej torebki i przy­kle­iła nalepkę z opi­sem. Kiedy w dal­szym ciągu prze­szu­ki­wała plażę, zauwa­żyła kilka kamieni o dziw­nym kształ­cie. Były czarne jak smoła, dłu­gie i cien­kie, wysta­wały z pia­sku jak palce wynu­rza­jące się spod ziemi. Scho­wała dwa do kie­szeni. Nie jako dowód rze­czowy, lecz raczej na pamiątkę.

Nagle spo­śród drzew zsu­nęła się kaskada kamieni i innych śmieci. Cara gwał­tow­nie obró­ciła głowę w stronę źró­dła hałasu. Zauwa­żyła coś kolo­ro­wego i kolejną nie­wielką lawinę wywo­łaną przez czło­wieka, który uciekł wyżej, mię­dzy drzewa. W głębi lasu roz­legł się trzask łama­nych gałęzi.

-?Hej! -?krzyk­nęła, odło­żyła zestaw do zbie­ra­nia dowo­dów i pobie­gła plażą w stronę drzew spo­wi­tych mgłą.

J.B. ruszył za nią.

-?Kto tam? -?wrza­snął, ale nikt nie odpo­wie­dział.

Cara goniła przez las ucie­ka­jącą postać. Ata­ko­wały ją wil­gotne sosnowe igły. Gęste, splą­tane gałę­zie utrud­niały poru­sza­nie się; ucie­ka­jąca postać znaj­do­wała się za daleko, aż wresz­cie odgłosy ruchu uci­chły.

Wró­ciła na polanę, pochy­liła się i oparła dło­nie na kola­nach. Cze­kała na J.B., usi­łu­jąc zła­pać oddech. Młody poli­cjant cią­gle był gdzieś w dole.

-?Zła­pa­łaś go? -?krzyk­nął.

-?Nie -?odpo­wie­działa, odrzu­ca­jąc z twa­rzy wil­gotne włosy. Póź­niej coś zwró­ciło jej uwagę. Pode­szła do ciem­nej plamy na ziemi, na któ­rej widać było rysu­nek przy­po­mi­na­jący ślady pozo­sta­wione przez mrówki. Odci­ski butów.

Unio­sła apa­rat i zro­biła kilka foto­gra­fii.

J.B. w końcu wró­cił. Spoj­rzał nad jej ramie­niem.

-?Cie­kawe -?powie­dział. -?Myślisz, że zosta­wił je nasz pod­glą­dacz?

-?Nie sądzę -?odpo­wie­działa, pró­bu­jąc ziden­ty­fi­ko­wać trasę, którą przy­był nie­zna­jomy. Więk­szość śla­dów była zbyt słabo widoczna; wyda­wało się, że zni­kają w gęstwi­nie. -?Wygląda na to, że te odci­ski mają kilka dni, może nawet tydzień. I nie są bli­sko miej­sca, gdzie biegł nasz intruz.

-?Pięć dni temu padało -?zauwa­żył J.B. -?Ślady nie mogą być star­sze.

Zna­la­zła dobry odcisk, pra­wie nie­tknięty, i poło­żyła obok niego ska­lówkę foto­gra­ficzną, po czym zro­biła kilka następ­nych foto­gra­fii. Wypro­sto­wała się zado­wo­lona.

J.B. zer­k­nął na zega­rek.

-?Skoro mówimy o pogo­dzie, jest ona dość prze­wi­dy­walna i nie­długo zacznie padać śnieg. Powin­naś wcze­śniej wró­cić do Ancho­rage, bo mogą zamknąć tunel i utkniesz w Point Met­tier.

Cara popa­trzyła na ciemne chmury zbie­ra­jące się na nie­bie. Pra­wie jak na dany znak nad zatoką roz­legł się głu­chy grzmot zapo­wia­da­jący nad­cho­dzącą burzę.

-?Możemy wra­cać -?powie­działa.

Ruszyli w stronę kutra.

-?Założę się, że to jakiś wścib­ski smar­kacz. W tej oko­licy morze rzadko wyrzuca na brzeg ludz­kie szczątki -?zauwa­żył J.B.

Cara ski­nęła głową i popa­trzyła na brzeg, wypa­tru­jąc łodzi albo kaja­ków, lecz zauwa­żyła tylko kuter straży przy­brzeż­nej, któ­rym przy­pły­nęli.

-?Przy­pusz­czam, że masz w pracy czę­sty kon­takt ze zwło­kami -?ode­zwał się J.B. -?Przy­zwy­cza­iłaś się do tego?

Cara po raz pierw­szy widziała zwłoki na długo przed awan­sem na detek­tywa wydziału zabójstw. Wysłano ją na miej­sce wypadku dro­go­wego. Oka­zało się, że pijany kie­rowca ude­rzył w latar­nię uliczną; samo­chód owi­nął się wokół niej i zmie­nił w poskrę­caną masę metalu. Ofiara zmarła przed przy­by­ciem Cary. Naj­bar­dziej ude­rzyło ją to, że zwłoki wyda­wały się dziw­nie nie­rze­czy­wi­ste. Przy­po­mi­nały woskową figurę. Pomy­ślała, że to śmieszne, jak śmierć zmie­nia wygląd ciała.

W trak­cie służby w poli­cji w Ancho­rage przy­wy­kła do widoku ofiar zabójstw. Kolejna sprawa. Kolejne zada­nie. Coś, co należy obiek­tyw­nie zba­dać.

Wszystko się zmie­niło, gdy zoba­czyła szczątki wła­snego męża i syna - plą­ta­ninę ogry­zio­nych kości, roz­rzu­co­nych, pokry­tych sadzą. Czuła strasz­liwy ból. Ni­gdy nie wyma­zała tego obrazu z pamięci. Ból ni­gdy nie znik­nął.

-?Nie -?odpo­wie­działa w końcu. -?Nie można się do tego przy­zwy­czaić.

roz­dział 3

LONNIE

Ludzie zawsze mówili o niej za jej ple­cami. Lon­nie dobrze o tym wie­działa. Tak jak kobieta z pokoju numer 706. Lon­nie wyobra­żała sobie słowa, które wypo­wiada w myślach. "Suka. Kurwa. Wiedźma. Dziwka. Kre­tynka. Wariatka. Świ­ru­ska. Wariatka". Mówiła o niej za jej ple­cami, bo Lon­nie przy­je­chała z Insty­tutu.

Nie lubiła Insty­tutu. Było w nim mnó­stwo strasz­nych ludzi. Zawsze ją obser­wo­wali. Dawali jej tabletki, które jej szko­dziły. Były tam kamery i dzwonki. Odzy­wały się w nocy. Kory­ta­rzami bie­gali ludzie. Pędzili jak psy goniące koty. Robili mnó­stwo hałasu. Lon­nie go nie­na­wi­dziła. "Jazgot, wrzask, zgiełk, har­mi­der, krzyki, wrzawa, raban, krzyk, trzask, huk, cisza".

Dobrze, że opu­ściła Insty­tut. Wie­działa, że nie powinna tam prze­by­wać. Musiała odejść.

Musiała zna­leźć Denny'ego. Był łosiem. Nale­żał do niej.

Miał miłą, miękką sierść. Inną niż u psa albo kota. Była gęst­sza i tward­sza. Lon­nie lubiła gła­skać Denny'ego po grzbie­cie. Szcze­gól­nie lubiła go doty­kać mię­dzy oczami. Codzien­nie rano sta­ran­nie szczot­ko­wała Denny'ego i kar­miła go owsem jak konia. Ni­gdy nie miała konia, ale była pra­wie pewna, że posia­da­nie konia i łosia niczym się nie różni. W nocy przy­kry­wała go kocami, by było mu cie­pło, i poiła go wodą. W obec­no­ści Denny'ego czuła się spo­koj­niej­sza i wszystko mniej ją dener­wo­wało.

Zna­la­zła go pew­nego ranka w lesie, gdy szła po śniegu tro­pem kró­li­ków. Nie polo­wała na zwie­rzęta. Sze­ryf nie dałby jej strzelby. Ale lubiła patrzeć na ślady. Znała tropy róż­nych zwie­rząt -?kró­li­ków, lisów, łosi, niedź­wie­dzi. I, oczy­wi­ście, ludzi. Tego dnia było ich mnó­stwo. Męż­czyźni polo­wali. Kiedy naci­skali spust, roz­le­gał się straszny huk. "Trzask, huk, trach, bum". Z drzew spa­dał śnieg, a zwie­rzęta ucie­kały i dygo­tały ze stra­chu.

Widziała myśli­wych. Nie znała żad­nego z nich, więc musieli być tury­stami. Cią­gnęli mamę Denny'ego, zosta­wia­jąc na śniegu czer­wony ślad. Przy­po­mniało to Lon­nie dzień, gdy jej mamie roz­bito głowę i spły­wa­jąca krew utwo­rzyła podobną linię na pod­ło­dze.

Mama Denny'ego nie żyła. Tak jak mama Lon­nie.

Ludzie zawsze gadali za jej ple­cami.

Lon­nie miała mnó­stwo bere­tów -?nie­bie­skie, żółte, fio­le­towe, ale dziś posta­no­wiła wło­żyć brą­zowy. Wzięła Denny'ego i poszli tam gdzie zwy­kle. Do chiń­skiej restau­ra­cji. W sezo­nie tury­stycz­nym była zawsze otwarta, ale kiedy tury­ści wyje­chali, cza­sem ją zamy­kano. Lon­nie chciała zjeść sma­żony ryż. "Ryż to ryż. Pod szafą jest mysz! A kysz! A kysz!"

Weszła na szosę, pro­wa­dząc Denny'ego. Stał na niej samo­chód. Pomy­ślała, że wszy­scy tury­ści już wyje­chali, ale ten samo­chód nie nale­żał do tury­stów, tylko do poli­cji. Lon­nie nie lubiła samo­cho­dów poli­cyj­nych. Ich koguty przy­po­mi­nały świa­tła w Insty­tu­cie. Migały i wyły. Mnó­stwo hała­sów, krzy­ków i wrza­sków. Wszy­scy ją szpie­go­wali. Obser­wo­wali.

Za kie­row­nicą sie­dział J.B. Lon­nie go lubiła, ale obok znaj­do­wała się obca kobieta. Dla­czego sie­dzi obok niego kobieta? Popa­trzyła na Lon­nie, która zro­zu­miała, że na pewno opo­wiada o niej różne rze­czy za jej ple­cami. Mówi o niej. "Kurwa. Dziwka. Głu­pia". Lon­nie chciała, żeby kobieta ode­szła. "Znik­nęła, prze­pa­dła, ulot­niła się, roz­wiała".

Lon­nie popa­trzyła na samo­chód i prze­pro­wa­dziła Denny'ego przez szosę. Potem J.B. i obca kobieta odje­chali.

Przy­wią­zała Denny'ego do słupka przed chiń­ską restau­ra­cją. Zamie­rzała zjeść miskę sma­żo­nego ryżu.

Byli tam Amy i pani Lin. Lon­nie lubiła Amy i panią Lin.

-?Cześć, Lon­nie! -?powie­działa Amy. Amy znała jej imię. Amy wie­działa, że Lon­nie lubi stół w poma­rań­czo­wym bok­sie na tyłach. Amy nie zapy­tała, co Lon­nie zama­wia, bo ta zawsze jadła to samo. Jedze­nie było okropne. Sma­ko­wało jak tek­tura, pocięta tek­tura "Wytnij to! Wytnij to!" - krzy­czała na nią mama.

Jedze­nie w restau­ra­cji było kosz­marne, ale i tak lep­sze niż w Insty­tu­cie. Amy przy­nio­sła do stołu duży imbryk her­baty jaśmi­no­wej i miseczkę sma­żo­nego ryżu.

Lon­nie spoj­rzała na zega­rek. Dał go jej sze­ryf.

-?Uwa­żaj, co mówisz -?zawsze powta­rzał. -?Uwa­żaj, z kim roz­ma­wiasz. Nie zdra­dzaj nikomu naszych sekre­tów. -?Mieli ich mnó­stwo.

Popa­trzyła na zega­rek. Wszy­scy zawsze ją obser­wo­wali.

roz­dział 4

CARA

Zapa­dała głę­boka ciem­ność i z nieba sypał śnieg, wiru­jąc w powie­trzu. Cara była zado­wo­lona, że opusz­cza ponure Point Met­tier.

-?Masz mój numer -?powie­dział J.B., kiedy przy­je­chali na par­king David­son Con­dos. -?Po pro­stu daj mi znać, czy jesz­cze cze­goś potrze­bu­jesz.

-?Dzięki, J.B.

-?Zawsze chęt­nie ci pomogę... -?W jego gło­sie zabrzmiał cień despe­ra­cji, co uznała za miłe, a zara­zem smutne.

-?Tak -?odparła. Wsia­dła do SUV-a i uśmiech­nęła się do J.B., nie oka­zu­jąc zachęty. Spoj­rzała na swoje dło­nie na kie­row­nicy i na obrączkę na palcu. Nie cho­dziło tylko o to, że praw­do­po­dob­nie ni­gdy wię­cej nie zoba­czy J.B.; nie chciała nikogo zapra­szać, by towa­rzy­szył jej w ciem­no­ści, w któ­rej się zna­la­zła.

Mimo upływu roku miała w głębi duszy wra­że­nie, że jej mąż Aaron cią­gle żyje, choć widziała jego szczątki grze­bane w ziemi. Nawet teraz, wcho­dząc do sypialni, czuła nie­kiedy ostry zapach jego wody koloń­skiej; cza­sami wyda­wało jej się, że przed chwilą sie­dział na kana­pie w salo­nie, gdzie lubił uci­nać sobie drzemkę w sobot­nie albo nie­dzielne popo­łu­dnia. Ich syn Dylan też żył. Sły­szała na kory­ta­rzu kroki jego małych stóp lub dostrze­gała go na huś­tawce przed domem. gdzie meta­lowe łań­cu­chy popi­ski­wały napięte pod jego cię­ża­rem, choć inni widzieli opa­dłe liście uno­szone przez wiatr. Ni­gdy się nie poże­gnali, ni­gdy nie uści­snęli, nie prze­wi­dy­wali, że wię­cej się nie zoba­czą. Spa­lone kości, które oglą­dała, nie mogły nale­żeć do żywych, try­ska­ją­cych ener­gią ludzi, do uko­cha­nego męża i syna. Kiedy wyje­chała z par­kingu i ruszyła w stronę auto­strady, otarła łzę i włą­czyła odmgła­wiacz szyb.

Reflek­tory samo­chodu prze­bi­jały śnieg wiru­jący na Curve Back Road, która bie­gła w stronę tunelu. Po dzie­się­ciu minu­tach naci­snęła hamulce i poczuła zawód, gdy zoba­czyła poma­lo­wany na żółto szla­ban blo­ku­jący wjazd na par­king przy tunelu. Był cią­gle wcze­sny wie­czór -?zbyt wcze­sny, by tunel był nie­czynny, lecz tablica obwiesz­czała: NIE­BEZ­PIE­CZEŃ­STWO! DROGA ZAMKNIĘTA.

-?Cho­lera! -?krzyk­nęła. Przez chwilę zasta­na­wiała się, czy po pro­stu nie sta­ra­no­wać szla­banu, który wyda­wał się nie­zbyt solidny, wyko­nany z łam­li­wych desek. Ale prze­ra­ziła ją myśl, że mogłaby utknąć w ciem­nym tunelu pozba­wio­nym moni­to­ringu. Musiała przy­znać, że po śmierci męża i syna jej klau­stro­fo­bia się pogłę­biła. Dla­tego zawró­ciła i poje­chała do mia­sta, czu­jąc mie­sza­ninę fru­stra­cji i nie­po­koju na myśl, że musi spę­dzić noc w Point Met­tier.

Po dro­dze zauwa­żyła samo­chód poli­cyjny J.B. Oboje się zatrzy­mali i J.B. wysiadł, cia­sno okrę­ca­jąc się kurtką. Po zacho­dzie słońca tem­pe­ra­tura musiała spaść do minus dwu­dzie­stu stopni.

-?Zawia­do­miono mnie przez radio o zamknię­ciu drogi. Chcia­łem cię poin­for­mo­wać, że za nabrze­żem znika sygnał komór­kowy -?powie­dział, pochy­la­jąc się w stronę okna jej wozu.

-?Dzięki -?odpo­wie­działa Cara. -?Można się stąd wydo­stać inną drogą?

-?Prom prze­stał kur­so­wać w zeszłym mie­siącu, więc tunel to jedyna droga, nie­stety. -?Nagle zerwał się wiatr, nio­sąc poziomo fale śniegu. -?Chyba warto prze­cze­kać zamieć w Point Met­tier -?dodał. -?W tunelu wiatr może wyrwać drzwi samo­chodu.

-?O któ­rej otwie­rają tunel? -?spy­tała Cara.

-?Nor­mal­nie o szó­stej rano, ale przy tej pogo­dzie naj­le­piej zadzwo­nić i spraw­dzić.

Cara ski­nęła głową. Sytu­acja sta­wała się coraz bar­dziej ponura.

-?W Dave-Co są miesz­ka­nia do wyna­ję­cia. Zapro­wa­dzę cię po powro­cie. - J.B. przy­no­sił złe nowiny, ale wyda­wał się pra­wie roz­pro­mie­niony.

Kiedy wró­cili do David­son Con­dos, Cara naj­pierw wstą­piła do sklepu wie­lo­bran­żo­wego, gdzie kupiła nie­zbędne arty­kuły toa­le­towe i zbyt obszerny T-shirt. Eks­pe­dient, Afro­ame­ry­ka­nin, miał wielką siwą brodę i fil­cową cza­peczkę bejs­bo­lową. Zato­piony w lek­tu­rze gazety pra­wie nie zwra­cał uwagi na Carę, dopóki nie poło­żyła zaku­pów na ladę. Za jego ple­cami widać było wypchane zwie­rzęta zasty­głe na całą wiecz­ność w efek­tow­nych pozach -?rudy lis na kło­dzie, szary wilk z wyszcze­rzo­nymi kłami. Na ścia­nie wisiały łby łosi z roso­cha­tymi poro­żami, cenione tro­fea myśliw­skie.

J.B., który cze­kał przed skle­pem, zapro­wa­dził Carę do sza­rych meta­lo­wych wind oświe­tlo­nych jarze­niów­kami. Naci­snął guzik ósmego pię­tra. Kiedy jechali do góry w cia­snej, nie­przy­jem­nej kabi­nie, Cara poczuła dziwne dresz­cze, które nie miały nic wspól­nego z tem­pe­ra­turą panu­jącą na zewnątrz.

Na ósmym pię­trze, naprze­ciwko wind, znaj­do­wało się miesz­ka­nie prze­kształ­cone w biuro z tabliczką z napi­sem: "COZY CONDO INN". Drzwi były lekko uchy­lone; kiedy weszli do środka, zoba­czyli przy­sa­dzi­stą kobietę po sześć­dzie­siątce ze sztucz­nym rudym kokiem. Miała zbyt krzy­kliwy maki­jaż, oczy pod­kre­ślone nie­bie­ską kredką, spierzch­nięte, uma­lo­wane usta i nad­miar różu na policz­kach, ale wyda­wała się dumna ze swego wyglądu. Była ubrana w obszerny dzier­gany swe­ter ozdo­biony ser­dusz­kami. Trzy­mała w ręku lor­netkę. "Dziwne" -?pomy­ślała Cara, bo na zewnątrz było ciemno. Po chwili zro­zu­miała, że to nok­to­wi­zor.

-?Witamy w Cozy Condo Inn -?powie­działa kobieta.

-?To Ellie Wri­ght -?ode­zwał się J.B.

-?Cara Ken­nedy -?przed­sta­wiła się Cara, pozdra­wia­jąc kobietę ski­nie­niem głowy.

-?Kiedy już się roz­go­ścisz, pokażę ci, gdzie możesz coś zjeść -?rzekł J.B.

-?Dzięki, ale nie jestem głodna. -?Carze było pra­wie przy­kro, że spra­wia mu zawód.

Spu­ścił wzrok.

-?W porządku. No cóż, rano pokażę ci, gdzie możesz dostać śnia­da­nie. Jadasz śnia­da­nia, prawda?

Cara uśmiech­nęła się do niego z auten­tyczną wdzięcz­no­ścią.

-?Tak, była­bym ci bar­dzo wdzięczna.

Po wyj­ściu J.B. Ellie poło­żyła na kon­tu­arze kilka for­mu­la­rzy, które Cara powinna wypeł­nić.

-?Spo­dzie­wa­łam się pani -?rze­kła.

Cara zasta­na­wiała się dla­czego, bo nie rezer­wo­wała pokoju, ale potem przy­po­mniała sobie nok­to­wi­zor.

-?Zawsze obser­wuje pani gości? -?spy­tała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki