Miasto Opium - Kira Vixenheart

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (40,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2

Veins nauczyła się poruszać po biurze tak, by nie zostawiać po sobie śladów. Nie dlatego, że coś ukrywała - jeszcze nie - ale dlatego, że system lubił płynność. Ruchy przewidywalne. Gesty zgodne z normą.

Holograficzny moodboard unosił się przed nią jak okno do innej rzeczywistości. Idealne twarze. Idealne światło. Nivex w wersji oszronionej, niemal bajkowej. Hasła, które znała na pamięć, a które teraz brzmiały jak język obcy.

"Wdzięczność to równowaga."

"Błogość zaczyna się od ciebie."

Jej palce zawisły nad panelem edycji. Przez moment pozwoliła sobie nie robić nic. Tylko patrzeć. System odnotował krótkie zawahanie - mikroskopijne, jeszcze w granicach normy.

To było nowe.

Świadomość, że każda pauza ma swój czas tolerancji.

Zamknęła jedną z warstw graficznych. Potem kolejną. Obraz stał się prostszy. Uboższy. Mniej agresywny. Jakby przypadkiem zniknęła z niego jedna nuta euforii.

Nikt tego nie zauważy.

Jeszcze.

Miasto na obrzeżach oddychało inaczej - wolniej, ciężej, jakby pozbawione filtrów. Wąskie przejścia między magazynami, beton popękany od wilgoci, stare oznaczenia, których nikt już nie aktualizował.

Tutaj interfejs częściej się mylił. Gubił sygnał. Opóźniał reakcje.

Tutaj Moron czuł się... mniej widoczny.

Wsunął dłonie głębiej w kieszenie płaszcza. Klucz, ten z wygrawerowanym liściem, był chłodny i ciężki - realny. Lubił ten ciężar. Przypominał mu, że nie wszystko da się zdigitalizować.

W opuszczonym klubie zapach był inny. Kurz, wilgoć, coś metalicznego w powietrzu. Ściany pokrywały symbole, znaczniki, kody. Dla niewtajemniczonych - graffiti. Dla tych, którzy wiedzieli - mapa.

Moron nie dotykał ich.

Wystarczyło, że pamiętał.

Na jednym z paneli kontrolnych mignęła mu krótka sekwencja błędu. Nic poważnego. Żadnego alarmu. Tylko subtelne odchylenie synchronizacji.

Veins wracała do domu pieszo, choć mogła skorzystać z platformy. Chciała poczuć drogę pod stopami, nawet jeśli była gładka i idealnie czysta. Przechodnie mijali ją spokojnie, każdy zanurzony w swojej bańce komfortu.

Złapała się na tym, że patrzy na ludzi inaczej.

Nie jak na sylwetki.

Jak na zasoby.

To było obrzydliwe. I prawdziwe.

W jej apartamencie światło włączyło się automatycznie, dostosowując barwę do "poziomu zmęczenia". Tabletki czekały w pojemniku. Jedna brakowała.

Ta, której nie połknęła.

Usiadła na skraju łóżka. Przez moment pozwoliła sobie nie sięgać po stabilizator. Zamiast tego zamknęła oczy i wróciła myślami do ciężarówki. Do matowego metalu. Do fioletowych owoców.

Moron wrócił później. Zawsze wracał ciszej, niż było to konieczne. Zdjął płaszcz, odłożył go starannie. Przez chwilę stał w progu, obserwując Veins.

Widział różnicę.

Nie w jej zachowaniu.

W napięciu, które nie chciało zniknąć.

- Nie pytaj - powiedziała cicho, zanim zdążył się odezwać.

Nie zaprzeczył.

Nie uspokoił jej.

Usiadł obok. Blisko, ale bez dotyku. Ich ramiona niemal się stykały - wystarczająco, by czuć obecność, nie uruchamiając systemowych czujników bliskości.

- System nie lubi, kiedy ludzie widzą za dużo naraz - powiedział w końcu. - Zaczyna wtedy... porządkować.

Veins uśmiechnęła się blado.

- A ty?

- Ja nie lubię, kiedy system porządkuje ludzi.

Zapadła cisza. Wspólna. Gęsta. Nie była szronem. Była wyborem.

Veins sięgnęła po jego dłoń. Tylko na moment. Jakby sprawdzała, czy wciąż jest ciepła. Czy wciąż prawdziwa.

Moron ścisnął jej palce lekko.

Za krótko, by nazwać to buntem.

Za długo, by nazwać to przypadkiem.

Na zewnątrz Opium City pulsowało światłem. Stabilne. Bezpieczne. Czujne.

A między nimi - w tej małej, niewidocznej przestrzeni - coś zaczęło się synchronizować niezgodnie z planem.

Rozdział 6

U rodziców Morona zawsze pachniało inaczej.

Nie intensywnie. Nie "ładnie" w systemowym sensie. Raczej ciepło, nierówno, jakby zapachy nie zostały jeszcze przeliczone na użyteczność. Coś między herbatą, kurzem starych książek i czymś domowym, czego Moron nie potrafiłby nazwać, ale co natychmiast obniżało napięcie w ramionach.

Siedzieli razem na podłodze w salonie. Albumy leżały rozłożone dookoła, jedne na drugich, jakby nikt nie przejmował się kolejnością. Okładki były miękkie, zużyte, gdzieniegdzie popękane.

- To my - powiedziała Lysara, przesuwając palcem po jednym ze zdjęć. - Zanim wszystko się... uporządkowało.

Na fotografii ona i Arven stali w kuchni. Prawdziwej kuchni. Z jedzeniem na stole, z bałaganem w tle, z uśmiechem, który nie wyglądał na wyuczony. Moron przyglądał się długo.

- Pamiętam ten stół - odezwał się Arven. - Skrzypiał przy każdym ruchu. Wszyscy się na to złościli, a ja nie chciałem go wymienić.

- Bo przy nim się siedziało - dodała Lysara. - Nie "korzystało". Po prostu... siedziało.

Przewracali kolejne strony. Zdjęcia dzieciństwa rodziców, świąt bez nazw, spotkań bez celu. Rzeczy, które dziś funkcjonowały już tylko jako nostalgia. Albo gorzej - jako hobby dla sentymentalistów.

- Wiecie - powiedział Moron po chwili - teraz mówi się, że takie rzeczy rozpraszają. Że rozwalają rytm dnia.

Arven parsknął cicho.

- Bo rozwalały - odpowiedział. - I całe szczęście.

Zapadła cisza. Nie niezręczna. Taka, która pozwalała myślom krążyć bez pośpiechu.

Moron zamknął album.

Pomyślał o Veins. O jej ciszy. O tym, jak bardzo była teraz... wygładzona.

I po raz pierwszy pomyślał, że może spokój, który jej dano, był po prostu brakiem miejsca na takie rozmowy.

Tymczasem Corell obudził się zbyt wcześnie, wcześniej niż zazwyczaj.

Nie dlatego, że musiał. Po prostu lubił poranki. W jego mieszkaniu panowała cisza, która nie była pusta - raczej uporządkowana. Światło wpadało przez duże okno, miękkie, rozproszone.

Pierwsze, co usłyszał, to ciche tupanie.

- Dzień dobry - mruknął, schylając się.

Jasver i Kulka kręcili się już przy klatce. Jeden szary, drugi biały, ich futro było miękkie, niemal przesadnie puszyste. Angory wymagały troski. Codziennej. Regularnej.

Corell lubił ten rytuał. Karmienie. Czesanie. Obserwowanie, jak poruszają się powoli, bez celu, bez wskaźników.

Zaparzył kawę. Prawdziwą. Jedną z niewielu rzeczy, których jeszcze sobie nie odebrał.

Tablet włączył się sam.

NeuroBalance - panel specjalisty.

Wskaźniki rosły.

Skuteczność: +12%

Retencja pacjentów: wysoka

Zgłoszenia nowych użytkowników: wzrost

Aplikacja zyskiwała rozgłos. Coraz więcej ludzi chciało ciszy. Coraz mniej chciało pytać, dlaczego jej nie ma.

Corell umawiał kolejne spotkania jednym ruchem palca. Przesuwał terminy. Zatwierdzał protokoły. Wszystko było płynne. Efektywne. Potem otworzył profil Veins. Jej mapa emocjonalna była czysta. Stabilna. Prawie idealna.

Zaczął drobne korekty. Pustka: obniżona do minimum.

Wdzięczność: podniesiona, ale nie za wysoko.

Lęk: przesunięty o kilka dni.

Refleksyjność: przytłumiona. Poczucie stabilności: aktywowane

Przeciągnął jeden z suwaków wolniej, niż wymagała procedura. Zatrzymał się na chwilę.

- Tak będzie lepiej - powiedział cicho, bardziej do siebie niż do systemu.

Zatwierdził zmiany.

Na ekranie pojawił się komunikat:

Modyfikacje zapisane.

Stan jednostki: stabilny.

Corell oparł się o blat kuchenny i spojrzał na króliki. Jasver mył pyszczek. Kulka rozciągnęła się leniwie. Był dobrym specjalistą. Był skuteczny. Był potrzebny.